Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Axel Dörner. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Axel Dörner. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 stycznia 2026

Le GGRIL & DDK in Diffraction!


Czy stali Czytelnicy tych łamów potrzebują rozszyfrowania skrótów, jakie padły w tytule dzisiejszej opowieści? Ten pierwszy, to oczywiście wielka kanadyjska orkiestra improwizatorów z Quebecu, której losy śledzimy od dnia jej narodzin. A nasza do niej miłość eksplodowała szczególnie, gdy załoganci z Rimouski zagrali kilka lat temu wspaniały koncert na scenie poznańskiego Dragona. DDK, z kolei, to trio bardziej osadzone w estetyce kameralnej, ale z udziałem improwizatorów (szczególnie trębacza), których nazwiska zwykliśmy wymawiać dużymi literami.

Spotkanie osiemnastoosobowej orkiestry i tria, to ich pierwsze wspólne działanie w wymiarze scenicznym. Jako rzecze albumowe credits, ta zgraja wspaniałych muzykantów improwizowała wedle wskazań kompozytorskich, jakie na spotkanie w siedzicie Le GGRIL dotargali panowie DDK. Efekt ich prac, to ledwie dwa kwadranse, ale dzieje się w nich tak wiele, że można by tym obdzielić kilka wielopaków edytorskich.

Z kronikarskiego obowiązku dodajmy/ przypomnijmy, iż Diffraction, to jeden z 50 powodów dla których warto zapamiętać rok 2025. So, welcome!

  


Tajemnicze, skupione, dęte i strunowe wydechy pełne mocy i towarzyszące im wdechy zaskakującej trwogi, a wszystko poprzedzielane ułamkami dudniącej ciszy. Otwarcie koncertu od razu stawia nasze uszy na baczność i nie pozwala przegapić najdrobniejszego szczegółu dramaturgicznego. Orkiestra i trio tworzą tu jedno ciało wyposażone w bardzo bogaty arsenał sił i środków. Niewiele im trzeba, by zbudować ścianę hałasu, jeszcze mniej, by zmilknąć w bezdennej ciszy. Zagajenia gitar, westchnienia smyczków, dęte okrzyki tworzą tu imponujący wir zdarzeń, wszystko wszakże pozostaje pod pełną kontrolą zarówno kompozytorów, jak i aparatu wykonawczego.

Po kilku minutach zdaje się, że to pianista delikatnie wychodzi przed szereg i serią stempli z klawiatury nadaje nowy kierunek marszu. Muzyczny potwór w pozie kameralnego zadęcia szybko nabiera tu wiatru w żagle. W tle pracują strunowce, pozornie wystudzone, ale gotowe na każde szaleństwo. W okolicach dziesiątej minuty flow na moment zapada się w onirycznej ciszy. Sygnał do powrotu na powierzchnię emocji dają strunowce i wysoko podwieszone dęte, blaszane frazy. Piano wciąż zdaje się stawiać granice, ale reszta załogi intensywnie kontrapunktuje. Opowieść ma teraz fazę hałasu, a zaraz potem moment dętych wydechów, wspieranych pieśnią z klawiatury. Zmiana goni zmianę, a słuchacz nawet nie zauważa, że spektaklowi wybija dwudziesta minuta.

To wtedy orkiestra bierze głęboki oddech i zaczyna szyć nowy wątek. Monumentalne rozbłyski dętych i pasaże z klawiatury zdają się szyć teraz więcej dłuższych fraz, przeplatanych plejadami tajemniczych short-cuts. Znów pojawiają się nanosekundy ciszy i momenty dramaturgicznego zawahania. Muzycy zaciskają zęby, wpadają w okazjonalne eksplozje, ciągle mając pod kontrolą każdy dźwięk. W trakcie ostatnich trzech minut czuć już nerwowe wyczekiwanie na napisy końcowe. Strunowce grają krótkimi, dęte długimi podaniami. Wszędzie panoszą się okrzyki trwogi.

 

Le GGRIL & DDK Diffraction (Circum-Disc/ Tour de Bras, CD 2025)

DDK: Jacques Demierre – fortepian, kompozycja, Axel Dörner – trąbka, kompozycja oraz Jonas Kocher – akordeon, kompozycja. GGRIL: Robert Bastien – gitara elektryczna, Rémy Bélanger de Beauport – wiolonczela, Clarisse Bériault – obój, obiekty, Isabelle Clermont – harfa elektryczna, Sébastien Côrriveau – klarnet basowy, Olivier D'Amours – gitara elektryczna, Alexis Gagnier-Michel – wiolonczela, Mathieu Gosselin – saksofon barytonowy, Jonathan Huard – wibrafon, instrumenty perkusyjne, Pascal Landry – gitara klasyczna, Antoine Létourneau-Berger - ondes martenot, instrumenty perkusyjne, Éric Normand – bas elektryczny, Alexandre Robichaud – trąbka, Gabriel Rochette-Bériau – puzon oraz Catherine Savard-Massicotte – skrzypce. Nagrane w Desjardins-Telus, Rimouski, Quebec, październik 2023. Jeden utwór, 30 minut.




wtorek, 7 października 2025

Jesienne koncerty cyklu Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Jesienna edycja cyklu koncertów muzyki improwizowanej, organizowanego w Poznaniu pod szyldem Spontaneous Live Series, zapowiada się wyjątkowo smakowicie – cztery koncerty, a na nich legendy gatunku, uznane nazwiska i garść tych, których winniśmy koniecznie poznać. Dwie daty październikowe, dwie listopadowe – bukujmy swój czas bez zbędnej zwłoki!

Jeszcze nie wybrzmiały echa kolejnej epokowej edycji Spontaneous Music Festival, a poznański Dragon Social Club i Trybuna Muzyki Spontanicznej zapraszają na pierwszy jesienny koncert cyklu Spontaneous Live Series, który wyśmienicie wpisuje się w fundamentalną ideę tego przedsięwzięcia i wszelkiego, co spontaniczne w tej części świata.

Do Poznania przyjeżdżają muzycy zagraniczni i na scenie Małego Domu Kultury zwierają szyki z muzykiem polskim w składzie definitywnie skleconym „ad hoc”.

  


Dwójka przedstawicieli naszego ulubionego Iberian Penincula – pianistka Clara Lai i perkusista Vasco Furtado tworzą stale współpracujący duet, do którego dołączy poznański gitarzysta Paweł Doskocz. Zapowiada się jakże swobodna improwizacja, której tropy gatunkowe zdają się być nieodgadnione.

Stali bywalcy cyklu świetnie pamiętają, iż  Doskocz i Furtado grali już razem w Dragonie, ponad sześć lat temu, co świetnie słychać na pewnym spontanicznym albumie (link w dalszej części na tekstu).

Cytując artystów z południowo-zachodniego skraju Europu: Hiszpańska pianistka Clara Lai i portugalski perkusista Vasco Furtado nawiązali współpracę muzyczną mieszkając w Lizbonie. Pomysł na występy jako duet zrodził się po otrzymaniu zaproszenia do udziału w serii koncertów w Katalonii w 2023 roku. Zachwyceni tym artystycznym połączeniem postanowili kontynuować współpracę. Ich występy, to porywający dialog między dwojgiem improwizatorów, nieustannie poszukujących sposobów na zaskoczenie samych siebie, na nawiązanie autentycznej i bezstronnej interakcji. To przywiązanie do autentyczności i spontaniczności stanowi fundament ich muzycznego partnerstwa.

 

Spontaneous Live Series Vol. 76, 11 października 2025, Poznań, Zamkowa 3, godz. 20.00

Clara Lai - fortepian

Vasco Furtado – perkusja

Paweł Doskocz – gitara elektryczna

 

https://claralai.com

https://vascofurtado.bandcamp.com

https://paweldoskocz.bandcamp.com/

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-004

 

Szalenie atrakcyjnie zapowiadają się także kolejne spontaniczne spotkania w Poznaniu. We czwartek 30 października gościć będziemy legendarny kwartet The Electrics, który od lat tworzą szwedzcy artyści Sture Ericson na saksofonach i Raymond Strid na perkusji, niemiecki trębacz Axel Dörner oraz kanadyjski kontrabasista Joe Williamson. Te nazwiska nie wymagają jakichkolwiek rekomendacji. Dodajmy, iż formacja powraca na deski Dragona po sześciu latach, gdy była uczestnikiem trzeciej edycji Spontaneous Music Festival.

Koncerty listopadowe też winny podnieść temperaturę krwi fanów muzyki improwizowanej i post-jazzowej. Najpierw 6 listopada zagra ekscytujące trio - John Butcher na saksofonach, Florian Stoffner na gitarze oraz Chris Corsano na perkusji. Zjednoczone siły angielskie, szwajcarskie i amerykańskie gwarantują nam kosmiczny poziom artystyczny.

Wreszcie 14 listopada do Poznania powróci stały bywalec dragonowych koncertów, portugalski gitarzysta Marcelo Dos Reis. Tym razem zagra ze swoim autorskim triem Flora. Wspomagać go będą - na kontrabasie Miguel Falcão, a na perksuji Luís Filipe Silva

Zapraszamy na koncerty bardzo gorąco!


 

piątek, 28 marca 2025

The March’ Round-up: The Unreal Book! Ligand! Eyre! Wirksam! Into the Dark! Mutants In Siberia! Live in Bemma Bar! Transformations II!


Rzutem na taśmę zdążyliśmy z comiesięczną zbiorówką świeżych recenzji płytowych! Tym razem przed obliczem czytaczy i słuchaczy stawiamy osiem nowych albumów – siedem tegorocznych i jedną zgubę z końca roku poprzedniego. W ujęciu stylistycznym, jak zwykle lekkostrawny groch z kapustą, w wymiarze personalnym raczej bez specjalnych zaskoczeń – głównie dobrze nam znami i równie lubiani artyści i artystki z całego świata.

Podróż zaczniemy w ukochanej Barcelonie, potem czeka nas podwójna wizyta w Zjednoczonym Królestwie, takaż sama w Berlinie, a w dalszej kolejności – Praga, Wrocław i Toruń. W ujęciu gatunkowym na ogół będziemy swobodnie improwizować, choć zaczniemy od niekończącej się Nierealnej Księgi słynnego El Pricto. Będzie sporo elektroniki, trochę kameralistyki i szczypta spirytualnych post-perkusjonalii. What ever you want! Welcome to heaven and hell of improvised music!



 

El Pricto/ Discordian Community Ensemble The Unreal Book at LEM Festival (Discordian Records, DL 2025)

Nocturna Discordia #404, Soda Acústic, Barcelona, październik 2024: Ilona Schneider – głos, Pablo "Pope" Volt – trąbka, Edu Pons – saksofon sopranowy, Liba Villavecchia – saksofon altowy, Luis Erades – saksofon tenorowy, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – bas elektryczny, Vasco Trilla – perkusja oraz Prictopheles – dyrygentura, notacja graficzna. Dziesięć utworów, 46 minut.

Flagowy okręt barcelońskiej sceny muzyki kreatywnej na szerokich falach wzburzonego oceanu! Kolejny epizod neverending story spod pióra niesamowitego El Pricto. Kompozytor oczywiście w roli dyrygenta, a pod jego batutą soczysty oktet muzyków niemal trzech pokoleń barcelońskich improwizatorów – z głosem, silną frakcją dętych i bardzo elektryczną sekcją rytmu. Narracja, jak to często bywa w przypadku tej odnogi twórczości Wenezuelczyka, rozsypana na drobne kawałki, niczym pęknięta szyba, w klimatach bardzo zornowskich, takie Naked City z turbodoładowaniem. Dziesięć dobrze udramatyzowanych epizodów, tysiące akcji, mnóstwo zabawy i garść parateatralnych gagów z inwokacją do jedynej Eris! Nie sposób uronić tu choćby sekundy.

Radosne okrzyki i rockowe przełomy, dynamiczne zjazdy i efektowne podskoki, stempel na stemplu, ciało przy ciele – ognisty free jazz, która zna całą historię muzyki na pamięć, po prostu DCE! Klimat zmysłowej nadekspresji prezentuje tu większość utworów, które trwają na ogół od dwóch do czterech minut. W trakcie tych bardziej spokojnych epizodów (choćby drugi, czy siódmy) dominuje szemrana, preparowana rzeczywistość foniczna, dostojny krok i nad wyraz soczyste wydechy dętych i wokalistki o operowej skali głosu. Ale i tu zaskakująca porcja halsu nie jest zjawiskiem niemożliwym. Utwory czwarty i dziewiąty, to najdłuższe opowieści, ponad ośmiominutowe. Nie brakuje w nich zatem przestrzeni na ekspozycje saksofonistów, niekiedy jazzowe, a nawet swingujące, czy salwy heavy rockowej gitary i równie mięsistego basu. W siódmej opowieści po rozbudowanych akcjach instrumentalnych nagle odnajdujemy się na deskach teatralnych – muzycy rozmawiają, dyskutują, przekrzykują się, a perkusista wybucha charakterystycznym dla niego śmiechem. W dziewiątej odsłonie mamy werbalną inwokację do diskordiańskiej bogini w wykonaniu samego El Pricto. Warstwa muzyczna ma tu swoją repetytywną dramaturgię. Zwarte, soczyste ekspozycje saksofonistów, wokalistki i gitarzysty są efektownie kontrapunktowane podmuchem całej orkiestry. Końcowa opowieść, to rockowe resume – gęsta, radosna, zawadiacka opowieść cięta na drobne kawałki niewyczerpalną kreatywnością kompozytora i dyrygenta. Salve Eris!




Tom Ward & Adam Fairhall Ligand (Raw Tonk, Kaseta 2025)

Chestnut End, Anglia, czerwiec 2022: Tom Ward – saksofon altowy i tenorowy, klarnet basowy oraz Adam Fairhall - Hammond C3. Osiem improwizacji, 41 minut.

Pierwsza dziś brytyjska płyta, to opowieść z cyklu kreatywny jazz nie jedno ma imię. Saksofon i organy w jakże kompetentnych rękach artystów, których cenimy i o których lubimy pisać. Swobodne improwizacje tkane z różnym poziomem intensywności, dużo jakości i umiejętnie kreowanych splotów dramaturgicznych. Pierwsze cztery epizody trwają po 7-8 minut, cztery kolejne, to krótsze narracje.

W pierwszej fazie albumu w grze uczestniczy saksofon altowy. Samo otwarcie jest spokojne, wyważone, niemalże balladowe. Od drugiej opowieści zaczynają się prawdziwe emocje. Ciepły i wystudzony Hammond wchodzi teraz w intensywne zwarcia z dęciakiem, a muzycy zgrabnie dawkują nam kolejne stadia free jazzowego wtajemniczenia. Frazują na tym etapie zarówno krótkimi, zaczepnymi akcjami, jak i dronowymi, na poły ambientowym reasumpcjami. Te ostatnie dobitnie podkreślają urodę czwartej improwizacji, w trakcie której słyszymy brzmienie … klarnetu basowego (choć albumowe credits o tym nie wspomina). Cztery kolejne opowieści, te krótsze, to już królestwo saksofonu tenorowego. Najpierw półtorej minuty nerwowej, połamanej melodyki z obu stron, potem garść post-jazzowych zaczepek, lepionych zarówno z czystych, jak i delikatnie preparowanych fraz, podanych w dość leniwym tempie. Siódma improwizacja, to albumowy szczyt nasączony saksofonowymi skrzepami, siarczystym brzmieniem organów i adekwatnymi dla free jazzu emocjami. Końcowa opowieść, to oddech szumiącej ciszy. Łagodna, choć podszyta nerwowością, pożegnalna ballada.



 

light.box + Tom Challenger Eyre (Bead Records, CD 2025)

City University, luty 2024: Alex Bonney – trąbka, elektronika, Pierre Alexandre Tremblay – gitara basowa, elektronika oraz Tom Challenger – saksofon tenorowy. Sześć improwizacji, 48 minut.

Jazzowy, tudzież post-jazzowy saksofon skąpany w gęstym strumieniu elektroniki, z której incydentalnie wyłaniają się frazy trąbki i gitary basowej. Album na swoje otwarcie, niemal epickie zakończenie, a pomiędzy nimi treść główną, która podzielona na cztery podrozdziały stanowi przyczynek do dyskusji o walorach improwizacji zdominowanej przez brzmienia syntetyczne.

Słowo się rzekło, album otwiera strumień usterkowej elektroniki, budowany także basowymi sprzężeniami. W takich okolicznościach do życia budzi się saksofon, który płynie spokojnym, jazzowym tembrem. Z kolei otwarcie czteroczęściowej fazy zasadniczej, to być może najciekawsza odsłona albumu. Słyszymy czyste frazy trąbki, a po chwili saksofonu. Formuje się ciekawy dialog, który zostaje rozsiany po całym spektrum narracji bystrze redagowanym live processingiem i wspomagany frazami żywej basówki. Całość lepi się z czasem w gęsty, szorstki ambient, a emocje kreuje tu także bas, który topi się w narastającej fali elektroniki. Po trwającym niespełna sto sekund interludium, które przypomina tybetańską medytację, narracja osiąga fazę, którą definiuje zarówno posmak dekonstruowanego rocka, jak i post-jazzowe brzmienia syntetyczne, nieuchronnie kojarzące się z dokonaniami Nilsa Petera Molvaera. Wątek części głównej albumu uzupełniają czyste, melodyjne frazy saksofonu intrygująco skorelowane z basowym fuzzem. Albumowa puenta trwa dziesięć minut i przynosi sporo nowych elementów. Elektroakustyczne szmerowisko i mroczna poświata ambientu budują tło, na którym rozgrywa się akcja główna – dialog saksofonu i basu, który systematyczne nasączany jest elektroniką. Na ostatniej prostej nie brakuje melodii kontrapunktowanej elektronicznym zgrzytaniem zębami.



 

Niklas Fite & Axel Dörner Wirksam (Bandcamp’ self-released, CD 2025)

Studioboerne45, Berlin, luty 2019: Niklas Fite - gitara, banjo oraz Axel Dörner – trąbka, elektronika. Dwie improwizacje, 50 minut.

To nagranie przeleżało się na twardym dysku całe sześć lat, ale zdecydowanie warto było czekać. Młody Szwed i doświadczony Niemiec wchodzą tu w szranki intrygującego boju improwizacyjnego. W jego trakcie walka bywa niekiedy odrobinę nierówna, albowiem akustyczna gitara lub banjo w zetknięciu z trąbką podłączoną pod elektronikę dużej mocy nie ma wielu argumentów w bardziej zmasowanej akcji scenicznej. Gdy wszakże moc ustępuje miejsca kreatywności, wrażliwości na brzmienie i niuanse dramaturgii, improwizacja osiąga poziom godny naszej najwyższej uwagi.

Album składa się z dwóch ponad dwudziestominutowych opowieści. Spokojny początek, to banjo i czyste frazy trąbki uwikłane w elektroakustyczny rozgardiasz. Wyważone wymiany zdań i plamy … white noise. Drobne intensyfikacje i lubieżne rozkołysania. Nie brakuje brzmień preparowanych, zgrzytów, bolesnych obtarć i soczystych szorowanek – tu każdy dokłada adekwatne porcje emocji. Bywa, że muzycy patrzą sobie prosto w oczy, bywa, że giną na froncie dysonansu. Pierwszą historię wieńczy urokliwy passus solowy Szweda, pięknie spuentowany wystudzoną trąbką Niemca. Początek drugiej trzyma się owej zrównoważonej narracji. Tym razem słyszymy gitarę, a arsenał elektronicznych środków wyrazu zdaje się nieść sporo intrygujących niespodzianek. Opowieść ma swoją fazę rozdygotanego ambientu, a także momenty intensywnych zwarć i post-akustycznych pyskówek. Popada w dramaturgiczny umiar, ale i sięga po plastry hałasu, a nawet na poły taneczne electro. Znów podobać się może samo zakończenie, które bazuje na akustycznym konsensusie, pięknie obranym w repetującą narrację.



 

Evil Joe Into the Dark (Ma Records, CD 2024)

Kühlspot Social Club, Berlin, 2023: Edith Steyer – klarnet, Vojta Drnek – akordeon oraz Kellen Mills – gitara basowa. Sześć utworów, 33 minuty.

Owa niemiecko-czesko-amerykańska kooperacja definitywnie nosi znamiona oryginalnej. Niebanalny zestaw instrumentalny, kameralna estetyka, którą rozsadza ponadgatunkowa kreatywność, wreszcie intrygujące koincydencje brzmieniowe i dramaturgiczne. Bywa, że brakuje w niej nieco ekspresji, ale to zdaje się być zaplanowanym elementem tego muzycznego konceptu.

Pierwsza opowieść przypomina spacer po mrocznym lesie. Swobodne ruchy, głowy otwarte na nowe wyzwania, naturalna powolność w dobrze skomunikowanych akcjach zaczepnych. W drugiej odsłonie artyści dodają nieco melodii i dłuższych, bardziej rozkołysanych fraz, w trzeciej także samej radości ze wspólnego muzykowania i pewnej znów całkiem naturalnej taneczności. W kolejnych trzech opowieściach jest jeszcze ciekawiej. W czwartej mamy wrażenie obcowania z nagraniami terenowymi, które oplata smutna melodyka zastygłej chwili. Szmery, drżenia, powłóczyste dźwięki towarzyszą nam także w piątej opowieści, która przynosi garść bolesnych fraz, trochę nerwowych ruchów i zaskakująco melodyjną fazę rozwinięcia. Nie brakuje dźwięków preparowanych, szczególnie ze strony klarnecistki i ekspresji dynamicznego zakończenia. Ostatnia improwizacja zdaje się być jeszcze precyzyjniej … zaplanowana. Dużo brudnych dźwięków płynie tu z gitarowych pick-upów, sporo strwożonych śpiewności dostarcza klarnetu, wciąż dużo zaskakujących brzmień niesie semantyka akordeonu. Ostatnia prosta wynosi opowieść na efektowe wzgórze, stanowiąc zgrabną reasumpcję albumu.



 

Joke Lanz & Petr Vrba Mutants In Siberia (Circum-Disc, CD 2025)

Punctum, Praga, 2023: Joke Lanz - turntables, głos oraz Petr Vrba – trąbka, elektronika. Dwanaście utworów, 38 minut.

Gramofony, okazjonalny głos, trąbka i elektronika budują tu barwną, niekiedy power noise’ową ekspozycję, która śmiało pretenduje do miana eksperymentalnej, improwizowanej elektroniki, ale też zaskakująco często sięga po atrybuty … inteligentnej muzyki tanecznej, czyli estetyki wykutej na przełomie milenium i identyfikowanej świetnie rozpoznawalnym skrótem IDM.

Elektroakustyczny chaos, jaki towarzyszy muzykom na starcie dość szybko zostaje uformowany w ciąg zdarzeń, które mają odpowiednią ekspresję, swój rytm, nieco pokrętną linearność i dobrze ukonstytuowaną dramaturgię. Ekscesom fonicznym towarzyszy także głos, który czasami recytuje, innym razem krzyczy. Muzycy generują dużo fraz w jednostce czasu, pilnując by akcje zaziębiały się i wchodziły w dyskurs poznawczy. Raz po raz w grze pojawiają się akustyczne frazy trąbki, którym towarzyszy oniryczna, mglista narracja sfery syntetycznej, ciętej zazwyczaj ostrym skalpelem na wyjątkowo krótkie interwały, co przypomina kolejną estetykę kojarzoną z elektroniką millenialną, czyli słynne cięcia i klejenia. W połowie albumu muzycy wrzucają do tygla zdarzeń więcej akcentów rytmicznych, a zdefiniowane w preambule recenzji skojarzenie z IDM zaczyna nabierać rumieńców. Dodajmy, iż w ósmym epizodzie pojawia się wysamplowany głos, który recytuje polityczny tekst, jaki znamy z płyty … punkowego Dead Kennedys sprzed czterech dekad. Ostatnie trzy utwory wydają się nieco spokojniejsze, wciąż nerwowe i podszyte kreatywnością, ale bardziej swobodne, budowane ze świadomością, iż album dobiega końca. Dodajmy, iż poczucie pokrętnego rytmu i skłonność do repetycji nie opuszcza muzyków do ostatniej sekundy albumu.

 


Shepherds of Cats & Vj Pietrushka Live at Bemma Bar (Antenna Non Grata, CD 2025)

Bemma Bar, Wrocław, wrzesień 2023: Adam Webster – wiolonczela, głos, Aleksander Olszewski – etniczne instrumenty perkusyjne, Dariusz Błaszczak – syntezator modularny, sampler, Jan Fanfare – gitara, preparowane ukelele, looper oraz Vj Pietrushka - live cameras, video processing. Improwizacja w czterech częściach, 38 minut.

Brytyjsko-wrocławscy Pasterze Kotów, których dokonania śledzimy od zarania ich pomysłu na swobodną improwizację, czerpiącą inspirację z nieskończonej liczby gatunków, stylistyk i estetyk, dostarczają nam album koncertowy, ulepiony w jedną kompaktową ścieżkę, ale stworzoną z czterech opowieści połączonych prawdziwe punkowymi, nie do końca subtelnym metodami edytorskimi. Dodajmy, iż wrocławski koncert miał także, tradycyjnie dla Kotów, warstwę wizualna, ale tej na rzeczonym albumie możemy się jedynie domyślać.

Pierwsze osiemnaście minut koncertu, to linearna, uformowana w leniwą strugę reaktywnych improwizacji opowieść, osadzona na brzmieniu wiolonczeli i gitary, udanie uzupełniana poświatą nieinwazyjnego syntezatora modularnego i akcji perkusjonalnych, których raz po raz zmieniają szyk narracji. Nie brakuje brudnych i zakurzonych fraz, a tempo bywa zmienne. W trakcie drugiego epizodu muzycy dostarczają więcej ekspresji i tropów gatunkowych, które perfekcyjnie gubią, niczym zbieg uciekający przed obławą tłustych policjantów. Wokalno-instrumentalna, krocząca opowieść zdaje się wieść intrygująco taneczne życie wewnętrzne, okazjonalnie pachnie rockiem, niekiedy kameralną psychodelią, a po kolejnym stoppingu przepoczwarza się w bardziej mroczną, dość stonowaną pulsację. Po pewnym czasie narracja gęstnieje, a jej rockowa powłoka próbuje wyrwać się z uwięzi, ale grzęźnie w defensywnej motoryce upalonego post-bluesa. Pod finałową, oniryczną flautę podprowadza nas intrygujący fragment budowany skłębionymi perkusjonaliami i zaskakująco czysto frazami strunowymi, które łapią od dawna skrywaną melodykę. Pożegnalna opowieść gaśnie nagle, ucięta dość tępym skalpelem.



 

Rafał Iwański Transformations II (Antenna Non Grata, CD 2025)

Studio Eter, Toruń, lipiec - listopad 2024; Rafał Iwański – sanzas, kalimba, sanzula, grzechotki, patyki deszczowe, dzwonki, przedmioty metalowe, rurki sprężynowe, rura wah-wah, bęben obręczowy, okaryna, flety, piszczałki, automat perkusyjny, efekty, nagrania terenowe. Jedenaście utworów, 51 minut.

Rafał Iwański, multiinstrumentalista, którego słusznie kojarzymy z takimi formacjami, jak Innercity Orchestra, czy Alameda 5, dostarcza swoją kolejną solową płytę. Bazuje ona w równym stopniu na dźwiękach instrumentów perkusyjnych, jak i strunowych, udanie sięga także po brzmienia post-akustyczne i syntetyczne, budzące w głowie recenzenta, nie pierwsze w trakcie dzisiejszej zbiorówki, skojarzenia w dumną historią wartościowej elektroniki ostatnich trzech dekad.

Pierwszą opowieść buduje dysonans mrocznego tła i lżejszych od powietrza perkusjonalii i instrumentów strunowych. Pojawia się ledwie zasugerowana rytmika, która wszakże potęguje nastrój wyciszonej medytacji. W kolejnych utworach Iwański mnoży wątki, dodaje odrobinę dalekowschodniego posmaku i gamelanowej filigranowości, a w sferze kreowania warstwy rytmicznej sięga po atrybuty syntetyczne osiągając efekt, którym śmiało może wzbudzać skojarzenia z estetyką IDM. Nie stroni od onirycznych, wystudzonych interludiów, czy etnicznych naleciałości (niczym Samarpan Sławka Kulpowicza sprzed czterech dekad!), ale nie przestaje forsować estetyki tanecznej. Sięga po minimalistyczny deep beat charakterystyczny dla post-techno, który w utworze dziewiątym barwi dubową poświatą, dzięki czemu ów fragment definitywnie umieszczamy w roli albumowego crème de la crème. Przedostatni epizod nasączony zostaje mglistym, łagodnym ambientem, którego narodziny poprzedzone są dźwiękami żywej, czystej, medytującej przyrody. Album wieńczy dwuminutowa koda. Wieje zaskakująco mroźny wicher, szczęśliwie ciepły ambient zaczyna rozpościerać się na bezchmurnym niebie.

 

 

piątek, 28 lutego 2025

Zlatko Kaučič celebrates ‘70 by Inklings


Czas na kolejny urodzinowy box w ofercie krajowej Fundacja Słuchaj! Gdy piszę te słowa, słoweński perkusista i perkusjonalista Zlatko Kaučič kończy już 72 lata, ale to ciągle doskonały czas, by wsłuchać się w cztery albumy wydane z okazji jego 70. urodzin, a upublicznione pod koniec grudnia ubiegłego roku w pudełku o nazwie Inklings.

Rzeczony wielopak zawiera cztery nagrania koncertowe, wszystkie zarejestrowane w rodzinnej dla jubilata Słowenii. Trzy pierwsze, to fonograficzne pamiątki z festiwalu BCMF, który odbywa się corocznie na słoweńskiej prowincji, ostatni zaś to rejestracja z 64. edycji Festiwalu Jazzowego ze stołecznej Ljubljany. Na liście płac same znane postaci, choć nie wszystkie wydają się oczywiste w kontekście artystycznego portfolio Zlatko. Z tym większą zatem ochotą sięgamy po nagrania, czyniąc to w delikatnie zaburzonej chronologii, albowiem odsłuchamy koncertów odpowiednio z lat 2019, 2023, 2020 i ponownie 2023.



 

Na pierwszym dysku zwanym Venčko partnerem jubilata jest norweski saksofonista Torben Snekkestad. Koncert składa się z czterech separatywnych części. W tej pierwszej Norweg sięga po saksofon tenorowy i buduje jazzową narrację. Zlatko zaczyna na drżących talerzach i po kreatywnej introdukcji przechodzi w stan pełnowymiarowego, silnie pobudzonego drummingu. Opowieść formuje się z drobnych wybuchów ekspresji i stylowych, długich fraz nasyconych zadziornymi niekiedy melodiami, a nabiera szczególnej jakości w partiach dynamicznych. W drugiej odsłonie Torben przesiada się na saksofon sopranowy, a introdukcja Zlatko znów koncertuje się na talerzach. Narracja budowana jest skrupulatnie, na ogół długimi frazami, a po przejściu przez fazę obustronnych preparacji intrygująco rozkwita. Trzecia część przynosi kolejną garść preparacji, doposażonych głosem, a jej balladowy charakter kreuje nade wszystko melancholijny saksofon tenorowy. W ostatniej improwizacji, zgodnie z prawej serii, w dłoniach saksofonisty ląduje sopran, z kolei perkusista od startu pracuje w pełnym rynsztunku. Improwizacja płynie swobodnym strumieniem open jazzu, zdobi ją solowa ekspozycja jubilata i zmysłowy, cyrkulacyjny lot sopranisty.  

Nagranie zamieszczone na drugim dysku zwie się Tiha Misel Zablestela – suita, jest jednym strumieniem dźwiękowym, a partnerzy Kaučiča, to niemiecki trębacz Axel Dörner i słoweński kontrabasista Tomaž Grom. Aurę otwarcia kreują preparowane drony trąbki, delikatny smyczek i plejady short-cuts z bogatego instrumentarium perkusjonalnego. Nie brakuje dźwięków, których źródła pochodzenia możemy się jedynie domyślać. Kolejne kilkanaście minut nagrania definiuje stan permanentnej zmiany. Muzycy stosują najprzeróżniejsze techniki frazowania, ekspresja ich wypowiedzi faluje niczym zburzony ocean, zdają się wykorzystywać całą przestrzeń foniczną pomiędzy ciszą a hałasem. Swobodna kameralistyka miesza się z post-jazzem, eksperyment z czystym frazowaniem. Na poziomie kreatywności najwięcej zdaje się tu wnosić kontrabasista, choć jego narracja bywa niekiedy przeładowana pomysłami. Ostatnie kilkanaście minut koncertu przypomina dramaturgiczne rozdroże, szczęśliwie ekspresyjny finał sporo rekompensuje.

Kolejnym gościem Zlatko jest portugalski saksofonista Rodrigo Amado, spotkanie z którym wypełnia trzeci dysk o jakże jazzowej nazwie Free Fall. Album zawiera jeden strumień dźwiękowy, ale podzielony na cztery epizody, adekwatne do dramaturgii koncertu. Pierwsze trzy z nich trwają po kilka minut, ten ostatni wypełnia dokładnie połowę koncertu. Start jest dynamiczny, modelowo free jazzowy, okraszony dość masywnym jak na Zlatko drummingiem i melodyjnym, drapieżnym, post-aylerowskim soundem Amado. Krótkie spowolnienie jest okazją do rozpoczęcia drugiej części koncertu, zaczerpnięcia powietrza i inauguracji kolejnego wątku, który z czasem melodyjną balladę przepoczwarza w ognistą kulę ekspresji. Początek trzeciej części wyznacza perkusyjne solo, a zaraz po nim muzycy wpadają w samonakręcającą się spirale wyzwolonego jazzu. Ostatnia, najdłuższa odsłona rozpoczyna się w smudze cienia – talerze rezonują, saksofon śpiewa smutną melodię. Artyści potrzebują tu prawie siedmiu minut, by ruszyć w tango wyjątkowo ekspresyjnego free jazzu, czyniąc ów moment najpiękniejszym momentem wieczoru! Po osiągnięciu szczytu czeka nas kolejne solo Kaučiča, po czym muzycy przystępują do długotrwałej finalizacji. Dużo w niej wyważonej melodyki, umiarkowanego tempa i jakże zawsze soczystych interakcji.



 

Jubileuszowy box wieńczy koncert stałego tria Kaučiča z udziałem hiszpańskiego pianisty Agustí Fernándeza i brytyjskiego kontrabasisty Barry’ego Guya. Nosi tytuł jak cały box, czyli Inklings. Przenosimy się na trasę koncertową, jaka miała miejsce półtora roku temu, a która obejmowała także koncert zamieszczony na jubileuszowym boxie … Fernándeza, wydanym w tym samym miejscu i czasie, jak ten dziś omawiany. Tu jesteśmy z muzykami dokładnie dwa dni wcześniej, w stolicy Słowieni. Nagranie znów składa się ze swobodnych improwizacji okraszonych klasycznymi kompozycjami pianisty, które znamy z debiutanckiej płyty tria Aurora. Ma jednak inną dramaturgię. Składa się z sześciu epizodów stanowiących nieprzerwany ciąg dźwięków i bisu, w trakcie którego wybrzmiewa druga ze wspomnianych melodii Fernándeza. Z kolei pierwszy z klasyków pojawia się po wyjątkowo smakowitej trzyczęściowej, swobodnej improwizacji, która śmiało pretendować może do punktu głównego całego boxu. Otwarcie jest swobodne, jazzowe, z każdą sekundą nabiera jednak dynamiki, aż po stadium kompulsywnego fire music. Kolejne dwa epizody, to chyba crème de la crème tego składu! Najpierw otrzymujemy niebywały pokaz dramaturgicznych i brzmieniowych subtelności, a zaraz po nim zejście w mrok niedopowiedzenia i skrupulatne budowanie narracji opartej na granych niemal jednocześnie frazach inside & outside piano. Podczas, gdy anonsowana, czwarta odsłona przynosi melodyjne, nostalgiczne wystudzenie, w piątej eksplozja kreatywności trwa w najlepsze – szczególnie na linii piano-kontrabas, gdy trudno jest wskazać, który z artystów odpowiada za dany dźwięk. Szósta odsłona, czyli finał seta zasadniczego, to kolejna torpeda odpalona przez muzyków. What a game, to jedyny rozsądny komentarz! No i zapowiadany bis, usnuty wokół przepięknej melodii Agustiego, niebywałej niczym cud narodzenia, wyśpiewanej nie tylko z klawiatury fortepianu, ale także gryfu kontrabasu i rozgrzanego werbla perkusyjnego.

 

CD 1. Venčko: Torben Snekkestad – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Zlatko Kaučič – perkusja, instrumenty perkusyjne. BCMF Festival, Šmartno-Brda, Słowenia, wrzesień 2019. Cztery utwory, 40 minut.

CD 2. Tiha Misel Zablestela - suita: Axel Dörner – trąbka, Tomaž Grom – kontrabas, freeze oraz Zlatko Kaučič – perkusja, instrumenty perkusyjne. BCMF Festival, Šmartno-Brda, Słowenia, wrzesień 2023. Jeden utwór, 36 minut.

CD 3. Free Fall: Zlatko Kaučič – perkusja oraz Rodrigo Amado – saksofon tenorowy. BCMF Festival, Šmartno-Brda, Słowenia, wrzesień 2020. Cztery utwory, 48 minut.

CD 4. Inklings: Agustí Fernández – fortepian, Barry Guy – kontrabas pięciostrunowy oraz Zlatko Kaučič – perkusja, instrumenty perkusyjne. 64. Jazz Festival, Ljubljana, Słowenia, lipiec 2023. Siedem utworów, 49 minut.


*) Niniejszy tekst powstał na potrzeby portalu Jazzarium.pl i tamże został pierwotnie opublikowany





wtorek, 28 stycznia 2025

Burkhard Beins in Eight Duos!


Ubiegły rok obfitował w okrągłe urodziny znamienitych postaci muzyki free jazzowej i improwizowanej. Także na tych łamach hucznie obchodziliśmy osiemdziesiąte urodziny Evana Parkera, czy też siedemdziesiąte Johna Butchera. W roli hołubionych jubilatów wystąpili także Agustí Fernández, czy też o dekadę od niego młodsi Mats Gustafsson i Ken Vandermark.

W październiku 2024 okrągłe, sześćdziesiąte urodziny celebrował także niemiecki multi-instrumentalista Burkhard Beins, muzyk tysiąca talentów, choć rzadziej goszczący na pierwszych stronach nieistniejących gazet poświęconych wyłącznie muzyce improwizowanej. W ostatni weekend października w Berlinie odbyło się jubileuszowe koncertowanie, a luksemburska oficyna Ni Vu Ni Connu dostarczyła potrójny winyl, zawierający osiem duetów jubilata poczynionych z artystami różnych proweniencji. W każdym z nich Beins zaprezentował się w innym zestawie instrumentalnym, co doskonale obrazuje, jak wszechstronnym, multigatunkowym jest muzykiem. W trakcie nagraniowych sesji królowała improwizacja, ale na tych łamach świetnie wiemy, iż nie jest to jedyna metoda pracy twórczej tego wyśmienitego artysty.

Osiem nagrań duetowych zarejestrowano wiosną 2023 roku, a pomieszczono na sześciu stronach winylowych. Cztery duety trwają po około dwadzieścia minut i samodzielnie wypełniają stronę czarnego krążka, cztery powstałe, to interwały dziesięciominutowe i krótsze, dzielą zatem stronę z innym duetem.



Paradę duetów otwiera spotkanie z Andreą Neumann, która preparuje fortepian i korzysta ze stołu mikserskiego, dzięki któremu jej akustyczne frazy potrafią przepoczwarzać się w elektroakustyczne porcje wytrawnego hałasu. Beins korzysta z talerzy, które delikatnie amplifikuje oraz bębna basowego, na którym ugniata tajemnicze przedmioty. Ta improwizacja zlepiona jest z trzech samodzielnych opowieści. Pierwsza z nich jest skupiona, niemal rytualna, skoncentrowana na frazach w pełni akustycznych, rozrzucanych po przestrzeni, której echo zdaje się nie mieć końca. W drugiej części fonie płynące z inside piano pokrywają się kurzem czegoś definitywnie post-akustycznego i przybierają formę perkusjonalną. Wtóruje im pracujący w podobnej stylistyce Beins. Z kolei wątek trzeci nasycony jest pokrętną melodyką, dochodzącą z pudla rezonansowego fortepianu i napotykającą na dźwięki ugniatania przedmiotów na werblu. Poziom intensywności tego odcinka każe nam określić go mianem post-industrialnego.

Druga strona winyla konsumuje dwa duety. Ten pierwszy, w towarzystwie Michaela Renkela, to podwójny zestaw instrumentów perkusyjnych i strunowych. Artyści szarpią za struny, polerują je, uderzają w akcesoria perkusjonalne. Generują frazy czyste, ale także intensywnie preparowane. Nie brakuje brzmień gitarowych i przypominających cytrę. Z jednej strony zgrzebność post-bluesa, z drugiej rytuał celebrowania fraz akustycznych. Drugi duet, z Quentinem Tolimierim, to z kolei jazzowa narracja na klawiaturę fortepianu i perkusję. Opowieść ma kompulsywny drive, nabiera adekwatnej dynamiki i wpada we free jazzową repetycję. Dużo emocji, choć sama estetyka bardzo odległa od pozostałych duetów.

Na trzeciej stronie odnajdujemy nasze dobre znajome z ostatniej edycji Spontaneous Music Festival. Najpierw Andrea Ermke i jej mini dyski wyposażone w niepowtarzalne sample. Beins także korzysta z sampli, ale jego podstawowym narzędziem pracy jest syntezator analogowy. Kilkuminutowa narracja lepi się tu z wielu wątków, inteligentnie wplatanych w zwój narracji – skąpanych w deszczu miejskich odgłosów, wielokolorowych szumów i szmerów, wtrętów harsh-ambientu generujących klimat niemal post-industrialny i syntetycznych, niekiedy basowych pulsacji. Dramaturgię opowieści tworzą także dwukrotnie zamykające się z hukiem drzwi. Stronę uzupełnia duet w pełni akustyczny, z frazującą zarówno w formule inside, jak i outside piano Anaïs Tuerlinckx. Beins towarzyszy jej na instrumentach perkusyjnych. Po delikatnym otwarciu, pełnym separatywnych, drżących fonii opowieść nabiera intensywności, ale i mroku. Frazy piana szukają tu nieba, te z drżącego werbla wiją się po podłodze. Po krótkim wystudzeniu flow kreują filigranowe dźwięki fortepianowych strun i szeleszczących talerzy. Udręczona akustyka lepi się ostatecznie w dron rozśpiewanego rezonansu.

Druga strona drugiego krążka oddana została w ręce preparującego trąbkę Axela Dörnera i pracującego na werblu i obiektach jubilata. Blisko dziewiętnastominutowa improwizacja, to stan permanentnej zmiany dramaturgicznej. Opowieść początkowo sprawia wrażenie minimalistycznej, a muzycy wydają się oblepieni plastrami ciszy. Z czasem nie skapią nam jednak dobrze skonstruowanych eksplozji hałasu i narracyjnych zagęszczeń. Nawet jeśli delikatniejszym w tym gronie wydaje się Beins, także on, w konsekwencji wyłącznie udanych decyzji, jest w stanie opanować spektrum narracji. Gdy obaj muzycy zmyślnie preparują, dysonans poznawczy odbiorcy rośnie, a wskazanie źródła dźwięku wydaje się dalece utrudnione. Bywa, że frazują imitacyjnie, wtedy lepią się w jednorodny strumień intensywnego szumu. Ciekawym pomysłem, w kontakcie całości, jest faza subtelnie preparowanej trąbki, wspartej akcją perkusyjną.

Trzeci winyl na stałe przenosi nas do świata dźwięków nieakustycznych. Na pierwszej jego stronie odnajdujemy duet dwóch gitar basowych, podłączonych pod elektronikę. W roli partnera jubilata Tony Elieh. Najdłuższą improwizację w zestawie inauguruje ciężkie, dość leniwe, basowe frazowanie na lewej flance i porcja soczystej, na poły hałaśliwej elektroniki na flance przeciwnej. Flow dość szybko osiąga niemal noise’ową intensywność, ale już po kilku minutach klei się w jednorodny dron gęstego, szorstkiego ambientu, czyniąc ów moment bodaj najpiękniejszym fragmentem całego trójpaku. W środkowej części utworu muzycy zagłębiają się w hałaśliwej elektronice, by po niedługim czasie powrócić do basowego frazowania, tu czynionego z pewną dozą rytmu. Nim opowieść wygaśnie, muzycy serwują nam jeszcze porcje śpiewnego ambientu, zgrzytającego electro beatu, wreszcie minimalistyczny, basowy dialog, ostatecznie zatopiony w smudze ambientu.

Urodzinowy trójpak domyka duet z Martą Zapparoli. Tu ucieczka od akustyki jest już ostateczna – na stołach mikserskich lądują radiowe anteny i odbiorniki, magnetofony, walkie talkie, syntezator analogowy i dozowniki sampli. Artyści już na starcie budują wielowarstwowy dron, wypełniając go brzęczącym i pulsującym szumem. Systematycznie dokładają do niego kolejne elementy, sprawiając, iż w jego wnętrzu zaczynają toczyć się prawdziwe wojny światów. Po laserowym spiętrzeniu, w tyglu studzonych, całkiem mrocznych emocji pojawiają się sample z odgłosami, jakby nagle wszystkie stacje radiowe na ziemi rozpoczęły swój gadający broadcast. Ów zgiełk w eterze przechodzi różne stadia intensywności – najpierw jest plejadą elektroakustycznych iskierek, potem porcją zgrzytających usterek na łączach, wreszcie gasnącym, post-elektronicznym mrowiskiem.


Burkhard Beins Eight Duos (Ni Vu Ni Connu, 3 LP 2024)

LP1 A: Andrea Neumann - inside piano, mikser, Burkhard Beins – amplifikowane talerze, bęben basowy. LP1 B: Michael Renkel - struny, instrument perkusyjne, Burkhard Beins – struny, instrumenty perkusyjne; Quentin Tolimieri - grand piano, Burkhard Beins –perkusja. LP 2 A: Andrea Ermke – mini dyski, sample, Burkhard Beins – syntezator analogowy, sample; Anaïs Tuerlinckx - grand piano, Burkhard Beins – instrumenty perkusyjne. LP 2 B: Axel Dörner – trąbka, Burkhard Beins – werbel, obiekty. LP 3 A: Tony Elieh – gitara basowa, elektronika, Burkhard Beins – gitara basowa, elektronika. LP 3 B: Marta Zapparoli – anteny, odbiorniki, magnetofony, Burkhard Beins – syntezator analogowy, walkie talkie, sample. Nagrane w Morphine Raum, Berlin, marzec-kwiecień 2023. Osiem utworów, łącznie 117 minut.




wtorek, 3 września 2024

Splitter Orchester plays splitter musik!


Berlińska Splitter Orchester to zjawisko unikatowe nawet w świecie dużych, improwizujących formacji. Niemalże stały skład, regularne spotkania, prace i koncerty, często na pograniczu teatralnych performansów, a wokół tego nieustający ferment twórczy. Załoga pracuje kolektywnie, zdaje się nie mieć organów przywódczych, wspaniale integruje berlińskie środowisko improwizatorów, kompozytorów, tudzież performerów. Dużą wagę przykłada do sfery konceptualnej swych muzycznych ujawnień, zdaje się pod tym względem balansować na pograniczu muzyki współczesnej, nade wszystko jest wszakże zgrają wspaniałych, kreatywnych muzyków.

Z innymi tego typu przedsięwzięciami być może łączy ją jedynie to, że dokumentacja fonograficzna ich kilkunastoletniej działalności nie jest szczególnie obfita. Potrójny album, po który za moment sięgniemy, to ledwie czwarta pozycja w dyskografii Splitterów.

Album splitter musik dokumentuje nagrania z lat 2019-2020, doskonale pokazując, czym dla SO jest programowy konceptualizm, który poprzedza proces improwizacji lub ogarnia ją od pierwszej do ostatniej sekundy. Pomysł na pierwszy album opiera się na sposobie rozmieszczenia muzyków w stosunku do publiczności w tajemniczym, owalnym obiekcie, wyposażonym w koliste balkony, drugi krążek jest symultanicznym miksem nagrań solowych poszczególnych członków orkiestry, trzeci wreszcie nagrany został nad rzeką (muzycy i publiczność na przeciwległych jej brzegach) i konsumuje także wszelkie dostępne dźwięki otoczenia (pieczołowicie zbierane przez mikrofony i urządzania radiowe). 



 

Vortex

Okrągły obiekt, który na zdjęciu przypomina nietypową salę koncertową - publiczność umieszczona po środku, z kolei rozbudowana armia muzykantów na balkonach, nad publicznością, wokół niej. Muzycy improwizują wedle scenariusza, którego szczegółów nie znamy, być może takowy w ogóle nie powstał. Istnieje duże prawdopodobieństwo, iż dźwięki wydawane przez kilkudziesięcioosobowy skład są na żywo porządkowane przez akcesoria mikserskie. Wnikliwa analiza okładki płyty dostarcza nam szczegółowych informacji o rozmieszczeniu artystów na owalnym balkonie, ale akurat tym aspektem koncertu nie będzie się teraz zajmować (niechże dociekliwość słuchacza w tej kwestii będzie wystarczającą zachętą do zakupu albumu na urokliwie wydanym nośniku fizycznym).

Spektakl trwa tu niemal pełną godzinę zegarową, a jego początek wyznaczają fale minimalistycznych ekspozycji dętych, strunowych, a po chwili subtelnych, blaszanych śpiewów, nerwowo kontrapunktowanych przez bliżej niezidentyfikowaną frakcję instrumentalną. Wielki aparat wykonawczy nabiera tu mocy, ale wciąż kroczy w leniwym tempie, raz po raz powracając do drobnego, niemal indywidualnego frazowania. W okolicach 12 minuty ma miejsce pierwsza kulminacja, która szybko rozpływa się w migoczące plejady short-cuts, płynące prawdopodobnie od wszystkich uczestników tej dźwiękowej celebracji. Tymczasem w tle pracuje wataha elektroakustycznych urządzeń tajemniczej proweniencji.

Kolejna kulminacja, tuż przed upływem 20 minuty, dostarcza jeszcze większych emocji – brzmi niemal post-industrialnie. Wokół drży echo, a selektywny dźwięk orkiestry sprawia, że bez trudu wyławiamy w potoku fonii frazy niemal każdego instrumentu. Tuż przed upływem drugiego kwadransa Splitterzy popadają w mroczny bezruch. Mikrofrazowanie dość sprawnie przekształca się w jeszcze mroczniejszą medytację, budowaną rozległymi strumieniami fonii.

Dalsza faza spektaklu stawia na interakcje w podgrupach. Dęte dyskutują, strunowce pojękują, pojawiają się głosy i akcenty perkusjonalne. Tym razem narracja nie szuka kulminacji, bliżej jej do ciszy, bazuje na lewitujących repetycjach, inkrustowanych blaszanymi śpiewami. Dopiero ostatni kwadrans koncertu przynosi bardziej żwawe akcje. Przez moment mamy wrażenie, że orkiestra gra tu pełną mocą, ale flow dość szybko przekształca się w filuterne gry na instrumenty zasilane prądem zmiennym. W potoku ponownie niezbyt intensywnych zdarzeń pojawiają się pierwsze, pożegnalne melodie, oniryczne post-kołysanki, które wieńczą żywot koncertu w rozległej chmurze szumów.

 

Imagine Splitter

Członkowie orkiestry zostali poproszeni o nagranie solowej improwizacji o zadanym czasie trwania. W trakcie procesu twórczego mieli sobie wyobrażać, czym jest dla nich idea Splitter. Nagrania zainspirował, a potem zlepił w nieprzerwany, ponad czterdziestominutowy ciąg zdarzeń fonicznych klarnecista Kai Fagaschinski. Efekt konceptu i pracy post-produkcyjnej zdaje się wykraczać poza nasze wyobrażenia o tym, czym może być zlepek solowych improwizacji. Słyszymy wielką orkiestrę, która starannie buduje swoją ekspozycję, raz za razem inkrustując ją indywidualnymi, dźwiękowymi perełkami. I znów okładka albumu podpowiada nam, kto w zaaranżowanym spektrum spektaklu odpowiada za dany strumień dźwiękowy, jakbyśmy ponownie znaleźli się na wspólnym koncercie, który dzieje się tu i teraz. Definitywnie Imagine Splitter, to podróż niezwykła.

Od startu flow wyimaginowanej Splitter drży i emanuje dźwiękową intensywnością. Dęte pomruki, elektroakustyczna pulsacja, szeleszczące talerze, dygoczące kontrabasy, wreszcie mrowie zdarzeń z nie do końca rozpoznanych źródeł dźwięków. Całość zdaje się być podszyta tajemniczym, wewnętrznym nerwem rytmu, a wszyscy uczestnicy spektaklu pozostawać w stadium permanentnego dialogu. Fauna i flora improwizacji w rozkwicie! Po upływie dziesiątej minuty opowieść delikatnie się wystudza i przechodzi w fazę elektroakustycznych dygresji. Potem następuje faza bardziej intensywnych interakcji, doposażona w efektowną ekspozycję klarnetu kontrabasowego, a także gitarowe wtręty budowane na subtelnej amplifikacji. Akcja goni tu akcję, a każda fraza rezonuje z frazą bezpośrednio ją poprzedzającą. Oniryczne post-melodie i kontrabasowe chrobotania tuż przed upływem 30 minuty formują tu krótkotrwałą kulminację, która bezboleśnie odnajduje się w chmurze akustycznych, wystudzonych fraz i pulsującego tła gasnącej elektroniki.

Rozkołysana post-akustyka króluje na wyimaginowanej scenie przez kilka długich minut. Matowe melodie, nerwowe kontrapunkty i niemal kompulsywne napięcie związane z nieuchronnym końcem szyją ścieg ostatniej prostej. Plamy elektroakustyki, drżące perkusjonalia, dęte drony i preparacje lepią się w końcowy supeł mikrozdarzeń o niespotykanej urodzie.

 

PAS

Tu sytuacja dramaturgiczna jest jeszcze bardziej intrygująca. Berlińska Szprewa, okolice Petersburg Arts Space. Na jednym brzegu orkiestra, na drugim publiczność (jesteśmy w trakcie pierwszego lata pandemii!). Trzecim niezwykle istotnym elementem spektaklu jest samo miasto, jego życie foniczne, ludzie odgłosy i wszystko, co tworzy miejski mikroklimat. Muzycy wyposażeni są w urządzenia do absorbowania tych dźwięków i wtłaczania ich w przebieg orkiestrowej ekspozycji. Mają także hydrofony, a zatem interesuje ich również sfera dźwiękowa samej rzeki. Tym razem koncert zdaje się być precyzyjnie zaplanowany. Dla posiadaczy albumu w formie fizycznej kolejna wartość dodana – mapa zdarzenia! W głównym nucie rzeki opis poszczególnych ekspozycji muzycznych orkiestry, na jej skrajach akcje dźwiękowe, jakie dostarcza otoczenie. Całość trwa prawie 80 minut i trzyma nas w napięciu, niczym wysokogatunkowy horror.

Ów outdoor performance otwiera osobiście Berlin! Szum rzeki, ludzkie rozmowy, szmer miejskiego hałasu. Jedyne dźwięki orkiestry, to perkusjonalia. Obie sfery mają tu swój rytm, swoją metodę na przetrwanie. W okolicach 5 minuty do życia budzą się klarnety, instrumenty blaszane i kolejne perkusjonalia, tworząc intrygujące, dźwiękowe continuum. Po 10 minucie czeka nas elektroakustyczna nawałnica, którą zdaje się wzbudzać hałas przelatującego samolotu, a także dźwięki statku. Opowieść pulsuje, a akustyka instrumentów lepi się do gołej skóry miasta. Instrumentalne drony splatają się z miejską fonią, a słuchacz ma spory problem ze wskazaniem, która ze stron zdarzenia odpowiedzialna jest za dany dźwięk. Sama muzyka wydaje się być na tym etapie podróży bardzo delikatna, jakby przeniesiona z opuszczonej filharmonii wprost w wir rzeki. Sami muzycy wtłaczają w nurt główny narracji sporo przypadkowych dźwięków, stając się jakby kolejnym element berlińskiego zgiełku. Oba podmioty wykonawcze koncertu wchodzą w intrygujące interakcje – psy gadają z tubą, perkusyjne talerze lecą wraz ptactwem szerokim sklepieniem nieba. W 22 minucie nasi podróżnicy napotykają na deszcz post-akustycznych usterek. Orkiestra łapie teraz wiatr w żagle – blaszane pulsują, perkusje nadymają się, a wokół panoszy się mrowie gwizdów i świstów, powodując, iż opowieść nabiera masy i głośności. Coś na kształt rytmu, basowe plamy i miejskie gadanie dopełniają jakże już bogate spektrum dźwiękowe koncertu.

Tuż przed końcem drugiego kwadransa opowieść gaśnie niemal do poziomu ciszy. Drobne akcje i reakcje szyją teraz nową historię. Długie i krótkie frazy instrumentalne imitują ptasie odgłosy, szumy, zgrzyty i garść syntetycznych dronów snują swoje wątki. Miasto odczuwa coraz bardziej nerwowy step Splittera - wrony głośno kraczą, a szum wody narasta. Wszystko, co tworzy teraz flow pęcznieje, nadyma się, tworząc prawdziwie przemysłowy zgiełk. Tymczasem kameralne interludium szybko przenosi nas w świat perkusyjnej polirytmii. Swoje dokłada tętniące życiem miasto. W okolicach 50 minuty w ów perkusyjny szum wkraczają dumnie instrumenty dęte, szyjąc intrygę za intrygą. Po kolejnych kilku minutach w strumieniu głównym opowiadania pojawiają się tajemnicze dźwięki, które zdają się być zbierane z samego dna rzeki. Leje się woda, ale wszystko drży i pulsuje, podsycane frazami basowymi. Na kwadrans przed końcem, oliwy do ognia dolewa elektronika kreując definitywnie post-industrialny chaos chwili. Opowieść gęstnieje, nabiera brudu w szprychy, ale wytraca tempo. Niemal lewituje przerażone okolicznościami koniecznej w tym wypadku finalizacji. Narracja rozpływa się w drobiazgi i migotliwe umiera pozostawiając na pustej scenie jedynie odgłosy miasta.

 

Splitter Orchester splitter musik (hyperdelia.com, 3CD 2024)

Splitter Orchester: Liz Allbee – trąbka, Boris Baltschun – syntezator analogowy, Burkhard Beins –instrumenty perkusyjne, Anthea Caddy – wiolonczela, bas elektryczny, Anat Cohavi – klarnet, Mario de Vega – elektronika, Axel Dörner – trąbka, Kai Fagaschinski – klarnet, Robin Hayward – tuba, Steve Heather – instrumenty perkusyjne, Chris Heenan – klarnet kontrabasowy, Mike Majkowski – kontrabas, elektronika, Magda Mayas - clavinet, harmonium, Matthias Müller – puzon, Andrea Neumann - inside piano, mikser, hydrofony, Morten Joh – instrumenty perkusyjne, Simon James Phillips – organy, fortepian, Korg CX3, Jules Reidy – gitara, Ignaz Schick – elektronika, gramofony, Michael Thieke – klarnet, Clayton Thomas – kontrabas, Sabine Vogel – flety, hydrofony, Biliana Voutchkova – skrzypce, Marta Zapparoli - tape decks, hydrofony, odbiorniki radiowe, anteny.

CD1 Vortex: nagranie koncertowe, Silent Green, Berlin, listopad 2019. CD2 Imagine Splitter: nagrania solowe dokonane w trakcie pandemicznego lockdownu, zmiksowane przez Kaia Fagaschinskiego. CD3 PAS: nagrane na żywo nad rzeką Szprewą, okolice Petersburg Arts Space, Berlin, sierpień 2020. Łączny czas trzech improwizacji - 177 minut. 

 

 


piątek, 20 października 2023

The Relative Pitch Records’ fresh outfit: Parker! Swell! Allemano & Dörner! Gjerstad & Shipp! Colonna! Foster!


Nowojorski The Relative Pitch nie odpuszcza w generowaniu nowych sytuacji wydawniczych choćby na ułamek sekundy! Nowe albumy leją się jak z rogu obfitości, a twarde dyski recenzenckich komputerów trzeszczą w szwach.

W okresie od czerwca do połowy października label dostarczył piętnaście nowych płyt z muzyką improwizowaną, a w stadium pre-order czekają już cztery nowości listopadowe.

Jednoosobowej redakcji Trybuny Muzyki Spontanicznej trudno jest ogarnąć słowem tak dużą porcję muzyki, nawet, gdy jest ona w skończonej liczbie przypadków naprawdę interesująca. Zatem dziś pochylamy nad sześcioma płytami, tymi, obok których nie sposób przejść bez słowa komentarza - solowymi dokonaniami Evana Parkera (sprzed lat!) i Steve’a Swella, dwoma smakowitymi duetami – jednym kanadyjsko-niemieckim, drugim norwesko-amerykańskim, wreszcie pewnym włoskim kwartetem i amerykańskim trio. Tym albumom poświecimy dziś sporo miejsca. Pod koniec zaś tekstu nastąpi szybkie wylistowanie pozostałych dziewięciu albumów, które są już po światowej premierze (niektóre opatrzymy słowem komentarza).

So, welcome!



 

Evan Parker NYC 1978

Environ, Nowy Jork, październik 1978. Evan Parker – saksofon sopranowy i tenorowy. Sześć improwizacji, 68 minut.

Po niepublikowane nagranie koncertowe boga swobodnej improwizacji sięgamy niemal dokładnie 45 lat po jego rejestracji w nowojorskim klubie Environ. Wiosną tamtego roku Parker wydał wiekopomne Monoceros, jesienią koncertował w Ameryce Północnej. W połowie października odnajdujemy go w doskonałej formie, jego saksofon sopranowy (incydentalnie także tenorowy) brzmi wyjątkowo soczyście, a sama rejestracja została zrealizowana naprawdę porządnie, jak na kanony analogowych lat 70. ubiegłego stulecia. Pisaliśmy już na tych łamach, iż Parker wielokrotnie zmieniał historię gatunku, ale być może jego największy wkład w rozwój swobodnej improwizacji, to właśnie nagrania solowe, szczególnie te sopranowe. Reasumując – NYC 1978, to jedna z najważniejszych płyt ostatnich lat, niezależnie od tego, jak długo musieliśmy czekać na opublikowanie tego nagrania. 

Na nowojorski koncert składają się cztery kilkunastominutowe epopoje sopranowe i dwa kilkuminutowe interludia na tenorze. Pieśń otwarcia, to parkerowski klasyk – cyrkulacyjny oddech wprawia jego sopran w opętańczy taniec, który zdaje się nie mieć początku, ani tym bardziej zakończenia. Sound jest głęboki, delikatnie zabrudzony. Owa mantra nieskończoności dźwięku staje się udziałem Anglika także w dalszej części koncertu, ale tu, na jego starcie, jest szczególnie intensywna. Z kolei w trzeciej części sopranowa opowieść początkowo powstaje z krótkich, niemal urywanych fraz. Muzyk rysuje małe pętle, którym nadaje dość chropowaty sound, a na finał wpada w oddech cyrkulacyjny brzmiąc niemal post-barokowo. Piąta odsłona jest wyjątkowo filigranowa, budowana na dużej wysokości i niebywałej dynamice. W drugiej fazie tej improwizacji Parker na chwile przystaje, coś tam do siebie gada i znów rusza w tango. Ostatnia improwizacja przypomina spacer pasikonika po polnej łące. Delikatna, stepowa opowieść nabiera wszakże rumieńców dzięki melodyjności i rosnącej intensywności. Na zakończenie muzyk sięga po cyrkulację, którą wieńczy sekwencją luźnych oddechów. Dwie improwizacje na saksofonie tenorowym budowane są drobnymi frazami (część druga) lub ekspozycjami bardziej masywnymi, dronowymi (część czwarta). Zdaje się, że dają muzykowi niezbędne chwile wytchnienia pomiędzy sopranowymi eksplozjami.



 

Steve Swell For Rhina P. Espaillat

Czas i miejsce akcji nieznane: Steve Swell – puzon i trąbka kieszonkowa. Osiem improwizacji, 41 minut.

Solowa płyta amerykańskiego puzonisty powstała jak najbardziej współcześnie, choć nie wiemy dokładnie kiedy. Przynosi osiem wyjątkowo zgrabnych i dobrze zaplanowanych improwizacji. Ta pierwsza trwa ponad 18 minut i jest tu daniem głównym, pozostałe siedem udanie ją uzupełniają. Dodajmy, iż niezależnie od stosowanych technik wydobywania dźwięku z instrumentu dętego, blaszanego, Swell perfekcyjnie dba o dramaturgię, a każda jego ekspozycja ma swój rytm i dalece linearną, przemyślaną narrację.

Pierwsze kilka minut improwizacji otwarcia można określić mianem ciężkich narodzin pierwszego dźwięku puzonu. Szumiące powietrze, które łapie rezonans drżącej tuby, ciężko pracujące wentyle i oddychający muzyk, który co pewien czas wpada w dłuższy, na poły cyrkulacyjny oddech. Swell pierwsze bardziej śpiewne, zwarte frazy ze szczyptą melodii, wydaje po upływie siódmej minuty. Każda decyzja artysty, każdy wydobywany dźwięk ma tu swoje miejsce i jest realizowany z dużą pieczołowitością. Od nostalgicznych westchnień po taneczne, melodyjne podrygi, ze sporą wszakże porcją efektownie preparowanych fraz. Kolejne siedem improwizacji trwa po kilka minut i zdaje się prezentować różne stadia dekonstrukcji puzonowych odgłosów. Najpierw, to improwizacja dalece mechaniczna, jakby coś w tubie było precyzyjnie ugniatane. W kolejnej części tuba jest już zamknięta, a instrument jęczy w bólach. W części czwartej pojawiają się akcenty perkusjonalne i pocieranie metalu o metal. W części piątej garść matowych śpiewów … kieszonkowej trąbki. W części szóstej plejada szumów i przedechów, jakby ktoś zaciskał pętlę na szyi artysty. Przedostatnia opowieść smakuje post-industrialnie, wszystko w niej ze sobą rezonuje. Końcowa improwizacja chce być łabędzim śpiewem, ale skutecznie zablokowana tuba wydaje bukiety zmęczonych, spreparowanych odgłosów. Półśpiewne szemranie domyka ten jakże wyśmienity album.



 

Lina Allemano & Axel Dörner Aphelia

Studioboerne45, Berlin, wrzesień i listopad 2019: Lina Allemano – trąbki oraz Axel Dörner – trąbki. Osiem kompozycji/ improwizacji, 46 minut.

Berlińskie spotkanie trąbek, to chyba coś więcej niż dialog. Albumowe credits używa liczby mnogiej zarówno w odniesieniu do instrumentarium Kanadyjki, jak i Niemca, co więcej, wnikliwy odsłuch nagrania definitywnie pozwala stwierdzić, iż w wielu momentach narracji słyszymy więcej niż dwie trąbki. Samo nagranie broni się tu każdym dźwiękiem, choć zdaje się, że w wielu momentach zostało precyzyjnie zaplanowane i niekiedy odegrane jak spod batuty. Improwizacja oczywiście króluje, ale nie tylko ona stanowi tu o jakości trębackiego szczytu.

Początek nagrania zdaje się być odegrany wedle precyzyjnego scenariusza. Dwie, a nawet trzy trąbki płyną tu wspólnym strumieniem o niemal orkiestrowej sile rażenia, momentami brzmiąc niczym dekonstrukcja słynnego Concerto de Aranjuez. Utwór kończy wielosekundowa cisza, która jest częstym zabiegiem dramaturgicznym na tej płycie. Dwa kolejne utwory (połączone) bazują na dźwiękach preparowanych. Każda z trąbek frazuje teraz inaczej - jedna bywa sucha, inna wilgotna, jedna pracuje na wentylach, inna kreuje bardziej mechaniczne sytuacje foniczne. Pojawiają się także nieśmiałe akcenty perkusjonalne lub frazy przypominające syreny alarmowe. Kolejne dwie ekspozycje (także połączone), to niemal zwierzęca symfonia wyjców i kojotów, spuentowana strumieniami szumów i dronów. Druga z tych opowieści trwa wiele minut i w swej końcowej fazie syci narrację wieloma smaczkami brzmieniowymi. Artyści wchodzą tu niekiedy w bardzo gwałtowne interakcje. Opowieść piątą wieńczy trzyminutowe pasmo ciszy. Część szósta jest wysoko zawieszonym dronem, który przypomina nalot dywanowy, z kolei dwie ostatnie odsłony powracają do koncepcji preparowania dźwięku. Oba odcinki wyposażone są w dużą dawkę ekspresji – pierwszy karmi się tu dźwiękiem, drugi nieskończonymi pokładami szumów.



 

Frode Gjerstad with Matthew Shipp We Speak

Park West Studios, Brooklyn, Nowy Jork, listopad 2022: Frode Gjerstad – saksofon altowy, Bb clarinet oraz Matt Shipp – fortepian. Osiem improwizacji, 46 minut.

Norweski saksofonista i klarnecista, muzyk wielu talentów, wieloletni partner Johan Stevensa, swoje 75. urodziny świętował m.in. w Nowym Jorku. W pewnym zacnym studiu nagraniowym dokonał definitywnie udanej sesji nagraniowej w towarzystwie jakże uznanego pianisty z tamtych ziem. Dziś nagranie trafia w nasze ręce i uszy, a dwie konstatacje winny paść jeszcze przed umówieniem zawartości krążka We Speak. Po pierwsze - dawno nie słyszeliśmy Gjerstada w tak dobrej formie, po drugie - po raz kolejny możemy przekonać się, iż pianistyka Shippa bywa nieznośnie powtarzalna.

W trakcie sesji Frode częściej sięga po saksofon altowy. Bywa w tych sytuacjach bardzo kreatywny, bazuje na świetnym, nieco chropowatym brzmieniu, jest zadziorny, udanie prowokuje Matta do masywniejszych ekspozycji, a duetowa improwizacja nabiera free jazzowego sznytu. Gdy w grze uczestniczy klarnet, opowieści częściej nabierają kameralnego charakteru. Pianista, jak to ma w zwyczaju, nie stroni od post-klasycznych pasaży, które stosuje równie chętnie, jak intensywne przebieżki po czarnej stronie klawiatury. Warto podkreślić, iż w trakcie dłużnych narracji, jak choćby w części czwartej, norweski muzyk sięga zarówno po saksofon, jak i klarnet. Szósta improwizacja sprawia wrażenie zbudowanej na dużych emocjach i w pełni kolektywnej. Muzycy są tu wyjątkowo czujni, a pianistyczna narracja intrygująco mroczna. Najspokojniejszą częścią płyty wydaje się siódma improwizacja, w której powtarzalność pianistycznych fraz wydaje się być dość dotkliwa. Ostatnia improwizacja skutecznie kruszy jednak ambiwalencje recenzenta. Jest gęsta, rozkrzyczana, świetnie podsumowana altowymi lamentami i zasadnymi dramaturgicznie repetycjami piana.  



 

Colonna, Marraffa, Spera & Zanotti Red Planet

Area Sismica, Forli, Włochy, lipiec 2020: Marco Colonna – saksofon barytonowy i sopranowy, Edoardo Marraffa – saksofon tenorowy i altowy, Fabrizio Spera – perkusja, instrumenty perkusyjne, smyczek oraz Marco Zanotti – perkusja, instrumenty perkusyjne, kalimba. Pięć improwizacji, 59 minut.

Czterech włoskich artystów, wedle słów wydawcy w ramach pierwszego spotkania w tym układzie personalnym, odnajdujemy tu w swobodnej, post-jazzowej improwizacji zrealizowanej tuż po pierwszym covidowym lockdownie. Dwaj saksofoniści na wysokim poziomie kreatywności, zarówno w układzie duetowym, jak i solowym oraz dwaj perkusiści z dalece rozbudowanym zestawem instrumentalnym, niekiedy zbyt zapatrzeni w rytm i linearność swoich ekspozycji. Koncert, na który składa się set główny (trzy części w jednym strumieniu, czwarta w ramach dogrywki) i bis, toczy się na różnych poziomach intensywności. Od free jazzu do niemal post-folkowych ekspozycji. Z czwórką Włochów warto zatem spędzić czas od pierwszej do ostatniej sekundy albumu Red Planet.

Pierwsze trzy części koncertu trwają tu pełne 40 minut. Start jest spokojny, ze wszystkim elementami tzw. gry rozpoznawczej. Czuć rytuał rytmicznej narracji, którą kreują wszyscy uczestnicy spektaklu i duże skupienie ze strony dęciaków w zakresie wyznaczania nowych ścieżek i ciekawych zakrętów. Muzycy równie dobrze czują się w post-rytmicznych medytacjach, jak i w dynamicznych, niemal ognistych pasażach. W pierwszej części o wielu sprawach (także rytmicznych) decyduje tu saksofon barytonowy, w części drugiej prym zdaje się wieść saksofon sopranowy, który syci improwizację dużą dawką melodyki. W części trzeciej muzycy tracą dynamikę i sięgają do akcenty post-folkowe. Perkusiści chętnie budują tu dźwięki preparowane, nie gubiąc przy tym struktury rytmicznej całej ekspozycji. Na koniec tej części w muzyków wstępuje duch niemal colemanowskich, free jazzowych emocji. Z kolei w części czwartej improwizacja nabiera niekiedy brotzmannowskiego temperamentu. Bis, to typowa farewell song, zbudowana na delikatnym rytmie, pokreślonym brzmieniem kalimby. W ramach podsumowania dużo dobrego spotyka nas ze strony obu saksofonistów.




Michael Foster's The Ghost Vanished Pleasures

Pioneer Works, Red Hook, Brooklyn, Nowy Jork, styczeń 2023: Michael Foster – saksofon tenorowy i sopranowy, Jared Radichel – kontrabas oraz Joey Sullivan – perkusja, instrument perkusyjne. Dziewięć utworów, 66 minut.

Kolejna mocna pozycja w letnich premierach RPR! Post-jazzowe trio, które z jednej strony świetnie radzi sobie w swobodnych improwizacjach, wypełnionych mnóstwem preparowanych smakołyków, z drugiej jest w stanie konstruować bystre, nieprzegadane improwizacje mając na wejściu temat z melodią i zgrabnym pomysłem dramaturgicznym. Do tego dodać winniśmy świetny warsztat każdego z artystów i dużą kreatywność w sferze improwizacji. Szczególnie podobać się może kontrabasista, który wiele narracji, nawet tych ognistych, free jazzowych prowadzi na smyczku. Tytuł płyty nawiązuje do filmu Dereka Jarmana, okładka zaś stanowi deklarację lidera tria, co do jego sympatii dla undergroundowego ruchu gejowskiego. Nie ma to z punktu widzenia muzyki dużego znaczenia, ale sprawia, że Foster zdaje się być autentyczny w tym, co robi, nie tylko jako bardzo dobry instrumentalista.

Album otwiera swobodna improwizacja, pełna intrygujących dźwięków, uformowana w efektowne crescendo. W drugiej opowieści mamy z kolei śpiewny temat podany przez alt i bas, wyprowadzony na efektowną, free jazzowa prostą. Trzecia narracja zdaje się łączyć walory i stylistyki dwóch pierwszych utworów. To bystre free bazujące na kameralnie usposobionym smyczku kontrabasowym. Kolejne dwa odcinki otwiera kontrabasista, za każdym razem stosując odmienne środki wyrazy. Muzycy świetnie się tu czują w formule post-balladowej, której atrybuty gubią w procesie kolektywnej improwizacji. W kolejnych opowieściach przeplatają się wątki preparowanych, swobodnie kreowanych sytuacji i melodyjne tematy, ukrwione mocą wzajemnych interakcji. W najdłuższej, ósmej części mamy wszystko, co na tym albumie najlepsze. Szczególnie podobać się tu może post-barokowa ekspozycja kontrabasu. Saksofonista porcjuje nam emocje wyjątkowo udanie, bywa równie wyrazisty na tenorze, jak i na sopranie, któremu potrafi nadać prawdziwie dziką ekspresję. Album wieńczy pożegnalna opowieść, toczona w pogrzebowym tempie, ale nasycona dużą porcją saksofonowych szumów, a potem post-aylerowskich melodii i post-barokowych zdobień smyczka. No i drummer, o którym piszemy najmniej, bo on zawsze jest tam, gdzie być powinien.

 

*****

Pośród pozostałych premier lata i wczesnej jesieni dostrzegamy album szwedzkiego duetu bBb, prowadzonego od pewnego już czasu przez saksofonistę Martina Küchena i puzonistę Ola Rubina. Album zwie się Animal Quotes i przynosi porcję improwizowanych dźwięków podaną w sposób dalece performatywny. Szwedzi świetnie się tu bawią, nam trochę brakuje dramaturgii, ale trzeba przyznać, że w stosunku do poprzednich nagrań duetu, album pod względem brzmieniowym zrobiony jest bardzo porządnie.

Kolejny duet, to spotkanie saksofonistki Silke Eberhard i pianistki Céline Voccia. Płyta nazywa się Wild Knots i przynosi siedem zgrabnych improwizacji, którym bliżej do free jazzu niż zadumanej kameralistyki, choć opowieść przynosi mnóstwo dramaturgicznych subtelności.

Duet rodzinny Dietrichów Catch the Leaves, to spotkanie saksofonisty Dona i jego córki, wiolonczelistki Camille. Nagranie, to niespodziewanie spora porcja hałasu, co jest skutkiem zarówno metod wydobywania dźwięków przez muzyków, jak i bardzo bootlegowej jakości samego nagrania.

Z kolei kwartet dowodzony przez pianistkę i kompozytorkę Yvonne Rogers (Seeds), to nagranie bardzo bliskie jazzowego main-streamu i przeznaczone dla mniej wymagającego odbiorcy. W składzie poza liderką odnajdujemy tu kontrabasistę, perkusistę i wokalistkę.

Pozostałe albumy w omawianym dziś zestawie nowości, to solowe improwizacje. Wszystkie one prezentują młodych, bardzo mało znanych artystów z całego niemal świata. Każdy z nich wymaga być może jeszcze artystycznego szlifu i obycia w świecie totalnej improwizacji, tudzież w bezkresie kreowania dźwięków coraz bardziej wymyślnymi technikami rozszerzonymi, ale doprawdy każdy z prezentowanych albumów godny jest naszej uwagi. Nam najbardziej przypadł do gustu klarnetowy spektakl, pełen zadziornych fraz i bystrych preparacji, w wykonaniu Madison Greenstone, zatytułowany bardzo zasadnie Resonance Studies in Ecstatic Consciousness. Pozostałe albumy, to saksofonistka Kyle Jessen (Primitive), kolejna saksofonistka, tu dodatkowo wspierająca się feedbackiem, Camila Nebbia (Una ofrenda a la ausencia), multiinstrumentalistka Maria Valencia (Compendio de Alofonías Abisales) oraz trębacz Benjamin Vergara (The Impossibility of a Single Sound).  



 

wtorek, 9 maja 2023

King Übü Örchestrü & Roi!


King Übü Örchestrü, jedna z najważniejszych europejskich orkiestr muzyki improwizowanej, funkcjonowała artystycznie od początku lat 80. ubiegłego stulecia do pierwszych lat nowego millenium, a uciekła w niebyt po śmierci jednego z założycieli, saksofonisty i klarnecisty Wolfganga Fuchsa. Stanowiła ciekawą przeciwwagę dla innych tego typu przedsięwzięć na Starym Kontynencie, zawsze pozostawała w cieni Globe Unity Orchestra, ale była też innego rodzaju tworem artystycznym. Estetycznie śmiało porównać ją można do London Improvisers Orchestra, choć ta druga powstała prawie dwie dekady później. Daleki zatem od free jazzu, KUO to ansambl, który czuł się w oceanie kolektywnych, bardzo swobodnych improwizacji jak ryba w wodzie, sycił swoje narracje niebanalnymi brzmieniami, lubił także flirtować z innymi dziedzinami sztuki, choćby z teatrem (wszak nazwa orkiestry zobowiązuje). Pozostawił po sobie ledwie kilka płyt, a każdą z nich warto znać i delektować się każdym jej dźwiękiem.

Ku naszej wielkiej radości King Übü wraca i to niemalże w oryginalnym składzie, w którym odnajdujemy muzyków z Niemiec, Anglii i Szwajcarii, w tym dwóch nowych załogantów, świetnie nam znanych mistrzów swobodnej improwizacji – saksofonistę Stefana Keune’a i puzonistę Matthiasa Muche. Skład orkiestry uzupełnia znamienity gość – wokalista Phil Minton. Ich nowe nagranie pochodzi z roku 2021, zarejestrowane zostało na koncercie, a wydane (w niełatwym procesie edytorskim) przez brytyjskie FMR Records, teoretycznie z datą 2022, faktycznie wystawione na publiczny poklask dopiero w roku bieżącym. Zapraszamy do świata cudownych, jedynych w swoim rodzaju dźwięków, generowanych przez kilkunastoosobowy skład, który muzykuje bez udziału dyrygenta, a skala predefinicji jego improwizacji pozostaje ukryta w mroku tajemnicy.



Na scenie dużej sali koncertowej odnajdujemy jedenastu muzyków – wokalistę oraz dziesięciu instrumentalistów, którzy dzierżą w dłoniach (tudzież ustach) pięć narzędzi dętych (w tym aż cztery blaszane), cztery strunowe (niektóre wspomagane elektroniką) oraz zestaw perkusjonalny, doposażony w akcesoria zdolne generować tajemnicze, post-akustyczne dźwięki. Koncertowa opowieść składa się z dwóch rozbudowanych improwizacji.

Pierwsza z nich rodzi się w ekstremalnym skupieniu – plamy drobnych, rwanych fraz, głównie strunowych i głosowych, incydentalnie dętych płyną po dywanie pulsującego, ambientowego tła z posmakiem elektroakustyki. Dźwiękowe rozmowy, bystre interakcje, szeroki bukiet dalece kontrolowanej intensywności i dramaturgicznego ładu. Muzycy frazują na ogół stosując niekonwencjonalne metody artykulacji, które zwykliśmy nazywać dźwiękami preparowanymi. Pracują z dużą swobodą, pełni meta teatralnej podniosłości, perfekcyjnie nasłuchają, co w trawie piszczy, kreują interakcje na bazie brzmieniowych podobieństw, ale także starają się naśladować dźwięki natury, co zawsze było jedną z konstytucji KUO. Podobnie, jak budowanie narracji stymulowanej ciągłą zmianą. Także sam proces przeprowadzania zmian, praca w podgrupach i sposoby reagowania zdają się tu być świetnie przemyślane i nieskore do jakichkolwiek błędów, czy działań niekontrolowanych. Narracja incydentalnie potrafi tu gęstnieć i nabierać pewnej pokrętnej hałaśliwości, ale takie fragmenty koncertu, to raczej interludia, nie zaś krew improwizacji. Najważniejszy jest kolektyw, praca w grupie, wzajemne interakcje, niekoniecznie zaś ekspozycje solowe. Po upływie kwadransa muzycy zdają się konstruować nieco dłuższe strumienie dźwiękowe, jakby głęboko oddychali i sycili się wonią natury. Sami finał pierwszej części jest wyjątkowo urokliwy fonicznie – odrobinę melodyjny, budowany wszakże z półdźwięków i szumów.

Drugą odsłonę spektaklu anonsuje gong i głosowe lamenty Mintona. Wokół kłębią się nerwowe, dęte westchnienia, które przybierają postać dronów. Druga improwizacja zdaje się być jeszcze bardziej poddana dyktatowi ciągłej zmiany. Przez moment flow ciągnie tu mrocznie brzmiący kontrabas, potem dostajemy się w chmurę szumów i instrumentalnego gadulstwa, napotykamy także na momenty onirycznej ciszy. Z kolei faza dłuższych artykulacji zdobiona jest przez efektowne burknięcia tuby, wsparte na strunowych zdobieniach. Kameralne pociągnięcia pędzlem melodyjnych strunowców i dęte pokrzykiwania pięknie ścielą nam przestrzeń pod kilka duetowych akcji – głosu i wspomnianej tuby, potem zaplątanej w elektronikę gitary i puzonu, wreszcie saksofonu i skrzypiec. Intrygująca jest także krótka faza dętych, niemal ptasich dyskusji półsłówkami. Po upływie 20 minuty orkiestra na moment efektownie rozkwita wiedziona aktywnością perkusjonalisty, po czym staje po kolana w gęstej ciszy. Zaczyna się budowanie finałowego, niezwykle zmysłowego, acz bardzo cierpliwego, temperowanego crescendo. Od leniwych oddechów, przez plejadę shots-cuts kreowane już na pewnej rytmicznej bazie, po eksplozję instrumentów dętych, niesioną ku górze ekspresją wokalisty. Ognisty finał zostaje tu perfekcyjnie doprowadzony do śmiertelnej ciszy, która ewokuje burzę oklasków.

 

King Übü Örchestrü Roi (FMR Records, CD 2022/23). Mark Charig – kornet, Hans Schneider – kontrabas, Erhard Hirt – gitara, elektronika, Paul Lytton – instrumenty perkusyjne, akcesoria akustyczne, Stefan Keune – saksofon sopranowy, Matthias Muche – puzon, Axel Dörner – trąbka, Melvyn Poore – tuba, Phillipp Wachsmann – skrzypce, elektronika, Alfred Zimmerlin – violincello oraz w roli gościa Phil Minton - głos. Nagranie koncertowe, Dialograum Kreuzung, St. Helena, Bonn, wrzesień 2021 roku. Dwa utwory, 62:10.