Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marylin Crispell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marylin Crispell. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 stycznia 2026

The Relative Pitch’ last of 2025: A Reflection Distorts Over Water! A Window, Basically! HobbyHouse!


Nowy Rok rozkwita coraz większymi porcjami zimy, a my, jak to w styczniu, finalizujemy recenzje albumów, które ukazały się jeszcze w starym roku.

Dziś zaglądamy na nowojorski Brooklyn, by sprawdzić, cóż takiego wydarzyło się w trakcie listopada i grudnia w zacnym i jakże płodnym The Relative Pitch Records. Ostatnie sześćdziesiąt jeden dni kalendarza przyniosło tu osiem premier, z których do pogłębionej analizy wybieramy trzy smakowicie zapowiadające się kąski.

 


Camila Nebbia, Marilyn Crispell & Lesley Mok A Reflection Distorts Over Water

Nevessa Studio, Woodstock, Nowy Jork, lipiec 2024: Camila Nebbia – saksofon tenorowy, Marilyn Crispell – fortepian oraz Lesley Mok – perkusja. Osiem utworów, 42 minuty.

Brooklyński przegląd nowości zaczynamy z wysokiego C! Przed nami międzypokoleniowe, argentyńsko-amerykańskie trio, które zdaje się kontrolować każdy dźwięk, każdą frazę, nie eskaluje nadmiernie poziomu ekspresji, a jednak trzyma nas w napięciu od pierwszej do ostatniej sekundy, jak najlepszy thriller! Warto dodać, iż muzycy grają w takim układzie personalnym po raz pierwszy. W niektórych utworach czerpią inspiracje z otwartych notacji saksofonistki, zaś w piątej części posiłkują się kompozycją perkusisty.

Pierwsza improwizacja trwa ponad dziesięć minut i dość leniwie wprowadza nas w definitywnie post-jazzowy klimat albumu. Wystudzone, posadowione niekiedy blisko ciszy, kameralne frazy nabierają z czasem intrygującej, ale dalece kontrolowanej intensywności. Podobna sytuacja ma miejsce w drugiej odsłonie, choć sama improwizacja jest znacznie krótsza. W kolejnych, równie zwartych i nieprzegadanych ekspozycjach artyści od startu pracują na odpowiedniej dynamice (jak w utworach trzecim, szóstym i siódmym, którym blisko niekiedy do estetyki free jazzowej) lub raczą nas niebanalną introdukcją, a bardziej zdecydowane kroki, jeśli w ogóle, czynią na etapie rozwinięcia (w utworze czwartym otwarciem są post-klasyczne frazy fortepianu, w części piątej złowrogo rezonujące talerze). Ostatnia improwizacja ma nieco inny przebieg. Otwiera ją rozbudowana ekspozycja solowa saksofonu, lepiona z szumów rezonującej tuby i strzępów melodii. W kontrze wchodzi tu perkusja, która przez moment frazuje samodzielnie, a potem wraz z minimalistycznym pianem i dobrze już rozgrzanym tenorem tworzy piękną, medytującą puentę albumu.  

  


Peter Evans & Mike Pride A Window, Basically

aFarming Studio, Goshen, Nowy Jork, 2022-25: Peter Evans - trąbka (1-6) & trąbka Piccolo (7) oraz Mike Pride – perkusja, instrumenty perkusyjne, autoharp. Siedem utworów, 51 minut.

Duet ważnych postaci nowojorskiej sceny muzyki kreatywnej dwóch ostatnich dekad, to spore wydarzenie w katalogu RP. Jako donosi albumowe credits album powstawał aż trzy lata, a składa się z siedmiu dobrze udramatyzowanych improwizacji (być może podpartych procesem predefinicji), które trwają na ogół po kilka minut. Jedynie druga i trzecia opowieść, to nieco bardziej rozbudowane formy. Jakość jest tu z nami od pierwszej do końcowej minuty, szczególnie w tych krótszych, lepiej unerwionych narracjach.

Czysto brzmiąca trąbka na kontrolowanym pogłosie i aktywny, wszędobylski drumming od początku tworzą tu dynamiczny, dobrze ukonstytuowany posmakiem post-jazzu flow. Techniczna biegłość, dramaturgiczna precyzja i swoista, gatunkowa bezpruderyjność dobrze robią każdej frazie trębacza, czy akcji zaczepnej perkusisty. Muzycy nie szczędzą nam melodii, szczególnie w drugiej i szóstej odsłonie. Gdy zdejmują nogę z gazu, ich opowieści nabierają nostalgii, oddechu refleksji, co ma miejsce zwłaszcza w anonsowanych dłuższych improwizacjach. Dużo jakości dostarczają szczególnie w piątej i siódmej, ostatniej opowieści. W tej pierwszej podobać się mogą drobne, ale bardzo soczyste preparacje perkusisty, w tej drugiej rezonujące talerze, tumany kurzu wydobywające się z trębackich wentyli, wreszcie piękne, mroczne, na poły oniryczne pożegnanie.

 


Mia Dyberg & Axel Filip HobbyHouse

Czas i miejsce akcji nieznane: Mia Dyberg – saksofon altowy oraz Axel Filip – perkusja. Osiem utworów, 32 minuty.

Tę duńską saksofonistkę znamy z kilku dość kameralnych ujawień impro, mniej pamiętamy z bardziej free jazzowych uniesień. Po prawdzie trudno orzec, czy improwizacja z bystrym, argentyńskim perkusistą winna wpisać się w pierwszy z wątków, czy raczej drugi. Dodajmy, iż połowa utworów tej szczęśliwie krótkiej płyty, to sytuacje opisane jako kompozycje Dunki.

Leniwy, nisko osadzony drumming i drobne dźwięki z rezonującej tuby saksofonu tworzą dobrze zapowiadającą się pieśń otwarcia. Na etapie rozwinięcia okazuje się jednak, że muzykom brakuje pomysłu na ciąg dalszy. Także w kolejnych odsłonach albumu zdają się oni stać rozkrokiem pomiędzy post-balladą, a porcją czegoś bardziej dynamicznego. Jeśli perkusista skory jest do inicjowania bardziej energicznych akcji (a dzieje się tak nie jeden raz), odpowiedzią saksofonistki są wystudzone, kameralne frazy, która niosą w sobie zalążki swobodnego jazzu, ale nie bardzo wiadomo, jak je spożytkować. Od czasu do czasu natrafiamy na mniej oczywiste, bardziej kreatywne akcje, jak choćby w szóstym utworze, ale giną one na dalszym etapie budowania narracji. Muzycy dobrze czują się w okolicach ciszy, ale nie mają pomysłu, jak wyjść z niej na powierzchnię dźwięku. Bodaj jedynie w czwartej odsłonie czuje się, że duet ma potencjał, by stworzyć coś bardziej intrygującego.



piątek, 20 stycznia 2023

Crispell, Fonda & Sorgen as Dreamstruck With Grace In Mind *)


Żyją na świecie artyści, którzy są niczym Król Midas. Czego by się tknęli, złoto leje im się z rąk. Amerykańska pianistka Marylin Crispell zdaje się być taką osobą. Wieloletnia partnerka artystyczna Anthony’ego Braxtona, pianistka, która piękne albumy nagrywała choćby z Barry Guyem, do tego prawdziwa artystka wyzwolonego jazzu – otwarta na improwizację, wyjątkowa stylowa, świetnie zorganizowana na klawiaturze, ale także w trybie inside piano, na ogół daleka od wulkanów ekspresji, typowych dla adeptów fire music, przez to jeszcze bardziej atrakcyjna w odbiorze.

Dziś wraca do nas z nagraniem w klasycznym trio, w towarzystwie muzyków równie wyśmienitych -kontrabasisty Joe Fondy i perkusisty Harveya Sorgena. Artystów poznajemy w bukiecie jedenastu kompozycji, które śmiało nazwać możemy rodzajem scenariuszy dla swobodnej improwizacji. Dodatkowo wszystkie one dowodzą, iż trio śmiało zasługuje nam miano mistrza krótkiej, zwięzłej formy. Crispell na album dotargała trzy notacje, Fonda cztery, trzy utwory podpisane są przez wszystkich, zatem możemy uznać je za niepredefiniowane improwizacje, a jeden utwór jest solową ekspozycją perkusyjną, zatem jego autorstwo przypisujemy Sorgenowi.



Początek albumu, to krótka opowieść, którą zaliczyć możemy właśnie do owych niepredefiniowanych narracji. Minimal step, kolektywna meta melodia ze smyczkiem i małe perkusjonalia – subtelna, nieco abstrakcyjna, stonowana, na klawiaturze całkiem liryczna improwizacja. Kolejne dwa utwory (wedle scenariuszy kontrabasisty), to dynamiczne ekspozycje, nie tylko tytularnie nawiązujące do estetyki Ornette’a Colemana. Zadziorne, czupurne melodie, prowadzone w gęstym szyku, zdobione krótkimi, niezobowiązującymi ekspozycjami solowymi, głównie kontrabasisty. Czwarty utwór zdecydowanie zaliczyć winniśmy do tych dłuższych, nieco spokojniejszych, które stwarzają sporą przestrzeń na fortepianowe opowieści. Początek bardzo melodyjny, wręcz romantyczny. Liryczne klawisze, rozśpiewany, choć wcale nie subtelny kontrabas i precyzyjna, nieprzegadana perkusja budują narrację bez zbędnego pośpiechu, ale i bez niepotrzebnych dźwięków. Oto opowieść dla tych, którzy nie potrzebują ekspresyjnych szczytów, by czerpać wielką radość z muzyki improwizowanej. Na wytrwałych czeka tu jeszcze soczyste, lekko rozhuśtane solo kontrabasu, które wieńczy ponad siedmiominutową narrację. Po nim następuje solowa improwizacja perkusisty, która dla odmiany nie budzi w nas specjalnych emocji, chyba niepotrzebnie uformowana w osobny utwór.

Rzeczone emocje są z nami na powrót w szóstej części. Narracja budowana z suspensem, ale wyjątkowo nerwowa. Krótkie, sygnalne dźwięki, które szukają zaczepki, bystra gra na małe pola z oceanem brzmieniowych i dramaturgicznych niuansów, do tego garść preparacji na gryfie kontrabasu. W następnym nagraniu do zadanych emocji dochodzi jeszcze zadziorna dynamika. Kilka definitywnie wirtuozerskich pasaży podsyła nam tu pianistka, a nagranie finalizuje się w trakcie perkusyjnego solo. Ósma opowieść śmiało pretenduje do miana najpiękniejszego na płycie. Dalece abstrakcyjne frazy piana są tu błyskotliwe kontrapunktowane smyczkowymi boleściami i chmurą rezonujących talerzy. 

Trzy ostatnie opowieści niosą nam moc post-klasycznych, zadumanych fraz pianistki, które napotykają na różnorodne reakcje kolegów. W pierwszej z nich melodia stoczyć musi zażarty bój o przetrwanie z dynamicznie usposobionymi kontrabasem i perkusją. Nostalgia zderza się tu z czupurnością, a zwycięzcami okazują się wszyscy, łącznie z cierpliwymi słuchaczami. Dziesiąta ekspozycja jest dość zwarta w formie, pełna wszakże ekspresji i narracyjnych kantów. Wreszcie finał, na poły balladowy, trochę rezolutny, całkiem melancholijny. Bezdyskusyjnie podany nam z tytułową gracją, nie tylko na myśli.

 

Dreamstruck - Marilyn Crispell, Joe Fonda, Harvey Sorgen With Grace In Mind (Fundacja Słuchaj!, CD 2022). Marilyn Crispell – fortepian, Joe Fonda – kontrabas oraz Harvey Sorgen – perkusja. Nagranie z 26 czerwca 2021 roku, Nowy Jork, Area 52 Studios, Saugerties. Jedenaście kompozycji, 48:23.

 

*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana



wtorek, 1 lutego 2022

Ivo Perelman! Brass & Ivory Tales! *)


Brazylijski saksofonista Ivo Perelman, od lat rezydent nowojorski, na miano najpracowitszego free jazzowego improwizatora zasługuje jak nikt inny na świecie. Obserwując jego aktywności na najpopularniejszym portalu społecznościowym można nawet odnieść wrażenie, że muzyk po prostu mieszka w studiu nagraniowym na Brooklynie. Artysta rejestruje sesję za sesją, wiele z nich trafia na oficjalne wydawnictwa, część z nich oczekuje jednak na szczególną okazję, by zaprezentować się światowej publiczności. Okazję taką, jak choćby 60-urodziny saksofonisty! Na taką właśnie okoliczność Perelman przygotował dla nas dziewięciopłytowy box nagrań z lat 2014-2021, w każdym przypadku poczynionych w kooperacji z takim samym instrumentem.

Perelman w ostatnich latach zachwycał nas w szczególności nagraniami z instrumentami strunowymi, teraz postanowił obdarzyć nas ogromnym zestawem nagrań z udziałem pianistów. Wszak fortepian, to także instrument strunowy! Krajowa Fundacja Słuchaj! dostarcza nam zatem box złożony z dziewięciu pełnowymiarowych albumów, a nam nie pozostaje nic innego, jak słuchać i ów ocean dźwięków opisywać. Zadanie, co zrozumiałe, nie jest łatwe, bo całość to ponad dziewięć godzin muzyki, a dodatkowo estetyka improwizacji na saksofon tenorowy i fortepian (rzadko preparowany) w każdym przypadku pozostaje dość do siebie zbliżona.

Muzyków na to epickie przedsięwzięcie Perelman dobrał sobie znakomitych, choć nie każdy wybór wydawać się mógł prosty, tudzież oczywisty. Trzy Panie, sześciu Panów, niemal każdy z innego obszaru fortepianowej muzyki improwizowanej. Niektórzy to królowe i królowie awangardy, inni bywają postrzegani, jako muzycy bliżsi głównego nurtu jazzu. Efekt w każdym przypadku bywa jednak zaskakujący i choć nie wszystkie dźwięki boxu ekscytują nas w takim samym stopniu, nota za całość dla Perelmana nie może nie być wysoka. Poniżej garść luźnych spostrzeżeń recenzenta, które mogą okazać się całkiem przydatne w przypadku sumiennego eksplorowania tak rozbudowanej formy edytorskiej. W nawiasach podaję rok powstania danej rejestracji studyjnej (wszystkie: Parkwest Studios, Brooklyn, Nowy Jork).



 

Tale One with Dave Burrell (2020)

Opowieści z Blachy i Kości Słoniowej zaczynamy od spotkania Perelmana z weteranem amerykańskiej free music, tej silnie osadzonej w historii jazzu, a także blues & gospel, Dave’em Burrellem. Dwie rozbudowane improwizacje (łącznie ponad 57 minut) bystrze uwypuklają gatunkowe konotacje pianisty. Dyktat rytmu, pewna oczywista, bluesowa, wręcz ragtime’owa taneczność i melodyka, ale także lekkość, a nawet frywolność. Na początku nagrania muzycy sprawiają wrażenie młodzieniaszków, którzy w podskokach pokonują kolejne odcinki drogi do szkoły. Wielu dynamicznym momentom towarzyszą tu dobrze zaplanowane spowolnienia. Muzycy wydają się wtedy niezwykle romantyczni, ale szczęśliwie nie wykazują skłonności do przynudzania. Z kolei pod koniec pierwszego seta są w stanie stworzyć dość mroczny klimat.

Drugi set wydaje się być doposażony w większą porcję zadumy. Tenor Perelmana, jak to ma w zwyczaju, lubi ciągnąć narrację ku górze, frazować w bardzo wysokich rejestrach. Piano Burrella dobrze trzyma się wtedy podłoża, dba o odpowiednie parametry dynamiki, bez skrupułów zdolne jest także do post-swingowych wycieczek. Pod koniec płyty artyści pokazują, że bez trudu uciekliby w odmęty free jazzu, gdyby tylko mieli na to ochotę.

 

Tale Two with Marilyn Crispell (2014)

Na drugim dysku zdaje się, że dostajemy to, co najlepsze w całym zestawie! Crispell, to postać wyjątkowa w każdym wymiarze współczesnej pianistyki i w trakcie dziewięcioczęściowej opowieści (53 minuty) udowadnia to w każdej improwizacji. Płyta skrzy się emocjami, te zaś tańczą na linie i nie pozwalają na chwilę nieuwagi. Perelman w obliczu nieprzewidywalnego radzi sobie doskonale i to też nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem. 

Utwór otwarcia buduje piękne, melodyjne piano, jakbyśmy na moment zawitali na post-klasycznych salonach. Równie kameralny saksofon jątrzy i ciągnie opowieść ku górze. Druga część stawia na koślawy rytm, który prowokuje saksofon do pierwszej ognistej ekspozycji. Zaraz potem dostajemy się w wir mrocznej opowieści wprost z czarnych klawiszy. Saksofon najpierw wzdycha, potem robi się nerwowy. Ów stan dobrze mu służy, bo kolejne trzy opowieści generują naprawdę dużą porcję ekspresji - narracja brnie tu do przodu z free jazzowym zębem, pełna jakże zadziornych fraz. Piano wszakże w każdej sytuacji zachowuje się nieco inaczej. Czasami buduje jedynie minimalistyczny szlak, po którym galopuje bystry dęciak. Siódma improwizacja wyhamowuje i śle nam nutki nostalgicznego śpiewu przez łzy. Z kolei ósma część, to wybuch ekspresji, który uroczo przeobraża się w drobiazgowe, preparowane frazy. Sam finał płyty stawia na sprawdzone wzorce. Piano płynie klasycyzującym nurtem, saksofon głęboko oddycha i uśmiecha się pod nosem.

 

Tale Three with Aruán Ortiz (2017)

Następna opowieść, to spotkanie z kubańskim pianistą Aruánem Ortizem, którego dane personalne pozostawały do pierwszego dźwięku tej płyty całkowicie redakcji obce.  Siedem improwizacji trwa tu prawie 56 minut i pokazuje kolejne, zupełnie inne oblicze tenorowych dialogów Perelmana z fortepianem.

Latynoski sznyt pianisty zdobi ten zbiór improwizacji od startu do niemal końcowego dźwięku. Pierwsza opowieść z perspektywy całego albumu wydaje się najciekawsza. Piano pracuje marszowym krokiem, wprost z klawiatury, z silnymi akcentami czerni. Flow jest skromny, ale mocno osadzony rytmiczne, budowany z matematyczną precyzją, czasami pachnący post-bluesem. Saksofon zdaje się tu mieć wyjątkowo wiele twarzy. Bywa łagodny, ale i rozhuśtany emocjonalnie, bywa rozśpiewany, ale i smutny. Dwie kolejne opowieści gruntują zadaną estetykę, dodając jej pewnej abstrakcyjności. W części czwartej element taneczności czyni ów moment lekkim i powabnym, z kolei opowieść piąta budowana jest na masywnej konstrukcji rytmicznej, pod którą podłącza się saksofon, i niczym rezydent sokolego gniazda szuka na horyzoncie narracyjnych atrakcji. Już pod koniec tej części muzycy dają wytchnienie dynamice i zaczynają zanurzać się w tonacji dalece balladowej. Ostatnie kilkanaście minut możnaby sobie darować, gdyby nie solowe ekspozycje Ortiza, które kreują ciekawą dramaturgię, choć nie napotkają na jakąś ciekawszą reakcję Perelmana.

 

Tale Four with Aaron Parks (2020)

Amerykański pianista Aaron Parks dotarł na spotkanie z Perelmanem zdecydowanie z obszaru jazzu środka. W trzech zwięzłych improwizacjach (całość trwa niepełne 40 minut) dowiódł, iż nie jest ważne miejsce startu, ale lądowania!

Muzycy zaczynają spokojnie, z melodyjnym, post-klasycznym pianem z domieszką bluesa i delikatnymi parsknięciami saksofonu. Opowieść wypływa na wody bardziej swobodnej improwizacji dzięki szarpnięciom Perelmana. Set pokazuje, iż ten duet potrafi siać niepokój, tudzież ciekawie nabierać intensywności, wystarczy jedynie puścić wodze fantazji. Pod koniec pierwszej części do dźwięków dętych Ivo dokłada także gardłowe pomruki. Najciekawiej wydaje się być jednak w części drugiej. Akcenty deep and inside piano (jakkolwiek bardzo nieśmiałe) udanie lepią się z saksofonowymi preparacjami. Akcja nabiera rozmachu dzięki dynamicznym pasażom pianisty. W części trzeciej powraca klasycystyczny sznyt, ale piskliwy ton saksofonisty nie daje tu przysnąć pianiście choćby na ułamek sekundy. Muzycy nie forsują tempa, a w spokojnych pasażach potrafią from time to time łapać jakąś bardziej swobodną myśl narracyjną.

 

Tale Five with Sylvie Courvoisier (2018)

Jeśli w Opowieściach z Blachy i Kości Słoniowej przy klawiaturze fortepianu zasiada kobieta, to jakość improwizacji intrygująco rośnie. Ta zasada, póki co, obowiązuje! Spotkanie z Sylvie Courvoisier składa się z jedenastu części i trwa ponad 54 minuty. Oto zmysłowa plejada małych form knujących wielkie intrygi!

Muzycy zaczynają swoją rozmowę w morzu subtelności, zdobiąc narrację klasycystycznym posmakiem. Zaraz potem do dania głównego dodają połamany, post-ragtime’owy rytm, kręcąc pętle na dużej swobodzie. W trzeciej etiudzie po raz pierwszy Sylvie sięga głęboko do strun fortepianu. Jej instrument brzmi sucho, niczym pozbawiona dostępu tlenu harfa. W kolejnej serwuje saksofoniście dźwięki wprost z czarnych klawiszy, ewidentnie prowokując go do działania. Meta ballada sprytnie przeobraża się tu w małą galopadę. A zaraz potem znów inside piano, brzmiące jak wygłodniałe pisklęta. Ivo też zaczyna preparować i brzmi niczym pustynny wiatr. Opowieść nabiera rzewnej melodyki, a jej zakończenie łapie zaskakującą dynamikę. Piano spod klawiatury zabrzmi jeszcze dla nas w części ósmej, ale przedtem, w siódmej, muzycy zdają się spoglądać na nas dalece jazzowym okiem. Po refleksyjnej miniaturze w części dziewiątej, kolejna improwizacja zaprasza nas na podróż po mrocznych zakamarkach wyobraźni obu artystów. Dead ballad z molową melodyką, to wyjątkowo uroczy fragment całości. Wreszcie spokojny, wytłumiony finał tego szalonego spotkania przy świecach. Delikatne pasaże, solowe interludia i już cały ocean brzmieniowych subtelności.

 

Tale Six with Agustí Fernández (2017)

Na spotkanie z mistrzem inside piano preparations, katalońskim pianistą Agustí Fernándezem ostrzyłem sobie zęby niemal do gołego dziąsła. Ten duet - składający się z dziewięciu części (54 minuty) - z całą pewnością stawiać należy na podium najlepszych fragmentów boxu, ale … pewien niedosyt pozostawia. Być może wynika on z faktu, iż gospodarz przedsięwzięcia mocno trzymał tu w ryzach gorący temperament Iberyjczyka.

Początek łagodny, jak śpiew skowronków o poranku, ale już po chwili, w drugiej części, artyści rozpoczynają poszukiwania punktów zapalnych – saksofon pnie się ku górze, a piano wyznacza mu szlak czarnymi klawiszami. Bycza krew zaczyna powoli wrzeć w żyłach muzyków! Trzecia etiuda szuka dla odmiany pewnej melodyki. Minimal piano buduje tu całkiem niezłą dynamikę, która w czwartej części sprowadzona zostaje do postaci bystrej, śpiewnej ballady. W piątej odsłonie długo oczekiwane preparacje! Cisza, suche oddechy dęciaka i błyskotliwie rosnąca intensywność. Piano chce sięgać dna, saksofon trzyma je jednak na powierzchni i temperuje emocje. Fernández nie daje za wygraną i w szóstej części, mimo, iż płynie po klawiszach, daje Perelmanowi do wiwatu! Emocje sięgają tu nieba, a raczej ognia piekielnego! Dla odmiany siódemka koi nerwy post-klasycznym spacerem. Ciekawie frazuje tu saksofon, siejąc spory niepokój. W ósemce powrót inside piano ze zwinną repetą saksofonu, trwa niestety bardzo krótko. Wreszcie finał, grany na czarnych i białych klawiszach, z tubą dęciaka wysuszoną na wiór. Delikatne, uroczo bolesne zakończenie.

 

Tale Seven with Craig Taborn (2021)

Craig Taborn na spotkanie z Perelmanem przyniósł opasłe tomy jazzowych i free jazzowych doświadczeń, ale też pewną dramaturgiczną niefrasobliwość, by nie rzecz nonszalancję. W dwóch bardzo długich i trzech krótkich improwizacjach (łącznie 65 minut) pianista nie zawsze zdaje się mieć pomysł na rozwój narracji, czy też skłonny jest przejmować inicjatywę, a trzeba przyznać, że saksofonista robi wiele, by Siódma Opowieść należycie przykuwała naszą uwagę.

Ambiwalencje recenzenta świetnie ilustruje już pierwsza, wielominutowa improwizacja. Tempo otwarcia jest dalece pogrzebowe, a minimalizm kreacji nie pomaga budowaniu zrębów ciekawej improwizacji. Wątki snują się po podłodze, a ogień emocji nie jest dostrzegalny nawet przez szkło powiększające. Szczęśliwie muzycy w trakcie tej improwizacji bodaj trzykrotnie łapią ekspresję za rogi i w mgnieniu oka osiągają stan bystrej, free jazzowej kipieli. Trzeci szczyt zdobią nawet pół okrzykami z rozgrzanego gardła. W tak zwanym międzyczasie, w trakcie częstych spowolnień, ich opowieść raz za razem natrafia na narracyjne mielizny. Druga i trzecia improwizacja, obie pozbawione jakichkolwiek punktów zaczepienia, obie szczęśliwie krótkie, od razu nadają się do zapomnienia. Dużo lepiej dzieje się w dwóch ostatnich improwizacjach. Ta czwarta, znów wielominutowa, konstruowana bardzo skrupulatnie, nie epatuje wielkim emocjami, ale wiele jej momentów istotnie przykuwa naszą uwagę, zwłaszcza wtedy, gdy muzycy budują flow z drobnych, niemal urywanych fraz. Dobrze dramaturgii całości robi też rozbudowane solo pianisty. Z kolei ostatnia narracja powraca do ekspresyjnych wątków pierwszej części. Nie brakuje dynamiki i należytej gęstości. Finał wiele rekompensuje, ale nie wszystko.

 

Tale Eight with Angelica Sanchez (2021)

Słowo się rzeko, skoro pianistka przy klawiaturze, to recenzencki entuzjazm na krzywej wznoszącej! Tym razem Angelica Sanchez, Amerykanka z latynoskimi korzeniami i dziewięć opowieści (ponad 61 minut), dobrze skrojonych, świetnie wyimprowizowanych, udanie łączących subtelny temperament pianistki i garść efektownych pomysłów saksofonisty.

Pierwsze dwie improwizacje budowane są na rozhuśtanym rytmie, jakie ewokuje piano. Saksofon nie wychodzi przed szereg, generuje mroczny, lekko oniryczny nastrój. Pierwszy ładunek ekspresji przynosi trzecia opowieść, która nadaje zadanej stylistyce gęstszą strukturę, ale i pewną posępność klimatu. Zaraz potem czeka nas udana metamorfoza ballady w kolektywny półgalop, stymulowany piskiem saksofonu i wyrafinowaniem dramaturgicznym piana. Piąta, środkowa improwizacja, to zdaje się opus magnum całego seta. Pojawiają się pierwsze preparacje z obu stron, a narracja budowana z mikro fraz dostaje dynamiki wprost z czarnych klawiszy. W kolejnej opowieści Sanchez kontynuuje spacer bezpośrednio po strunach swego instrumentu. Saksofon najpierw efektownie szumi, potem wypuszcza się w ekspresyjny taniec. Płyta do końca trzyma wysoki poziom, a muzycy koncentrują się na budowaniu spokojniejszych, acz wewnętrznie nerwowych narracji. W siódmej części warto odnotować post-bluesowe solo piana, a w ósmej błyskotliwe preparacje saksofonu, płynące z głębokiej ciszy. Końcowa opowieść, nie po raz pierwszy tkana z drobiazgów, stawia na prostsze rozwiązania, ale dodaje do tego jeszcze większą porcję emocji.

 

Tale Nine with Vijay Iyer (2021)

W trakcie szczegółowego omawiania Opowieści z Blachy i Kości Słoniowej kilku pianistom zaserwowaliśmy tu trochę drobnych uszczypliwości, zatem doskonale się dzieje, iż cały box wieńczy płyta nagrana przy udziale amerykańskiego pianisty Vijaya Iyera. Ten bowiem na spotkanie z Perelmanem przyniósł całe mnóstwo bystrych pomysłów, w trakcie zaś nagrania był wyjątkowo kreatywny i zapewne sprawił, iż honor męskiej części pianistycznego świata został uratowany. Dysk końcowy (pięć improwizacji, ponad 63 minuty), to wyśmienite nagranie!

Już sam początek stawia nas do pionu! Nerwowy, kanciasty rytm piana i saksofon, który od pierwszego oddechu szuka okazji do pohałasowania. Kind of free jazz, jakże charakterystyczny dla Perelmana, zyskuje w towarzystwie Iyera dodatkowy ładunek ekspresji i pewnej nieprzewidywalności. Po krótkiej balladzie, stanowiącej drugą część, szybko znajdujemy się w trzeciej opowieści. Ta rodzi się z mroku i mgły, płynie tęsknym strumieniem, ale zdecydowanie pod górę. Tempo pojawia się na dobrze przygotowanym gruncie. Gdy artyści zwalniają, także dają jakość, stając się przy tym tajemnico zadumani. Świetne, minimalistyczne solo piana, to kolejny powód do zachwytu. W chwilach uniesienia muzycy zdają się być pełni rozpaczy, ale i determinacji. W trakcie tej bystrej narracji nie brakuje też akcentów inside piano i chwil zadumy. Czwarta opowieść kontynuuje spacer po czerwonym dywanie! Gęsty rytm post-jazzu, romantyczne spowolnienia, a nawet kilka klasycystycznych grepsów, które niespodziewanie niosą nowe porcje emocji. Tenorzysta nie stroni od oddechu cyrkulacyjnego, to z jego płuc płynie moc finalizacji. Piąta improwizacja, podobnie jak druga, niezbyt długa, spina całość taneczną klamrą, zdobioną saksofonem w kolejnym locie wnoszącym.


*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została - w formie artykułu - opublikowana w ubiegłym tygodniu



piątek, 1 marca 2019

GGRiL! Un Ensemble! Glasgow Improvisers Orchestra! Splitter Orchester! Marmolada! An explosive beauty of a larger one!


Zapraszamy na mały festiwal dużych składów! Pięć intrygujących, wieloosobowych orkiestr z kilku zakątków świata. Muzyka komponowana, muzyka improwizowana oraz wszystkie możliwe kombinacje tychże zjawisk, wariacje na temat i inne, równie szalone incydenty!

Najpierw dwie absolutnie świeże płyty, wydane dosłownie przed momentem, potem zaś trzy, które miały swoje premiery w roku ubiegłym. Orkiestry francuskojęzyczne, także szkocka, niemiecka i polska. Tłumy muzyków na scenie, moc wrażeń po stronie odbiorców i wrzący tygiel ponadgatunkowych odniesień artystycznych.




GGRiL  Façons (Circum-Disc/ Tour de Bras, 2CD 2019)

Naszą podróż zaczynamy w kanadyjskim Quebecu. Orkiestrę GGRiL, znaną także pod pełną nazwą Le Grand Groupe Régional d'Improvisation Libérée, kojarzyć winniśmy choćby z doskonałą płytą Vivace, nagraną kilka lat temu z Evanem Parkerem. Szefem przedsięwzięcia zdaje się tu być basista Éric Normand, o którym ostatnio ciepło wspominaliśmy przy okazji tria z Johnem Butcherem.

Na podwójny krążek Façons (całość nagrania pomieściłaby się na jednej płycie kompaktowej) składają się trzy spotkania muzyczne (wszystkie miały miejsce w roku 2018). Na każdym z nich Orkiestra wykonała kompozycje stworzone specjalnie na jej zamówienie. Łącznie w przedsięwzięciu wzięło udział 22 muzyków. Nie będziemy ich tu wszystkich wymieniać, wskażemy jedynie, iż w Orkiestrze znalazło się miejsce dla ośmiu instrumentów dętych drewnianych i blaszanych (tu goście specjalni: Caroline Kraabel, Ingrid Laubrock i John Butcher), trzech basów, czterech gitar, dwóch zestawów perkusyjnych, trzech instrumentów smyczkowych oraz jednego akordeonu i harfy. Pełna lista płac: https://tourdebras.bandcamp.com/album/fa-ons

Na początek kompozycja Organon, efekt pracy Isaiaha Ceccarelliego (21 minut), na którą składa się, cytując wydawcę, kilka zbiorów monolitycznych uzgodnień. Narrację buduje od pierwszej sekundy monumentalny dron, który płynie wolno, ale stabilnie, strumieniem dźwiękowym będącym efektem działań zapewne wszystkich muzyków na scenie. Grzmoty, skowyt, pomruki – elektroakustyczna burza w piorunami. Jako pierwsze z tej chmury intrygujących dźwięków wyłaniać próbują się dęciaki. Mocny fundament dla ich podskoków generuje czereda basów elektrycznych, kontrabasów i gitar elektrycznych. Pary w dłoniach nie brakuje także perkusjonalistom. Rzecz można – Power Orchestral Drone & Noise! W 10 minucie sekcja dolna delikatnie zmienia szlak podróży, a cała narracja zaczyna rozpływać się na mniejsze frakcje dźwiękowe. Jakby lód topniał pod nogami muzyków – dęciaki grzmią, dysze łapią oddech, wentyle ciężko pracują. Dobrze wyeksponowana zdaje się być szczególnie podsekcja blaszana. Po kilku minutach Orkiestra stanowczo wyhamowuje. Muzycy stoją w miejscu - klimat semi-oniryzmu, pasaż z bliżej nieokreślonego źródła dźwięku, eskadra małych dronów. Mutujące się, zwiewne płaszczyzny meta melodyki, powstające nie bez udziału elektroakustyki, czynionej zapewne przez gitarowe amplifikatory. Rodzaj zmysłowego symphonic noise, pełnego zgrzytów i perkusyjnych ornamentów. Na końcówce bystre wybrzmiewanie.

Tuż po Organon, w ramach uzupełnienia dysku pierwszego, skromna 7 i pół minutowa praca Xaviera Charlesa Sur les Genoux. To zapisany efekt pewnego tajemniczego warsztatu – rodzaju ćwiczenia z umiejętności słuchania. Muzycy zdają się oddychać zupełnie innym powietrzem niż w trakcie poprzedniego spotkania. Opowieść budują głównie instrumenty smyczkowe. Małe, spokojne, niemal pojedyncze ekspozycje. Ledwie kilku muzyków, szczypta elektroakustyki niewiadomego pochodzenia, prychanie dętych i blaszanych. Stateczna, bardzo molekularna narracja, naznaczona piętnem improwizacji. Kind of strings in hardly sonic enviroment.

Czas na dysk drugi i kompozytorski pomysł Johna Butchera w sześciu częściach, nazwany Local Fixations. Przez blisko trzy kwadranse muzycy będą dość swobodnie improwizować, korzystając zapewne jedynie z pewnych drogowskazów, nakreślonych przez autora. Punkt wyjścia dla Lokalnych Problemów zdaje się być wymarzony – gitary, basy i amplifikatory, sprzężenia i spięcia, półmrok czystego noise. Niemal free rockowe otwarcie, czynione także przy wsparciu energetycznej trąbki. W 3 minucie kilka plastrów smyczkowego miodu dla złagodzenia sytuacji fonicznej. Urocza i zmysłowa, mała filharmonia. Gitary jednak ripostują, złorzeczy klarnet basowy. Owczy pęd kieruje muzyków ku eskalacji, bez udziału wszakże jakichkolwiek akcentów perkusyjnych. Te ostatnie czynią wstęp do kolejnego Problemu. Struny, elektroakustyka prądu, drżące membrany, także gitara akustyczna i akordeon – szeroki bukiet filigranowych ekspozycji, w tym saksofonu samego Butchera. Moc pojedynczych dźwięków, które lepią się w gęstą ciecz. Fragment zdominowany przez akustyczne instrumenty, w tym także bystry kontrabas. Kolejna opowieść rodzi na się na gryfach strunowców, do gry wchodzi również gitara z akcentami quasi flamenco – wyborna zabawa w call & responce. Krótkie, urywane frazy akordeonu i trąbki, prawdziwie urokliwa miniatura. Czwarty Problem ogłasza grzmot kontrabasu. Wsparcie idzie ze strony perkusjonalii i dęciaków. Kontrabas raz za razem czyści teren podmuchami potężnej fonii, pod które podłącza się coraz więcej instrumentów. Narracja gęstnieje, nawet na etapie stabilnego wybrzmiewania – dobra zmian gitar elektrycznych i skrzypiec. A kontrabas grzmi do ostatniego dźwięku. Cudowny odcinek! Piąty Problem – sopranowy Butcher, kontrabas i gitara, oto trio otwarcia. Nalot dywanowy elektroakustyki – perfekcyjny kontrapunkt! Tłusta ekspozycja, w której ważne dramaturgicznie momenty dźwiga na swych plecach akordeon. W drugiej części niespodziewanie pikuje ku górze – świst gorącego powietrza zdaje się rozrywać nam narządy słuchu. Porządek na scenie robi smyczek na gryfie kontrabasu. Wreszcie finalny Problem – struny w sytuacjach sonorystycznych, dęte kontrapunkty, małe perkusjonalia. Groza tajemniczej post-filharmonii. Na scenę zaczynają przybywać dodatkowe instrumenty, zdaje się, że całe GGRiL osiąga stan wrzenia. Na ostatniej prostej dużo dobrego ze strony reeds & brass. Piękny finał doskonałej - szczególnie w trzeciej odsłonie – płyty, budowany dronowo-ambientowym kosmosem półdźwięków!




Un Ensemble  Points Sans Surface (Circum-Disc, 2019)

Czas na rdzennie francuski ansambl Un. Na potrzeby wykonania kompozycji Points Sans Surface w pewnym tajemniczym miejscu (nie doszukałem się szczegółów w opisie płyty) zebrało się 29 muzyków, w tym szef Orkiestry David Chiesa, którego znamy raczej jako kontrabasistę, ale tu grać będzie na elektrycznym pianie.  Pełne instrumentarium Un Ensemble jest następujące: osiem instrumentów dętych drewnianych i blaszanych, trzy smyczkowe, trzy zestawy perkusjonalii, trzy basy, trzy gitary, dwa syntezatory analogowe, dwa głosy, także rzeczone piano, india harmonium oraz ludzie odpowiedzialni za elektronikę, brzmienie oraz … oświetlenie. Uff… pełna lista muzyków w linku: Strona płyty

Autorem kompozycji jest dobrze nam znany saksofonista Jean-Luc Guionnet (zagra na saksofonie altowym). Ponieważ zdecydowanie tym nagraniem wkraczamy w świat muzyki współczesnej, być może opis metody wykonania kompozycji zajmie nam więcej czasu niż zapis recenzenckich wrażeń z samego odsłuchu. A zatem – 29 wykonawców, soundsystem dla 25 muzyków, wyposażony w 8 głośników plus system do obsługi oświetlenia, które stanowi ważny element dramaturgiczny wykonania (obawiam się, że tego nie usłyszymy na płycie). Publiczność jest otoczona przez muzyków i głośniki. Każdy z instrumentów podłączony jest pod mikrofon. Sygnał dźwiękowy przekazywany jest na konsolę mikserską, gdzie jest wzmacniany, odtwarzany i miksowany z innymi dźwiękami. Do publiczności docierają zatem trzy strumienie fonii – akustyczna wprost od muzyków, przetworzona z głośników oraz mieszana (przy czym, dźwięki żywe docierają na zdecydowanie innej wysokości niż te z głośników). That’s all! Spektakl dźwiękowo-wizualny trwa prawie 66 minut, jest nieprzerwanym ciągiem dźwięków, na płycie podzielonym na osiem części.

Dźwięki otwarcia, to drony brzmiące niczym upalony akordeon, ale zapewne to syntezator analogowy lub india harmonium (z uwagi na skomplikowany sposób tworzenia fonii na koncercie, proponuję nie przywiązywać nadmiernej wagi do precyzyjnego wskazywania źródeł dźwięku). Fonia dociera z samego dna ciszy, a towarzyszy jej pomruk sali koncertowej, delikatny szelest swoistego field recordings. Prawdziwa meta muzyka w oczekiwaniu na coś niezwykłego. W 7 minucie pierwotny dron delikatnie moduluje się, a z samego dna piekła dostarczane są nowe podwarstwy narracji. Muzycy szorują struny, drży elektryka gitar. Zmiana traku na krążku następuje jednak w niemal zupełnej ciszy. W dalszej kolejności – pakiet drobnych, niemal pojedynczych dźwięków akustycznych. Przestrzeń huczy jednak elektroakustyką. Ansambl zdaje się kroczyć po złote runo, ale każdy krok stawiany jest z wyjątkową rozwagą. Głosy kobiece z megafonu, plamy prądu na kablach, w dole drony analogowej elektroniki. Wchodzą smyczkowe dużą falangą (trzeci trak), niemal nalot dywanowy. Mocny flow elektroakustyki, from time to time inkrustowany pięknymi plamami żywych dźwięków. Filharmonia w ogniu! Po 8 minucie do gry wchodzą dęciaki i skutecznie stopują całą narrację. Spektakl konsumuje wielki łyk kameralistyki, potem narasta, dynamizuje się i powoli pożera własny ogon. Zmysłowy, bardzo emocjonalny odcinek batalii. Atak dużych blaszaków, upiorny taniec, czuć, że gra duża orkiestra! Rytmiczne akcenty drummerskie aż po nagły stop! I jakby powrót do stanu początkowego – szmery oczekiwania, które przerywa krzyk z megafonu (start traku czwartego). Cisza, small piano, drobne przetasowania foniczne, grzmoty, pomruki, rozkwit elektroakustyki, moc gatunkowych znaków zapytania. Głosy z zaświatów, sonorystyka nieistniejących instrumentów, piękne smyki. Znów głos obwieszcza początek nowego (piątego), tu jakby coś wyliczał, obok smyki proszą o łyk świeżej wody. Stylowe kontrapunkty z wielu miejsc, na ogół z gotujących się gryfów. Piękny chaos punktowej improwizacji: strings gonią niczym pociągi na wietrze, gadający puzon, sto pomysłów na sekundę. Startuje szósty odcinek – drony, które zdają się scalać analogową elektronikę, obok bukiet incydentalnej akustyki, dzwonki, krzyki, znów megafon. A my już płynnie sięgamy po siódmy fragment – tu narracja zdaje się stać w miejscu, jak na początku koncertu, w poszukiwaniu nowych punktów zaczepienia. Niski dron o dętej, owalnej strukturze. W 5 minucie znaczący epizod drummerski, bardzo efektowny i powtarzany od czasu do czasu. Megafon czuwa, tu jakby zachęcał do kolejnych perkusyjnych eskalacji. Sonorystyka spływa na nas garściami, to z dęciaków, to jakby z kabli. Bogata narracja, także z akcentami noise. Pod koniec uporczywe poszukiwanie ciszy, pojedyncze dźwięki znikąd – efektownie, ale trochę bez emocji. Wreszcie finałowa partycja – obwieszczą ją groźnie brzmiący talerz. Z niemal metafizycznej ciszy wyłania się mikro zgiełk, generowany wszystkimi strumieniami fonii. Ambientowy niepokój, strach przed konsekwencją zaniechania. Akcenty dęte serwowane bardzo separatywnie. Pomruki, szmery, wycieranie potu z czoła, smyki na niskich gryfach. Wybrzmiewanie i narastanie, sinusoida emocji. Wielogatunkowy spleen ciągnie nas do ostatniego dźwięku. Electro-acoustic contemporary composition in impro enviroment has ended!




Glasgow Improvisers Orchestra Featuring  Marilyn Crispell &Evan Parker   Parallel Moments Unbroken (FMR Records, 2CD 2018)

Choć orkiestra improwizatorów z miasta stołecznego Glasgow jest tylko młodszą siostrą London Improvisers Orchestra, to dorobek fonograficzny ma dużo większy. Dziś sięgamy po jej najnowszy, dwunasty już krążek, który choć jest z nami ledwie kilkanaście tygodni, to zawiera nagrania już dość wiekowe. Koncert pomieszczony bowiem na pierwszym dysku miał miejsce w roku 2013 (CCA Glasgow), a ten na drugim – w roku 2014 (City Halls, Glasgow). Każdy z nich zdobi szacowna persona, o czym śmiało informuje wydawca, umieszczając ich w tytule wykonawczym. Osobą zaś wiodącą w samej orkiestrze jawi się saksofonista Raymond MacDonald, który pojawia się na liście płac także w kategorii kompozytor. Nikt z muzyków nie został przypisany do roli dyrygenta, zatem nie znamy bliższych szczegółów w zakresie kreacji procesu improwizatorskiego, czynionego przez całkiem sporą grupę muzyków. Definitywnie wszakże wracamy do świata free jazz/ free improv, ba, na drugim z dysków – uprzedźmy przebieg wydarzeń – poczujemy nawet smak swingu i Orkiestry Gila Evansa!

Koncert GIO z udziałem Marylin Crispell składa się z siedmiu części i trwa 28 minut z sekundami. Na scenie odnotowujemy obecność: dziesięciu instrumentów dętych, dwóch smyczkowych, trzech zestawów perkusyjnych (pośród nich Gino Robair), dwóch gitar, kontrabasu, fortepianu (gość!), harfy, wibrafonu, trzech zestawów elektronicznych, wreszcie dwóch głosów (w tym Maggie Nicols).

Nagranie otwiera solowa ekspozycja Crispell, grana spokojnie, z lekkim pogłosem. W dalszej kolejności do gry wchodzą instrumenty strunowe oraz odrobina dźwięków elektronicznych, a sama narracja gęstnieje i dynamizuje się, przy dużej aktywności perkusistów. Tuż potem minutowe interludium dla harfy i gitary. Powrotowi strunowców ponownie towarzyszy zgiełk na kablach, dialog głosu i klawiszy, także partii dętych zatopionych w szmerach bogatej instrumentacji. Akcja goni akcję, elektronika i akustyka, cicho i głośno, what ever you want! Płynne wejście w ciszę, harfa, głos, cicha gitara. Pasmo małych, wysokich i niskich półdronów. Także puzon, wielogłos fletów, kameralne struny i kwilące gitary elektryczne. Znów ułamek ciszy, potem dialog saksofonu i piana w konwencji call & responce (zapewne McDonald i Crispell). Pachnie dobrym free jazzem na kilometr! W komentarzu bystra kipiel w kilku tubach, także trąbki. Finałowy odcinek rodzi się z krzyku eskalacji, czynionych w podgrupach. Fire music as well! Finalne tłumienie spoczywa na barkach, a raczej gardłach kobiet. W tle polerują się struny. Urokliwe!

Drugi dysk wypełnia koncert z gościnnym udziałem Evana Parkera na saksofonie tenorowym. Składa się z jedenastu części, trwa blisko 50 minut, a na scenie obok saksofonisty odnajdujemy także: sześć innych dęciaków, dwa instrumenty smyczkowe i kontrabas, perkusję, elektronikę, aż cztery gitary, fortepian, harfę, obój i głos.

Parallel Moments Unbroken, część druga, powstaje z dźwięków strun, które narastają do pary z wydarzeniami perkusyjnymi, także fraz trąbki i saksofonów, jazzowego fortepianu, wreszcie ciepło brzmiącego saksofonu tenorowego Parkera. Czysty, stateczny flow dobrych fonii. Nie brakuje partii granych unisono, zapewne wprost z zapisów na kartkach. Małe expose głosu ludzkiego intonuje drugą część, znów silnie eksponującą tembr saksofonu gościa. W międzyczasie strunowce budują słodki background. Narracja narasta niemal symfonicznie, całość zdaje się być szczegółowo wyreżyserowana, mając wszakże u stóp bazę zdecydowanie free jazzową. Kolejne spiętrzenie następuje przy udziale saksofonu, piana i gitary. W oddali szum dużych aktywności, czuje się potencjał do zmyślnego hałasowania.  Tuż potem narracja otwiera jednak nowe wrota (numer traka przeskakuje na czwórkę) – tenor Parkera tyczy szlak jeszcze cieplejszym tembrem, akompaniament orkiestry zaczyna zaś smakować cool-jazzem. Zdaje się, że za kotarą przyczaił się sam Miles Davis, do tego w towarzystwie Gila Evansa. W ramach interludium Parker flirtuje z samotnością, by po niedługiej chwili ponownie przywołać zimny dreszcz słodyczy. Smyki, filharmoniczne zadęcie, kolejny smooth sax, dużo lukru, mało spontaniczności. Głosy z oddali i trąbka już całkowicie milesowska. Ósma partycja zdaje się burzyć ów ład i porządek - trochę brudu w dyszach, zadziorów na gryfach, ochłapy intrygującego chaosu. Less jazzy, more chamber! Dobra zmiana rozbudowanej sekcji gitar. W kolejnej części cool pozornie powraca – małe frazy, coś drży na kontrabasie, próba wejścia w obszar call & responce. Wzrost aktywności części milczącej Orkiestry sprawia, że smak dobrego free jazzu staje się naszym udziałem. Przedostatni odcinek – rozbudowane intro gitar, saksofon w pozie letargu, słodki dźwięk ala Fender do pary. Przez moment Parker brnie w oddech cyrkulacyjny, podbiegają do niego flet i trąbka, dzięki czemu doświadczamy drobnej kipieli. Zdaje się, że wraz z muzykami biegamy od ściany do ściany. Finał, choć wiele w nim niebanalnych dźwięków, znów topi się w słodyczy rozwiązań dramaturgicznych, na wprost zaciągniętych z opasłych tomów historii Orkiestry Gila Evansa. Samo wybrzmiewanie także bez błysku, z głosem kobiecym w tle.

Pełna lista muzyków obu koncertów:




The Pitch & Splitter Orchester  Frozen Orchestra (Splitter)  (Mikroton Recordings, CD 2018)

Definitywnie porzucamy jazzowe frazowanie, a w poszukiwaniu nowych, intrygujących zjawisk na scenie muzyki współczesnej, która improwizację traktuje, jako jedno z podstawowych narzędzi działania, przenosimy się do Berlina. Przedmiotem naszych zainteresowań będzie ostatnia, jak do tej pory, płyta Splitter Orchester, poczyniona wspólnie z formacją The Pitch. W tej ostatniej odnajdujemy klarnecistę Michaela Thieke, wibrafonistę i perkusjonalistę Mortena J. Olsena, kontrabasistę Koena Nuttersa oraz grającego na organach Borisa Baltschuna. To właśnie ta czwórka muzyków skomponowała materiał, który wraz z rozbudowaną załogą Splitter, wykonano w trakcie dwóch grudniowych dni roku 2017 w studiobörne45.

W ramach zaś samej Orkiestry – prawdziwy kwiat berlińskiej sceny improwizowanej! Wskazując instrumentarium, jakie wykorzystano w trakcie nagrania, wymienimy niektórych muzyków z imienia i nazwiska. A zatem na scenie: siedem instrumentów dętych drewnianych i blaszanych (m.in. Matthias Müller, Axel Dörner, Robin Hayward), trzy instrumenty klawiszowe (m.in. Magda Mayas, Andrea Neumann), trzy zestawy różnorakiej elektroniki, dwa instrumenty smyczkowe (m.in. Biliana Voutchkova), kontrabas (Mike Majkowski), dwa zestawy instrumentów perkusyjnych (m.in. Burkhard Beins) oraz gitara.


Kompozycja Frozen Orchestra (Splitter) trwa równą godzinę zegarową. Mimo, iż była nagrywana przez dwa dni, na płycie stanowi nieprzerwany ciąg dźwięków. Początkowa, wielominutowa partia kompozycji bazuje na gęstym niczym zastygająca lawa dronie, zbudowanym głównie z akustycznego żeliwa. Narracja stoi w miejscu, niczym stopklatka, drży zawieszona na nieboskłonie, jednocześnie umoczona po kolana w gęstym strumieniu niskich dźwięków. Proces jej narastania jest niemal niedostrzegalny, ale czujemy okiem wewnętrznym, iż ma miejsce. Parafrazując klasyka – more suspended & sustained piece. W okolicach 7 minuty pojawiają się pierwsze pojedyncze mikro frazy z gitary, klawinetu (?), skrzypiec lub/i wiolonczeli. W 10 minucie wytrawne ucho recenzenta odnajduje drobne modyfikacje w zakresie kształtowania się niskich partii drona. Dzieło zdaje się być prawdziwie monumentalne – zakochaj się albo uciekaj! Decydujemy się na pierwsze rozwiązanie! 15 minuta przynosi pierwsze objawy studzenia intensywności ekspozycji, 20 zaś – kolejne drobne stadium tego procesu. Po kolejnych pięciu minutach, flow drona ulega zdecydowanemu rozwarstwieniu. Podsekcja instrumentów klawiszowych i elektroniki zdaje się tyczyć szlak nowej ekspozycji. Elektroakustyczna mieszanka wielosmakowa! Grzmoty niskich dęciaków, szum wody z kabli, ptasia kawalkada mikro zdarzeń akustycznych - cała narracja już definitywnie wyhamowuje. Budzimy się w rzeczywistości nocnej burzy z piorunami. Ciepłe podmuchy wiatru i 100% wilgotności powietrza. Jego gęstość sprawia, iż w głowie recenzenta budzi się wspomnienie berlińskiego post-techno sprzed ćwierć wieku i magicznego Basic Channel! Niesamowity efekt – dominuje brzmienie syntetyczne, które zdaje się mieć urodę akustycznych dźwięków! W okolicach 30 minuty z tej pozornie chaotycznej powłoki zaczyna wyłania się nowy dron. Podkreślmy wszakże - intensywność nalotu dywanowego jest ciągle naszym udziałem. Dobre akcenty z niskich klawiatur, bogactwo tła. Sama narracja toczy się pozornie dość spokojnie, a muzycy jakby otwierali bramę do ambientu – ciemnego, chwilami nawet czarnego. Rośnie liczba akcentów wprost ze strun – piękny wielogłos akustyki, trwale wtopiony w masywny dron, który po 42 minucie zdaje się delikatnie zastygać. Towarzyszą temu pojedyncze akordy piana. Przed muzykami proces powolnego, ale systematycznego gaszenia płomienia. Gitarowe pląsy, estetyka minimal, oczekiwanie na nieuchronność końca spektaklu. Od 55 minuty także plamy dęciaków, pojedyncze pasaże strunowców, wibrafon, kontrabas, piano, dzwonki, gitara – jakby muzycy, jeden po drugim, wychodzili z gęstej mgły. Posmak chamber, dron tli się w pogorzelisku. Jakże stylowe wybrzmiewanie. 




Marmolada  Musica Privata V (Musica Privata, CD 2018)

Na finał dzisiejszej orkiestrowej opowieści akcent krajowy, przy okazji najmniejsza z prezentowanych formacji, składająca się bowiem z jedenastu muzyków. Marmolada, bo tak słodko brzmi nazwa grupy, to jakby mała wersja Łódzkiej Orkiestry Improwizowanej. Podmiotem sprawczym przedsięwzięcia jest saksofonista Paweł Sokołowski, także główny organizator cyklicznego, łódzkiego festiwalu Musica Privata. W trakcie edycji 2016 tegoż wydarzenia powstało nagranie, które dziś przystawiamy do naszych uszu. W składzie Marmolady odnajdujemy także: dwie wiolonczele (Małgorzata Bogusz - Cyganowska, Adam Webster), saksofon altowy (Marcin Garncarek), głos (Bartosz Wrona), dwie gitary elektryczne (Michał Sember, Michał Tylak), … smartfon (Cezary Perliński), mały akordeon (Marta Kazimierczak), perkusjonalia (Aleksander Wnuk) i kontrabas (Ernest Ogórek). Koncert, będący nieprzerwanym ciągiem dźwięków (z jednym, drobnym klejeniem po części siódmej), trwa 46 minut bez jednej sekundy, a podzielony został na dziewięć części.

Muzyka Marmolady zdaje się być bardzo swobodnie improwizowana, dodatkowo nic nie wskazuje na to, iż w orkiestrze mamy jakikolwiek ośrodek dyrygencki. Ważny element dramaturgiczny narracji stanowi tu rytm, który raz po raz, z różnych ośrodków dowodzenia, wtłaczany jest w szranki improwizacji i sprytnie popycha ją do przodu. Otwarcie koncertu nie budzi wątpliwości, co do dalszego jej przebiegu – struny w tańcu, sprytne smyki, akcenty perkusjonalne na gryfach, prychanie i przedęcia saksofonów, czyli free improv z rozmachem, w pięknych akustycznie okolicznościach przyrody. Pierwszy motorem napędowym jawi się Wrona i jego ekspresyjne gardło, tudzież powykręcany rytm, tamże posadowiony. Pozostawili muzycy zdają się jeść mu z ręki. Narracja pierwszy rytmiczny dryl łapie już po kilkudziesięciu sekundach. Grzmoty gitar z prądem akcentują zmianę numeru traku na dysku. Znów moc pięknych, strunowych ekspozycji, skromne preparacje, także słodki tembr saksofonu i dźwięki ze smartfona (jak domniemujemy). Muzykowanie toczy się jakby w podgrupach, zawiera także incydenty solowe. Trzecią część wprowadza do gry akordeon. W tle szczypta akustycznej … elektroakustyki, piłowanie strun, także syntetyczne półdźwięki. Rodzi się rytm, po części za sprawą gitar. Tuż potem małe wytłumienie na barkach kontrabasu, a zmiana traku zdaje się już spoczywać na elektronice, którą dostarcza chyba smartfon (bo któżby inny). Niebanalna kumulacja dźwięków saksofonu i percussion. Moc energii i uśmiechów na ustach. Gracja swobody i scenicznego luzu. Piąty trak wybrzmiewa z akordeonem, a bazę rytmiczną generuje gitara, mająca wsparcie w drobnej fonii dętej. Początek szóstego traku ogłasza Wrona! Niespodziewanie ekspozycja staje się dalece molekularna - rodzaj dramaturgicznego zawieszenia. Głos sieje niepokój, a nastrój wzmaga się dzięki strunowcom, które zdają się być gotowe na wszystko. Rytm rodzi się na gryfach wiolonczeli i kontrabasu. Całkiem zmysłowe call & responce! No i Wrona na prezydenta! Siódmy rodzi się z ciszy i mroku, gardeł i zawilgoconych tub saksofonów. Cello na tle czeredy małych dźwięków, akordeon, saksofon, szczypta syntetyki i … cenzorskie wyciszenie narracji. Ósmy odcinek, niczym tango wyzwolonych improwizatorów – małe struny, szmery i oddechy. Trochę smutnych pasaży i rozśpiewany Wrona. Skromny rytm w dalekim tle (od kogo?). Meta melodie, tańce połamańce. Spiętrzenie całej Marmolady staje się powoli faktem (hałas też chce być elementem tej gry!). Bystry finał ma miejsce dzięki zapobiegliwości gitarzystów. Do ostatniego odcinka muzycy przystępują z marszu, płynnie i bez zająknięcia. Szybko podłapany rytm goni ku kolejnej eskalacji. Saksofony, gitary, tajemnicze obiekty, no i finałowe harce na alcie. Gitary idą z nim pod rękę! Zdaje się, że finał koncertu nie mógł być lepszy! Ekspresyjnie i emocjonalnie, z dobrym, choć delikatnie wyciszonym stopowaniem.
  


wtorek, 25 września 2018

Barry Guy! Blue Horizon of the 70th!


Muzyka improwizowana zaszytą ma w sobie swobodę twórczą, dźwiękowy anarchizm i społeczny komunizm. Czerpie siły witalne z burzenia konwencji i niezgody na świat zastany. Jest czupurna, złośliwa, bywa wulgarna i nieokiełznana. Mimo tych błyskotliwych przywar doczekała się – zapewne wbrew woli ojców założycieli – prawdziwych postaci pomnikowych, których należy otaczać czcią i głosić ich wieczną chwałę.

John Stevens, Paul Rutherford, Derek Bailey, Evan Parker, Trevor Watts, Peter Brotzmann, Alex von Schlippenbach, Misha Mengelberg, Barry Guy… Czy o kimś naprawdę ważnym zapomniałem?

Ostatni z wymienionych muzyków w 2017 roku przekroczył kolejny horyzont, skończył bowiem 70 lat. Jego ubiegłoroczna wizyta na warszawskim Festiwalu Ad Libitum była zatem szczególna. Trzy wyjątkowe koncerty (patrz: relacja Pana Redaktora na tych łamach look here), a po roku stosowny box Barry Guy@70 – Blue Horizon, wydany – co oczywiste – przez Fundację Słuchaj! Radość muzyka, wydawcy i słuchacza musi być w takim wypadku ponadnormatywna! Przypomnijmy sobie te dźwięki!




52:39, Agustí Fernández & Barry Guy

Od spokojnej ballady po free jazzową furię, przez ocean bezgranicznej improwizacji. Kompozycje szyte na miarę, jakby spod pióra mistrza barokowej formy. Improwizacje strzeliste, efektowne, pełne dzikiej, zwierzęcej wręcz ekspresji. Piękno, styl, emocjonalna synergetyczność dwóch wybitnych muzyków. Koncert jakby w połowie drogi pomiędzy melodyką i melancholią tria Aurora, a bystrym sonoryzmem ich nagrań w duecie.

Na początek klasyk z pierwszej płyty Aurory (Annalisa), potraktowany dość obcesowo (brawo!). Drugi odcinek How to Go into a Room You Are Already In ma wymiar konstruktywnego minimalizmu. Tuż po nim czas na ostry smyczek na kontrabasie i fortepianowe preparacje (pierwsze Interludium). Czwartym (Uma) wkraczamy w świat kameralistyki – barwa, melodia, tonowanie emocji. Piątym kontynuujemy wątek swobodnych interludiów – dynamiczny, wyzwolony galop w nieznane. W The Ancients muzycy sięgają po bardziej konwencjonalne metody twórcze. Piękny smyczek na gryfie kontrabasu i chude dłonie Agustiego na ciepłych klawiszach fortepianu. Dystynkcja, rodzaj współczesnej abstrakcji, która błyskotliwie szuka powodu do wzrostu napięcia – od chamber music wprost w ramiona kipiącego emocjami free jazzu! Rounds stawia na subtelność, okraszoną szczyptą sonorystyki ze strony Barry’ego, która może skutkować eksplozją. Tak dzieje się w istocie rzeczy już po kilku chwilach. Gęsta, narowista historia, bliska estetyce interludiów z pierwszej części płyty. Także szybkie palcówki po klawiaturze. Na bis kolejny powrót do debiutu Aurory (Can Ram). Muzycy startują na pozycjach sonore & prepare, by ko kilku okrążeniach złapać piękny temat kompozycji i zmysłowo zakończyć koncert.


64:32, Marilyn Crispell, Barry Guy & Paul Lytton – Deep Memory

Dobry temat, ładna melodia, nostalgiczna, kolektywna improwizacja. Trio fortepian, kontrabas i perkusja, sytuacja niemal klasyczna. Siedem kartek spod pióra Guya i dwie propozycje do ogrania, bardziej rozwichrzone już na wejściu.

Scent w ramach pieśni otwarcia. Raz jeden, raz drugi muzyk delikatnie wychodzi przed szereg i rzuca pozostałym wyzwanie, z pełnym wszakże respektowaniem ich praw. Romantyczne fantazje, improwizowane fantasmagorie, perfekcyjna komunikacja. Fallen Angel startuje do lotu na ostro, z przytupem. Oto trio, które perfekcyjnie panuje nad emocjami. Tu, przykład zadumy konfrontowanej ze zgiełkiem wyzwolonego kontrapunktu. Crispell, to pianistka, która na ogół stroni od preparacji. To muzyk współczesnego jazzu, który częściej spogląda w stronę kameralistyki, harmonii, ładu i porządku na klawiaturze. Jednak dekada spędzona u boku Braxtona powoduje, iż potrafi dramaturgicznie zaskoczyć. W tej konstelacji wszakże, ucieczki w kierunku swobodnej improwizacji inspiruje najczęściej Guy. Co pewien czas przełącza tryb gry i sieje zdrowy ferment. Chwilami koncert zdaje się być w pół drogi do klasyki, która lubi improwizować. A jednak w 4 minucie utworu Sleeper spotyka nas niespodziewanie burza w piorunami! Free as well! Muzyka tryska urodą i … wbija nas w fotel ładunkiem emocji. Im bardziej dotkliwa bywa tu słodka nostalgia, tym dobitniej wybrzmiewa wojna artystycznych hormonów! A cisza po takiej burzy bywa bardziej efektowna niż sama burza. Tytułowy dla całego boxu Blue Horizon znów przenosi nas w świat kameralistyki. Muzycy czekają aż klasyczny sznyt nabierze mocy i robią duży krok w kierunku swobodniejszej formy, czego szczególnym przejawem jest błyskotliwy pasaż Crispell, pozornie wręcz out of control. Return of Ulysses, to czas na free jazzowy lapsus. Brawo! W 3 minucie prawdziwie szaleństwo na gryfie kontrabasu. Pioruny, grzmoty, bo Ulysses powrócił! Mocne trzy grosze od Lyttona na dokładkę. Silenced Music, zgodnie z tytułem, w początkowej fazie rzeczywiście zagłębia się w ciszy. To jednak pozór – po pewnym czasie muzyka pęcznieje, nabiera tempa i emocji. Ostre hamowanie na czystej klawiaturze Marylin zdaje się być jeszcze bardziej efektowne. Dark Days, dla przeciwwagi, od samego początku pełen jest dynamiki, kreatywnej agresji, pasji i zadziorności. Finał to już prawdziwa furia pianistki. Gossamer, to pierwszy z bisów, ten na wytłumienie emocji po obu stronach sceny. Uroda full improvised piece w rozbłysku. Drugi bis, Voyagers find, whatever is to be fund, idzie już na całość. Trzyminutowe trzęsienie ziemi!


46:00, Joëlle Léandre & Barry Guy

Porzucamy pięciolinie, scenariusze, predefiniowane struktury. Dwa kontrabasy i wielka improwizacja. Przy okazji pierwsze sceniczne spotkanie w duecie tych muzyków.

Najpierw About Time Too. Dwa szalejące smyczki na brunatnych gryfach, rwanie strun, emocje i pot od pierwszej sekundy - takie to temperamentne jest duo! Gęsta narracja, na pełnym gazie. Popis techniki i wyobraźni, najpierw w wersji dynamicznej, a po paru minutach, po zejściu w strefę ciszy, także w formie małych, filigranowych ekspozycji. W 8 minucie pojawiają się pierwsze akcenty … teatralne. Głosy, oddechy, przekomarzania werbalne. Inspiruje Leandre, ale Guy jest bardzo pojętnym uczniem. Humor, zabawa i muzyka on high level! Odrobina popisów, nawet wygłupów, które w żaden jednak sposób nie psują widowiska, baa, podnoszą temperaturę po obu stronach sceny mniej więcej o 100 stopni. Tu dozwolone jest każde zachowanie! Pod koniec pierwszej improwizacji muzyków dopada chwila barokowej wręcz zadumy, także okraszonej werbalnym komentarzem Francuzki. Płynnie przechodzimy do epizodu drugiego (High Time). Intrygująca rozgrzewka, nieco inne techniki artykulacji dźwięku. Ale emocje już stoją u wrót. Rozgrzany smyczek w opozycji do opukiwania pudła rezonansowego, stosowanego naprzemiennie ze zwinnym, rytmicznym pizzicato. Bogactwo pomysłów i przyjętych do realizacji rozwiązań. Cicho - głośno, poważnie – komicznie, separatywnie – imitacyjnie. Z czasem rośnie przewaga drugiej z postaw, w każdym zresztą układzie. Muzycy kąpią się w ponadgatunkowym tyglu dźwięków, cytują się, kopiują wzajemnie, zwyczajnie rozrabiają na scenie. Zjazdy i podjazdy smyczków, drobne eksplozje i dobitne kontrapunkty. W 13 minucie, zupełnie niespodziewanie, narracja zatrzymuje się na poziomie ciszy. Ale zaraz potem następuje imponujący atak z obu flanek! W 17 minucie Leandre zaczyna podśpiewywać bulwarowo. Na sam finał improwizacji numer dwa, teatr tryumfuje. Dyskusja na argumenty w postaci perkusyjnego traktowania instrumentu strunowego - przykład muzyki niemal konkretnej. Po wybrzmieniu wrzask euforii, po … obu stronach sceny! Bis tego niezwykłego koncertu zostaje nazwany cytatem z Samuela Becketa No matter where never before. Ciąg dalszy spektaklu dźwięku i słowa. Opętańczy taniec smyków, pomrukiwanie, przyspieszone oddechy i wspólne układanie instrumentów do snu (pamiętamy z wersji na żywo!). Muzyczny orgazm zostaje osiągnięty!


Nagrania dokonane w trakcie 12-ego Festiwalu Ad Libitum, Centrum Sztuki Współczesnej, Zamek Ujazdowski, Warszawa, w dniach 12-14 października 2017 roku.




poniedziałek, 16 października 2017

Leandre! Guy! Fernandez! Liquid Quintet! Watts! Crispell! Edwards! 12th Ad Libitum Festival! And so is history! I tak tworzy się historia!


Każdy akt zbiorowego grania i słuchania muzyki ma swoją historię, swoje genialne epizody, tudzież dla odmiany garść prawdziwych gniotów. Warszawski Festiwal Muzyki Improwizowanej Ad Libitum szczęśliwie od lat unika tych ostatnich i na ogół kreuje wydarzenia artystyczne na poziomie trudno osiągalnym dla innych tego typu inicjatyw w naszym pięknie powykręcanym kraju.

Tegoroczna edycja była jednak wyjątkowa! Trzy dni, osiem koncertów i każdy z nich… zasługuje na najwyższą ocenę. Ze statystycznego punktu widzenia, zjawisko to niemal niemożliwe. W praktyce koncertowej – miało jednak miejsce! Poniżej w kilku reporterskich impresjach, postaram się tę szaleńczą tezę uzasadnić.


Dzień pierwszy

Panów Agusti Fernandeza i Barry Guya znamy doskonale. Na tych łamach padły już nawet stwierdzenia, iż z artystycznego punktu widzenia, obaj muzycy są polskimi rezydentami. Koncerty, płyty (zarówno w przypadku katalońskiego pianisty, jak i brytyjskiego kontrabasisty) są naszym częstym udziałem. Nie zmienia to jednak faktu, iż muzycy nie grali tu jeszcze w składzie dwuosobowym. Sam występ duetu, dla tych którzy doskonale znają muzyków, niczym nie zaskoczył, ale poziom artystyczny, umiejętność kooperacji, dźwiękowa wrażliwość, improwizatorska wyobraźnia wzniesione zostały na tak wysoki poziom, iż czujnik zadowolenia recenzenta osiągnął bez problemu stan maksymalny. Z jednej strony szczypta notacji, mikro scenariuszy, z drugiej furia pomysłów, wytrawnych preparacji i szaleństw improwizatorskich. Jeśli ktoś oczekiwał nostalgii i zadumy typowej dla obu muzyków, gdy realizują się wspólnie w ramach tria Aurora, mógł zginąć z nadmiaru wrażeń. Na bis wszakże muzycy zacytowali bodaj najpiękniejszą melodię z debiutanckiej płyty w/w formacji.




Punkt drugi i ostatni wieczoru otwarcia – grupa warsztatowa polskich muzyków improwizujących pod światłym przewodnictwem Joëlle Leandre (kontrabas) i Krzysztofa Knittela (elektronika). Obok liderów (a może jedynie skromnych przewodników) w składzie grupy – niebywały głos kobiecy (Marta Grzywacz), dwie gitary (Marcin Olak, Wojciech Błażejczyk), klarnet (Mateusz Rybicki), trąbka (Olgierd Dokalski), akordeon (Zbigniew Chojnacki), skrzypce i altówka (Patryk Zakrocki), wibrafon (Dominik Bukowski), fortepian (Łukasz Ojdana) i perkusja (Krzysztof Gradziuk). Krótki, ale jakże misternie skonstruowany w czasie rzeczywistym fragment zbiorowej, kolektywnej improwizacji. Smakowita, nieco kameralistyczna narracja, która miała dwunastu dyrygentów i ani jednego nietrafionego dramaturgicznie pomysłu. Wyśmienite!


Dzień drugi

Skrzypce i kontrabas na pierwszy strzał wieczoru. Dagna Sadkowska przyszła na ten koncert od strony muzyki współczesnej, John Edwards - od strony krwistego i niewymownie pięknego free jazzu/ free improvisations. Połączyła ich skłonność do niczym nieskrępowanej improwizacji. Samo spotkanie było elektryzujące i buchało emocjami, choć narracja w wielu fragmentach balansowała na pograniczu ciszy, kleiła się do wielu jej wymiarów i kolorów. Anglik pokazał kunszt i wirtuozerię, których wielu z nas być może nie spodziewało się, znając jego eksplozywną grę na wszystkich europejskich scenach free. Polka nie była nachalna, często z kobiecą gracją czekała na to, cóż zdarzy się po stronie jej partnera. Efekt muzyczny zadowolił wszystkich.




Angielscy weterani gatunku – Trevor Watts (saksofony) i Veryan Weston (fortepian) grają ze sobą już kilka dziesiątek lat. Są prawdziwie pomnikowymi postaciami free improvisation. Tu rozbudowali swój duet o dwa instrumenty smyczkowe – wiolonczelę i skrzypce, a do występu zaprosili dwie duże młodsze panny, ale już o uznanych personaliach – Hannah Marshall i Alison Blunt. Jeśli ktoś oczekiwał, że napotka free jazz przeniesiony do filharmonii, to zawiódł się srodze. Muzyka kipiała energią, kolektywną i intuitywną improwizacją. Tam, gdzie muzyka współczesna styka się ze zdrowym hałasem, tam także, gdzie free jazz wpada w odrobinę kameralnej zadumy. To muzyczne pola rażenia tego niezwykłego kwartetu! Każdy z muzyków iskrzył pomysłami, a historii mieli do opowiedzenia opasłe tomy. Jeden z dwóch najlepszych koncertów festiwalu!

Na wieczór późniejszy trio, które znamy od lat, ale pewnie na żywo nie widzieliśmy nigdy (przynajmniej w kraju). Amerykańska pianistka Marylin Crispell, kobieta, która wyznaczyła kanon pianistycznej improwizacji u boku Anthony Braxtona, Barry Guy (by the way… świętujący na festiwalu 70-e urodziny!) na kontrabasie i Paul Lytton na perkusji. W tym miejscu w zasadzie można powtórzyć słowa, jakimi skomentowałem koncert Guya z Fernandezem. Bez zaskoczeń, jednakże na poziomie artystycznym osiągalnym dla niewielu. Wielka radość recenzenta, móc zobaczyć Crispell na żywo. Wyśmienita pianistka, jak każdy wybitny muzyk, potrafi zagrać wszystko, ale gra tylko to, co zechce.


Dzień ostatni

Z wielu powodów koncert otwarcia dnia trzeciego był dla mnie kluczowy na tej imprezie. I od razu skomentuję – okazał się najlepszy. Katalońskie Liquid Trio, które na tym koncercie wieściło światu ukazanie się trzeciej płyty, uzupełnione o dwóch znakomitych muzyków z polskim paszportem – zatem niechybnie Liquid … Quintet. Personalnie zaś: Agusti Fernandez (piano, głównie preparowane), Albert Cirera (saksofon tenorowy i sopranowy), Artur Majewski (trąbka i flugelhorn), Rafał Mazur (akustyczna gitara basowa) i Ramon Prats (perkusja). Od prawdziwie drapieżnego i wielowymiarowego free improv, po oczyszczającą ciszę, którą muzycy osiągnęli w niebywały sposób, kolektywnie schodząc step by step do ostatniego dźwięku i linearnie ograniczając skalę swoich ekspresyjnych zachowań. Prats grający stopą po werblu, Mazur traktujący smykiem swoją gitarę, która stawała się małym kontrabasem, Majewski z niebywałą umiejętnością wypełniania przestrzeni akustycznej dźwiękami w wysokim rejestrze, Cirera tryskający energią i pomysłami, kluczowy element kongenialnego wybrzmiewania nagrania, gdy pracował na sopranie nie używając ustnika, wreszcie Fernandez, który w każdej sekundzie najbardziej zagmatwanej improwizacji, wiedział jaki zagrać dźwięk. Doskonały koncert!




Duet dwóch kontrabasów - Joëlle Leandre i Barry Guy. Dwie najważniejsze postaci festiwalu, z racji zadań i zakresu obowiązków (każdy po trzy występy!). Nie będę opisywał techniki ich gry, wyobraźni i palety rozwiązań improwizacyjnych. To zawsze najwyższa skala oceny. To nie był koncert. To był spektakl teatralny. Muzycy prześcigali się w pomysłach, w zakresie wzajemnej komunikacji (Barry grał nawet przez moment na kontrabasie Joëlle, choć wcale nie zamieniali się instrumentami!). Finał wyniósł publiczność pod nieboskłon Centrum Sztuki Współczesnej. Guy, nie przestając grać na instrumencie, najpierw ułożył do snu swój kontrabas, a potem już wspólnie z partnerką, kontrabas Leandre. Emocje eksplodowały!

Finał nie mógł nie należeć do tej ostatniej - Joëlle Leandre Tentet. Trochę narracji z partytury, bardziej na zasadzie inspiracji i tworzenia ładu narracyjnego, niż chęci odgrywania gotowego materiału kompozytorskiego. Wybitni muzycy, których nazwisk nie wylistuję w całości, gdyż program festiwalu ich nie opisał, a na koncercie nie notowałem. Może przywołam jedynie tych muzyków, których znałem już wcześniej – zatem Theo i Valentin Ceccaldi (skrzypce, wiolonczela), Alexandra Grimal (saksofony) i Jean Luc Cappozzo (flugelhorn). Szczególnie urokliwe brzmiały instrumenty strunowe, których rola w Tentecie jest fundamentalna. W przeciwieństwie do płyty Can You Hear Me?, którą muzycy twórczo dekonstruowali na koncercie, improwizacja szczęśliwie dominowała nad materiałem skomponowanym. Przywołany wyżej tytuł był przy okazji naczelnym hasłem 12 edycji Festiwalu Ad Libitum.

Tak, słyszeliśmy Cię! I to jak!


sobota, 28 maja 2016

Gjerstad, Dragdör, LUME, Frith, Malaby, Starlite Motel, Daisy, Reed, Swell, Kaiser, Fire! Orchestra, Crispell – …2016 jednak trwa, czyli zbiorówka majowa


Rok 2016 bezczelnie trwa, muzycy sceny improwizowanej tworzą nutki na potęgę, zatem jest na czym codziennie zawiesić ucho. Dla niektórych stanowi to przy okazji wystarczający powód do plecenia opowieści o przewadze urody nad mądrością, stymulujące chęć posiadania zmaterializowanej formy dźwiękowej tychże muzycznych prokreacji. O tak! są tacy, którzy wciąż wydają pieniądze na muzykę, co więcej – na ich niezwykle poręczną formą kompaktową!

Wasz Autor, z pomocą rubryki Odsłuchy Premierowe – wstępne rekomendacje, smaga te wszystkie nowe produkcje bardzo ograniczoną paletą kolorów, poczynając od krwiście czerwonego low (słabizna!), poprzez swojską żółć middle (takie sobie…), aż po kojącą zieleń high (jest dobrze!).

Tegoroczny maj, jak i cały 2016 rok, nieźle wywija, także w aspekcie kalendarzowym – niespodziewanie mamy w nim drugi już długi weekend! Podczas pierwszego z nich popełniłem tzw. zbiorówkę kwietniową, dziś zatem czas – co oczywiste – na zbiorówkę majową. Czyli wszystko to, co trafiło do moich odtwarzaczy w trakcie ostatnich czterech tygodni, niech stanie na baczność! Będziemy stawiać cenzurki!!!


Frode Gjerstad Trio  Steam In The Casa (PNL Records, 2016)

Frode Gjerstad i jego norweska edycja tria (Strom, Nilssen-Love) w nieustannej podróży. W ostatnich latach była i Japonia, i Rosja, i USA (co wynika choćby z listowania miejsc, gdzie trio rejestrowało koncerty, wydawane później na płytach). Tym razem pora na Kanadę i jedno z ulubionych miejsca do grania Frode’ego – Casa Del Popolo w Montrealu. Spotkanie bardzo świeże, bo z końca listopada ubiegłego roku.




Ta dźwiękowa pocztówka z podróży przynosi niewiele ponad 37 minut muzyki (ewentualne dłużyzny szybko zatem zyskały status delated files), podzielonej na pięć zgrabnie zatytułowanych opowieści. Panowie znają się jak łyse konie, zatem jakość interakcji, wewnętrznej chemii i uzasadnionej działaniem w grupie synergii - na poziomie zdecydowanie ponadprzeciętnym. Choć osobiście, w tej trzyosobowej zabawie w stosunkowo swobodną improwizację, ciągle oczekiwałbym więcej od kontrabasu Jona Rune Stroma. Po prawdzie lokalna edycja tria Gjerstada bardziej rwała mi trzewia, gdy za struny podobnego instrumentu szarpał jego poprzednik, Oyvind Storesund (choćby na genialnym St. Louis).

I ciekawy przyczynek do bogatego już zbioru opowieści o losach muzyka w trasie – na lotnisku uszkodzeniu ulega ulubiony saksofon altowy Gjerstada (strata w postaci trzech dolnych „piór”). Próby na pożyczonym sprzęcie nie satysfakcjonują muzyka – postanawia grać na uszkodzonym. Efekt końcowy zadowala zarówno jego, jak i tych, którzy słyszą dokumentację dźwiękową na udanym kompakcie, który bezdyskusyjnie znaczymy mocno zielonym high.


Dragdör  Escape Velocity (Self Released, 2016)

A teraz skromna wycieczka w nieznane…Muzycy, których personalia są mi całkowicie obce, chyba młodzi (tak wychodzą na fotach), prawdopodobnie z niemieckiego obszaru językowego i formacja o kapitalnie brzmiącej nazwie Dragdör. Ingo Weiss na saksofonach  i żywej elektronice, Alexander Holtz na analogowych syntezatorach, Leon Lissner na kontrabasie i Kuno Wagner na perkusji. Płyta wydana własnym sumptem, na której pomieściła się opowieść w trzech częściach.




Wyjątkowo nieśpieszna to opowieść, za to twardo osadzona na rdzeniu sekcji, która rżnie rzeczywistość studyjną na nierówne części. Kilka szumiących kabli, interesująco mutowany saksofon, analogowy sound klawiszy – wszystkie te dźwięki plotą na tle owego rdzenia pajęczynę małych wojenek improwizacyjnych. Warto się wgryźć w tę zabawę i absolutnie nie odpuszczać po pierwszym podejściu (być może dość trudnym). Muzycy bezczelnie drwią sobie z naszych przyzwyczajeń i zbyt prostych skojarzeń. Sporo tu zaskoczeń i nieoczywistych pomysłów. No i ta fantastyczna okładka. High bez dyskusji!


LUME (Lisbon Underground Music Ensemble) Xabregas 10 (Clean Feed Records, 2016)

Pozostajemy w strefie dużego niedoinformowania, albowiem także nazwiska muzyków, którzy sformowali Zespół Muzyki Podziemnej z Lizbony, niewiele mówią Waszemu Autorowi. Może niektóre wydają się nieco znajome, ale chyba spotykamy tu jedynie młodszych braci i takież siostry (imiona jakoś mniej pasują do nazwisk).
Cztery zatytułowane historie prezentuje nam naprawdę rozbudowany aparat wykonawczy – aż szesnastu muzyków, którzy dzierżą w swych upoconych dłoniach 3 trąbki, 3 puzony, 5 saksofonów, flet, klarnet, a do tego bardzo elektryczna, trzyosobowa sekcja. Xabregas 10 zarejestrowano na festiwalu lizbońskim Jazz Em Agosto dwa lata temu.




Bardzo dynamiczna to muzyka, mocno tkwiąca w aspekcie rytmicznym w prostych metrach, charakterystycznych dla muzyki rockowej, czy mniej zobowiązującego fussion. Wszakże gigantyczna sekcja dęta robi swoje i nie pozwala, byśmy stracili zapał do tej produkcji. Całość jest dość precyzyjnie zaaranżowana, przestrzeni na improwizacyjne szaleństwa nie za wiele, ale bardzo sprawnie tupie się przy tej muzyce nogą i ma się nieodpartą chęć, by zrobić coś pozytywnego dla umęczonego świata codziennego. A i trzy kwadranse koncertu mijają w mgnieniu oka, zwłaszcza w kontekście niezwykle szalonego i hałaśliwego finału.

Mimo gigantycznej sympatii dla Lizbony i wszystkiego, co jej dotyczy, pozostajemy przy rekomendacji middle, przy okazji mając nadzieję na uczestnictwo w tegorocznym Jazz Em Agosto (psssst!).


Fred Frith/ Darren Johnston  Everybody’s Somebody’s Nobody (Clean Feed Records, 2016)

Weteran rockowej awangardy, gitarzysta Fred Frith nigdy nie stronił od grania muzyki swobodnie improwizowanej, także w kooperacjach z bardziej wymagającym sortem improwizatorów (by przypomnieć Anthony Braxtona). Szczególnie w bieżącej dekadzie nie brakuje ambitnych duetów z jego udziałem (Lotte Anker, Barry Guy, John Butcher – cytuję z pamięci). Tym razem randka we dwoje z amerykańskim trębaczem Darrenem Johnstonem. Z tym ostatnim zetknąłem się przy okazji tria Spectral, gdzie wpuszczony pomiędzy tygrysie saksofony Dave’a Rempisa i Larry’ego Ochsa, spokojnie daje sobie radę (dwie edycje, które warte są kilku ciepłych słów na Trybunie – zapewne niebawem).



Na krążku dla portugalskiego Clean Feed, Darren gra czystym tonem, nie stosuje amplifikacji, zatem zdany jest w żmudnym procesie improwizacji wyłącznie na własny pomyślunek. Z tym ostatnim – w konfrontacji z delikatnie przynudzającym na gitarze elektrycznej Frithem – nie jest niestety najlepiej. Na płycie o nieco pokracznym tytule mamy aż jedenaście zwartych, acz niegalopujących dokądkolwiek opowiastek, ale nawet w tych dość krótkich interwałach, muzycy nie są mnie w stanie porwać, ani czymkolwiek, choćby na moment zachwycić. Frith, jak to bywa często w jego improwizacjach, wydaje się dość przewidywalny, Johnstone zaś chyba nie do końca ma pomysł na ten duetowy eksces. Rockowiec szuka uparcie rytmicznej bazy, a jazzman pretekstu do improwizacji. Rzadko ich wysiłki odnajdują punkty wspólne. Rekomendacja zatem nie może być inna – ledwie middle, mocno pikujące w kierunku low.


Tony Malaby Paloma Recio  Incantations (Clean Feed Records, 2016)

Bardzo jazzowa, nowojorska produkcja z Tony Malabym, jako zasadniczym tytułem wykonawczym. Temu już nie młodemu saksofoniście przypiąłem onegdaj łatkę bardzo kompetentnego rzemieślnika i niech tak już pozostanie. Do kwartetu Paloma Recio zaprosił sprawną sekcję (Opsvik, Waits) i ciekawego gitarzystę z prądem Ben Mondera. Z jego chwilami bardzo nieśpieszną narracją zetknąłem już jakieś dwadzieścia lat temu, gdy jako początkujący fan dźwięków nieoczywistych, z lubością zachwycałem się nowojorską sceną Downtown.




Inkantacje przynoszą cztery fragmenty improwizacji o jasno zarysowanych parametrach i bez zbędnych niedomówień, pozwalają z łatwością przez siebie przebrnąć. Po prawdzie dziwna i nierówna to płyta. Nieznośnie swingujące i banalnie serwowane tematy (o zgrozo, bliskie krainie łagodności nieomal!), potrafią przeradzać się w bardzo intrygujące improwizacje, zwłaszcza w duecie sax-gitara. Raz potrafią osiągnąć intensywność iście free jazzową, okraszoną naprawdę piorunującymi improwizacjami (Malaby!), innym razem – wykorzystując ową nieśpieszną narrację Mondera – potrafią pięknie odjechać w odmęty, pachnącej odrobiną szaleństwa, smakowitej psychodelii. Sam nie wiem, co o tym wszystkim myśleć… Mam taki program do cięcia plików muzycznych, może wykroję z trzech kwadransów Incantations jakiś genialny mini longplay! W pełnym wszakże rozmiarze – jedynie middle.


Starlite Motel  Awosting Falls (Clean Feed Records, 2016)

Uwaga, będzie gęsto! Oczywiście mam na myśli ilość dźwięków na centymetr sześcienny czasoprzestrzeni! Kristoffer Berre Alberts - alt i tenor, Jamie Saft – hamondy i moogi, także gitara, Ingebrigt Haker Flaten - basy elektryczne i inne szaleństwa w niskich częstotliwościach, wreszcie Gard Nilssen – perkusja i stosowna elektronika.




Już sama lektura instrumentarium tych czterech muzyków wiele nam powie o tej muzyce. I tak jest w rzeczy samej! Siedem fragmentów opatrzonych tytułami, nagranych studyjnie półtora roku temu. Panowie drapieżnie wydzierają sobie przestrzeń, jest głośno (wbrew tytułowi trzeciego fragmentu, The Art Of  Silence), nie brakuje drobnego przekrzykiwania. Kompletnie nic do powiedzenia nie ma saksofonista (świetnie pasowałby do wszelkich rockowych projektów Matsa Gustafssona!). Zapewne znajdą się tacy, którym adrenalina pójdzie w górę przy takiej dawce emocji. Ja raczej pozostanę na pozycji lekko wycofanej i nie padnę z zachwytu, pozostając przy wstępnej, żółtej rekomendacji (middle), nawet bez spoglądania w kierunku zielonym.


Trio Red Space (Jeb Bishop/ Mars Williams/ Tim Daisy)  Fields Of Flat (Relay Recordings, 2016)

Tim Daisy nie jest może jakimś szczególnie wybitnym perkusistą, ani nadmiernie genialnym improwizatorem, ale z pewnością niebywale ambitny i pracowity to artysta. Nagrywając jedną płytę na tydzień z takim Kenem Vandermarkiem, prowadząc kilka własnych, czasami całkiem udanych projektów, mam też czas, by w ramach prywatnego labelu Relay Recordings bawić się w komponowanie, powoływanie nowych inicjatyw muzycznych, czy korelowanie ze sobą zupełnie przyzwoitego sortu improwizatorów (być może drobny przegląd działań Tima w ramach RR przydałby się na Trybunie).




Przykładem właśnie tych ostatnich działań jest Trio Red Space, gdzie dynamiczne i melodyjne bębnienie Tima (czyli tak, jak lubi najbardziej) stanowi inspirującą bazę dla kolektywnych improwizacji puzonu Jeba Bishopa i tenoru, tudzież sopranu Marsa Williamsa (wydaje mi się, że w tym gronie nie musimy przypominać artystycznego dorobku obu Panów).

Nagranie – jak wiele na RR – dostępne jest jedynie w wersji elektronicznej, a trwa mniej niż dwa kwadranse, zatem cieszyć się winniśmy każdym pojedynczym dźwiękiem. I tak jest – bez dwóch zdań. Williams w formie równie wyśmienitej, jak tydzień temu, na  poznańskim koncercie Switchback, Bishop piłuje aż miło, a Daisy dodaje ognia. Mimo pierwotnych wątpliwości – rekomendujemy na zielono (high!).


Mike Reed’ s People, Places & Things  A New Kind Of Dance (482 Music, 2015)

Mike Reed, częsty bywalec poznańskiego Made In Chicago, to niezwykle aktywny i pracowity muzyk. Jego doskonały tegoroczny koncert na rzeczonym festiwalu (Flesh and Bones), skutkował u mnie osobiście m.in. wejściem w stan posiadania stosunkowo świeżego krążka Nowy Rodzaj Tańca, jego stałego w sumie projektu (przepraszam, nie znam lepszego określenia) – Ludzie, Miejsca i Sprawy. Tak się bowiem składa, że Reed nie zwykł nagrywać płyt bez powodu. Tzn. bez jasnego pomysłu na to, o czym ona będzie. Innymi słowy, Mike gra na temat i tego się trzymajmy. Ten akurat przypadek, to pokłosie refleksji, jak naszła Reeda w kontekście śmierci ojca free jazzu, Ornette Colemana. Otóż jego ulubioną płytą tego muzyka jest Dancing In Your Head, skąd inąd doskonała harmolodyczna muzyka do … tańca (druga połowa lat 70.).




A New Kind Of Dance – to zbiór bardzo tanecznych, jazzowych piosenek, zarówno skomponowanych przez Reeda, jak i paru innych, nawet bardziej historycznie zasłużonych (taki Ellington), podanych wszakże bardzo nowocześnie i smakowicie wyimprowizowanych. Bo kolega Reed, przy natłoku różnych mniej lub bardziej szalonych pomysłów, ma także właściwych ludzi do ich realizacji, takich jak choćby Jason Roebke (b) i Greg Ward (as). Obu panów miałem okazję podziwiać na tegorocznej edycji festiwalu MIC i dałem temu wyraz w poprzednim poście Trybuny. Tu odnajdziemy także choćby Matthew Shippa, który zgrabnie dynamizuje swoim fortepianem kilka fragmentów płyty.

Oczywiście ta taneczna propozycja Mike’a Reeda nie zrewolucjonizuje współczesnej sceny jazzowej, ba, nawet nie doczeka się u mnie zielonej rekomendacji, ale słucha się jej wyśmienicie, zwłaszcza w aucie, np. w trakcie dramatycznego korka, który do niczego konstruktywnego nie prowadzi. Czyli mocne middle, jakkolwiek!


Steve Swell Kanreki: Reflection & Renewal (Not Two Records, 2015)

Dziwna to płyta - nie do końca zrozumiały zamysł wydawcy i wybór nagrań muzyka. Trochę jakby Steve Swell, nasz ulubiony free jazzowy puzonista i stały uczestnik edytorskiej inicjatywy Marka Winiarskiego - Not Two Records, wygrzebał z szafy (komputera) zapomniane nagrania, których nikt do tej pory nie chciał wydać, a następnie dotargał je do Krakowa, celem umieszczenia na płycie.

Na dwóch dyskach znalazło się aż siedem różnych okazji, tak koncertowych, jak i studyjnych, powstałych w latach 2011-14. Na liście płac - aż 18 muzyków. W sumie why not? Jedyny mój problem z tym wydawnictwem jest w sumie taki, że trudno je pochłonąć na raz i to wcale nie dlatego, że muzyka jest jakaś szczególnie trudna. Diabeł tkwi w ogromnym rozrzucie stylistycznym poszczególnych nagrań (od ostrego free, przez nudnawy mainstream, po kameralistyczne zabawy na improwizujący kwartet klarnetów, wreszcie surowe i piękne free improvisation), a także w sposobie ich segregacji.




Kanreki zaczyna się ponad półgodzinnym, koncertowym hałasem, jaki wygenerował kwartet Dragonfly Breath (znany ze studyjnej rejestracji, także Not Two). Jeśli przetrwamy ten interwał, wiedzmy, że wszystko, co najgorsze, jest już za nami -  a dalej będzie tylko lepiej, a nawet chwilami wspaniale!

Pominę może drobny kwintet z udziałem Kena Vandermarka i Magnusa Broo, bo siedmiominutowy pasus nie daje w ogóle pojęcia, czym to spotkanie mogłoby być.
Od trzeciego fragmentu Kanreki, ostro wkraczamy w świat kameralistyki i wolnej improwizacji. Najpierw, wspomniany już wcześniej, kwartet klarnetowy (Swell w roli dyrygenta), potem smakowity duet puzonu z wokalistą (Thomas Buckner). Drugi dysk, to już prawdziwe perły. Zaczynamy od drobnego incydentu na puzon solo. Zaraz potem wyśmienite trio – Steve Swell, Fred Lonberg Holm (c), Guillermo Gregorio (cl) - w aż trzech fragmentach koncertowych. Wreszcie na koniec niemniej frapujący kwintet na puzon, alt i instrumenty strunowe. Miód!

Reasumując – trudno ocenić ten krążek jako całość. Początek w oczywisty dla mnie sposób mieni się wieloma odcieniami czerwieni (low!), potem lekko przechodzimy przez spektra koloru żółtego (middle!), by pod koniec dysku pierwszego śmiało wkroczyć w obszar zieloności (high!). Cały drugi krążek mieni się tą barwą okrutnie. Kanreki to materiał na co najmniej dwa samodzielne krążki. Czas zatem na prywatną kompilację tych nagrań. Nawet mój starodawny komputer winien dać sobie z tym radę.


Chris Cogburn/ Henry Kaiser/ Steve Parker/ Damon Smith  Nearly Extinct (Balance Point Acoustics, 2016)

Spotkanie czterech muzyków, poczynione zdecydowanie w celu uprawiania swobodnej improwizacji, opatrzone zostało w procesie edytorskim tytułem Nearly Extinct. Gitarzysta Kaiser jest osobą, z którą nawet początkujący fan muzyki improwizowanej musiał się choć raz zetknąć. Podobnie rzecz się ma z kontrabasistą Damonem Smithem (tu: amplifikuje swój instrument). Trochę inaczej sprawa wygląda w przypadku pozostałych uczestników tego spotkania. Z perkusistą Chrisem Cogburnem, mimo bardzo kowbojskiego nazwiska, spotykam się raczej po raz pierwszy, podobnie jak z puzonistą Steve’em Parkerem.




W trakcie studyjnego spotkania w Texasie, muzycy zrealizowały siedem improwizacji, które po opatrzeniu stosownymi tytułami wylądowały na srebrnym na krążku wydawnictwa Balance Point Acoustic (wydaje trochę nagrań Henry Kaisera). Wbrew nazwie labelu, zgodnie wszakże z naszą pamięcią, rzeczony Kaiser operuje na gitarze z prądem. Zabawa improwizacyjna jest zwarta, zadziorna, choć zazwyczaj w tempach popołudniowych. Gitarzysta ciekawie ucieka w drobną psychodelię, w czym wtóruje mu sążnisty sound basu – uwaga! oba instrumenty lubią pohałasować i potaplać się w przesterach. Puzonista – subtelny dysonans! - kwili czystym dźwiękiem, stojąc przyczajony pomiędzy membranami ciekawie wibrującej perkusji.

W tym kardynalnie udanym spotkaniu na polu swobodnej improwizacji, niewątpliwie godna uwagi jest … okładka płyty, którą uznać można za skromny przewodnik po świecie muzyki improwizowanej, zdecydowanie w historycznym ujęciu. Kto rozszyfruje wszystkie terminy bez wspomagania się siecią globalną, dla tego gigantyczny szacunek i ocean satysfakcji! A przy okazji  - okładka ta mogłaby spokojnie stanowić logo Trybuny. Bardzo celne tropy! Rekomendacja? Bez cienia wątpliwości pozostajemy przy high.


Fire! Orchestra  Ritual (Rune Grammofon, 2016)

Orkiestra Ogniowa to rozbudowana personalnie wersja noisowo-rockowego pomysłu Matsa Gustafssona - Fire! Rytuał zaś, to trzecia edycja płytowa. Na deskach stockholmskiego studia aż 21 osób, mniej lub bardziej znanych muzyków skandynawskich (z wisienką na torcie w postaci portugalki Susany Santos Silvy!). Muzycznie biegamy wg wyraźnie wyznaczonego toru rytmicznego (to rock!!!), który podawany tak przeludnionym aparatem ludzkim brzmi doprawdy potężnie. Wszystko inkrustowane jest drobnymi popisami solowymi, podczas których przez ułamki sekund możemy przypomnieć sobie, że grają tu… jednak wytrawni muzycy improwizujący. I mógłbym w tym momencie zacząć długi proces narzekania, wychodząc z punktu widzenia fana, który oczekuje więcej. Ale w sumie po co…




Ritual po prawdzie…. bardzo mi się podoba. Być może to jedna z bardziej komunikatywnych i fajnych w odbiorze płyt, jakie trafiły na majową zbiorówkę. Można potańczyć, można pozdzierać gardło, można usłyszeć prawdziwie metalową gitarę, a w końcu silnie zachwycić się wokalnymi popisami dwóch panien (pań?) – Mariam i Sofii – które po prostu pięknie i niezwykle dynamicznie śpiewają (co zresztą udanie koreluje z ekspresyjną muzyką, konstruowaną przez pozostałą dziewiętnastkę muzyków). Te śpiewy, te czupurne i lekko psychodeliczne wokale śmiało przywołują w mojej pamięci debiut Return To Forever Chica Corei sprzed ponad 40 lat. Ale jazda!!!

Z czystej przekory pozostaję przy rekomendacji middle, ale ze zdecydowaną zieloną podpórką!


Marilyn Crispell/ Erwin Ditzner/ Sebastian Gramss  Free Flight (Fixel Records, 2016)

Richard Poole/ Marilyn Crispell/ Gary Peacock  In Motion (Intakt Records, 2016)

Na koniec naszej nieco rozgadanej zbiorówki majowej, dwa tria fortepianowe, czyli ekspozycje leżące na ogół niezwykle daleko od - z pozoru  nieograniczonych - pokładów mojej muzycznej atencji. Skoro jednak w odtwarzaczu wylądowały dwie rejestracje z udziałem dawno niesłyszanej, wspaniałej amerykańskiej pianistki, Marylin Crispell, to nie możemy ich nie podsumować kilkoma choćby zdaniami.
Historia muzyki improwizowanej nigdy nie zapomni Marylin lat jej cudownego terminowania w genialnym kwartecie Anthony Braxtona (1983-1995). Czyni ją to absolutnie nieśmiertelną, przynajmniej na polu zainteresowań Trybuny.




Pierwsze z nagrań jest koncertową okolicznością, zrealizowaną w Niemczech w listopadzie 2010r., drugie zaś okazją studyjną, poczynioną w Stanach ciągle Zjednoczonych, w listopadzie 2014r. Muzycy towarzyszący Crispell w obu incydentach, z mojego punktu widzenia, zdają się dalece nieistotni, choć nazwisko takiego Gary’ego Peacocka mówi nam przecież wiele. Zresztą duch tria Keitha Jarretta, który wyniósł nudę do rangi sztuki jakieś 40 lat temu, istotnie panuje nad drugą z omawianych tu płyt. Pozwólcie zatem, że komentowanie In Motion zakończę na tym epitecie.




Zdecydowanie mniejszą stratą czasu jest słuchanie, czy wręcz zasłuchiwanie się we Free Flight – w każdym razie tytuł, jak najbardziej stosowny. Niespełna 50 minutowy zapis naprawdę udanego koncertu, pokazujący dobitnie, jak Crispell świetnie radzi sobie w dalece swobodnej, acz kameralnej i wyczulonej na pojedynczy dźwięk, improwizacji. I rzadka cecha u pianisty w formule free – umiejętność operowania ciszą, zaniechaniem, oczekiwaniem na ruch współpartnera. Mam nieodpartą ochotę na skromne high, wszakże z lekką podpórką middle.