Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Clara Lai. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Clara Lai. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 lipca 2026

Clara Lai in Abyssal Plains & Instante!


Lipcowe, piątkowe popołudnie zdecydowanie warto spędzić na Półwyspie Iberyjskim. Na spotkanie z post-jazzową, dość swobodną improwizacją zaprasza katalońska pianistka Clara Lai, która znamy z kilku intrygujących albumów pochodzących z tego pięknego rejonu świata, a którą mieliśmy okazję gościć w naszych skromnych, spontanicznych progach jesienią ubiegłego roku.

Najpierw pochylimy nad kwartetem, który garściami czerpie z estetyki muzyki fussion (przy okazji dobrze kojarzy się z debiutancką płytą … Return to Forever sprzed ponad pięćdziesięciu lat), potem sięgniemy po trio, które akustyczne frazy piana i saksofonu obleka warstwą niebanalnej elektroniki. W roli współtwórców obu albumów prawie wyłącznie nasi dobrzy znajomi. So, welcome to beloved Portugal and Catalunya!

  


Abyssal Plains

Fortepian, także preparowany, elektryczna, delikatnie kwaśna gitara, post-jazzowy wokal i perkusja, niekiedy dość filigranowa, to podstawowe komponenty tego definitywnie smakowitego nagrania.

Inauguracja albumu jest żywa, realizowana od pierwszego dźwięku w pełni kolektywnie. Kilka radosnych, post-jazzowych podskoków, całkiem ekspresyjne inkrustacje i intrygujące brzmienie gitary, które przypomina uszkodzony syntezator. Druga opowieść jest dla odmiany mroczna, wystudzona, osnuta ambientem gitary, z głosem, który bardziej recytuje niż śpiewa. W podobnym klimacie utrzymana jest piąta część. Z kolei w trzecim utworze artyści zaczynają od fraz preparowanych, potem działają w podgrupach i stają się zaskakująco nerwowi, ale ostatecznie lepią w jeden organizm.

Czwarta opowieść trwa tu najdłużej, i to ona sięga po emocje, które przywołują w pamięci debiutancki album Return To Forever. Kwaśna gitara, która brzmi jak Hammond, zalotny, delikatnie latynoski wokal. Tu również doświadczamy soczystych akcji w podgrupach – szczególne brawa dla duetu gitarzysty i wokalistki. Klimat fussion zdaje się być kontynuowany także w szóstej odsłonie. Siódma i ósma historia silnie trzymają się jazzowych korzeni – ta pierwsza introdukowana w trio, rozwinięta w kwartecie, ta druga osadzona na basowym brzmieniu gitary, agresywnym piano z klawisza i motorycznym groove perkusji. Album domyka mroczna kołysanka – perkusjonalne świecidełka, inside piano, szept wokalistki i dudnienie pudła rezonansowego gitary.

  


Instante

Ten album przynosi nagranie w trio, choć zlepiony został z akustycznego duetu piana i saksofonu oraz elektroniki dogranej w innym czasie i miejscu. Z jednej strony stonowany post-jazz, niekiedy bardzo kameralny, z drugiej porcja nieoczywistej elektroniki, która czasami tylko snuje się wokół akustycznych dźwięków nie zmieniając szyku ich zdania, niekiedy jednak sieje ferment i skutecznie stymuluje dramaturgię improwizacji.

Nagranie zdaje się mieć dwubiegunową dramaturgię. Z jednej strony rozbudowane, ciche, dość mroczne post-ballady, z drugiej krótkie, zwarte, nerwowe, nasycone emocjami, niespełna dwuminutowe improwizacje. I to te drugie budują jakość całego albumu. Warto zatem zanurzyć się szczególnie w utworze trzecim, piątym i siódmym. Dobrym przykładem tych pierwszych jest utwór otwarcia, zlepiony z fraz inside piano, delikatnie zarysowanej melodii dęciaka i snującego się w tle, dość mrocznego ambientu, który na etapie puenty płata trochę fonicznych figli.

Najciekawszą wszakże opowieścią na płycie jest ta … najdłuższa, trwająca ponad siedem minut szósta improwizacja. Mroczne echo, oniryczna post-akustyka tła, a na powierzchni nerwowe, perkusyjne inside piano i pozostająca w kontrze spłoszona melodia saksofonu. Dramaturgiczny suspens na etapie rozwinięcia i emocjonalny, zatrwożony finał, przypominający wołanie o pomoc na zagubionej autostradzie, w zupełnej ciemności.

 

Clara Lai, Mariana Dionísio, Norberto Lobo & Vasco Furtado Abyssal Plains (Profound Whatever, DL 2026). Clara Lai - fortepian, Mariana Dionísio – głos, Norberto Lobo – gitara elektryczna oraz Vasco Furtado – perkusja. Nagrane w Estúdios Namouche, Lizbona, marzec 2025. Dziewięć utworów, 38 minut.

Lai/ Lencastre/ Reviriego Instante (Phonogram Unit, CD 2026). Àlex Reviriego - elektronika, Clara Lai - fortepian oraz José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy. Nagrane w Louva-a-Deus, Lizbona, maj 2024 (instrumenty akustyczne) oraz Premià de Mar, czerwiec 2024 (elektronika). Osiem utworów, 35 minut. 



czwartek, 22 stycznia 2026

Barcelona still smells like teen spirit: Behenii! Grails! Música Fúnebre! Bilbao MMXXIII!


Kreatywna scena Barcelony ma w sercu Trybuny Muzyki Spontanicznej szczególne miejsce. Z tym większą radością donosimy o kolejnych nowościach muzyki improwizowanej i zjawisk jej bliskich powstałych w stolicy Katalonii.

Dziś czas na cztery świeże albumy - trzy pochodzące ze starego roku, jeden datowany już na roku bieżący. W roli podmiotów wykonawczych sami dobrzy znajomi - dwa tria z udziałem El Pricto pod sztandarami jedynego w swoim rodzaju Discordian Records, kolejne dwa z udziałem najbardziej niesamowitej sekcji rytmu świata współczesnego, czyli Alexa Reviriego i Vasco Trilli. Dodajmy, iż ten ostatni współtworzy także pierwsze z anonsowanym składów z El Pricto. Reasumując w ujęciu matematycznym – cztery tria, to jednak tylko dziewięcioro artystów. Takie cuda tylko w Barcelonie! Welcome!

 


El Pricto/ Don Malfon/ Vasco Trilla Behenii - Part II (Discordian Records, DL 2025)

The Golden Apple Studios, Barcelona, marzec oraz listopad 2025: El Pricto – syntezator modularny, Don Malfon – saksofon barytonowy, altowy oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Siedem improwizacji, 37 minut.

Zaczynamy od Behenii, krwistego połączenia brzmień syntezatora modularnego Pricto, preparowanych saksofonów Malfona i zwinnych akcji perkusyjnych i perkusjonalnych Trilli. Artyści debiutowali w tym układzie personalnym dwa lata temu, a ich nagranie śmiało uznaliśmy wówczas za dzieło doskonałe. Teraz wracają z nowym materiałem, znów osadzając go na dysonansie spazmów elektroakustycznego free jazzu i post-industrialnych medytacji. Album nie wnosi wiele nowego do wizerunku tria, zatem tym razem nie padamy na kolana, ale i tak nagranie zasługuje na naszą wieczną uwagę.

Klasycznym dla tego tria przykładem masywnego free jazzu jest druga opowieść, która lepi się ze skrzeku saksofonu altowego, punktowego drummingu i tłustych, basowych pasm syntezatora. W całkowitej opozycji do wspomnianej estetyki sytuuje się pierwsza i trzecia opowieść. Szczególnie podobać się może ta ostatnia, osadzona w gęstej mgle, ambientowa flauta doposażona groźnym echem. Z kolei improwizacje czwarta i piąta udanie żenią antypody estetycznych upodobań Barcelończyków. W pierwszej z nich początek jest dynamiczny, ale zaskakująco filigranowy. Na etapie finalizacji, granej na wdechu, muzycy zapraszają do dryfowania po szorstkich falach oceanu. Jeszcze bardziej zaskakująca wydaje się ostatnia historia. Z jednej strony eksplozje mocy osadzone na mięsistym brzmieniu modulara, z drugiej rozhuśtane, niemal balladowe interludia. Ów iście rockowy przekładaniec ma dalece udaną kulminację, z kolei końcowa prosta grzęźnie w gęstym, błotnistym ambiencie.

  


Nocturnal Crusaders Grails! (Discordian Records, DL 2026)

Soda Acoustic, Barcelona, grudzień 2025: El Pricto – syntezator modularny, Luis Erades – saksofon altowy, tenorowy (excalibur), barytonowy oraz Soren Alcaraz – perkusja, instrumenty perkusyjne. Sześć improwizacji, 39 minut.

Narzędzia pracy kolejnego tria są niemal identyczne, jak w przypadku Behenii. Foniczny efekt ich użycia jest jednak dość odmienny. Jeśli to pierwsze trio istotną część swoich ekspozycji osadza na grząskich połaciach post-dźwięków, o tyle Nocturnal Crusaders zdają się być pozbawieni tego typu brzmieniowych, tudzież dramaturgicznych subtelności i stawiają w ostatecznym rozrachunku na czerstwy hałas.

Już w pierwszej odsłonie muzycy jasno pokazują swoje definitywnie złe intencje.  Syntezator i saksofon krzyczą od progu, obrazu całości dopełnia koherentny atak perkusji. Podobać się tu może wszakże drobne interludium z szumem dobywającym się z tuby saksofonu barytonowego. W kolejnych trzech improwizacjach otwarcie za każdym razem osnute jest wokół mrocznych szumów, preparowanych fraz i zawieszonego w intrygującej próżni dramatyzmu narracji. W dalszej fazie każdej z tych części muzycy przystępują do ataku i nie zamierzają brać jeńców. Najciekawiej prezentuje się ostatnia z przywołanych historii. Długie, szemrane otwarcie, nie bez plam ambientu, głośna, gęsta faza zasadnicza i dalece mroczna puenta. Odsłona piąta zdaje się być repliką jedynki i stawia na konkret, z kolei końcowa improwizacja nieco zaskakuje - ma zrównoważone tempo, nie eskaluje hałasu, dobrze dawkuje emocje. Puenta albumu to jednak kompulsywny krzyk saksofonu i modularnego oparty na gęstym groove perkusji.

 


Markus Reuter/ Vasco Trilla/ Àlex Reviriego Música Fúnebre (Bandcamp’ self-release, DL 2025)

Czas i miejsce akcji nieznane: Markus Reuter – organy elektryczne (Philips Phillicordia), Àlex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla - flat bells. Jedna improwizacja, 31 minut.

Czas na ekspozycję dronową, inspirowaną dokonaniami Witolda Lutosławskiego, a zbudowaną (zdefiniowaną/ skomponowaną) przy użyciu elektrycznych organów pochodzących z czasów raczkującego fussion, kontrabasowego smyczka i posiadających niebywałe brzmienie flat bells, specyficznie nastrojonych dzwonów. Jedna improwizacja drąży nam tu zwoje mózgowe przez dwa kwadranse, mieni się wszelkimi kolorami mrocznych tęczy i mimo swego niekiedy medytacyjnego charakteru budzi niepokój i permanentnie intryguje.

Rezonujący ambient dzwonów, smuga swobodnie posadowionego, kontrabasowego smyczka i migotliwych organów od pierwszej sekundy zlewają się w dość jednorodny, nieco wystudzony dron. To opowieść, która zdaje się nie mieć zarówno początku, jak i końca. Smyczek potrafi zejść nisko na kolanach, dzwony unieść się ku niebu, a całą resztę zdolna jest wypełnić organowa plama, która z czasem delikatnie pęcznieje. Na ogół miewa więcej niż jedno pasmo przesyłowe, niekiedy przypomina wychłodzony kosmodrom. Ta specyficzna celebracja przybiera mroczne barwy, czasami przypomina kodę wielominutowej ekspozycji post-fussion. Niekiedy rozwarstwia się na trzy osobne strumienie fonii, by po niedługiej chwili znów stać się jednym ciałem. Dzwony nie przestają spoglądać ku wyżynom, kontrabas przez kilka chwil frazuje w trybie pizzicato, leniwie, minimalistycznie. Na zakończenie powraca smyczek i eksponuje modlitewny, jakże bolesny śpiew. Wszystko wokół systematycznie zastyga w mule szorstkiego ambientu.

  


Helena Bilbao MMXXIII (Blu-Rei Records, Kaseta 2025)

Ocuspinatti Fest, Bilbao, grudzień 2023: Clara Lai – instrumenty klawiszowe, Àlex Reviriego – kontrabas, kompozycje oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Pięć utworów, 27 minut.

Pozostajemy w towarzystwie Reviriego i Trilli, a sceniczny line-up uzupełniamy katalońską pianistką Clarą Lai, którą także znamy z wielu dokonań w obszarze muzyki improwizowanej tamtych ziem. W takim trio, ale po raz pierwszy pod nazwą własną Helena, muzycy prezentują się w wymiarze wydawniczym bodajże po raz drugi. Tym razem koncertują w Bilbao, w trakcie pewnej imprezy festiwalowej. Ewidentnie grają w barze, którego dźwięki (a także gwar rozmów) niczym wysublimowane field recordings stają się pełnoprawnym uczestnikiem zabawy. W repertuarze, utrzymane w klimatach post-jazzowych, kompozycje kontrabasisty, co nie możemy uznać za typowe dla tych artystów i ich dotychczasowych losów scenicznych.

Początek koncertu sugeruje, jakoby muzycy chcieli stać się częścią szumu i gwaru, jaki dochodzi z baru. Delikatne, ledwie słyszalne frazy budują powolną narrację. W drugiej części bas zarysowuje dramat swobodnym, jazzowym pizzicato, a całość lepi się w balladę podaną w intrygująco prostym metrum. Kolejnym zaskoczeniem są frazy smyczka o definitywnie post-klasycznym posmaku. W kolejnych trzech utworach, krótkich, nieprzegadanych, muzycy kontynuują ów post-jazzowy, łagodny, niekiedy dość melodyjny flow. W części czwartej zdają się być najbardziej intensywni, w części finałowej z kolei nieco nostalgiczni i nastawieni na minimalistyczną repetycję. Album nie trwa nawet dwóch kwadransów, ale po jego odsłuchu pozostajemy ze sporą dawką pytań, na które nie znajdujemy odpowiedzi.




 

wtorek, 25 listopada 2025

The Portuguese taste makes the world go round: Amado! Vicente! dos Reis! Almeida! Costa! Lencastre! Svayam! Ontstopper Kollektief!


Listopadowa zbiorówka recenzji zdominowana została tym razem przez artystów portugalskich. Przed nami osiem świeżych (lub prawie świeżych) albumów z wielobarwną muzyką improwizowaną, w których kluczową rolę ogrywają przedstawiciele zachodniej części Półwyspu Iberyjskiego.

Nie zabraknie w zestawie legend gatunku z całego świata, a także naszych przyjaciół z Katalonii. Kilka nagrań zarejestrowano poza Portugalią, a wydawcą jednej z płyt jest austriacka oficyna. Ale, tak czy inaczej, listopadowym zestawem świeżynek rządzą Portugalczycy. Podkreślmy także, iż na Trybunie debiutuje nowy portugalski label Tutmonda, prowadzony przez perkusistę (de facto multiinstrumentalistę) João Svayama, który onegdaj używał także nazwiska Sousa.

So, Welcome to heaven and hell of Portuguese improvised music!

 


Rodrigo Amado, Alexander von Schlippenbach, Ingebrigt Håker Flaten & Gerry Hemingway Further Beyond (Trost Records, CD 2025)

Bimhuis, Amsterdam, kwiecień 2023: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Alexander Von Schlippenbach – fortepian, Ingebrigt Håker Flaten – kontrabas oraz Gerry Hemingway – perkusja, głos. Trzy utwory, 52 minuty.

Naszą portugalską przygodę zaczynamy od kwartetu The Bridge powołanego do życia przez Rodrigo Amado kilka lat temu. Jego pierwsza płyta została nagrana w Warszawie, ta obecna, pół roku później w Amsterdamie. Stylistyczny anturaż formacji złożonej z czterech wybitnych instrumentalistów oznacza tu zarówno krwisty, emocjonalny free jazz, jak i definitywnie swingujące spacery po obrzeżach szeroko rozumianego idiomu gatunku.

Koncert składa się z dwóch wielominutowych improwizacji i kilkuminutowego encore. Kolektywne, swingujące otwarcie jest tu pretekstem do free jazzowego spiętrzenia, a potem rozwinięcia odrobinę mniej kompulsywnego, często sprowadzającego się do efektownej, niekiedy post-bluesowej ekspozycji tria bez instrumentu dętego. Tym, który ani na moment nie schodzi ze sceny jest tu bowiem starszy o pokolenie od pozostałych legendarny pianista. Druga improwizacja trwa prawie dwa kwadranse. Inicjuje ją i finalizuje balladowy duet piana i saksofonu. W tak zwanym międzyczasie mocne zmiany daje jak zawsze doskonały w formule mięsistego free jazzu tenorzysta, dużo dokłada równie dynamiczny pianista, nieco mniej, skoncentrowani na akompaniamencie kontrabasista i perkusista. Ta ostatnia dwójka najsilniej odciska swoje piętno w spokojniejszym interludium, gdy ten pierwszy sięga po smyczek, a drugi kleci drobną wokalizę. Koncertowy bis ponownie przypomina, jak silnie muzyka The Bridge osadzona jest w swingującej tradycji – od melodyjnego, łagodnego otwarcia, przez drobne spiętrzenie, po duetowe zakończenie znów od Alexa i Rodrigo.

 


Luís Vicente, John Dikeman, William Parker & Hamid Drake No Kings! (JACC Records, CD 2025)

Bimhuis, Amsterdam, lipiec 2022: Luís Vicente – trąbka, bamboo flute, bells, John Dikeman – saksofon tenorowy, William Parker – kontrabas, gimbri, gralla, wooden flutes oraz Hamid Drake – perkusja, instrumenty perkusyjne, głos. Jeden utwór, 68 minut.

To kolejna ze spektakularnych grup, jakie zawiązano na scenie free jazz/ free impro w ostatnich latach. Vicente w towarzystwie trzech Amerykanów pojawia się po raz drugi w wymiarze fonograficznym i proponuje koncert ze słynnego klubu Bimhuis, który wypalony został na kompaktowym dysku w jednym traku, choć de facto składa się z seta zasadniczego i prawie dziesięciominutowego encore. Na froncie dętym nagranie skrzy się mocą free jazu, pachnie melodyjnym Aylerem i nade wszystko bazuje na świetnej kooperacji trębacza i saksofonisty. Mniej entuzjazmu budzi gra amerykańskich legend gatunku, które zdają się powtarzać klisze, jakie znamy z wielu ich płyt.

Kameralny początek koncertu podany jest zmysłowym unisono, ale na etapie rozwinięcia nagranie zdominowane jest przez zrównoważony emocjonalnie, soczysty free jazz, z Dikemanem, który daje kwartetowi najwięcej ognia. Na szczególną uwagę zasługują dwa fragmenty - ten w okolicach 25 minuty i finałowy, tuż po 50 minucie. Druga część koncertu, to także wielominutowe eskapady z posmakiem ethno, w trakcie których Vicente i Parker sięgają po mniej typowe instrumenty. Opowieść dzieli się wtedy na tria i duety, ale nawet słynny bęben obręczowy Drake’a nie podnosi temperatury nagrania. Wyraźnie brakuje emocji, podobnie jak w trakcie bisu, który w przeważającej części jest balladą graną przez kontrabasistę i trębacza.

 


Luís Vicente Live in Coimbra (Combustão Lenta Records)

Museu Nacional Machado de Castro, Coimbra, październik 2020: Luís Vicente – trąbka. Pięć utworów, 35 minut.

Na dużo więcej ciepłych słów zasługuje lizboński trębacz z powodu nowej (też drugiej) płyty solowej. Pozostawiony samotnie w dużej przestrzeni koncertowej z naturalnym pogłosem, wyposażony jedynie w trąbkę i niepodważalną umiejętność budowania dramaturgii. Ta ostatnia przywara trzyma nas przy tym spektaklu bez chwili wytchnienia.

Trąbka Luisa oddycha, wypuszcza suche powietrze, drży i bulgocze, czasami śpiewa smutno zawodząc tęsknym tembrem saudade. Innym razem skowycze i prycha, albo nabiera zaskakująco etnicznego brzmienia, przypominając … góralskie piszczałki. W trzeciej części flow trębacza płynie szerokim strumieniem akustycznego ambientu, jakby pogłos stawał się tu drugim, jakże naturalnymi instrumentem. Klimat robi się na moment odrobinę oniryczny, ale po chwili jest już bardziej zabawnie, bo Vicente intonuje hymn ku chwale. Nim koncert wejdzie w fazę finałową muzyk kreuje jeszcze chmurę efektownych szumów. Ostatnia pieśń ma definitywnie pożegnalny, rzewny charakter, ale też drży pełną skalą pojedynczej frazy.

 


Luís Vicente & Vasco Trilla Ghost Strata (Cipsela Records, CD 2025)

Underpool Studio, Esplugues de LLobregat, Barcelona, maj 2023: Luis Vicente – trąbka, and Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Pięć utworów, 41 minut.

To bodaj trzecie spotkanie tych muzyków w duetowym formacie udokumentowane na płycie. I znów znacząco inne od poprzednich. Szczególnie ze strony Trilli, który swój estetyczny idiom no drumming percussion wynosi tu na kolejny poziom artystycznego wtajemniczenia. Buduje nie tylko wielowymiarowe, dronowe ekspozycje, ale zasila je bliżej nieokreślonymi, elektroakustycznymi plamami dźwiękowymi, które brzmią niczym analogowy amplifikator. Swoje, szczególnie w zakresie technik rozszerzonych, dokłada tu pozostający w wyśmienitej formie trębacz. Nie da się ukryć, że Ghost Strata, to album wyśmienity.

Już na starcie Trilla włącza ów generator fonicznych zaskoczeń, budując tłustą flautę, na której mości się wysoko zawieszona trąbka Vicente. Ten pierwszy jest dominatorem, ten drugi pozostaje w stylowej defensywie pięknych preparacji. Druga odsłona jest spokojniejsza, odrobinę oniryczna, z paletą rezonujących fraz, podsycona wszakże pewną rytmiką, za którą odpowiada każdy z muzyków. W trzeciej części trębackie wentyle hałasują, a na werblu do akcji wkracza armia wibrujących przedmiotów niekoniecznie muzycznego pochodzenia. Vasco jest tu wielką orkiestrą, Luis samozwańczym wichrzycielem. Czwarta improwizacja to kolejne nowe elementy i nikt już nie wie, kto teraz odpowiada za dany dźwięk. Dronowa ekspozycja nabiera post-industrialnego posmaku, ale jednocześnie wydaje się etniczna, frywolna, niesiona wysokim brzmieniem czegoś na kształt piszczałki. Finałowa opowieść, to akustyczny dark ambient, który przekształca się w kompulsywny dygot. Znów narracja jest bardzo głośna i jednocześnie ulotna, jakże daleka od tradycyjnego świata dźwięków.

 


Marcelo dos Reis & Gonçalo Almeida Sideralis (Cipsela Records, CD 2025)

Semente Atelier, Coimbra, marzec 2025: Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Marcelo dos Reis - nylon string guitar. Cztery utwory, 44 minuty.

Kilka tygodni temu słuchaliśmy tych artystów improwizujących w trio do evergreenów Monka. Płyta nam się podobała, ale zatęskniliśmy do ich spotkania w formule swobodnie improwizowanej. No to mamy! Kontrabas i gitara akustyczna, cztery rozbudowane improwizacje (dwie pierwsze kilkunastominutowe) i moc jedynie udanych wrażeń.

Spokojnie szarpane struny, delikatne echo, drżące rozkołysanie z dźwiękami subtelnie preparowanymi, to atrybuty otwarcia. To rodzaj kameralnej medytacji, która tylko okazjonalnie nabiera mięsistości. Pierwsza improwizacja zwieńczona zostaje jakże udaną próbą wzajemnej imitacji. Druga historia, to pajęczyna subtelnych interakcji, szytych drobnymi frazami. Muzycy znów dobrze dawkują tempo i emocje. Szczególnie udanie w momencie, gdy Almeida sięga po nisko zawieszony smyczek, a dos Reis szybciej przebiera palcami po nylonowych strunach. W trzeciej improwizacji muzycy zdają się pozostawać na dnie pudeł rezonansowych swoich instrumentów. Flow bogacony jest dużą ilością akcentów perkusjonalnych, ale chyba odrobinę zbyt wystudzony. Tę ambiwalencję z gracją rekompensuje ostatnia opowieść szyta niemal klasycznymi metodami. Gitara przypomina nam, że jest niejako stworzona do estetyki flamenco, a kontrabasowy smyczek sytuuje się całkiem blisko sztuki post-barokowej.

 


Hugo Costa, Clara Lai, Alex Reviriego & Vasco Trilla Yellow Belle (Self-released, CD 2025)

Underpool Studio, Esplugues de LLobregat, Barcelona, grudzień 2024: Hugo Costa – saksofon altowy, Clara Lai – fortepian, Àlex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 42 minuty.

Czas na iberyjską supergrupę! Portugalczyk z Rotterdamu i troje zacnych obywateli katalońskich tworzy tu mieszankę definitywnie wybuchową. Nagranie nie epatuje jednak typową dla free jazzu czerstwością, nie eksponuje emocji, nad którymi nie sposób zapanować. Wręcz przeciwnie, improwizacje kwartetu koncentrują się raczej na kameralnych interakcjach, a muzycy świetnie czują się z nosem przy instrumencie, doskonale balansują między czystymi, wyrazistymi frazami, a tymi jakże głęboko i pięknie preparowanymi.

Pierwsza improwizacja jest umiarkowanie dynamiczna i bazuje na open jazzowych rozwiązaniach. W podobnym klimacie utrzymana jest także czwarta opowieść. Ale już pod koniec pierwszej, a także w trakcie drugiej, wielominutowej narracji muzycy nabierają chamber taste i cedzą nam raz za razem piękne, preparowane dźwięki - zarówno inside piano, jak i te smyczkowe, a tym bardziej perkusjonalne. Sam saksofonista zdaje się tu stać na straży bardziej jazzowego porządku. W trzeciej części albumu dominują subtelne drony, w piątej z kolei muzycy z drobnych, rwanych fraz tworzą intrygującą, zwinną i zaskakująco dynamiczną opowieść. Finałowa improwizacja zbudowana jest na pewnym dysonansie. Gdy pianistka i drummer grają czystymi frazami, w tubie altu i na gryfie kontrabasu dzieją się preparowane wspaniałości. Na końcowej prostej kontrabasowe pizzicato, podsycane melodią altu, doprowadza nagranie do szczęśliwego zakończenia.

 


João Svayam, José Lencastre & Francisco Morato Inner Mountains (Tutmonda, DL 2024)

Czas i miejsce nagrania nieznane: João Svayam - perkusja, djembe, romanina tilinca, José Lencastre – saksofon tenorowy i altowy oraz Francisco Morato – bas elektryczny. Osiem utworów, 42 minuty.

João Svayam jest stałym drummerem tria Uivo Zebra, które znamy z krajowych bocianich płyt, lubującym się w improwizacjach nasączonych post-jazzowym fussion i nutą soczystej psychodelii. Nie inaczej jest w przypadku tego tria. Tu wątek jazzowy saksofonisty jest smakowicie skorelowany z oryginalnie frazującym basistą elektrycznym i wielowymiarowym perkusistą wspomaganym szczyptą tajemniczych, nie do końca akustycznych dźwięków. A całość brzmi intrygująco matowo, jakby nagrania powstały we wczesnych latach 70. ubiegłego stulecia.

Pierwszy utwór ma ujmująco żwawe tempo, a bazuje na szorstkiej linii melodycznej saksofonu i silnie z nim pożenionego basu. Szczególnie udane jest zakończenie, gdy na mantrycznym rytmie rysuje się obła plama mrocznego ambientu. Drugi utwór także ma dobrze zarysowaną bazę rytmiczną, opartą na silnie sfuzzowanym basie. Zewsząd sączy się soczysta psychodelia, dopełniona tajemniczą, nieakustyczną pożogą. W kolejnej części obok ambientowego intro pojawia się głos z tekstem. Tu basista jest raczej gościem, ale to chyba on odpowiada za syntetycznie brzmiącą kodę. Czwartą opowieść zdobi introdukcja saksofonu, piątą flety i rytualne percussion, z kolei szóstą klasycznie frazujące duo sax & drums. W siódmej części na moment zaglądamy do Afryki, by zwieńczyć album duetową ekspozycją basu pełnego brzmieniowych drobiazgów i stłumionego, ale melodyjnego saksofonu.

 


Ontstopper Kollektief Unblocking (Tutmonda, DL 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Adam Jasieniuk – saksofon altowy, Arian Sandrayi – skrzypce, Daan Vanreybrouck – banjo, Finn Goegebeur – gitara elektryczna, piano, Francisco Morato – kompozycja, dyrygentura, Ilona Vertriest – głos, José Brandão – piano, klarnet, kompozycja, dyrygentura, Leander Vertriest - piano, snare drum, saksofon sopranowy i altowy, Loïs Pluymers – saksofon altowy, Simon Cuypers – saksofon tenorowy oraz Vadim Bakker - didgeridoo, instrumenty perkusyjne. Osiem utworów, 70 minut.

Na koniec portugalskiej zbiorówki pozostawiamy prawdziwą perełkę. Album powstał w istotnej kooperacji z artystami z Belgii, ale w wymiarze sprawczym jest nade wszystko dziełem dwóch Portugalczyków, którzy dzierżą miano kompozytorów i dyrygentów orkiestry złożonej w sumie z jedenastu muzyków. W warstwie instrumentalnej okazjonalnie mamy tu aż sześć dęciaków, niekiedy potrójne piano, kilka strunowców, rozbudowane perkusjonalia (ale nie perkusje) i kobiecy głos. Emocji doświadczamy tu mnóstwo, jakości także, a rozstrzał stylistyczny i gatunkowy bywa imponujący. Osiem utworów ma bardzo zróżnicowaną długość trwania – od niespełna trzyminutowego epizodu do kilkunastominutowych, epickich narracji. Bardzo rekomendujemy!

Otwarcie śmiało możemy uznać za całkiem ogniste, incydentalnie free jazzowe. W drugiej części narracja bazuje na połamanym rytmie, który pachnie na kilometr Braxtonem i jego wspaniała koncepcją Ghost Trance Music. W następnych trzech odsłonach dużo do powiedzenia mają pianiści. Bywają klasycznie usposobieni, bywają też natarczywi na free jazzowy sposób, ale w każdym przypadku inspirują resztę orkiestry do wzmożonych aktywności. W tej części albumu nie brakuje melodii, ale także mroku i klimatu godnego ścieżki dźwiękowej do Rosemary’s Baby. Szósta i siódma odsłona, to anonsowane epickie dramaty. Pierwszy z nich ma nerwowe, nieco histeryczne otwarcie, a potem przeobraża się w kolejny wieczorek taneczny pod auspicjami Braxtona. Nie brakuje kolektywnego gwizdania i teatralnych didaskalii. Z kolei siódma historia kreuje wielowymiarowy rytm, który generuje chyba każdy z muzyków, niezależnie od tego, jaki instrument dzierży w dłoniach, czy ustach. Wreszcie finałowa opowieść, która rozpoczyna swe życie w tumanie kurzu i szmeru, a kończy w aurze onirycznej flauty umierających melodii. Dodajmy, iż w trakcie dwóch ostatnich części tego intrygującego albumu dużo do powiedzenia ma mrocznie frazujące didgeridoo.



wtorek, 7 października 2025

Jesienne koncerty cyklu Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Jesienna edycja cyklu koncertów muzyki improwizowanej, organizowanego w Poznaniu pod szyldem Spontaneous Live Series, zapowiada się wyjątkowo smakowicie – cztery koncerty, a na nich legendy gatunku, uznane nazwiska i garść tych, których winniśmy koniecznie poznać. Dwie daty październikowe, dwie listopadowe – bukujmy swój czas bez zbędnej zwłoki!

Jeszcze nie wybrzmiały echa kolejnej epokowej edycji Spontaneous Music Festival, a poznański Dragon Social Club i Trybuna Muzyki Spontanicznej zapraszają na pierwszy jesienny koncert cyklu Spontaneous Live Series, który wyśmienicie wpisuje się w fundamentalną ideę tego przedsięwzięcia i wszelkiego, co spontaniczne w tej części świata.

Do Poznania przyjeżdżają muzycy zagraniczni i na scenie Małego Domu Kultury zwierają szyki z muzykiem polskim w składzie definitywnie skleconym „ad hoc”.

  


Dwójka przedstawicieli naszego ulubionego Iberian Penincula – pianistka Clara Lai i perkusista Vasco Furtado tworzą stale współpracujący duet, do którego dołączy poznański gitarzysta Paweł Doskocz. Zapowiada się jakże swobodna improwizacja, której tropy gatunkowe zdają się być nieodgadnione.

Stali bywalcy cyklu świetnie pamiętają, iż  Doskocz i Furtado grali już razem w Dragonie, ponad sześć lat temu, co świetnie słychać na pewnym spontanicznym albumie (link w dalszej części na tekstu).

Cytując artystów z południowo-zachodniego skraju Europu: Hiszpańska pianistka Clara Lai i portugalski perkusista Vasco Furtado nawiązali współpracę muzyczną mieszkając w Lizbonie. Pomysł na występy jako duet zrodził się po otrzymaniu zaproszenia do udziału w serii koncertów w Katalonii w 2023 roku. Zachwyceni tym artystycznym połączeniem postanowili kontynuować współpracę. Ich występy, to porywający dialog między dwojgiem improwizatorów, nieustannie poszukujących sposobów na zaskoczenie samych siebie, na nawiązanie autentycznej i bezstronnej interakcji. To przywiązanie do autentyczności i spontaniczności stanowi fundament ich muzycznego partnerstwa.

 

Spontaneous Live Series Vol. 76, 11 października 2025, Poznań, Zamkowa 3, godz. 20.00

Clara Lai - fortepian

Vasco Furtado – perkusja

Paweł Doskocz – gitara elektryczna

 

https://claralai.com

https://vascofurtado.bandcamp.com

https://paweldoskocz.bandcamp.com/

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-004

 

Szalenie atrakcyjnie zapowiadają się także kolejne spontaniczne spotkania w Poznaniu. We czwartek 30 października gościć będziemy legendarny kwartet The Electrics, który od lat tworzą szwedzcy artyści Sture Ericson na saksofonach i Raymond Strid na perkusji, niemiecki trębacz Axel Dörner oraz kanadyjski kontrabasista Joe Williamson. Te nazwiska nie wymagają jakichkolwiek rekomendacji. Dodajmy, iż formacja powraca na deski Dragona po sześciu latach, gdy była uczestnikiem trzeciej edycji Spontaneous Music Festival.

Koncerty listopadowe też winny podnieść temperaturę krwi fanów muzyki improwizowanej i post-jazzowej. Najpierw 6 listopada zagra ekscytujące trio - John Butcher na saksofonach, Florian Stoffner na gitarze oraz Chris Corsano na perkusji. Zjednoczone siły angielskie, szwajcarskie i amerykańskie gwarantują nam kosmiczny poziom artystyczny.

Wreszcie 14 listopada do Poznania powróci stały bywalec dragonowych koncertów, portugalski gitarzysta Marcelo Dos Reis. Tym razem zagra ze swoim autorskim triem Flora. Wspomagać go będą - na kontrabasie Miguel Falcão, a na perksuji Luís Filipe Silva

Zapraszamy na koncerty bardzo gorąco!


 

piątek, 17 maja 2024

The May’ Round-up: Massaria! Builder! Canaries On The Pole! Slight Deform! Bertheau! Surreal Voyagers! Larrard & Bec! Yaremchuk & Bursov!


Zbiorówka świeżych recenzji równie świeżych albumów z muzyką improwizowaną gotowa do czytania!

Chciałoby się krzyknąć: nareszcie! Nasza ulubiona forma komunikacji z Czytelnikami jakoś w tym roku szwankuje. Jedna zbiorówka łączyła aż dwa miesiące, druga był krótka i wyłącznie skandynawska, a w kwietniu po prostu zabrakło dla niej miejsca! Ale teraz jest! Gorąca, fascynująca, nasycona mnóstwem intrygujących dźwięków!

Przed nami osiem albumów z Niemiec (aż trzy!), Danii, Katalonii, Polski, Francji i pewnego kraju, którego flagi nie wolno pokazywać. A w ujęciu gatunkowym - improwizowany fussion free jazz, kompozycja na depresyjne organy, saksofon altowy i trio smyczkowe, pokaźny pakiet swobodnych improwizacji, która lubią dźwięki preparowane, gęsta smuga dark ambientu, a na koniec dużo jazzu, zarówno skomponowanego, jak i swobodnie improwizowanego. Innym słowy – dla każdego coś miłego!

Welcome to heaven and hell of improvised music!



 

Massaria/ Kneer/ Hertenstein The Absence Of Zero (Setola di Maiale, CD 2023)

Berlinaudio, Berlin, listopad 2021: Andrea Massaria – gitara, efekty, Meinrad Kneer – kontrabas oraz Joe Hertenstein – perkusja, instrumenty perkusyjne. Pięć improwizacji, 45 minut.

Zaczynamy z wysokiego „C”! Oto wielowymiarowe, ponadgatunkowe trio, które łączy równie subtelną, jak i post-psychodeliczną gitarę, żyjącą wedle reguł godnych spuścizny Alana Holdswortha, kontrabas, który balansuje od poziomu masywnego groove po kompulsywny post-barok i perkusję, która smakuje zarówno free jazzem, jak i fussion rockiem. Swoboda dramaturgii, dynamika interakcji, zdrowe emocje soczystych improwizacji, to podstawowe atrybuty Nieobecności Zera.

Pierwsza opowieść doskonale wprowadza nas w klimat opowieści – minimalistyczna gitara na pogłosie, wszędobylski bas i gęsty ścieg perkusji kroją zgrabną, fussion jazzową narrację. Zaraz potem dostajemy się w wir preparowanych fonii, łamanych rytmów i nade wszystko mocy kontrabasowego smyczka, który zaczyna rządzić i dzielić na scenie. Każdy z artystów stawia tu indywidualny stempel jakości, choć konstytucją tria jest zdecydowanie praca kolektywna. Pick-up’owe szmery i błysk talerzy budują z kolei aurę otwarcia trzeciej improwizacji. Ambientowy strumień fonii zostaje tu zgrabnie skontrapunktowany smyczkową pulsacją. Opowieść kreuje urokliwy suspens i zostaje równie udanie podsumowana akcjami perkusisty. Na początku czwartej części każdy instrument staje się perkusjonalnym narzędziem zbrodni. Na etapie rozwinięcia gitara pulsuje, choć jest nad wyraz delikatna, czym buduje niebanalny dysonans w kontekście nerwowych akcji basu i perkusji. Ostatnia odsłona, to rodzaj albumowego résumé. Na starcie małe perkusjonalia i kontrabasowe pizzicato & arco formują się w duet. Gitarowe frazy, zanurzone w głębokim pogłosie, wydobywają się na powierzchnię dopiero po kilku minutach. Na etapie rozwinięcia kontrabasowy smyczek szyje już prawdziwe cuda emocjonalnego post-baroku, podpierając się dobrym drummingiem i zastygłą w didaskaliach gitarą.



 

Calum Builder Renewal Manifestation (Dacapo Records, CD/LP 2024)

Czas i miejsce akcji nieznane: Calum Builder – saksofon altowy, kompozycja, Svend Hvidtfelt Nielsen – organy oraz CRUSH String Collective: Maria Jagd – skrzypce, Pauline Hogstrand – altówka, Oda Dyrnes – wiolonczela. Cztery utwory, 35 minut.

Builder, australijski rezydent Kopenhagi, to artysta o wielu twarzach, a każde jego wydawnictwo wnosi do tego wizerunku nowe wątki. Tym razem saksofonista konfrontuje masywnie brzmiące organy z triem smyczkowym, sobie pozostawiając rolę dętego komentatora wydarzeń na scenie. Efektem jest mroczna, dronowa improwizacja ścisłe … trzymająca się ram kompozytorskich zamysłów Caluma.

Pierwsze dwa utwory, to rozbudowane, kilkunastominutowe ekspozycje, dwa kolejne, to krótkie dopowiedzenia, rodzaj podsumowujących encore. Początek albumu wydaje się być dość spokojny, choć podszyty nerwowym szemraniem instrumentów. Organy dość szybko stawiają tu wielopłaszczyznowy dron, wokół którego snują się strunowe frazy i altowe westchnienia. Z czasem organy schodzą w niższe partie, dzięki czemu cała ekspozycja gęstnieje. Na kolejnym etapie organy zaczynają szukać rytmu, stają się lżejsze, dając asumpt do krótkich, niekiedy wręcz tanecznych zagrywek strings i saksofonu. Otwarcie drugiej opowieści, to już organowy nalot dywanowy. Pełne spektrum akcji pozostaje tu w jurysdykcji organisty. Ów ambient szaleńca sprawia, iż pozostałe instrumenty konają w alkowie. Gdy organy schodzą w niższe rejestry powstaje przestrzeń dla rozśpiewanych akcji strunowców i saksofonu. Za czasem ten ostatni zaczyna parskać, a te pierwsze nerwowo riffować. Pod koniec opowieść lepi się w efektowne crescendo, po czym zgrabnie dogorywa w chmurze nerwowych akcji zaczepnych wszystkich uczestników spektaklu. Trzecia opowieść zostaje oddana w ręce instrumentów strunowych, z kolei ostatnia zdaje się być post-melodyjną, niemal sakralną adoracją. Organy znów wiodą tu prym, strings pozostają na dalszym planie, a saksofon nuci strwożone frazy.



 

Canaries On The Pole It Isn't Really What It's Like (Acheulian Handaxe, CD 2023)

LOFT, Kolonia, wrzesień 2022: Georg Wissel – saksofon altowy, klarnet, Jacques Foschia – klarnet, klarnet basowy, shakuhachi, Mike Goyvaerts – instrumenty perkusyjne oraz Christoph Irmer – skrzypce. Cztery improwizacje, 55 minut.

Kanarki na biegunie, to dalece swobodna improwizacja na cztery akustyczne ośrodki dźwiękowe. Ta niemiecko-belgijska kooperacja ma już za sobą kilka odsłon. Jak zwykle nęci wielobarwnymi, niekiedy sprytnie preparowanymi frazami, cieszy poziomem wzajemnych interakcji, czasami wszakże dręczy brakiem umiaru w ferowaniu akustycznych podwojów. Z pewnością druga improwizacja mogłaby trwać kilka minut krócej.

Album wydaje się być najciekawszy w pierwszej i czwartej odsłonie. Improwizacja jest wtedy wielowątkowa, nie brakuje w niej dynamicznych, ekspresyjnych spiętrzeń, muzycy dobrze czują się także w mrocznych i spowolnionych momentach. Takie free chamber potrafi kąsać urodą, bywa efektownie wyrywne i gibkie, nie stroni też od sytuacji bardziej humorystycznych. Pod względem dramaturgicznym dużo jakości wnosi tu klarnet basowy, z kolei saksofon altowy chętnie staje się zaczynem drobnych pożarów, czy też wchodzi w dialog ze skrzypcami. W drugiej, zdecydowanie nazbyt rozbudowanej części, podobać się mogą fazy preparacji, tudzież budowanie improwizacji metodą call & responce. Ciekawa zdaje się być także melodyjna faza dalekowschodnich zaśpiewów, tak dętych, jak i skrzypcowych oraz finałowa kulminacja, oparta głównie na barkach klarnetu basowego. W trzeciej odsłonie muzycy prowadza ciche, wytłumione gry na małe pola, nie stronią od fraz preparowanych, a ekspresyjne wolty stanowią tu zjawiska incydentalne. Finałowa improwizacja rodzi się z dramaturgicznego zaniechania, lepiona jest niemal z pojedynczych fraz. Z czasem zyskuje pewną dynamikę i poziom interakcji znamionujący pracę mistrzów gatunku.



 

Slight Deform Still life #2 (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

El Pumarejo, L'Hospitalet de Llobregat, listopad, 2023: Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Clara Lai – piano elektryczne. Trzy improwizacje, 38 minut.

Kataloński duet powraca do nas regularnie. Still life #2, to wbrew nazwie ich trzecie ujawnienie wydawnicze. Dwa pierwsze bazowały, obok gitary elektrycznej, na brzmieniu fortepianu, tym razem Lai zasiadła za klawiaturą piana elektrycznego. Taka sytuacja zmieniła wiele w tembrze duetu, ale nie zmieniła rzeczy fundamentalnej – to doprawdy wciąż zjawiskowa struga dźwięków.

Pierwsze dwie improwizacje trwają tu przynajmniej po piętnaście minut, trzecia ledwie przekracza pięć. Początek zdaje się być specjalnością barcelońskiego zakładu – doskonale nam znana sekwencja fake sounds, czyli parada dźwięków, których pochodzenia nie jesteśmy w stanie precyzyjnie wskazać. Clara brzmi tu dość syntetycznie, z kolei Ferran skupia się na budowaniu matowo brzmiącego ambientu. Z czasem piano nabiera posmaku post-hammondowskiego, gitara zaś plecie minimalistyczne flażolety, kolejną specjalność zakładu. Druga improwizacja w znaczącej części płynie w chmurze oniryzmu. Piano pulsuje basowo, gitara łapie dubową poświatę, przy czym oba instrumenty frazują wręcz imitacyjnie. Ów piękny moment nabiera dodatkowych barw, gdy narracja niespodziewanie eskaluje. Powrót do jaskini ciemności i mroku jest przez to jeszcze bardziej efektowny. Zakończenie tej odsłony albumu formuje się w płaskie drony, które niespodziewanie nabierają wysokości i melodii. Ostatnia część albumu wydaje się być najbardziej żywym, na poły dynamicznym epizodem. Piano pulsuje tu w niskich rejestrach, z kolei gitara szuka mocy w pogłosie, przy okazji łypiąc do nas niemal post-bluesowym okiem.

 


Bertheau/ Chmiel/ Monchocé Darkness Within (Scatter Archive, DL 2024)

Taborkirche, Kreuzberg, Berlin, listopad 2023: Romain C Bertheau - pipe organ, Jacek Chmiel – elektronika, cytra, dzwony tybetańskie oraz Sylvain Monchocé - flety, saksofon altowy. Jedna improwizacja, 33 minuty.

Z tym międzynarodowym triem zetknęliśmy się całkiem niedawno przy okazji kompaktowego dysku dostarczonego przez Antenna Non Grata. Dziś trio, stanowiące jakże kreatywne połączenie organów, wielobarwnego strumienia elektrokaustyki i instrumentów dętych, zabiera nas na niedługi spektakl do berlińskiego Kreuzbergu. To kolejna mroczna, niekiedy silnie dronowa ekspozycja, znów nasączona po brzegi jakością.

Nim muzycy wydadzą tu pierwszy dźwięk sycić możemy się ciszą oczekiwania, szmerami i oddechami publiczności. Na początek organy ledwie stemplują półdźwiękami martwą przestrzeń koncertu, w tle drżą obiekty, szumią dęte frazy głęboko zanurzone w pogłosie. Mroczne misterium wyczekiwania generuje napięcie godne deathmetalowej introdukcji. Gdy w końcu improwizacja uformuje się w linearny strumień narracji, nastrój staje się wręcz demoniczny. Organowy dron, rozhisteryzowane flety i perkusjonalne inkrustacje, skąpane w elektronicznej pożodze, systematycznie wznoszą się ku górze, po czym napotykają chmarę hałaśliwego ptactwa. Po wytłumieniu narracja osiąga stan nerwowej medytacji. Długiemu pasmu organowego smutku towarzyszą teraz głównie tajemnicze szmery i szelesty. W międzyczasie pada tu deszcz, biją dzwony kościelne, pracuje młot pneumatyczny. Z tego urokliwego chaosu formuje się jakże efektowne crescendo, nasycone dźwiękami niewiadomego pochodzenia. Całość osiąga punkt kulminacyjny w okolicach 30 minuty, po czym zapada w śmiertelny letarg zakończenia.



 

Surreal Voyagers Seeking Mother (Antenna Non Grata, CD 2024)

Musica Polonica Nova Festival 2022, Galeria Dźwięku, Wrocław: Aleksander Wnuk – instrumenty perkusyjne, elektronika oraz Michał Lazar – gitara elektryczna, elektronika. Trzy utwory, 45 minut.

Czas na gęste, smoliste strumienie dark ambientu! Wydanie krajowe, bardziej niż udane, bystrze wpisujące się w sam rdzeń nurtu, który jednocześnie budzi grozę i koi zszargane nerwy.

Pierwszy utwór stanowi tu więcej niż połowę całej płyty i zdaje się być kluczowy nie tylko z tego punktu widzenia. Introdukcja płynie do nas z ciszy i jest dość delikatna, ale od pierwszej sekundy definitywnie mroczna, by nie rzec czarna w swojej ambientowości. Flow nabiera masy i bogatej faktury niemal w mgnieniu oka. W fazie rozwoju dzieje się tu naprawdę wiele, a niemal każda pętla przynosi nowe pasma smolistych dźwięków i kolejne pokłady demonicznego nastroju. Z czasem w potoku zdarzeń coraz wyraźniejsze są frazy gitarowe, jakby wytrącane z gęstego strumienia ambientu. W końcowej fazie utworu trudno nie dosłyszeć wyrazistych plam syntetyki i niemal dubowej poświaty klejącej się do gitary. Druga odsłona wita nas porcją wyżej posadowionego i czystszego w brzmieniu ambientu. W tumulcie zdarzeń zdaje się, że słyszymy coś na kształt sakralnych zaśpiewów. Nie brakuje też niskich, basowych pasm i metalicznego rezonansu. Narracja wszakże wydaje się tym razem być bardziej zbita, odrobinę matowa, a w swej fazie końcowej doposażona w odrobinę melodyki. Finałowa ekspozycja trwa siedem minut i płynie nade wszystko z gitarowego gryfu. Wysokie, czyste frazy lepią się tu do bardziej mrocznych, ale jakby szczyptę relaksacyjnych dźwięków. Ów nieco wampiryczny ambient z czasem staje w miejscu, a potem spokojnie zasypia.



 

François de Larrard & Mathieu Bec Poecordes/ Floating (Bandcamp’s self-released, DL 2024)

Brontosaure, Bron, Francja, styczeń: François de Larrard – fortepian oraz Mathieu Bec – perkusja. Piętnaście kompozycji, 67 minut.

Tym razem oddajemy się w szpony jazzu, niekiedy nawet main-streamowego, przynajmniej z punktu widzenia pianisty, który co do zasady nie opuszcza rejonów klawiatury. W tej odrobinę przewidywalnej i z pewnością zbyt długiej opowieści naszą uwagę nade wszystko przykuwa drummer, którego dobrze znamy z innych, definitywnie bardziej swobodnych wypowiedzi muzycznych.

Ponadgodzinna opowieść podzielona jest na piętnaście części. Początek wyznacza tu jazzowy marsz budowany minimalistyczną melodią i zdrową, drummerską synkopą szyjącą na poły taneczny rytm. W kolejnych równie zwartych i nieprzegadanych opowieściach wrażenia recenzenta falują niczym wzburzony ocean. Od post-romantycznych ballad, tudzież post-bluesowych interludiów i swingujących miniatur, które generują potrzebę ciągłego spoglądania na zegarek, po akcje bardziej urozmaicone, szyte mniej banalnymi środkami wyrazu. W ramach tych ostatnich z pewnością warto zwrócić uwagę na opowieść czwartą, z dobrze zbudowanym suspensem, pełną brzmieniowych niuansów i urokliwie kanciastych form. Podobnymi walorami charakteryzuje się dziewiąty utwór, gdy muzycy emanują dobrze rozumianą agresją i pracują na ciekawej, połamanej rytmice. Opowieść jedenasta bazuje na post-klasyce, która topi się w bardziej mrocznych, molowych klimatach. Muzycy szczególnie dobrze reagują na siebie w utworze trzynastym, z kolei w czternastym bazując na bystrym tempie szyją nam taneczną, efektownie rozhuśtaną ekspozycję.



 

Yuriy Yaremchuk & Ivan Bursov Six States Of Four Wooden (Extra Notes Records, CD 2024)

GITIS Recording Studio, listopad 2023: Yuriy Yaremchuk – klarnet basowy, saksofon sopranowy oraz Ivan Bursov – saksofon tenorowy, klarnet. Sześć utworów, 70 minut.

Sześć stanów czterech drewniaków – jakże precyzyjny, zasadny tytuł albumu! Dwa saksofony i dwa klarnety w rękach dwóch muzyków pozostających w permanentnym, improwizowanym dialogu w estetyce swobodnego jazzu i niebanalnej kameralistyki. Na ogół w brzmieniach czystych, a jeśli już preparowanych, to czynionych z klasą i umiarem w zakresie stosowania tzw. technik rozszerzonych. W sumie album, że palce lizać, poza drobną uwagą krytyczną, jak zawsze rodzącą się w głowie recenzenta, gdy płyta jest zdecydowanie dłuższa niż nasze ulubione trzy kwadranse.

Pierwsza, kilkunastominutowa improwizacja mówi wszystko o zawartości albumu. To opowieść pełna swobodnego jazzu realizowanego w ciekawej dynamice, w momentach spowolnienia sięgająca po atrybuty kameralne. Techniczna sprawność wykonawcza, niekiedy hacząca o wirtuozerię, zaawansowany zmysł dramaturgiczny, ponadgatunkowa wyobraźnia, całkiem niewymuszona melodyjność i bardzo szeroka paleta barw, to podstawowe przywary muzyków i ich instrumentarium. Artyści mogą tu pozwolić sobie niemal na wszystko, ale zupełnie naturalna w ich wypadku samodyscyplina zdaje się budować dodatkową jakość. W drugiej opowieści odnajdujemy sporo mrocznych klimatów i momentów posadowionych blisko ciszy, w trzeciej z kolei na pierwszy plan sforują się niemal free jazzowe galopady. W kolejnych częściach napotykamy na błyskotliwe dialogi w formule call & responce, wyjątkowo zjawiskowe drony realizowane na nisko ugiętych kolanach (klarnet basowy i saksofon tenorowy!), zreasumowane melodyjną kołysanką, wreszcie w improwizacji końcowej soczyste garście kameralnych subtelności, niepozbawionych wszakże brawurowych zakrętów i fraz odrobinę bardziej zadziornych.

 

 

piątek, 1 marca 2024

Barcelona’ Five Of A Kind: Behenii! Still Life #1! Seis Amorfismos! Postcards! Interfase!


Dziś pięć szybkich strzałów wprost ze Stolicy Katalonii! Kolejne dowody rzeczowe w sprawie retorycznej dysputy Czy na północno-wschodnich rubieżach Półwyspu Iberyjskiego dzieje się coś istotnie wartościowego na polu muzyki kreatywnej.

Nie tak dawno na tych łamach chyliliśmy nasze czoła i recenzenckie pióro dla dwoma ostatnimi płytami tria Phicus. Tym razem sięgamy po nagrania z udziałem muzyków rzeczonego tria. Wszystkie tak od siebie różne, jak tylko to możliwie po tej stronie muzycznej wyobraźni, wszystkie wszakże wydają się równie piękne, wartościowe i zasługujące na ocean burzliwych oklasków. Nasz barceloński zbiór uzupełniamy swobodnym jazzem z … Argentyny, ale wydanym pod sztandarem Discordian Records, z udziałem gitarzysty, który wydaje się być stałym elementem iberyjskiego świata muzyki doskonałej.

Jesteśmy tu w gronie samych dobrych znajomych, zatem do skupionego odczytu i odsłuchu pięciu albumów przystępujemy bez zbędnej zwłoki. Poza jednym wyjątkiem nagrania datowane są na rok bieżący i docierają do nas na nośniku elektronicznym - ledwie jedna pozycja uzupełniona skromnym nakładem kasetowym, inna zaś kompaktowym. Cóż, znak czasów, tempus signum, czy jak to tam szło.



 

El Pricto/ Don Malfon/ Vasco Trilla Behenii - Part I (Discordian Records, DL 2024)

Golden Apple, Barcelona, wrzesień 2023: El Pricto – syntezator modularny, Don Malfon – saksofon barytonowy i altowy oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Osiem improwizacji, 38 minut.

Te trzy pomnikowe postaci barcelońskiej sceny kreatywnej grały ze sobą milion razy, ale nigdy w takim trio. Od czasu, gdy El Pricto porzucił saksofon na rzecz taplania się w syntetycznych dźwiękach, ich spotkanie stało się naturalną koleją rzeczy. Minionej jesieni w Złotym Jabłku nagrali dużo materiału, tu prezentują jego pierwszą część. Album przypomina chorobę dwubiegunową w stadium dalece zaawansowanym. Utwory nieparzyste to intensywne, niemal free jazzowe kubły pomyj, pięknie łączące analogowy syntezator z preparowanym saksofonem (na ogół barytonowym) i bystrym circle drummingiem. Utwory parzyste leją się leniwie niczym magma zła, przez samych artystów jakże trafnie określone jako industrial ambient. Wspaniały album, bez dwóch zdań!

Pieśń otwarcia z miejsca stawia nas u podnóża ściany dźwięku – gęsta struga syntetyki, rozkrzyczany, skowyczący, na poły preparowany oddech barytonu i zwinna perkusja, która szybkim ruchami oplata wszystko niczym tarantula. Saksofon potrafi tu wnieść się na wysoką górę, z kolei syntezator ryć bruzdy w ziemi. Intensywny, pełen pokracznej rytmiki, kompulsywny, post-industrialny horror. Druga opowieść przenosi nas, zgodnie z anonsem, do świata czerstwego, chropowatego ambientu. Echo, podmuchy suchego powietrza i pulsujące, drżące, filigranowe plamy syntetyki, a wszystko skąpane w chmurze rezonansu. Pomiot preparowanych fraz, gdzie akustyka szuka syntetycznej powłoki, a wyczekiwany poranek nigdy nie nadchodzi. Trzecia narracja, to powrót do sytuacji dynamicznej - rodzaj gry na małe pola, gdzie każdy dźwięk przypomina plamę gęstej krwi. Baryton błyszczy, syntezator syczy jak wąż, a gongi i dzwonki wieńczą szybkie zakończenie. Czwarta, ambientowa strona mocy, skupia się na łagodzących podmuchach rezonansu, pełna jest trudnych do zdefiniowania fonii (barcelońskie fake sounds działają!). Piąta historia wraca do idiomu free jazzu, tu jest jednak podejrzanie łagodna i czysta w brzmieniu, pchana do przodu kocimi ruchami perkusji. Pod koniec nabiera zaskakującej ulotności i ginie w chmurze niedopowiedzenia. Szósta część kontynuuje zainicjowany w poprzedniej odsłonie mroczny oniryzm, ale zgodnie z konstytucją albumu prowadzona jest przy zerowej dynamice. Blisko ciszy, z garścią matowych melodii, przypomina raczej psychodeliczną kołysankę. Siódma improwizacja, to wrzask, krzyk i skomlenie! Masywne, turpistyczne dźwięki - konsekwentne rozdzieranie ledwo, co zastygłych ran. Ekspresyjna wymiana zdań kreuje zapewne najbardziej intensywny fragment albumu, zwieńczony trupim odorem. Ostatnia historia toczy się wedle reguły ambientowej, ale wraz z rozwojem sytuacji nabiera mięsistej faktury i generuje kolejny wyziew emocji. Od drżących przedmiotów na membranie werbla, przez metaliczne chroboty z tuby dęciaka, po plamy soczystej syntetyki. Ta ostatnia zdaje się tu być dość spolegliwa, podczas gdy jej akustyczna interlokutorka nad wyraz niebezpieczna. Improwizacja delikatnie narasta, po czym mgliście obumiera.



 

Slight Deform Still Life #1 (Bandcamp’ self-release, DL 2024)

Rosazul Studio, Barcelona, listopad 2022: Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Clara Lai – fortepian. Trzy utwory, 35 minut.

Duet niepowtarzalnego gitarzysty i równie intrygującej pianistki debiutował fonograficznie całkiem niedawno nieco konceptualnym albumem Inside, posadowionym na skraju muzyki współczesnej. Dziś Ferran i Clara powracają z nagraniem definitywnie niezwykłym – skoncentrowanym na dźwiękach preparowanych gitary i fortepianu, które toczą swe pięknie życie w dalece fascynującej wręcz koegzystencji. Celem działań obu artystów jest tu nade wszystko wzbudzanie post-ambientowego rezonansu. Efekt tych prac w każdej sekundzie niezbyt długiego albumu zdaje się być definitywnie wartościowy.

Album otwiera niemal dwudziestominutowa ekspozycja. W jej trzewiach mości się pewna zastygła w bezruchu medytacja, rodzaj ceremonialnej rozmowy z ciszą. Na powierzchni rodzą się zaś dźwięki mniej lub bardziej zwarte w czasie i przestrzeni, które wchodzą w interakcje, a nade wszystko budują wzajemnie przenikające się strumienie rezonansu. Duch wielkiego AMM, nie tylko w zakresie formy, ale także brzmienia, zdaje się unosić nad muzykami z dalece nieoczywistą intensywnością. Artyści frazują niekiedy bardzo delikatnie, ledwie muskają struny, tudzież klawisze. Wprawione w ruch obrotowy dźwięki potrafią tu jednak nabierać niemal post-industrialnej muskulatury. Oniryczna aura, mrok otoczenia, szum martwego życia. Powolność, majestatyczność, ciągi powtórzeń, ale nie minimalizm. Ferran koncentruje się na flażoletach, Clara pracuje na ogół wewnątrz fortepianu, a jeśli używa klawiatury, czyni to rzadko i z dużym namaszczeniem dramaturgicznym. Płynna narracja drży i pulsuje, by po chwili ginąć w strudze matowego ambientu.

Druga historia trwa pięć minut i sprawia wrażenie repryzy części pierwszej, ale definitywnie skondensowanej. Zaczyna ją pisk z głębokiej krypty rozrywający gęstą, mroczną ciszę. W tle mości się prawdziwie barceloński fake sounds’ background. Warstwy rezonansu nakładają się tu jedna na drugą, a ów proces nie ma chyba końca. Trzecia opowieść nieznacznie przekracza dziesięć minut i zdaje się być inna niż jej poprzedniczki. Artyści generują to plejady drobnych, niekiedy urywanych fraz. Struny ich instrumentów brzęczą, skrzypią, tudzież wpadają w subtelne sprzężenia. Muzycy liczą struny, badają ich odporność na incydentalny nacisk. Bywa, że schodzą do pojedynczych dźwięków i budują echo. Całość ma tu wszakże swój tajemniczy, wewnętrzny rytm, przypomina martwy taniec w pustce gasnącego rezonansu. Ów rytuał dramaturgicznej powolności dogorywa mglistymi dźwiękami klawiszy i gitarowych półakordów.




Diego Caicedo Seis Amorfismos (Bandcamp’ self-released, CD/DL 2023)

Golden Apple, Barcelona, 2021/22: Diego Caicedo – gitara elektryczna, kompozycje, dyrygentura, adaptacja tekstu poetyckiego, Sarah Claman – skrzypce, Francesc Llompart – skrzypce, João Braz – wiolonczela, Àlex Reviriego – kontrabas oraz Carlos Jorge – głos. Dziewięć utworów, 49 minut.

Bez wątpienia takiego albumu jeszcze nie słuchaliście! Black metalowa gitara, growlowy wokal i … kwartet smyczkowy, tu skoncentrowany równie silnie na czystym, jak i brudnym, preparowanym frazowaniu. Autor całego przedsięwzięcia jest nam doskonale znany, to muzyk niezliczonej liczby talentów i miłośnik równie bogatej palety gatunkowych odniesień. To szalone opowiadanie Caicedo, to sześć nagrań poczynionych w pełnym składzie i trzy bonusy, grane już samotnie przez gitarzystę. Wielkie emocje, niekiedy wręcz epicki rozmach i kolejny dowód, że wyobraźnia kreatywnego muzyka zdaje się nie mieć granic.

Siarczyście brzmiąca gitara, zlany z nią niski tembr kontrabasu, szalejące na backgroundzie skrzypce i cello, wreszcie rozkrzyczany, spazmatyczny wokal – ten album nie mógł zacząć się bardziej intensywnie. Narracja płynie zapewne zgodnie z wolą kompozytora, ale przestrzeń na improwizowane wybuchy ekspresji zdaje się tu być nieograniczona. Niemal noise’owa gramatura buduje emocje, ale brzmienie całości jest dalece selektywne. Zmutowane black chamber kontynuuje dzieło zniszczenia w drugiej części, która zdaje się być minimalnie łagodniejsza. Wypełniona mrowiem strunowych dźwięków, przypomina modlitewną celebrę, ale czasem nabiera podskórnej dynamiki – gitara i głos bluzgają wtedy złem, a strunowce toną w bystrych kontrapunktach, na koniec nie stroniąc od preparacji. Prawdziwe męczarnie lovecraftowskich Przedwiecznych. W kolejnej odsłonie muzycy sprawiają wrażenie, jakby celem ich działań było naciąganie strun do granic ich fizycznej wytrzymałości. Narracja płynie, balansuje na linie, łapie spore połacie melodyki i niekiedy czystego, strunowego brzmienia. Czwarta opowieść powraca do owej modlitewnej celebry, jaką znamy z drugiej części. Mroczna melodyka zostaje tu rozerwana na strzępy histerią wokalisty, która w ostateczności doprowadza do efektownego, zgiełkliwego spiętrzenia.

Piąta opowieść zaskakuje. Bazuje bowiem na niemal funkowym frazowaniu gitary, która brzmi tu niczym bas. Strings po kilku pętlach ochoczo wchodzą do gry i generują kolejne porcje emocji. Łamana, gasnąca dynamika, nisko ugięte kolana i niemal akustyczna faza środkowa podprowadza nas pod gitarowe zakończenie, skonsumowane połaciami dubowych preparacji, czyniącymi ów fragment albumu jednym z najbardziej efektownych. Szósta część znów sięga po kameralną śpiewność, tak, jak to czyniły poprzednie parzyste kompozycje. Melodyjna introdukcja zostaje tu ponownie zbesztana black metalowym wyziewem gitary i wokalu. Strunowce przechodzą do roli kontrapunktujących i czynią to z niezwykłą zawziętością. Po czasie opowieść przygasa i przenosi nas w bezmiar kameralnych, niemal czystych fraz, a w ostateczności ginie w mrocznym, niemal delirycznym ambiencie.

Zgodnie z anonsem, trzy ostatnie części albumu, to solowe ekspozycje gitarzysty. Najpierw muzyk tonie w post-metalowych kłębach tłumionych emocji. Faluje na wzburzonym morzu, sugeruje rozwinięcie, decyduje się jednak na ugaszenie narracji dźwiękami bijącego dzwona. Również ósma opowieść ma fazę, w której brakuje jedynie gęstej sekcji rytmicznej, gotowej zanieść gitarzystę wprost do piekła. W pewnym momencie muzyk wybiera jednak mroczną otchłań gęstego, siarczystego ambientu, który okazuje się dubową przepaścią. Końcowe frazy tego niesamowitego utworu przywodzą na myśl hałas godny huty szkła. Finałowa ekspozycja bazuje na sprzężeniu i siarczystych półriffach, ale czynionych na wdechu. Reasumują ów piękny album kolejną porcją trwogi i egzystencjalnej pustki.



 

Jonathan Deasy & Àlex Reviriego Postcards (Crystal Mine, Kaseta/ DL 2024)

Miejsca akcji i czas nieznane: Jonathan Deasy - stochastic sampler/ supercollider oraz Àlex Reviriego – kontrabas. Cztery utwory, 43 minuty.

Ten album stworzony został w dwóch czaso-przestrzeniach. Najpierw nagrane zostały improwizacje na kontrabas przy użyciu dalece rozszerzonych technik artykulacji. W dalszej kolejności trafiły one w otchłań elektroniki i najrozmaitszych, tajemniczych aplikacji, które zdekonstruowały dostarczony materiał, ale też wygenerowały dodatkowe, niemałe pokłady jakości. Oto płyta, który ukoi nasze receptory słuchu po gitarowej nawałnicy sprzed chwili, ale też zaintryguje i przeniesienie po raz kolejny w obszary foniczne, w których z pewnością przebywamy niezwykle rzadko. Pierwsza i czwarta odsłona albumu, to utwory kilkunastominutowe, dla których bazą są kontrabasowe frazy grane arco. Dwie środkowe części - znacznie krótsze - stanową post-elektroniczny obraz dźwięków generowanych techniką pizzicato.

Początek tego niezwykle onirycznego spektaklu o niepoliczalnych płaszczyznach piękna stanowi kilka strumieni smyczkowych preparacji. Dźwięki zdają się tu przypominać zmutowany, ptasi śpiew, niekiedy dość histeryczny, a całość tej fazy podróży ma wymiar niemal całkowicie akustyczny. Z czasem coraz gęstsza struga post-ambientu nabiera syntetycznego posmaku, jakby kontrabasowe dźwięki systematycznie traciły swoją akustyczną powłokę. Lepiąca się w elektroniczny dron opowieść już tylko incydentalnie barwiona jest frazami przypominającymi dźwięki żywego instrumentu. W dwóch kolejnych opowieściach płyną do nas strumienie szarpanych dźwięków. W każdym przypadku są one nad wyraz delikatne, wręcz ulotne, acz zatopione w oceanie mroku i tajemniczości. Najpierw przypominają brzmienie gamelanu, w drugim zaś przypadku mandoliny. Narracja potrafi tu delikatnie zapętlać się, ale nie traci spokoju ducha i niemal relaksacyjnego backgroundu. W ostatniej części powracamy do zmultiplikowanych fraz smyczkowych. Dźwięki są teraz bardziej rozmyte, definitywnie łagodniejsze, choć jeszcze bardziej zanurzone w mroku, czasami przypominają brzmienie melodiki. Ów mglisty, niekiedy szemrany ambient wydaje się być na swój sposób śpiewny, melodyjny, ale też zrezygnowany, smutny, niczym kołysanka dla umarlaków.



 

Nataniel Edelman/ Luciano Bagnasco/ Santiago Lamisovski/ Fermín Merlo Interfase (Discordian Records, DL 2024)

La cuerda mecánica, Buenos Aires, wrzesień 2022: Nataniel Edelman – fortepian, melodica, quena, kalimba, Luciano Bagnasco – gitara elektryczna, Santiago Lamisovski – kontrabas oraz Fermín Merlo – perkusja. Osiem utworów, 29 minut.

Jazzowy kwartet ze stolicy Argentyny nie potrzebuje wiele, by budować efektowne improwizacje, z samego źródła gatunku czerpiąc jedynie to, co najistotniejsze – pewną naturalną żywotność, niebanalny groove, tudzież swobodę artystycznej kreacji. Gitarzystę znamy tu świetnie, pianista ma już za sobą album wydany w Clean Feed z amerykańskimi VIP-ami gatunku, z kolei dla kontrabasisty i perkusisty to zapewne debiut na naszych lamach. Jak zwykle w przypadku nagrań z tamtej części świata, moc szacunku dla słuchacza w połączeniu z umiejętnością budowania zwartej narracji – album nie trwa nawet dwóch kwadransów.

Pierwsza opowieść trwa prawie dziewięć minut i stanowić może rodzaj autoprezentacji kwartetu. Równy step fortepianu niesiony spokojnym groove sekcji rytmu i frazująca na pogłosie gitara, która zaczyna od jazzu, a kończy w czeluściach bystrego psycho-rocka. W trakcie spowolnienia pojawia się melodica, z kolei pod koniec pianista szyje nam ekspresyjną ekspozycję, wpartą na pracy sekcji rytmu. Druga opowieść ma dalece kameralny sznyt, a bogacona jest niemałą porcją dźwięków preparowanych. W kolejnych dwóch utworach nie brakuje wyważonej emocjonalnie dynamiki. Pierwszy z nich syci się niemal fussion-rockowym anturażem (z pianem brzmiącym cokolwiek elektrycznie), drugi pięknie eksponuje synkopowaną figurę rytmiczną, szukającą pewnego rodzaju ukojenia. Po drobnej miniaturze muzycy prezentują nam łączone utwory szósty i siódmy. Najpierw szyją nam drobny dysonans dynamiki – sekcja rwie do przodu, a gitara i piano stylowo spowalniają. Pojawia się smyczek, szum wystudzonych, gitarowych pick-up’ów i drobny instrument dęty. W drugiej części tej podwójnej historii podobać się mogą gitarowe, post-psychodeliczne preparacje, a także sposób, w jaki rozkołysana opowieść nabiera rumieńców. Finałowy utwór, to rodzaj swobodnej improwizacji szyty umiarkowanie subtelnymi, dalece mrocznymi frazami.