Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Stevens. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Stevens. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 września 2025

Derek Bailey & John Stevens in The Duke of Wellington!


Derek Bailey i John Stevens – na dźwięk tych personaliów serca każdego wielbiciela muzyki swobodnie improwizowanej drżą w posadach. Rok temu obchodziliśmy trzydziestą rocznicę śmierci tego drugiego, w tym roku, w grudniu, minie dwadzieścia lat od śmierci tego pierwszego. Każdy z nich jest posągową legendą gatunku. Grywali razem wielokrotnie, szczególnie udanie pod szyldem Spontaneous Music Ensemble. Grywali też w triach bez nazwy i duetach (w pamięci mamy nade wszystko epizod pod nazwa Playing).

Dziś naczelny kustosz spuścizny po Johnie Stevensie, wiolonczelista i perkusjonalista Mark Wastell, tu w roli wydawcy Confront Recordings, dostarcza nam nieznane dotąd nagranie koncertowe Dereka i Johna, popełnione wczesną wiosną 1989 roku. Mały londyński klub, soczysta, swobodnie improwizowana narracja, która trwa ponad pięćdziesiąt minut. Nasze szczęście nie ma granic.

  


Pierwsze dwie improwizacje trwają po dwadzieścia minut, ta trzecia około dziesięciu. Na starcie struny gitary są wyjątkowe suche, pozbawione choćby krzty wzmocnienia, akcje perkusjonalii za to soczyste i nasiąknięte wewnętrzną dynamiką. Muzycy znają się doskonale, nie potrzebują jakiejkolwiek rozgrzewki, tudzież zbierania sygnałów od partnera o stanie jego nastroju. Frazy Stevensa są nerwowe, riposty Baileya jak zwykle w poprzek, refleksyjne, ale niepozbawione agresji i drobnych prowokacji. Narracja ma swoje zagęszczenia i efektowne poluzowania, czasami przypomina radosne podskoki, czasami syci się dramaturgicznym dysonansem, gdy na werblu płonie ogień, a ze strun gitary sączą się leniwe, niemal kojące flażolety. Na koniec utworu muzycy wchodzą w fazę small games okraszoną urokliwymi didaskaliami.

Drugi utwór rozpoczyna się w aurze definitywnie minimalistycznej. John dzierży w dłoniach małą trąbkę i dmie w nią niezobowiązująco. Derek ma w zanadrzu kolejną porcję szklistych flażeoletów. Zdaje się, że jego gitara łapie teraz drobne wzmocnienie sygnału. Gdy na scenę wracają perkusjonalia, improwizacja niespodziewanie przechodzi w stan medytacji. W dalszej fazie wpada w stan swobodnego rozkołysania. Miewa dynamiczne spiętrzenia, niesione siłą repetycji, ale także chwile na poły refleksyjne. Małe interakcje raz za razem stemplują fałdy opowieści, szczególnie, gdy chmura delikatnych flażoletów napotyka na cięte riposty percussion. Na ostatniej prostej na gryfie gitary pojawia się intrygująca plama bluesa.

Finałowa ekspozycja na starcie sugeruje nieco romantyczny i pożegnalny ton, ale to tylko pozór. Flow szybka łapie byka za rogi i skrzy się dużymi emocjami. Artyści szukają dynamiki w każdym zakamarku sceny, a ich interakcje znamionują najwyższą jakość. John znów bardziej w kłębie emocji, Derek w nucie refleksji. To jakby psycho-ballada, którą podsumowuje drobny, kompulsywny szczyt nadpobudliwego perkusjonalisty.

 

Derek Bailey & John Stevens The Duke of Wellington (Confront Recordings, CD 2025). Derek Bailey – gitara akustyczna, także amplifikowana oraz John Stevens – instrumenty perkusyjne, kieszonkowa trąbka. Nagrane w The Duke of Wellington, Londyn, marzec 1989.



środa, 8 grudnia 2021

Trevor Watts’ Amalgam & The Yorkshire Suite!


Z małej monografii formacji Amalgam *):

Wreszcie finałowa edycja Amalgam. Listopadowa (‘79) brytyjska trasa koncertowa i drobny incydent studyjny. No i zapowiadana na wstępie niespodzianka personalna. Oto bowiem na kilka dżdżystych, jesiennych tygodni gitarzystą Amalgam zostaje Keith Rowe! Od ponad dekady stały członek improwizującego kolektywu AMM, innowator i eksperymentator gitary, plądrofonik i swoiste enfante terrible muzyki niekomponowanej. I tu – w kolektywie Amalgam - gra na gitarze w jak najbardziej konwencjonalny sposób, innymi słowy trzyma ją normalnie w dłoniach i sprawnie palcuje po gryfie.

Historia muzyki improwizowanej, choćby była najprecyzyjniej spisywana i weryfikowana przez żyjących jeszcze ojców założycieli, wciąż wymaga uzupełnień i korekt. Całkiem niedawno na tych łamach dywagowaliśmy na temat dokładnej daty pewnego nagrania grupy Detail z roku 1990, dziś cofamy się w czasie o kolejną dekadę i zastanawiamy się, kiedy powstało pewne nagranie formacji Amalgam. Ten zacny free jazzowy, potem wręcz jazz-rockowy band Trevora Wattsa funkcjonował artystycznie ponad dziesięć lat, a jego ostatnie aktywności opisane zostały w cytowanym wyżej tekście. Drobna wszakże korekta tegoż opracowania – Keith Rowe grywał z formacją Amalgam wcześniej niż w listopadzie 1979 roku, a precyzyjnym będąc, także na początku tegoż roku, w lutym. Wtedy to właśnie powstało nagranie The Yorkshire Suite! Zauważmy na wstępie, iż fantastycznie uzupełnia ono dyskografię Amalgam i dodatkowo niesie ze sobą pewien personalny smaczek. Oto w nagraniu tym uczestniczył sam John Stevens, który co prawda maczał palce w powstaniu grupy jeszcze w latach 60., ale potem opuścił skład i grywał jazz-rocka pod szyldem Away. Ale dość tych historycznych egzegez! Przed nami pierwsza publikacja nagrania Yorkshire Suite w kwintecie na dwie perkusje. Godzina rozkoszy nie tylko dla psychofanów Trevora Wattsa i Johna Stevensa!

Wedle słów samego Wattsa, na początku 1979 roku do tria Amalgam (saksofon, bas, perkusja) doproszony został gitarzysta Rowe, by wnieść do zespołu nieco więcej fermentującej improwizacji, tudzież pewien element zaskoczenia i nieprzewidywalności. Londyński meeting, któremu dziś poświęcamy naszą uwagę, to zapewne ich pierwsze spotkanie. Trevor przygotował na tę okoliczność specjalną kompozycję, muzycy ją zagrali, a w ramach tzw. dogrywki, postanowili jeszcze swobodnie poimprowizować w tym dość eksperymentalnym składzie. Efekt przerósł oczekiwania wszystkich, został zanotowany jako tzw. drugi take utworu głównego, a w wymiarze czasowym okazał się nawet dłuższy od podstawowego wykonania kompozycji. Pełna dokumentacja owego spotkania z Yorkshire jest teraz dostępna w formie plików elektronicznych na bandcampie wydawcy. Dodajmy, iż mimo, że została zremasterowana z nagrania kasetowego, brzmi doskonale (za wyjątkiem drobnego szumu) i aż dziw bierze, że na jej upublicznienie czekać musieliśmy ponad cztery dekady.

 


Take One. Pierwsze nasiono rytmu wiedzie wprost z gitary, która rysuje repetytywny szlak improwizowanej podróży. Basówka pracuje bardzo swobodnie i raz za razem intrygująco mąci szyk marszu, a dwie perkusje, idealnie wypełniające przestrzeń, budują w miarę symultaniczną narrację. Na czele orszaku straceńców sadowi się oczywiście saksofon altowy - rozśpiewany, od startu mający odpowiednią swobodę i potencjał, by wieść improwizowaną opowieść w rejony niedostępne dla zwykłych śmiertelników. Dęciak czerpiąc moc z rytmu gitary, dość szybko wskakuje na niemal ognisty poziom ekspozycji i sprawia, iż cała maszyna tańczy w słońcu, niczym zdrowa mantra, która nie potrzebuje dodatkowych stymulacji. Dopiero po upływie ósmej minuty muzycy serwują nam krótką prezentację tematu, ulotną wszakże, niczym ślad pędzla na wodzie. Po krótkiej chwili saksofon ucieka na powrót w improwizację, a reszta załogi szuka okazji do zmyślnych kreacji. Gitarowy pick-up delikatnie sprzęga się, sprawiając, iż opowieść pęcznieję, ale nie traci tempa. Owo kłębowisko myśli wsparte zostaje kornetem, którego dźwięków dostarcza najprawdopodobniej John Stevens. Prawdziwy krok ku szumiącej psychodelii, wywołany utratą dynamiki, następuje jednak dopiero po upływie pełnego kwadransa. Gitara jeszcze bardziej zagłębia się w sobie, saksofon faluje niczym wzburzony ocean. Z tego tygla swobody powstaje nowy wątek, co jest zdecydowanie zasługą porządkującego przestrzeń alcisty. Nim utwór dobije do swego końca, dostajemy jeszcze krótki epizod na dwie perkusje, po czym muzycy po raz ostatni dmą w ognisty róg, inspirowani kolejnym szczytowaniem saksofonisty.

Take Two. Drugie podejście do kompozycji, zgodnie z zapowiedzią, wiedzie dalece improwizowanymi ścieżkami. Szum z gitarowego pieca, drobne, urywane frazy obu perkusji, łagodny, przepraszający tembr saksofonu – cała plejada jakże leniwych dźwięków. Z czasem tempo zdaje się rosnąć, ale sam proces jest wyjątkowo powolny. Wszystkie dźwięki płyną tu wyjątkowo szerokim korytem - swoboda, naturalna precyzja, dalece medytacyjna nieśpieszność. Saksofon śpiewa, reszta idzie wraz z nim, ale każdy dokłada tu indywidualną cegiełkę. Choćby świetny moment na gryfie gitary, pełen preparowanych dźwięków, zaraz potem równie doskonały dialog tejże gitary z saksofonem. Wszyscy zaliczają tu drobne wzniesienie, z którego dość szybką schodzą. Dopiero po 11 minucie saksofon wespół z gitarą sugerują sięgnięcie po melodyjny temat. Z tej chwili narracyjnego ładu dość szybko wyrywa się dęciak i za jego przyczyną kwintetowa opowieść dość szybko wchodzi w stadium ognistej i dynamicznej akcji. Muzycy wyjątkowo efektownie ogrywają tu temat, czyniąc to zarówno na dużej dynamice, jak i przy okazji incydentalnych spowolnień. Po ostatnim z nich następuje faza swobodnej improwizacji, tu wzbogacona kornetem. Po 23 minucie saksofon i bas zaczynają rysować nowy rytm, ale reszta instrumentów pozostaje w stanie permanentnej improwizacji. Po kolejnych dwóch minutach wydaje się, że utwór zmierza ku końcowi – dużo przestrzeni, tłumionych fraz, gitarowe preparacje i oddechy kornetu. W głowach muzyków kłębi się jednak na tyle dużo pomysłów, iż opowieść wspina się jeszcze na drobne wzniesienie, po czym gaśnie niczym łuna polarna.

 

Trevor Watts’ Amalgam The Yorkshire Suite (Hi4Head Records, DL 2021). Trevor Watts – saksofon altowy i sopranowy, kompozycja, Keith Rowe – gitara preparowana, Colin McKenzie – gitara basowa, Liam Genockey i John Stevens – perkusje. Nagrane 21 lutego 1979 roku w Londynie. Kompozycja Yorkshire Suite w dwóch podejściach, łącznie 56 minut i 25 sekund.

 

Pełny tekst dostępny jest pod poniższym adresem:

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2016/03/trevor-watts-amalgam-spontaniczne.html

 

 

wtorek, 30 listopada 2021

Detail-90: Frode Gjerstad, Kent Carter & John Stevens!


Z monografii formacji Detail *):

Październik 1990: Stavanger po raz kolejny gości Detail. Powstaje stosunkowo obszerny materiał. Blisko 20-minutowy fragment większej całości X-mas Cards II & III (tytuł nawiązuje do pierwszego spotkania Detail z 1982r.!) ostatecznie domyka krążek Less More. Aż dziewięć innych, krótszych fragmentów (być może także z innych sesji), nie dostępuje zaszczytu publikacji i zapewne do dziś zalega w domowym archiwum Frode’ego. Przy okazji tej bytności w Norwegii, dzień wcześniej, John i Kent nagrywają dla radia w kwartecie z lokalnymi muzykami (tp + as).

Oto przed nami najnowsza płyta formacji Detail, zgodnie z opisem zawartym na okładce, zawierająca nagrania powstałe w … listopadzie 1990 roku. Mamy zatem mały ambaras, albowiem wedle doskonałej dyskografii Johna Stevensa, sporządzonej przez Paula Wilsona (Territories Of The Mind **), angielski perkusista przybywał w Norwegii tamtego roku nie w listopadzie, ale miesiąc wcześniej. Z dzisiejszej perspektywy nie ma to oczywiście jakiegokolwiek znaczenia, ale nie sposób nie zauważyć, iż albo dyskografia Wilsona jest nieprecyzyjna, albo opis nowej płyty NoBusiness Records zawiera błędne dane. W każdym razie oba źródła mówią o 21-ym dniu miesiąca, zatem istnieje domniemanie graniczące z pewnością, iż nagrania zawarte na najnowszej płycie Detail-90 postały właśnie w trakcie bytności Johna w Norwegii, o której wspomina cytowany na wstępie fragment monografii Detail.

Jedno wszakże nie ulega wątpliwości - przed nami ląduje kolejne niepublikowane nagranie tria Detail, które niebywale rajcuje serca psychofanów Johna Stevensa! Winno ono ucieszyć także wszystkich innych, którzy kochają świetną muzykę improwizowaną. Dodajmy za słowami Gjerstada, iż Detail grali muzykę zbyt swobodną dla fanów jazzu, zbyt zaś jazzową dla fanów swobodnej improwizacji. Na łamach Trybuny ów rozkrok stylistyczny nigdy nie stanowił jednak przeszkody, by muzyką Detail szczerze się zachwycić. Nie inaczej będzie w trakcie odsłuchu najnowszego wydawnictwa.

 


Początek pierwszej strony winyla, trwającej niewiele ponad kwadrans, zadowolić winien nade wszystko fanów jazzu! Perkusyjne intro grane na pełnym zestawie, jazzowy, wręcz post-swingowy walking kontrabasu i rozśpiewany saksofon altowy. Pazur free jazzu i niezmierzone pokłady kreatywności czają się za rogiem, ale jak to bywa w przypadku Detail – na wszystko przyjdzie czas i pora! Tę część narracji ciągnie ku górze dęciak, a przyczajona sekcja rytmu pracuje jak mistrzowska maszyna. Muzycy z gracją nabierają tempa, bez zbędnej zwłoki kierują się ku oceanowi wolnego jazzu, a emocje trzymane dotychczas na uwięzi, eksplodują teraz niczym sztuczne ognie w lunaparku. Nogę z gazu zdejmują dopiero po 10 minutach, ale ich ekspresja wcale nie przygasa. Artyści kłębią się w sobie jak jeże, nadstawiają igiełki, ale nerw kreacji ich nie opuszcza. Pulsują, drgają, szeleszczą! Po raz pierwszy pojawia się w grze kontrabasowy smyczek, który realizuje krótką ekspozycję solową (przy wsparciu perkusji). Dopiero po powrocie saksofonu tempo improwizacji ostatecznie spoczywa na laurach. Kontrabasista co prawda szarpie za struny, jakby chciał wzbudzić nową dynamikę, jednak po chwili na powrót sięga po smyczek i zaczyna opowiadać piękną historię. W jej w trakcie, co ciekawe, bliżej mu do emocji rocka niż barokowej stylizacji. Opowieść gaśnie przy wtórze rezonujących dźwięków, wdechach i wydechach, spokojnie odmierzających sekundy oczekiwania na koniec improwizacji.

Druga strona czarnego krążka trwa pełne 20 minut, ale i tak na wejściu mamy wrażenie, iż pojawiamy się w trakcie trwającej już jakiś czas improwizacji. Spokojny, open jazzowy flow, rytm wybijany na wytłumionych tomach i werblu, niezobowiązujące frazy altu, wreszcie kontrabas, początkowy jakby nieobecny, szukający najlepszego momentu, by masywnym smykiem wedrzeć się do samego jądra narracji. Improwizacja zdaje się stać w miejscu, niby szuka dynamiki, ale jednocześnie leni się niczym plażowicz w porannym słońcu. Determinacji do zmiany sytuacji nie brakuje chyba tylko altowi, który stara się podrywać improwizację do lotu. Incydentalny rytm pojawia się także na gryfie kontrabasu. Hamulcowym okazuje się jednak drummer. Na kilka chwil opowieść przygasa i staje się solową ekspozycją kontrabasu. Saksofon rezonuje w tle, perkusja milczy - Stevens chwyta chyba za kornet, kreując być może najbardziej kameralny fragment całej płyty. Muzycy stoją w miejscu i uroczo lamentują. Dopiero definitywny powrót perkusji daje nowe życie improwizacji. Pojawia się ostry smyczek i kilka pomysłów, co zrobić z tak dobrze rozpoczętym dniem. New thing powstaje tu z zagadek i bardzo luźnych skojarzeń. Tempo rodzi się niemal jednocześnie na wszystkich instrumentach, ale wciąż brakuje wystrzału armatniego. Dźwięki lepią się do siebie, gęstnieją, pełne nerwowych spazmów, ale i wyzwolonych przedechów! Dość tych dywagacji, Panowie, zdaje się krzyczeć Stevens i wrzuca bieg open jazzowej narracji. Improwizacja zdaje się teraz smakować owym post-swingiem, który tak zaskoczył nas na początku pierwszej strony. Muzycy wchodzą w tryb galopu, ale pozostają cudownie rozkojarzeni, jakże frywolni, wręcz rubaszni. Brną w ten free jazz, bo go kochają, bo czują się w nim najlepiej. Dancing & singing in the sun! Perkusyjna synkopa dba o gatunkowy porządek, alt milknie, a basowe pizzicato ma jeszcze krótkie, solowe co nieco do powiedzenia. Improwizacja gaśnie na sposób kardynalny bez słowa komentarza ze strony alcisty. 

 

Frode Gjerstad, Kent Carter & John Stevens Detail-90 (NoBusiness Records, LP 2021). Frode Gjerstad – saksofon altowy, Kent Carter – kontrabas oraz John Stevens – perkusja. Nagrane 21 listopada (października?) 1990, NRK-studios, Stavanger, Norwegia. Dwie improwizacja, łącznie około 37 minut.

 

*) Całość tekstu w dwóch wersjach językowych, opatrzona komentarzem Gjerstada, dostępna jest pod tym dokładnie adresem:

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2019/01/frode-gjerstad-and-more-details-about.html

**) http://www.efi.group.shef.ac.uk/mstevens.html#discog

 


wtorek, 6 lipca 2021

Spontaneous Music Ensemble! Many Questions And One Answer, of course in 1966!


Historia pewnego Zespołu Muzyki Spontanicznej znana jest czytelnikom Trybuny w sposób najdoskonalszy z możliwych, na dowód czego, na koniec dzisiejszej opowieści, ponownie przypomnimy gęstą sieć linków, która niesie, wciąż ważny dla rozwoju gatunku, kaganek oświaty. A pisanie o formacji, stworzonej przez Johna Stevensa, Trevora Wattsa i Paula Rutherforda całe 56 lat temu, to poniekąd konstytucyjny obowiązek tych łamów, wszak złodziejska kradzież nazwy do czegoś zobowiązuje!

Doskonale zatem wiemy, iż pierwsza zarejestrowana i wydana sesja nagraniowa Spontaneous Music Ensemble miała miejsce w marcu 1966 roku, a historii znana jest pod nazwą Challange. Wzięło w niej udział sześciu muzyków, którzy zwinnie uformowali się w ... kwintet (basiści grali zamiennie). Obok ojców założycieli w nagraniu wzięli udział także Kenny Wheeler oraz Bruce Cale i Jeff Clyne. Pamiętamy także, iż w owym czasie formacja grała jeszcze definitywnie jazz, a czyniła to w oparciu o kompozycje własne Stevensa i Wattsa. Koncertowali rzadko, albowiem miejsc, w których mogliby grać swoją dość anarchistyczną wersję jazzu (przynajmniej w odniesieniu do ówczesnego mainstreamu bardzo konserwatywnej Anglii) nie było zbyt wiele, a chęci organizatorów, by takich przedsięwzięć się podejmować na ogół przyjmowały wartości zerowe.

Całkiem niedawno okazało się, iż w owym czasie SME zagrali jednak kilka koncertów, w tym m.in. w pewnym dość prestiżowym miejscu na mapie jazzującego Londynu, położonym w Greenwich Klubie The Prince Albert. Owo spektakularne wydarzenie miało miejsce dokładnie 22 czerwca 1966 roku. Po koncercie muzycy udzieli także długiego wywiadu. Wiemy to wszystko, albowiem właśnie ukazała się dokumentacja fonograficzna tego dnia z życia formacji. Dwupłytowy album uzupełniony został także o sesję nagraniową, jaką SME poczynili 30 sierpnia tegoż roku, a która to sesja miała się ponoć pierwotnie znaleźć na krążku Challange. Na koncercie SME zagrali w kwartecie, rzeczona sesja odbyła się zaś w trio. Ale o tych istotnych szczegółach opowiemy w dalszej części, najpierw bowiem winniśmy potencjalnym słuchaczom dostarczyć pewnej niezbędnej wiedzy edytorskiej.

 


Jak kolejny już raz doskonale wiemy, nie tylko z tej opowieści, historia brytyjskiej muzyki swobodnie improwizowanej była znacznie uboższa, gdyby nie katorżnicza praca Martina Davidsona i jego labelu EMANEM Records. Wydawca ten dostarczył w trakcie minionych 50 lat m.in. cały ocean nagrań Spontaneous Music Ensemble, które rok po roku wygrzebywał z archiwów, zarówno tych istniejących formalnie w Zjednoczonym Królestwie, jak i tych całkiem prywatnych. Dodajmy, iż zawsze dostarczał je bardzo pieczołowicie wydane, z ogromną dbałością m.in. o jakość dźwięku. By nie być gołosłownym - wznawiając nagranie Oliv, wydane pierwotnie na winylu w roku 1972, w procesie reprodukcji zgrywał ścieżki z dwóch zachowanych egzemplarzy winylowych, by w ten sposób uzyskać całkiem interesujący efekt na płycie kompaktowej *). Nie wspominamy już nawet o oprawie graficznej płyt, ich rozbudowanych i ciągle aktualizowanych danych dyskograficznych, jak i stale załączanych, oryginalnych liner notes.

Piszemy o tym wszystkim po to, by ostrzec potencjalnych nabywców płyty Question and Answer 1966 (Rhythm & Blues Records, 2CD 2021), iż tym razem sytuacja jest dramatycznie odmienna. W tej edycji archiwalnych nagrań SME nie ma niestety swojego udziału Martin Davidson. Płyta wydana jest wyjątkowo niechlujnie, zawiera muzykę w wersji monofonicznej (koncert rejestrowany zapewne dość pirackimi metodami) lub delikatnie przesterowaną (sesja studyjna). Na jej okładce widzimy fragment zdjęcia podobnego do tego, które zdobi płytę Withdrawal (inne ujęcie zdjęcia septetu, który nagrywał muzykę wiosną kolejnego roku), ale z uciętym wizerunkiem Dereka Baileya (po prawdzie ostał się jedynie gryf jego gitary), który w nagraniach zamieszczonych na obecnie wydanym albumie nie brał udziału. Część koncertowa dociera do nas bez jakiejkolwiek choćby edycji (słyszymy hałasy z baru, długie, przegadane zapowiedzi, dyskusje z publicznością, momenty strojenia instrumentów – ot, po prostu cały zapis dnia). Zaprezentowany na krążku, niemal 32-minutowy wywiad z muzykami także prosi się o jakąkolwiek edycję foniczną.

Musimy podkreślić w tym miejscu, iż wszystko, co napisaliśmy przed momentem, nie ma specjalnego znaczenia dla tych, którzy muzykę SME kochają, innym słowy, bezkompromisowo zaliczają się do hordy psychofanów Johna Stevensa i całej tej szalonej załogi! Dla nich każdy dźwięk tu zawarty godny jest czasu, jaki spędzić należy na odsłuchu spektakularnie długiego nagrania (137 minut, łącznie z wywiadem). Przechodząc wszakże do meritum – na podwójnym albumie chronologicznie słuchamy setu pierwszego i wywiadu (dysk pierwszy), a potem setu drugiego i sesji studyjnej (dysk drugi). Dodajmy jeszcze, iż w koncercie udział wzięli: Paul Rutherford – puzon, Trevor Watts – saksofon altowy, Bruce Cale – kontrabas i John Stevens – perkusja i glockenspiel (w ostatnim utworze). W części studyjnej gra trio, albowiem nie ma już z nami puzonisty.

Na koncercie w Klubie Księcia Alberta pojawiamy się chyba lekko spóźnieni, mamy bowiem wrażenie, iż kwartet zagrał już kilka pętli zgrabnego tematu kompozycji, a nawet towarzyszących im improwizowanych ekspozycji. Dźwięk płynie do nas z jednego punktu, sam jego flow jest bardzo płynny (kto kiedykolwiek nagrywał koncerty zwykłym kaseciakiem z mikrofonem monofonicznym, ten wie, czego spodziewać się po efekcie takich działań), a w momentach, gdy gra cały kwartet, linia kontrabasu jest w zasadzie nieczytelna. Za to mocny puls dyktuje drummer, który zdaje się być rytmiczną osią tego przedsięwzięcia, także ze względów akustycznych. Rozśpiewany saksofon altowy ciągnie wątek główny, pod który podłącza się nieśmiało puzon. Oto bystry, efektowny i dynamiczny jazz budowany na typowej dla gatunku formule temat - improwizacje – temat – coda, wszakże z nutką kolektywizmu, albowiem solowe ekspozycje poszczególnych muzyków mogą liczyć nie tylko na zgrabny akompaniament partnerów, ale także na całą masę dramaturgicznych podpowiedzi i improwizowanych wstawek. Na finał kompozycji po raz pierwszy słyszymy jej właściwy temat, co uwiarygodnia naszą pierwotną tezę, iż na koncercie pojawiliśmy się lekko spóźnieni. Drugi utwór toczy się w dużo spokojniejszym tempie. Rozpoczyna go puzon i smyczek na gryfie kontrabasu. W tle snują się drobne perkusjonalia. Temat podany jest z dużą swobodą, z miejsca kreując odpowiednią przestrzeń dla improwizacji. Szczególnie skrzętnie korzysta z tego kontrabasistą, a potem perkusista. Kolejne dwa utwory pierwszego seta, to wyjątkowo zgrabne, melodyjne kompozycje Trevora Wattsa. Najpierw jest to dynamiczny, ale istotnie swingujący numer, w trakcie którego każdy z muzyków znajduje miejsce na doprawdy doskonale improwizacje. W dalszej kolejności słyszymy, znany z debiutanckiej płyty Amalgam, utwór dedykowany uśmiechowi żony saksofonisty, który także w tej wersji nie przestaje być wyjątkowo uroczą i melodyjną balladą. Temat grany jest przez alt, który płynie na barkach smyczkowej ekspozycji kontrabasu. Muzyka nabiera kameralnego wymiaru - najdłuższe partie wiodą tu perkusja i kontrabas, a sam puzon w zasadzie nie wydaje jakiegokolwiek dźwięku. Oczywiście dramaturgia nagrania stwarza także przestrzeń na w pełni solową ekspozycję saksofonu altowego. Jaka szkoda, iż tej wersji Judy’s Smile nie możemy słuchać w lepszych warunkach akustycznych.

Po wybrzmieniu dość obfitych oklasków, bez niemal sekundy przerwy dostajemy się w wir długiej rozmowy z muzykami (prowadzącym jest ponoć dość znana osoba brytyjskiego, jazzowego establishmentu tamtych lat). Sam wywiad toczy się dość warto, ale oczywiście wedle zasady, jakie pytania, takie odpowiedzi. Muzycy z miejsca postawieni zostają w dużej opozycji do tego, czym żył w latach sześćdziesiątych tzw. swingujący Londyn i miejscowa konserwa jazzowa. Tłumaczą zatem cierpliwie, czym jest dla nich improwizacja, opowiadają, iż jest ona absolutnie kluczowym elementem ich twórczości, nie zaś efektownym dodatkiem do tematu zadanej z góry kompozycji. Pytania prowadzącego dziś z pewnością tracą myszką, budzą raczej uśmiech politowania, ale trzeba wziąć pod uwagę, iż wtedy muzyka i cała postawa Spontaneous Music Ensemble była z pewnością przejawem sporej anarchii. Zachowując proporcje, śmiało można skonstatować, iż byli tym dla jazzowego main-streamu, czym stali się dziesięć lat później punkowi wywrotowcy z The Sex Pistols dla epigonów rocka. Już sama nazwa formacji SME budziła społeczno-polityczny ferment i retoryczne pytania w stylu so what? Jak tłumaczy sam Stevens – słowo Muzyka pojawia się w nazwie, bo wszystko, co robimy, traktujemy bardzo szeroko i nie boimy się czerpać z każdego gatunku. Wybieramy określenie Ensemble, nie zaś trio, czy kwartet, bo nasz skład ciągle ewoluuje, może być równie dobrze duetem, jak i rozbudowaną orkiestrą. Wreszcie sam epitet Spontaniczny, który musiał budzić grozę na londyńskich ulicach - wszak nikt od nas na ogół nie oczekuje spontaniczności, zwłaszcza w ramach bardzo konserwatywnego społeczeństwa pod władaniem Królowej Matki. Ważnym elementem tej wspaniałej zabawy w improwizację jest ciągły rozwój, stałe doskonalenie umiejętności, a nade wszystko artystycznej kreatywności. Te sformułowania muzycy podkreślają niemal w każdej wypowiedzi w trakcie tego długiego, trwającego ponad dwa kwadranse wywiadu. I na koniec piękne metafory tego, czym dla Stevensa i kolegów jest sama improwizacja – to jak kolorowanie czarno-białej klawiatury fortepianu! Albo w ujęciu bardziej literackim – budowanie strumienia świadomości!

Po tej nieskromnej dawce beletrystyki, z radością meldujemy się na drugim secie koncertu kwartetu SME! Wchodzimy wprost w … barowy rozgardiasz. W tle muzycy wydają pierwsze dźwięki, publiczność z pewnością traktuje je, jak próbę fonii i strojenia instrumentów. My, stali bywalcy free impro koncertów też do końca nie wiemy, czy muzycy już grają, czy jeszcze się przygotowują. Z tego dysonansu sytuacyjnego artyści kleją jednak pewną narrację, bardzo kolektywną, dalece swobodną, z pewnością bez tematu przewodniego. Z czasem łapią dynamikę i naprawdę duże porcje ognia pod szprychy. Numer trochę na zmęczenie mainstreamowej publiki, nieprzygotowanej na spektakl full impro, wydaje się nieco chaotyczny, ale jest za to bardzo ekspresyjny, a trwa w sumie ponad 13 minut. Kolejny utwór koncertu, to świetnie znana kompozycja Stevensa Chant - śpiewna, improwizowana kolektywnie, z drive’em i dużymi emocjami. Intensywny free jazz z efektownie wyeksponowanymi solówkami altu i puzonu. Ostatnie dwa numery, to nagrania znane z debiutanckiego albumu Challange. Najpierw skromna, kameralna meta ballada Little Red Head, grana bez perkusji, świetnie pokazująca, iż już w roku 1966 Stevens i przyjaciele szukali nowych horyzontów, nie bali się formalnych eksperymentów. Tuż potem fantastyczna kompozycja Day Of Reckoning, która w wersji studyjnej trwała niespełna 8 minut, tu, w książęcym klubie porywa nas prawie na 18 minut. Kolejny temat Wattsa, tu wyjątkowo efektowny, podawany jakby w dwóch częściach. Najpierw kameralne intro ze smyczkiem, potem dynamiczne stemple ekspresji godne klasyków gatunku, być może idealnie pasujące do repertuaru Milesa Davisa, który właśnie wtedy nagrywał swoje najlepsze albumy. Długa ekspozycja pozwala na smakowite, rozbudowane sola, szczególnie puzonu, a także na wyjątkowo długą, wielominutową improwizację duetu bass & drums. Dęciaki powracają na finał i z iście aylerowskim temperamentem prezentują raz jeszcze ów doskonały temat przewodni.

Bez zbędnej zwłoki przenosimy się do studia nagraniowego, gdzie spotkamy trio Watts-Cale-Stevens. Cztery utwory, które trwają niewiele ponad 20 minut. Tym razem dostajemy już dźwięk stereo, ale także subdoskonały, zwłaszcza w momentach, gdy saksofon altowy krzyczy wniebogłosy. Na początek powracamy do Judy’s Smile! Tym razem wystrzałowa ballada Wattsa grana jest nad wyraz dynamicznie, a jej dramaturgię buduje głównie smyczek. Tenże sam smyczek otwiera też krótką kompozycję bez tytułu. Frazy grane są tu bardzo wysokim rejestrem, ale zdają się przede wszystkim szukać dramaturgicznych punktów zaczepienia. Kolejna kompozycja tej krótkiej sesji, to dynamiczna, pozostająca w klimatach bardziej hard-bopowych, niestroniąca wszakże od stonowanych, kameralnych pasaży dźwiękowych, niebanalna przygoda jazzowa z dobrymi improwizacjami. Ostatni utwór Stevens otwiera na instrumencie zwanym glockenspiel. Łagodne wprowadzenie kreuje balladowy utwór, świetnie prowadzony przez alt i kontrabas. Perkusista na moment przechodzi na talerze, potem buduje ekspresyjny drumming ze swingującym posmakiem, na zakończenie zaś powraca do instrumentu, którym rozpoczynał ekspozycję.

 

*****

 

Czas na obiecane linki do starych tekstów o SME:

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2016/01/spontaneous-music-ensemble-dzieo-zycia.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2016/05/spontaneous-music-ensemble-nothing-is.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2016/10/spontaneous-music-orchestra-szukaj-i.html

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2016/03/john-stevens-derek-bailey-duet-jako.html

 

*) dodajmy, iż Davidson przez wiele lat zabiegał u ówczesnego wydawcy płyty Oliv o dostęp do taśmy matki. Gdy jego cierpliwość wyczerpała się, zrobił to, co wyżej opisaliśmy.

 

 

 

 

 

wtorek, 26 maja 2020

London Jazz Composers Orchestra! That Time! From The Past, To The Future and Forever!


Prowadzona przez kontrabasistę Barry’ego Guya, Londyńska Orkiestra Jazzowych Kompozytorów kończy w tym roku okrągłe 50 lat! Huczne obchody rocznicy odbyły się na początku marca w … Krakowie! Na tę okoliczność przygotowana została niezwykła płyta, która zawiera nagrania formacji z lat jej absolutnej młodości (1972 i 1980), które nie były dotąd publikowane. Wydarzenie dla muzyki free jazzowej i improwizowanej Starego Kontynentu na pewno równie doniosłe, jak samo półwiecze istnienia Orkiestry. A gdy zakochani w tej muzyce fani przeczytają jeszcze listę płac (o ile nie potrafią z pamięci wylistować najważniejszych muzyków, który tworzyli LJCO w tamtych latach), kolana same się pod nimi ugną!

Po prezentacji rozbudowanego credits, opowiemy ze szczegółami, co działo się w samym sercu czterech kompozycji Orkiestry, zarejestrowanych w latach 1972 i 1980, a na zakończenie tekstu zaprosimy na krótkie resume dokonań fonograficznych LJCO, które poprzedziły omawiany dziś krążek.

I jeszcze zapomnieliśmy dodać! Najważniejsza płyta roku 2020 w kategorii Ku Chwale Gatunku właśnie się ukazała!




Muzyka zaprezentowana została na płycie w pięciu częściach, przy czym pierwszą z nich jest niespełna dwuminutowa zapowiedź sceniczna, w trakcie której słyszymy także rozgrzewającą się orkiestrę. Zasadnicze utwory/ kompozycje zawarte na płycie stanowią traki od 2 do 5 (wbrew opisowi na okładce płyty, który ignoruje pierwszy fragment z zapowiedzią). Całość trwa 63 minuty i 53 sekundy. Wydawcą płyty That Time (CD 2020) jest nasz krajowy potentat na rynku free jazz/ free improv, krakowskie Not Two Records.

London Jazz Composers Orchestra w składzie: kontrabasy – Barry Guy (na płycie w utworach: 2-5), Chris Laurence (2, 3), Jeff Clyne (2, 3), Peter Kowald (4, 5); gitara – Derek Bailey (2, 3); perkusje, instrumenty perkusyjne – John Stevens (4, 5), Paul Lytton (2, 3), Tony Oxley (2-5); fortepian - Howard Riley (2-5); saksofony - Trevor Watts (2-5), Alan Wakeman (2, 3), Dave White (2, 3), Evan Parker (2-5), John Warren (2, 3), Larry Stabbins (4, 5), Mike Osborne (2, 3), Peter Brötzmann (4, 5), Tony Coe (4, 5); puzony – Alan Tomlinson (4, 5), Mike Gibbs (2, 3), Paul Nieman (2-5), Paul Rutherford (2-5); trąbki - Dave Holdsworth (2, 3), Dave Spence (4, 5), Harry Beckett (2-5), Kenny Wheeler (2-5), Mark Charig (2-5); tuba – Dick Hart (2, 3), Melvyn Poore (4, 5); skrzypce – Philipp Wachsmann (4, 5), Tony Oxley (4, 5); dyrygentura - Buxton Orr (2, 3) *)


Watts Parker Beckett To Me Mr Riley? (kompozytor Kenny Wheeler, Berliner Jazztage, listopad 1972)

Najbardziej straight-ahead jazzowa kompozycja w historii Orkiestry (wedle słów Guya) zaczyna się masywnym dronem kontrabasów, które w towarzystwie rozgrzewających perkusjonalii czynią zwartą introdukcję. Rozbudowana wataha instrumentów dętych komentuje owe działania zwartym unisono, które uznać możemy, bez ryzyka popełnienia błędu, za prezentację tematu kompozycji. Narracja niesie nam dużo ekspresyjnych drobiazgów, którym urody nie odejmuje fakt, iż są w dużej mierze zaplanowane przez kompozytora i przypilnowane przez dyrygenta. Po kilku minutach pierwszym bardziej separatywnym wydarzeniem dramaturgicznym jest solo pianisty. Wokół niego zaczyna narastać prawdziwie free jazzowa eksplozja czystej, zwierzęcej ekspresji. Zdaje się, że każdy z licznej grupy muzyków dokłada swoją część do obrazu całości. Żywioł kolektywnej improwizacji pod rygorami swobodnej kompozycji! Kolejny epizod wyznaczają kontrabasy, które budują masywny rytm. Perkusje biją na alarm, niczym banda doboszy, a salwy instrumentów dętych czynią ostateczne spustoszenie. W takich okolicznościach spektaklu swój popis rozpoczyna agresywny saksofon tenorowy (Evan Parker!), a towarzyszy mu równie ekspresyjna gitara (Derek Bailey!). Mieniące się w słońcu ostrza brzytwy, dynamika galopu i przeszywające na wylot kontrapunkty pozostałych instrumentów, głównie dętych! W połowie 8 minuty basy znów trzymają rytm, a cała Orkiestra zaczyna tanecznie swingować. Wolta stylistyczna pięknie wpisuje się w wizerunek muzyków, którzy zdolni są do wszystkiego, stymulowani dobrym zapisem na pięciolinii i tolerancyjnym dyrygentem. Swoje równie agresywne solo zaczyna saksofon altowy (Trevor Watts? Mike Osborne?), który przez moment za partnerów ma tylko kontrabas i perkusję.  Reszta czai się na boku, by po chwili uderzyć huraganowym komentarzem. Tuż przed upływem 10 minut szybki epizod solo tuby! W komentarzu kilka smyczków, dęte pojękiwania – post-chamber unit nie trwa długo, ale razi urodą! Wokół rodzą się krzyki, separatywne eksplozje, gwar wszechobecnego tworzenia. Dynamiczna zmienność akcji buduje jakość - powrót tematu granego całą szerokością sceny, kompulsywne akcje trębaczy, moc kolektywnego zgiełku. Finał skrzy się żywym jazzem i wrzącym tyglem skojarzeń. Brawo!

Statements III (Fragment) (Barry Guy, Donaueschingen Musiktage, październik 1972)

Charkot armii saksofonów, szczebiot blaszaków, pląsy grubych strun i perkusjonalne swawole – obraz kompozycji Guya mieni się kolorami i rozbudowaną teksturą brzmieniową. Daleki od jazzowej fabuły poprzedniego utworu, stawia na improwizację, uprawioną wszakże w ramach wewnętrznej struktury zapisów kompozytorskich, które topią w stylizacji post-contemporary, stawiają jednak na kolektywne, ekspresyjne sekwencje zdarzeń, nie zaś na indywidualne popisy solistów. Dużo abstrakcji, swobody myśli i czynów, a wszystko skąpane w niestygnących choćby na moment emocjach. Wrzaski, krzyki, kryminogenne incydenty – muzyka bulgocze, skwierczy i złorzeczy, urzekając przy tym bogactwem wydarzeń, kreowanych wolą kompozytora i wyobraźnią zgrai rozimprowizowanych mistrzów swojego fachu. Narracja zdaje się być gęsta od dźwięków, wszyscy czują oddechy partnerów na plecach, tempo zróżnicowane, ale bez nadmiernej dynamiki – szczególnego rodzaju marsz pokiereszowanych przez los muzycznych straceńców! W 5 minucie drobne uspokojenie – delicje post-chamber, pomruki basów, śpiewy dętych, partie na poły preparowanych dźwięków. Dyskusje i pyskówki, akcje i reakcje, a w ramach wisienki na torcie – saksofonowe pląsy Parkera pomiędzy strunami gitary Baileya (nikt nie pomyli takich dźwięków z czymkolwiek!). Po kolejnych dwóch, trzech minutach narracja odzyskuje na moment utraconą gęstość, choć wszystko zdaje się dziać jakby w większej przestrzeni, z większą swobodą – pytania i odpowiedzi, a na ich bazie cudowna eksplozja temperamentu Baileya! Dyrygent i muzycy budują spektakularny chaos samodzielnych, ale symultanicznych eksplozji – dialogi, trialogi, multi-logi! Narracja kipi od zdarzeń, można odnieść wrażenie, iż dyrygent wyszedł właśnie na papierosa, a muzycy dają upust swoim emocjom! Salwy tuby, grzmoty kontrabasów i dęte przekomarzania, które w pewnym momencie ktoś próbuje porządkować. Efektem – błyskotliwy duet trąbki i saksofonu! Po dwóch minutach Orkiestra wchodzi w ten dialog ciężkim butem kontrapunktów i kieruje marsz w innym kierunku, którego jednak nie poznamy, gdyż nagranie ulega wyciszeniu. **)

Quasimode III (Paul Rutherford, London, Studio Recording, marzec 1980)

Aurę kompozycji puzonisty tworzą basowe pomruki strun i płynne, półambientowe, elektroakustyczne tło instrumentów dętych. Rutherford korzysta z drobnej elektroniki, którą znamy także z jego płyt solowych - oniryczne plamy dźwięków z podskórnym meta rytmem. Ten właściwy, marszowy rytm opanowuje scenę po niedługim czasie. Tworzą go nisko zawieszone pasaże dźwiękowe instrumentów dętych. Osią dramaturgiczną utworu jest repetycja, budowanie powtarzającej się sekwencji dźwięków. Po 4 minucie krótka, błyskotliwa ekspozycja saksofonu sopranowego (Parker!), która zdaje się tłumić niezbyt śpieszne tempo opowieści. Szelest talerzy i akordy piana, które brzmi, jak stało obok zasilacza prądu stałego, moc dętych komentarzy i kontrapunktów. W połowie 7 minuty salwa pełna śpiewu, czynioną przez jedną z trąbek, której towarzyszą mikro ekspozycje instrumentów dętych. Dużo dobrego dzieje się w obrębie podsekcji kontrabasów i perkusji. Mocny depnięcie saksofonu tenorowego (Parker?) napędza na powrót dynamikę nagrania. Perkusiści skaczą z nim w ogień bez słowa zawahania. Nim cała orkiestra narzuci dryl porządkującego (repetującego!) marszu finałowego, czeka nas jeszcze drobny epizod trębacki, zdobiony kolejną porcją elektroakustycznego sosu. Ów moment wejścia na ostatnią prostą ma miejsce w 12 minucie nagrania. Trwa jeszcze dwie minuty z okładem, nie zabraknie w jego trakcie błyskotliwych incydentów dźwiękowych z wielu źródeł.

Appolysian (Howard Riley, London, Round House, marzec 1980)

Czwarta kompozycja w jubileuszowym zbiorze zdaje się konsumować wszelkie walory poprzednich utworów, ale dodaje też coś od siebie! Choćby wspaniałą, kilkuminutową introdukcję, czynioną tylko na strunach, na ogół z użyciem smyczka (Waschmann & Oxley, Guy & Kowald!). Piano podłącza się w międzyczasie, współtworząc wichry zmysłowego post-chamber. Zmysłowe Strings Kingdom panuje niemal do końca trzeciej minuty. Wtedy to, początkowo bardzo nieśmiało, do gry podłączają się instrumenty dęte. Ów dramaturgiczny rozgardiasz porządkuje Riley i wypuszcza kolejne instrumenty na łowy. Flow narasta, kieruje się na dramaturgiczny szczyt! Temat podawany unisono tylko pozornie łagodzi obyczaje, gdyż wokół niego dzieją się wyłącznie free jazzowe eksplozje! Kontrapunkty na raz dodatkowo budują grozę sytuacji scenicznej. Opowieść nabiera niemal post-industrialnej gęstości i lepkości. Muzycy dokładają swoje krótkie strzały solowe, dzięki czemu całość pięknieje z każdą sekundą. Dęciaki swawolą szeroką ławą, kontrapunkty tną czerstwe powietrze na nierówne połowy. Swoje trzy sekundy ma armia puzonów, po czym władzę przejmuje galaktyka saksofonów. Brawo! Po drodze bezwstydny orgazm przeżywa trąbka! Równie wysoki poziom emocji odnajdujemy pod palcami pianisty! Perkusje po prostu płoną! Free jazzowy, kolektywny wybuch improwizowanej piękności! Truely grand finish! Po upływie 13 minuty muzycy rozbiegają się po scenie, tłumią emocji równie kolektywnie, jak je wzniecali. Znów w roli mistrzów ceremonii saksofony! Oklaski po ostatnim dźwięku dość skąpe, biorąc pod uwagę artystyczne tornado, jakie przetoczyło się po nas w trakcie ostatniego kwadransa.


*****



Prowadzenie dużego zespołu muzyków jazzowych i improwizujących jest przedsięwzięciem skomplikowanym pod względem nie tylko artystycznym, ale przede wszystkim logistycznym i … finansowym. Zatem 50-letnia, fonograficzna historia London Jazz Composers Orchestra zawiera - poza wspominanym dziś nowym wydawnictwem - jedynie dziesięć pozycji. A zaczyna się w roku 1972 nagraniem kompozycji Barry’ego Guya Ode (Incus, 2LP 1972; reedycja z dodatkowym utworem - Intakt Records, 2CD 2005), powstałym mniej więcej pół roku wcześniej niż nagrania zaprezentowane na płycie omówionej w części głównej.

Na kolejny epizod edytorski Orkiestry musieliśmy czekać niemal dekadę. Wtedy to ukazało się nagranie Stringer (FMP, LP 1983; reedycja Intakt Records, CD 1996, wydane wraz z nowym, dość krótkim materiałem Study II z 1991r.), zarejestrowane dokładnie w tym samym miesiącu 1980 roku, gdy powstały nagrania zamieszczone na płycie That Time.

Kolejne siedem płyt LJCO obejmuje nagrania z lat 1987-1995, kiedy to Barry Guy mógł liczyć na spore wsparcie finansowe podatników Królestwa Szwajcarii i pochodzące także stamtąd wydawnictwo Intakt Records.

Ten wątek w historii grupy zaczyna podwójne wydawnictwo Zurich Concerts (Intakt, 2LP/2CD 1988), na którym rozbudowany aparat wykonawczy LJCO spotyka się z Anthony Braxtonem, grając zarówno kompozycje Guya, jak i amerykańskiego gościa. Kolejne dwa krążki – Harmos (Intakt, CD 1989) i Double Trouble (Intakt, CD 1990), to nagrania powstałe w Zurichu, w tej samej okoliczności studyjnej, w trakcie kolejnych trzech kwietniowych dni roku 1989. Jeśli Pan Redaktor miałby wskazać swoje ulubione płyty Orkiestry, to trzy omówione w tym akapicie, są właśnie jego jakże subiektywnymi faworytami!

W roku 1992 ukazuje się płyta Theoria (Intakt, CD), która jest pierwszą kolaboracją Orkiestry ze szwajcarską pianistką Irene Schweizer. Dwa lata później na światło dzienne wystawia się podwójny zestaw Portraits (Intakt, 2 CD), w roku 1997 – Three Pieces for Orchestra (Intakt, CD), wreszcie rok później, kończący wątek nagrań z okresu finansowej prosperity Orkiestry, Double Trouble Two (Intakt, CD) z udziałem aż trojga gości – ponownie Irene Schweizer, a także amerykańskiej pianistki Marylin Crispell i szwajcarskiego perkusisty Pierre'a Favre.

London Jazz Composers Orchestra powraca dopiero w roku 2008 koncertem w trakcie Schaffhauser Jazzfestival, znów z udziałem Schweizer, która m.in. otwiera krążek Radio Rondo/ Schaffhausen Concert (Intakt, CD 2009) 15-minutowym występem solowym. Jest to ostatni, jak dotąd wydany koncert Orkiestry. Być może nadejdzie jeszcze czas, by nad wszystkimi nagraniami Orkiestry pochylić się bardziej szczegółowo.

Warto przypomnieć, iż LJCO występowała w roku 2013 na warszawskim Festiwalu Ad Libitum. No i oczywiście, o czym pisaliśmy w preambule tego tekstu, w tym roku w Krakowie, w przeddzień ogłoszenia pandemicznego lockdownu.


*) brak informacji, kto w utworach 4 i 5 zajmował się dyrygowaniem.
**) zaprezentowany na płycie utwór w rzeczywistości trwał prawie 40 minut. Guy przyciął go dla spójności całej płyty (jaka szkoda…)

piątek, 3 stycznia 2020

Next Details from Stevens and Gjerstad’ Friendship!


Z historii formacji Detail *) - Grudzień 1981: W Polsce dzieci nie idą do szkoły, bo pan w czarnych okularach ogłasza, że mamy wojnę. A do dalekiego Stavanger, także z perspektywy Londynu, na zaproszenie młodego saksofonisty Frode Gjerstada, przybywa znamienity brytyjski perkusista, kompozytor i improwizator John Stevens. Do lokalnego Jazzklubb zabierają ze sobą keybordzistę Eivina One Pedersena, stałego jazzowego kompana Frode’ego. Grają dynamiczny koncert, który uzupełniony o nagrania odsłuchowe z dnia poprzedniego, Frode wydaje na dwóch kasetach, w swoim raczkującym Circulasione Totale (cztery improwizowane fragmenty, trwające blisko 110 minut, nr katalogowy 004-005), jako Gjerstad/ Pedersen/ Stevens X-mas Cards Vols 1 i 2.




Dziś dostajemy to nagranie ostatecznie w ośmiu częściach (czas trwania, jak wyżej). Surowa, swobodna, free jazzowa opowieść, w trakcie której młodzi Norwegowie tryskają emocjami i kreatywnym pomyślunkiem, a nieco starszy Anglik bystrze ogarnia całość i nadaje nagraniu niezbędnej dynamiki. Gatunkowy rollercaster, niczym film akcji, który nieustannie zaskakuje nas zwrotami narracji, dramaturgicznymi niespodziankami, ciągłymi zmianami instrumentów, a wszystko podszyte zdaje się być niemal egzystencjalnym humorem a’la Quentin Tarantino, wynikającym przede wszystkim z ogromnej radości ze wspólnego grania. Zupełnie nic nie ujmuje tej rejestracji fakt nieco bootlegowego brzmienia i iście punkowej edycji (w prawie każdy utwór wchodzimy już w trakcie jego trwania, często są one na koniec wyciszone). Pierwsze spotkanie muzyków, które zaowocowało powstaniem formacji, która nazwę Detail przyjęła niemal rok później, gdy dołączył do niej Johnny Dyani.

W koncertowo-studyjne nagranie wchodzimy bez pukania do drzwi, w sam środek bardzo energetycznej narracji. Elektryczny instrument klawiszowy, który brzmi niczym upalony Hammond (lewą ręką Pedersen podaje dynamiczną linię basu), mocny, masywny tembr saksofonu tenorowego i wreszcie kompulsywny, obsesyjnie rytmiczny drumming. Akcja goni tu akcję – już w 7 minucie Stevens proponuje bystre solo, po chwili podobnie rzecz się ma z Gjerstadem, po którego małej erupcji, Pedersen przechodzi na fortepian. Ekspresja narracja nie traci wszakże nic ze swojej mocy, co podkreśla solowy, free jazzowy pasus pianisty. Ten ostatni pod koniec pierwszej, ponad 20 minutowej części, w powrotem przenosi się na elektryczny klawisz, co skomentowane zostaje przez … flet Frode’ego i kornet Johna, a sama opowieść na moment staje się delikatnie zadumana. Drugi utwór dla odmiany jest dość krótki, zaczyna się meta lirycznym duetem piana i saksofonu, a kończy free jazzowym galopem tria.

Trzecia część stawia na dynamikę, zadziorne brzmienie Hammonda i saksofonu, a także sporo swingu pod stopami drummera – prawdziwe power trio! Akcja zmienia się jak w kalejdoskopie – emocje free jazzu, garść swobodnej improwizacji (jest Stevens, zatem sięgnięcie po call & responce wydaje się oczywiste), spowolnienie czynione masywnością klarnetu basowego, wzbogacone preparacjami. Po pewnym czasie Pedersen przechodzi na fortepian, a opowieść na poły repetytywna, staje się jednym z najlepszych fragmentów nagrania, szczególnie w wykonaniu Gjerstada. Czwarta część stawia na rezonujące talerze, wytłumiony saksofon i fortepianowe preparacje – wszystko czynione jest tu z niebywałą swobodą, świetnie skomunikowane. Przykład rozchełstanego open jazzu, który na koniec łapie płomień emocji godny Alberta Aylera.

W początek drugiej kasety (trzymajmy się analogowej nomenklatury!) znów wchodzimy na dziko – free jazzowa kipiel z masywnym, nisko osadzonym Hammondem. Po chwili już kolejny trak - perkusyjne intro, wysoki lot saksofonu i piano, które płynie z daleko i jest bardzo stonowane. Mimo, iż perkusja i saksofon dość szybko wchodzą w fazę free jazzowej eskalacji, piano nadal gra swoje zadumane frazy, tworząc bardzo ciekawy dysonans dramaturgiczny.  Z tego mezaliansu, to ostatecznie piano zostaje na czele i toczy dalszą opowieść! Znów warto podkreślić klasę pianisty, którego sceniczne wyczyny zdają się być godne wszelkich mistrzów gatunku. Po 11 minucie do gry wchodzi klarnet basowy, piano repetuje, a drive perkusji ciągnie całość ku górze. Bardzo ekspresyjny moment – Pedersen jakby grał połamany ragtime, a wtóruje mu … kornet Stevensa. Smakowity taniec! Na finał kolejnej bardzo długiej części, dialog fortepianu i klarnetu basowego.

Początek siódmej część i znów słyszymy, że jesteśmy na koncercie – perkusyjne pląsy Johna i Eivina, flet Frode’ego. Ten drugi sięga po piano dopiero po czterech minutach. Opowieść nabiera dynamiki i gęstości na barkach świetnego altu. W dalszej części saksofonista na moment milknie, by dać się wyszaleć partnerom, a gdy powraca, moc znów jest z nimi – power trio again! Na finał całego wydawnictwa dostajemy coś na kształt agresywnego … ragtime’u. Gęste piano, masywny saksofon i perkusja, frazy jakby szyte noise’ rockiem – głośne i repetytywne. Na ostatniej prostej spotkać nas już może tylko jedno – ognisty free jazz!




Z historii formacji Detail - Maj 1989: Detail znów przyjmuje formę kwartetu. Tym razem jednak czwartym muzykiem zostaje skrzypek amerykański, Billy Bang. Na potrzeby radia norweskiego powstaje półgodzinny materiał (w trzech częściach), który trafi potem na kompaktowy krążek Less More (Circulasione Totale, 1991).

… Zaś pierwsze ich wspólne nagranie miało miejsce dokładnie 3 maja (West Audio). Frode przygotował dla nas dwa fragmenty, które trwają łącznie 48 i pół minuty. Zaczynają się one nad wyraz spokojnie – smukłymi, czystymi dźwiękami skrzypiec, smyczkiem zawieszonym na gryfie kontrabasu i małym percussion. Zwinne, kameralistyczne wprowadzenie dość szybko nabiera ognia dzięki zaangażowaniu się w proces saksofonu, który dodaje wszystkiemu bardziej jazzowego smaku. W 7 minucie Bang rozpoczyna pierwszy tego dnia taniec. Kontrabas Kenta Cartera skocznie mu akompaniuje. Po pewnym czasie opowieść nabiera dynamiki, Stevens śle synkopę za synkopą, choć saksofon Gjerstada czai się w kącie i raczej milczy. Gdy wchodzi do gry, do nieba ciągnie go masywny kontrabas. Z kolei po porcji milczenia skrzypiec, w okolicach 16 minuty gra już cały kwartet, co przy okazji czyni ów fragment szczególnie wartościowym. Pod koniec seta Carter zwinnie podaje rytm syczkiem, a całość pięknie gaśnie na talerzach i strunach skrzypiec.

Drugi set także rodzi się w spokoju ducha. Smyczek na kontrabasie, ciepłe skrzypce, równie wyrazisty saksofon i skoczna perkusja. Po upływie 9 minuty narracja tłumi emocje i wchodzi w fazę akustycznych cudów. Małe dialogi na boku, kontrabasowe solo, zwinne i lekkie jak pawie pióro skrzypce. Muzycy przypominają koniki polne, które hasają po zroszonej porannym deszczem łące. Nie brakuje małych preparacji, kornetu Johna. W 18 minucie opowieść, mimo, iż pachnie dobrą kameralistyką, bystrze nabiera wiatru pod żagle. Choć nadal jest lekka i zwinna, zaczyna już zionąć ogniem na prawo i lewo. Stevens dorzuca jazzowe frazy, Frode kąsa zza zasłony, a całość historii kończy się wyjątkowo dobrze.




Z historii formacji Detail - Czerwiec 1993: Na okoliczność występu na żywo w norweskim radiu, Detail formuje się w kwartet (na gitarze elektrycznej Pierre Dorge). Miejsce przechowywania prawie 70-minutowego zapisu koncertu nie jest znane.

… szczęśliwie Frode odnajduje na dnie swojej magicznej szafy ów koncert (który miał miejsce jednak w Klubie studenckim Folken) i prezentuje nam 37-minutowy jego fragment, podzielony na trzy części. Jego start jest nagły i kolektywny, zatem być może słuchamy go nie od pierwszego dźwięku. Filigranowa gitara, repetujący kontrabas (który brzmi jak bas elektryczny), śpiewny saksofon sopranowy i perkusista, który liczy krawędzie werbla – innymi słowy zrównoważony open jazz, który początkowo nie szuka zwady. Po krótkim stoppingu i garści preparacji, kwartet żwawo rusza we free jazzowy galop, który jednak szybko przygasa. Druga historia, to także kolektywnie podawany temat nagrania, mocno jazzowy, głównie z uwagi na frazowanie gitarzysty. Z czasem opowieść zagęszcza się, a muzycy zdecydowanie szukają już wzajemnych zaczepek.

Prawdziwe emocje ogarniają ich jednak dopiero w trzeciej, najdłuższej części koncertu. Zaczyna go rozśpiewany alt, a pozostałe instrumenty zwinnie mu wtórują, wydając dźwięki na sporej dynamice. Muzycy raczej rezygnują z indywidualnych popisów, stawiają na kolektywnie i bardzo swobodne improwizacje. Jeszcze ciekawiej robi się po 7 minucie. Gitarzysta zostawia za sobą jazzowe frazy i wchodzi bystrze do świata pogłosu, psychodelii i mrocznego post-ambientu. Kontrabasista dużo gra smyczkiem, a saksofonista i perkusista nieustannie dodają nowe elementy do tak już bogatej w wydarzenia narracji. W 13 minucie na niemal rockowe solo decyduje się Stevens. Po chwili mocne wejście ma bas, saksofon dla odmiany skupia się na niuansach, a gitara snuje filigranową opowieść. Mamy zejścia w duety, blask talerzy i podmuchy kornetu. Brawo!


Wszystkie nagrania dostępne są do odsłuchu w całości oraz niedrogiego zakupu na stronie:

*) pełny tekst polski i angielski, wraz z komentarzem Gjerstada, znajdziecie dokładnie tutaj: https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2019/01/frode-gjerstad-and-more-details-about.html


poniedziałek, 18 listopada 2019

Bradford, Gjerstad, Carter and Stevens! Blue Cat! The next Detail’ archive has found!


Z historii grupy Detail: Czerwiec 1991, do Londynu przybywa Bobby Bradford i spędza z Detail kilkanaście dni. Obok kilku koncertów w Londynie – Beck Theatre, Albany, Community Music House i Drayton Court Hotel – grupa rejestruje materiał studyjny na płytę. Powstaje dziewięć fragmentów muzycznych (łącznie ponad 2 godziny muzyki!), które nazwano roboczo In Order Of Appearance (pięć utworów w trio, bez Gjerstada, trzy w kwartecie i jeden w duecie sax-kornet). John był dogadany z jakimś wydawcą (nie znamy szczegółów), niestety do dziś nagranie to nie zostało upublicznione. *)

Wspomniane wyżej nagranie studyjne wciąż pozostaje niedostępne dla świata realnego, ale …. od kilku dni jest z nami rzeczony koncert z londyńskiego Albany! A zatem, jesteśmy w stolicy Zjednoczonego Królestwa, jest początek czerwca 1991 roku, a na scenie: Bobby Bradford na kornecie, Frode Gjerstad na saksofonie altowym, Kent Carter na basie akustycznym (zgodnie z opisem płyty) i John Stevens na perkusji **). Czarny krążek zwie się Blue Cat, dostarcza go NoBusiness Records, a trwa prawie 46 minut (trzy fragmenty bez tytułów własnych).




Koncert zaczyna się bardzo spokojnie, słychać odgłosy baru, skromne pomruki kornetu i saksofonu, stłumiony bas i ciszę ze strony perkusji (być może Stevens używa w introdukcji kornetu; wnikliwy słuchacz ma szansę usłyszeć trzy dęciaki). A zatem charakterystyczna dla Detail nieśpieszność, mozolne i konsekwentne budowanie narracji, która … bywała zbyt jazzowa dla fanów muzyki improwizowanej i zbyt wyzwolona dla fanów jazzu (patrz: komentarz Frode’ego w linku na koniec tekstu). Muzycy badają teren, może i także pierwsze reakcje publiczności, póki co, skupionej na zamawianiu drinków. Stevens włącza maszynę perkusyjną po 140 sekundach, dzięki czemu opowieść nabiera jazzowego feelingu i zmyślnie dynamizuje się. Kornet i alt zwinnie tańczą ze sobą, sekcja rytmu generuje świetną bazę. Pierwszą wyrazistą ekspozycję solową proponuje Gjerstad. Dużo w niej melodii, podobnie, jak pomiędzy strunami basu, który podłącza się po niedługiej chwili. W 5 minucie narracja nabiera już właściwej dynamiki, a sekcja bystrze swinguje! W dalszej kolejności solo proponuje kornet, które także zostaje komentowane przez bas. Zaraz potem ten ostatni realizuje swój już absolutnie solowy pasus, jedynie delikatnie barwiony przez alt. Powrót do kwartetowego frazowania zdaje się być wyjątkowo udany, choć narracja płynie o tempo wolniej i pachnie dobrym bluesem. Czas na ekspozycję altu, wyjątkowo piękną, a tuż po niej kornetu, który wcale nie chce być gorszy. W tak zwanych międzyczasach, mnóstwo ciekawych zwarć i komentarzy. Gdy jeden z dęciaków proponuje solową ekspozycję, muzyka płynie niemal straight ahead jazzem, jeśli dochodzi do wspólnego frazowania kornetu i altu, całość zionie free jazzowym ogniem. W 20 minucie, jakby na podsumowanie pierwszej części koncertu (strony winyla), zmysłowe solo Stevensa – bardzo dynamiczne, na poły rockowe. Całość skomentowana jest podwójnym atakiem dętych i smykiem basu – piękne, aylerowskie, czynione niemal w estetyce free improv, zwieńczenie Part I.

Druga strona winyla podzielona jest na dwie części. W ramach introdukcji, spokojny blues, pełen jazzowej zadumy. Kornet rzewnie śpiewa, ale gdy podłącza się alt, flow nabiera ognia i płynie nad wyraz szerokim strumieniem. Jazzowy drive Johna dynamizuje opowieść w 6 minucie, ale muzycy nadal nigdzie się nie śpieszą, a molowy nastrój tej pieśni zdaje się udzielać wszystkim, po obu stronach sceny. W tle ktoś gardłowo zawodzi smutną melodią. Oba wszakże dęciaki, co rusz sygnalizują ochotę do free jazzowego ciągu dalszego. Alt sieje ferment strukturą narracji i barwą brzmienia, kornet raczej tłumi emocje, a sekcja znów sięga po swingujący scenariusz.

Czas na finałowy fragment koncertu - bas, melodia grana przez kornet i alt, jakby muzycy w głowach mieli zapisany jakiś temat do ogrania. Perkusja wchodzi do gry po parudziesięciu sekundach. Dęciaki repetują melodię, aż do momentu, gdy rozlewa się ona w swobodny strumień improwizacji. Poszukiwanie zagubionego na moment jazzowego frazowania odbywa za pomocą niemal bopowej ekspozycji Gjerstada w duecie z basem, który poza rysowaniem pięknych pętli melodii, dostarcza także garść bystrych improwizacji. Powrót do formuły kwartetu dynamizuje nagranie. Po chwili wszakże muzycy decydują się już obrać kierunek ku zakończeniu koncertu. Kornet plecie samotne frazy na boku, po czym wszyscy wracają do bluesowego tematu, który zarysowali wiele minut wcześniej.


*) pełny tekst polski i angielski, wraz z komentarzem Gjerstada, znajdziecie dokładnie tutaj: https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2019/01/frode-gjerstad-and-more-details-about.html

**) Nagranie ukazuje się pod nazwiskami muzyków, nie zaś, jako Detail (Detail Plus), jak inne nagrania tria z Bradfordem, wydane w latach 80. Odpytany na tę okoliczność Gjerstad odrzekł, iż sam nie wie, dlaczego tak się stało.



poniedziałek, 20 maja 2019

Detail & The Day Two! Dyani, Gjerstad & Stevens!


Historię formacji Detail Czytelnicy Trybuny znają w najdrobniejszych szczegółach (in details!). Co więcej - zarówno w krajowym języku urzędowym, jak i języku Szekspira! Baa, obie jej edycje opatrzone zostały komentarzem jedynego żyjącego członka-założyciela grupy, norweskiego saksofonisty Frode Gjerstada! Dla przypomnienia zatem:


Detail w wymiarze artystycznym, to grupa funkcjonująca między rokiem 1981, a 1994, zatem definitywnie stanowiąca już zamierzchłą przeszłość. Szczęśliwie, Gjerstad cieszy się wciąż wyśmienitym zdrowiem, aktywnie muzykuje, i co nas cieszy szczególnie, from time to time wyciąga ze swojej archiwalnej szafy niepublikowane nagrania Detail. Ostatnie lata przyniosły trzy doskonałe koncerty, teraz zaś dostajemy do rąk … nagranie studyjne!

Na osi czasu lądujemy w październiku 1982 roku, oczywiście w Norwegii. Detail odbywa swoją pierwszą trasę, która obfituje w wiele wydarzeń, zarówno artystycznych, jak i … personalnych. Na pierwszy koncert nie dociera kontrabasista Johnny Dyani i muzycy grają we trójkę (efekty poznaliśmy na CD First Detail). Po kilku koncertach, w efekcie dużej kłótni, grupę opuszcza planista Eivin One Pedersen i … zaplanowane, studyjne muzykowanie odbywa się znów jedynie w trio. Dnia 11 października powstają płyty Backwards And Forwards/ Forwards And Backwards (LP, potem CD) oraz Okhela « To Make A Fire » (LP). Muzycy wchodzą do studia także kolejnego dnia i, czego dotąd nie wiedzieliśmy, nagrywają materiał, który po raz pierwszy trafia do nas dopiero teraz (stąd zatem jego tytuł – Day Two). I o nim będzie dzisiejsza opowieść.




Studio nagraniowe Staccato w Stavanger: Johnny Mbizo Dyani – kontrabas, Frode Gjerstad – saksofon sopranowy i tenorowy oraz John Stevens – perkusja. Dwa improwizowane sety, łącznie 43 minuty i 5 sekund. Płytę dostarcza NoBusiness Records (CD, 2019).

Day Two I. Pierwszą opowieść do życia budzi kontrabasista, który w kilku zgrabnych dźwiękach szkicuje zarys narracji. Partnerzy są wraz z nim, w pełnej gotowości, by podchwycić płomień. Perkusja akcentuje rozbudowany zestaw talerzy, a saksofon sopranowy leniwie przeciąga się, poszukując dramaturgicznego punktu zaczepienia. Po początkowych pląsach, z tzw. narracją właściwą mamy już do czynienia po około stu sekundach. Taneczny, zaczepny sopran, zwinna sekcja, aż czuć, że muzycy są już ze sobą od tygodnia i świetnie się rozumieją. Znów plotą typową dla siebie wolną improwizację, silnie osadzona w jazzowym idiomie. Już w 5 minucie słyszymy pierwsze przejawy eskalowania napięcia. Opowieść toczy się wedle linii kreślonej przez bas, nad całością wszakże czuwa oko tego najstarszego, jakże bystrego i wyczulonego na niuanse drummera. Z pozycji delikatnie backgroundowej Stevens trzyma kręgosłup dramaturgiczny improwizacji pod pełną kontrolą. Dyani po brzegi zatopiony w swoim meta melodycznym sosie – jedyny w swoim rodzaju, lekki, taneczny, technicznie błyskotliwy, ale stanowczy ton. W momentach, gdy Gjerstad milknie, sunie razem ze Stevensem perfekcyjnym strumieniem fonii. W 12 minucie saksofonista powraca mając już w ustach tenor – wkleja się po mistrzowsku w zastany duet. Free jazzowa czujność z jednej strony, kreatywność swobodnej improwizacji – z drugiej. Detail zawsze stało w takim stylistycznym rozkroku, a ten set potwierdza to dobitnie. W 19 minucie saksofon znów na moment milknie, a kontrabas plecie zmysłowe, filigranowe solo (brzmienie też ma w pozycji … rozkroku, na poły kontrabas, na poły gitara basowa – jak wspomina Gjerstad, Dyani zawsze delikatnie amplifikował swój instrument). W trakcie finalizacji seta pierwsza - drobna ekspozycja Stevensa.

Day Two II. Rezonujące przedmioty i plamy z tuby saksofonu. Intro czujne, skrupulatne – kontrabas pulsuje, saksofon grzeje powietrze, perkusja czyści werble i tomy. Oto, jak budzi się w nich jazz: tenor rysuje krótkie frazy, kontrabas jeszcze krótsze, a zdecydowany brak pośpiechu u wszystkich - upiększa opowieść. 7 minuta – Gjerstad mocno dmie w tenor, który zdaje otwierać się na nowe inspiracje, w tle Dyani wciąż pozostaje spokojny i refleksyjny. Stevens, tuż obok, koncentruje się na małym drummingu. Balladowy dryl jest udziałem muzyków jeszcze przez kilka chwil. W 9 minucie Dyani łamie rytm i z kocią zręcznością wypuszcza trio na szerokie wody. Podróż nabiera rumieńców, choć muzyków nie opuszcza nastrój nostalgii i free jazzowej zadumy. Nakręcają się wzajemnie, jak sprężyny w szwajcarskim zegarku. Po 15 minucie osiągają stan pełnego galopu, nadal wszakże czynią wszystko z mistrzowską precyzją. Oto przykład, jak open jazz nie potrzebuje tematów, pięciolinii, ani zbędnych pauz – wystarczy kunszt i wyobraźnia muzyków. Here they are! Na finał sesji nagraniowej tenor Frode’a wręcz swinguje, kind of open hard bop! Na ostatniej prostej, znów Dyani & Stevens, genialna sekcja – pierwszy szarpie struny, drugi opukuje tomy.



czwartek, 24 stycznia 2019

Frode Gjerstad and more details about Detail!


Historia muzycznej przyjaźni Frode Gjerstada i Johna Stevensa - zwłaszcza w ramach formacji Detail – została na tych łamach skrupulatnie spisana i równie wnikliwie przeanalizowana.



Właśnie dzięki profesjonalnemu przetłumaczeniu tekstu oryginalnego (raz jeszcze dziękuję Krzysztofowi i Annie !!!), trafił on do jedynego żyjącego obecnie członka założyciela formacji Detail i został przez niego dogłębnie skomentowany.

Dla autora monografii Detail, to ogromny zaszczyt, móc owe uwagi, spostrzeżenia, korekty i komentarze (jakże zabawne!) zaprezentować teraz w całości. Najpierw po polsku, wszak to język urzędowy Trybuny, potem zaś w języku świata!




Frode Gjerstad:

"Płyta wydana przez Not Two Detail At Club 7 pochodzi z 1982 roku. Dokładnie z października 1982 roku, nagrana została dzień po nagraniu First Detail, które miało miejsce w sobotnie popołudnie w Centrum Sztuki Hennie-Onstad, poza Oslo. Johnny Dyani nie był w stanie zagrać na sobotnim koncercie, ale następnego dnia był dostępny. Graliśmy suport przed Arild Andersen Quintet i próbowaliśmy ukraść im show!

To było zaledwie tydzień przed tym, jak w wyniku wielkiej kłótni pianista Eivin One Pedersen opuścił zespół - dwa dni przed tym, jak zrobiliśmy Backwards and Forwards. Zatem pierwszy raz graliśmy jako trio, podczas nagrywania Backwards and Forwards i Okhela.

Nie mieliśmy trasy we wrześniu 1982 roku. Patrz wyżej. Wszystkie pochodzą z października i zostały zrobione w ciągu dwóch tygodni.

Kaseta Detail Trio zawiera ten sam materiał, co płyta Okhela, która została wydana jako LP w Affinity.

Wydana przez FMR płyta Detail 83, to ten sam materiał jaki znalazł się na Let's go, ale edytowany w inny sposób. Kaseta trwa około jednej godziny, ale płyta CD jest nieco dłuższa. Pierwotne nagranie trwało około 2 godzin. Trzy pełne sety .... FMR nie chciał wydać podwójnej płyty, więc musiałem edytować koncert do rozmiaru jednej płyty CD.

Koncert w Paryżu odbył się w styczniu 1986 roku.

Kiedy Backwards ... został reedytowany jako CD, szefowie Impetus Records powiedzieli, że jest za krótki i poprosili o dodatkowy materiał. Byłem na tyle głupi, aby dać im ten dodatkowy utwór. Bardzo głupi!

Z wyjątkiem jednego koncertu w Paryżu, w styczniu 1986 roku, z Nickiem Stephensem i Paulem Rutherfordem graliśmy koncerty tylko w Anglii i Skandynawii. Stało się tak głównie dlatego, że nie miałem żadnych kontaktów na Kontynencie. Dyani miał wiele kontaktów, ale nie chciał się z nimi podzielić ... Powiedział, że ciężko pracował, aby uzyskać te kontakty, więc mam zrobić to samo. Bardzo pomocne! Zostaliśmy zaproszeni do Argentyny około 1985/86, ale tuż przed zakupem biletów, otrzymałem list z informacją, że dwa festiwale, na których mieliśmy grać, zbankrutowały. Powiedziano nam, że zorganizują 12 koncertową trasę, więc byliśmy bardzo podekscytowani!

Backwards and Forwards dostał 4 gwiazdki w Down Beat, kiedy wyszedł. Również Guardian i parę innych gazet dało nam kilka bardzo miłych recenzji. Byłem na tyle głupi, by myśleć, że zmierzamy do czegoś dobrego. Jakakolwiek z przyczyn nie była prawdziwa. Ta muzyka była zbyt mało znana. Byliśmy zbyt jazzowi dla wolnych improwizatorów i za bardzo free dla muzyków jazzowych. Spadliśmy pomiędzy, ale cieszyliśmy się tą pozycją z muzycznego punktu widzenia.

Kiedy po raz pierwszy graliśmy z Bobby'em Bradfordem, na kornetem, byłem bardzo zdenerwowany. On wcześniej grał z Ornette Colemanem, potem także z Donem Cherry. Od tego czasu Bobby i ja staliśmy się dobrymi przyjaciółmi i przez te lata graliśmy wielokrotnie razem. Ostatni raz graliśmy w 2014 roku, kiedy odbyliśmy rocznicową trasę Bradforda. Miał wtedy 80 lat. Świetny muzyk i dżentelmen!"




“The music on Not Two label’ CD Detail at Club 7 is from 1982. It is from October 1982, recorded a day after First Detail, which was recorded on a Saturday afternoon at the Hennie-Onstad Art Center, outside Oslo. Johnny Dyani could not make it for the Saturday gig, but came the day after, which was a Sunday. We were warming up before Arild Andersens Quintet and tried to steal the show!

This was just a week before we had the big quarrel and pianist Eivin One Pedersen quit the band - two days before we did Backwards and Forwards. So the first time we played as a trio was while we recorded Backwards and Forwards and Okhela.

We had no tour in September 1982. See above. It´s all October and these recordings were made within two weeks.

The cassette Detail Trio is the same as Okhela that came out as an LP on Affinity.

The FMR CD Detail 83 is the same as Let´s go, but edited in a different way. The cassette is about one hour long, but the CD is a bit longer. There original recording was about 2 hours of music. Three sets…. FMR did not want to release a double CD so I had to edit it down to one CD.

The Paris concert was in January of 1986.

When Backwards… was re-released as a CD, Impetus said it was too short and asked for extra material. I was stupid enough to give them the bonus track. Very stupid indeed!

Except for the one gig in Paris, in January 1986, with Nick Stephens and Paul Rutherford, we only played in England and Scandinavia. This was mostly because I did not have any contacts on the Continent. Dyani had many contacts, but he would not share them with me…He said he had worked hard to get those contacts so I had to do the same. Very helpful! We were invited to Argentina around 1985/86, but just before I was going to buy the tickets, I had a letter telling me the two festivals where we were going to play, had gone bankrupt. We had been told they would set up a 12 gig tour so we were very excited!

Backwards and Forwards got 4 stars in Down Beat when it came out. Also the Guardian and several others gave us some very nice reviews. I was stupid enough to think we were heading for something good. Which of cause was not true. This music is so small. We were too much jazz for the free improvisers and too free for the jazzers. We fell in-between and enjoyed that position from a musical standpoint.

When we first played with Bobby Bradford, cornet, I was so nervous. He had been playing with Ornette Coleman before and after Don Cherry. Since then Bobby and I have been good friends and we have played a bit together over the years. The last time we played was in 2014 when we did a Bradford anniversary tour. He was 80. A great player and a gentleman!”


Thank you Frode for your beautifull comments!



piątek, 23 listopada 2018

DETAIL’ed Love Story by John Stevens and Frode Gjerstad! The full english text included!


The third part of John Stevens’ life

If we try to divide nearly 30 years of John Stevens' musical carrier into important periods basing on intensity of his several activities, we should decide on three such intervals.

First, there would be a time of building idiom of European freely improvised music under Spontaneous Music Ensemble banner, which is dated on 1966-1974. Next period would be connected with significant commitment to exploration of free jazz/jazz with the use of electric musical instruments (John Stevens' Away 1975-1981). Finally, there would be the last period, dated on 1981-1994, when John spent great deal of time making music with his great friend from Norway, Frode Gjerstad.

First two periods have been already thoroughfully discussed on Trybuna. Now, finally the time has come to clearly summarize cooperation with Frode, especially their joint music project under Detail banner.




Facts first, because the devil's in the detail (in Detail)

December, 1981: In Poland children are not going to school when the man in black glasses announces war. But to a far-away Stavanger – far away also from London's perspective - invited by a young saxophonist Frode Gjerstad, great British percussionist, composer and improviser John Stevens arrives. They both take with them to a local Jazzklubb Eivin One Pedersen, keyboardist who regularly collaborates with Frode. They perform an energetic concert, which, expanded with listening records from the previous day, Frode releases on two tapes in his novice Circulasione Totale (four improvised pieces, lasting nearly 110 minutes, catalogue no 004-005) as Gjerstad/Pedersen/Stevens X-mas Cards Vols 1&2. Indeed, X-mas is coming. Gentlemen have good chemistry and decide to continue their collaboration. John suggests adding to their group a bassist. He responds to Frode's question whether he has someone in mind like Sure, let's take the best one - Johnny Dyani!

March, 1982: Stevens comes to Norway again and this time accompanied by Dyani. Working in quartet, they record a group improvisation in a private session. The material ends up on the cassette titled Detail (Circulasione Totale 006). From that moment the title becomes regular group's name. Contrary to description on Detail at Club 7 album (Not Two Records, 2017) that says records gathered there are from September 1992, these were in fact those March records from cassette mentioned above, which ended up on the album released in Poland.

October 1982: Detail schedules short tour in Norway. Unfortunately, bassist doesn't arrive for the first concert, so the band performs as a three-member group (setting: Henie-Onstad Art Centre). Record remained buried in Frode's household archive and not until more than thirty years later it finally was published as First Detail album (Rune Gramofon, 2015). The tour in Norway goes on but just before already planned first studio record, Eivin decides to leave the band. On October 11th in Staccato Studios in Stavanger, three members of Detail record great material, which finally ends up on a few publications. Pieces Backwards and Forwards as well as Forwards and Backwards are released by Impetus Records as Backwards and Forwards (with subtitle, nomen omen, First Detail, LP 1983, CD 2000). Ohhela, To Make a Fire, a composition/improvisation in two parts, ends up on the phonograph record released by Affinity (1984). The pieces released on the cassette Detail Trio (no 007) from Circulasione Totale are also from that time. I wasn't able to determine whether material on the cassette contains records published later on above mentioned vinyls.

February 1983: Frode records and releases effects of a not-coincidental meeting of Detail trio in Stavanger's Jazzklubb as a cassette titled Let's Go (Circulasione Totale, no 008). It contains over an hour of improvised material divided into two parts. The album Detail 1983 will be released this year (2018) and it contains record of the concert from that same day. It lasts about an hour and is divided into four parts. We are probably talking about the same event but currently released albums indicate the other place of the concert - Red Seahouses. In addition, on the cassette no 015 from Circulasione Totale album Detail 1,2,3,4 is released, which probably contains records from several concerts of the band from 1982-83, performed while still in quartet (with Pedersen).

September 1983: At first Stevens and Gjerstad perform a quartet concert in Paris (with help of Paul Rutherford and Nick Stephens). Then, for public Norwegian radio, they record their performance in Oslo as A Consert (A Concert?), with assist of, again, Rutherford and on basses - Barry Guy and John Dyani (this material ends up on Circulasione 011 cassette and lasts nearly 80 minutes). Few days later, already at home in Stavanger, the first record of Accent formation takes place, starring John and Frode with Nick Stephens on electric bass and Rudy Garret on electric guitar (Accent cassette, Circulasione Totale, 010). That meeting could be acknowledged as a symbolic birth of Circulasione Totale Orchestra, because later from that quartet the magnificent Frode's team, still performing, would emerge.

March 1984: Jazzklubb in Stavanger. On the stage duet - Frode and John. Four concert pieces Suite Elma ends up on Circulasione cassette (80 minutes, no 012). Twelve years later this material is released on CD by Impectus as John Stevens & Frode Gjerstad Sunshine (compared to cassette edition, this one is cut off and shorter by a dozen or so minutes, probably regarding to acoustics).

November 1984: Another electric meeting of our heroes' band - this time Accent records studio material in Stavanger for radio purposes. Frode titles the cassette In Off (Circulasione Totale, 014).

May 1985: As usual, Detail gives concerts in Stavanger. There is one new element in their performance - a woman whose tender vocal perfectly fits into trio's collective improvisations. Frode releases a 20-minute fragment of that concert as a supplement to a CD re-edition Backwards and Forwards but he cannot remember woman's name. Luckily, attentive detective Wilson, author of the great discography of John Stevens of which I usually make use while portraying his musical story, determines that her name was Suzanne. According to Frode's memories, that May was also a time of recording studio material but further details remain unknown. With Frode busy with his projects, Stevens and Dyani spend their spring time in a far-away Norway on giving concerts with Steve Lacy and Misha Mengelberg as a quartet and with John Surman as a trio.

March 1986: We could risk an assumption that Frode wasn't very fond of travelling then, because every time Detail gave a concert, it was in Norway. This time it was in Oslo and again in Henie-Onstad Art Centre. The material - Ness Part 1 and Part 2 - was eagerly recorded and it ends up on the first album of Ness set (Impetus, 1986).

June/July 1986: For his concerts in Europe, John Stevens invites an excellent American trumpeter, Bobby Bradford (with whom he collaborated in the 70-ties on several albums). He also organizes route and books recording studios. On the last day of June Detail, as a quartet, performs first concert in London (yeah, Frode had to get on a plane!). The following day, also in London, four pieces are recorded in studio and these are the ones that would end up on the second album from the Ness set. Two of the pieces are prepared in collaboration with Harry Beckett (tr) and Courtney Pine (ts/fl/bcl), which means that for a moment Detail becomes a sextet. After 24 hours - phew! what a speed! - there comes next opportunity to work in studio, now in Cambridge. Composition/improvisation Way It Goes/Dance Of The Soul - two-part - ends up on the vinyl with the same title (Impetus, 1988). Please note, that both albums are signed as Detail Plus. But that's not the end of the story yet! Four days after the meeting in Cambridge Detail quartet performs a concert at Bracknell Jazz Festival. Concert was recorded and few years later Frode releases it on CD, titled In Time Was (Circulasione Totale, 1990). The album lasts not much longer than forty-five minutes. The concert was longer but unfortunately the last part hadn't been recorded properly (recorder damage) and only an eight-minute piece is worth releasing. Four months later Johnny Dyani dies. Detail ceases to exist in its original shape.

October 1987: Staccato Studio in Stavanger becomes a place where the first album of Circulasione Totale Orchestra is recorded. Ten short pieces were the effect of ten musicians' work, which resulted in an album titled Accent - Jazz Out Of Norway (Odin, CD 1988), what obviously refers to already mentioned John's and Frode's electric quartet. In the orchestra we find, among others, Eivin One Pedersen.

September 1988: Detail is back on concert posters and Bobby Bradford comes to London again! Kent Carter, American bassist (but residing in Europe) of whom we've already heard, takes Dyani's place. Detail gives concert (concerts?) as a quartet but this time with no phonographic effects (in Bass Clef club).

May 1989: Detail forms a quartet again - the fourth musician is Billy Bang, American violinist. For Norwegian radio they record half-hour material (three parts), which later ends up on CD album Less More (Circulasione Totale, 1991).

January 1990: Gjerstad and Carter record less than five-minute duo, which also ends up on above mentioned record.

October 1990: Detail comes again to Stavanger and records there quite long material. Nearly 20-minute piece of X-mas Cards II & III (the title corresponds to the first Detail meeting in 1982!) which finally closes the album Less More. As many as nine other shorter pieces (maybe from different sessions, too) are not chosen to be published and probably still remain hidden somewhere in Frode's private archive. During that stay in Norway, on the previous day, John and Kent also made a record for a radio in quartet with local musicians (tp + as).

April 1991: A 30-minute film about the band is prepared for Norwegian television. It contains fragments of concerts and interviews with musicians. The film was shown on local TV channel and few years later also in England, during a memorial concert after John's death.

June 1991: Bobby Bradford arrives in London and spends a dozen or so days with Detail. Apart from performing a few concerts in London - Beck Theatre, Albany, Community Music House and Drayton Court Hotel - the band records studio material for an album. Nine new pieces are created (more than 2 hours of music in total), provisionally titled In Order Of Appearance (five pieces in trio but without Gjerstad, three in quartet and one in sax-cornet duo). John had been settled with one publisher (details of that agreement are unknown) but unfortunately the record has not been published until today.

October 1992: John Stevens and Derek Bailey come to Norway to give few concerts. The performance in Trondheim (as a trio, with Gjerstad) is not good enough to be released, because of the record sound quality. Stavanger performance is of better acoustic quality and after nearly a decade it would be released as Hello, Goodbye (Emanem Records, 2000). I wrote about this album on Trybuna, when reviewing joint musical activities of Stevens and Bailey.

June 1993: For a live performance in Norwegian radio, Detail forms a quartet (with Pierre Dorge on electric guitar). It remains unknown what happened with nearly 70-minute record of the concert.

April/May 1994: Stevens spends few days of rather cold but sunny spring at his friend's place in Stavanger. First, they record several duos in Frode's parents house (Sande Duos). Nearly ten years later they end up on Keep On Playing CD (FMR Records, 2005). Two days later Kent Carter joins and as Detail they give their last concert. It takes place at Cafe Sting in Stavanger. Four fragments end up on Last Detail - Live At Cafe Sting CD (Cadence Jazz Records, 1996). A year later Frode and Kent (without John, from obvious reasons) record modest duo On Their Own, which would supplement above mentioned release. Detail's story definitively comes to an end.

June 17, 1994: A small concert, under the poster label John Stevens and Friends, takes place in London. Musicians perform as a sextet, including Frode Gjerstad. Resulting record gets the title Beggars Can't Be Choosers. This is the last meeting of great friends. Less than three months after that event, probably from a heart attack, John Stevens suddenly dies at the age of 54.




First or not the first, that’s a question

Today, nearly 24 years after John Steven's death, we know that the oldest, publicly available Detail record is At Club 7 concert, not neither First Detail, released few years earlier, nor Backwards & Forwards - First Detail LP/CD, released in bands lifetime.

Concert in Oslo was performed in quartet - so in original line-up, the one set by John and Frode. It's a great example of a true jazz music based on improvisation, not on earlier composed and prepared material. Improvisations develop very effortlessly, sometimes even slowly but they can easily catch free jazz drive and sink in every listener's heart. This is the music that also doesn't avoid motoric swinging, which makes improvisation of every quarter member rich in unusually nimble flow. Gjerstad, playing here on soprano saxophone, tenor and bass clarinet (with which he starts every concert) provides a rich spectrum of artistic expression. Eivin One Pedersen settles himself in this formula, using mainly acoustic piano and manages to do wonders, often by resort to neo-classical gags. For a brief moment he also uses electric piano and gives his performance an extraordinary energy (by the way, whole concert is one incessant sequence of sounds, which is a rule in Detail public shows). Nevertheless, master of the ceremony in this quartet is Johnny Dyani, playing on amplified double-bass (sometimes sounding like a bass guitar), who has all the cards, sets goals and implements dramaturgic ideas. He is in a constant move, full of ideas to change improvisation character. John Stevens, who during the band's history always used a full drum kit, stays on a position of permanent observer, keeps rhythmic order, rarely oversteps with solo expositions. Music of the quartet is based on a perfect communication, intuitive cooperation, what is the trait present in all projects featuring John Stevens. Concert from Club 7 is extremely dynamic, full of emotion and individual shows of instrumentalists' skills. From today's perspective it is one of the best Detail's records.

The concert on the first day of the tour in October of 1982 has a little different character - the band plays as a trio because of Dyani's absence due to arrival problems. We can listen to the result of that performance on First Detail album, which contains three long and elaborated improvisations. Free jazz flow of the band, here devoid of Dyani's bass, becomes slightly blurred. Music seems to be more abstract and free of simple narrative associations. Parts involving a piano demonstrate even stronger resemblance to chamber music. Anyway, Pedersen - fiercely active during the whole performance, not falling into silence even for a moment - uses also an electric piano (sometimes sounding like a hammond), with which he is able to give a bass groove to the whole narrative (just like in the 8th minute of the first part). In the second part he even seems to be playing on both instruments simultaneously.
Meanwhile, Gjerstad's wide assortment of instruments becomes extended by alto saxophone. In the third part he also uses a bass clarinet, as Pedersen's play becomes more minimalistic with dense but not aggressive Stevens’ drumming. The music is full of life, with vibrant pulse, all the time on fire. Final of the concert is decorated with Frode's compulsive exposition on soprano saxophone.


Magic Trio

Phonographic history of Detail in original, three-person line-up (so with Dyani) opens with studio record of Backward & Forwards with subtitle First Detail (it's definitively their first record on the market - released precisely 35 years ago).

Main axis of this Detail edition is nearly every single time based on an amplified bass. Dyani develops improvisation slowly and very carefully. Here, first, more dynamic accent with strong rhythmic appears only about the 10th minute. John's and Frode's behavior corresponds with bassist's actions perfectly. This trio takes their time for creating free improvisation. They are deeply rooted in free jazz esthetics, although in a way of playing and methods of communication they resemble more of Spontaneous Music Ensemble. Each of musicians finds a moment for a solo exposition but usually with a support of one of partners (e.g. wonderful passus of bass accompanied by drums in the 8th minute of the first part). Many parts of this album look exactly like that - the show of bass & drum section. Frode often hides himself in the background, as if letting his friends find awe for their actions was more important for him than his own performance (by the way - Norwegian saxophonist plays here on tenor and soprano).

CD edition of Backward and Forwards was supplemented with a fragment of a two-year previous concert (Detail 1985). It contains dense, lengthy, even wild improvisation. Musicians met after two-year break and it can be heard in their music how much they had missed each other. On this record none of sounds remains without an answer from companions. Starring as the one serving thunderbolts - obviously, Dyani! Frode plays mainly on soprano (after all, that's John's favourite wind instrument for free improvisation). Unexpectedly, in the 9th minute of the concert, an unknown woman from the audience joins the performance. Her vocal interestingly complements trio's improvisations. At the moment, when trio's/quartet's (?) music starts to mesh, record becomes quietened. 

Exactly the same day, when trio was working on Backwards and Forwards, at the same place they also recorded another material. A year later it ends up on Okhela, To Make A Fire vinyl.
This record starts in an almost identical way as previous ones. Dyani's introduction is extended, calm, simply majestic, in even more minimalistic esthetics. Stevens and Gjerstad enter no earlier than in the 4th minute. Again, we get jazz attributes in free improvisation, close to SME esthetics (in about 9-10th minute quite a quick call and response!). Here rhythm and energy appear after a quarter of an hour. A lot of soprano, a good deal of swing from full drumset and a bass, which always sets a narrative trail. The last one doesn't fall silent even for a moment, the second one plays nearly all the time by the saxophonist often hides in the background - that is how Detail's style looks like in October, 1982. In the second part of the album we find quite a long section with Steven's solo exposition. After that, great Frode's episode and the last tone, which belongs of course to the bassist. 

Detail 1983 is a concert record, which chronologically is a continuation of a magical trio story. Four improvisations, more than 70 minutes of music and emotions reaching their peak. The youngest edition released this year - sure thing for a 2018 summary in re-edition category.

The concert record documents the first Detail's Norwegian tour as a trio. It starts with...  a blues ballad, which emphasizes tenor saxophone and double bass. As usual, Dyani acts a lot but it seems that this time master's signature would belong to John. As concert dynamics grows, the same happens with our admiration for section performance making an alt bizarre and unflawed. When the Norwegian takes soprano, he swings like frantic Steve Lacy. Impressive free exposition at its best! In the third part we have another showpiece of drums & bass. Ad in the fourth part a dazzling duo full of twisted sonoristics - a great part of wind instrument and heated bow on bass's fingerboard. Stevens joins with cornet, adding a blunt comment. Musicians go into silence. It's very unusual for Detail, almost in a free chamber esthetics. After the 8th minute Dyani gives a pizzicato signal and the band goes forward like hell, in a fiery free manner. Under Steven's foot a lot swingy ease.

The last published record of Stevens, Gjerstad and Dyani in trio can be found on the first album of the double Ness vinyl. We have early spring of 1986 and musicians meet at the concert in Oslo.

This time a proper intro is made by both - bassist and drummer. Musicians without delay get the rhythm and improvisation melody, known only to themselves. Frode takes for the performance only tenor saxophone and quickly makes a sonoric use of it (Dyani helps him with a bow). Another free, slow improvisation, just like previous studio expositions. Leisurely, although asking for a dance! Just in the middle, sultry Dyani's expose, almost in a baroque esthetics. And for a final a little surprise - sax and drums duo, a rare case in the band's history. The second part is also kept in a free and casual manner, rather without a free jazz sparkle. There are many moments worth mentioning - like beautiful tenor part just after the beginning or intriguing play... with stones after the 15th minute by the bassist. Stevens concentrates on small drumming and definitely doesn't feel the pressure to finish quickly. On the final stretch - exquisite bass passage work with help of jazz drumming and humming tenor. Indeed, ballad free improve!




A Fourth for Bridge

Although we begin next chapter of our love story, we stay with the Ness release. The second album in this vinyl set is a collection of records by the group called Detail Plus. To our trio, residing in one of London's record studios, joins Bobby Bradford, an American cornetist (Steven's mate from as early as the first half of the 70-ties - we remember outstanding records of Spontaneous Music Ensemble with his participation). Also a few local musicians take part in a fragment of this session - Harry Beckett on trumpet and Courtney Pine on tenor saxophone, flute and bass clarinet.

Two pieces performed in sextet end up on the album (both composed by Stevens), as well as two in quartet (signed by all musicians). Music of this part of Ness sparkles with jazz. We can find here elegant, vigorous, melodic themes; we also don't lack of exquisite solo showpieces, bursting with true emotions (it concerns all of musicians!). John's compositions for sextet have a marching tempo and are immersed in a minor key, what is a great base for musicians to create haunting solo expositions, often laced with overwhelming sadness. The music isn't, however calm or nostalgic; it bursts with energy and strongly reflects mutual cooperation between artists. Wonderful, disharmonic... jazz harmonies with endless reserves of swing in hands and legs of rhythmic section! Records in quartet are more dynamic and even more vivid with true free jazz expression. Dyani, as usual, does a great job giving rhythm and holding dramatic outline of served themes. This music resembles decade younger records of Steven's trio with Trevor Watts and Barry Guy (e.g. No Fear album). Dance, trance and fantastic expositions of Bradford's cornet and Gjerstad's tenor.

After not quite twenty-four hours Detail quartet (Bradford stays in England for a longer time, musicians give a lot of concerts) again lands in studio to record material, which later ends up on Way It Goes/Dance Of the Soul vinyl.

Music seems to be composed in the same way as a day before. Dynamic drive, fleeting melodic pattern. Full-genre straight ahead jazz with outbursts of free during solo expositions of cornet, tenor, amplified bass and dazzlingly syncopating drums. The second part begins in a much more quiet way. At first we are attracted by Stevens - Bradford duo (a real invitation to tango), then by Gjerstad - Dyani and finally everything ends in vibrant free jazz whirl. About the 8th minute a kind of a new piece starts (tacked on in studio, but everything within one track). Bow, focused drumming and sonoristics in tubes. A few minutes pass and rhythm entangled in bass's fingerboard starts directing the quartet to the finish line. And the ghost of Albert Ayler keeps a watch over everything.

On In Time Was CD we can find concert documentation of Bradford's stay in England and musical activities with Detail from 32 years ago. Over 45 minutes portion of a proper free jazz straight from Bracknell Jazz Festival.

Dyani, energetic as live wire, on a more and more amplified double bass; master of technique, creation virtuoso, temperamental Bradford; slightly withdrawn but deadly effective Gjerstad and finally Stevens - dynamic pulse, syncopation, puff of fleeting swing - that's the Detail quartet ready for an applause. Here the word jazz can make a litany. Dyani's fingers are on fire, he invites his companions for a gallop like a fleet horse. His African heritage is a source of his power, hidden deep inside his heart. He seems to be in the best shape of his life, so it's really a pity that that's perhaps last record in his too short life. At the concert we find compulsive tenor, as well as intuitive drums solo. Pieces with chamber music reverie (moment of introspection and inner rest, rare for Detail) won't be missing. Again, there is a brilliant communication in a group of four musicians, you could even say telepathic reaction for friends' ideas. Yes, this could be Detail's opus magnum, and for sure in this line-up. Final chapter of the concert offers bites of nostalgia, it's neatly balanced and full of reverie. Frode seems more brave than usually; he takes the scene for himself and, with help of swinging Bradford, makes a point of the whole performance. Concert finale is, unfortunately, unavailable. Because of recorder failure, after the 8th minute music gets cruelly silenced.




Return of the trio

Two years after Dyani's death, Kent Carter takes his place in the trio. Less More CD is his first project recorded with the band. Pieces performed both in trio and in duo (without Stevens) can be found there, as well as, again, in quartet, this time featuring American violinist Billy Bang. What's worth mentioning, all of pieces are signed by Frode Gjerstad (composed by), although music definitely feels like improvisation.

The said duo of saxophone and double bass makes introduction to this appealing yet erratic album. Jazz ballad seems more adequate for an ending but not for the beginning. Next 20 minutes belongs to new Detail, served saute - calm, flowing, with moments of even drone narration (Carter!), quite a lot of chamber music tones, a great deal of concentration, a bit of repetition. The new musician clearly dominates this piece and, at least here, is a far cry from Dyani. He is recognizable, acoustically well-organized and like a great master soothes trio's behaviors. Frode easily finds himself in chamber esthetics, Stevens seems more reserved. After the 10th minute musicians get together into free jazz escalation and a narrative smoothly comes to its end but before it for a moment turning into a silence and bow-play on a fingerboard. Less More album is supplemented by three pieces performed with Billy Bang. Here, music notably changes - it's dynamic, fleeting, melodic and tortuously free jazz in style (Bang's flow is immediately recognizable). A lot of trance, a few repetitions and a great deal of lightness. At first Gjerstad is not convinced to this esthetics, Stevens, thanks to his style versatility, has less problems. Album finale is full of typical jazz solutions. Carter plays pizzicato, the rest of artists skillfully expose their musical temperaments.

Insofar as we have at least three Detail albums named first, there is only one with last in title. Recorded four months before John Steven's death, it remains exceptional memento of this band line-up. We are talking about Last Detail - Live At Cafe Sting CD album. Over 50-minute performance is divided into four parts; plus post-mortem coda (in duo).

When Detail plays a concert, we can expect proper, vigorous free jazz - and that's the case this time, too. Carter rarely uses a bow, being rightfully the one to put in motion this improvising machine. Frode bellows with his alto saxophone, doing almost his best; Stevens takes every chance to point his partners' feats and at the same time interacting splendidly with bass. The third part (after a short pause) comes with sophisticated drummer's solo and another powerful alto saxophone passage works. There is also a moment for Stevens' cornet. Carter remains active, being always around but this time his urge for chamber music has been left behind. The last part of the concert sums up all experiences. There can be find a bit of sonoristics, deathly precision and remarkable free cascade in which Carter sounds almost identically to Dyani! Album ends with 5-minute wistful ballade in minor, on saxophone and bass, recorded in studio already after Steven's death. There, this is ultimate end of Detail's history.




Duos within interlude

Before the last word is said in our story, one should mention two albums recorded by John Stevens and Frode Gjerstad in duo.

Meeting from 1984 and Sunshine album - there we find dynamic free jazz exposition on comprehensive saxophone (lot of soprano) and intent, devilishly precise drums. Moments of calm passage works with cornet are also not missing. Without bass, in duet with Stevens, Frode finds a lot of place for his expositions. He makes no bad choices, he is excellent in his actions.

Keep On Playing record, a decade younger, has more pieces with alto saxophone. A lot of dance with jazz syncopation and also a few pieces which are more quiet, when musicians don't lack imagination for joint duo reflections. Part four seems to be the most interesting one - the longest, full of jazz feel in saxophone's tube and sharp, constant drumming, also with extended solo exposition. And for the finale off-screen dialogs in which John talks about a mistake he made during one piece and Frode laughs it off. 


Tekst oryginalny dostępny jest w poście z dnia 10 sierpnia br. Oto skrót: Detail


Ogromne podziękowania dla Krzysztofa za organizację procesu i Anny Możdżeń za samo tłumaczenie tekstu z polskiego na angielski.