Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ricardo Tejero. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ricardo Tejero. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 marca 2022

Peachfuzz! Volume1! Hypersurface! Gilgamanians! Sentencia Quartet & Trio! Wiśniewski! Dubois! The March Round-up!


Marcowa zbiorówka recenzji najświeższych na świecie płyt z muzyką improwizowaną gotowa! Tym razem osiem pocisków dalekiego zasięgu, wystrzelonych z kilku punktów szalonej war & covid reality!

Naszą podróż zaczynamy w Portugalii, od pewnego brzoskwiniowego tria, które zmyślnie miesza gatunki, ale nade wszystko ceni sobie jazzowy drive. Zaraz potem cykl opowieści około amerykańskich – freejazzowy meeting z Londynu, swobodnie improwizujące, nowalijkowe trio z Brooklynu i … radiowo-perkusyjny duet z Chicago. Szybki powrót do Europy zapewnią nam dwie nowe płyty z Andaluzji, jakkolwiek z nieodzownym wątkiem brytyjskim, kilka duetów całkowicie polskich z wiodącą rolą pewnego pianisty oraz krótka wizyta we Francji na okoliczność dalece jazzowego epizodu w kwartecie.

 


Peachfuzz  Peachinguinha (Silent Water, CD 2022)

Na dobry początek portugalskie Fonte Santa, Alandroal w marcu roku 2021 i trio o nazwie własnej w składzie: João Almeida – trąbka, Norberto Lobo – gitara elektryczna oraz João Lopes Pereira – perkusja. Cztery improwizacje trwają 33 minuty i kilkanaście sekund.

Rytuał otwarcia albumu spoczywa tu na barkach perkusisty, który kreśli dynamiczny, synkopowany rytm. Po kilku chwilach, pod tenże rytm podłącza się szorstko brzmiąca, jazzowa trąbka i meta rockowa gitara, początkowo przypominająca masywny bas, a po niedługiej chwili zdobiąca opowieść akcentami post-psychodelicznymi. Narracja budowana jest kolektywnie, a warstwę improwizowaną budują posadowione na skrzydłach gitara i blaszak. Posmak post-fussion leje się z gitary, ale nie wydaje się szczególnie natarczywy. Długa, kilkunastominutowa historia ma fazy spowolnienia i incydenty solowe, zawsze wszakże utrzymywane przy życiu dynamiczną perkusją. Gitara i trąbka nie skapią nam drobnych preparacji, a na finałowej prostej intrygująco lenią się, mimo, iż tryb pracy perkusji pozostaje niezmienny.

Żadna z trzech kolejnych opowieści nie przekracza już 10 minut. Tę drugą znów otwiera drummer, początkowo bijąc rytm jedynie na talerzach. Dużo dobrego płynie ze strony gitarzysty – pick-upowe modulacje, krautrockowa dynamika i dużo chęci, by poswawolić. Trąbka pojawia się tu dopiero po czterech minutach i zdaje się zmyślnie ogrywać nieistniejący temat utworu. Dodajmy, iż na każdym zakręcie tego epizodu czuć zdrową psychodelią. Trzecia część, to skromna ballada, budowana kolektywnie szumami i ochłapami melodii. Perkusja pracuje wyłącznie na szczoteczkach, a wystudzona narracja syci improwizację sporą dawką słodyczy wprost z tuby trąbki. Ostatnia improwizacja wiele obiecuje na starcie - trębackie preparacje, post-ambientowe jęki gitary i zmysłowe perkusjonalia. Narracja zdaje się rozkwitać, ale nie zostaje zasilona drive’em, którego moglibyśmy oczekiwać, pomni bardziej dynamicznych akcji w dwóch pierwszych improwizacjach. Po ostatnim dźwięku pozostajemy zatem z pewną dozą niedosytu.

 


John Dikeman/ Pat Thomas/ John Edwards/ Steve Noble  Volume 1 (577 Records, CD 2022)

W pełni zeuropeizowany Amerykanin i trójka pomnikowych postaci brytyjskiej sceny free jazzowej, to kolejna propozycja w dzisiejszej zbiorówce. Londyńskie Cafe Oto, luty 2019 roku i następujący muzycy: John Dikeman – saksofon tenorowy, Pat Thomas – fortepian, John Edwards – kontrabas oraz Steve Noble – perkusja. Dwie improwizacje, pierwsza krótka, druga dalece rozbudowana, trwają łącznie 40 i pół minuty.

Koncert w wersji płytowej zdaje się być dość nietypowo sformatowany. Najpierw bowiem dostajemy bardzo energetyczną część, trwającą ledwie 8 i pół minuty, która pokazuje kwartet w pełnym ogniu, zapewne także w najlepszej formie, jakby grana był nas bis, a nie na początku spektaklu. Część druga trwa zaś ponad pół godziny i sprawia wrażenie seta zasadniczego, dobrze skonstruowanego, mającego swoje wzniesienia i udanie usytuowane w ciągu dramaturgicznym incydenty solowe, a także efektowne zakończenie.

Słowo się rzekło, improwizacja od pierwszego dźwięku gotuje się od emocji i doskonałych ekspozycji każdego z muzyków. Modelowa dla swobodnie kreowanego free jazzu narracja szyta jest gęstym ściegiem, a każda fraza liczyć może tu na ciętą ripostę. Saksofon Dikemana pięknie spogląda w kierunku Evan Parkera, a brytyjska sekcja rytmu i dynamiki dopowiada swoje na pełnym wydechu. Początek drugiej części studzi emocje wyrafinowanymi preparacjami. Owa post-kameralna przystawka kończy się w momencie, gdy do gry włącza się melodyjny, ciepło frazujący tenor. Dynamika rodzi się tu na perkusyjnych talerzach, i zdaje się, że każdemu uczestnikowi tego spektaklu jest z nią po drodze. Muzycy brną przed siebie w bystrym półgalopie, dość regularnie biorąc oddech dla wyeksponowania ciekawszych fraz. Pierwsza solowa ekspozycja, to dzieło pianisty, po której kwartetowy szlak nasączony zostaje odrobiną swingu! Kolejna część solowa należy do kontrabasisty i jest (oczywiście!) popisem Edwardsa. Pizzi and arco in big motion! Tu powrót do pełnego składu okraszony zostaje zwinną grą na małe pola, realizowaną w umiarkowanym tempie. Dynamika ponownie rośnie, głównie dzięki furii perkusisty i mocy kontrabasisty, który zdaje się stanowić tu podstawowe prawa. Pozostali muzycy także kreślą piękne figury geometryczne, a moment ów (20-25 minuta) śmiało uznać możemy za jakościowy szczyt całego koncertu! Tuż po nim dostajemy krótkie, bardzo melodyjne solo saksofonu i prawdziwie aylerowską eksplozję całego kwartetu, która sprawia, iż zakończenie koncertu płonie ogniem rasowego free jazzu. Podkreślmy także wyjątkowo zwinne ugaszenie tego pożaru - z jednej strony repetycją piana, z drugiej studzącym emocje smyczkiem.

 


Hypersurface  Hypersurface (Self-released, CD 2022)

Bez zbędnej zwłoki lądujemy w południowym Brooklynie (Surplus Warehouse), by posłuchać efektów improwizacji trzech muzyków, którzy debiutują na łamach Trybuny. Są to: Drew Wesely – gitara i obiekty, Lester St. Louis – wiolonczela oraz Carlo Costa – perkusjonalia. Debiutanckie dzieło tria o nazwie własnej powstało latem 2019 roku, składa się z pięciu części i trwa 43 minuty z sekundami.

Pierwsze trzy improwizacje trwają po kilka minut i zdają się być udanym wprowadzeniem do części głównej albumu, czwartej, prawie 20-minutowej opowieści. Muzycy budują swoje narracje z dużą pieczołowitością, dbając o niuanse brzmieniowe i wchodząc w sprytne interakcje. Improwizacje gitary mają tu wiele twarzy, często kreują ją pick-upowe preparacje, a także duża skłonność do niebanalnych pomysłów dramaturgicznych. Ciekawie pracuje też wiolonczela, która w wielu momentach buduje delikatne, ale zabrudzone drony, tworzące intrygujący suspens. Z kolei perkusista stawia na zdobienia i frazy preparowane, jedynie od czasu do czasu sięgając po zagrywki bardziej drummingowe. Pierwszą opowieść tworzą też źdźbła hałasu, plamy rezonansu i pokrętna, incydentalna dynamika. W drugiej części intensywność przekazu rośnie, a wiele fraz nabiera post-industrialnego posmaku. Muzycy dobrze też na siebie reagują, zadając pytania i otrzymując bystre odpowiedzi. Z kolei w następnym epizodzie improwizacja przybiera chwilami postać elektroakustycznego ambientu, który nawarstwia się do poziomu zgrzytliwego hałasu, a potem rozpływa szerokim korytem post-psychodelii.

Kluczowa, czwarta opowieść zaczyna się delikatnie frazującą gitarą, smolistym brzmieniem cello i perkusyjnymi zaczepkami. Narracja dość długo szuka ścieżki rozwoju, bywa, że po rockowemu zagęszcza się, tudzież rozwidla post-jazzowymi grepsami. W połowie improwizacji opowieść topi się w rezonansie, a potem przechodzi do fazy coraz intensywniejszych, mechanicznych wręcz preparacji. Jakość narracji rośnie w imponującym tempie - kanciaste frazy, zadziorne reakcje i rosnąca chmura rezonansu. Najlepszy moment nagrania, to owa żmudna, ale konsekwentna wspinaczka na dramaturgiczny szczyt. Album kończy niespełna trzyminutowa dogrywka. Wiolonczela rysuje tu smukłą bazę rytmiczną, perkusjonalia udanie ją wspierają, a post-jazzowe pętle gitary sprytnie wiodą improwizację do szczęśliwego zakończenia.

 


The Gilgamanians  Escape from Dark Matter (Pink Palace, CD 2022)

Czas na duet dość niezwykły: z jednej strony świetnie nam znany chicagowski perkusista o korzeniach asyryjskich, Michael Zerang (preparowane instrumenty perkusyjne), z drugiej - Don Meckley, który obsługuje urządzenie zwane Grundig Satellit International 650 Radio, innymi słowy – w czasie rzeczywistym nagrania ściąga fale radiowe nie tyle z całej Ziemi, co z całego kosmosu! Wszystkie dźwięki zarejestrowano w Experimental Sound Studio, w Chicago (czas akcji nieznany). Całość tego zaskakującego albumu ułożono w pięć części (za każdą z nich kryje się jakaś tajemnicza opowieść; opisy dostępne na bandcampie), które trwają około 36 minut.

Opowieść Michaela i Dona, mimo, iż pozornie składa się z dość prostych elementów, brzmi niczym konglomerat elektroakustycznych, post-elektronicznych i permanentnie preparowanych dźwięków. Bywa ona momentami mało przyswajalna fonicznie, hałaśliwa i czerstwa niczym ubiegłoroczny chleb, z drugiej jednak strony, intrygująca, tajemnicza i przykuwająca uwagę niemal od pierwszej do ostatniej minuty. To rodzaj post-akustycznego challange’u dla wprawionych w walce z utarczywą fonią!

Od początku nagrania towarzyszy nam echo głuchej przestrzeni, którą w uproszczeniu moglibyśmy nazwać kosmosem. Szumią radiowe fale (tego akurat jesteśmy pewni), a na werblu rodzą się mocno zniekształcone fonie, które początkowo brzmią wręcz syntetycznie, po czasie wszakże da się je śmiało zakwalifikować jako dźwięki akustyczne. W drugiej odsłonie ów melanż kosmicznych fonii zdaje się nabierać bardziej rytmicznych kształtów, a towarzyszą mu całe plejady tartych, obcieranych i bezlitośnie szarpanych dźwięków. Potencjometr hałasu w efekcie tej sekwencji zdarzeń przyjmuje rosnące wartości. W kolejnej części rośnie natomiast udział żywych, w pełni perkusjonalnych fraz, a radio sound zaczyna jednostajnie pulsować, niczym zmutowany metronom. Czwarta część przynosi kolejne foniczne zaskoczenia. Mamy wrażenie, że słyszymy syntezator modularny, a dźwięki radia i perkusjonalii zaczynają brzmieć niemal identycznie, równie tajemniczo i złowieszczo. Całość na zakończenie uroczo tapla się w ambiencie o nieznanym składzie. Piąta część kontynuuje grę w niespodzianki - znów sporo tu syntetycznych fraz, no i kolejna śmiertelna porcja preparacji na werblu. Jego rozgrzana do czerwoności glazura piszczy niczym zarzynane kocięta. Ostatnia prosta tego fonicznego capstrzyku kąsa zaskakującą dynamiką.

 


Ricardo Tejero/ Colin Webster/ Marco Serrato/ Borja Díaz  Matadero (Sentencia Records, DL 2021)

Zapowiadany na wstępie set nowości z andaluzyjskiego labelu zaczynamy od koncertu, jaki miał miejsce późną wiosną roku 2016 na … północy Półwyspu Iberyjskiego, w Kraju Basków (Matadero de Azkoitia, Guipuzkoa). Na scenie nasi świetni znajomi: Ricardo Tejero i Colin Webster – saksofony altowe, Marco Serrato – gitara basowa (credits wspomina o bajo, to po hiszpańsku dół) oraz Borja Diaz – perkusja. Muzycy grają ponad 36-minutową improwizację, która na potrzeby albumu została podzielona na dwie części.

Od pierwszego dźwięku mamy wrażenie, że znaleźliśmy się w samych sercu garażowego, punkowego koncertu grupy, która świetnie panuje nad swoim warsztatem, doskonale improwizuje, ale też wiele z ich efektownych pasaży możemy się jedynie domyślać. Brzmienie całości w formie monofonicznego strumienia hałasu nie pozwala bowiem na pełną percepcję nagrania, zwłaszcza w momentach, gdy kwartet mocą free jazzowej konwulsji wręcz unosi się nad ziemią. Najpierw dostajemy gęste wprowadzenie drum’n’bass, podczas którego basówka od razu zawłaszcza sobie przestrzeń i zaczyna rządzić po swojemu! Dwa bystre saksofony altowe nie oddają jednak pola bez walki. Ruszają do boju ze śpiewem na ustach i krzykiem w rozgrzanych serduchach! Swąd trupiego odoru zdaje się unosić nad klubową podłogą, rockowe przełomy basu budują dodatkowe napięcie, a krwiste saksofony idą w tango bez cienia zawahania.

Po pierwszej dziesiątce minut muzycy nieznacznie zdejmują nogę z gazu i otwierają fazę koncertu, która stawia na drobiazgi, a nawet brzmieniowe niuanse, mimo ograniczeń wynikających z fatalnej akustyki. Post-colemanowskie alty pozostają w fazie roztańczenia, bas buduje zaś indywidualną ekspozycję – pracuje przesterami, plamami dźwięków, efektownymi figurami stylistycznymi. Narracja dzieli się na duety, tria, snuje ambientowe plamy, posuwiste drony, strugi zmysłowych preparacji (z każdej strony!) i czyni wszystko to, co może podpowiedzieć wyobraźnia artystów, którzy szykują się do kolejnego skoku w ognistą czeluść improwizacji hard-free-punk-jazzy! Koncert zdaje się mieć swoją najlepszą fazę, prowadzoną w stabilnym tempie, szczególnie eksponującą popisy obu saksofonistów. W drugiej części albumu, będącej dramaturgicznym ciągiem dalszym, muzycy wciąż dzielą się na podgrupy (oba alty mają tu kilka sekund tylko dla siebie), ale narracja stoi na rozdrożu. Improwizacja jest gęsta, poszatkowana, nerwowa. Owo kłębowisko myśli i emocji pcha muzyków w niemal dubowe przestrzenie, co jest bez wątpienia zasługą świetnie frazującego basisty. Alciści pieją do księżyca, a nam pozostaje jedynie pytać, który z nich robi to piękniej. Ostatnia prosta tego ognistego spektaklu wiedzie pod górę, ale pełna jest fajerwerków.

 


Sputnik Trio  Time Hunt (Sentencia Records, CD 2022)

Druga andaluzyjska nowość powstała już zdecydowanie w rodzimych landach, w Sevilli (La Mina Estudios, luty 2020r.), a dźwiękami wypełniają ją niemal ci sami muzycy: Ricardo Tejero – saksofon altowy, Marco Serrato – tym razem kontrabas oraz Borja Díaz – perkusja. Na bodaj już piątym albumie tria o nazwie własnej znajdujemy pięć … kompozycji (!), których odsłuch zajmuje 35 minut i kilkanaście sekund.

O muzykach, którzy tworzą sputnikowe trio pisaliśmy na tych łamach niejednokrotnie. Każdy z nich ma dalece awangardowe, freejazzowe portfolio, ale w kontekście najnowszej płyty podjęta została kolektywna decyzja, iż grany będzie jazz! Muzyka, która swinguje, syci się zgrabnymi, melodyjnymi tematami i tylko incydentalnie zahacza o ekspresję godną free and fire music. Efekt owej decyzji zdaje się być całkiem interesujący, jakkolwiek fani bardziej gorących i skrzących się emocjami improwizacji mogą poczuć się delikatnie zawiedzeni. Ale dla tych ostatnich mamy album omówiony powyżej.

Pierwsza kompozycja ma zgrabną formułę dramaturgiczną, albowiem zaczyna ją i kończy dynamiczny drumming niemal na samych talerzach. To melodyjny, odrobinę post-aylerowski temat wzniecający kolektywną opowieść pozbawioną akcentów solowych, z altem, który kroczy drogą miewającą ciekawie wzniesienia. W drugim utworze odnotowujemy piękne intro zabrudzonym, kontrabasowym smyczkiem i narrację, która bystrze tupie nogą i podśpiewuje pod nosem, incydentalnie przybierając nieco smutniejsze oblicze. W trzeciej opowieści sekcja rytmu swinguje aż miło, a całość tonie w mrocznych, zadymionych katakumbach czarnego, nowojorskiego jazzu. Na jej zakończenie muzycy efektownie gubią trop zdobiąc narrację większą dawką swobodnych improwizacji i brzmieniowego brudu. Czwarta część kontynuuje zbiór melodyjnych, żwawych tematów, ale sam flow zdaje się być nerwowy, poszarpany, skory do niekonwencjonalnych rozwiązań. Ciągnie go masywny kontrabas, a w roli gawędziarza znów dobrze sprawdza się rozśpiewany saksofon. Płytę kończy spokojna, prowadzona w umiarkowanym tempie, niekiedy wręcz cool-jazzowa narracja, która udanie eksponuje walory saksofonisty. Ten parska, szczeka jak pies, ale nie traci przy tym intrygującej melodyki.

 


Ignacy Wiśniewski/ Mikołaj Trzaska/ Olo Walicki/ Michał Bryndal/ Marcin Januszkiewicz  Duos (Hevhetia, CD 2021)

Sięgamy po nagranie z krajowego podwórka. Jazzowy pianista i kompozytor Ignacy Jan Wiśniewski zaprosił na swoją pierwszą w pełni improwizowaną płytę kilku kolegów i stworzył z nimi bystry zestaw duetów, które chwilami stawały się … składami trzyosobowymi.  A goście są następujący: Mikołaj Trzaska – saksofon, Marcin Januszkiewicz – głos, Olo Walicki – kontrabas oraz Michał Bryndal - perkusja. Nagrania powstały w roku 2020, w studiu gdańskiej Akademii Muzycznej. Dziesięć improwizacji trwa tu 58 i pół minuty.

Zaczynamy balladowym, post-jazzowym duetem piana i kontrabasu, do których dość szybko podłącza się mruczący głos, snujący zmysłowe wokalizy w estetyce Uli Dudziak. Pod koniec trzeciej minuty płynnie wchodzimy w duet piana i perkusji. Czupurna, minimalistyczna opowieść z czasem nabiera taneczności. Druga część w całości należy do saksofonu i piana. Rzewny, post-semicki flow Trzaski napotyka na różne reakcje pianisty. Ten drugi raz kąsa post-klasycyzmem, innym razem sięga po filigranowe frazy inside piano. Z kolei część trzecia, budowana przez wokal i piano syci cały album niebanalną porcją emocji. Znów post-dudziakowe wokalizy i cała armia czarnych klawiszy, kreująca ciekawy suspens. Czwarta opowieść składa się aż z trzech podczęści. Najpierw to duet piana z saksofonem, do którego doklejony zostaje duet piana z perkusją, a na koniec pojawia się trzeci duet i …. znów kilka ciepłych słów należy się wokaliście, który jednocześnie śmieje się i płacze.

Piąta improwizacja, to miniatura piana i kontrabasu. Kolejna, to ten sam duet, ale wiedziony dalece bardziej stromym zboczem. Po kilku pętlach udanie przepoczwarza się on w trio z dodatkowym saksofonem, a potem w duet z wokalistą. Siódemka, to znów miniatura basu i piana, tu wystudzona do formuły ballady. Z kolei część ósma, to sytuacja na tym albumie wyjątkowa – zaczyna saksofon i perkusja! Piano dobiega z komentarzem w połowie drugiej minuty, ale narracja gaśnie dość niespodziewanie. W przedostatniej improwizacji wracamy do piana i głosu – garść ciekawych preparacji i fraz inside piano. O tak, ten duet zdecydowanie stawiamy na czele całego zestawu! Na zakończenie czeka nas rozbudowane intro pianisty, pod które podłącza się perkusista. Ten drugi szklistym rezonansem z talerza kończy prawie godziną, improwizowaną opowieść. Zachęcamy do ciągu dalszego!

 


Eric Dubois Quartet Self-titled (Circum-Disc, CD 2022)

Na finał dzisiejszego zbioru opowieści, często osadzonych w jazzowych i post-jazzowych sytuacjach, dodatkowa porcja tegoż jazzu, tu w wydaniu main-streamowym, a nawet chill-outowym! Francuska muzyka jazzu środka zrealizowana została przez kwartet pod wodzą gitarzysty i kompozytora Érica Duboisa. Towarzyszą mu: Benoit Baud na saksofonach, Mathieu Millet na kontrabasie oraz Éric Navet na perkusji i wibrafonie. Nagrania zarejestrowano w okolicznościach studyjnych w marcu 2021 roku, zapewne we Francji. Odsłuch dziewięciu kompozycji lidera zajmie nam trzy kwadranse i parędziesiąt sekund.

Skoro jazz środka, to i jego konstrukcja dramaturgiczna w każdym przypadku zdaje się być wyjątkowo typowa. Zgrabnie podany temat, na ogół przez gitarę i saksofon, którego w kilku nieco przesłodzonych momentach zastępuje wibrafon, potem maksymalnie dwie ekspozycje solowe (najczęściej z udziałem gitary i saksofonu), wreszcie zwarta, na ogół nieprzegadana koda, która reasumuje nagranie. Recenzentowi przywykłemu do okoliczności bardziej ognistych i mniej przewidywalnych zachowań narracyjnych, trudno silić się tu na komplementy, ale na kilka fragmentów płyty warto zwrócić uwagę.

Drugi utwór otwiera kontrabas i wibrafon, ale temat podany jest przez saksofon i gitarę. Fazę improwizacji zdobi niemal rockowa ekspozycja gitary i bystre solo kontrabasu, a narracja w sytuacji bardziej dynamicznej ciekawie nawiązuje do jazzu nowojorskiego downtown z lat 90. ubiegłego stulecia, choćby formacji Lost Tribe. Podobne skojarzenia rodzą się w trakcie piątej części. Gitara otwiera tu w estetyce fussion jazzowej, temat podany jest kolektywnie, a utwór wieńczy solowa, nieco wystudzona ekspozycja lidera. Z kolej utwór siódmy, która stawia na dynamikę, rozpoczyna perkusja i kontrabas. Rockowa gitara daje tu sygnał do bardziej ekspresyjnych kreacji, a saksofonista serwuje najlepsze solo na całym albumie, które incydentalnie kipi freejazzowymi emocjami. Tenże saksofon udanie prezentuje się także na zakończenie części ósmej.

 

 

wtorek, 14 września 2021

Matthias Müller, Ricardo Tejero & Vasco Trilla in Implositions!


Magia powtarzających się cyfr ma być może szczególną rację bytu w przypadku rzeczy tak ulotnej, jak muzyka swobodnie improwizowana. Nagranie, nad którym głęboko się dziś pochylamy powstało w dniu, którego data składała się wyłącznie z dwójek i zer (20.02.2020), gdy u progu pokrętnej rzeczywistości stała światowa zaraza. Dziś, gdy słuchamy go na kompaktowym krążku, tudzież w formacie plików elektronicznych, nie ma to już takiego znaczenia, ale magia – jakkolwiek rozumiana – z pewnością z tymi dźwiękami została na dłużej.

Niemiecki puzonista Matthias Müller za moment kończy 50 lat i na początku października zagra na Spontanicznym Festiwalu w Poznaniu. Saksofonista Ricardo Tejero w naszym kraju jeszcze nie muzykował, ale dźwięki jego instrumentu znane są choćby z płyty wydanej w pewnym krajowym, a jakże iberyjskim labelu. Perkusjonalista Vasco Trilla na Spontanicznym Festiwalu grywał tysiące razy, aczkolwiek nie zagra w tym roku. Jego dorobek płytowy u polskich wydawców niedługo dobije do dwudziestu tytułów. Najnowsza płyta wspomnianej wyżej trójki improwizatorów (pierwsze spotkanie w takim zestawie personalnym) trafia do nas jednak dzięki wydawcy amerykańskiemu.

 


Nagranie zaczyna się w mrocznym klimacie nieokreślonych z imienia dźwięków. Szeleszczące perkusjonalia, szumiące, długie frazy puzonu i saksofonu tworzą powłokę dźwięków, na bazie której może powstać narracja właściwa, ale wcale nie musi. Wentyle tańczą, dysze oddychają, dźwięki zestawu drummerskiego rezonują same z sobą i wszystkim wokół. Flow leniwie, ale systematycznie pęcznieje, ale też czerstwieje. Muzycy bawią się swoim dźwiękami, robią wiele, byśmy mieli problem z dokładnym wskazaniem źródła ich pochodzenia. Wszystko dzieje się tu bez pośpiechu, a wiele zachowań nosi znamiona dalece kontrolowanych. Artyści wolą budować dronowe i ambientowe struktury dźwiękowe niż szukać dramaturgicznych wzniesień, czy nadmiernie eskalować dźwięk swojego instrumentu. W środkowej fazie pierwszej improwizacji intuitywna komunikacja pomiędzy dęciakami sprawia, iż płyną one niemal jednorodnym strumieniem fonii, który trwa niczym stevensowskie sustained piece. Trilla buduje w tle chmurę ambientu, która nabiera mocy, jak szare niebo tuż przed burzą. Uruchamia swoje ulubione przedmioty plastikowe i metalowe, które tańczą na coraz gorętszym werblu. Puzon i saksofon zaczynają skrzeczeć, a narracja zaczyna piąć się na wzniesienie, poganiana coraz intensywniejszymi frazami budowanymi przez perkusjonalia. Zakończenie tej historii smakuje niemal industrialnie – najpierw muzycy sięgają ściany dźwięków, potem gasną rezonującymi oddechami dętych i metalowymi obcierkami perkusji.

Druga część na starcie przypomina rytuał wolnej inicjacji. Perkusjonalne dzwonki, dęte pomruki, talerze w ciszy oczekiwania. Koncepcja budowania narracji zdaje się być podobna do tej, która wykreowała pierwszą improwizację. Flow gęstnieje i zaczyna przypominam stado czmieli w locie godowym. Trzy strugi mroku i meta hałasu! Trilla na moment milknie, po czym wraca ze swoim latającym robactwem i rozpoczyna proces unoszenia się ku górze. Tejero i Müller stroszą pióra, prychając na siebie wzajemnie. Opowieść po osiągnieciu drobnego szczytu spada w dół rezonującej przestrzeni, w świat chill-outowych dronów, która sieją jednak duży niepokój i nie dają prostych odpowiedzi na trudne pytania.

Ostatnią improwizację otwierają syczące tuby puzonu i saksofonu. Perkusjonalia snują mały rezonans drżącym werblem. Drony czerstwego ambientu rodzą się teraz jakby samoczynnie, bez udziału sprawczego samych muzyków. Instrumenty zostały wprawione w ruch drgający i być może same kreują ową pokrętną rzeczywistość foniczną. Garście mechaniki użytkowej – piski, pojękiwania, narzekania, rezonujące tło, pomruki wygłodniałych brzuchomówców. Opowieść na moment zdaje się stać na rozdrożu. Pomocną dłoń wyciąga teraz Trilla i kreśli zmysłowy deep drumming, który zdaje się tyczyć szlak dalszej improwizacji. Najpierw post-industrialne zaśpiewy, potem zejście do jaskini short-cuts. Plejada preparowanych dźwięków płynie teraz na rytmicznej strukturze budowanej przez repetujący puzon. Improwizacja gaśnie w strugach rezonującego ambientu dętych westchnień i błyszczących talerzy.

 

Implositions (Orbit577 Records, CD 2021). Matthias Müller - puzon, Ricardo Tejero - saksofon, Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Nagrane 20 lutego ubiegłego roku, Golden Apple Studios, Barcelona. Trzy improwizacje, czas trwania - 41:30.



 

piątek, 27 sierpnia 2021

Tejero, Serrato & Diaz as Sputnik Trio ask What The Hate!


Trójka dziarskich Iberyjczyków zaprasza nas do pięknej Sevilli na spektakl szczególnych, jakże swobodnie improwizowanych dźwięków, uroczo posplatanych w pajęczynę akcji i reakcji. Całe oceany dramaturgicznych splotów okoliczności, burzliwych koincydencji, tudzież jakże konkretnych konsekwencji wskazujących na to, iż ich ciężka studyjna praca winna w ostatecznym efekcie trafić na niejedno roczne podsumowanie sceny wolnej muzyki. Poczyniony onegdaj przez artystów żmudny wysiłek improwizatorski moglibyśmy śmiało nazwać czymś na kształt modelowego free post-jazzu, czegoś, co winno wytyczać kierunki gatunku, a nade wszystko budzić pokorę i samoświadomość zarówno muzyków, jak i odbiorców. What The Hate? - pytają, ale wcale nie szukają odpowiedzi. Gadają dźwiękami, zawsze na temat i nigdy nie nadużywają bezokoliczników.

 


Zaczynają nerwowo, krótkimi, urywanymi frazami, które budują brudny, mięsisty flow, klejony burknięciami basu i szelestem głęboko oddychającej tuby saksofonu altowego, upstrzonej perkusjonalnymi detalami. Ich dźwięki od startu wydają się być adekwatnie kompatybilne, dramaturgicznie zwarte, dobrze do siebie pasujące, być może odrobinę mosiężne, ale zdolne bez trudu wpadać w taniec pijanego u progu wieczornej mgły. Trzy instrumenty tyczą tu sobie szlak bez specjalnych drogowskazów, choć przyznać trzeba, iż na czele orszaku w pierwszej improwizacji na ogół staje kontrabasowe pizzicato.

Druga opowieść, to emocjonalny przystanek - szumiące, preparowane frazy dęte, burczące odgłosy basowe, wreszcie drżące perkusjonalia. Dźwięki ścielą się gęsto, ale dużo powietrza rozpycha się pomiędzy nimi, tworząc rozległe przestrzenie, które stymulują kreatywność i dają miejsce na niejedną dźwiękową komplikację. Muzycy znów wolą krótkie frazy, niż przeciągłe westchnienia, reagują na siebie, jak zwinne sroczki, nic tu bowiem nie umknie niczyjej uwadze. Pojawia się smyczek, który śpiewa niskim głosem, szumią perkusyjne szczoteczki, a odgłosy tuby saksofonu przypominają wielką dmuchawę lodowatego powietrza. Zdaje się, że każdy instrument śpiewa nieco zachrypniętym głosem, ale i skacze całkiem wysoko, gdy sytuacja dramaturgiczna wymaga tego typu reakcji. Wszystko tu do siebie pasuje – nie ma zbędnych dźwięków, opowieść syci się ekspresją, ale elementem ją konstytuującym jest przede wszystko precyzja wykonania. Na finał tej story piękny, jednooddechowy, dźwiękowy szmer saksofonu kreuje niemal perfekcyjne zakończenie improwizacji.

Trzecia historia to tylko zajawka. Krótka, zwinna riposta, rodzaj odautorskiego komentarza. Śpiewny saksofon zaprasza do szybkiej gry w short-cuts. Twarda sekcja rytmu, kreowana dynamicznym pizzicato wchodzi w to, jak w masło.

Po swobodnym free dance czas na garść zmysłowych preparacji! Precyzja i trzymana w ryzach ekspresja, to znów naczelne hasła tej rewolucji. Opowieść toczy się na delikatnie zaciągniętym hamulcu ręcznym. To sprzyja skupieniu! Niemal pojedyncze frazy, które plotą bystrą, bardzo efektowną sieć dźwiękowych powiazań. Triumwirat pizzicato, perkusyjnych szczoteczek i saksofonowych preparacji toczy się w konwencji very slow motion, ale podszyty jest nerwem niepokoju, niemal egzystencjalnej trwogi. Po kilku pętlach saksofon zaczyna krzyczeć, w tle pojękuje samotny smyczek, a rozrastające się percussion zaczynają smakować post-industrialnie. Kontrabas szyje niemal post-barokową powłokę, która niczym wisienka na torcie, prowadzi nas na skraj tej drogi. Nim zgaśnie ostatni dźwięk, muzycy puszczają jeszcze do nas oko zmysłowymi imitacjami smyczka i saksofonu.

Czas na last dance! Szumiąca tuba i smyczkowy dron, to dalece groźna sytuacja wyjściowa! Perkusjonalia rezonują metalem i szkłem, a całość tej introdukcji pachnie niczym gęsta krew ciepłego jeszcze trupa. Owo jakże mroczne pożegnanie trwać będzie cały kwadrans! Bogaty, ale szorstki flow zaskakujących dźwięków, lepionych w wielosmakowe pajęczyny. Opowieść pęcznieje aż do momentu, w którym każdy wydawany dźwięk zaczyna śpiewać swoją post-melodyjną historię krewkim, niemal majestatycznym rezonansem. Perkusjonalne dzwonki czynią ceremoniał zakończenia, które zdaje się trwać w nieskończoność. W ostatecznym rozrachunku finalne zdanie należy do dronowej ekspozycji kontrabasowego smyczka, wyjątkowo nisko posadowionego, niemal przy samej podłodze.

 

Sputnik Trio  What The Hate (Raw Tonk Records, CD 2021). Ricardo Tejero – saksofon altowy, Marco Serrato – kontrabas, Borja Díaz – instrumenty perkusyjne. Nagrane w La Mina Estudios, Sevilla, 28 lutego 2020. Pięć improwizacji, 47 minut.



piątek, 25 czerwca 2021

Dominic Lash’ Spoonhunt and three new albums! Consorts Ensemble and two quartets!


Brytyjski kontrabasista, improwizator i kompozytor Dominic Lash gości na naszych łamach w miarę regularnie, choć przyznajmy, iż nie za często. Dziś wszakże okazja do prezentacji jego twórczości jest dalece szczególna, albowiem artysta dostarcza nam aż trzy nowe płyty! Wszystkie wydane przez niego samego w ramach inicjatywy Spoonhunt, wszystkie wyprodukowane na nośniku fizycznym (co nie było dotychczas regułą), wszystkie zarejestrowane na koncertach w londyńskim Cafe Oto (dwie pierwsze nawet tego samego dnia!), wreszcie wszystkie wyposażone w ładunek pięknych dźwięków, niosących niebywałe emocje!

Nasz krótki przegląd zaczniemy od … 21-osobowego składu, który bystrze improwizuje wedle wskazówek kompozytorskich Lasha, zaraz potem odczytamy swobodnie improwizujący kwartet brytyjskich asów, którego koncert jest jednym z ostatnich publicznych występów Johna Russella (płyta dedykowana zmarłemu w styczniu bieżącego roku gitarzyście), wreszcie napotkamy na kwartet hiszpańsko-brytyjski, który gra smakowity jazz z przyległościami, znów wedle wskazań kompozytorskich kontrabasisty.

 


Consorts  Distinctions

W połowie stycznia ubiegłego roku, na niewielkiej scenie Café Oto pomieściła się cała armia muzykantów. Poznajmy ich dane personalne: Douglas Benford – harmonium, instrumenty perkusyjne, Steve Beresford – elektronika, Marjolaine Charbin – fortepian, Chris Cundy – klarnet basowy, Seth Cooke - steel sink and metal detector, Angharad Davies – altówka, Phil Durrant – syntezator modularny, Matthew Grigg – gitara z amplifikacją, Bruno Guastalla – wiolonczela, Martin Hackett – syntezator, Tim Hill – saksofon barytonowy, Tina Hitchens – flet, Sarah Hughes – zither, Mark Langford – klarnet basowy, Dominic Lash – kontrabas i kompozycja, Yvonna Magda – skrzypce, Hannah Marshall – wiolonczela, Helen Papaioannou – saksofon barytonowy, Yoni Silver – klarnet basowy, Alex Ward – klarnet z amplifikacją oraz Shaun Crook – live sound. Skomponowana improwizacja Distinctions jest nieprzerwanym ciągiem dźwięków i trwa 46 minut z sekundami.

Ceremonia dźwięku budzi się do życia w ciszy nieistnienia – elektroakustyczne piski, drobne frazy dętych, kontrabas, mała elektronika. Im mniejszy, delikatniejszy dźwięk, tym lepiej zdobi on narrację wstępną. Tworzą ją także dźwięki ciągnione (sustained) i cisza, która szczelnie wypełnia puste przestrzenie pomiędzy frazami. Pierwsze wzniesienie narracyjne ma miejsce w okolicach 5 minuty, ale opowieść szybko wraca do estetyki short-cuts with long eyes! Dramaturgię buduje także smyczek na kontrabasie i cała plejada tajemniczych dźwięków elektronicznych. Multi-składnikowy dron powstaje z mozołem, ale systematycznie i precyzyjnie. Zdarzają się jeszcze momenty zawahania - flow przygasa, ale natychmiast rodzi się na nowo i rusza w dalszą podróż z rosnącą determinacją. Zasadniczy strumień dźwięków płynie dołem (cała armia klarnetów basowych i barytonu), delikatnie błyszczy się też w górnych partiach, zdobionych wyziewami elektroniki i innych przedmiotów muzycznego użytku. Narracja pęcznieje naprawdę efektywnie dopiero w okolicach 17 minuty. Muzyka przypomina wtedy stado szerszeni, tudzież innych owadów brzęczących, a może eskadrę złowieszczych krążowników zasnuwających niebo pożogi. Ów strumień kardynalnych fonii zdaje się mieć kilka warstw – dęte pomruki, strunowe boleści i morze basowych westchnień.

W połowie nagrania opowieść wyhamowuje, schodzi na samo dno, wprost w objęcia gwiazdozbioru drobnych, urywanych i nerwowych fraz. Dęte wydechy topią się w elektroakustycznej poświacie - rozhuśtane emocje, tygiel strachu i dramaturgicznego suspensu. Narracja sprawia wrażenie tworzonej definitywnie ad hoc, z kompozytorem, który zatracił się w wirze improwizacji i dyrygentem, który jeszcze się nie narodził. W okolicach 30 minuty wszystkie dźwięki dostają na moment syntetycznego pogłosu, jakby ktoś przepalił bezpieczniki w Cafe Oto. Emocje rosną, strumień dźwięków w dalszym ciągu pęcznieje - przypomina wielki świder, który buduje kolejną linię metra. Oj, tak, muzycy zdecydowanie idą już na spotkanie ze ścianą dźwięków! Jeden przekrzykuje drugiego, trzeci modli się do nieistniejącego boga, czwarty ciśnie na gaz – stare, dobre czasy Globe Unity Orkiestra stają nam przed oczyma, niczym piękny koszmar z ulubionych horrorów. Na prawej flance poziom emocji eskalują klarnety, wsparte amplifikacją, na lewej drży moc gniecionej akustyki repetującego fortepianu. Wszyscy jadą na pełnym wydechu - kompulsywny spazm wielkiej improwizacji, furia i deterministyczny nihilizm nieograniczonej wolności tworzenia trwa do końca 43 minuty. Wtedy to hipo-dron mocy zaczyna rozpadać się na pojedyncze elementy, które wciąż jeszcze generują energię kinetyczną, jak małe planety hałasu w bezmiarze kosmicznej pustki. W połowie 45 minuty płomień narracji zaczyna definitywnie gasnąć, ześlizgiwać się ze strun, wydawać martwe oddechy. A potem już tylko finałowe podrygi syntetyki, która umiera jako ostatnia.

 


John Butcher/ Dominic Lash/ John Russell/ Mark Sanders  Discernment

Tego samego dnia, w tym samym miejscu czeka na nas kwartet w składzie wyjątkowym: John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Dominic Lash – kontrabas, John Russell – gitara oraz Mark Sanders – perkusja. Cztery swobodne improwizacje (trzy pierwsze, to nieprzerwany ciąg dźwięków) trwają niespełna 40 minut, a cała płyta dedykowana jest Russellowi, który zmarł niemal dokładnie rok po tym koncercie.

Na scenie mamy wprawdzie kwartet dalece międzypokoleniowy, ale muzycy znają się świetnie (Londyn, to przecież małe miasto!), zatem nie potrzebują jakiejś szczególnej introdukcji, by wejść w dobre akcje i jeszcze bystrzejsze reakcje. Talerze, smyczek, sucha tuba saksofonu i mikrofrazy gitary budują wszakże dalece nieśpieszną i stonowaną emocjonalnie improwizację otwarcia. Niektóre dźwięki grane są na wdechu, inne wynikają z dramaturgicznego zaniechania. Muzycy nie forsują tempa i nie będą tego czynić w trakcie całego koncertu. Dynamika rośnie incydentalnie, na ogół wtedy, gdy kontrabas przechodzi w tryb pizzicato. W drugą część płyty wchodzimy płynnie, jakkolwiek jest ona kardynalnie nowym wątkiem improwizacji. Gitarzysta łagodnie pląsa, saksofonista udanie skrywa swoje emocje, a nad całością opowieści zdaje się czuwać główny strateg improwizacji, usadowiony u wezgłowia dużego kontrabasu. W roli złotnika, tudzież zdobiciela narracji bystry i kreatywny drummer. Muzycy nie stronią od preparacji, cały czas szukają zadziornych fraz i kantów, ale pozostają na etapie przedekspresyjnym. Na finał odcinka dostajemy bystre solo gitary, w klimatach niemal neoklasycznych. Kolejny etap trylogii pierwszego seta rozpoczyna wystudzony saksofon sopranowy. Reszta załogi nie wykazuje jednak ochoty, by iść na całość, raczej wdaje się w spokojne przepychanki, tudzież dramaturgiczne uprzejmości. Muzycy z mozołem doprowadzają ów fragment koncertu do finału, na samych końcu fundując nam drobną eksplozję mocy.

Ostatnia część spektaklu, de facto jego drugi set, trwa 17 minut i jest zamkniętą formą dramaturgiczną. Zaczynają go perkusjonalia i smyczek kontrabasu. Po chwili podłącza się jak zwykle delikatna gitara i cokolwiek rozochocony saksofon. Improwizacja szuka swojej dynamiki, ale co rusz hamuje, a muzycy stają w obliczu pewnych rozterek sytuacyjnych. Tenor ciągnie w kierunku rytmu i bluesowych niemal pomysłów, smyczek kontrabasu zgłasza zdanie odrębne. W efekcie tych nieco ambiwalentnych zachowań kwartet najpierw wpada w ramiona open jazzu, a potem koi troski w obliczu bardziej kameralnych fraz. Na zakończenie artyści dobywają jednak ze swoich trzewi odrobinę więcej energii kinetycznej, dzięki czemu ostatnie partie dźwięków możemy uznać za bardziej niż udane. Aktywny saksofonista, gitarzysta ze wzajemnie zazębiającymi się riffami, bystry drummer i jakże elastyczny dramaturgicznie kontrabasista efektownie wieńczą dzieło w oczekiwaniu na zasłużone oklaski.

 


Dominic Lash Quartet  Limulus

Ostatnia dziś płyta, to znów londyńskie Café Oto, ale na osi czasu cofamy się do stycznia 2019 roku. Sześć kompozycji tzw. lidera wykona tu dla nas kwartet w składzie: Javier Carmona – perkusja i instrumenty perkusyjne, Dominic Lash – kontrabas i rzeczone kompozycje, Ricardo Tejero – saksofon altowy oraz Alex Ward – gitara elektryczna. Całość koncertu zamieszczonego na srebrnym krążku, to niemal 52 minuty.

Pierwsze trzy utwory koncertu, to nieprzerwany strumień jazzowej improwizacji, która raz za razem czerpie inspirację z różnych gatunków – rocka, kameralistyki, czy otwartego, jakże ekspresyjnego post-free jazzu. Pierwszy temat, pełen rytmu, swobodnej melodii i dobrego humoru, podają jednocześnie kontrabas i gitara. Perkusja dba o właściwy kierunku rozwoju dynamiki, a roześmiany saksofon czuje, że znajdzie w tej przestrzeni dużo miejsca dla swojej kreatywności. Power Quartet zaczyna swój multigatunkowy taniec z gracją i wyłącznie dobrymi emocjami. Szczególnie ekscytujące wydają się wzajemne imitacje gitary i saksofonu, czynione w prawdziwie ognistej fazie improwizacji. Zakończenie tego wątku skrzy się mroczną psychodelią, budowaną smyczkiem kontrabasowym. Muzycy płynnie wchodzą w drugi temat, który dość mocno zmienia klimat koncertu. Smyczek zabiera nas do krainy swobodnego post-chamber. Początkowo opowieść wydaje się nad wyraz leniwa (gitara pachnie dalekim wschodem!), ale to tylko pozory. Emocje i nerwy biorą górę, muzycy przyjmują otwarte pozycje i skaczą w ogień free jazzu. Niemal niepostrzeżenie zaczyna się trzecia kompozycja, introdukowana przez trio bez saksofonu, które bezceremonialnie swinguje i buduje ciekawą dynamikę. Świetne expo staje się udziałem gitary. Saksofon wchodzi do gry wprost w prezentację tematu, po czym ucieka w efektowne solo w klimatach definitywnie godnych Charlie Parkera. Muzycy znajdują też czas i miejsce na solową ekspozycję perkusisty.

Po krótkiej chwili kwartet powraca na dwie kolejne kompozycje. Pierwsza z nich powstaje w ciszy, z wytłumionym smyczkiem i gitarą, która frazuje niezwykle semicko. Perkusyjne szczoteczki tworzą klimat ballady, która jednak dość szybko przepoczwarza się w efektowne, bardzo rozwichrzone free impro! Po niedługiej, kolektywnej ekspozycji, na czoło wysuwa się kontrabas, który najpierw smyczkiem tłumi emocje, a potem śmiało przystępuje do solowej przebieżki. W tak zwanym międzyczasie zaczyna się już kolejny utwór. Gitara i saksofon lepią się w gasnące solo basu przeciągłymi frazami. Preparacje perkusji także kreują ciekawy suspens. Dynamika rośnie, powraca post-swingowy sznyt, a narracja bez wysiłku osiąga stan kolektywnych, improwizowanych eksplozji. Sam temat kompozycji pojawia się na jego zakończenie, podany unisono jakby od niechcenia. Na bis, niemal 10 minutowy, muzycy wychodzą w dużym skupieniu. Od razu proponują nam zmyślną zabawę w pytania i odpowiedzi. Znów, jak na początku koncertu, dostajemy piękny duet imitacyjny – psychodelizująca gitara i preparujący saksofon. Narracja szybko wspina się na szczyt, po czym efektownie opada, niesiona temperamentem kontrabasowego smyczka. Na zakończenie muzycy śpiewają hymny pochwalne, ewidentnie zadowoleni ze swego dzieła. Nie pozostaje nam nic innego, jak zgodzić się z ich oglądem sytuacji scenicznej.



środa, 5 lutego 2020

Tejero, Nästesjö & Trilla as TNT in horror sound show called Never Odd Or Even!


Never Odd Or Even, czyli … palindrom, zdanie dające się czytać wspak. A czy muzykę można słuchać wspak? Albo słuchać jej od drugiej, bliżej nieokreślonej strony? Czy w ogóle jest jakaś druga strona, jakaś rzeczywistość po tamtej stronie, w doorsowskim rozumieniu drzwi do podświadomości? Czy dźwięk ma swój odpowiednik palindromu? Czy przewijanie taśmy magnetofonowej od końca zbliża nas do szatańskiej muzyki? Skoro za boskie uważamy dźwięki wysokie, łagodne i piękne (cokolwiek rozumiemy przez ten pokraczny eufemizm), tonalne i mające strukturę melodyczną.

Odpowiedzi na te pytania nie znajdziemy w tym, ani w jakimkolwiek innym tekście na tych łamach, a także zapewne, na wszelkich innych łamach. Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak zaprosić do odczytu i odsłuchu płyty, której zarówno tytuł główny, jak i tytuły poszczególnych części dają się czytać wspak.




Rats Live On No Evil Star.  Smyk posadowił się na wyjątkowo miękkich strunach, docierają do nas dźwięki nad wyraz delikatne, jakby muzyk miał w rękach gitarę klasyczną, której ktoś przez pomyłkę założył … ołowiane struny.  Na przeciwległej flance lokują się fonie, który wydobywają uśpione dysze saksofonu. Środkiem przestrzeni dźwiękowej płynie masywna, dronowa ekspozycja bogatego zestawu instrumentów perkusyjnych, które wydają wszystkie możliwe dźwięki, za wyjątkiem … bębnienia.  Jeśli którakolwiek z warstw początkowej narracji nosi znamiona perkusjonalne, to są nimi efekty działań kontrabasisty i saksofonisty.  Muzycy formują opowieść zdobiąc ją powykręcanym rytmem, skąpanym w post-akustycznej psychodelii. Ów liryczny poemat preparacji wygasa z inicjatywy watahy dzwonków, która zdaje się funkcjonować dramaturgicznie z przyzwolenia perkusisty.

Step On No Pets.  A jednak drumming, a jednak kontrabas, który potrafi nieść flow zwinnym pizzicato… Saksofon w chwili tego zbiorowego szaleństwa pozwala sobie nawet na półotwarte frazy, a całość narracji mości się w dynamicznych parametrach, definitywnie stanowiąc tu poważny wyjątek od reguły palindromowej historii. Piękny, rozkołysany post-free jazz, w punktu widzenia całości - rodzaj artystycznej fanaberii.

Decaf And DNA Faced.  Pojedyncze szarpnięcia struny, dźwięk, który pulsuje i rezonuje w kontakcie z drżącą armii perkusyjnych talerzy i dzwonków. Obok cisza szeleszczącej tuby saksofonu, który z mozołem rozsyła mgliste pasaże. Narracja lepiona z wzajemnie rezonujących plastrów post-ciszy – skrzypiąca podłoga, szmer wysuszonych dysz, brzęk tłuczonego wyjątkowo ślamazarnie szkła.

Desserts, I Stressed!  Saksofon parskający dłuższymi frazami, struny kontrabasu piłowane krytycznie tępym smyczkiem, perkusyjna głucha poświata – oto akustyczna maszyneria niewspółczesnego industrialu. Opowieść narasta, pęcznieje, instrumenty zdają się wchodzić w reakcje chemiczne, czują strach przed samym sobą. Czerstwa magma fałszywej akustyki. No drumming percussion as a pattern! Piękna (i znów ten parszywy eufemizm!) imitacja kontrabasu i saksofonu. Smyczek zdaje się sięgać nieba i piekła niemal w tym samym momencie.

Doom Mood.  Szumy, szmery, podmuchy suchego powietrza z zardzewiałego wentylatora, skrobanie strun, pogłos czegoś metalicznego. Oto muzyka, która zdaje się wchodzić w jeszcze wyższe stadium preparacji. Na maltretowanym gryfie kontrabasu czujny recenzent dostrzega znamiona półrytmu. Perkusja lub to, co w danym momencie jeszcze z niej pozostało, rezonuje i drży, saksofon wydaje ćwierćdźwięki i szuka w nich tanecznych struktur.

In Word, Drown I.  Połamany metronom niczym pijany zegar z kukułką, wybija nieistniejący czas. Werbel piszczy pod naciskiem ciężkich ramion muzyka. Smyczek ma halucynacje, tańczy sam ze sobą, pusta tuba saksofonu szuka dźwięków, które mogłyby z nią konweniować akustycznie. Abstrakcyjny, metafizyczny, bolesny drum’n’bass! A może kameralistyka na megasterydach, na zgliszczach muzyki do wczoraj współczesnej. Wszystko równie piękne pęcznieje, jak po chwili umiera, dopadając ciszę tuż przed ostatnim dźwiękiem.

Loops At A Spool.  Dzwonki wieszczą sakramentalne wyniesienie na ołtarze złej religii. Smyk pełza po podłodze i rysuje wyjątkowo głęboką narrację. Saksofon uczepiony strun, czołga się wraz z kontrabasem. Drżący flow instrumentów, którym ktoś wbił drewniane kołki w sam środek ich serc. Zło triumfuje, ale sztandary pochodu są puste. Smyczek definitywnie zrywa podłogę, perkusjonalia błyszczą matowymi świecidełkami, saksofon topi się w szarej sonorystyce. Oto moment, który może od dziś stanowić dla nas synonim piękna.


TNT  Never Odd Or Even. Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series (CD, 2020).
Ricardo Tejero – saksofon, Johannes Nästesjö – kontrabas, Vasco Trilla - perkusja.  Nagrane w Barcelonie, Golden Apple Studio, 16 grudnia 2017 roku. Łączny czas trwania nagrania – 39:23.

Uwaga! Autor recenzji jest współwydawcą tej płyty!


poniedziałek, 9 października 2017

Colin Webster & Raw Tonk! Mission Possible!


Brytyjska muzyka improwizowana jest królową gatunku na Starym Kontynencie niemal od zawsze, a przynajmniej od pół wieku, jak to onegdaj ustalił w swych dociekliwych egzegezach Pan Redaktor.

Jak dowodzą najnowsze prace badawcze redakcji, taki stan rzeczy nie ulegnie zmianie zapewne przez kolejne pół wieku, albowiem pokolenia wartościowych sukcesorów muzycznych dokonań Johna Stevensa, Paula Rutherforda, czy Evana Parkera rosną w tempie geometrycznym. Świetnie ma się rynek wydawniczy w Zjednoczonym Królestwie, nie brakuje nowych inicjatyw, a punkowa zasada DIY (zrób to sam!) gdzieżby miała skuteczniej funkcjonować, niż w kolebce muzycznej anarchii, choćby tej spod znaku The Sex Pistols.

Dziś czas na kolejny dowód rzeczowy!!!! Label Raw Tonk obchodzi w tym roku 5 urodziny, wydał właśnie swoje trzydzieste wydawnictwo, a zatem wyjątkowy to moment, by przyjrzeć się muzyce coraz młodszych pokoleń brytyjskich muzyków improwizujących, mających w swych portfolio nagrania dla tej właśnie wytwórni.




Katalog RT poznamy w kilku odsłonach. Najpierw wnikliwie przyjrzymy się trójpakowi koncertowych nowości, który swą oficjalną premierę ma w najbliższy piątek. Potem omówimy zestaw tzw. płyt obowiązkowych w katalogu, tych, które już dziś – z perspektywy kilkunastu lub kilkudziesięciu miesięcy od ich wydania – uznać należy za wyjątkowo wartościowe osiągnięcia. Na moment zatrzymamy się przy wydawnictwach nietypowych dla katalogu, ale artystycznie bardzo cennych, a także nadstawimy ucho nad trzema płytami duetu, który potrafi pęcznieć aż do kwartetu. Na koniec zaś omówimy pozostałe płyty, które winny od czasu do czasu pozostawać w kręgu naszych zainteresowań.

Brytyjska młodzież atakuje! Niemal wszyscy muzycy, których personalia dziś padną, urodzili się w latach 80. wieku dwudziestego. Jednego z nich winniśmy przywołać już w samej preambule tekstu. To Colin Webster – rocznik 1983 - saksofonista, szef Raw Tonk i jego główny muzyk. Oś wszystkiego, co wartościowe w katalogu londyńskiej wytwórni. Dodajmy jeszcze, że z dużą częścią muzyków nagrywających dla Raw Tonk spotkaliśmy już w trakcie omawiania A New Wave Of Jazz Dirka Serriesa, a także dokonań wytwórni Tombed Visions z Manchesteru.


Koncertowy, jubileuszowy trójpak! (Live jubilee triptych!)

Pięć lat funkcjonowania Raw Tonk celebrowano wiosną tego roku. W takim przypadku … oczywistym zdaje się organizacja serii rocznicowych koncertów. Tak też się stało. Obecnie, a dokładnie w piątek trzynastego (!), oficjalną premierą będą miały trzy dokumentacje tychże wydarzeń artystycznych. Wszystkie wydane zostały w formie CD-r, w limitowanym nakładzie 100 sztuk. Na początek odpalmy dysk – nie może być inaczej – z Colinem Websterem w roli głównej!




Webster/ Lisle Live at De Singer (RT029, CD-r). Miejsce przywołane w tytule płyty, Belgia, 18 marca br. Saksofon altowy vs. perkusja! Dwa fragmenty w jednym traku, 33 minuty.

Alt w konwulsyjnym uścisku z pure aktywną perkusją! Start tego krążka musi rwać trzewia! Wyobraźnia Colina, jego brzmieniowy asortyment budzą respekt od pierwszej sekundy. Lisle trzyma krok i błyskotliwie kontrapunktuje. W 10 minucie zwalniają tempo o połowę, ale są równie przekonywujący w dziele niszczenia (… naszych wątpliwości). Dwuskładnikowe free, jakże soczysta edycja! Po chwili alt zostaje sam i snuje piękną, dygresyjną opowieść z licznymi przypisami. Webster udowadnia, że ma końskie zdrowie i niewyczerpalne zasoby energii, co daje mu pewien handicap w kreowaniu emocji na scenie. Przy okazji, jest kompetentny na każdym z saksofonów (patrz: dalsza część tego tekstu), ale zdaje się, że ten altowy, to jego ulubieniec. Rozbija bank! Lisle nie jest tu choćby o ułamek sekundy spóźniony. Łeb w łeb! Dźwięk za dźwięk! (Będziemy mieli okazję za kilka akapitów przekonać, że ich wyczyny nie mają charakteru jednorazowego). W formule duetowej ci dwaj muzycy po prostu eksplodują! Dużo przestrzeni między nimi, multi wyobraźnia w głowie każdego z nich! W drugim fragmencie tego krótkiego koncertu (rodzaj bisu, być może), muzycy płyną w nieco spokojniejszym metrum. Zwinni, jak koty w cieczce, generują po tysiąc dźwięków w jednostce czasu. Lisle jakby czytał Websterowi z ruchu warg. Gigantyczna synergia! Bo to w duecie najszybciej rodzi się jakość. (Za parę chwil wysłuchamy ich także w kwartecie i trio. Niesamowity poziom tamtych nagrań, to nie przypadek). Finałowe wybrzmienie też nie jest banalne. Pasaże altu z nutą free jazzowej melancholii, na tle nadaktywnego, ale subtelnego drummingu. What a game!




Ma/ti/om  Live in London (RT030, CD-r). Dwa koncerty tria z marca i czerwca br. W składzie: Matilda Rolfsson (bęben basowy i perkusjonalia),  Tim Fairhall (kontrabas) i  Tom Ward (klarnet basowy i flet). Łącznie niespełna 52 minuty, wprost z Londynu.

At Hundred Years Gallery. Na dobry początek dostajemy dość skromne pląsy kontrabasu ze smykiem, klarnetu basowego i perkusjonalii, prowadzone na modłę odrobinę kameralistyczną. Całość jest zwinnie improwizowana, ale daleka od jazzowych naleciałości, jakie mógłby sugerować skład instrumentalny tria. Narracja jest cząsteczkowa, molekularna, muzycy lubią dyskutować przy pomocy krótkich fraz lub wręcz pojedynczych dźwięków. Jakby na przekór tezom wstępnym recenzenta, już w 3 minucie Matilda swinguje za pomocą szczoteczek perkusyjnych. Natrafiamy też na intrygujące dialogi kontrabasu i klarnetu basowego, prowadzone, co oczywiste, w bardzo niskich rejestrach. W tak zwanym międzyczasie odnotowujemy wiele wyciszeń narracji i kameralistycznego tłumienia emocji, zwłaszcza, gdy do akcji wkracza flet. Co rusz trafia się ciekawa ekspozycja kontrabasu ze smykiem, także niebanalny i urozmaicony drumming. W ramach niepodzianki, w okolicach 12 min. jedyna kobieta w składzie (Norweżka zresztą) serwuje nam zmyślną i dynamiczną synkopę. Ona sama, kilka minut później zaskoczy nas także próbami gardłowej, pijackiej wokalizy. Narracja toczy się na tyle wolno, iż w 20 minucie doświadczamy nawet kompletnej ciszy na scenie. Szczęśliwe sam koniec pierwszego z koncertów upływa nam w towarzystwie prawdziwie free jazzowych zadziorów ze strony klarnetu basowego, któremu wtóruje walking kontrabasu i hałas na talerzach.

At IKLECTIK. Twardy smyczek i dudniący bass drum, to scena otwarcia drugiego koncertu. Ciekawa rytmicznie narracja, jako skutek tejże, z fletem, niczym wisienką na torcie. Gdyby jednak ktoś zapytał, który z instrumentów ma tu najwięcej do powodzenia, to odpowiedź może być tylko jedna – kontrabas, i to wyposażony w smyczek. W 13 min. czas na kolejną, molekularną wymianę poglądów, która łapie rytm i popada w spory galop, jak na standardy tego składu. Wyciszenie jest jednak szybkie i dość gwałtowne. Tu rolę główną gra akurat klarnet basowy, który płynie brudnym, szemrzącym strumieniem. Finałowe pasaże drugiego koncertu nie budzą jednak nadmiernej ekscytacji recenzenta. Zresztą, w ramach reasumpcji, nie sposób nie zauważyć, iż nie każdy fragment Live in London, obfitował w odpowiednią dawkę kreacji i artystycznego pomyślunku. Ostatnie 120 sekund podnosi minimalnie poziom adrenaliny po obu stronach sceny, ale wybrzmienie finalnego dźwięku nie kieruje wzroku recenzenta w stronę przycisku play again.




Dunning/ Serries  Live In The Lowlands (RT028, CD-r). Dwa kolejne dni marca, ponownie dwa koncerty na jednym dysku (jeden z Belgii, drugi z Holandii). Na blisko 50 minut oddajemy nasze uszy we władanie duetu: Graham Dunning (turntable, dubplates, spring reverbs, objects) & Dirk Serries (gitara).

Live at De Singer. Sample, szczypta field recordingu (?), trzaski na kablach i nieistniejących winylach, w konfrontacji z chilloutową gitarą elektryczną na dużym pogłosie. Narracja elektroniczna nieco rwana, chaotyczna, nielinearna, w opozycji do gitarowych, trwających pasaży. W 8 minucie Serries wycofuje się na jeszcze głębszy plan i generuje niepokojące flażolety, ledwie muska struny, trochę je pociera. Zwinnie eskaluje się w ciszy poprzez błyskotliwe, oniryczne drony. Elektronika aż milknie na moment z wrażenia. Choć już w 17 minucie zdaje się recenzentowi nazbyt inwazyjna, delikatnie kalecząc dotychczasowy nastrój koncertu. Reakcja gitarzysty jest natychmiastowa – intensyfikuje narrację, choć ciągle atakuje z dalekiego planu. Ponieważ na kablach skwierczy już naprawdę silnie, finał pierwszego spotkania upływa nam na czymś w rodzaju eskalacji, w tej dość wszak nietypowej aurze instrumentalnej.

Live at De Ruimte. Na początku drugiego epizodu – tym razem coś na kształt sonorystyki kabli i strun gitary - kluje się piękna historia. Dirk preparuje za progiem gryfu, a po stronie Grahama jakby więcej inwencji i kreacji. W 6 minucie witamy się z ciszą. Aż strach głośniej westchnąć na widowni. Bodaj najbardziej spokojny fragment w całym katalogu Raw Tonk. 12 minuta – rzadka na tym dysku próba wyraźnej interakcji pomiędzy gitarą, a komputerem. Skutkiem tego, odrobina dramaturgicznego zamętu. Gitara buduje nowy dron, który swą urodą tłamsi ambiwalencje recenzenta. W okolicy 20 minuty muzycy grają już głośniej. Podskórny nerw pcha tę narrację na szczebel wyższej oceny. Na finał rodzaj wybrzmienia, które bardzo służy temu scenicznego wydarzeniu: ciche medytacje, artystyczny sarkazm mikronarracji, która buduje entuzjazm recenzenta.


Perły w koronie! (Pearls in the crown!)

Bez zbędnej introdukcji, niezwłocznie przystępujemy do prześledzenia sześciu spektakli muzycznych, których dźwiękowe dokumentacje winny w ogóle nie opuszczać Waszych odtwarzaczy!




Dikeman/ Serries/ Lisle/ Webster ‎ Live At Cafe Oto (RT013, CD-r). Jesteśmy na koncercie kwartetu (kwiecień, 2015), który dobrze znamy z innych opowieści na tych łamach. Dwa saksofony (John Dikeman na tenorze i Colin Webster na barytonie) na przeciwległych flankach, gitara elektryczna (Dirk Serries) i perkusja (Andrew Lisle) atakujące centralnie. Jeden trak, sam konkret – 32 minuty.

Od pierwszej sekundy, dynamiczny free jazz, kreowany przez ostrokanciaste saksofony, rockową perkusję i tłustą gitarę, na gryfie której mają miejsce niezwykle energetyczne zjawiska. Już w 5 minucie dopada nas pierwsze studzenie emocji – drony dęciaków, metaliczny background gitary. Industrialny taniec onirycznych wielodźwięków, które prowokują się wzajemnie do eskalacji (doskonałe!). Dynamiczne wstanie z kolan ma miejsce już w 11 minucie. Kolejne kilka minut i ponowny przystanek, podczas którego hałaśliwa gitara krzyczy, zdziera gardło i rozrywa struny. Saksofon z prawej wyje w wysokim rejestrze, a my poddawani jesteśmy bez chwili wytchnienia emocjonalnemu down and up. Następny bieg pod górę odbywa się w estetyce brotzmannowskiej – konwulsyjne wrzaski z gorejących tub! Jedna z nich zwinnie zapętla się na dronie gitary. Ta ostatnia stoi jednym dźwiękiem, gdy wokół trwa galopada w najlepsze. Muzycy po stanie wrzenia lubią się szybko tłumić, nie pędzą na złamanie karku, ciągle szukają ciekawszych rozwiązań. Finalny orgazm odbywa się przy dźwiękach samotnego saksofonu! Perfekcyjne!




Kodian Trio  Live At Paradox (RT019, CD-r) & Volt / Pletterij  (RT025, kaseta). Trzy holenderskie koncerty tria, jakie miały miejsce między marcem, a majem ubiegłego roku. Akurat te, które ukazały się wcześniej, są tymi późniejszymi, ale to bez znaczenia. Colin Webster (tu, saksofon altowy), Dirk Serries (gitara elektryczna) i Andrew Lisle (perkusja) – konstatacja tych bystrzejszych: Kodian Trio, to kwartet z poprzedniego akapitu, uszczuplony o jedną rurę!

Paradox (37 min.): pretekstem do improwizacji jest tu jazzowe frazowanie gitary i dość wyważonego altu. Tonacja molowa, stukot drummera. Intryga narracyjna buduje się wokół fikuśnych, modulowanych pętli na gryfie gitary i rosnącego dramatyzmu sytuacyjnego perkusji. Alt przyczajony, czeka na żerowisku. Galop zaczynamy w 6 min., a zdobi go świetny dialog saksofonu i gitary! Pod koniec pierwszego kwadransa muzycy schodzą piętro niżej. Piękne pasaże smyka na gryfie, prawdziwe violoncello na kwasie! Alt, przy wtórze orkiestry talerzy, wchodzi na drugiego. Kluje się z tego incydentu prawdziwe ptaszysko o niepoliczalnych walorach estetycznych. Drży, grzmoci i wymiata! Czego, by muzycy nie wymyślili, efekt przerasta ich oczekiwania. Okolice 27 minuty – znów pląsy na gitarze i altowe intrygi na dyszach rozgrzewają długopis recenzenta. Brak zahamowań gatunkowych, jakże służy tej improwizacji. Finałową ścieżkę koncertu tyczy kolejny wartościowy dialog Colina i Dirka, budowany na zwinnej i cierpliwej ekspozycji Andrew.

Volt (36 min.): dynamiczny start szorstko brzmiących instrumentów, zwłaszcza altu. Wyostrzone krawędzie, jedynie słuszne decyzje dramaturgiczne. Drummer idealnie wkleja się w te improwizowane puzzle. W okolicach 13 minuty, Serries zaczyna rozrabiać – pętli się na strunach, moduluje dźwięk, ma tysiące pomysłów na sekundę, stawia też znaki zapytania. Webster jedzie na bezdechu już chyba drugą godzinę. Lisle słusznie zaś czyni, pozostawiając partnerom sporo miejsca. 18 minuta obwieszcza zejście do piwnicy. Narracja staje w miejscu, plamy dźwiękowe wiją się wokół siebie, tańczą złowieszczo (bajka!). Koncert talerzy, cuda na gryfie gitary (Serries każdego sprowadzi na manowce, tu jakże urocze!). Młodzi Anglicy niechybnie czekają na to, co zrobi sporo starszy Belg. Finalna erupcja! Trudno o lepszy, bardziej perfekcyjny komentarz.



Pletterij (29 min.): start bliźniaczy do wyżej omówionego koncertu, ale to nie dziwi, gdyż na osi czasu jesteśmy zaledwie 48 godzin… wcześniej! Może jedynie wejście dynamicznej perkusji następuje nieco wcześniej. W okolicach 4 minuty, intrygujące, wypasione solo gitarowe w oldschoolowych klimatach. Agresywnie, zawadiacko, z ostrogami! Alt także potrafi pohałasować! 10 minuta wyznacza radykalny stop narracyjny. Gitara kompletnie zmienia swój tryb pracy. Gra blue-ambient, cokolwiek to znaczy w ustach recenzenta. Systematycznie plami przestrzeń smugami dymu z papierosów. Alt, bez krzty wątpliwości, chce być partnerem w tej nieśpiesznej rozmowie. Jesteśmy u wezgłowia ciszy i jest nam niewymownie dobrze. Cóż ten Webster nie wyprawa na dyszach?! Cuda niebywałe! Narracja stoi, a Lisle śpi. Serries prostym środkami wzbudza eksplozję wyobraźni u saksofonisty. Ornamenty na talerzach wybudzonego drummera nie mogą tu być lepszym komentarzem. Niespodziewanie zostaje sam na scenie i bez trudu czyni wartość dodaną w tym niezwyczajnym spektaklu ciszy i niepokoju. Powrót gitary jest odrobinę wulgarny akustycznie, ale broni się porcją innowacyjności. Alt pętli się , czyli definitywnie wracamy do świata żywych (19 min.). Wysokogatunkowy galop nie jest zaskoczeniem. Noise where ever you want! 24 minuta i Serries znów bierze na siebie odpowiedzialność za punkt zwrotny. Webster wchodzi w tę pyskówkę i kreśli myśl przewodnią. Kolejny szczyt ze spermą na nieboskłonie! Opus magnum Kodiana, jak do tej pory.




Webster/ Lisle ‎Firehouse Tapes (RT014, kaseta). Proces dekonstrukcji kwartetu, który otworzył ten rozdział, trwa w najlepsze. Jesteśmy w The Old Fire Station w Londynie, a przed nami już tylko dwóch muzyków – Webster, tym razem na barytonie i tenorze, oraz Lisle, niezmiennie za zestawem perkusyjnym. Data dokładna nieznana (‘14 lub ’15 rok). Ważna uwaga edytorska – muzyka jest nagrywana wprost na kasetę magnetofonową! 6 utworów, 42 minuty.

Barytonowe intro, drobne incydenty na tomach i rezonujących talerzach. Majestatyczny dron z rury w opozycji do sonoryzującej perkusji. W drugim odcinku kolektywne, czupurne, dotykowe free improv. W trzecim, zdarzają się szczoteczkowe, swingujące pląsy, podczas gdy tenor rozszerza techniki artykulacyjne. Efektem, wysokogatunkowy free jazz w wersji modelowej. Świetny drummer, zdecydowanie najlepszy partner Webstera na tym instrumencie w katalogu RT (a dwóch jeszcze poznamy). W czwartym udowadnia tezę recenzenta perfekcyjną solówką. Piąty fragment tryska wytrawną sonorystyką na talerzach i gruboskórnym barytonie, którą wieńczy urocza dynamizacja. Finałowy odcinek, konwulsyjny, pełen zdrowych emocji – udana puenta świetnej płyty!




Colin Webster/ Andrew Lisle/ Alex Ward ‎ Red Kite (RT009, CD). Pozostajemy przy duecie Webster & Lisle. Cofamy się w czasie o kilkanaście miesięcy i lądujemy w The Cro's Nest (gdziekolwiek to jest; nagranie raczej bez publiczności). Na trzeciego, w tygiel improwizacji wchodzi Alex Ward na gitarze elektrycznej. Parametry liczbowe wydarzenia wyznacza ta sama cyfra – 4 utwory, 44 minuty.

Tę podróż zaczynamy przy wtórze błyszczącej sonorystyki barytonu, talerzy i gitary, która szuka odpowiedniego sprzężenia, a także właściwej interakcji ze światem akustycznych dźwięków. Gęsto, tłusto, bark w bark. Początkowe działania saksofonisty i perkusisty mają znamiona, być może, nadmiernego szacunku dla nieco starszego i odrobinę bardziej rozpoznawalnego medialnie gitarzysty. Nie brakuje surowego oniryzmu, adekwatnej psychodelii (tu szczególnie ze strony Warda, ale koledzy udanie konweniują). Bez dwóch zdań – pełnokrwiste free improv! 8 minutę zdobi niebanalny hałas, kolektywnie cumowany w zwinnej improwizacji, którą charakteryzują częste zmiany tempa i natężenia dźwięku. Pierwszy odcinek tego nagrania trwa blisko 20 minut, a recenzent rozpoznaje co najmniej 4-5 znaczących punktów przegięcia. W drugim odcinku muzycy perfekcyjnie wchodzą w molekularny dialog (trójlog?) na pograniczu ciszy. W trzecim zaś, zagłębiają się w nieco jazzowe frazowanie, zwłaszcza na linii saksofon – gitara. Wykluwa się z tego wysokogatunkowa free eskalacja. Fragment końcowy zdobią dynamiczne przepychanki, czynione w bogatym sonorystycznie środowisku akustycznym. Muzycy ponownie potrafią, bez szwanku dla swej ekspozycji, zejść na poziom metafizyki godnej AMM. Gęsty finał wyznacza bardzo wysoką cenzurkę dla tej płyty!

George Hadow/ Dirk Serries  Outermission (RT026, CD). W przypadku tej akurat płyty, recenzent pójdzie na skróty i podczepi link, albowiem to świetne - skąd inąd - nagranie było już recenzowane na Trybunie – tu szukaj


Efemerydy (Ephemeris)

Nagranie solowe, a także oktet saksofonów, to z całą pewnością zjawiska nieczęste w katalogu Raw Tonk. Przekonajmy się, czy ich muzyczna zawartość warta jest naszego bezcennego czasu.




Dirk Serries  Etched Above The Bow Grip (RT018, CD). Studyjna rejestracja Dirka (gitara, amplifikacje i efekty), z Anderlechtu, poczyniona w roku 2015 I dedykowana pamięci Dereka Baileya. 11 improwizacji z tytułami, 38 minut.

Dziewięć krótkich i dwie dłuższe opowieści. Każda inna, każda posadowiona w nieco odrębnej stylistyce. Być może drobny koncert życzeń stylistycznych. Pierwsza – szorstka, metaliczna, z odrobiną twardych przedmiotów na gryfie. Druga – pełna rockowych przesterów. Trzecia – eksperymentalna elektronika zakleszczona pomiędzy ołowianymi strunami. Czwarta – intelektualne Black Sabbath, jakby muzyk miał za moment zaintonować Iron Man. Piąta – punkowe zgrzyty, w tle noise’owe improwizacje. Szósta – boogie zatrzymane w kadrze, zręczny jak kot, blues na sterydach. Siódma – kosmiczny sustained fuzz! Ósma – noise and rock and roll! Hendrix na głodzie. Dziewiąta – próba zrównoważonej synkopy w stanie zaniechania. Dziesiąta – brudny dron, który przez ponad 5 minut wije się, jak martwy wąż. Jedenasta – cicha, stonowana opowieść, która ledwie dotyka strun. W tle tętni wzmacniacz, może to jednak cisza oddycha. Po strunach grasuje niesforny smyczek, który generuje nanodrony. Być może najspokojniejszy fragment muzycznego życia Dirka Serriesa.




Saxoctopus  Saxoctopus (RT012, CD-r). Osiem dęciaków drewnianych w stanie zbiorowego orgazmu! Alty - Dee Byrne, Julie Kjær i Oliver Dover, barytony - Cath Roberts i Colin Webster, wreszcie tenory - Rachel Musson, Sam Andreae i Tom Ward. Cztery kompozycje indywidualne (tu: scenariusze improwizacji) i jedna, najdłuższa, przeto zbiorowa. 44 minuty.

Jeden: dyskretny dyrygent czuwa (nazwisko nieznane), muzyka toczy się zwartym szykiem, ale jakby kierowała się własnym porządkiem. Piękne, dęte wielogłosy, piekielne chóry anielskie. Upiorna ballada. Gotycka symetria instrumentalna. Dwa: swingowa zajawka, potem free contemporary' jazz pyskówka. Wymiana jedynie słusznych poglądów. Diabelsko urocze! Trzy: 18 minut emocji. Mróweczki szemrają. Epickie, skupione, wielowątkowe opowieści z ośmiu rur. The most free composition! Ornitologiczny zakład dla pozytywnie obłąkanych. Cztery: energia, garść patosu podawanego unisono, ciało w ciało. Pięć: szczypta krnąbrnej polifonii (inspirowana Roscoe Mitchelem). Chocholi taniec nad przepaścią. Mantra? Yes, It is!


Duet, Trio i Kwartet

W tej właśnie chwili pochylimy się nad wspólnymi nagraniami Colina Webstera z perkusistą Andrew Cheethamem. Recenzent od frontu winien jednak odszczekać fakt, iż pierwsza z omawianych tu płyt, w duecie, nie posadowiona została w rozdziale Perły w koronie. Jest bowiem istotnie doskonała, a za moment przekonacie się dlaczego!




Colin Webster/ Andrew Cheetham  A River Carving Ever Through The Land (RT027, CD). Studyjna, tegoroczna rejestracja (najdłuższa w katalogu - 68 min.!). Siedem odcinków, siedem ton wysmakowanych i wyjątkowych, pod wieloma względami, dźwięków. Free jazzowy duet na saksofon (tu, naprzemiennie baryton, tenor i alt) i pełny zestaw perkusyjny, który swą klasą czyni wypieki na twarzy recenzenta, choć od 50 lat wydaje się, że w tej sytuacji scenicznej, wiemy dokładnie, czego się należy spodziewać.

1. Brudny tenor w stanie permanentnej eskalacji. Czujna i wysoce kompetentna perkusja. Wszelkie komplementy, jakie padły już w tym tekście na temat gry Webstera i jakie jeszcze padną na kolejnych stronach tej epistoły, tu odnajdują rację bytu! Drummer pnie się na jazzowo i jest z Colinem, w każdej chwili tej rejterady, absolutnie na bieżąco. Ma delikatny odczyn adhd, ale ten rodzaj ekspresji dobrze robi gotującemu się saksofoniście. 2. Andrew zwinny jak kot, lubi uderzać w stopę, niczym Tom Bruno. A saksofon płynie i skomle jak oszalały. Pomnikowe postaci saksofonowej historii free jazzu łypią na niego okiem zza światów i nie kryją uznania! Już w 3 minucie, zdecydowane zejście w dół. Talerze drżą, saksofon szuka sonorystycznej riposty. Prycha na dyszach i zasłuchuje się w rezonujące przedmioty partnera. Następujący tuż potem powrót do żywiołowego free – palce lizać! 3. Baryton w wolniejszym tempie, w tle skupiony, precyzyjny drumming. Wykwintne talerzykowanie, podczas gdy dęciak płynie po oceanie i unaocznia urodę swego naturalnego tembru. 4. Dynamiczny alt plecie błyskotliwe pasaże, tym razem bez znaczących zwrotów dramaturgicznych. Czysty popis umiejętności improwizacji na instrumencie dętym, drewnianym. Niczym nie ustępuje perkusista, choć na liście rankingowej drummerów Webstera klasyfikujemy go na drugiej pozycji (zaraz po Lisle!). 5. Petardy z tenoru ścielą się gęsto. W 4 minucie odrobina wyciszenia, jakże adekwatna. Dwa tempa wolniej na ułamek sekundy, ale energia kinetyczna Colina rozsadza ten numer! Udaje mu się wszakże zamilknąć i stworzyć przestrzeń na molekularne solo perkusisty. Separatywne epizody Cheethama powracają co kilka chwil. To zdecydowanie odcinek pod jego dyktando. 6. Altowe pasaże na 200% mocy. Z takim natężeniem emocji Webster nie może nie zostać za kilka lat prawdziwym tytanem free jazzu! 3 minuta – spowolnienie prawdziwie aylerowskie. Wzlot tuż po nim, podobny. 5 minuta – szczypta konstruktywnej ciszy na dyszach. A po chwili, bodaj trzeci sposób artykulacji Webstera, choć to dopiero 7 minuta partii. Tu zdaje się zadumany i chyba ma jednak w ustach saksofon tenorowy. 7. Spokojna, wyważona sonorystycznie rozbiegówka. Ale to tylko pozór – na finał znów tony potu i łez! Świetna galopada! Płyta ma prawie 70 minut, a nie uświadczyliśmy choćby sekundy nudy!




Andrew Cheetham/ Colin Webster/ Otto Willberg ‎ The Small Departs, The Great Approaches (RT020, CD). Fantastyczny duet, który rozpalił do czerwoności kajet recenzenta chwilę temu, zostaje na scenie (Websterowi ubywa jednak saksofonu altowego). Dołącza do nich kolejny brytyjski aspirant/ następca tronu – Otto Willberg na kontrabasie. Wir historii usadowia nas tym razem w Islington Mill/ Salford – jest środek lipca 2015 roku. Dwa odcinki, łącznie 42 minuty.

One. Groźne pomruki kontrabasu zwiastują burzę z piorunami. Póki co, przed nami soczysta narracja free improv. Ojcowie założyciele gatunku mogą być dumni! Smyk na kontrabasie rozrywa podłogę, a istotnie wartościowa eksplozja dęta dopada nas już w 4 minucie. Konwulsyjna, ponadgatunkowa ekspozycja. Na wytłumienie czekamy jakieś 7 minut. Znów błyszczy kontrabasista! Naprawdę intrygujące rzeczy dzieją się na scenie, czemu sprzyja niekonwencjonalny drumming. Two. Kontrabas na czele stawki (tak już chyba musi być w tej historii), dużo eksploruje na smyku. Wulkan energii od startu, muzyka krzyczy i dotkliwie kąsa! Przycisk stop zostaje wciśnięty po 10 minucie – urocze szurania, szepty i oddechy, jakby muzycy w ciszy szukali punktu odniesienia dla swych pomysłów dramaturgicznych. Talerze w kontrataku! Saksofon eskaluje się na kwasie, w czym pomaga mu zwinny walking kontrabasu. Tuż po upływie kwadransa, jakość narracji sięga szczytu i konstytuuje wysoką cenzurkę dla całej płyty. Potem już tylko solowy incydent na kontrabasie i finałowa galopada, bazująca na trzech składowych – progresywnej perkusji, wijącym się wokół siebie kontrabasie i luxtorpedzie na tenorze!




David Birchall/ Andrew Cheetham/ Colin Webster/ Otto Willberg ‎ Plastic Knuckle (RT022, CD). Był duet, było trio, czas zatem na kwartet. Do trójki muzyków sprzed chwili dołącza gitarzysta David Birchall. W grudniu 2015 roku Panowie improwizowali przez niespełna 37 minut. Swoją dźwiękową ekspozycję podzielili na trzy części, dwie dłuższe i jedną nieco krótszą.

Pierwszy. Jazzowe frazowanie na starcie nie powinno zmylić naszej czujności. Swoboda improwizacji szybko odrywa muzyków od schematów narracyjnych. Pierwsza eskalacja wszakże odbywa się wedle starej zasady Kupą Mości Panowie! Gitara czyni hałas w ekspresji godnej mocarzy noise’ rocka, sekcja brnie pełna energii, a saksofon wchodzi w otwarte pyskówki z instrumentem strunowym, wymienionym na początku tej charakterystyki. Starcie wygrywa dęciak i płynie dalej agresywnym, kanciastym tembrem. Refleksja recenzenta: subtelności nagrania w trio, a wcześniej w duecie, nie są, póki co, naszym udziałem. Hałas wygasza się na strunach kontrabasu i gitary, przy chórze talerzy. Saksofon wraca na ubity grunt i ciągnie narrację kwartetu w zdecydowanie ciekawsze zakamarki improwizacji (jakież pocałunki na dyszach!). Wejście do gry smyka jeszcze wzmaga uśmiech na twarzach słuchaczy i strukturyzuje wstępną fazę ponownej eskalacji. A ona sama, po chwili, zdecydowanie bardziej wyrazista niż na wstępie. Drugi. Sprzężenia gitarowe tworzą nowy punkt odniesienia dla improwizacji. Zaczynamy oniryczny, plamisty i wyuzdany Ghost Dance (tytuł utworu). Solowa introdukcja gitarzysty trwa niemal cztery minuty. Saksofon buduje dron, a perkusja ma zaszyty nerw, który możemy interpretować bardzo rytmicznie. Struny metalizują się i wpadają w niebanalny rezonans. Eskalacja w takiej aurze jest błyskotliwa i jedyna w swoim rodzaju. Istotnie taneczna, pod dyktando gitary i niezwykle energetycznej perkusji (głównie talerzy). Saksofon pozostaje w roli komentatora. Każdy z muzyków czyni tu prawdziwie wartościowe rzeczy. Ostatni. Zdecydowany powrót do klimatu pierwszego odcinka. Pięciominutowe resume. Dynamiczny free jazz, czyli konwulsyjnie zawody na linii gitara-saksofon. Ta pierwsza w drobnej przewadze. Power & noise not for everyone!


W kręgu naszych zainteresowań (In our interest)

Przed nami ostatnia odsłona rozbudowanego fjuczersa o Raw Tonk. Płyty, które bez cienia wątpliwości warte są naszej uwagi, jakkolwiek w konfrontacji z wyżej omówionymi, trzymają delikatnie niższy poziom, zatem dopuszczamy możliwość obcowania z nimi nieco rzadziej. Zaczniemy wszakże od kolejnego duetu Webstera z perkusistą.




Colin Webster/ Mark Holub ‎The Claw (RT001, CD). Rury Colina tym razem są następujące: alt, tenor i baryton. Mark zagra na pełnym zestawie perkusyjnym. Nagranie pochodzi z roku 2012, ale więcej szczegółów nie znamy.

Dziesięć zwinnych, nieprzegadanych historii o silnym, jazzowym idiomie. Przebogata paleta artystycznych środków wyrazu, głównie jednak ze strony saksofonisty i jego trzech instrumentów dętych, drewnianych. Agresywny baryton, dynamiczna, rockowa perkusja – to słyszymy od pierwszej sekundy tego nagrania bez oklasków. Zróżnicowane tempa, nastroje, smutki i radości. Dobra kooperacja, choć bez fajerwerków po stronie drummera (jego gra, odrobinę jednowymiarowa). Choć idzie za Websterem step by step, nie gubi śladów i trzyma poziom. W drugiej części płyty natrafiamy na dłuższe opowieści, ze szczyptą nostalgii i brakiem pośpiechu. Saksofon snuje rozbudowane pasaże, w tej roli jest nie mniej smakowity. Drums na wybrzmieniu bez ekscytacji, choć trudno odmówić muzykowi kompetencji.    




Dead Neanderthals ‎ ...And It Ended Badly (Gaffer Records/ Raw Tonk ‎– RT002, CD). Taka nazwa zobowiązuje! Odpowiedzialni: Rene Aquarius na perkusji oraz Colin Webster i Otto Kokke na saksofonach. 31 minut konkretnych emocji, podzielonych na sześć odcinków specjalnych, nagranych na żywo w grudniu 2012 roku.

Od startu, dynamiczny punk & noise, wersja improwizowana! Eskalacja w stanie orgazmu permanentnego (cytując krajowych poetów)! Trochę zawodów, kto głośniej, ale na wysokim, ze sportowego punktu widzenia, poziomie. Brzmienie surowe (raw), jak na Raw Tonk przystało! Ale i brutalnie urokliwe. W wolniejszych tempach (choćby trzeci odcinek), muzycy pięknie łapią dryl i od banalnej z pozoru melodyki, zwinnie biegną w kierunku eskalacji. Dyskusji dwóch rur przy mocnym drummingu nie ma końca. W czwartym fragmencie, ten proceder idzie im jeszcze lepiej. Muzyka bez udziwnień, komunikatywna i pełna pozytywnych emocji. Ayler wstaje z grobu i jest zachwycony!




KTHXBYE ‎ Details (RT016, CD-r). Kolejne trio z Colinem Websterem (tu, saksofon tenorowy), tym razem z przyjaciółmi z Norwegii – na perkusji Brage Tørmænen, na gitarze elektrycznej Stian Larsen. Nagranie studyjne z Londynu, rok 2015 (?), trzy kwadranse z minutami.

Noise attack over Europe! Z gitarą o bardzo rockowej proweniencji w ważnej roli! Siedem konkretnie mocnych opowieści o braku artystycznych zahamowań. Gęstych, kipiących emocjami, iskrzących, ociekających jeszcze ciepłą spermą. W trzecim, najdłuższym fragmencie gitara mantrycznie repetuje, kreując przy tym impulsywny rytm. Saksofon i perkusja budują na nim intrygującą eskalację. Webster przejmuje ster i uroczo wiedzie trio na zatracenie, ale jakże wyśmienite! Galopada z rozkwitającą gitarą, godna wszelkich laurów. Czwarty odcinek jest równie wartościowy i choć tym razem spokojny, to jednak narracyjnie gęsty, ze świetnym, suchym frazowaniem gitary. Jeśli słuchacz przebije się przez ścianę hałasu dwóch pierwszych fragmentów, czeka go prawdziwa uczta w dwóch kolejnych. Piąty i szósty odcinek znów ociekają krwią, są jakże dynamicznym przykładem free jazz-rocka na 120%!  W ostatnim muzycy udowadniają jednak, że również w rejonach bliższych ciszy radzą sobie bardzo dobrze.                                                                                                                                                                                                                                                          


Tejero/ Webster/ Serrato/ Díaz ‎ Spain Is The Place (RT015, CD-r). Kwartet z Colinem Websterem! I zgodnie z tytułem płyty, z silnym akcentem hiszpańskim! A personalnie, bohaterowi dzisiejszej opowieści (saksofon barytonowy i tenorowy) towarzyszą: Ricardo Tejero – saksofon altowy, Marco Serrato – gitara basowa i Borja Díaz – perkusja. Studio w Londynie, wrzesień 2015 roku, ponad 50 minut.

Bas, bas, bas!!!! Chciałoby się zawyć! Baa, gitara basowa, mocno sfuzzowana, cielista i rwąca tynk ze ścian. Heavy metal death! Pierwszy numer, to melodyjne próby przebicia się saksofonów przez mur. Nieskuteczne – dodajmy. W drugim koniec subtelności. Dynamiczna wymiana ciosów.11 minut eskalacji i noise’owej szamotaniny. Zgadnijcie kto wygrał? W trzecim odrobina sonore, które brzmi, jak rżenie konia, który za chwilę i tak pójdzie w galop. W czwartym prawdziwa ulga… całe trzy minuty bez gitary basowej. Popis szorstkich saksofonów (mają dla siebie miejsce!) nie trwa jednak w nieskończoność, bo łobuz z czterema strunami powraca. Złowieszczo burczy, zatem tę akurat opowieść da się nawet polubić. W szóstym ciekawa narracja, jakby jeden duet na drugi duet. Basówka ma nanosekundę innego frazowania i nosi ono znamiona improwizacji! W ósmym, na finał, dwa pokancerowane i okrwawione saksofony, a także jurny bas w stanie akustycznego letargu. Perkusja na tym korzysta.

Na definitywny już finał prezentacji katalogu Raw Tonk pochylimy się nad dwoma duetami. Tym razem już bez udziału muzycznego Colina Webstera (tu, poza faktem bycia wydawcą, jego rola sprowadza się do projektu graficznego okładki). Przy okazji obie płyty, to tegoroczne nowości.




Ripsaw Catfish ‎ Namazu (RT023, CD). Saksofon barytonowy w ustach Cath Roberts, w parze z gitarą elektryczną w dłoniach Antona Huntera. Dwa ubiegłoroczne epizody klubowe, jakkolwiek ten drugi chyba bez udziału publiczności – pierwszy z września, z Cafe Oto, drugi z listopada, z IKLECTIC (oba przybytki kultury, to oczywiście Londyn). Całość zamyka się w 48 minutach.

Oba nagrania są do siebie bardzo zbliżone. Narracja jest umiarkowanie stabilna, a jeśli muzycy popadają w eskalacje, to czynią to na ogół jednocześnie. Jednakże sam poziom kooperacji i wzajemnych interakcji nie jest szczególnie wysoki. Wiele opowieści jest separatywnych i niezazębiających się. Baryton pozostaje w szeroko rozumianej estetyce jazzowej, a wycieczki bardziej kameralistyczne należą raczej do rzadkości. Gitarzysta zdaje się być pozornie bardziej otwarty gatunkowo, sypie pomysłami jak z rękawa obfitości, ale nie wszystkie finalizuje z dobrym skutkiem dla duetowej improwizacji. Ta płyta ma wiele doskonałych momentów, ale jako całość może budzić zastrzeżenia, głównie spowodowane owym nieoptymalnym poziomem współpracy. Między muzykami, choć każdemu nie można nic personalnie zarzucić, moim zdaniem nie ma specjalnej chemii.




Well Hung Game ‎ Traditional Values (RT024, CD-r). Ponownie saksofon barytonowy, używany zamiennie z klarnetem basowym – wszystko za sprawą Jamesa Allsoppa. Duet uzupełnia Ed Dudley, obsługujący elektronikę. Pięć odcinków z tytułami, nagranych prawdopodobnie w studio, nie wiadomo dokładnie, gdzie i kiedy (ot, uroki edycji cd-rowej). Czas trwania da się na szczęście ustalić, niezależnie od poziomu skąpości opisu płyty – niespełna 35 minut.

Z tym nagraniem mam podobny problem, jak z wydawnictwem omówionym akapit wyżej. Każdy fragment z osobna łechta ucho recenzenta w sposób wystarczający, by uznać go za udany eksperyment improwizowany. Idea tego muzykowania polega na elektronicznej dekonstrukcji, a może bardziej – elektronicznej amplifikacji pasaży (niemal dronów w niektórych momentach) granych naprzemiennie przez dwa dęciaki niskich częstotliwości. Momentami efekt jest wręcz ekscytujący. Muzyka jest agresywna, głośna, niemal psychodeliczna (dużo pogłosu definitywnie wzmaga to wrażenie). Nagranie w całości, mimo, iż nie nazbyt rozbudowane czasowo, nie broni się jednak perfekcyjnie. Utwory są do siebie podobne i brakuje choćby drobnej korekty, co do przebiegu konkretnej narracji. Wszelkie ambiwalencje nie zmieniają faktu, iż personalia muzyków (zwłaszcza tego, odpowiedzialnego za żywe dźwięki), zapisane zostaną w kajecie recenzenta tłustym drukiem.


Nagrania Raw Tonk dostępne są do odsłuchu i zakupów w tym właśnie miejsce/ here it is. Tam też możecie zapoznać się ze starszymi płytami z katalogu, które dziś nie zostały umówione.
  
Big Thanks for Colin Webster for sharing this music for me!

Podziękowania także dla Krzysztofa za sukcesywne uzupełnianie mojej kolekcji nagrań!