Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nigel Coombes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nigel Coombes. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 października 2018

Parker! Russell! Coombes! Turner! Beresford! Wilkinson! Weston! Nicols! Noble! Ward! And many strong aspirants to fame! Channel by Discovery Festival 2017!


Zjednoczone Królestwo swobodnej improwizacji! 16 września 2017 roku, Ye Olde Rose & Crown, Walthamstow, Londyn. Sobotnie popołudnie z ciepła herbatką, być może także z odrobiną czegoś wzmacniającego nadwątlone siły wielbicieli całkowicie wyzwolonej improwizacji.

Discovery Festival trwał ponad sześć godzin zegarowych, nagranie zaś dokumentujące to wydarzenie nazwano Channel. Wyłącznie w formie elektronicznej dostarcza label Johna Russella i Paula G. Smytha – Weekertoft (2018).

Teatime for Dreamers! Czyż nie za to kochamy wyspiarką muzykę? Werbalny komentarz do każdego z koncertów festiwalu przed Wami!




Zaczynamy od jedenastoosobowej orkiestry prawdziwych aspirantów i jednego mistrza gatunku - Mopomoso Workshop Group (Sebastian Sterkowicz – klarnet basowy, Sam Enthoven - elektronika, John Eyles – saksofon altowy, Emmanuelle Waeckerle - głos, Martin Clarke – saksofon altowy, Deborah Chin – saksofon sopranowy, Alan Newcombe – saksofon tenorowy, Charlotte Keeffe – trąbka, flugelhorn, Phil Durrant - mandolina, Chris Hill - klarnet, Alec Kronacker – gitara elektryczna). Ponad półgodzinna, zgrabna, bardzo swobodna improwizacja. Nie znamy ośrodka decyzyjnego, być może zatem rzecz działa się całkowicie kolektywnie. Bardziej niż udane użycie elektroniki, nieinwazyjnej, pięknie komentującej żywe incydenty dźwiękowe. Intrygująca gitara, wyrazista, o głębokim brzmieniu. Aktywna, skupiona i rozbudowana sekcja dęta, niestroniąca od eskalacji. Po 20 minucie, jakby więcej syntetyki w tembrze orkiestry, w dobrej komitywie z dęciakami, a na finał udany dialog klarnetu basowego i głosu kobiecego.

A teraz trio o dynamicznej nazwie Crush! (Mark Browne- saksofon, Ian McGowan – trąbka, Sonic Pleasure – obiekty). Błyskotliwy, niespełna 20 minutowy set. Dobrze ułożone proporcje instrumentalne (żywe w przewadze!). Narracja równocześnie intensywna i subtelna. Zdaje się, iż nie brakuje tu adekwatnego live processing. Słyszymy dźwięk fletu, syntetykę perkusyjną, a nawet brzmienia gitary. Saksofonista potrafi dąć w sopran niczym Trevor Watts w duetowej edycji Spontaneous Music Ensemble. Całość jawi się jako elektroakustyczna perełka. Brawo!

Czas na kolejny bardziej rozbudowany ansambl, znów rojący się od zdolnych aspirantów. W ramach South Leicestershire Improvisers Ensemble na scenie pojawiają się: Lee Boyd Allatson - drum set, Virginia Anderson - klarnety, Bruce Coates, - saksofony, Christopher Hobbs - fortepian, małe instrumenty, Trevor Lines - bas, Rick Nance - flugelhorn, Nilufar Habibian – qanun oraz David Hackbridge-Johnson – skrzypce i pozostają z nami na prawie 24 minuty. Początkowo dominacja dźwięków strunowych (nawet dość nieoczywistych), rodzaj zwinnej kameralistyki, która szybko znajduje powód do eskalowania napięcia. Parę chwil dobrego call & responce, trochę dętych ekspozycji w klimatach contemporary, także kilka galopów wyzwolonego improve. Znów muzykom należy się słowo pochwały za dobrą organizację przestrzeni fonicznej (na liście płac nikt nie przyznaje się do dyrygentury).

Teraz na scenie melduje się free jazzowy duet Stefan Keune (saksofon altowy) i Steve Noble (instrumenty perkusyjne). Syna Albionu znamy doskonale, nie wymaga on rekomendacji. Mniej popularny zdaje się być niemiecki saksofonista, ale i on z niejednego pieca chleb jadł. No i to właśnie Keune w trakcie 17 minutowego seta udowadnia, iż pierwszy rząd europejskiego free winien być jego stałym miejscem. Zaczynają na ostro, ale już po paru minutach saksofonista schodzi niżej i zaczyna szukać ciekawszych dźwięków, głęboko zaglądając w tubę swego instrumentu. Noble czyta pismo nosem i aplikuje do gry na pełnych prawach. Bardziej niż błyskotliwe!

Chwila pianistycznego ukojenia, to z dramaturgicznego punktu widzenia, świetny pomysł. Paul G. Smyth w wersji solo (niemal 20 minut)! Zaczyna od preparacji, nisko pochylony na pudłem rezonansowym. Sporo subtelności, które podkreślają dźwięki otoczenia (słychać miasto w tle!). Minimal piano in deep space! Ciekawe, suche brzmienie. Pasus bardziej dynamiczny zdaje się być mniej intrygujący, ale finał seta rekompensuje wszelkie ambiwalencje – bardzo efektowny, niemal demoniczny, z dubową poświatą

Zdaje się, że festiwalowa rozbiegówka już dawno za nami. Oto kwartet o jakże niebanalnej nazwie Lullula (Jim Dvorak - trąbka, Kay Grant - głos, Armorel Weston - głos, Marcio Mattos - kontrabas). Dwa fragmenty, łącznie 20 minut z sekundami. Efektowna, bogata instrumentacja – dwa głosy kobiece, trębacz, który nuci pod nosem i kontrabas ze smyczkiem. Panie zdają się raz za razem szczytować, Panowie dzielnie akompaniują on full improve. Gdy szukają ukojenia, intrygująco gaworzą w klimat Julie Tippett i Spontaneous Music Ensemble. W dogrywce bez chwili zawahania idą w dobrą sonorystykę.

I znów nazwa formacji przyciąga uwagę jeszcze przed pierwszym dźwiękiem - Compulsive Quintet (Rick Jensen – saksofon, klarnet, Luisa Tucciariello – głos, flet, efekty, Michele Paccagnella - gitara, Sebastian Sterkowicz – klarnet basowy, Jordan Muscatello – kontrabas). Dwa odcinki, ponad 22 minuty. Na starcie jazzowe frazy saksofonu, okraszone głosem kobiecym. Reszta czeka, a potem wszyscy razem robią duży skok w wolną improwizację. Nawet hałasują, gitara zwinnie psychodelizuje. Rwana, zmienna narracja, przyzwolenie na każdy dźwięk, przeto całość trochę nierówna. Ognisty finał pierwszego odcinka, więcej spokoju w drugim.

Kobiecy duet na skrzypce i fortepian? Why not!? Alison Blunt na tych pierwszych, Yoko Miura - na drugim. Ponad 20 minut rozwichrzonej kameralistyki. Piano odrobinę akademickie, często operujące mikrofazami i zatopione w konstruktywnym free improve skrzypce, z lekko zabrudzonym brzmieniem. Zdecydowanie więcej dzieje się po 7 minucie, gdy Panie postawiają gorąco podyskutować na argumenty foniczne. Pod koniec piękne, repetujące frazy skrzypiec, przypominające błysk Billiany Voutchkovej.

Zdecydowanie dobry to moment na coś prawdziwie bombowego! I tak dzieje się w istocie, na scenie bowiem melduje się skandynawskie trio Bomb (Ola Paulson – saksofon altowy, Anders Lindsjö – gitara basowa, Anders Uddeskog - perkusja). Niespełna 16 minutowa petarda free! Wytrawny saksofon, jurna, zagotowana od startu sekcja (doskonały bas elektryczny!), pełna swoboda kreacji – czego chcieć więcej? Jakże świeże i odkrywcze nagranie na tle osiągnięć gwardii uznanych i nadmiernie honorowanych kolegów z tej części kontynentu. Od eksplozji do konstruktywnego skupienia, zwinnej, małej gry. Świetna komunikacja, doskonały warsztat. Finał ocieka wysokogatunkową spermą! Brawo!

Po takiej wolcie, dobrze byłoby, gdyby jacyś inni artyści sprowadzili nas na ziemię nieco mniej ekscytującą narracją. Mówisz, masz! Enzo Rocco na gitarze, Veryan Weston na fortepianie. Set niemal 25 minutowy. Jazzowa, gęsta, trochę przegadana ekspozycja. Panowie nie żałują energii, tryskają temperamentem, ale po paru minutach koncert zaczyna trochę nużyć. Być może, tak intensywna gra obu muzyków dowodzi w tym wypadku problemów w zakresie wzajemnej komunikacji. Cóż, tak bywa.

Popołudniowa herbatka  w Ye Olde Rose & Crown zaczyna nabierać mocy. Festiwal wkracza w drugą fazę. Na scenie za moment zaroi się od postaci pomnikowych gatunku. Bądźcie czujni!

Trio Blurb zdaje się, że dobrze wpisuje się w powyższy anons. Maggie Nicols użyczy nam głosu, John Russell gitary, a Mia Zabelka skrzypiec i głosu. Dwa odcinki, każdy równo 9 minut i 39 sekund! Piękny, klasyczny dla free improve głos, jedyna w swoim rodzaju, akustyczna gitara ze splątanymi strunami, swarne, lekko psychodelizujące skrzypce, które chowane w klatce, wciąż uciekają na wolność! Błyskotliwa komunikacja, piękne zadziory akustyczne, z pewnością jeden ze szczytowych momentów tego popołudnia. Maggie niczym przekupka na rynku z warzywami, John precyzyjny i zupełnie wyzbyty zahamowań artystycznych i Mia, czasami filigranowa, także używająca głosu! Doskonałe!

Kolejny koncert znów konfrontuje kobiecy głos z instrumentem akustycznym. Viv Corringham w parze z Alex Wardem na klarnecie. Niespełna 14 minut. Na starcie kogucie bulgotanie z obu stron sceny. Tak w gardle, jak w tubie klarnetu. Niezła imitacja! Kobiecy głos nieco histeryczny, przeładowany energią, klarnet w dokładnej opozycji. Dużo emocji, sporo hałasu, stabilna komunikacja. Przed większość czasu recenzent wolałby pójść na solowy koncert Warda (pięknie gra!), ale ognisty finał pozostawia go w obliczu duetu i nie czyni rozczarowanym.

Czas na trio, znów damsko-męskie: Lee Boyd Allatson - drum set, Alan Wilkinson – saksofon altowy, Hannah Marshall – wiolonczela. 22 minuty i tyleż sekund ciekawej, free jazzowej opowieści z wiolonczelą, która nie dość, że jest delikatnie amplifikowana, to od startu wychodzi przed szereg i ustala zasady współpracy. Nie mamy zastrzeżeń! Saksofon Wilkinsona (sięga też po baryton) dość przewidywalny, niepozbawiony wszakże ekspresji i dobrego tonu, Allatson dopóki nie zacznie wydawać dźwięków głosowych, nie budzący wątpliwości. Króluje wszakże Marshall, która zabiera Panów na ognisty finał, który zdecydowanie podnosi jakość całej ekspozycji. 

Festiwal drobnymi krokami wchodzi na ostatnią prostą. Wejście jest iście piorunujące: Nigel Coombes na skrzypcach i Roger Turner na perkusji! Dwie improwizacje, łącznie prawie 24 minuty. Chciałoby się rzec – Spontaneous Music Ensemble Revisited! Spotkanie jedynych w swoim rodzaju improwizujących skrzypiec (ach, ten karkołomny, folkowy zaśpiew!) i drummera, która zjadł zęby na wybitnej free improve. Wirtuozeria, mistrzowska mała gra, maestria filigranowości. Classic of molecular improve! Czy wiecie dlaczego Turner nigdy nie zagrał w SME? Bo tam było miejsce tylko dla jednego perkusisty. Bez cienia wątpliwości – najważniejsze wydarzenie tamtej soboty!

Ciąg dalszy artystycznej kulminacji Discovery Festival! Evan Parker – saksofon tenorowy, John Russell - gitara, John Edwards – kontrabas. Ponad 23 minuty. Każde nagranie takiego tria warte jest wszystkich pieniędzy świata! Wolna improwizacja, model klasyczny. Bez zaskoczeń, tylko ekstaza! Być może, przy tej okazji, warto pochylić się nad jakością pracy Edwardsa w tej konfiguracji personalnej. Dynamika, ekspresja, kompatybilność w każdym wymiarze. Tu, nawet bardziej dynamicznie niż zazwyczaj. Takie trio, to dowód rzeczowy na tezę, iż telepatia nie jest pojęciem teoretycznym!

Po artystycznej eksplozji, ponownie czas na duet fortepian-skrzypce. Tym razem jednak męsko -damska odsłona: odpowiednio Steve Beresford i Satoko Fukuda. Kwadrans z okładem bezbolesnej improwizacji na piano z klawisza i klasycyzujące skrzypce. Steve, jak zwykle cytuje cały świat muzyki, jest rubaszny, zabawny, ale bardzo precyzyjny. Narracja jest rwana, ale wielowątkowa, bogata w naprawę udane momenty. Po stronie Japonki genialna wręcz technika gry. W ramach chwili relaksu ten pierwszy robi wariacje na temat ragtime’u, ta druga gra melodię dla powtórnie zakochanych. Dobry finał w galopie.

Oto i koniec dnia mamy już w zasięgu ręki. W ramach pierwszego podprowadzenia Dave Tucker Group (Dave Tucker – kontrabas, Claude Deppa – trąbka, Rachel Musson - saksofon, Mark Sanders – perkusja). Prawie 20 minut modelowej niemalże free jazzowej ekspozycji. Niebanalny flow, strumień dobrze uporządkowanej improwizacji. Bardzo śpiewana trąbka, doskonały saksofon (bez zaskoczeń!), sekcja, która okazjonalnie nawet swinguje. W połowie seta solo lidera, potem start nowej narracji. Finał wszakże bez nadmiernej ekscytacji.

W ramach drugiego podprowadzenia strunowe trio Barrel (Alison Blunt - skrzypce, Ivor Kallin - altówka, Hannah Marshall – wiolonczela). Set 16 i pół minutowy. Narracja pełna przeciągania liny, zwarć i całusów, toczona na pięknym, zabrudzonym brzmieniu przez każdego z muzyków. Co rusz, któryś z nich wychodzi przed szereg i stawia stempel mistrzowski. Prawdziwa perła string free improve. Zjazdy i podjazdy, sonorystycznie i melodycznie. W połowie seta incydenty z gardła, pokrzykiwania, jęki i drobne ekstazy. Potem chwila hałasu i rozbudowany, epicki finał.

Czas powoli gasić światła. Na ostatni set festiwalowy wychodzą szefowie Weekertoft, by zwinną improwizacją zakończyć to wielobarwne i naprawę udane popołudnie (wieczór). Paul G. Smyth, - fortepian, John Russell – gitara. Skromny, 9-minutowy rodzaj encore. Mała gra, preparacje, flażolety. Beauty in silence! Na ostatniej prostej muzycy trochę jednak rozrabiają! Finał godny całej imprezy! Brawa dla wszystkich!


Channel kupicie za skromne trzydzieści funciaków pod tym dokładnie adresem!



wtorek, 26 stycznia 2016

Spontaneous Music Ensemble - dzieło życia Johna Stevensa, odcinek 2


1971. Trzy miesiące życia jednego kwartetu (Stevens – Watts – Herman – Tippetts), a tuż przedtem kwintet jednorazowy (So What Do You Think?)

Rok 1971 to szczególny okres w artystycznej historii SME. Styczeń przynosi sesję kwintetową (uwaga, jak kwintet, to zapewne Derek Bailey!), którą śmiało można pomieścić na osi czasu jako znaczący pomost pomiędzy genialnym kwintetem z 1968 („Karyobin”), a opus magnum SME, czyli kwintetem z wiosny 1974 („Quintessence”). Znów Dave Holland, Kenny Wheeler, wspomniany Bailey i … dla odmiany Trevor Watts. Blisko 50 minutowa całkowicie bezkompromisowa improwizacja (uwaga, bywa głośno!) pod prowokacyjnym tytułem „So, what do you think?”[1].




Kolejne miesiące przynoszą wysyp nagrań wyjątkowego kwartetu. Począwszy od 25 kwietnia do 30 lipca SME funkcjonuje w składzie: John Stevens, Trevor Watts, Ron Herman (kontrabas) i Jullie Tippetts (gitara i wokal)[2].  W tym czasie nagrywa sesję radiową dla BBC[3], gra koncert w londyńskiej Notre Dame Hall[4], wyjeżdża do Oslo na kilka koncertów[5], w Londynie nagrywa materiał z Bobby Bradfordem[6], by koniec lipca spędzić w Paryżu i zarejestrować zapewne genialny materiał na trzy pełnowymiarowe czarne krążki[7]. To doprawdy niebywałe, by improwizujący przez niewiele ponad trzy miesiące kwartet pozostawił po sobie tyle wspaniałej muzyki. Istotnie fundamentalna praca kontrabasisty, subtelna kontrapunktacja Stevensa i kongenialne dialogi wokalu i gitary Tippetts oraz altu, czy okazjonalnie sopranu Wattsa. Cokolwiek by nie powiedzieć o muzyce tej edycji SME, dialogi Jullie i Trevora są solą tej improwizacji i stanowią o jej niezaprzeczalnej wielkości. Nieśmiało dodam, iż Martin Davidson pisząc liner notes do pierwszego wydania nagrań kwartetu na CD („Frameworks”) uznał ten zestaw muzyków za najlepszy skład SME. Osobiście, po skutecznym zeksplorowaniu winylowych dokonań kwartetu, mogę się jedynie pod tą konstatacją podpisać.










Duet ultraintuitywny (Stevens-Watts, 1972-73)

Po rozpadzie kwartetu z Jullie Tippetts, SME w okresie kolejnych 24 miesięcy funkcjonował na zasadzie working bandu. Próby w LTC, koncerty i okazjonalne, niezbyt częste wizyty w studiach nagraniowych a wszystko dokonywane jedynie w duecie Stevens-Watts [8]. Szczęśliwie dobrym duchem, by nie rzec cieniem duetu, był Martin Davidson, który w listopadzie 1973 roku zarejestrował koncert w LTC i wydal go na winylu w swoim raczkującym wówczas EMANEM[9]. Po latach dyskografię duetu uzupełnił blisko 150 minutowy zestaw różnych dokonań koncertowych, wybrany z przepastnych zasobów kasetowych rejestracji Trevora Wattsa[10].



Duet z Wattsem był wówczas nie tylko muzycznym chlebem powszednim Johna, ale także istotnym poletkiem doświadczalnym w ramach poszerzania możliwości kolektywnej muzyki improwizowanej. Choć nie wszystkie genialne pomysły na etapie koncepcji okazywały się równie pasjonujące na etapie realizacji[11], warto należycie wsłuchać się nie tylko w doskonały „Face To Face”, ale także w niektóre realizacje z bonusowego „Bare Essentials”. Choćby ciekawa na poziomie koncepcji idea „Open Flower/Flower”: muzycy naprzemiennie „klikają” dźwiękami aż do momentu, w którym zagrają razem - wtedy improwizację przerywa się.

Niezaprzeczalną wartością duetu Stevens-Watts jest kosmiczny wręcz poziom interakcji i wzajemnego rozumienia intencji interlokutora. Kolejnym ważnym atrybutem nagrań duetowych jest próba, czyniona przez obu muzyków, by swą improwizowaną wypowiedź świadomie ograniczać – czyli już na etapie koncepcji dążenie do minimalizmu. Ktoś kiedyś napisał, że minimalistyczne improwizacje duetu przypominają mu literaturę Samuela Becketa[12]. Innym razem ktoś napisał[13], że Stevens i Watts grają, jakby byli jednym ciałem, a muzyka płynęła z jednego umysłu.


Quintessence  - Opus Magnum (1974)

„Jeśli chcesz posiadać tylko jeden koncert tego rodzaju muzyki, ta płyta jest tą właściwą”[14].

Quintessence. Tym tytułem opatrzył Martin Davidson kompaktową edycję nagrań z lutego 1974, wydaną przedtem pod tytułem „Eighty-Five Minutes”[15]. Quintessence, czyli kwintesencja, to co najważniejsze, najbardziej wartościowe. Wśród garstki osób, którą zajmuje po czubek nosa swobodna improwizacja, do dziś trwają dywagacje, dlaczego akurat to nagranie kwintetu SME jest tak wyjątkowe i niepozostawiające czyichkolwiek wątpliwości, co do tego, że stanowi osobiste opus magnum Johna Stevensa i Spontaneous Music Ensemble. Znów formuła kwintetu z udziałem Dereka Baileya (patrz: „Karyobin” i „So, what Do You Think?”), ale wszak ten skład grał ze sobą po raz pierwszy i skąd inąd ostatni – Watts, Parker, Stevens i okazjonalnie bywający podówczas w Europie, doskonały kontrabasista Kent Carter[16].



Dziś, z perspektywy 40 lat, wydaje się, że poza całkowicie irracjonalną chemią jak zrodziła się w trakcie koncertu w ICA Theatre w Londynie, zadecydowały dwa czynniki. Tak zwana „dyspozycja dnia” muzyków i zdolność do niemal genialnej kooperacji (co w przypadku Parkera i Baileya nie bywało częste), jak i fakt, że lutowy koncert podsumowuje heroiczną wręcz aktywność muzyczną Johna Stevensa i jego różnych projektów, nie tylko związanych z SME[17]. A zatem jego ekstremalny wręcz poziom ducha i mocy twórczych był w tej sytuacji niezaprzeczalny. Zresztą nomen omen, w dwa tygodnie po koncercie wyczerpany fizycznie Stevens łamie nogę i pół roku spędza na hospitalizacji, co skutecznie wyłącza go z muzycznych aktywności aż po późnego lata 1974 roku. 

Sama analiza materiału muzycznego zarejestrowanego na koncercie w ICA kieruje naszą szczególną uwagę na dialogi grającego dość często na wiolonczeli Kenta Cartera z niebywale pobudzonym Derekiem Baileyem na gitarze akustycznej. Panom wtórują saksofoniści grający w wysokich rejestrach. Stevens pozostaje gdzieś w oddali i delikatnie akcentuje swą perkusjonalną obecność , a kwintet brzmi, niczym kameralny zespół instrumentów smyczkowych. Muzycy z niebywałą atencją słuchają siebie nawzajem, snując równolegle swoje opowieści, by w najmniej niespodziewanym momencie połączyć się w spójną kolektywną improwizację. Arcydzieło.

Koncert z ICA na dyskach wydanych w EMANEM[18] uzupełniają nagrania tria Carter-Watts-Stevens i duetu Watts-Stevens z jesieni roku poprzedniego. Przez grzeczność zauważmy, iż niekoniecznie korespondują one poziomem artystycznym z nagraniami Kwintetu.


Improwizacja w pełni molekularna – kwartet i trio smyczkowe (1976-1992)

Twórcze samoograniczanie się w dźwiękowej wypowiedzi, absolutna koncentracja na właściwej i skutecznej interakcji ze współtworzącymi spektakl muzykami, skupienie i „słuchanie się”, dbałość o niuanse, wreszcie molekularna, „cząsteczkowa” improwizacja, o której wspominałem już przy okazji „Karyobin”, czy „”Face To Face”, po roku 1975 znalazły swe szczególne odzwierciedlenie w muzyce kreowanej przez SME.




Wtedy to właśnie John definitywnie porzucił w obrębie małego składu SME współpracę z kolegami rówieśnikami (Watts, Parker, Wheeler, Bailey), by skoncentrować się na współpracy z młodszymi muzykami, których poznał i z którymi grywał w ramach warsztatów dużych składów Spontaneous Music Orchestra (patrz: jeden z kolejnych rozdziałów). W roku 1976 ukształtował się kwartet łączący perkusję Johna (tu: w wersji SME small drum kit) z gitarą akustyczną (Roger Smith), skrzypcami (Nigel Coombes) i wiolonczelą (Colin Wood). W ten oto sposób powstał niebywały wręcz free improv kwartet smyczkowy (gra Johna też w wielu momentach brzmiała niezwykle „smyczkowo”). Po roku ostało się trio (Wood zrejterował), które wytrwało aż do roku 1992, gdy z kolei zrejterował Coombes. Nagrań nie powstawało już tak wiele, gdyż jak wspominałem na wstępie, John koncentrował się na innych, bardziej jazzowych projektach (przynajmniej w zakresie czasu, jaki na nie poświęcał). Wszakże „smyczkowy” okres SME wymaga definitywnie należytej uwagi, bo choć to trudniej przyswajalna porcja dźwięków, poświęcenie jej należytej atencji, może uraczyć nas niespotykaną dawką akustycznych doznań.

Pierwsze zarejestrowane i szczęśliwie wydane – bez zbędnej zwłoki - nagranie kwartetu, to „Biosystem”. Nagranie zaaranżowali, zapewne także sfinansowali Bailey i Parker w ramach swego wydawnictwa Incus[19]. Kolejne nagrania kwartetu, a potem tria zawdzięczamy jedynie Martinowi Davidsonowi i wydawnictwom upublicznionym już po śmierci Johna – „Low Profile”[20] (nagrania z 1977, 84 i 88 roku), „Hot and Cold Heroes”[21] (nagrania z roku 1980 i 1991), wreszcie „New Surfacing”[22] (nagrania z roku 1978 i 1992).



Jeśli arbitralnie wskazać miałbym najbardziej wartościowe nagrania smyczkowego okresu SME, to  przede wszystkim uwadze Czytelników polecam kwartetowy epizod „The Only Geezer an American Soldier Shot Was Anton Webern” (1977). Muzyka równie piękna, jak jej tytuł. Ponad 30 minut ekstatycznej, acz niebywale spokojnej improwizacji  prowadzonej w niemal mantrycznym rytmie.  Z kolei nagranie „Boileau Road” (1980) raczy nas niezwykle dynamiczną improwizacją o piorunującym ładunku energii. Mniej cenię sobie improwizacje na albumie „Biosystem”, ale jedynie ze względów akustycznych. Subtelna smyczkowa improwizacja tej edycji SME wymaga – przynajmniej dla mnie – ogromnego komfortu akustycznego, czego sesja dla Incusa nie gwarantuje[23].


Koniec wieńczy dzieło. Kompulsywny powrót saksofonu  (A New Distance, 1994)

Po wspomnianym już rozstaniu z Nigelem Coombesem w roku 1992, SME funkcjonował jako duet, jako trio (Neil Metcalfe na flecie), a nawet jako kwartet (John Butcher na saksofonie). Właśnie w kwartecie „trenował” kompozycję „Peripheral Vision” - jedyny od połowy lat 70ych gotowy pomysł na muzykę, jaki dotargał do studia John Stevens.
Już jako trio (bez fletu) w styczniu i czerwcu 1994r. zarejestrowano koncerty, które zostały dwa lata później wydane na dysku pod tytułem „A New Distance”. Ujawniona światu po kolejnej dekadzie reedycja Martina Davidsona zawiera dodatkowo jedną z wersji kompozycji, o której wspominam kilka wierszy wyżej[24].



Powrót instrumentu dętego do SME uznać można za prawdziwie tryumfalny, po pierwsze bowiem nagrania powyższe zdecydowanie umieścić należy na liście najbardziej wartościowych nagrań SME, po wtóre, gdyż sama osoba Johna Butchera, wyśmienitego brytyjskiego saksofonisty, wnosi do muzyki tria tyle świeżości i indywidualizmu, iż efekt definitywnie musi być piorunujący. Dobitnie doświadczamy tego  słuchając  choćby grupowej improwizacji „Stig”. Materiał koncertowy zawarty na dysku uzupełniają komentarze Johna Stevensa, dotyczące warsztatowych aspektów organizacji dźwięku i dochodzenia do efektu finalnego (polecam uważnemu odsłuchowi!).


Improwizacja multiplikowana (The Source – From and Towards, For You To Share, Mouthpiece, Plus Equals, Trio and Triangle)

John Stevens szczególną atencją darzył możliwość realizacji swych idei i pomysłów w zakresie kolektywnych improwizacji w większych grupach wykonawczych. Było to też niezwykłe wyzwanie dla niego, jako twórcy i dyrygenta, a że człowiekiem był niezwykle ambitnym, często, zwłaszcza w latach 70-tych, udawało się takie projekty realizować, co więcej także skutecznie zdobywać dla nich zasobnych w gotówkę wydawców (dokładnie: czterokrotnie).

Jedna z takich prób, to realizacja w tentecie suity “The Source – From and Towards”[25]. Materiał skomponowany przez Johna, a wydany przy wsparciu podatników Jej Królewskiej Mości, dziś dostępny jedynie na winylu, zapewne na nieistniejących giełdach i aukcjach nieznanych portali. Po prawdzie nic wielkiego nam muzycznie nie odkrywa. Co innego “For You To Share”[26]  - iście szatański pomysł połączenia kapitałów ludzkich profesjonalistów (Watts i Stevens), muzyków amatorów i wciągniętej do zabawy publiczności. Efekt finalny jest piorunujący. Transowy pochód połączonych magią Stevensa dźwięków i chwilami genialnych interakcji pomiędzy muzykami i nie-muzykami. Ciekawym odniesieniem dla „For You…” niech będzie „The Great Learning” Corneliusa Cardew.

Z kolei w latach 1973-75 w ramach Spontaneous Music Orchestra Stevens eksplorował swoje pomysły, już wcześniej realizowane w ramach SME, takie jak „Click and Sustained Piece”, czy idea „Search and Reflect”[27]. Efekt tych prac usłyszeć możemy na płytach “Mouthpiece”[28] i “Plus Equals”[29].




Ostatnią próbę ambitnej samorealizacji Johna w ramach zwiększonych zasobów ludzkich przynosi grupowa Improwizacja, która na kanwie kompozycji „Triangle” i „Static” snuje oniryczne pasaże dźwiękowe w trakcie koncertu w Notre Dame Hall w Londynie (1981)[30]. Zawartość wydanego koncertu Nonetu SMO uzupełnia nagranie tria Stevens/Smith/Coombes, do roku 1996 jedyne dostępne nagranie „smyczkowego” tria SME.


Cdn.

Tekst pierwotnie - w wersji redakcyjnej - opublikowany na glissando.pl we wrześniu 2014r.. Tu zamieściłem go w wersji oryginalnej.




[1] Nota bene, tymi słowami Stevensa rozpoczyna się nagranie. Wydał Tangent Records, nagranie niedostępne na CD
[2] Pod panieńskim nazwiskiem Driscoll, Jullie śmiało uznać można za znaczącą postać brytyjskiej muzyki pop lat 60-tych. Zmiana stany cywilnego – szczęśliwym wybrankiem ważna postać brytyjskiej muzyki jazzowej i jazzrockowej, Keith Tippett – poniosła za sobą także zmianę muzycznych zainteresowań, z popu na muzykę improwizowaną.
[3] Jej 30-minutowy fragment zawiera CD „Frameworks”
[4] LP „Live Big Band and Quartet” wydaje Vinyl VS, a po latach na … dwóch różnych CD niemiecki Konnex Records. Strona kwartetowa to druga część CD „Re-Touch” KCD 5027
[5] Jeden z nich znalazł się na LP „1.2.Albert Ayler”, wydanym przez Affinity; nagranie niedostępne na CD
[6] 2LP Freedom FLP 40111, 2CD Nessa 17-18 „Bobby Bradford With John Stevens and the Spontaneous Music Ensemble”
[7] Jedynie nagranie z 27 lipca trafia na LP “Birds Of A Feather” wydany przez Byg Records France. Przy okazji Martin Davidson określa to wydawnictwo mianem najgorzej wytłoczonej płyty w historii muzyki (zapewne nie zna jednak muzyki wydanej przez Polskie Nagrania z debiutanckim materiałem punkowej Armii w latach 80ych ubiegłego stulecia). Więcej o francuskim epizodzie SME czytaj w Suplemencie do niniejszego artykułu.
[8] Jeśli już Stevens miał możliwości finansowe i organizacyjne, by nagrać cokolwiek, raczej skłaniał się ku rejestrowaniu większych składów SME, stąd stosunkowo mała liczba wydanych nagrań tego duetu, zwłaszcza w stosunku do ilości godzin spędzonych na wspólnym improwizowaniu.
[9] LP „Face To Face” EMANEM 303, na CD edycja w 1997 roku pod numerem 4003, z dwoma dodatkowymi utworami.
[10] 2CD 2008 „Bare Essentials 1972-73” EMANEM 4218. Nagrania duetu zawarte są także na CD „Frameworks” i CD „Quintessence”
[11] Evan Parker wspominał w jednym z wywiadów, że często czuł się mocno zagubiony realizując pomysły kompozytorskie Stevensa, choć to on na jednej ze swych solowych płyt napisał, iż muzyka jest skomponowana poprzez improwizację.
[12] Stewart Broomer – Signal To Noise, 2008, recenzja „Bare Essentials”
[13] Zapewne Martin Davidson
[14] Philip Renaud – Notes 1987, recenzja LP “Eighty-Five Minutes”
[15] LP Emanem 3401, 3402 (1986), CD Emanem 4015, 4016 (1995),  a potem 2CD EMANEM 4217 (2006)
[16] Trafił do Europy jesienią poprzedniego roku towarzysząc Steve’owi Lacy’emu. Przy okazji w nagraniu smakowitego LP „Crust” uczestniczył także John Stevens i Derek Bailey (EMANEM)
[17] W okresie od początku 1973 roku, do koncertu „Quintessence” w lutym 1974 powstają m.in. LP Amalgam „Plays Blackwell and Higgins”, cały konglomerat niewydanych nagrań Free Space (patrz: suplement), SMO „Mouthpiece” oraz „Plus Equals” (pierwsza część winyla); nagrania trio i duetu zamieszczone jako bonusy na „Quintessence”, LP „Face To Face”, sesje „Dynamics Of The Impromptu”, a także LP Steve’a Lacy’ego (patrz: poprzedni przypis) i LP Bobby’ego Bradforda „Love’s Dream”.
[18] Patrz przypis 15
[19] LP Incus 24 (1977), CD Psi Records 06.07 (2006), z bonusami z tej samej sesji.
[20] CD EMANEM 4031 (1999). Polecam lekturę recenzji tej płyty autorstwa Davida Toopa, zamieszczonej w The Wire w 1999r. – dostępna na stronie EMANEM
[21] CD EMANEM 4008 (1996)
[22] CD EMANEM 5030 (2013). Dysk zawiera doskonalsze akustycznie wersje nagrań z CD „Trio and Triangle”, a także całość utworu „Surface”, wydanego przedtem przez Konnex we fragmencie, jako bonus track do wydawnictwa „444” – patrz: rozdział „Not SME, but SME”
[23] Spora część zarejestrowanych nagrań “smyczkowego” SME miała wady akustyczne. Niebywale bowiem trudnym zadaniem było odpowiednie nagłośnienie dwóch lub trzech instrumentów smyczkowych i perkusji, w czym nie pomagał nawet fakt, iż zestaw perkusyjny Johna był naprawdę „small”, de facto werbel, talerz i inne drobne przedmioty wydające dźwięki.
[24] ACTA CD 8 (1996), reedycja EMANEM 4115 (2005)
[25] Wydane pod szyldem SME: LP Tangent THGS 107, nagranie niedostępne na CD
[26] LP A Records A 001; pod tytułem “For CND, For Peace, For You To Share” (1970), CD Emanem 4023 (1998). Uwaga: materiał na LP zawiera jeden utwór niedostępny na CD. Analogiczna sytuacja występuje na CD.
[27] Jedna z metod twórczych Johna, polegająca na tym, by każdy z muzyków słuchał pozostałych i odpowiadał na dźwięki przez nich generowane swoją propozycją muzyczną, czyli Szukaj i Reaguj
[28] CD Emanem 4039 (2000)
[29] LP A Records A 003 (1975), CD EMANEM 4062 (2001)
[30] Wydane jako SME/SMO: “In Concert – Live At Notre Dam Hall” LP Sweet Folk & Country SFA 112 (1982),  a także pod tytułem “Trio and Triangle” na CD EMANEM (2008) z dodatkowym materiałem nagranym w trio