Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Abdul Moimême. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Abdul Moimême. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 listopada 2025

Discordian Records’ fresh outfit: Live At Penhasco! Rituals Of Modern Decadence! The Advantages Of Extremism!


Dawno nie zaglądaliśmy na bandcampową stronę słynnego barcelońskiego Discordian Records! Definitywnie warto było ponownie wkroczyć do tego uroczego, jakże diabelskiego świata!

Rok bieżący przyniósł dotychczas sześć premier labelu kierowanego przez El Pricto. O jednej pisaliśmy u progu roku, teraz pochylimy się nad trzema, a te dwie ostatnie zostawiamy na jeszcze lepszą okazję.

Przed nami trzy tria z udziałem saksofonów, w tym aż dwukrotnie z naszym ulubionym katalońskim dmuchaczem Albertem Cirerą. Każdorazowo czeka nas porcja soczystej, swobodnej improwizacji, na ogół gęstej od wydarzeń fonicznych, nasączonej dużą ilością prądu i innych tajemniczych elektryczności.

So, welcome to Discordian Home!

 


Dissection Room Live At Penhasco (Discordian Records, DL 2025)

Penhasco, Portugalia, wrzesień 2024: Albert Cirera – saksofon sopranowy i tenorowy, obiekty, Abdul Moimême – gitara elektryczna, obiekty oraz Álvaro Rosso – kontrabas. Jedna improwizacja, 35 minut.

Trio Dissection Room debiutowało fonograficznie kilka lat temu w zacnym portugalskim Creative Sources. Teraz powraca w edycji koncertowej, zarejestrowanej także w tamtejszej części Iberian Peninsula. Jednotrakowy występ przynosi dużo intrygujących, zmiennych w czasie wydarzeń. To kolejna, jakże udana konfrontacja preparowanego saksofonu, gitary elektrycznej o niepowtarzalnym brzmieniu i kontrabasu, który lubi bazować na smyczkowej, nisko osadzonej dramaturgii.

Muzycy na wstępie koncertu formują wspólny, wielowarstwowy dron szorstko brzmiącego saksofonu, gitary, która zdaje się konsumować także zgiełk miasta i wystudzonego smyczka na gryfie kontrabasu. Ta inicjacja przypomina bóle porodowe – bywają gwałtowne, natarczywe, rwane, szarpane, ale też ulotne, migotliwe, rzewne, aż śpiewne. Gitara chętnie sięga po atrybuty post-industral, saksofon broczy w gęstym mule, z kolei kontrabas staje w pozycji chamber. Po upływie kwadransa owe strumienie muzycznej lawy zlewają się w jedno gęste koryto, ale już po kilku minutach opowieść staje się niemal solowym performansem smyczka, któremu towarzyszy jedynie echo poprzedniej eskalacji. Narracja zmienia się teraz z minuty na minutę. Bywa, że przypomina post-jazzowe rozhuśtanie, bywa porcją kameralnych dywagacji z szelestem drobnych preparacji. Po dwudziestej piątej minucie nabiera mrocznych barw, które doposażone są pożegnalnymi melodiami dętymi, ale także dużą nerwowością instrumentów strunowych. Ostatnia prosta niespodziewanie sięga po insygnia free jazzu.

 


Trashed Middle Aged Junksters Rituals Of Modern Decadence (Discordian Records, DL 2025)

Underpool, Barcelona, wrzesień 2024: Albert Cirera – saksofon sopranowy i tenorowy, El Pricto – syntezator modularny oraz Alexis Perepelycia – perkusja, elektroakustyka. Pięć improwizacji, 45 minut.

Przenosimy się do pięknej Barcelony. Tym razem Cirera, znów krwiożerczo preparujący swoje saksofony, spotyka diskordianskiego mistrza El Pricto na syntezatorze modularnym i argentyńskiego drummera o pięknie brzmiącym nazwisku Perepelycia. Nagranie jest gęste niczym guma arabska, nie ma w nim chwili przestoju, trzyma nas w ryzach dramaturgii niczym wąż boa swoją kolejną ofiarę.

Na starcie atakuje nas szorstki, mroczny ambient, drżący, niekiedy migotliwy strumień fonii okraszony jękami z zapchanej tuby saksofonu. Całość przypomina kompulsywny dygot kurzu i brudu. Opowieść ma jednak dynamikę dzięki świetnym, kontrapunktowym akcjom perkusji. Druga część przypomina nerwową balladę szytą drobnymi, rwanymi frazami. Tuba krzyczy, talerze rezonuje, a modularny wydaje się filigranowy, lekki, jakby post-syntetyczny. Kolejne dwie odsłony płyty pokazują dwa oblicza tego tria. Pierwsze jest dynamiczne, ostre, kanciaste, drugie równie nerwowe, skonfudowane, ale lejące się przez ręce niczym pijana nastolatka. Muzycy charczą tu jak stado gruźlików i nie są w stanie zrobić dwóch kroków po kolei. Ostatnia improwizacja trwa prawie siedemnaście minut i to ewidentnie crème de la crème tego szalonego albumu facetów w średnim wieku. Od brudnego, oblepionego czarną mazią free jazzu, przez post-industrialne, mroczne interludia, po końcową flautę saksofonu i modularnego, utrzymywaną przy życiu aktywnym post-drummingiem.

 


Luis Erades/ Yeonathan Shachar/ Juan Pablo Egúsquiza The Advantages Of Extremism (Discordian Records, DL 2025)

Underpool, Barcelona, październik 2024: Luis Erades – saksofon altowy, tenorowy i barytonowy, Yeonathan Shachar – gitara elektryczna oraz Juan Pablo Egúsquiza – kontrabas. Siedem improwizacji, 49 minut.

Pozostajemy w tym samym studiu nagraniowym Barcelony. Skład instrumentalny zbliżony jest do pierwszej z dziś omawianych rejestracji. Estetyka bardzo różnorodna, od kąśliwych strzępów free jazzu, przez szorstki, ale melodyjny post-chamber, po intrygujące eksperymenty, nie bez plam gitarowej psychodelii. Album jest odrobinę nierówny, ale być może dzięki temu jego najlepsze fragmenty definitywnie pozostaną w naszej pamięci.

Pierwsze dwie rozbudowane improwizacje pokazują wyjątkowo szerokie spektrum możliwości brzmieniowych i dramaturgicznych tego tria. Gdy artyści stawiają na moc i determinację, efekt bywa smakowity, gdy szukają oddechu i post-jazzowych grepsów narracja przysiada jak kura na grzędzie. Zdaje się, że ciekawiej bywa tu w najkrótszych, kilkuminutowych epizodach, odpowiednio trzecim i czwartym. Najpierw to dreptający w miejscu, gęsty dron, upstrzony śladami gitarowej psychodelii, potem rodzaj free jazzowej, szorstkiej ballady, która rozbłyska jak piorun na ciemnym niebie. Zaraz po niej trio osiąga lewitujące tempo, a flow zdobi kameralny smutek, szczypta melodii i nie jedyny na tym albumie pokaz wyrafinowanych, saksofonowych preparacji. Album definitywnie największą jakość uzyskuje w finałowej improwizacji. Saksofon charczy teraz jak młot pneumatyczny, a smyczek kontrabasu i gitara frazują wyjątkowo nisko zrywając wielkie płaty mięsa z podłogi. Całość pulsuje złem, lepi się w masywny dron z tajemniczą, elektroakustyczną poświatą.

 

 

 

piątek, 23 grudnia 2022

The Portuguese Taste: Rodrigo Amado! Gonçalo Almeida! Lantana! Matthews & Moimême!


Chciałoby się dzisiejszą mini-zbiorówkę recenzji nazwać kolejną częścią The Lisbon Story, ale czyniąc tak bylibyśmy dalece nieprecyzyjni. Przed nami cztery definitywnie portugalskie opowieści, ale tylko dwie z nich powstały w stolicy Portugalii. Jedna nagrana została w dobrze nam już znanym obiekcie sakralnym w Caldas da Rainha, a inna w … Rotterdamie, bo to właśnie miasto jest miejscem stałej rezydencji naszego ulubionego portugalskiego kontrabasisty.

Bez zatem zbędnych wstępów, trochę ulegając przedświątecznej histerii czynienia wszystkiego w ogromnym pośpiechu, zapraszamy na bystre, jakże portugalskie improwizacje – dwie solowe, jedną w sekstecie (z polskim akcentem), ostatnią zaś w duecie (tu akurat z akcentem francuskim).

 


Rodrigo Amado  Refraction Solo (Live at Church of The Holy Ghost) (Trost Records, CD 2022)

Igreja do Espírito Santo, Caldas da Rainha, lipiec 2021: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy. Trzy skomponowane improwizacje, 34 minuty.

Dorobek artystyczny najważniejszego portugalskiego saksofonisty jest więcej niż bogaty, ale dopiero okoliczności pandemicznego lockdownu zmobilizowały go do popracowania nad swoją pierwszą solową płytą. W Paryżu kupił nowy saksofon, w domowych warunkach dużo trenował, a gdy był już gotowy, zawitał do gwarantującego świetną akustykę obiektu sakralnego i zagrał ognisty koncert. W jego trakcie nie zapomniał o swoich idolach, kilkukrotnie intuicyjnie cytując klasyków jazzu, takich jak Coleman Hawkins, czy Sonny Rollins, a także free jazzu, jak choćby Joe McPhee. Udowodnił sobie zapewne wiele, a nam, jego wieloletnim wielbicielom potwierdził, iż jazz, tudzież free jazz, to dla niego prawdziwa świątynia emocji i inspiracji. Ponadto po raz setny, a może tysięczny pokazał, że umiejętność budowania dramaturgii post-synkopowanej improwizacji, to jego kolejny niezaprzeczalny atut. Innymi słowy, dwa kwadranse z okładem obcowania z samotnym saksofonem Amado, to czysta przyjemność.

Koncert składa się z ponad 20-minutowej części głównej i dwóch kilkuminutowych dodatków. Na początek artysta serwuje nam post-bopowy zaśpiew, pełen smutnej melodii, którą podaje głębokim oddechem. Nie bez uroku osobistego kręci drobne, free jazzowe pętle, pnąc się ku pierwszym wzniesieniom z dużą swobodą. W trakcie swej podróży namiętnie sięga także w głąb narracji, szuka brudu w czystych frazach i na odwrót. W jego strumieniu improwizacji nie brakuje tanecznych podrygów i ze swadą podawanych cytatów z klasyki gatunku. W to wszystko wplata też też rzewne nutki, pełne lizbońskiej nostalgii za mocą oceanicznych podmuchów. Gdy wpada w dynamiczny tryb, pokazuje swoje najpiękniejsze, najbardziej kreatywne oblicze. Płynie między melodią, a niezbyt częstymi atakami free jazzowej furii. Jego oddech jest wszakże spokojny, a kierunek podróży dość precyzyjnie nakreślony. Po upływie kwadranse idzie już naprawdę na ostro, ale cały czas majstruje przy brzmieniu instrumentu i skrupulatnie dawkuje niezbędną melodykę. Zdaje się panować tu dokładnie nad wszystkim. W drugiej opowieści wydaje się być jeszcze bardziej melodyjny, mając na końcu ustnika niemal całą historię jazzu. Jego krok znów jest dość taneczny, głęboko oddycha i pośród strumieni melodii szuka ekspresji free music. W połowie tej części koncertu dociera do paleniska, tańczy wokół własnej osi, bawi się dźwiękiem, tempem narracji i przedrzeźnia własne frazy z uśmiechem na ustach. Ostatnia, niespełna 5-minutowa ekspozycja jeszcze bardziej zagłębia się w melodię i rytm. Narracja przypomina tu niemalże brazylijską sambę. Lekko, z gracją, wprost po złote runo, ze śpiewem na ustach i swingiem pomiędzy dyszami saksofonu.

  


Gonçalo Almeida  Improvisations on Amplified & Prepared Double Bass (Shhpuma, CD 2022)

Atelier Le Sud, Rotterdam, czas nieznany: Gonçalo Almeida – amplifikowany i preparowany kontrabas. Dziewięć improwizacji, 33 i pół minuty.

Kolejny z asów portugalskiej sceny muzyki improwizowanej zaprasza na niepierwszy swój solowy spektakl, ale dalece inny od poprzednich. Tym razem Almeida postanawia nam udowodnić, iż kontrabas nie jest instrumentem akustycznym! Podłącza go do stacji wysokiego napięcia i z pełną premedytacją preparuje niemal każdy dźwięk, używając do tego ołowianego smyczka i zapewne wielu innych, bliżej nieznanych akcesoriów. Flow jego samotnej opowieści grzmi, burczy, sprzęga się i sieje elektroakustyczny zamęt, dodatkowo zdaje się być pozbawiony zbędnego dźwięku, przykuwając naszą uwagę od pierwszej do ostatniej sekundy.

Pierwszą improwizację buduje dron smyczka oraz pojedyncze uderzenia po strunach. Dwutorowa narracja dość szybko nabiera mocą amplifikatora gęstego, brudnego brzmienia. Intensywna, niemal mięsista struga dźwięków ma swoje delikatne spowolnienia, momenty, gdy duży instrument strunowy zdaje się nabierać powietrza, by zaatakować za moment z jeszcze większą siłą. Przypomina tu sfuzzowaną gitarę, czasami uszkodzoną maszynę tkacką, ale każdy wątek staje się elementem spójnego ciągu przyczynowo-skutkowego. Kulminacją pierwszej opowieści jest rezonujące sprzężenie. Druga improwizacja toczy się nad wyraz wolno. Słyszymy szelest amplifikatora, oddech artysty i moc nadciągającego sprzężenia. Post-gitarowy brud nakręca tu opowieść, daje jej siłę przetrwania. Na starcie kolejnego epizodu wszystko zdaje się rezonować, nawet post-rockowe riffy, tudzież akcenty perkusjonalne. Na grobie rocka swój ostatni taniec odbywają rozgrzane do czerwoności struny. Muzyk przypomina tu seryjnego mordercę, który znęca się nad swoją kolejną ofiarą. Niespodziewanie w połowie opowieści narracja traci zasilanie i przepoczwarza się w urokliwy potok kameralnego post-baroku. Czwarta odsłona jest wyjątkowo enigmatyczna – garść czerstwego sprzężenia i post-akustyczne śmieciowisko. W kolejnej części echa post-baroku powracają. Swoje do ognia dokłada jednak amplifikator i rezonująca moc całości. Improwizacja przypomina śpiew przez wyszczerbione, ale zaciśnięte zęby. Z czasem nabiera dynamiki i jeszcze brudniejszego brzmienia. Przedostatnia opowieść na starcie, to szum … wentylatora, drżące struny i smyczek, który na nie upada, niczym wielkie bele drewna w trakcie wyrębu lasu. Z czasem wszystko się sprzęga i formuje na gęsty dron. Końcowa opowieść zdaje się brać w nawias amplifikowane szaleństwa, przynajmniej w swej początkowej fazie. Akustyczne pizzicato, niczym powrót to rzeczywistości. Ale to jedynie pozór. Improwizacja w mgnieniu oka nabiera siarczystości i swym połamanym, bezmelodyjnym rytmem dobiega do końca.



 

Lantana  Elemental (Cipsela Records, CD 2022)

Namouche Studios, Lizbona, styczeń 2020: Maria do Mar – skrzypce, Maria Radich – głos, Joana Guerra – wiolonczela, Carla Santana – elektronika, Anna Piosik – trąbka i głos oraz Helena Espvall – wiolonczela, elektronika. Pięć improwizacji, 46 minut.

Szóstka improwizatorek wyposażonych w dość nietypowy zestaw instrumentalny (blaszak, trzy strunowce, głos i niemałe połacie elektroniki) zaprasza tu na podroż równie nietypową, po części post-folkową, nawet piosenkową, ale formowaną niekiedy w doprawdy gęsty strumień improwizowanych dźwięków. Zaskoczeń jest tu całe mnóstwo i tyleż pomysłów, czasami zbyt obficie sycących narrację. No i jeszcze pięć tytułów na okładce, podczas gdy nagranie na CD składa się jedynie z czterech części. Pobieżna analiza wskazuje na to, iż ostatnia, 20-minutowa opowieść prawdopodobnie konsumuje dwa ostatnie tytuły.

Pierwsze dźwięki wydają się być wyjątkowo filigranowe, stanowiąc niebanalny przednówek dla eksplozji podwójnego wokalu, który definitywnie folkowym zaśpiewem stawia nas do pionu i zabiera na efektowne wzniesienie. Piękne brzmienie akustyki delikatnie inkrustowane jest nienachalną elektroniką tła. Ta ostatnia daje upust swojemu temperamentowi na początku drugiej opowieści. Dwa pasma całkiem gęstej syntetyki budują intro dla narracji, która w dalszej części, płynąc silnie rozmazanym obrazem dźwięku, znów niesie nas wysokim wzgórzem przy wtórze rozśpiewanych fraz. Mocno pracuje też echo, które będzie już towarzyszyć artystkom niemal nieprzerwanie. Na zakończenie narracja przypomina tu polifoniczny wielogłos, silnie nasycony emocjami, budowany zarówno głosem ludzkim, jak i melodyką instrumentów strunowych i trąbki. Trzecia opowieść zaczyna się w zgrzytliwym, elektroakustycznym środowisku. Okrzyki i szepty, salwy emocji wprost ze stron i efektownie rozhuśtana trąbka na dużym pogłosie. Pod koniec utworu narracja spowolnia pod ciężarem elektronicznych ulepszeń. Wreszcie finałowa (dwutytułowa) narracja, która stanowi niemal połowę albumu. Dużo się tu dzieje, czasami aż nazbyt. Początek przypomina mały sabat czarownic - wrzaski, tańce, swawole i elektroniczne stemple tuż nad podłogą. Potem oddajemy się we władanie emocjonalnych, folkowych skal i post-barokowych piękności. Czekają na nas recytacje, plejady akustycznych, nerwowych podrygów, ale też rozśpiewane frazy taplające się w pogłosie. W samej końcówce narrację wzbogaca jeszcze oniryczna elektronika, trochę fraz preparowanych i zmysłowe wokalizy.

 


Wade Matthews & Abdul Moimême  Permeance (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

BOTA Club, Lizbona, marzec 2022: Wade Matthews – cyfrowe syntezy i nagrania terenowe oraz Abdul Moimême – gitara elektryczna, obiekty. Trzy improwizacje, 47 minut.

Rezydujący w Madrycie Francuz i lizboński Portugalczyk serwują nam danie definitywnie elektroakustyczne, dobrze skrojone i udramatyzowane, pozbawione dłużyzn i często skoncentrowane na detalach brzmieniowych. Matthews realizuje tu stylowy festiwal fake sounds, a o palecie jego dźwięków możemy powiedzieć wszystko, tylko nie to, skąd pochodzą. Z kolei Moimême, jakże niebanalny gitarzysta, którego znamy z niejednej improwizacji, często nas zaskakuje, a jego gitara, zaplątana w niezidentyfikowane obiekty dźwiękowe, potrafi brzmieć doprawdy tajemniczo. Co zaś zdaje się pozostawać na tym albumie w centrum uwagi, to subtelna różnica, jaka dzieli dźwięk akustyczny od syntetycznego. Po prawdzie w trakcie odsłuchu nieustannie zadajemy sobie pytania o to, gdzie kończy się akustyka, a gdzie zaczyna syntetyka. Ale to nam zupełnie nie przeszkadza w przyjemnej percepcji tego urokliwego spektaklu dźwiękowego.

Na starcie muzycy z góry informują nas, że ich koncert będzie obfitował w tajemnice! Zgrzytliwe echo, rezonujący ambient gitary i nie tylko gitary, elektroakustyczne smaczki z nieznanego źródła, wreszcie kilka żywych fraz szumiących fal - wszystko lepi się tu w drobne, oniryczne sekwencje dźwiękowe. Powolna, skupiona narracja sprzyja kreatywności, ale wnosi też do strumienia fonii frazy bardziej groteskowe, czy wręcz slapstickowe. Post-elektronika, ale jeszcze nie akustyka! Kilka usterkowych incydentów, trochę mroku z gitary (tego jednego instrumentu jesteśmy tu pewni!). Z jednej strony obiekty bez nazwy, z drugiej struny gitary uderzane puchową pałką. Pierwsza improwizacja trwa ponad 20 minut i obok tysięcy pytań, daje też kilka filigranowych odpowiedzi. Kolejne części trwają po około 10 minut. Najpierw muzycy pokazują, iż ich dźwięki mogą być jeszcze bardziej rozdrobnione, mgliste i naprawdę filigranowe. Czegokolwiek by jednak nie czynili, ich frazy wchodzą w naprawdę bystre interakcje. Jeśli gitara decyduje się na bardziej linearną narrację, liczyć może na kąśliwe komentarze ze strony armii obiektów dźwiękowych. Improwizacja na ogół stroni tu od dynamicznych akcji, ale muzycy incydentalnie próbują przemycać żwawsze frazy. Tak czynią pod koniec drugiej części, a także w trzeciej, ale dopiero w jej końcowej fazie. Wcześniej dostajemy się w wir cicho pracującego urządzenia elektrycznego, który syci się echem rezonującego tła. Minimalistyczna gra na subtelności przez moment usypia naszą uwagę. Bardziej dynamiczny finał dobrze zatem robi percepcji całości koncertu.



piątek, 18 listopada 2022

The Lisbon Story: The Attic! João Lencastre! Livro das Grutas! José Lencastre! Cláudio de Pina!


Zgodnie z wtorkową zapowiedzią kontynuujemy prezentację nowych płyt powstałych w Lizbonie. Dziś pięć kolejnych świeżutkich smakołyków, pokazujących nie tylko jakość i kreatywność sceny stolicy Portugalii, ale także jej niebywałą różnorodność.

Dwie pierwsze płyty w zestawie emanują swobodnym jazzem - najpierw wycieczka w estetyce more free, potem odrobina kompozytorskiego ładu, ale z improwizacją, jako naczelnym narzędziem pracy. Kolejna podróż, to definitywnie elektroakustyczna, swobodna improwizacja o niekończącej się palecie dźwięków preparowanych. Zaraz po niej saksofony skąpane w elektronice, a na sam koniec … osiemnastowieczne organy i bystre wykony klasyków minimalistycznej awangardy. Oto cała, jak zawsze piękna Lizbona! Welcome!




The Attic (Rodrigo Amado, Gonçalo Almeida, Onno Govaert)  Love Ghosts (NoBusiness Records, CD 2022)

Namouche Studios, styczeń 2020: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Onno Govaert – perkusja. Pięć improwizacji, 58 minut z sekundami.

Portugalsko-holenderskie Attic zaprasza na trzecią swoją płytę. To trio, które uwielbia swobodny free jazz, nie stroni od melodii i dobrych emocji. Tytuł nagrania zdaje się ciągnąć naszą uwagę w stronę estetyki Alberta Aylera i po prawdzie w wielu kluczowych momentach narracji posmak mistrza nie schodzi z ust artystów. Z drugiej strony nie sposób nie zauważyć, szczególnie we frazowaniu saksofonisty, iż tego dnia nastrój chwili kierował muzyków w bardziej spokojne rejony niż te, znane z poprzednich sesji, czy koncertów tego tria.

Spokojne otwarcie jest tu dziełem kontrabasu i perkusji. Saksofon wchodzi do gry łagodną melodią i syci narrację balladowym klimatem o nieco bluesowej proweniencji. Improwizacja nabiera wigoru i tempa, zaczyna nawet swingować, a w swej końcowej fazie przekształca się w stonowaną kodę budowaną duetem dęciaka i basu. Początek drugiej improwizacji wydaje się być równie leniwy. Zamyślony Ayler czeka na zapowiadany wzrost emocji, z kolei kontrabasista, a szczególnie perkusista nerwowo wiercą się w miejscu i udanie szukają dramaturgicznych kantów. Z czasem tenor zaczyna systematycznie ciągnąć opowieść ku górze i nie skąpi bardziej zadziornych fraz. Po wyczerpaniu zasobów melodyki oddaje pole kontrabasowi, który plecie zmyślne, nieprzegadane solo. Końcówka nagrania charakteryzuje się dużą kreatywnością drummera, który kontrapunktuje drobne przesilenie melodyczne saksofonisty. Trzecią historię zdecydowanie stawiamy w roli tej najciekawszej. Kameralny początek zawdzięczamy smyczkowi i dęciakowi snującemu mgławe, wysuszone drony. Artyści klecą tu małe modlitwy i chętnie imitują swoje dźwięki. Głęboki drumming z kolei dba o mroczne emocje. Po przejściu w tryb pizzicato narracja nadyma się post-swingiem i niesiona basowym groove nabiera ognistej powłoki. Saksofon imponuje w tym momencie kreatywnością, dba o emocje na każdym korku, a intensywna sekcja rytmu dodaje mu jeszcze skrzydeł. Finałowa improwizacja znów zaczyna się na gryfie kontrabasu, tym razem jednak bez udziału smyczka. Smukłe, delikatne flażolety, struny ledwie głaskane końcówkami palców. Perkusja i saksofon wchodzą do gry dopiero w trzeciej minucie. Leniwa ballada bardziej tu pachnie Komedą niż Aylerem. Mniej więcej w połowie improwizacji artyści w zakamarkach melodii rozpoczynają intensywne poszukiwania dynamiki. Marszowe tempo sprawia, iż masywny groove basu nie ciągnie narracji na szczyt, ale pozwala jej zmysłowo wytłumić się.



 

João Lencastre  Safe In Your Own World (Phonogram Unit, CD 2022)

Atlântico Blue Studios, październik 2021: Leo Genovese – fortepian, Drew Gress – kontrabas, Pedro Branco – gitara (nie we wszystkich utworach) oraz João Lencastre – perkusja. Osiem utworów/ improwizacji, 36 minut i pół minuty.

Międzynarodowy skład jednego z braci Lencastre, to po prawdzie akustyczne trio, które na czas sesji nagraniowej zostało uzupełnione o elektryczną gitarę. Drummer przygotował tu cztery kompozycje, pozostałe utwory to improwizacje. Szczególnie dużo jakości znajdujemy w tych ostatnich, ale i tematy grane z kartki mają tu swoją moc, bystrą dramaturgię, soczyste improwizacje, a zdobią je intrygujące dysonanse stylistyczne. Dodajmy, iż w utworach drugim i szóstym gitara milczy.

Dwa początkowe utwory na płycie, to kompozycje. Pierwsza z nich smakuje dobrym fussion, podawanym mocnym tembrem kontrabasu i gitary, która lubuje się w ekspedycjach jazz-rockowych.  Druga część jest całkowicie akustyczna, a otwiera ją kontrabas i perkusyjne szczoteczki. Ballada otwartego jazzu podszyta tu jest nerwowym rytmem wewnętrznym. Kolejne epizody, to już improwizacje w kwartecie. Najpierw dostajemy się w wir preparowanych fraz, które zyskują dynamikę dzięki zręcznej robocie perkusisty. Szczególnie podobać się tu może gitara, która nieustannie płynie w poprzek oczekiwań typowego open jazzu. Tuż potem dostajemy się w strefę wyjątkowo smakowitych kąsków – preparacji, rezonujących talerzy, smyczka w śpiewie i gitary płynącej mrocznym ambientem. W części piątej powracamy do materiału skomponowanego, który zdaje się stanowić jedynie pretekst do prawdziwych, improwizowanych szaleństw. Dynamiczna, chwilami agresywna narracja syci się tu zarówno ekspresją rocka, jak i swingującym groove. Skoczny, połamany temat implikuje pasaże świetnie skontrastowanych ekspozycji solowych. Po szóstej opowieści, którą stanowi akustyczna, krótka ballada cieszyć się możemy utworem siódmym, bodaj najlepszym momentem całego albumu. Smyczek, psychodeliczna gitara, w fazie dynamiki całe plejady kanciastych, niebanalnych dźwięków, wreszcie salwy ekspresji płynące ze strony wszystkich muzyków w ramach podsumowania. Finałowa ballada koi tu nerwy, ale też jest efektem całkiem frapujących pomysłów. Przypomina wodospad z leniwą strugą wody, skąpaną w porannym słońcu.



 

Wilfrido Terrazas, Mariana Carvalho & Abdul Moimême  Livro das Grutas (Creative Sources, CD 2022)

Namouche Studios, wrzesień 2018: Wilfrido Terrazas – flety i dzwonki, Mariana Carvalho – fortepian preparowany i głos oraz Abdul Moimême – dwie gitary elektryczne (grające symultanicznie), obiekty. Pięć improwizacji, 69 minut.

Nagranie poczynione wedle formuły live in studio, swobodnie improwizowane, nasączone ogromem intrygujących dźwięków, łączące wytrwane, preparowane frazy piana i fletu z dwoma gitarami stołowymi, zdaje się posiadać nieskończoną liczbę zalet. Być może tą jedną, najważniejszą jest umiejętne korzystanie przez artystów z ogromnego arsenału dźwiękowego i kreowanie bardzo często sytuacji dalece minimalistycznych. W trakcie bardzo długiej sesji (to akurat jedyna wada albumu) raz za razem nasze skojarzenia kierują się w stronę legendarnych AMM, a muzycy wydają się czerpać inspiracje zarówno z gęstego, industrialnego odcinka historii Brytyjczyków, jak i z estetyki minimalizmu, charakterystycznej dla ich współczesnych nagrań.

Na starcie muzycy serwują nam mały spektakl fake sounds, pełny dętych oddechów i akcentów percussion z mgławym, post-ambientowym tłem. Narracja faluje, płynie od gęstych, kompulsywnych fraz do zagubionych, minimalistycznych oddechów elektroakustycznej ciszy. Pianistka dba o szczegóły, filigranowo preparuje, ale nie ma też problemu z wyrażaniem zdecydowanego stanowiska wprost z klawiatury. Flecista dmie i nadyma się, często ciągnie narrację ku górze, nasączając ją nerwem życia. Z kolei instrumentarium gitarzysty stanowi o tu o całej, jakże bogatej reszcie zdarzeń fonicznych – od onirycznego ambientu po hałaśliwe zgrzyty i bolesne obtarcia. Mimo braku instrumentu perkusyjnego, improwizacja raz za razem śle sygnały na poły rytmiczne, w projekcji których często dochodzi do imitacji brzmienia gitary i piana. Druga opowieść zdaje się podkreślać majestatyczne, leniwe tempo narracji, metaliczne frazowanie pełne rezonansu i dramaturgiczne samoograniczanie się muzyków. W trzeciej części pojawia się więcej emocji. Mnogość dźwięków preparowanych ze strony wszystkich uczestników podróży na pewien czas istotnie zagęszcza flow, który płynie od jednego skoku napięcia do drugiego. Tą, która drobnymi, filigranowymi frazami bierze ów pomysł w nawias niedopowiedzenia jest wyśmienicie pracująca pianistka. W kolejnej części muzycy plotą coraz dłuższe frazy, a w tle dalece onirycznej narracji pojawia się tajemniczy, dalekowschodni zaśpiew. Gdy w sukurs tak kreowanej improwizacji przychodzi jeszcze post-industrial taste, opowieść intrygująco gęstnieje (nie bez udziału głosu!). Finałowy, najkrótszy epizod powraca do estetyki fake sounds, którą artyści przywitali nas prawie godzinę temu - szeleszczące papierki, długie frazy nieznanego pochodzenia i dość niespodziewane, post-jazzowe wtręty z klawiatury. Końcowe dźwięki stawiają znaki zapytania, gubią wątki i wciąż podsyłają nowe rozwiązania. Oto improwizacja, która mógłby się w zasadzie nigdy nie skończyć.



José Lencastre  Inner Voices (Burning Ambulance Music, CD 2022)

Toolate Studio, od września 2020 do marca 2021: José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy (utwory 1-8), saksofon altowy (9-10) oraz Ary – projekt dźwiękowy (1), Moog Sonic 6 (2, 3, 10) oraz real time fxs, syntezator modularny (9-10). Dziesięć utworów, 43 i pół minuty.

Drugi z braci Lencastre zaprasza nas na płytę w jego dorobku dość szczególną. Po części solową, ale graną na dwa lub więcej głosów, po części wspieraną smugami elektroniki, w końcu także realizowaną w duecie z analogowym syntezatorem. Album składa się z dwóch zasadniczych części. Najpierw dostajemy saksofonowe wielogłosy umoczone w delikatnym, elektronicznym sosie, a potem dwie rozbudowane improwizacje grane już w formule live. Każda z części trwa trochę ponad 20 minut. Dodajmy, iż zarówno w sensie brzmieniowym, jak i dramaturgicznym obie strony albumu dość zasadniczo różnią się do siebie.

Na starcie wydaje się, że zanurzeni jesteśmy w pieczarze elektroakustycznych pomruków. Nagle nadlatują jednak dwa, a potem nawet trzy saksofony i zaczynają swój melodyjny, wielogłosowy taniec. Rytm wiecznej pętli, bardzo swobodny, niekiedy radosny, realizowany na ogół na sporej dynamice, niepozbawiony jest także pewnego folkowego posmaku. W drugim utworze brzmienie saksofonów ulega delikatnemu zabrudzeniu, a flow nabiera gorętszego wymiaru, podsycanego elektronicznym backgroundem. W kolejnej części wraca czysta śpiewność, do gry podłącza się także elektroniczne pasmo niskiej częstotliwości. Opowieść zyskuje na ekspresji, zatem możemy już - być może - używać w stosunku do niej określenia free jazz. Czwarta odsłona gubi tempo, zyskuje natomiast silny pogłos. Piąta, szósta i siódma narracja wydają się wyjatkowo skoczne i lekkie, zupełnie pozbawione wsparcia elektronicznego, choć i tu pojawia się znane nam już pasmo basowe. Ósma narracja, która kończy wielogłosowy śpiewnik definitywnie zdejmuje nogę z gazu i brnie w kierunku balladowym, nabierając nieco medytacyjnego charakteru. Dwa ostatnie utwory na płycie, to już żywa improwizacja, prowadzona przez saksofon altowy, w interakcje z którym wchodzi nieinwazyjny syntezator modularny. Elektronika pozostaje tu w pozycji odpowiadającej na pytania, płynie wartkim, post-rytmicznym strumieniem i dobrze uzupełnia pętle narracyjne dęciaka. Tempa są na ogół umiarkowane, czasami delikatnie nerwowe, częściej jednak na poły medytacyjne. Całość silnie posiłkuje się post-elektronicznym echem.



Cláudio de Pina  Avant-Garde Organ (9musas, CD 2022)

Ajuda Parish, czas nieznany: Cláudio de Pina - osiemnastowieczne organy (pipe organ), kompozycje - La Monte Young, György Ligeti, Mauricio Kagel oraz John Cage. Trzynaście utworów, 74 minuty.

Na zakończenie lizbońskiej mini-zbiorówki dzieła wyżej wymienionych klasyków minimalizmu wykonywane na organach i doposażone w całe mnóstwo dźwięków, jakie towarzyszyły grze na dużym instrumencie piszczałkowym. Zatem są z nami odgłosy trzeszczenia krzesła, zamykania i otwierania drzwi, także przemieszczania się muzyka, a może nie tylko jego. Te dodatkowe efekty dźwiękowe szczególnie uwypuklają się w trakcie wykonania cage’owskiego 4:33, którego partytura, jak świetnie wiemy, jest pustą kartką. Ów pasaż post-sakralnego field recordings wieńczy zresztą cały koncert, który wydaje się być jednym ciągiem przyczynowo-skutkowym następujących po sobie dźwięków instrumentu i otoczenia.

Na początek muzyk proponuje nam kompozycje Le Monte Younga. Matowy, jakże oniryczny klimat, ale także dużo akcji w jednostce czasu, przynajmniej jak na kanony mistrza minimalizmu. Długie frazy płyną tu zarówno dołem, jak i górą, zdają się być podniośle, ale także nieco slapstickowe. Artysta proponuje nam także dużo gry z ciszą, które to fragmenty nasyca dźwiękami otoczenia. Jeśli jednak szukamy na koncercie prawdziwego oblicza minimalizmu, to dostarcza go fragment wykorzystujący kompozycje Ligetiego. Dźwięki zdają się tu stać w miejscu i czekać na niechybną śmierć. Oto narracja, która zachęca do głębokiego słuchania i ekstremalnego skupienia. W części Kagela dostajemy całe plejady krótkich, wręcz urywanych fraz. Tu także fauna i flora otoczenia organów wnosi do narracji więcej zdarzeń fonicznych niż sam instrument. W części Cage’a pojawia się więcej życia, ale też mrocznych, wręcz ponurych klimatów. Także frazy filigranowe i zaskakujący posmak ethno. Nim koncert wejdzie w finałową fazę cage’owskiego bezdźwięku, artysta serwuje nam jeszcze drobny powrót do Younga. Tu z kolei mamy wrzenie, że organy namiętnie śpiewają.

 

 

wtorek, 30 sierpnia 2022

The August Round-up: JakTar! Forensic Trio! Byrne! Zajac! Plantas Horribles! Ciel – Cristal! Don’t Cry! Widoki!


Sierpień dobiega końca, a na łamach Trybuny nie zamiesiliśmy jeszcze comiesięcznej zbiorówki świeżutkich płyt z najlepszą na świecie muzyką! Najwyższy czas przystąpić zatem do dzieła, jak zwykle ponadgatunkowego, krnąbrnego, ale nade wszystko pokazującego całemu złemu światu, że muzyka jest tylko jedna, nie zna ras, języków i nie ma rezydencji podatkowych!

Dzisiejsza opowieść zacznie i skończy się całkiem jazzowo, ale w tej wersji, którą lubimy najbardziej, czyli z etykietą free, improwizowaną, czasami nad wyraz swobodnie, buńczuczną, prawdziwie wojowniczą odmianą synkopowanych erupcji. W tak zwanym międzyczasie nie zabraknie oczywiście stosownej porcji elektroakustycznych eksperymentów, które hołubimy w stopniu równie nieograniczonym.

Zaczniemy w Londynie i tam spędzimy aż trzy albumy – dwa tria i jeden incydent solowy! Potem na krótko przeniesiemy się do Słowacji, a zaraz potem do Argentyny! Powrót na stare, europejskie śmieci zacznie się w portugalskim Porto, a na dwa finałowe albumy wylądujemy w Polsce, kończąc niniejsze dzieło najbardziej rdzennie jazzowym nagraniem w zestawie. So, go on!



 

Paul Hession, Michael Bardon & Christophe de Bézenac  JakTar (Discus Music, CD 2022)

Na początek naszej marszruty prawdziwa perełka swobodnego post-jazzu w wykonaniu muzyków brytyjskich, całkiem doświadczonych, ale mniej rozpoznawalnych medialnie (niech ten album to zmieni!). Na perkusji i instrumentach perkusyjnych najbardziej znany z tego grona Paul Hession, na kontrabasie Michael Bardon, a na saksofonie tenorowym Christophe de Bézenac. Panowie przygotowali dla nas dziesięć improwizacji, które trwają 37 minut. Nie znamy miejsca i czasu nagrania.

Artyści zaczynają swoją opowieść na ostro – masywnym, amplifikowanym kontrabasem, silnym drummingiem i zadziornym, choć tajemniczo brzmiącym saksofonem. Płyną w poprzek, pod prąd schematów i przyzwyczajeń, dziergając stylowy free jazz. Kolejne cztery improwizacje uciekają od dynamiki utworu otwarcia i przenoszą nas w obszar swobodnych, dźwiękowych eksperymentów. Preparacje kontrabasowego smyczka, rezonujące talerze, sycząca glazura werbla, metaliczne eksperymenty na korpusie saksofonu - śpiewy, lamenty i cały ocean subtelności, nie rzadko podawanych trybem call & responce. Co wszakże najważniejsze, muzycy trzymają w ryzach swój temperament i nadkreatywność, dzięki czemu ich wypowiedzi są bardzo zwięzłe i nie przekraczają na ogół trzech minut.

Szósty odcinek przekracza za to aż siedem minut i zdaje się stanowić opus magnum tego doskonałego albumu. Znów lepiony jest z drobnych, często preparowanych fraz, napędzany powykręcanym rytmem dyktowanym przez kontrabasowy smyczek i stemplowany zawsze trafiającym w punkt drummingiem. Tempo początkowo powolne, z czasem zyskuje na atrakcyjności. Tu szczególnie podoba nam się imitacyjna gra smyczka i saksofonu. Ten ostatni swym chropowatym brzmieniem syci improwizację dodatkową jakością. Kolejne opowieści są nieco krótsze, ale nie tak enigmatyczne, jak te w pierwszej części albumu. Znów mnóstwo na nich efektownych momentów. W ósmej części intrygują zmysłowe small talks prowadzone w niemal chill-outowej aurze, które z czasem zyskują jakże nerwową powłokę wyśmienitych interakcji pomiędzy muzykami. W dziewiątej części trio powraca do free jazzowego idiomu i stawia kolejny stempel jakości. Finał jest najsubtelniejszym momentem albumu, smakuje post-barokiem i uroczą wstrzemięźliwością, zwłaszcza ze strony perkusisty.



Martin Archer, Pat Thomas & Johnny Hunter  Forensic Trio (Discus Music, CD 2022)

Pozostajemy w Zjednoczonym Królestwie Improwizacji, choć nie znamy miejsca i czasu powstania nagrania, które stworzyli: Martin Archer – saksofon altowy, sopranino, barytonowy i elektronika, Pat Thomas – fortepian oraz Johnny Hunter – perkusja, instrumenty perkusyjne, glockenspiel. Cztery improwizacje, niespełna 50 minut.

Kolejne brytyjskie trio trzyma poziom poprzednika! Płynie od startu do mety bardzo swobodnym strumieniem, ale gdy trzeba sięga po twarde atrybuty free jazzu i bez trudu stawia nas do pionu. Pierwsze dwa traki na dysku, to jedna improwizacja, ale składająca się z dwóch dość niezależnych stylistycznie części. Początek, to rozpoznawcze gry, pełne preparowanych dźwięków, powstających w niewielkiej odległości od ciszy. Dużo akcentów inside piano, skromne podmuchy saksofonowe, uzupełniane nieinwazyjnymi porcjami elektroniki i bystra, koherentna sfera perkusjonalna. Muzycy zadają pytania i leniwie na nie odpowiadają. Po dziesięciu minutach dość niespodziewanie zmieniają jednak tryb narracji. Prym przejmują teraz fortepianowe klawisze, które kreślą free jazzową ścieżkę, na której w mgnieniu oka pojawiają się dziarski saksofon altowy i dynamiczna perkusja. Ta ostatnia konstruuje także zgrabne solo.

Trzecia improwizacja, to danie główne koncertu. Niemal dwa kwadranse pełne subtelności i wielu zaskakujących wydarzeń. Najpierw faza długich pociągnięć pędzlem – tu w roli głównej preparowane piano i elektronika. Improwizacja znów prowadzona jest metodą call & responce z całą masą udanych interakcji. O aurę tajemniczości dbają także stylowe deep drums. Po kilkunastu minutach tego slowly & lazy flow muzycy, ponownie jak w części pierwszej, włączają tryb jazzowy (tym razem z wykorzystaniem sopranino). Pomysł ten jednak dość szybko zarzucają i na powrót zanurzają się po szyje w swobodnych, improwizowanych igraszkach. Archer znów woli gmerać po kablach, niż dąć w saksofon. Ta część koncertu, prowadzona w trybie wyjątkowo minimalistycznym, wydaje się być jej najbardziej udanym fragmentem. Finałowa improwizacja, kilkuminutowa, przypomina post-jazzową broken ballad. Piano kreśli post-klasyczne solo, także perkusja ma tu kilka chwil dla siebie. Gdy finał koncertu wydaje się być na wyciągnięcie ręki, na scenę wpada saksofon barytonowy i wesoło repetując ogłasza definitywny koniec.



Dee Byrne  Live at Cafe Oto (Luminous Label, DL 2022)

Wciąż jesteśmy po tej samej stronie Kanału Le Manche, nawet wiemy, w jakim miejscu i kiedy: londyńskie Cafe Oto, czerwiec bieżącego roku. Na scenie Dee Byrne, artystka wyposażona w saksofon altowy i urządzenia elektroniczne. Zagra dla nas jeden set, który trwa niecałe 28 minut.

Kolejna brytyjska przygoda, to pozornie skromne spotkanie saksofonu z elektroniką. Jak się jednak okazuje, rozumne użytkowanie tej drugiej może nadać prostemu instrumentowi dętemu kilka nowych żyć, a odbiorcy koncertu dużo zaskakujących wrażeń. Całość nie trwa dwóch kwadransów, zatem warto pochylić się tu niemal nad każdym dźwiękiem.

Początek spektaklu, to saksofon doposażony w delaye, które sprawiają, że flow opóźnia się, a dźwięki nakładają na siebie. Klimat chill-outowy, ale z dużą dawką niepokoju o losy kolejnych fraz. Gdy echo gaśnie, Dee serwuje nam kilka przebiegów czystego, zadziornego frazowania, po czym dodaje kolejną porcję pogłosu, który niesie dęte dźwięki coraz bardziej zaskakującymi ścieżkami. Lekki posmak psychodelii i wyprawa w kosmos gotowa! Artystka żyje tu ciągłą zmianą, z których zdecydowaną większość w pełni akceptujemy. Kolejna faza, to saksofonowe multiplikacje. Tu można odnieść wrażenie, że gra dla nas co najmniej World Saxophone Quartet! Następna część koncertu zdaje się być najciekawsza, albowiem Dee sięga po dubowe echa, które fantastycznie niosą proste, mechaniczne bezdźwięki dysz. Przez moment saksofon brzmi też niczym wokoder, po czym artystka znów sięga po free jazzową ekspresję i sprowadza nas na ognisty szlak. Z każdym nowym pomysłem echo jej elektroniki dodaje coś nowego do brzmienia całości. Pod koniec koncertu mamy wrażenie, że pogłos zaczyna tu żyć własnym życiem. Tymczasem narracja przepływa jeszcze przez rzekę ambientu, także strumień czystego frazowania i ostatecznie dokonuje swego żywota w strugach saksofonowych repetycji.



Ondrej Zajac  I Will Be Forgotten (Weltschmerzen, LP/DL 2022)

Czeskie Pardubice, miejsce zwane Divadlo 29, a w środku kolejny samotny artysta: Ondrej Zajac –gitara, gitarowe przetworniki, elektronika. Nagranie koncertowe (czas powstania nieznany) składa się z ośmiu części i trwa około 38 minut.

Solowych, gitarowych performance’ów na naszych łamach nie brakuje, ale ten słowacki, choć na czeskiej ziemi, doprawdy zasługuje na dużą uwagę! Decyduje o tym zarówno niemal epicki, ponad 16-minutowy utwór drugi, który buduje swą jakość ambientowymi metodami, jak i cała reszta krótkich, niekiedy dość enigmatycznych eksperymentów gitarowych, którym równie blisko do post-rockowych wyziewów, jak i neo-elektronicznych zabaw na zgliszczach konstrukcji rytmicznych.

Pośród tej drugiej grupy impro-kompozycji szczególnie podobać się może pierwsza z nich, otwierająca album. Z jednej strony tworzy ją poświata nieoczywistej elektroniki, z drugiej strunowe ingrediencje, szumy, szelesty i mroczne zakamarki, nie bez udziału dubowego dna. Potem sunie po naszych głowach ów epicki, wielominutowy ambient, który zaczyna się od ruchu smyczka na gryfie gitary, a kończy wielowarstwowym płaszczem rozkołysanych post-melodii. Kolejne pięć części, to sól wspomnianych eksperymentów, brzmiących niekiedy niczym mandolina na pogłosie (trzecia odsłona), czy też przypominających post-rytmiczne łamańce, sączące się z gitarowych kabli, sugerujące estetyczne konotacje z improwizacjami Bucketheada z końca ubiegłego stulecia (czwarta z nich). Piąta historia pachnie dubem na kilometr i skrzy się tysiącami pomysłów narracyjnych, z kolej szósta, to typowa praca na gitarowych przetwornikach, a siódma, to czynione nieznaną metodą dekonstrukcje gitarowych riffów. Wreszcie finał tej smakowitej płyty, ponad sześciominutowy, który zdaje się nawiązywać do ambientowej estetyki drugiej części - falujące drony, strunowe ornamenty, dużo mroku i … poczucia dobrze wykonanej roboty.



 

Ariel Invernizzi Oviedo, Martin Allende Medina, Camila Nebbia & Raian Valença João  Plantas Horribles (Neue Numeral, DL 2022)

Dość istotnie zmieniamy teraz estetykę, ale pozostajemy pod silnym wpływem świetnej, gitarowej roboty. Argentyńskie Buenos Aires, czasy pandemii i kwartet w składzie: Camila Nebbia – saksofon tenorowy, Martin Allende Medina – gitara elektryczna, Raian Valença João – bas elektryczny oraz Ariel Invernizzi Oviedo – perkusja, instrumenty perkusyjne. Dwanaście impro-kompozycji trwa tu niepełne dwa kwadranse.

Początek argentyńskiej impro-noweli sugeruje konfrontację z siłą avant-rockowego walca, wspartego dzikiem wrzaskiem saksofonu altowego, którego nie powstydziłby się sam bóg jazzowego warcholstwa, czyli John Zorn. Ale to jedynie pozór. Z każdą bowiem sekundą zarówno pieśni otwarcia, jak i kolejnych jedenastu epizodów, przekonujemy się, iż kreatywność i krewkość argentyńskiego kwartetu dalece wykracza poza schemat, w który niechybnie wpadliśmy słuchając pierwszych kilku minut tego – co w tym kontekście niebywałe – niemal doskonałego albumu!

Już bowiem rzeczona pierwsza kompozycja po kilku dynamicznych przebiegach zaczyna uroczo rozwarstwiać się, rozjeżdżać, pękać w szwach i szukać pretekstu do improwizacji w każdych źdźble dźwięku. Niczym upalone skrzydła Velvet Underground, dla których prosty motyw gitarowy był jedynie pretekstem do psychodelicznych szaleństw i niekończących się improwizacji. W kolejnych, niekiedy dalece enigmatycznych częściach albumu tezy recenzenta znajdują wielowątkowe uzasadnienia. Druga opowieść, to huśtawka emocji z przetrąconym metrum, trzecia, to bulgoczący ambient, czwarta zaś to post-rockowe gęstwiny, pełne mrocznych tajemnic. W dalszej kolejności dostajemy szczyptę jazzu z gryfu gitary i saksofon, który jątrzy, a zaraz potem przywołane zostają wspomnienia z nowojorskiego Downtown lat 90. ubiegłego stulecia (czyli jednak Zorn!). Następne dwie opowieści błyskotliwie się pętlą, po czym giną w otchłani jazz-rockowych, swobodnych improwizacji (nie bez dubowych klimatów!), silnie naznaczonych wyjątkową kreatywnością gitarzysty. W dziewiątej części kipiel rocka wraca, by w kolejnych odcinkach sypać improwizacjami, nawet czynionymi metodą call & responce, jak z rękawa czarnoksiężnika. W finałowej narracji nasze uszy znów sycą się nieparzystym metrum, które na ostatniej prostej miast koić nasze nerwy, rzuca nas na pożarcie rockowym emocjom. I co na tym albumie chyba najcenniejsze – muzycy w genialny sposób panują nad dramaturgią. Nie ma tu jednego zbędnego dźwięku, tylko same konkrety. Może dlatego ta płyta wydaje się taka krótka.



 

Lionel Marchetti & Abdul Moimême  Ciel – Cristal (Lionel Marchetti’ bandcamp, DL 2022)

Czas na zapowiadane, elektroakustyczne eksperymenty. Nagranie koncertowe z Porto (Planetarium, początek listopada ubiegłego roku) i dwóch artystów: Lionel Marchetti – syntezator, stacje basowe i elektronika oraz Abdul  Moimême - dwie gitary elektryczne (grające symultanicznie) oraz obiekty. Jedna improwizacja, prawie 42 minuty.

Przed nami ciąg dalszy gitarowych wycieczek w nieznane, tym razem w towarzystwie elektroniki oddanej w ręce jednego z klasyków gatunku. Zresztą sam gitarzysta do takich też winien być zaliczany, zatem nie sposób nie zreasumować tego albumu niemal wyłącznie komplementami. Jedno wszakże wątpliwości nie ulega – w trakcie ponad czterdziestu minut koncertu muzycy dostarczają nam wiele dźwięków, niekiedy naprawdę tajemniczych, ale najlepszy moment spektaklu, to ten, gdy docierają do nas frazy ewidentnie powstałe na gitarowych gryfach i cedzące post-eksperymentalny, mroczny i zdekonstruowany elektroniką ambient. Ów konglomerat elektroakustycznych przygód syci improwizację udanymi szczegółami, po prawdzie, na każdym etapie jej rozwoju, co więcej, raz za razem kieruje skojarzenia recenzenta ku metodom pracy, jakże charakterystycznym dla klasyków z AMM. A na tych łamach to komplement najcięższej wagi!

Na starcie koncertu w strumieniu różnorodnych dźwięków dominują frazy elektroniczne, postrzępione ochłapy fonii, zagubione na kilometrach kabli. Co pewien czas narracja zdobiona jest akustycznymi incydentami, które siłą rażenia przypominają pojedyncze uderzenia w czarny klawisz fortepianu w oceanie skwierczącej ciszy. Po niedługim czasie w tle zaczynają formować się pierwsze warstwy ambientu, które zdają się nadawać sens dotychczasowym zgrzytom i elektronicznym turbulencjom. Pracy artystów towarzyszy także posmak rezonansu (z nieistniejącego talerza?) i post-industrialne brudy pomiędzy dźwiękami. Opowieść pęcznieje, chwilami sprawiając wrażenie, jakby ktoś akustyczne medytacje ala AMM upiększał zwarciami elektrycznymi. Po anonsowanej już fazie dominacji gitarowych fraz, improwizacja w drugiej części koncertu staje się jeszcze bardziej medytacyjna, mimo, iż w strumieniu zdarzeń artyści sytuują pewien wątek rytmiczny, a także garść incydentów elektroakustycznych godnych niejednego klasyka table guitars. Nieśpieszny w swej schyłkowej fazie koncert kona ostatecznie w obłokach post-psychodelii.



 

Korybalski/ Traczyk/ Zemler  Don't Try (For-Tune, CD 2022)

Na zakończenie dzisiejszej podróży lądujemy na ojczystej ziemi. Najpierw warszawskie Studio W Dobrym Tonie, początek listopada 2020 roku i trio w składzie: Łukasz Korybalski – trąbka, flugelhorn, syntezator modularny, Wojciech Traczyk – kontrabas oraz Hubert Zemler – perkusja, instrumenty perkusyjne. Osiem części, 54 i pół minuty.

Krajowe trio zaprasza na eskapadę definitywnie improwizowaną (przynajmniej tak zeznaje na okładce!), ale nim w czarną dziurę kreatywnego chaosu muzycy wpadną bez reszty, trochę bawią się w post-jazz, tudzież nadmiernie rytmiczne konstrukcje dramaturgiczne, dodatkowo sycąc narrację sporymi dawkami analogowej elektroniki, która miast wspierać akustyczne zabawy rozśpiewanego blaszaka, masywnego kontrabasu i kąśliwej perkusji, często wchodzi w rolę przodownika pracy. Po prawdzie blisko godzinna Nie płacz oczywiście spodoba się wielu, bo to dobra robota artystyczna w każdym wymiarze, ale dla prawdziwego miłośnika improwizacji, wielbiciela ciekawych brzmień i niebanalnych rozwiązań estetycznych, ta płyta na dobre zaczyna się jakieś … 22 minuty przed końcem!

Z pierwszych pięciu części na pewno warto zapamiętać brudny, połamany flow basu, któremu wtóruje rozregulowana perkusja (druga improwizacja), kontrabasowy smyczek dający asumpt do psychodelicznych akcji, sprawiających, iż wszystkie ścieżki narracji zaczynają rozjeżdżać się po studyjnych kątach (trzecia), wreszcie sporo akustycznej, freejazzowej werwy, skonsumowanej solową ekspozycją drummerską (piąta). Począwszy od szóstej opowieści płynie już do nas sam miód kolektywnej, swobodnej improwizacji, która permanentnie szuka i na ogół nie błądzi. Zaczyna ją agresywny smyczek, któremu wtóruje perkusyjna repetycja. W tle buduje się ambient, a swoje dokłada szorstko brzmiący tu instrument blaszany. Dopiero w połowie nagrania pojawia się syntezator, ale i on wydaje się być wyjątkowo subtelny. Ostatnia improwizacja trwa ponad kwadrans i stanowi, bez dwóch zdań, opus magnum albumu. I ona ma kilka faz. Najpierw budowana jest z drobiazgów, które lepią się w dronowy, systematycznie pęczniejący strumień dźwięków. Potem stery przejmuje brutalnie brzmiący smyczek, który zdaje się sprowadzać narrację na najniższe kondygnacje. Gdy dno stanie się jego udziałem, zadaniem wyprowadzenia opowieści na powierzchnię zajmuje się trąbka. Finałowa, drobna wspinaczka dodaje jeszcze uroku całemu przedsięwzięciu, a kreowana jest znów świetną pracą kontrabasu oraz nieszablonowymi wtrętami perkusji.



 

Artur Małecki & Creature  Widoki (Fundacja Słuchaj!, CD 2022)

Kolejne mazowieckie studio nagraniowe, to Nieporęt i miejsce zwane Tokarnia 2.0 (styczeń i luty bieżącego roku). Przy swoich instrumentach meldują się tu: Artur Małecki – perkusja i kompozycje, Michał Aftyka – kontrabas i bas elektryczny oraz Przemysław Chmiel – saksofon tenorowy i sopranowy. Osiem części, prawie 62 minuty.

Finał dzisiejszego zestawienia, zgodnie z zapowiedziami najbliższy jazzowi środka, niepozbawiony zdaje się być dramaturgicznych smaczków, z zastrzeżeniem jednak niemal bliźniaczym do tego, jakie postawiliśmy w recenzji poprzedniego albumu. Nagranie trójki młodych muzyków zaczyna być interesujące dopiero w swej drugiej fazie, po tym, jak odbiorca przebrnie przez meandry zachowawczego, nieco przestraszonego jazzu, który usilnie szuka wsparcia w historii gatunku, miast skupić się na indywidualnej kreacji. W tej części schemat nagrania wydaje się dość prosty – temat spod kontrabasowych strun, dobrze ułożony drumming i rozśpiewany saksofon, którego melodie dobrze wkleiłyby się w kolejny wspominkowy film o Krzysztofie Komedzie. Nie sposób też nie usłyszeć nadmiaru słodyczy w tembrze saksofonu sopranowego, w rozbudowanej ponad miarę trzeciej opowieści.

Od utworu czwartego coś zaczyna się dziać na Widokach! Oto dostajemy się w szpony dynamicznej perkusji i saksofonu, który wreszcie zdaje się mieć ochotę wziąć sprawy w swoje ręce. Przejście do fazy całkiem swobodnej improwizacji nie zajmuje tu muzykom zbyt wiele czasu. To samo rzec można o kompozycji szóstej. W kolejnej pojawia się bas elektryczny, a smaczkiem całości jest brzmienie saksofonu, który płynie do nas jakby dwoma strumieniami. Sekcja rytmu wali jak młot, a dęciak bystrze ucieka w aylerowską śpiewność. Całość kostropata, chropowata, podana z zębem, a sfinalizowana smyczkiem. Siódma część z nazwy jest już samą improwizacją, ucieka w post-barokowe dyskusje o pogodzie, ale na tle początku albumu, i tak sytuuje się po stronie jego atutów. Finałowa opowieść znów bazuje na mięsistym, elektrycznym basie, doposażona w odpowiedni ładunek ekspresji, broni się od pierwszej do ostatniej sekundy. Parafrazując klasyków - nie ważne, co znajdziesz, byle byś szukał!

 

 

wtorek, 4 stycznia 2022

Amado! Lencastre! Transition Zone! Cirera! Erades! Neverending Sextet! Zabelka! Mirror Unit! The January Round-up as a good begining!


Stary, zatęchły rok 2021 upuścił ten ziemski padół ledwie kilka dni temu, zatem jego muzyczne echa będą nam jeszcze towarzyszyć przez wiele kolejnych tygodni. Jak zwykle garść płyt spóźni się na nasz recenzencki schedule wydawniczy, kilka innych albumów zginie w potoku świeżynek roku jak najbardziej nowego. Ale pisać trzeba, bo skoro grają, a niektórzy także kupują …

Ów stary rok zakończyliśmy zdecydowanie po portugalsku, zatem nic nie stoi na przeszkodzie, by w podobnych klimatach przestrzennych rozpocząć nowe dwanaście miesięcy! Zaczniemy z wysokiego C, dalece … norweskim kwartetem Rodrigo Amado, potem czeka na nas iberyjski oktet João Lencastre’a i trio z udziałem kolejnych dwóch Portugalczyków, wsparte na silnym wiośle amerykańskim. Po portugalskiej części, przyjdzie czas na urywek kataloński i dwie całkiem nowe, bystre improwizacje, z których pierwsza powstała … w Portugalii. Po tych szaleństwach definitywnie opuścimy już Iberię i polecimy do Skandynawii, potem do Wiednia (ale z kanadyjskim międzylądowaniem), a naszą dzisiejszą marszrutę zakończymy w braterskich Niemczech! W ujęciu gatunkowym zaczniemy od ognia free jazzu, potem będziemy zmieniać stylistyki jak rękawiczki, a ów trip sfinalizujemy bystrą sonorystyką na dwa saksofony altowe. Welcome!

 


Rodrigo Amado Northern Liberties  We Are Electric (Not Two Records, 2021)

Pierwszą zbiorówkę recenzji w 2022 roku nie sposób nie zacząć w pięknej Lizbonie! Lato roku 2017, ważne miejsce na kulturalnej mapie miasta, czyli Ze dos Bois i kwartet muzyków: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Thomas Johansson – trąbka, Jon Rune Strøm – kontrabas oraz Gard Nilssen – perkusja. Panowie mają dla nas przygotowane cztery soczyste, free jazzowe improwizacje, które trwają łącznie niespełna 48 minut.

Muzycy zaczynają swój występ na raz - z piękną, szorstką, post-colemanowską melodyką, z posadowionymi na flankach dęciakami w stanie permanentnej wymiany poglądów i dziarską sekcją rytmu, która od startu szyje bardzo gęstym ściegiem. Tempo, emocje, niestygnący zew krwi toczą narrację, która błyskotliwie dzieli się na fazy ekscesów solowych, prowadzonych zawsze z akompaniamentem pozostałych uczestników eskapady. Zaczyna trąbka na niezłej dynamice, potem tenor na delikatnym spowolnieniu, wreszcie kontrabasowy smyczek. Potem znów trąbka, i znów ognisty tenor, wreszcie kontrabas w trybie pizzicato. A ostatnie dźwięki pierwszej, najdłuższej części, to zmysłowy duet trąbki i saksofonu. Druga opowieść zaczyna się niemal kameralnie - smyczkiem i perkusyjnymi szczoteczkami. Piękna, rozhuśtana ballada łapie oczywiście bakcyla dynamiki, ale tym razem podkręcanie tempa nie wydaje się być naczelnym celem muzyków. Finałowe depnięcie całego kwartetu ma wszakże moc artyleryjskiego wystrzału!

Trzecia historia rodzi się w klimatach niemal cool jazzowych, w tle pracują smyczek i perkusyjne talerze. Muzycy biorą się za bardziej energiczne działania dopiero po upływie pięciu minut. Tym razem płyną bystrym, marszowym krokiem z posmakiem bluesa. Kolejne świetne ekspozycje solowe ze strony dętych wynoszą wskaźniki jakości całego przedsięwzięcia na niebotyczny poziom. A samych muzyków znów jednoczy tempo, bowiem w galopie Północni Wyzwoliciele realizują się najpełniej. Czwartą improwizację otwiera samotny smyczek. Reszta łapie się na akcję po kilkudziesięciu sekundach. Rozśpiewani, wręcz rozwrzeszczani gnają po swoje, aż ciepła krew leje się ze ścian, a ogień emocji wrze! Doskonałe nagranie!

 


João Lencastre's Communion  Unlimited Dreams (Clean Feed Records, 2021)

Jazzowa Wspólnota perkusisty i kompozytora João Lencastre’a przybiera różne formy, na ogół są to mniejsze składy, ale na najnowszej płycie rozrasta się aż do rozmiarów oktetu! Poza bezdyskusyjnym liderem w jego składzie pomieścili się następujący muzycy: Albert Cirera – saksofon sopranowy i tenorowy, Ricardo Toscano – saksofon altowy, Benny Lackner - piano i elektronika, André Fernandes oraz Pedro Branco – gitary elektryczne, João Hasselberg – bas elektryczny i elektronika oraz Nelson Cascais – kontrabas. Nagrania powstały w maju ubiegłego roku, w miejscu zwanym Estúdios Atlântico Blue. Sześć kompozycji trwa 39 minut z sekundami.

Słowo się rzekło, skoro jazzowe kompozycje, to i narracja Nielimitowanych Snów kreślona jest wedle dość precyzyjnego scenariusza – są zatem zwarte i dobrze skrojone tematy, ale też duża przestrzeń dla improwizacji, częściej kolektywnych niż solowych. Sporo ciekawego dzieje się niemal w każdym utworze na etapie introdukcji, które są swobodne, rozimprowizowane i stylowe. Zresztą w wielu momentach oktet Lencastre’a pokazuje, iż całkiem dobrze radziłby sobie bez kompozycyjnych ram.

Otwarcie płyty klei się z niemal kameralnych fraz, a narracja budowana jest z pewnym suspensem, podkreślanym łagodnym posmakiem elektroniki. Saksofony prychają, gitary skrycie się uśmiechają, a gdy do gry wejdzie rozbudowana sekcja rytmu (z podwójnym basowym oprzyrządowaniem), opowieść zdecydowanie brnie już do przodu, pełna atrybutów bystrego fussion jazzu. Druga historia zdaje się być szczególnie udana. Taneczny i rozśpiewany temat szybko ucieka w swobodne, kolektywne, ale kontrolowane improwizacje. Rytm, dynamika i spore pokłady ekspresji decydują tu o jakości kompozycji. Jeśli trzecia opowieść początkowo zbyt chyli się ku balladzie, to w dalszej części elektryczna moc oktetu pcha ją w ramiona niemal psychodelicznego post-fussion. Dużo dobrego idzie tu z klawiatury piana, a całość zdobi saksofonowe solo. W kolejnej części do zestawu sił i środków już zastosowanych dodać możemy kameralny smyczek i całkiem rockowe emocje na ostatniej prostej. Z kolei piąta odsłona ścieli się mocno jazzowymi frazami, ale połamana rytmika i rosnące z każdą peltą emocje wynoszą artystów niemal na free jazzowy szczyt. Końcowa kompozycja nie stroni od łagodnych fraz piana, zdaje się być wyjątkowo precyzyjnie zaplanowana, zdobią ją zaś niemal symultanicznie prowadzone improwizacje obu gitar.

 


Fred Lonberg-Holm/ Abdul Moimeme/ Carlos Santos  Transition Zone (Creative Sources, CD 2021)

Jazzowe, tudzież free jazzowe emocje porzucamy na dłuższą chwilę. Przed nami swobodnie improwizujące trio: Fred Lonberg-Holm – wiolonczela i elektronika, Abdul Moimême – dwie gitary elektryczne (grające symultanicznie!) i obiekty oraz Carlos Santos – komputer, syntezator. Jesteśmy w Lizbonie, w studiach Naumoche, jest początek maja roku 2018. Pięć improwizacji, ponad 72 minuty.

Amerykanin i dwóch Portugalczyków zapraszają nas na kosztowanie gęstej potrawy, budowanej na ostrych relacjach, w jakie wchodzą dźwięki żywej wiolonczeli, dwóch gitar, które tylko incydentalnie brzmią jak gitary i aktywnej, chwilami odrobinę inwazyjnej elektroniki. Spektakl tej trójki bardzo często przeradza się w zmysłową paradę fake sounds, w trakcie której jedynie niektóre dźwięki możemy z dużym prawdopodobieństwem przypisać wiolonczeli. Reszta jest tu zagadką, dodajmy na ogół niezwykle intrygującą.

Od startu muzycy kreślą obszar estetyczny, jakie pozostanie w ich zainteresowaniu przez całą sesję nagraniową. Budują czerstwą, dalece post-industrialną magmę dźwięków, która raz za razem zaskakuje, a za każdą pętlą narracyjną zdaje się czaić nowy pomysł. Opowieść incydentalnie przyobleka szaty post-chamber, zanurzone wszakże w bezmiarze nieschematycznej elektroniki, czy przestrzeniach dalece post-akustycznych. Jądrem prawdziwej tajemnicy są tu gitary, które potrafią budować niebywałe tło, pełne ambientu, metalicznego frazowania i tysiąca zagadek. Opowieść często przypomina najlepsze fragmenty starych nagrań AMM, tych z przełomu lat 60. i 70. ubiegłego stulecia. Takie skojarzenia szczególnie towarzyszą nam w trakcie drugiej i czwartej części. Z kolei zakończenie drugiej, to mały spektakl post-kameralnych jęków, które generowane są zapewne głównie przez wiolonczelę. Trzecia opowieść wystawia tenże instrument na atak syntetycznych dźwięków z wielu źródeł. Narracja wydaje się być bardzo nerwowa, pełna preparowanych fraz, ma wszakże swoją bystrą dynamikę, którą kreśli także gitara, brzmiąca tu przez moment niemal folk-rockowo. Szczególnie udana wydaje się być ostatnia improwizacja. Zaczyna ją krótkimi, zabrudzonymi frazami cello. Gitara buduje tu zmysłowe, dubowe echo, a sama elektronika oddycha wyjątkowo delikatnie. Z czasem ta ostatnia bierze na swoje barki kształtowanie meta rytmiki, dzięki czemu gitary i cello paść mogą sobie w objęcia i płynąć w kompulsywnym tańcu dzikiej swobody. Narracja skąpana w post-industrialnej poświacie na sam koniec zdaje się powracać do dziewiczych, niemal akustycznych fraz, głęboko oddychać i szukać ukojenia w bardziej kameralnych splotach dźwiękowych.

 


Albert Cirera & MuMu  Âmago (bandcamp’ self-released, DL/CD 2021)

Wbrew tytułowi wykonawczemu, zapraszamy na odsłuch solowej płyty katalońskiego saksofonisty! W ramach narzędzi pracy dwa saksofony – sopranowy i tenorowy oraz tzw. działania post-produkcyjne, które Albert Cirera określa mianem kompozycji MuMu. Nagrania powstały w Igreja do Espírito Santo, Caldas da Rainha, w trakcie dwóch majowych dni ubiegłego roku. Dziewięć utworów trwa niespełna 35 minut.

Wydana cztery lata temu płyta Lisboa’ Works, wyniosła Alberta Cirerę do rangi jednego z najważniejszych współczesnych eksperymentatorów w zakresie preparowania saksofonu. Muzyk postawił poprzeczkę niebywale wysoko i po prawdzie przez miniony okres nikt, nawet sam Katalończyk, do tego typu narracji w ujęciu solowym nawet się nie zbliżył. Dziś powraca on do formuły samotnej improwizacji, ale odnajduje siebie i swoją kreatywność w ogromnym oddaleniu od ówczesnych, lizbońskich eksperymentów. Zdaje się, że nade wszystko stawia na prostotę swojego improwizowanego przekazu, pokazując, iż etykieta wielkiego emancypatora saksofonowych dekonstrukcji nie powinna być mu przypisana na stałe.

Nagranie Âmago składa się z dwóch części. Cztery utwory (dwa pierwsze i dwa ostatnie), to rozbudowane improwizacje, których dźwiękowa dokumentacja dociera do nas w stanie nienaruszonym pod względem akustycznym. Pozostałe pięć utworów, to enigmatyczne, na ogół nie dłuższe niż minuta, przetworzenia dźwięków nagranych wcześniej. W tej pierwszej, zasadniczej grupie improwizacji Cirera korzysta na ogół z saksofonu sopranowego i kreśli zmysłowe, definitywnie cyrkulacyjne przebiegi, którym niezwykle blisko do dokonań mistrza w tej materii, czyli Evana Parkera. Pierwsza z nich, po szumiącym wstępie, ucieka w meta rytmiczną, swobodną narrację. Improwizacja płynie do nas szerokim strumieniem, od czasu do czasu stać ją wszakże na chwilę bystrej zadumy lub radosne tańce wokół własnej osi. Druga część brzmi delikatniej, prowadzona jest jednak na dużej dynamice, z niemal folkowym zaśpiewem. W połowie flow intrygująco gaśnie, dźwięki zdają się tonąć w mroku, ale po chwili następuje efektowny restart. Przedostatnia improwizacja początkowo szuka echa, repetuje, by po kilku nawrotach wpaść w cyrkulacyjny wir i mknąć w nieznane, znów z delikatnym, folkowym posmakiem. Finałowa część płyty skupia się na drobnych, cichych, preparowanych dźwiękach. Wiele wskakuje na to, iż to improwizacja grana na saksofonie tenorowym. Narracja wpada po pewnym czasie w sidła ekspresji, skacze ku górze, wiruje, czyniąc ów moment bodaj najlepszym momentem całego nagrania.

Pięć środkowych, post-produkcyjnych prac zwanych kompozycjami MuMu, to m.in. poszukiwania elektroakustycznej poświaty dla dronowych plam dźwiękowych, ale nade wszystko niebanalna zabawa w saksofonową polifonię. Muzyk nakłada na siebie warstwy narracji i buduje całkiem efektowne piramidy. Najciekawsza brzmieniowo wydaje się być część piąta, w której Cirera dekonstruuje frazy saksofonu tenorowego.

 


Luis Erades/ Pol Padrós/ Diego Caicedo/ Javi Garrabella/ Joni Sigil  Nocturna Discordia #265 (Discordian Records, DL 2021)

Teraz już zdecydowanie lądujemy w Barcelonie! Koncertowa seria Nocturna Discordia w klubie Soda Acústic i ubiegłoroczny, późnopaździernikowy wieczór. Na scenie piątka artystów: Luis Erades – saksofon altowy i barytonowy, Pol Padrós – trąbka, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Javi Garrabella – bas elektryczny oraz Joni Sigil – instrumenty perkusyjne. Sześć niepredefiniowanych improwizacji trwa prawie 42 minuty.

Na małej scenie klubowej odnajdujemy niemal samych znajomych, za wyjątkiem saksofonisty, który stanowi dla nas pewną zagadkę. Scena barcelońskiej free impro nie jest zbyt rozległa, ale i tak domniemujemy, iż w tym zestawie personalnym muzycy grają ze sobą po raz pierwszy. Sama idea tej konfiguracji zdaje się być bardziej niż intrygująca. Dwa dęciaki sugerują kierunek free jazzowy, gitara i bas z prądem mogą tu zarówno szukać jazz-rockowych koncepcji, jak i pójść w ciemny zaułek świata i hałasować. Ale na to wszystko nakłada się zestaw instrumentów perkusyjnych i bystra myśl, by smugami preparowanych fraz na talerzach i cierpkim werblu budować zmysłowy no drumming percussion i powodować, iż cała kwintetowa ekspozycja unikać będzie rytmicznych uproszczeń, raczej cedzić dźwięki w stanie stand by, tudzież uroczo broczyć po kolana w chwilami gęstej, niemal post-industrialnej magmie swobodnej improwizacji! I tak właśnie dzieje się przez owe niepełne trzy kwadranse!

Początek koncertu to gra na małe pola, urywane, rozpoznawcze frazy ze strony niemal każdego muzyka. Niemal, bo gitarzysta na dobre włącza się do gry dopiero po pewnym czasie i ciągnie kwintet w otchłań odrobinę hałaśliwych fraz. Niedźwiedzie free chamber (ach ten baryton!) nabiera tu po raz pierwszy cech dźwięków post-przemysłowych. Tempo stabilne, by nie rzec wolne, daje okazję do celebrowania prawie każdej frazy, a szczególnie efektów jak zwykle doskonałej roboty gitarzysty. Ten ostatni ma tu swoje kilka chwil, ale warto też odnotować zmysłowy duet saksofonu i trąbki. Druga część rodzi się na gryfie gitary i perkusyjnych talerzach, przesycona zaś jest sonorystycznymi wycieczkami obu instrumentów dętych. Z kolei trzecia historia (prawie kwadrans!) zdaje się zawierać wiele dysonujących ze sobą fragmentów. Szuka dynamiki, ale – jak wiemy ze wstępu – raczej bezskutecznie, intrygująco się pętli, często rezonuje całym zestawem instrumentalnym, a każdy z artystów ma kilka chwil niemal wyłącznie dla siebie. Kończy się zaś w oparach zmysłowego, jakże mrocznego ambientu. Czwarta improwizacja, to mniej niż trzy minuty skoncentrowane wokół perkusjonalii i wnętrza gitary, która frazuje dalece zaskakującymi dźwiękami. No i jeszcze parę preparowanych, dętych zdobień w ramach wisienki na torcie. Wreszcie finałowa, prawie dziesięciominutowa narracja. Wlecze się jak żółw po pustyni, cedzi frazy, narasta z woli saksofonu i gaśnie wobec braku reakcji pozostałej części załogi. Na zakończenie muzycy uroczo lamentują i gaszą płomień narracji, pozostając w mentalnej symbiozie.

 


Joel and the Neverending Sextet  Pouring Textures (Motvind Records, LP 2021)

Czas na obiecaną Skandynawię! Sekstet pod wodzą tytularną i kompozytorską szwedzkiego wiolonczelisty Joela Ringa zwie się Niekończącym, a w jego składzie odnajdujemy innych muzyków z tej części świata, głównie Norwegów. Są to: Heida Mobeck – tuba, Anton Jonsson i Tomas Sandström – obaj perkusje, Milton Öhrström – piano oraz Karl Hjalmar Nyberg – saksofon tenorowy i klarnet. Pięć kompozycji, które zaczynają się w obszarze głównego nurtu jazzu, a kończą w swobodnej, chwilami niezwykle efektownej, kameralnej improwizacji, trwa tu 35 minut. Muzyka powstała w miejscu zwanym Flerbruket, w lutym 2020 roku.

Pierwszy temat pachnie zdrowym bebopem na sto kilometrów! Opowieść ma jednak pewien kameralny suspens, a po ekspozycji zamysłu kompozytorskiego cudownie rozjeżdża się na boki pijanym pianem i zmysłowo burczącą tubą. Drugi epizod zdaje się mieć niemal rockowy drive! Dwie perkusje robią tu swoje! Śpiewny saksofon na czele czeredy tancerzy, ale i kameralny smyczek, który wynosi fazę improwizacji na poziom niemal call & responce! Po powrocie dynamiki narracja staje się uroczo pokrętna, prawdziwie zawadiacka (znów ta tuba!), a ku zamglonemu niebu ciągnie ją chytry saksofon.

Dwie kolejne kompozycje pokazują, iż pomysły Ringa lubią pozostawiać w artystycznej relacji z estetyką Henry Threadgilla. Precyzja, nadymająca się tuba i nieskończona lekkość, powabność na poły melodyjnych fraz. Pierwszą z tych powinowactw, po wywołaniu rytmu (one, two, three, four!), otwiera perkusja, a urodę dalszej jej części budują smyczkowe inkrustacje wiolonczeli. Po prezentacji tematu narracja rozlewa się niczym lawa w strugi wyjątkowo zmysłowych improwizacji, tak kolektywnych, jak i separatywnych. Pod odzyskaniu dynamiki flow nabiera ognia. Kolejny utwór, to już prawdziwa symfonia drums and percussion, dwie maszyny improwizują, potem biją rytm i wzywają na żer! Reszta wraca do gry w połowie trzeciej minuty, a narrację zdobi improwizacja piana na tle lekkiego drummingu. Wreszcie ostatnia kompozycja – zaczyna się nudnym, balladowym tematem, ale po jego prezentacji sekstet odpływa w otchłań smakowicie preparowanych dźwięków. Zabawa toczy się w pobliżu ciszy i eksploduje jakością. Free chamber with tuba taste trwać mógłby jeszcze wiele minut, ale dyktat kompozytorski każe wrócić do tematu, co okazuje się procesem dość bolesnym. Szczęśliwie koda kompozycji, swym smutnym rozśpiewaniem, ratuje finałową fazę nagrania.

 


Mia Zabelka/ Glen Hall  The Quantum Violin (FMR Records, CD 2021)

Sytuacja czasoprzestrzenna jest tu następująca: na przełomie lat 2020/2021 w Wiedniu pracowała Mia Zabelka (skrzypce, także elektryczne, głos, różne hałasy, elektronika i samotne obiekty), w Toronto zaś Glen Hall (oscylator kwantowy, urządzenia zwane OMax i CataRT oraz dużo kreatywnych eksperymentów na etapie miksu). Okazjonalnie te dwójkę wspierał wokalnie, zapewne wprost z Japonii – Kenji Siratori. Po prawdzie nie wiemy, w jakiej kolejności powstały poszczególne dźwięki, który z muzyków był tym pierwszym, który zaś wcielał się w rolę artysty muzykującego na bazie czegoś, co powstało wcześniej. Dodajmy jedynie, iż na okładce płyty przy nazwisku Hall pojawia się określenie kompozycje, a przy danych Austriaczki widnieje napis kompozycje na żywo. Całość przedsięwzięcia artystycznego składa się z czternastu części, a odsłuch całości zajmuje godzinę zegarową z sekundami.

Długa opowieść o Kwantowych Skrzypcach ma definitywnie kilka faz, zdaje się przeplatać wątki z dominującym soundem skrzypiec z wątkami całkowicie oddanymi w ręce elektroniki, będącej jednak efektem działań obu muzyków. Początek, to gęste, elektroniczne intro, w magmie którego możemy doszukać się brzmienia elektrycznych skrzypiec. Kompozycje (improwizacje) od drugiej do piątej stawiają w centrum uwagi skrzypce. Elektronika ma tu wiele zadań, ale głównie koncertuje się na zdobieniach, narracyjnych kontrapunktach, tudzież na polifonizacji strumienia dźwiękowego żywego instrumentu. Mia gra bardzo ekspresyjnie, jak zawsze fantastycznie frazuje, potrafi być rozśpiewana i taneczna, ale także kąsać ostrym brzmieniem i efektownie preparować dźwięki swojego instrumentu. Kompozycje od szóstej do ósmej, to spory challange nawet dla osłuchanego odbiorcy. Dominuje elektronika, która choć ma tysiące intrygujących twarzy, zdaje się silnie pracować na umęczeniem naszych uszy. Dodajmy, iż w utworze ósmym pojawia się głos ludzki, oczywiście poddany rożnym dekonstrukcjom.

Utwory od dziewiątego do jedenastego śmiało możemy określić mianem najlepszych momentów tej szalonej płyty. Skrzypce grają i śpiewają, i preparują, a elektronika (post-produkcja) buduje na ich bazie wielowątkową narrację. Całość zdaje się być równie urokliwa, jaki i nieco schizofreniczna. Mamy wrażenie, że nasza percepcja może tu wszystkiego nie ogarnąć. Już w jedenastej części elektronika zaczyna powoli przejmować stery, by w dwóch kolejnych utworach, nie bez aktywnego udziału skrzypiec, zbudować niemal noise’ową ścianę dźwięku! Oszołomieni poziomem decybeli z radością lądujemy w ostatniej części (dedykowanej Pauline Oliveros), gdzie nasze zszargane nerwy koi syntetyczny ambient, równie mroczny, jak i zmysłowy, w strugach którego z radością odnajdujemy dźwięki żywych skrzypiec!

 


MirroR Unit  Sonic Rivers (FMR Records, 2021)

Zabawa w lustrzane odbicia, to spotkanie dwóch saksofonów altowych i idea permanentnego preparowania ich dźwięków. Panowie Georg Wissel oraz Tim O’Dwyer spotkali się pierwszego dnia lipca 2019 roku w Kolonii. Jak piszą, był straszny upał, a w pomieszczeniu, w którym rejestrowali nagranie, nie działała klimatyzacja (Kinosaal Alte Feuerwache). Efekty dźwiękowe ich potu podzielone zostały na płycie na pięć improwizacji, które trwają łącznie 47 minut z sekundami.

Dwa czysto brzmiące saksofony altowe odnajdujemy w dość rozległej przestrzeni kina, w której nie brakuje pogłosu, a zapowiadany upał zdaje się dopiero nadciągać. Początek jest minimalistyczny - dysze niczym perkusyjne pałeczki zaczynają kreślić szlak improwizacji. Muzycy dbają o drobiazgi, są bardzo wyczuleni na niuanse, ale w tej części nagrania nade wszystko szukają punktów wspólnych i wydają się stosować niemal bliźniacze metody artykulacji. Szumią, szeleszczą, rzężą i chichoczą. W kolejnej opowieści prezentują nam hydrauliczne możliwości swoich dętych powierników. Lekko brudzą brzmienie, być może w tubach pojawiają się obce ciała. Płyną spokojnie w poszukiwaniu tanecznego kroku, tudzież utraconej wieki temu melodyki. Niczym Marcel Proust cedzą słowa i kręcą się wokół własnych myśli. W trzeciej odsłonie upał zaczyna chyba doskwierać, albowiem saksofony pracują niczym małe wentylatory. Znów frazują głównie imitacyjnie, incydentalnie łapiąc drobne ochłapy rezonansu. Tempo nieznacznie rośnie, a akcje muzyków nabierają intrygującej intensywności.

Wejście w czwartą improwizację stawia słuchacza w bardziej komfortowej pozycji, albowiem muzycy kreują tu coś dalece ciekawszego niż dotychczas. Mruczą jak koty, szczerzą kły, choć są blisko ciszy, wydają się być agresywni i skorzy do figli. Wreszcie pojawia się pewien dysonans dramaturgiczny - lewa flanka śpiewa sprośne piosenki, prawa rytmicznie rechocze. W kolejnym epizodzie mamy wrażenie, że muzycy i ich saksofony łączą się w jeden byt. Ustniki stają się ustami, korpus dęciaka spoconym ciałem artysty. Muzycy łapią kolejną porcję humoru, przedrzeźniają się i śpiewają. Na zakończenie spotkania toną w ciszy, zasłuchają się w kroplach potu, który kapie na podłogę. Płyną wysoko, ale na wyjątkowo nisko ugiętych kolanach. Wzdychają z przekąsem, marząc o dużych porcjach napojów chłodzących.