Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jerzy Mazzoll. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jerzy Mazzoll. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 października 2023

The October’ Round-up: Caicedo! Gargaud! Fischerlehner! Prevost! The Pitch! Nudo! Martini & Windisch! Mazzoll!


W ostatnim kwartale roku czas ucieka wyjątkowo szybko. Festiwale, nowe płyty, kolejne promocje i informacje prasowe, tudzież inne, równie spontaniczne obowiązki, a czasu na statutową, czyli recenzencką działalność Trybuny jakby mniej.

Szczęśliwie październik jeszcze dogorywa, zdążyliśmy zatem z comiesięczną zbiorówką nowych płyt z naszą ukochaną, jakże spontaniczną muzyką! Dziś osiem premier, osiem różnych światów improwizacji. Na początek dwie solowe ekspozycje na gitarę akustyczną - tak różne od siebie, jak tylko rożne mogą być nagrania konstruowane w drodze improwizacji. Po nich kolejna płyta solowa, tym razem perkusyjna, a zaraz potem ekscytujący kwintet z samego serca muzycznego świata. Po tej porcji improwizacji w stadium modelowym na chwilę zagłębimy się we współczesnej kompozycji, której uroda godna jest każdej płyty z … muzyką nienotyfikowaną. Październikową zbiorówkę podsumują dwa nagrania z instrumentem dętym zanurzonym w elektronice.

Nasza marszruta w ujęciu geograficznym będzie jak zwykle ekscytująca! Zaczniemy w Barcelonie, potem francuski Le Havre i Berlin. Po nich, co oczywiste, Londyn, zaskakujący powrót do Niemiec, a zaraz potem szybki skok do Buenos Aires. Stąd tylko krok do Brukseli, a z niej jeszcze mniejszy do Bydgoszczy!

So, welcome to heaven and hell of improvisation!



 

Diego Caicedo Monstrus Exocis (Discordian Records, DL 2023)

Santa Madrona Studio, Barcelona (?), 2022: Diego Caicedo – gitara akustyczna. Osiem improwizacji, 34 minuty.

Nasz ulubiony barceloński gitarzysta dostarcza nagrań solowych dość regularnie. Jego post-metalowe, ambientowe, gęste plamy dźwięków urzekły nas wielokrotnie, także w trakcie pewnego, spontanicznego festiwalu. Teraz Caicedo proponuje nam solowy album na gitarę akustyczną … i znów nie bierze jeńców. Niewiele ponad dwa kwadranse doprawdy dużych emocji, szczególnie wtedy, gdy muzyk cudownie pętli wątki w ramach niedużej, improwizowanej formy, co wydaje się szczególnie udane w piątej i siódmej opowieści.

Pierwsze dwie części albumu mają linearną, post-rockową fabułę, która bazuje na uważnym kreowaniu fraz i ich konsekwentnym powtarzaniu. Ów poemat onirycznej relaksacji nabiera pewnej dźwięczności, wręcz śpiewności w drugiej z nich, z uwagi na delikatnie spreparowane brzmienie gitary. Opowieść trzecia i szósta mają kruchą, minimalistyczną konstrukcję post-ballady, z kolei czwarta sprawia wrażenie urokliwego evergreena godnego klasyków americany. Kluczowe dla jakości albumu, już anonsowane, piąta i siódma odsłona, to gęste, zapętlone narracje, które z jednej strony niosą w sobie źdźbła jazzu, z drugiej funkową energię i pewną metaforyczną taneczność. Pierwsza z nich zdaje się być niezwykle kanciasta, druga przybiera jakby bardziej obłe kształty. Album wieńczy opowieść budowana struna po strunie, z dźwiękami, które giną w echu nadchodzącej ciszy.



 

Guillaume Gargaud Koenji (Right Brain Records, CD 2023)

Le Havre, Francja, wiosna 2023: Guillaume Gargaud – gitara akustyczna. Siedem improwizacji, 38 minut.

Druga z dzisiejszych solowych nowości na gitarę akustyczną zdaje się sytuować na drugiej stronie planety improwizacji. Dużo w niej gatunkowych odniesień do gitarowej klasyki, bluesa, ale także definitywnie post-baileyowskiej estetyki. Gargaud porusza się w tym świecie wyjątkowo sprawnie, bardzo swobodnie, a wiele jego ekspozycji nosi znamiona prawdziwie wirtuozerskich.

Francuz zaczyna swoją opowieść bardzo spokojnym, post-bluesowym strumieniem gitarowych delikatności, które łączy w smukle pętle i którym okazjonalnie nadaje pewnej dramaturgicznej zawiłości. Druga improwizacja startuje z pozycji ballady, by z gracją nabrać niemal rockowego anturażu. W kolejnej odsłonie artysta frazuje bardziej abstrakcyjnie, ale rozrzuca swoje rozproszone myśli z nieco większą dynamiką. W czwartej części znów czujemy bluesa, ale nasze uszy sycą się też dźwiękami po części matowymi, preparowanymi. Narracja zdaje się tu pozostawać na huśtawce, czasami przybiera formę drobnych przebieżek. W kolejnych opowieściach Gargaud dodaje nowe elementy. Ślizga się po strunach, rysuje małe melodie, by wreszcie w części szóstej utknąć na dłuższą chwilę w zakamarku tradycji brzmienia i łamania fraz wprost z królestwa Dereka Baileya. Album kończy skromna, minimalistyczna opowieść – wybrzmiewające akordy skąpane w melodyce zakończenia.



Rudi Fischerlehner Spectral Nichts (Not Applicable, CD 2023)

Zentrifuge, Berlin, grudzień 2022: Rudi Fischerlehner – perkusja. Pięć utworów, 39 minut.

Austriacki drummer zachwycił nas w trakcie ostatniej edycji Spontaneous Music Festiwal, z tym większą zatem radością sięgamy po jego nową płytę solową. Muzyk, podobnie jak na deskach Dragona, stosuje proste, typowo perkusyjne i perkusjonalne rozwiązania dramaturgiczne, tudzież brzmieniowe, ale osiąga efekt, który trwale przekuwa naszą uwagę.

W pierwszej odsłonie artysta buduje wyważony emocjonalnie drumming, który systematycznie wzbogaca o nowe elementy, nadając mu rytualny, korzenny posmak. Skupienie zdaje się tu panować nad ekspresją. W trakcie niemal dziesięciominutowego nagrania mamy też frazy rezonujące, medytacyjne, a na koniec prawdziwie polirytmiczne. Drugą opowieść śmiało można nazwać narodzinami drummingu – od perkusjonalnych preparacji, rezonujących i szumiących fraz po wielowątkową akcję perkusyjną, która mieni się wszystkimi kolorami tęczy. W kolejnej części muzyk znów kreuje niemal rytualne, proste bębnienie, udanie zmienia tempo i sięga po polirytmię. Ostatnie dwa utwory są tu najkrótsze. Pierwszy z nich skupia się na rezonujących dźwiękach, drugi z kolei atakuje z niemal punkową energią. Ten ostatni zwie się Drums and Violence! Najpierw grany pałeczkami po talerzach, potem całym zestawem, z połamanym metrum i prawdziwie rockową ekspresją. Finał, co na tym albumie jest już regułą, tonie w potoku zmysłowej polirytmii.



Eddie Prévost, NO Moore, Henry Kaiser, Binker Golding & Olie Brice The Secret Handshake with Danger, Vol. 2 (577 Records, CD 2023)

Westpoint Studios, Londyn, marzec 2020: Binker Golding – saksofony, Henry Kaiser – gitara, N. O. Moore – gitara, Olie Brice – kontrabas oraz Eddie Prévost - perkusja, instrumenty perkusyjne. Dwie improwizacje, 42 minuty.

Legenda free impro, Eddie Prévost, to artysta odpowiedzialny również za historyczny kształt brytyjskiego free jazzu i jazz rocka. Nagraniem rzeczonego kwintetu zdaje się wszystkim nam o tym przypominać. Proponuje wielopokoleniowy skład, w nim aż dwie gitary elektryczne i mnóstwo improwizowanych dźwięków, które zdają się udanie łączyć wspomniane w poprzednim zdaniu gatunki. Album zawiera drugą część nagrań pewnej sesji z roku 2020. Pierwsza z nich ukazała się ponad dwa lata temu.

Inauguracyjna, prawie dwudziestominutowa improwizacja zaczyna się kolektywnie, z odpowiednią mocą płynącą od każdego z muzyków. Umiarkowanie dynamiczne otwarcie szybko obiera kierunek free jazzowy, a narracja bez utraty tempa przeobraża się w efektowne akcje w podgrupach. Najpierw to duety – saksofonu i gitary, kontrabasu i saksofonu, kontrabasu i perkusji, wreszcie perkusji i saksofonu. Zmiana zdaje się tu gonić zmianę, a podobać szczególnie może się trio perkusji i dwóch gitar, które nadają całości posmak zdrowej psychodelii. Saksofonista brnie ku free jazzowi, gitarzyści skłonni są zaakceptować każdy wybór gatunkowy, a perkusista i kontrabasista nade wszystko strzegą porządku dramaturgii. Każdy z tych ostatnich ma także solową ekspozycję. Drugi set jest nieco dłuższy, częściej grany pełnym składem. Improwizacja ma tu efektowne, free jazzowe spiętrzenie, ale grane chyba bez jednego z gitarzystów. Znów dużo jakości i emocji wnosi do gry saksofonista. W fazie spowolnienia świetną robotę czynią obaj gitarzyści. Pięknie frazują w trio z kontrabasem, a potem w trio z perkusją. Nim opowieść dobrnie do końca, mamy jeszcze kolejne solowe akcje perkusisty i kontrabasisty. Sam finał prowadzony jest kolektywnie, doposażony w dużą porcję melodii.



The Pitch & Julia Reidy Neutral Star (Miasmah Recordings, LP/DL 2023)

Morphine Raum Studio, czas nieznany: Boris Baltschun - syntezator analogowy, digital delay, Morten Joh – wibrafon, bęben basowy, tape delay, Koen Nutters – bas bezprogowy, Julia Reidy – gitara elektryczna, Michael Thieke – klarnet. Dwa utwory, 49 minut.

Niemiecką formację The Pitch znamy choćby ze wspanialej, wspólnej płyty ze Splitter Orchester. Tu jednoczy ona siły jedynie z gitarzystką z Antypodów, ale zdaje się tworzyć dzieło równie monumentalne. Dość nietypowy zestaw żywych instrumentów, garść analogowej elektroniki (ale bardzo istotnej w procesie generowania poszczególnych elementów tej układanki) i duża kreatywność w zakresie zbudowania prawie 50-minutowej narracji. Ta toczy się wedle dość precyzyjnie zaplanowanego scenariusza, ale skrzy się emocjami i dźwiękowymi barwami swobodnie improwizowanej ekspozycji dronowej. Dodajmy, iż nagranie jest rejestracją na żywo i nie zawiera jakichkolwiek ingerencji post-produkcyjnych.

Artyści od pierwszej sekundy nagrania budują gęsty strumień fonii. Nie wszystkie dźwięki jesteśmy w stanie połączyć z ich źródłem. Słyszymy pasmo zasilane prądem, smyczek posadowiony na krawędzi któregoś z instrumentów i minimalistycznie frazującą gitarę, która jako jedyna skupia się na krótszych, bardziej filigranowych formach. Razem z muzykami uczestniczymy w wielobarwnej podróży do sedna dźwięku. Narracja zdaje się być głównie analogowa, ale bez trudu zawłaszcza całe spektrum przestrzeni koncertowej. Wydaje się być stabilna, ale podlega nieustannym zmianom. Każdy wątek ma swoją intensywność i dramaturgię, ale idealnie współgra z pozostałymi. Dołem płynie basowy fundament, górą nieskończoność pozostałych fraz. Opowieść jest mroczna, ale i na swój sposób post-romantyczna. Z czasem zyskuje nawet na melodyjności, choć wydaje się być brzemiennie smutna.  Druga część tego niezwykłego spektaklu toczy się na nieco innym poziomie intensywności. Wydaje się być bardziej lekka, wręcz ulotna, prawdziwie filigranowa, szczególnie w wymiarze gitarowym. Wyrasta z mroku, syci się trwogą każdej frazy, płynie jeszcze bardziej molowym korytem. W tej części nagrania szczególnie dużo do powiedzenia ma wibrafonista, nie brakuje także onirycznych, post-syntetycznych strumieni dźwiękowych. Ostatnie podrygi tej epopei należą przede wszystkim do gitarzystki.



 

Nudo Inhabitante (Neue Numeral, DL 2023)

Doctor F., Buenos Aires, maj 2022: Federico Isasti – perkusja, kompozycja oraz Mariano Sarra – fortepian, kompozycja. Siedem utworów, 33 minuty.

Argentyńskie rejestracje docierają do nas regularnie i bardzo jesteśmy z tego faktu zadowoleni. Tym razem otrzymujemy duet mocno osadzony w klimatach open jazzowych, bazujący na kompozycjach, które wydają się być jednak ledwie zarysem procesu improwizacji. I jak to zwykle w przypadku muzyki z Buenos Aires, album nieprzegadany, kończący się niedługo po upływie dwóch kwadransów. A nazwa duetu w aspekcie fonetycznym nie powinna nam niczego sugerować.

Artyści zaczynają swoją podróż z przytupem. Ich opowieść zdominowana jest przez rytm, który płynie zarówno z werbla i tomów, jak i masywnej, niekiedy bardzo czarnej klawiatury fortepianu. Rytmika Argentyńczyków bywa bardzo zmienna - lekka i swawolna niczym walczyk, jak w drugiej części, czy też skoczna i wyrywna jak w trzeciej. Muzycy lubią łamać metrum narracji i nieustannie nas zaskakiwać. Pierwsze oznaki nostalgii i refleksji dopadają ich dopiero pod koniec trzeciego utworu, a prawdziwe spowolnienie następuje dopiero na starcie piątej odsłony. Perkusyjne talerze zaczynają wówczas rezonować, a na klawiaturze piana, w miejsce progresywnego rytmu, pojawia się niewinna z pozoru melodia. Ale i tu początkowo mroczne emocje kończą się efektowną galopadą. Część szósta przypomina introdukcję do Jeziora Łabędzie. Baletowa gracja i romantyczne inkrustacje po pewnym czasie łapią ulubioną przez artystów dynamikę. Oto, jak post-klasyka dość szybko staje się tu free jazzem. Finałowa narracja nosi znamiona farewell song, pełna jest brzmieniowych subtelności, ale w drugiej fazie, dzięki ambicjom drummera, przeistacza się w dość intensywną narrację. Choć pianista zdaje się tu zgłaszać zdanie odrębne.



 

Daniele Martini & Franziska Windisch We'll See, We'll See (HobbyKeller, Kaseta 2023)

Smog and Studio Savoie, Bruksela, czas nieznany: Daniele Martini – saksofon tenorowy, elektronika oraz Franziska Windisch - laptop, pure data. Dziesięć utworów, 45 minut.

Włoskiego, acz rezydującego w Belgii saksofonistę znamy z kilku udanych, akustycznych podróży po świecie swobodnej, jakże intensywnej improwizacji. Tym razem Martiniego spotykamy w chmurze czerstwej, niekiedy bardzo gęstej, wręcz harshowej elektroniki. Towarzyszy mu artystka, która pracuje na czystych danych zaczerpniętych z realnego laptopa. Album jest sporym wyzwaniem dla miłośnika akustyki. Szczególnie jego pierwsza, poszarpana i upstrzona drobnymi utworami strona kasety. Ale na jej drugiej stronie, w trzech rozbudowanych opowieściach, jest już dużo lepiej, ba, w jednej z nich słyszymy brzmienie prawdziwego saksofonu.

Pierwsze siedem opowieści trwa tu ledwie dwadzieścia minut. W kłębach elektronicznych fonii trudno doszukać się czegoś szczególnie ekscytującego. Słyszymy brzmienia syntezatorowe, które from time to time bogacone są pewną ulotną melodyjnością, a wielu momentach rytmem, czasami połamanym i brudnym, nadającym opowieści dalece sensowną linearność. Do naszych uszu docierają także niezliczone porcje syntetycznych plam i niekiedy usterkowych fonii. W części trzeciej wpadamy w wysokogatunkowe drum’n’bass, z kolei część piąta lepi z drobnych, urywanych fragmentów, stanowiących wszakże zwartą całość. Dla odmiany odsłona szósta, to rytmicznie uformowane porcje szumu. Na drugiej stronie kasety artyści kontynuują wątki taneczne, nie unikają pewniej melodyjności, słyszymy ciekawe brzmienia, które przypominają gitarę, a także niemałe chmury ambientu. W utworze dziewiątym pojawia się anonsowany wcześniej saksofon, bardzo wyrazisty, chropowaty w brzmieniu. Towarzyszy mu gęsty ambient, który z czasem nabiera intensywnej siarczystości. Ostatni utwór stara się chyba podsumowywać cały album, trwa ponad jedenaście minut, zawiera zarówno momenty trudne fonicznie, jak i pasma całkiem przyswajalne. Jest jednak zdecydowanie zbyt długi.

 


Mazzoll & Daktyle T…se, T…se (Antenna Non Grata, CD 2023)

Mózg, Bydgoszcz, marzec 2023: Jerzy Mazzoll - klarnety, głos, Marek Sadowski - elektronika, perkusjonalia, misy oraz Maciek Jaciuk - elektronika, daxofon, fx. Sześć improwizacji, 47 minut.

Sytuacja dramaturgiczna w bydgoskim Mózgu wydaje się być nieco ciekawsza niż chwilę temu w Brukseli. Klarnety Mazzolla improwizują tu na żywo z wielowymiarową elektroniką, doposażoną w akustyczne akcesoria perkusjonalne. Efekt bywa niekiedy dalece frapujący, zwłaszcza, gdy w szranki improwizacji staje sam klarnet bez dodatkowych atrybutów narracji, a działania partnerów bardziej nastawione są na łączenie tego, co żywe z tym, co syntetyczne.

Dokładnie tak dzieje się w pieśni otwarcia, która zdaje się być najciekawszym momentem całego koncertu. Klarnet basowy rozpoczyna tu lot typowy dla Mazzolla. Głęboki, dronowy sound z każdą chwilą zyskuje na poły semicką melodykę i ucieka w kosmos improwizacji wspierany cyrkulacyjnym oddechem muzyka. W tle pracuje elektronika, która na ogół przyjmuje postać ambientu, ale szyje nam też frazy sprawiające wrażenie działań live processing. Począwszy od drugiej opowieści elektronika staje się bardziej aktywna, co nie zawsze służy całej ekspozycji. Gdy klarnet jest tu pełnoprawnym aktorem, narracja broni się bez słowa wątpliwości. Gdy on sam milknie i oddaje przewodnictwo pozostałym, nagranie miewa słabsze monety. Tak dzieje się choćby w dalszej fazie drugiej części. W trzeciej odsłonie klarnet tańczy rytmicznie z elektronicznym beatem, w czwartej z kolei musi przebijać się przez chmurę syntetycznych zgrzytów i usterek. Mazzoll używa tu także swojego głosu – czasami to dekonstruowana elektronicznie wokaliza, innym razem, jak w utworze finałowym, melorecytacja z tekstem. Ciekawie kształtuje się piąta opowieść, gdy dron klarnetu, płonący emocjami w chmurze elektronicznego harshu, napotyka na akustyczne misy i inne dźwięki perkusjonalne.



 

piątek, 12 czerwca 2020

Karałow! Przeździecki! Mazzoll! Q-Janicki! Bociani Trójpak Przepyszności!


Recenzja powstała na potrzeby polish-jazz.blogspot i tamże opublikowana została czas jakiś niedługi temu.


Warszawski Bocian lubi mieszać gatunki, łączyć improwizację z kompozycją, unika dróg na skróty, z ptasią gracją omija dramaturgiczne mielizny i artystyczne płycizny.

Dziś omówimy trzy płyty wydane przez Bociana w roku bieżącym i minionym. Spotkamy na nich czterech muzyków, którzy na miejsce artystycznego zdarzenia dotarli z różnych miejsc, mając w buławie dotychczasowej sławy całkiem odmienne doświadczenia muzyczne. Trzy czarne, nieprzegadane krążki (zdaje się, że ów wydawca nie znosi zbyt długich płyt!), które niezależnie od swoich niepodważalnych zalet i prawdopodobnie zupełnie niedostrzegalnych wad, udowadniają ważną tezę dotyczącą szeroko rozumianej muzyki improwizowanej – odwieczna rywalizacja elektroniki i dźwięków akustycznych może śmiało przybierać barwy artystycznej przyjaźni, często przeradzającej się w prawdziwe marsze równości składnika syntetycznego i żywego.




Zaczynamy od niedługiej relacji z festiwalu ambientowego w Gorlicach (2019). Na scenie Andrzej Karałow (grand piano, gitara i efekty) i Jerzy Przeździecki (wszystkie pozostałe dźwięki, zapewne w całości syntetyczne). Ich spotkanie zwie się Pedestal’s Complement (LP 2020), podzielone zostało na dwie części i trwa 26 minut.

Koncert rozpoczyna dźwięk, który brzmi jak elektroakustyczny metronom. Towarzyszy mu delikatne, ostrożne piano z odrobiną preparacji. Szczypta post-elektroniki w służbie post-akustyki – narracja buduje się mozolnie, ale dość swobodnie, bez minimalistycznych naleciałości. W ramach ozdobników puste, brzęczące półakordy gitary, brzmiące niczym replika fortepianu, a także spora ilość dźwięków, dla których trudno wskazać źródło pochodzenia. Piano potrafi pokazać free jazzowy pazur, elektronika, choć chwilami bardzo aktywna, daleka zdaje się być od inwazyjności. Obie sfery dźwięków dobrze na siebie reagują i w przyjaźni realizują, wspomniany w preambule tekstu, marsz równości. Pierwsza strona płyty zdaje się być szczególnie udana po dziesiątej minucie, gdy opowieść ogarnia pewien rodzaj nostalgii i elektroakustycznej zadumy, która realizuje się bez popadania w banał nadmiernej repetycji.

Druga strona winyla kontynuuje ów nieco spowolniony bieg zdarzeń, nabiera posmaku zdrowego, dobrego chill-outu. Muzycy od czasu do czasu czynią gesty, które wskazują na poszukiwanie dramaturgicznej zaczepki, a każda z tych prób liczyć może na bystrą interakcję. Po czasie opowieść nabiera odrobiny rozmachu, ale artystom wciąż nigdzie się nie śpieszy. Kultywują klimat meta ambientu, w który pod sam koniec koncertu tchną jeszcze dodatkową porcję melodyki, co uczyni zarówno finał, jak i cały koncert dalece przyjemnym doznaniem słuchowym.




Odpowiedzialny za świat syntetycznych nieskończoności, Jerzy Przeździecki zostaje z nami, a dołącza do niego pomnikowa postać krajowej, improwizowanej awangardy – Jerzy Mazzoll. Ich wspólne nagranie zwie się Melodnie (LP 2019), składa się z sześciu improwizowanych epizodów, których odsłuch nie zajmie nam więcej niż 27 minut. Wedle skąpego opisu na okładce płyty, Mazzoll będzie grał na klarnecie basowym bez ustnika (po prawdzie, nie wiemy, czy dzieje się tak w każdym utworze), zaś jego partner użyje tuned distortion feedback.

Płytę otwierają masywne dźwięki elektroniki, z których wyłania się brzmienie klarnetu na dużym pogłosie. Być może ów dźwięk akustyczny jest poddawany obróbce metodą live proccesing, być może jednak, to, co słyszymy powstaje w zupełnie inny sposób. Nie jest to jednak dla nas szczególnie ważne, albowiem od pierwszego do ostatniego dźwięku kolejny bociani, jakże kooperatywny marsz syntetyki i akustyki (w tym wypadku, to ostatnie pojęcie wydaje się nieco mało precyzyjne) dostarcza nam niemal wyłącznie pozytywnych emocji. Co ciekawe, w tym tyglu zniekształconych i dramaturgicznie powykręcanych dźwięków, pojawia się nuta folkowego, tudzież orientalnego zaśpiewu, a nawet głos, który próbuje nam coś przekazać na poły werbalnie. Znów nie wiemy, czyja to sprawka, ale – powtórzmy – znów nam się podoba! Dobrym przykładem na owe intrygujące naleciałości stylistyczne niech będą dwie pierwsze Melodnie.

W trzecim utworze napotykamy na ciekawy dysonans – z jednej strony dociera do nas dron post-electro, z drugiej - budowany na dużym pogłosie dron klarnetu, który brzmi tu niczym wypalone ogniem pustynnym didgeridoo! Czwarta opowieść budowana jest przede wszystkim na improwizacji instrumentu dętego. Mazzoll plecie tu zwinną, dosadną i śpiewną opowieść. Z kolei w piątej improwizacji królem polowania jest syntetyka, która harcuje, dudni i grzmi mechaniką szelestu i sprzężenia. Mamy nieodparte wrażenie, że w tym tyglu emocji palce macza także elektronicznie zdekonstruowany klarnet. Na finał tej (znów!) bardzo krótkiej płyty garść świszczącej post-elektroniką klarnetowej zadumy. Długie, smakowite pasaże w poświacie wyjątkowo mglistego poranka, które ucięte zostają sprawnym ruchem post-produkcyjnej brzytwy.




Czas na trzeci już dziś marsz syntetyczno-akustycznej równości, a w roli żywego instrumentu tym razem perkusja! Na płycie Intuitive Mathematics (LP 2020) nie spotykamy jednak duetu, albowiem za wszystkie dźwięki odpowiadał będzie jeden artysta – Qba Janicki. Obok zestawu perkusyjnego, muzyk korzystał będzie z amplifikacji i własnoręcznie wykonanego narzędzia pracy, tzw. deski dźwięków. Dwie strony czarnego winyla, 33 i pół minuty.

Otwarcie płyty obiecuje wiele i bez trudu – w dalszej jej części - obietnice owe spełnia. Świergot małej elektroakustyki - narracja budowana precyzyjnie step by step, żywa perkusja i drobna elektronika na granicy żywego dźwięku. Całość podszyta preparacjami, czasami nawet na granicy przesteru. Rytm, dynamika, emocje żywej perkusji i elektronicznych zdobień. Po fazie syntetycznej eskalacji, która ma miejsce w połowie utworu, bystry powrót do żywego, ale bardziej filigranowego drummingu. Po paru kolejnych minutach narracja gęstnieje, urozmaica swoje brzmienie i zaczyna poszukiwać ciekawych repetycji, by na koniec znów odnaleźć powód do wzmożenia dynamiki.

Drugą stronę otwiera czerstwa, gęsta i repetytywna elektronika. Jakby muzyk w tej samej chwili generował kilka wątków. Żywe pasma pojawiają się od czasu do czasu w tej opowieści, potrafią wszakże bez słowa przenieść się w syntetyczny wymiar. W połowie szóstej minuty aurę nagrania na krótki moment spowija chmura ambientu, która gasi dynamikę ekspozycji. Narracja przypomina w pewnym stopniu post-jazzowe dekonstrukcje Jana Jelinka sprzed dwóch dekad, realizowane wszakże na żywo. Przybywa elektroakustycznych preparacji, udanych powtórzeń, pogłosu post-elektroniki, czyniąc przy okazji ów fragment płyty najbardziej frapującym. Nim muzyk dobrnie do końca swojej historii, po czternastej minucie zaserwuje nam jeszcze plaster harsh & industrial, po czym ze śpiewem na ustach, rozpocznie proces zawija do portu, napotykając po drodze na kilka intrygujących sprzężeń mocy.



niedziela, 10 grudnia 2017

Ganga! Lopez! Birchall! Anker! Roca! Dickaty! The Owl! Sundogs! Shiroishi! Jerve! Requiem Records! Leblanc! - the december summary, czyli zbiorówka przedświąteczna


Ostatni miesiąc roku 2017 w pełni. Czas podsumowań, reasumpcji i rozliczeń. Roczne the best of zaczynają już hulać w sieci globalnej. Pełni ekscytacji muzycy i wydawcy liczą, że ktoś wreszcie doceni ich ciężką pracę.

Trybuna Muzyki Spontanicznej swoje podsumowanie zaprezentuje dopiero na przełomie roku. Tak, by jak najmniej tytułów datowanych na rok 2017, umknęło uwadze redakcji. A zatem Siedemnaście Mgnień Roku 2017 szukajcie na stronie w okolicach zabawy sylwestrowej.

Dziś natomiast stosunkowa obszerna zbiorówka recenzji płyt, które trafiły tej jesieni – najprzeróżniejszymi kanałami – do redakcyjnych odtwarzaczy. Zestaw będzie wielogatunkowy, o dużej amplitudzie jakości, ale bez wątpienia nienudny. Jak to ostatnio często bywa na tych łamach, padnie sporo nowych, godnych zapamiętania nazwisk i tytułów wykonawczych. A od tych bodaj najbardziej frapujących, przegląd ten zaczniemy.

  
Josue Amador/ Arvind Ganga/ Dirar Kalash ‎ Fading Ground  (al-bayān)

Zaczynamy zatem z naprawdę wysokiego C. Spotkanie muzyczne, jakie miało miejsce w holenderskiej Hadze w roku ubiegłym. Arvind Ganga – gitara elektryczna (kanał lewy), Dirar Kalash – skrzypce i elektronika (pasmo środkowe) i  Josue Amador – gitara elektryczna (kanał prawy). Pięć opowieści o dużym ładunku emocji, trzy kwadranse bez kilkudziesięciu sekund.




Gitarowo-skrzypcowa symfonia na paręnaście strun, sporą dawkę prądu i szczyptę elektroniki. Rodzaj konstruktywnego hałasu, który zdecydowanie nie boli. Wykluwa się z tej narracji, jak pisklę ze skorupki, zwiastując nadciągające pokłady psychodelii. Repetycje, zgrzyty i wiolinowe pochody dźwięków niebanalnych i często zaskakujących dramaturgicznie. Umiarkowanie drapieżny rock, który kocha improwizować. Skrzypce zdają się być w tym gronie najgroźniejsze, przypominają strzelistą, zmutowaną na kablach gitarę. Płyną środkiem i permanentnie prowokują obie prawdziwe gitary, które suną przeciwległymi flankami.

Narracja trzeciego utworu brnie w ciężkich butach po kolana w błocie, ale każdy gest, każdy pomysł ma swoją wartość. Mantryczność zachowań i interakcji, kłuje w oczy trupią radością życia w stanie ciągłej podróży. To improwizacja, którą napędza repetycja. Obowiązki w tym zakresie muzycy dzielą między siebie demokratycznie. Ich pasaże dźwiękowe mają lisią zwinność i wciąż topią się w bystrej psychodelii (przy czym, to znów skrzypce mają największe ciągoty ku transowi i kwaśnym rozwiązaniom). Dialog gitar w czwartym fragmencie ma niemal barokową urodę. Rodzaj noise streaming po lewej i quasi synkopy po prawej. Wejście zaś skrzypiec boleśnie piękne! Dużo prądu, mało elektroniki, wiele żywych dźwięków. No i błyskotliwy, post-rockowy finał! Wyśmienite!


Brandon Lopez/ Chris Corsano/ Sam Yulsman  Holy, Holy (Tombed Visions)

Jedno z lepszych w tym roku nagrań muzyki improwizowanej zza Wielkiej Wody, wydane w manchesterskim Tombed Vision (tym razem CD)! Szefem przedsięwzięcia jest kontrabasista Brandon Lopez, a wspierają go Chris Corsano na perkusji i Sam Yulsman na fortepianie. Trzy tytuły, trzy kwadranse muzyki, która wedle autora jest skomponowana (rodzaj notowanych sugestii), a potem twórczo rozwijana przez muzyków, którzy są w całym procesie najważniejsi (innymi słowy – po prostu improwizacja!).




Od startu trzęsienie ziemi, a potem jest już tylko lepiej. Trzyminutową introdukcję czyni sam kontrabasista, który zachowuje się, jakby grał sonaty Bacha na black metalowym festiwalu dla penitencjariuszy domu dla pozytywnie obłąkanych. Kosmiczny, groźny, brutalnie piękny sound. Wejście partnerów jest równie błyskotliwe. Corsano nie stroni od sonorystyki, Lopez zrywa podłogę, czyniąc cuda na smyku, a pianista stara się pełnić rolę dynamicznego komentatora, który potrafi być też subtelny, niczym rozpalona nastolatka (choćby popisowy pasaż w 11 minucie pierwszej części).

Lopez grzmi i dynamizuje każdy fragment notowanej improwizacji. Z gorącym smykiem w dłoniach jest prawdziwie doskonały! Rzec można przedświątecznie – New King of double bass is born! Corsano jest równie perfekcyjny w swoich poczynaniach. Może mniej niekonwencjonalny zdaje się być sam pianista, ale to niczego płycie nie ujmuje. Sekcja L-C szczytuje raz za razem, a kto im pogrywa na trzeciego nie wydaje się szczególnie istotne. Baa, myślę, że świetnie radziliby sobie nawet w towarzystwie zimnego trupa Elvisa Presleya! Finałowy wycieczka do świata free jazzowej estetyki, już bez smyka, to także Mountain of Bass! Muzyka gęsta, jak olej silnikowy!


Sam Andreae/ David Birchall/ Otto Willberg ‎ A Hair In The Chimney (Vernacular Recordings/ Heavy Petting)

Młoda (stosunkowo młoda) brytyjska scena improwizowana w stanie permanentnego wzrostu. Nowe nagrania rodzą się jak grzyby po deszczu, a nie jedno z nich zasługuje na miano wydarzenia artystycznego na Starym Kontynencie. Dziś trio złożone w muzyków, których personalia nie raz już pojawiały się na tych łamach, jakkolwiek nigdy w takiej właśnie trzyosobowej konfiguracji. Sam Andreae na saksofonach, David Birchall na gitarze elektrycznej i Otto Willberg na kontrabasie. Ponad godzinna, swobodna improwizacja podana w trzech odcinkach.




Molekularna, dotkliwa akustycznie, gęsta i sowita improwizacja. Akcja – reakcja – akcja - sanacja! Wyzwolona muzyka o delikatnie punkowym zabarwieniu, pełna wewnętrznej anarchii i niezgody na proste rozwiązania dramaturgiczne. Igraszki, przepychanki, swawole, trochę w klimatach ojców założycieli gatunku, choćby w ramach formacji People Band lat temu pięćdziesiąt.

Kontrabas ostro szarpie za struny. Gitara plami teren, lubi wchodzić w klimaty slide, jest zdolna do każdej reakcji, przygotowana na każdą sekwencję dźwięków. Drobne przestery, smakowite i płynne potoki muzycznej świadomości. Saksofon kanciasty, zaczepny, pyskaty, o brzmieniu, które lubi zawisnąć na dyszy, pomyśleć, co dalej. A wszystko ubarwione czymś, co moglibyśmy nazwać instrumentalnym field recordings. Narracja uzupełniana jest szeregiem dodatkowych dźwięków, które niekoniecznie mają swoje źródło w podanym na wstępie instrumentarium. Mimo braku zestawu perkusyjnego, nie brakuje tu dźwięków o właśnie takim charakterze. Powstają one na gryfie gitary, dudnią w pudle rezonansowym kontrabasu.

Gęsta narracja, w której uczestniczy każdy z muzyków, mający przy okazji tysiąc pomysłów na sekundę w zakresie tego, co ma za chwilę nastąpić. Muzyka dość szybko osiąga na tej płycie stan permanentnej zmiany. Rana kłuta, rwana i szarpana! Nie brakuje udanych zejść w sonorystykę ciszy (choćby 20 minuta pierwszej części). Gitara Birchalla zdaje się być multigatunkowa. Nie stroni nawet od upalonego blues grassu! Smakowitym kąskiem są głosy wydawane przez muzyków otworami gębowymi (No borders! No limits!). A klasyka brytyjskiego free improv, i tak kłania się na każdym kroku. Recenzentowi najbardziej podoba się ostatni fragment nagrania, gdy muzycy chętniej sięgają po dłuższe, niemal free jazzowe frazy. Emocje gotują się, energia ścieka ze ścian. Na finał kilka doskonałych dźwięków z rozgrzanych dysz saksofonu!


Lotte Anker  Plodi (Klopotec)

Płyta Plodi, firmowana przez duńską saksofonistkę Lotte Anker, to bodaj najdłuższe wydawnictwo w dzisiejszej zbiorówce. Pełne 75 minut! Ale to nie jedyny… kłopot z nią związany. Łączy ona w sobie aż trzy muzyczne spotkania, a ja nie do końca rozumiem, co przyświecało Anker i wydawcy słoweńskiemu, by je pomieścić na jednym krążku, dodatkowo w proporcjach czasowych, które nie pomagają w odbiorze całości.






Na początek dostajemy blisko 35 minutowy set solowy Anker, zarejestrowany w obiekcie sakralnym (czyli ze sporym pogłosem).  W ocenie nieco złośliwego recenzenta, nie wszystkie fragmenty nagrania warte są tak obszernej prezentacji. Występ solo jest wyzwaniem dla każdego muzyka. I to niestety słuchać w trakcie koncertu w Kościele św. Marcina w Smartno.

Kolejne pół godziny na krążku wypełnia duet Anker ze Zlatko Kauciciem (perkusja, perkusjonalia, zgodnie z opisem). Rejestracja z Domu Kultury, także w Smartno (już zatem bez pogłosu). Wartość artystyczna rejestracji rośnie znacząco. Anker gra kąśliwie, zadziornie i miejscami naprawdę niebanalnie. Kaucić pięknie eksponuje walory swojej drummerskiej maszyny, która zdolna jest wydać dowolny dźwięk. Każdy z czterech fragmentów jest odrobinę inną narracją, a całość kupujemy bez mrugnięcia okiem.

Na finał dostajemy zaś prawdziwą wisienkę na torcie – to samo miejsce, być może ten sam czas (brak dokładnych danych), a do duetu z poprzedniej części dołączają … Artur Majewski na trąbce i Rafał Mazur na gitarze basowej (zgodnie z opisem). Fragment trwa niestety tylko 10 minut (dlaczego tylko tyle?). Błyskotliwa ekspozycja free improv, która na pewno byłaby świetną całością na samodzielnej płycie. Ale nie jest. Szkoda.


Oriol Roca Trio  Mar (El Negocito Records)

Pure jazz trio! Powiedzmy to od razu - by rozwiać wszelkie wątpliwości - jazz, jak najbardziej w swoim głównym nurcie. Oriol Roca – perkusista, główny kompozytor, postać tytularna tego trzyosobowego składu, pochodzi z Barcelony, Giovanni Di Domenico – pianista, to muzyk włoski, rezydujący w Belgii, wreszcie Manolo Cabras – kontrabasista, jest obywatelem właśnie tego ostatniego kraju. Dodajmy, iż na froncie okładki pojawiają się także personalia pianisty i kontrabasisty.





Płyta Mar zawiera siedem kompozycji i płynie przez nasze uszy wartkim, acz nieśpiesznym strumieniem. Wrażliwość, skupienie, dbałość o szczegóły konstytuują mainstreamową jakość tej muzyki. Oczywiście jeśli tak jest w istocie, recenzent może nieco ponarzekać na brak stałego dopływu spontaniczności w ekspozycjach tych trzech dżentelmenów (jesteśmy wszak na Trybunie!), ale samej muzyce nic to nie ujmuje.

Jeśli szukać punktu odniesienia dla tego nagrania, to koniecznie wskazać winniśmy na trio Aurora Agusti Fernandeza, Barry Guya i Ramona Lopeza. To podobna estetyka, porównywalna dbałość o melodykę, harmonie i tonacje, także ów wewnętrzny, szlachetny spokój narracji, w której zaszytych jest wiele wyrafinowanych improwizacji. Oczywiście nie jest to propozycja dla free jazzowych zapaleńców, ale to już problem tych ostatnich.


Noise Of Wings  Frozen Songs (bandcamp/selfreleased)

Nazwa formacji i jej skład instrumentalny (dwa tenory, goła sekcja) wskazywałby na prawdziwie free jazzową jatkę na płycie Frozen Songs. A jednak to właśnie tytuł wydawnictwa bardziej oddaje nastrój tego nagrania.

Tak, nastrój, albowiem kwartetowy incydent dokonany przez Raya Dickaty’ego (saksofon tenorowy), Macieja Rodakowskiego (saksofon tenorowy), Wojtka Traczyka (kontrabas) i Huberta Zemlera (perkusja) zawiera istotnie spokojną i nad wyraz refleksyjną muzykę.




Sekcja rytmiczna jest niezwykle czujna i intrygująco plącze opowieści snute przez dwa tenory. Opowieści oparte na kompozycjach jedynego niepolskiego muzyka na krążku i zdecydowanie głównej siły sprawczej tej muzyki. Dodajmy, że tenory  - w trakcie 44 minut nagrania - najczęściej snują lekko melodyzujące pasaże, rzadko (niestety) wchodząc w szranki improwizacji. Ten artystyczny wybór z jednej strony pozbawia muzykę kwartetu jazzowej krwi, z drugiej jednak - nadaje jej inny, nieco medytacyjny, chwilami wręcz transowy wymiar. Gdy Frozen Songs brną w tym kierunku, robi się naprawdę ciekawie. Najlepszym przykładem, najdłuższy na płycie Hymnal. Repetycje i symultaniczność saksofonów, na tle ruchliwego kontrabasu i niebanalnego drummingu, sprawiają, iż ta muzyka zaczyna żyć zupełnie w innym wymiarze, niż moglibyśmy oczekiwać od kwartetu jazzowego, czy free jazzowego.


The Owl  On The Way (Fundacja Słuchaj!)

Nie brakuje w dzisiejszej opowieści jazzu środka! Oto kolejny przykład. Krajowe trio The Owl - Marcin Hałat na skrzypcach (autor skomponowanej części tego dwupłytowego wydawnictwa), Maciej Garbowski na kontrabasie i Krzysztof Gradziuk na perkusji (przy okazji zatem, w składzie formacji 2/3 RGG Trio).




Skrzypce, jak zresztą większość instrumentów strunowych, należą do moich ulubionych przedmiotów wydających dźwięki, zatem nie ukrywam, iż On The Way słucham z ogromną przyjemnością. Brzmienie skrzypiec jest czyste, tłuste, ale lekkie jak pawie pióro. Tematy - pełne melodii i niebanalnych harmonii - zgrabne i dające się bezboleśnie podśpiewywać przy goleniu. Kompetencje muzyków, jakość wzajemnej komunikacji, umiejętność błyskotliwego reagowania na poczynania partnerów, nie budzą wątpliwości w jakimkolwiek wymiarze.

Obok utworów skomponowanych przez Marcina, płyta zawiera także pięć fragmentów nazwanych Vision Fugitive, pod którymi podpisuje się cała trójka muzyków. Ta ponad półgodzinna część On The Way nosi wyraźne znamiona swobodnych improwizacji. Chyba nie zaskoczy nikogo na tych łamach konstatacja recenzenta, iż te chwile zdają się być na płycie najbardziej frapujące.


Sundogs  Sundogs (Fundacja Słuchaj!)

Kolejna (prawie) krajowa nowość Fundacji Słuchaj! Z duetem klarnetowo-kontrabasowym Mateusz Rybicki – Zbigniew Kozera spotkaliśmy się całkiem niedawno, przy okazji ich debiutu fonograficznego Xu. Słowa recenzenta były wówczas ciepłe i rokowały na przyszłość.

Na tej płycie spotykamy obu muzyków z podobnym instrumentarium (przy czym obaj dodają preparacje), w towarzystwie trzeciego muzyka, jakim jest Samuel Hall, który uprawia rozbudowaną perkusjonalistykę, także z użyciem elektroniki, dokonując przy tym stosownych preparacji.




Nagrania dokonano w Galerii na Czystej, we Wrocławiu, wykorzystując naturalną akustykę tego dość obszernego (jak sądzę) pomieszczenia. Echo i interaktywna przestrzeń w procesie swobodnej improwizacji. Muzyka Sundogs brnie wyjątkowo spokojnie, jest nieinwazyjna i mile łechta ucho nawet zmęczonego słuchacza. Narracja stąpa z nogi na nogę, dostarczając wielu ciekawych dźwięków, także na polu szeroko rozumianej elektroakustyki. Jednak jako całość (blisko godzina muzyki) pozbawiona jest odpowiedniej dawki emocji i dramaturgii, by recenzenta zagonić w kozi róg i wzbudzić większy entuzjazm.


Patrick Shiroishi  Tulean Dispatch (Mondoj)

Saksofonista z Los Angeles, o japońskim nazwisku i polskich korzeniach. Dodatkowo publikujący w nowym… polskim labelu na kasecie magnetofonowej! To nie może nie być intrygujące.




Solowy, półgodzinny set na baryton, alt i … preparowane piano. Ciekawe, lekko zmutowane pogłosem, zabrudzone brzmienie. Długie, rozbudowane pasaże, niestroniące od wycieczek w kierunku całkiem konstruktywnego hałasu (choćby w drugim fragmencie). Ekspresja, emocje, rockowe doświadczenia i ... wspomnienia przodków, którzy więzieni byli w Polsce w trakcie drugiej wojny światowej. Szczere, bolesne, dynamiczne podmuchy prostych instrumentów dętych, drewnianych.

Narracja tej czteroutworowej płyty nie jest nadmiernie skomplikowana. Bazuje na ładunku energii, która eksploduje raz po raz i brnącym w brutalnie przestrzenie, ostrym jak brzytwa, tembrze barytonu. Improwizacja daleka od jazzowych synkop, przepełniona post-rockowym potem i znojem.


Kjetil Jerve/ Jimmy Halperin/ Drew Gress ‎ New York Improvisations (Dugnad Rec) ‎

Kolejna dziś płyta z zagadką w środku. Miejsce muzycznego spotkania zdaje się być oczywiste w świetle tytułu płyty. Co do improwizacji, też mamy zgodę. Muzyka osadzona w jazzowym mainstreamie zdaje się mieć kształt kompozycji, które ulegają interesującemu rozwarstwieniu w procesie żmudnych improwizacji. W jej kontekście nie użyjemy jednak słowa free, swobodna, czy innego bliskoznacznego sformułowania.




Teraz muzycy: Kjetil Jerve na fortepianie, Jimmy Halperin na saksofonie, Drew Gress na kontrabasie (to zdecydowanie najbardziej uznany muzyk na płycie) i … postać nieznana na perkusji (gra w trzech, z czterech utworów, ale nie zasłużyła sobie na ujawnienie danych personalnych). Płyta zawiera rozbudowane liner notes, które być może wyjaśnia tę zagadkę, ale niestety … napisane jest w którymś z dalekowschodnich języków.

Sama muzyka, jej stonowany, dość przewidywalny przebieg, brak ciekawszych, bardziej dynamicznych pasaży, czy choć odrobinę zaskakujących zwrotów dramaturgicznych, sprawia, że chęć recenzenta do zgłębiania dźwiękowych tajemnic tej sesji maleje z każdą minutą odsłuchu. Zdaje się, że gdyby ta sesja odbyła się w Nowym Jorku jakieś 60-70 lat temu, jej wartość poznawcza byłaby dużo większa.


Hati & Mazzoll Teruah (Requiem Records)

Przyznam się szczerze, iż nie pamiętam, czy Jerzy Mazzoll, pomnikowa postać muzyki yassowej, niepokorna dusza krajowej sceny improwizowanej od stuleci, kiedykolwiek zmierzył swe siły z wyjątkową formacją avant-folkową Hati. Dziś, gdy słucham ich wspólnej płyty Teruah, mam wrażenie, że klarnecista i Rafał Iwański wraz z Rafałem Kołackim są po prostu dla siebie stworzeni.




Błyskotliwa, skupiona, pełna zdrowej mantry improwizacja Mazzolla doskonale lepi się z przebogatym instrumentarium Hati, zbudowanym na perkusjonaliach i wielu innych, także dętych, egzotycznych instrumentach. Ta muzyka pulsuje, żyje, krzyczy i płynie. Klarnety Jerzego całkowicie naturalnie wgryzają się w głęboką fakturę muzyki wielkiej orkiestry niespodziewanych dźwięków, jaką jest duet Hati.

Na płytę składają się dwie sesje nagraniowe z lat 2014 i 2016. Pierwsza (Inspiracje) zastaje muzyków w stanie permanentnej improwizacji, by wraz z upływem czasu uciekać w trans, niepozbawiony meta folkowych anegdot. Druga sesja (Ekspiracje) konsekwentnie ucieka od improwizacji w psychodelię, a kierunek wycieczki jest zdecydowanie wschodni. Zanik zachowań improwizacyjnych dodaje samej muzyce walorów duchowych, wręcz mistycznych.


Immortal Onions  Ocelot Of Salvation (Requiem Records)

Widziałem ich koncert na ostatnim festiwalu Jazz Jantar. Młodość, wigor, rockowy temperament, artystyczna bezczelność, nuta trójmiejskiego humoru. Na koncercie tłum przyjaciół i ekspresyjnie wiwatującej publiczności. Wygrane konkursy dla młodych zespołów jazzowych, grant na debiutancką płytę. No i świetna nazwa kapeli. To na razie tyle…




Tomir Śpiołek na fortepianie i instrumentach klawiszowych, Ziemowit Klimek na kontrabasie i gitarze basowej oraz Wojtek Warmijak na perkusji. Nieśmietelna Cebula. Improwizacja na razie na etapie prenatalnym. Grają, szczęśliwie swój repertuar, bacznie naśladując kilka popularnych tego typu składów na szeroko pojętej niwie jazzu stosunkowo popularnego.

W ocenie recenzenta, ta płyta przydarzyła się tym młodym muzykom zbyt wcześnie. Ale tenże obiecuje, iż będzie pilnie obserwował, co wydarzy się w kolejnych latach pod szyldem Immortal Onion. The Youth Are Getting Restless, cytując dobrą płytę nowojorskiej kapeli Bad Brains, przy okazji także własny komentarz po koncercie, zamieszczony na fejsbuku.


Paulo J Ferreira Lopes/ Karoline Leblanc  Kumbos (atrito-afeito)

Na finał naszej grudniowej zbiorówki odrobinę odejdziemy od improwizacji. Czeka nas bowiem… kompozycja elektroakustyczna na dwie persony i spory zestaw przedmiotów, gotowych wydawać dźwięki.

Z kanadyjską pianistką Karoline Leblanc zetknęliśmy się w tym roku, przy okazji jej kwartetowej, pełnowymiarowej improwizacji w towarzystwie trzech Portugalczyków (A Square Meal, m.in. z udziałem Luisa Vicente i Hugo Antunesa). Tym czwartym był Paulo J Ferreira Lopes, który na płycie Kumbos zdaje się być postacią wiodącą.




On jest autorem 46 minutowej kompozycji, a generuje rozliczne dźwięki elektroakustyczne za pomocą syntezatorów, urządzeń elektromechanicznych, perkusjonalii, a także reel-to-reel recorders. Jego partnerka korzysta zaś z fortepianu, organów, klawesynu, a także wykorzystuje nagrania terenowe.

Trzy kwadranse w takich oto okolicznościach instrumentalno-narzędziowych mijają doprawdy uroczo. Paulo w ramach kompozycji wykazuje się dużą przedsiębiorczością, niemałym pomyślunkiem i dostarcza nam szereg frapujących dźwięków. Karoline mocnymi akordami piana sieje ferment i nie pozwala, by elektroakustyka całkowicie zdominowała utwór. Muzyka pełna jest smaczków, ciekawych zwrotów dramaturgicznych, nie stroni od emocji i intrygujących konstatacji. A recenzent wcale nie odczuwa braków w zakresie należytej porcji improwizacji.



poniedziałek, 24 października 2016

Mózg Ad Libitum – improwizowana trzydniówka warszawska


Trybuna Muzyki Spontanicznej, gnana nieustannymi porywami szaleństwa, uciekła w kolejną muzyczną delegację! Tym razem celem jej podróżniczej pasji okazała się nasza rubaszna Stolica i aż dwie artystyczne okoliczności.

Pierwszą – drugie z cyklu spotkanie Super Sam +1, organizowane przez Mózg Powszechny, czyli warszawski oddział bydgoskiej korporacji artystycznej Mózg. Drugą – jedenasta edycja wyjątkowego festiwalu muzyki improwizowanej Ad Libitum, tym razem jedynie dwudniowa, ale za to piorunująca intensywnością muzycznych doznań.

Bez zbędnych ceregieli przenosimy się do enklawy warszawskiego Teatru Powszechnego, gdzie od jakiegoś już czasu rezyduje klub Mózg. Jest czwartek wieczór, jesteśmy gotowi na wszystko. Cykl spotkań improwizatorskich nazywa się Super Sam +1, a jego idea jest prosta jak konstrukcja cepa. Najpierw dwa występy solowe, potem duet. Z jednej strony uznany gość zagraniczny, z drugiej postać krajowa, bywa, że także uznana i ceniona. Tu, dziś, artystyczna konfrontacja Evana Parkera i Jerzego Mazzolla.  





Jerzy ubrany na żółto, z klarnetem basowym postawionym na skromnym postumencie. Gra zwinne palcówki. Niczym dostojny karabinier, chlaszcze manetki instrumentu z intensywnością znamionującą wysoki poziom autodeterminacji. Szuka brzmienia, okoliczności do sonorystycznej igraszki z samym sobą. Zamiast ustnika, wkłada gołą rurę do ..ust i zadziwia. Niczym romantyczny beduin wygrywa rytm i wije się jak wąż. Rozgadany muzycznie na wszystkie strony świata, na sam koniec, na małym klarnecie śpiewa pieśń żałobną i czeka, co wydarzy się dalej. Evan wyważony, precyzyjny i skupiony na swoim oddechu okrężnym. Nie idzie na całość, czeka na uspokojenie się wentylatora. Momenty popadania w genialną w jego wykonaniu, ekstatyczną przestrzeń sopranowego misterium, przeplata spokojnymi pasażami, cytując Monka, Dolphy’ego i Lacy’ego. Mniej jadowity niż onegdaj, ale może dzięki temu jeszcze piękniejszy w barwie i klimacie. A potem duetowy finał – Jerzy naprzemienne z klarnetem i klarnetem basowym, Evan wyłącznie na sopranie. Ich zgrabna, symultaniczna opowieść nie trwa długo. Grają jednym głosem, niemal jednym oddechem, jakby ich spotkanie – bezwzględnie pierwsze – wcale pierwszym nie było, jakby się znali od kołyski, dwa zwinne kocury z tej samej matki. Pięknie, wymownie, cieliście. Na bis urocza perełka – wyważona, nienatarczywa, delikatna, acz dosadna. Uciekamy w czarną noc wypełnieni chmielem i artystycznym spełnieniem.




Dzień drugi i trzeci mojej trzydniówki spędzam już w Centrum Sztuki Współczesnej Zamku Ujazdowskiego. Dwa wieczory, siedem koncertów i taka mnogość wrażeń, że jeszcze dziś, w kilkadziesiąt godzin po wybrzmieniu ostatniego występu, nie wiem, który z nich zagotował mi potylicę w stopniu najwyższym. Innymi słowy - doszczętnie zrył mi beret.



Może AMM? Niewątpliwie dla szaleńca zakochanego w idei tej muzyki, koncert Eddie Prevosta i Johna Tilbury’ego musiał być wydarzeń ekscytującym. I był, bez słowa zawahania. Fortepian, wielki bęben, takiż talerz, zawieszony na obszernym stojaku, smyczek i kilka instrumentów, wspomagających fizycznie wyobraźnię artysty. Niewymownie piękne jest TRWANIE tej muzyki. Artystyczny minimalizm wyniesiony do rangi ekscytującego wydarzenia. Ta muzyka płynie niczym okręt bezzałogowy po bezkresnych wodach niekończącego się oceanu. Brak zwrotów dramaturgicznych jedynie eskaluje genialność tej muzycznej narracji. Tilbury pieści każdy dźwięk, dobywa go czasami z wnętrza fortepianu, jest precyzyjny i konweniuje z wybrykami akustycznymi Prevosta w sposób ponadnormalny. Że zacytuję program festiwalu i słowa muzyków – my nie produkujemy nowych dźwięków, my tylko sprawdzamy, jak te, już istniejące, mogą ze sobą rezonować. Prevost traktuje każdy przedmiot smyczkiem, te jelitowe dłuto jest podstawowym narzędziem jego kreacji. Perkusjonalia w jego rękach stają się wielkim, brzmiącym na tysiąc sposobów, instrumentem strunowym. Dźwięki przypominające o podstawowych funkcjach perkusyjnych prędzej dotrą do nas od strony pianisty. Godzinne misterium, sześćdziesiąt minut rytuału ISTNIENIA dźwięku. Jedność, szczelność, transparentność, anarchistyczna wręcz bezkompromisowość przekazu. Gdy muzyka milknie, muzycy jakby zdziwieni tym faktem, lekko oszołomieni, wystawieni na ścianę oklasków, wstają spokojnie z miejsc (razem wszak mają już 154 lata…) i próbują łapać kontakt z realną rzeczywistością. Przed chwilą przebywali w artystycznym niebycie, magicznej chwili tworzenia. Po stronie z krzesełkami niektórym ten stan także się udzielił.




Może Phil Minton i Warsaw Improvisers Orchestra? Tu dramaturgia, zwroty akcji i kolektywny wrzący tygiel pomysłów był naszym permanentnym udziałem od pierwszej do ostatniej minuty koncertu. Na scenie kilkunastoosobowy kwiat polskiej młodzieży improwizującej, pod światłym przewodnictwem polskiego Brytyjczyka Raya Dickaty’ego i najważniejszy męski głos europejskiego free improvisation – Phil Minton. Zapachniało londyńskim Freedom Of The City na kilka kwadransów. A wydarzenia przebiegały mniej więcej tak: na początek w rolę organizatora przestrzeni dźwiękowej wcielił się Minton. Rwaną, ekspresyjną narracją zmieniał kierunki improwizacji i udział w niej poszczególnych muzyków, jakby chciał rozgrzać ich zmysły i wzniecić poziom kosmicznej wręcz koncentracji. Zamierzony efekt osiągnął prawie natychmiastowo. Szczególnie doceniał w tym procesie liczną sekcję wokalną WIO. Na wykonanie kolejnego fragmentu koncertu muzycy... porzucili swoje instrumenty i stanęli w rzędzie. A Minton, mając do dyspozycji kilkanaście młodych i silnych gardeł, zbudował z tego wokalne misterium. Muzycy podzieleni na mniejsze grupy (kryterium podziału stanowiła technika wokalna), co rusz skakali sobie do gardeł i zapełniali przestrzeń dźwiękową lawiną mikrokrzyków, sapnięć, westchnień i chrząknięć, nie brakowało także prób wydawania odgłosów na bardziej konwencjonalny sposób (śpiew!?!). Ten drapieżny chór uciekinierów z zakładu dla pozytywnie obłąkanych do czerwoności rozgrzał atmosferę po obu stronach sceny. Gdy muzycy wrócili do instrumentów, Minton przesiadł się na stanowisko z mikrofonem, a ster przejął Ray Dickaty. Płynnie, dyrygując całym ciałem, przeprowadził muzyków przez dalszą część koncertu. Muzycy złączeni pępowiną z eskalującym wielodźwięk dyrygentem, w watasze, głodni, nienasyceni, pełnokrwiści improwizatorzy w wolnym tańcu, tak pięknym, że aż bolało w trzewiach, udanie zwieńczyli dzień koncertowy festiwalu.




Może Charlotte Hug i Lucas Niggli? Tuż przed epopeją WIO, sceną zawładnął szwajcarski duet. Altowiolinistka, wokalistka vs. perkusista i perkusjonalista z rozbudowanym arsenałem zabawek do wydawania dźwięków bitych i szarpanych. Być może postać Charlotte nie jest centralną na europejskiej scenie free improv, ale znajdźcie w ostatnich latach jakąkolwiek płytę Emanem Records ze skrzypcami, na której nie grałaby właśnie Hug. Lucasa też lubimy i cenimy, a na tym festiwalu grał choćby rok temu w bandzie Barry’ego Guya. Trzy kwadranse ich konwulsyjnego występu potwierdziły w pełni to, czego mogliśmy się spodziewać. Ów brak zaskoczenia nie stanowi wszakże jakiegokolwiek zarzutu – wręcz przeciwnie, duetowe, szwajcarskie popisy trzymały klasę tej edycji AL. Ekspresja obu muzyków, dynamika ich improwizacji, świetna komunikacja nie pozwalały umknąć naszej widzowskiej koncentracji choćby na ułamek sekundy. Ostre pazury i lśniące muskuły. Temperament Charlotte co chwilę wzniecał pożary, a Lucas nawet nie próbował ich gasić i sam jeszcze dorzucał do ognia. Niektóre fragmenty byłoby wręcz genialne, gdyby Niggli używał od czasu do czasu zmysłu zaniechania. Muzycy w wyjątkowo uroczy sposób potrafili kończyć każdy fragment improwizacji, co przy poziomie emocji tego występu, nie było zadaniem prostym. Nadprodukcja kokieterii Charlotte i widowiskowości Lucasa (innym słowy, bywało, że altowiolinistkę nieco zagłuszał), być może stanowić mogłaby powód do lekkich dąsów recenzenta, ale chemia całości (wynikająca także z fantastycznego brzmienia instrumentów) spowodowała, iż stawiam koncert szwajcarskiego duetu na piedestale nie niższym niż dwa wcześniej omówione występy.




Może Joëlle Leandre i Bogdan Mizerski? Na scenie dwa potężne kontrabasy, a my czuliśmy się na tym występie, niczym polne koniki na lekko zroszonej łące. Francuska mistrzyni improwizacji we wczesno wieczornej pogawędce z polskim improwizatorem, z którym do tej pory nie miałem okazji się zetknąć (jeśli powinienem, to chętnie posypię głowę popiołem!). Muzycy operowali głównie smykiem, świetnie się ze sobą komunikowali (choć jak mówią dobrze poinformowani, grali ze sobą po raz pierwszy) i delikatnie unosili się nad powierzchnią sceny. Ten niespodziewany efekt osiągali dzięki miękkiej i stosunkowo spokojnej narracji, a także dzięki silnie empatycznej, wzajemnej relacji (słuchali się jak dwa koty na kradzieży!). Energia i humor. Konwulsyjna, piękna drapieżność brzmienia. Rubaszne czapki na głowach i kpiny z francuskości w werbalnych igraszkach Leandre. Ten krótki (w każdym razie minął momentalnie) duet kontrabasowy wyniósł wszakże nasze emocje na nieistniejące drugie piętro budynku Laboratorium.




Może Saadet Turkoz i Zlatko Kaucić? To być może była największa zagadka tego festiwalu. Kaucić ma oczywiście swoją niezaprzeczalną renomę i przynajmniej dwie świetne płyty w katalogu rodzimego Not Two, ale już osoba tureckiej (bardzo wschodnio tureckiej) wokalistki, to karta w tej części improwizowanego świata raczej nie odkryta. Tym większa była zatem nasza oczywista radość słuchania tego koncertu od pierwszej do ostatniej minuty. Eksplozja wyobraźni, talentu i odczuwania kontekstu dramaturgicznego improwizacji stała się udziałem każdego z muzyków. Zlatko improwizował każdym przedmiotem, jaki napotkał na swojej drodze (był drukowany program festiwalu, była woda przelewana z butelki do miski i chlapanie nią po zestawie perkusyjnym). Saadet, choć używała tylko głosu (nie potrzebowała sekwensera!) w ten wielodźwięk perkusjonalny wpisywała się niezmiernie bogatym arsenałem wokalnych środków wyrazu. Choć skala jej głosu nie stanowiła jakiegoś wyjątkowego atutu, to pomysł, wspomniana artystyczna wyobraźnia, wreszcie istotnie teatralne i ekspresyjne zachowanie na scenie, sprawiały, iż dla Kaucicia była tego dnia partnerem wręcz idealnym. A przy okazji trudno było od niej oderwać wzrok.




Z pewnością jednak w stan upojenia artystycznego nie wprowadziły mnie pozostałe dwa koncerty festiwalu. Mógłbym oczywiście popaść w wielosłów i szczegółowo uzasadnić mój, oczywisty w tym wypadku, brak entuzjazmu, ale myślę, że szkoda zarówno czasu mojego, jak i Waszego, na ten proceder. Zatem tylko jedno, dwa słowa o każdym z nich. Występ wokalno-perkusyjny Elmy i Bartłomieja Olesia dobrze podsumowuje rzeczownik pretensjonalność, zaś występ (w tymże samym zestawie instrumentalnym) Jorgosa Skoliasa (ojca) i Antonisa Skoliasa (syna), dwa inne, skromne rzeczowniki – megalomania i nepotyzm.

Za rok rzecz jasna melduję się tu ponownie, z otwartą głową na wiele kolejnych sonicznych szaleństw. Przy okazji - pomysł ze smacznym domowym winem i nieoczywistym ciastem równie udany, jak cała impreza.


A wcześniej, jeszcze tej jesieni, jeśli historia teraźniejszości pozwoli, w warszawskim Mózgu solowe duety z udziałem m.in. Sylvie Courvoisier, Barry’ego Guya i Toshinori Kondo. Wielkie wydarzenia przed nami!