Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcello Magliocchi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcello Magliocchi. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 lutego 2026

Adrian Northover & Marcello Magliocchi in quintet and trio!


Brytyjski saksofonista Adrian Northover i jego wieloletni, muzyczny kompan, włoski perkusista i perkusjonalista Marcello Magliocchi należą do wąskiego grona artystów, którzy w szczególny sposób kultywują tradycję swobodnych, filigranowych, molekularnych improwizacji, jakie objawił światu niemal sześć dekad temu the one and only John Stevens i jego Spontaneous Music Ensemble. Na łamach bloga, którego nazwa nie jest w tym kontekście przypadkowa, pisanie o muzyce Anglia i Włocha to prawdziwa przyjemność, ale i ustawowy obowiązek.

Dziś w pierwszej kolejności sięgniemy po nagranie The Runcible Quintet – formacji, która powraca do nas po raz czwarty (a nawet piąty). Potem zagłębimy się w dźwiękach pewnego włoskiego tria z intrygującym brzmieniem preparowanego akordeonu. Dodajmy, iż oba omawiane albumy zostały zakwalifikowane do 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025. A zatem sam miód, krew improwizacji, którą kochamy najbardziej. Zapraszamy do każdego dźwięku!

 


The Runcible Quintet Two (Bandcamp’ self-released, CD 2025)

John Marshall Hall, Christchurch, Blackfriars, Londyn, maj 2025: Neil Metcalfe – flet, John Edwards – kontrabas, Marcello Magliocchi – perkusja, Adrian Northover – saksofon sopranowy oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Pięć improwizacji, 51 minut.

Dwa instrumenty strunowe, dwa niebywale lekkie dęciaki i filigranowa perkusja, to instrumentarium The Runcible (w przypadku tej ostatniej, to raczej small drum kit, podobny ekwipunek, jakiego używał John Stevens). Kwintet zaczynał swe fonograficzne życie od płyty zatytułowanej Five, potem numeracja cofała się. Teraz artyści doszli do tytułu Two, ale zdaje się, że w międzyczasie, w formie drobniejszej ekspozycji, popełnili już nagranie One. Tak, czy inaczej ten kwintet, to jedna z najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły się swobodnej improwizacji na Starym Kontynencie w ostatniej dekadzie.

Muzycy od pierwszego dźwięku stawiają na kreatywny kolektywizm i od tej reguły odstąpią jedynie w najdłuższej, trzeciej opowieści. Zadziorna feeria żywej akustyki w stanie ciągłej interakcji, niekiedy całkiem intensywnej, to naczelna charakterystyka tej muzyki. Druga opowieść wydaje się jeszcze bardziej dynamiczna, ale zarazem intrygująco ulotna, jakby każda fraza dostawała skrzydeł i szukała nieboskłonu. Jeśli początek grany jest tu na wydechu, to rozwinięcie uznać można za głębokie westchnienie, a finalizację za kameralny wdech. Nie brakuje w tej opowieści zabaw z rytmem, choć nie jest to sytuacja typowa dla Runcible. W trzeciej, prawie 20-minutowej improwizacji, muzycy mają czas na wszystko – kolektywne podrygi, samotne ekspozycje (gitara, perkusja), a także igraszki w podgrupach – dęte dialogi na bazie percussion i takież z udziałem strunowców. W drugiej dziesiątce minut muzycy nadymają policzki i eksplodują porcją czegoś, co śmiało możemy określić mianem free jazzowej kulminacji, choć bez typowej dla gatunku masy właściwej. Czwarta opowieść zainagurowana zostaje przez kontrabasowe pizzicato, na barkach którego podróżują pozostałe instrumenty. Nie brakuje udanego spowolnienia i czystych fraz fletu, który od czasu do czasu staje w dramaturgicznej opozycji do preparowanych akcji pozostałych. Nie zmienia to faktu, iż zakończenie tej części albumu zasługuje na miano najgłośniejszego momentu całego nagrania. Ostatnia improwizacja niesie mnóstwo emocji, choć w fazie początkowej zdaje się być grana na intensywnym wdechu. Potem muzycy sięgają po detale, bawią się pojedynczą frazą. Brudne wyziewy dętych i ostre szarpnięcia za struny, to dysonans, który buduje tu dodatkową jakość. Po drobnym spiętrzeniu, ostatnie 120 sekund, to wielki wydech konającego, ale soczysty, jak wyciskana pierwszy raz cytryna.

 


Adrian Northover, Marcello Magliocchi & Domenico Saccente Over The Edge (FMR Records, CD 2025).

HiFi Record, Padwa, Włochy, kwiecień 2024 (utwory 1-11) oraz Compagnia Teatrale Deppostorie, Padwa, marzec 2025 (utwór 12, w wyniku błędu edytorskiego dostępny jedynie na bandcampie artystów): Marcello Magliocchi – perkusja, Domenico Saccente – preparowany akordeon oraz Adrian Northover – saksofon sopranowy. Dwanaście improwizacji, 42 minuty.

Adrian i Marcello od lat prowadzą trio z Bruno Gussonim (znamy tu wszystkie ich płyty), ale tym razem do improwizującej bandy zaprosili innego Włocha, bliżej nam nieznanego akordeonistę. Efekt tej kolaboracji zdaje się być wyśmienity, nie tylko z uwagi na intrygujące brzmienie instrumentu Domenico, ale nade wszystko z powodu jego wrażliwości artystycznej – kocich ruchów, delikatnego frazowania, dystyngowanych, szemranych podpowiedzi. Wszystko to doskonale koreluje z artystyczną wizją naszych dzisiejszych bohaterów.

Album zawiera dwanaście zwartych, trwających od niespełna jednej do sześciu minut, dobrze skonstruowanych improwizacji. Poza solowym zakończeniem (dostępnym tylko on-line) i dwoma, trzema przypadkami ekspozycji duetowych, wszystkie one konstruowane są kolektywnymi strumieniami dźwięków small drums & percussion, zadziornie brzmiącego saksofonu sopranowego i post-ambientowych, szeleszczących fraz akordeonu. Muzycy otwierają nagranie uformowani w szyk wznoszący, potem bawią się w rysowanie niekończących się didaskalii, które okazjonalnie zdobią bardziej melodyjnymi interakcjami. Dobrze czują się w chmurze szumów i szmerów, zawsze jednak ich opowieść tętni życiem, z uwagi na typową dla Marcello narracyjną aktywność. Czasami ponosi ich temperament, czasami grzęzną w mrocznych zakamarkach. Im dalej wszakże w las, tym lepiej! Ruchliwa akustyka ósmej odsłony bazuje na dźwiękach preparowanych saksofonu i perkusji, osadzonych na mrocznych plamach akordeonu. Dziesiąta opowieść to kompulsywny taniec saksofonu i perkusji, z kolei przedostatnia historia, tu najdłuższa, zdaje się być szczególnie dobrze udramatyzowana – rozbudowane otwarcie perkusji, długie pociągnięcia pędzlem akordeonu i saksofonowe zaklinanie węży. Każdy z muzyków pracuje tu w trochę innym tempie, ale całość zazębia się jak spirale najlepszego zegarka szwajcarskiego. Album wieńczy koncertowa ekspozycja perkusisty. Najpierw, to hałaśliwy taniec na talerzach, potem nisko osadzony drumming na dobrze rozgrzanym werblu.




piątek, 24 stycznia 2025

Scant & Gust! Molecular impro from Italy and Britain!


Album Time Textures znalazł się na trybunowej liście 50 powodów, by zapamiętać rok 2024. Jego autorami są włoski perkusista i perkusjonalista Marcello Magliocchi oraz angielski saksofonista Adrian Northover. Drogę twórczą obu śledzimy od lat, na każdym kroku podkreślając, iż to artyści, którzy w szczególny sposób pielęgnują i kultywują tradycję molekularnego, atomistycznego improwizowania, zasianą na ludzkim padole ponad pół wieku temu przez jedynego i niepowtarzalnego Johna Stevensa.

Rok ubiegły, to nie tylko album wspomniany powyżej, ale także dwie inne, równie intrygujące produkcje tych wspaniałych muzyków. Album Scant zawiera nagranie w trio z ich stałym partnerem, włoskim flecistą Bruno Gussonim, z kolej Gust, to trójka rzeczonych muzyków, zgrabnie dopełniona do kwartetu przez samego Johna Edwardsa. Bez zbędnej zwłoki zasiadamy do odczytu i odsłuchu obu płyt, które swoją premierę miały jesienią ubiegłego roku.



 

Magliocchi, Northover & Gussoni Scant (Bandcamp’ self-released, CD 2024)

Monteggiori Studios, Włochy, lipiec 2024: Marcello Magliocchi – perkusja, Adrian Northover – saksofon sopranowy oraz Bruno Gussoni – flet c, flet basowy, shakuhachi. Dwanaście improwizacji, 44 minuty.

Muzycy przygotowali dla nas dwanaście świetnie udramatyzowanych, swobodnie improwizowanych opowieści, trwających od niespełna trzech do prawie sześciu minut. Konstrukcja całego albumu także zasługuje na słowa uznania. Pierwsza i ostatnia improwizacja tworzą tu swoistą klamrę - to dynamiczne, zwarte, niespełna trzyminutowe narracje, z których pierwsza stawia nas do pionu, a ostatnia każe prosić o więcej.

Z jednej strony nerwowa, wszędobylska perkusja, która zdaje się mieć wiele twarzy, często definitywnie perkusjonalnych, z drugiej dwa ochocze, dziarskie, jakże lekkie dęciaki, które wchodzą w permanentny dialog, świetnie na siebie reagują, zdają się swoim odmiennym spektrum brzmieniowym świetnie uzupełniać, rzadziej imitować. Opowieści Włochów i Anglika często sięgają po estetykę swobodnej kameralistyki, a ich ewentualne wycieczki w kierunki post-jazzu należą do rzadkości. Po intensywnym otwarciu artyści pracują na pograniczu dźwięku – szumią, szemrają, płyną od fraz preparowanych do rodzących się w bólu melodii. Bywa, że popadają jednak w taniec, a na wydechu zdolni są uzyskiwać dalece ogniste parametry. Na wdechu, gdy czerpią nowe pokłady powietrza, ich kameralna zaduma i dramaturgiczna nieśpieszność wydają się jeszcze piękniejsze, szczególnie wtedy, gdy popadają w stan krótkotrwałej medytacji.

Improwizacja tria, co do zasady, ma charakter kolektywny, a ewentualne ekspozycje solowe dotyczą jedynie etapu introdukcji, na ogół pozostającego pod jurysdykcją perkusisty. Muzycy sprawiają wrażenie, jakby frazowali stojąc ramię w ramię, niemal ciało w ciało. To wzmaga świetną komunikację, to sprawia, iż żadna fraza nie wydaje się tu zbędna, albo przegadana. W środkowej części albumu muzycy zdają się pochylać nad każdym strzępem fonii – preparują, ich instrumenty drżą, oni sami ciężko oddychają. Improwizacja nie przestaje być jednak ulotną, filigranową, jakby lepioną z puchu i ptasich piór. Ciekawie przepoczwarzająca się estetycznie ósma odsłona jest tu rodzajem wprowadzania do kolejnej części, najdłuższej, nasyconej dźwiękami unoszącego się nieznacznie nad ziemią … zakładu mechanicznego. Zatopieni w delikatnej, ale jakże post-industrialnej powłoce muzycy kleją jeden dźwięk do drugiego, rezonują, śpiewają, tańczą zanurzeni pod kolana w breistej mazi. Ich melodie zdają się snuć niczym płomień z lampy Aladyna. Dziesiąta opowieść sprawia wrażenie rozkołysanej post-ballady, z kolei jedenasta ponownie sięga po barwy post-industrialne, tu osiągane chyba sposobem realizacji nagrania. Wydaje się, że instrumenty leżą tu bezpośrednio na rozgrzanych mikrofonach. Końcowa improwizacja rodzi się na perkusyjnym werblu, pod mnóstwem hałasujących, drobnych przedmiotów. Tym razem oba dęciaki frazują wyjątkowo czystym tembrem, podrygują i efektownie podśpiewują. To owa zapowiadana, dynamiczna klamra świetnie reasumująca cały album.



 

The Mill Hill Quartet (Northover, Edwards, Magliocchi, Gussoni) Gust (Bandcamp’ self-released, CD 2024)

Red Shed Studios, Londyn, marzec 2024: John Edwards – kontrabas, Marcello Magliocchi – perkusja, instrumenty perkusyjne, Adrian Northover – saksofon sopranowy i altowy oraz Bruno Gussoni - shakuhachi, nohkan, ryuteki. Siedem improwizacji, 46 minut.

Kilka chwil temu włosko-brytyjskie combo muzykowało we Włoszech, teraz, już w kwartecie, muzyków spotykamy w Londynie, a rzecz dzieje się kilka miesięcy wcześniej. Na krążku odnajdujemy siedem improwizacji, z których dwie śmiało zasługują na miano rozbudowanych. Znów napotykamy na ocean filigranowych akcji i spięć, jednak album jako całość zdaje się pozostawać pod uwodzicielskim wpływem kreatywności kontrabasisty, który akcjami pizzicato & arco często redefiniuje ideę stevensowskiej molekularności. Co ciekawe, kwartet absolutnie nie dryfuje w kierunku free jazzu, częściej odnajdujemy go w mroku kameralnych, na poły dronowych ekspozycji.

Spokojna, minimalistyczna i repetytywna improwizacja otwarcia pokonuje drogę od zwiewnego, osadzonego na smyczku chamber do fazy wzmożonych, acz definitywnie molekularnych interakcji. Co intrygujące, akcje pizzicato studzą tu emocje, z kolei arco generują krótkotrwałe spiętrzenia. Drugą opowieść tworzy początkowo chmura preparacji. Narracja łypie okiem na post-jazz, hydrauliczna natura dętych przepoczwarza ją jednak w spacer ku mrocznej ciszy. Trzecia część trwa prawie jedenaście minut - startuje z pozycji rezonującej, onirycznej kołysanki, trwoni kilka chwil na post-jazzowe przepychanki, po czym odnajduje ukojenie w medytacji. Ciekawy dysonans wprowadzają tu dęciaki, które ponownie wracają do preparacji i zdają się być w tym dziele nad wyraz energiczne. Inauguracja czwartej odsłony przypada orientalnego fletowi i perkusjonaliom. Już w kwartecie muzycy sprawiają wrażenie poszukujących dynamiki, puentą odnajdują jednak w kolejnej fazie wystudzenia, tym razem skoncentrowanej wokół kontrabasowego gryfu. Piąta improwizacja jest tu tą najbardziej dynamiczną – prezentuje cztery zwinne linoskoczki w tańcu godowym, świetnie skomunikowane, doposażone adekwatnymi porcjami ekspresji, szczególnie w rozgrzanych tubach. Przedostatnia narracja trwa ponad osiem minut i powstaje z kilkunastosekundowej ciszy. Najpierw docierają do nas dęte nawoływania, potem do gry wchodzą kontrabas i perkusjonalia, precyzyjne niczym kocury znaczące teren. Opowieść formuje się w urokliwy dron, po czym nagle obumiera. Finałowa improwizacja jest krótką rozchodówką opartą na dronie smyczka, szeleszczących perkusjonaliach i dętych szumach.




wtorek, 10 września 2024

Marcello Magliocchi & Adrian Northover and their Time Textures!


Ilekroć na tych łamach padają jednocześnie dane personalne włoskiego perkusisty Marcello Magliocchiego i brytyjskiego saksofonisty Adriana Northovera, tylekroć wszelkie wątki recenzenckich podróży kierują się w ostatecznym rozrachunku w stronę Spontaneous Music Ensemble, szczególnie zaś Johna Stevensa muzykującego w towarzystwie Trevora Wattsa.

Bez wątpienia para artystów, których najnowszą płytę za chwilę szczegółowo umówimy, to improwizatorzy, którzy doskonale kultywują tradycję stevensowskich improwizacji. Są precyzyjni, świetnie wyczuleni na akcje partnera, często molekularni, tudzież atomistyczni, by użyć określeń, które tak świetnie opisywały lata temu wyczyny brytyjskich protoplastów gatunku.

Marcello i Adriana spotykaliśmy dotychczas najczęściej w formule tria, kwartetu, bądź kwintetu. W duecie improwizują bodaj po raz pierwszy. Na album składają się dwa nagrania poczynione dzień po dniu – pierwsze, to okoliczność w pełni studyjna, drugie zdaje się być zarejestrowane w obiekcie o większej kubaturze i pogłosie, ale zapewne także bez udziału publiczności. Poszczególne improwizacje trwają na ogół 3-4 minuty, jedynie trzecia przekracza dziewięć, a ostatnia zbliża się do pięciu minut. Koherentność dramaturgiczna, to także ważna przywara Włocha i Brytyjczyka. So, welcome!



 

Otwarcie albumu trwa tu niewiele ponad sto sekund, ale niesie ogrom emocji i ekspresji z obu stron. Świszczący sopran dość szybko łapie tu wspólny front z roztańczonymi talerzami. Muzycy szyją ścieg narracji drobnymi frazami, ale zgrabnie lepią je w kawalkady fonicznych zdarzeń. Druga historia rodzi się w chmurze drżącego rezonansu. I znów saksofon łapie świetny kontakt z błyskiem talerzy. Opowieść cudownie wygasa w pomrukach ciszy. Trzecia opowieść trwa prawie dziesięć minut i jest definitywnie epicką dramą. Nerwowe cmokanie saksofonu natrafia na intensywne szmery i szumy wprost z perkusyjnego werbla. Muzycy skrupulatnie budują opowieść, szukają niuansów brzmieniowych, intrygujących splotów dramaturgicznych. Magliocchi przemierza wielokrotną podróż od perkusjonalnych błyskotek po kompulsywne mikro eksplozje, Northover tańczy, zalotnie wzdycha, uśmiecha się z niemal watts’owską precyzją. Bywa, że artyści prawie lewitują, bywa, że radośnie skaczą i szukają zwady. Tymczasem w połowie improwizacji bez trudu odnajdują ciszę i prowadzą tam niekończące się dysputy o istocie dźwięku. Ów wspaniały odcinek albumu wieńczą ognistym tańcem.

Kolejne dwie improwizacje koncentrują się na melodii, dynamice i świetnie skonfigurowanej rytmice. O ile początek tej pierwszej bazuje na czystym brzmieniu, o tyle start tej drugiej syci się frazami preparowanymi. Ale i wtedy melodia dopada artystów i wynosi ich na ekspresyjny nieboskłon. Szósta improwizacja zdaje się być delikatnie wystudzona. Strumienie zimnego powietrza wprost z tuby saksofonu i minimalistyczne podrygi perkusji lepią się w pozornie leniwą narrację. Melodia tym razem omija muzyków, ale pod koniec coś intrygująco piszczy w zestawie perkusjonalnym.

Ostatnie trzy improwizacje powstały w innej przestrzeni. Pierwsza z nich jest solową ekspozycją Marcello, który pracuje na akcesoriach określonych tu jako sound sculpture. Niemal sakralne echo niesie strumień bijących dzwonów po niekończącej się przestrzeni. W ósmej części muzycy wracają do tańca! Echo obiektu powoduje wszakże, że ich pląsy brzmią nieco inaczej niż w okolicznościach studyjnych, są lżejsze, bardziej ulotne. Ekspresja i dynamika sprawiają, iż ten lot kończy się naprawdę wysoko, efektownie stymulowany mantrą powtórzeń. Finałowa opowieść trwa prawie pięć minut i w swej początkowej fazie sprawia wrażenie farewell song. Owa dęta lewitacja, delikatnie unosząca się nad drżącymi perkusjonaliami, z czasem nabiera energii wewnętrznej i adekwatnej melodyki. Rozbujany finał pięknie reasumuje to wyjątkowe spotkanie.

 

Marcello Magliocchi/ Adrian Northover Time Textures (Empty Birdcage, CD 2024). Marcello Magliocchi - perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Adrian Northover - saksofon sopranowy. Nagrane w Music Academy Recording Studio, Bari (utwory 1-6) oraz Trullo Lab (7-9), listopad 2022. Łącznie dziewięć improwizacji, 37 minut.

 

 

piątek, 16 lutego 2024

Shrike Records' 2023: Alex Ward! Eddie Prévost’ Chord! Northover, Magliocchi & Gussoni!


Londyńska inicjatywa wydawnicza Shrike Records wystartowała w ciężkich czasach pierwszego covidowego lockdownu, ale po trzech edytorskich latach ma już w katalogu szesnaście pozycji. Z drobnymi wyjątkami zawierają one soczystą, swobodnie improwizowaną muzyką ścisłe związaną ze światową stolicą gatunku, czyli Londynem i w przeważającej większości z muzykami, których śmiało możemy zaliczyć do legend, tudzież istotnych twórców tego kierunku muzyki współczesnej.

Na tych łamach jesteśmy ze Shrike od pierwszego albumu, zatem bez zbędnych introdukcji zagłębiamy się w płytach, które ukazały się w drugiej połowie ubiegłego roku i są pozycjami nr 12, 13 i 14 w katalogu. To trzy prawdziwe perły brytyjskiego free impro (z drobnym zaciągiem włoskim), trzy powody, by paść na kolana i prosić o niski wymiar kary. Dodajmy, iż tytuły te nie znalazły się w liście 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2023 jedynie dlatego, iż trafiły pod strzechy trybunowego recenzenta dopiero w styczniu bieżącego roku. Ale wszystkie one na ów zaszczyt bezwzględnie zasługują.



 

Alex Ward Items 6 & 7 The Recent Past

Cafe Oto, Londyn, lipiec 2022: Alex Ward – klarnet (utwór 1), gitara elektryczna (2), Hannah Marshall – wiolonczela (1), Andrew Lisle – perkusja (1,2), Otto Willberg – kontrabas (1,2), Benedict Taylor – altówka (1), Charlotte Keeffe – trąbka (1,2), flugelhorn (2), Cath Roberts – saksofon barytonowy (2), Sarah Gail Brand – puzon (2), Rachel Musson – saksofon tenorowy (2). Dwie kompozycje, 74 minuty.

Pośród formacji Alexa Warda, które zwinnie improwizują wedle wskazań i w obrębie dobrze skrojonych, kompozytorskich scenariuszy, znamy już Item 4 oraz Item 10. Na najnowszej płycie artysta prezentuje nam Item 6, który realizuje definitywnie model free chamber oraz Item 7, który zagłębia się w meandry ekspresyjnego free jazzu. W sekstecie zdominowanym przez instrumenty strunowe, a konsumującym pierwszy utwór albumu, Alex sięga po klarnet, w septecie, doposażonym w pokaźną watahę instrumentów dętych, a realizującym się w trakcie drugiego utworu, muzyk gra na gitarze elektrycznej.

Dźwięki otwarcia płyną do nas długimi, strunowymi frazami, incydentalnie stemplowanymi szarpnięciami kontrabasu. Tuż potem ma miejsce drobna ekspozycja dęta z molową melodyką. Narracja płynie zarówno czystymi frazami, jak i drobnymi preparacjami, za które odpowiedzialne są trąbka i altówka. Ta pierwsza zdaje się być najaktywniejsza w pierwszej części utworu i odpowiadać za niemal free jazzową eskalację, stymulowaną także akcją perkusji. Po drobnym szczycie sześcioosobowa formacja rozlewa się szerokim strumieniem, z aktywnym udziałem wszystkich aktorów widowiska. Strunowce narastają niczym letnia burza, a dodatkową atrakcją są post-jazzowe wtręty perkusji. Zgodnie wszakże z zapisami kompozycji następuje teraz efektowne zejście w mrok szemranych interakcji. Za kolejną akcję zaczepną odpowiada trio ekspresyjnego klarnetu, wspartego na basie i perkusji. I ta ekspozycja kończy swój żywot w strunowych lamentach. Zmiana goni tu zmianę, zatem dość szybko odnajdujemy się w strumieniu basowego pizzicato, podkreślonego feerią talerzy. Strunowce jednak nie odpuszczają i z gracją baletnicy wypuszczają na solową akcję altówkę. Zew krwi czuje także wiolonczela, która przejmuje główny nurt opowiadania, rozsiewając na scenie niemal folkową poświatę. Tu bystrym kontrapunktem jest wspólna inicjatywa klarnetu i trąbki. Na ostatniej prostej narracja powraca do strwożonego, kameralnego klimatu i gaśnie na głęboko osadzonym, kontrabasowym smyczku.

Edycja septetowa startuje dętymi śpiewami osadzonymi na kameralnie frazującym smyczku basu. Wokół mości się aktywna perkusja, a groźba free jazzu wisi nad wszystkim niczym miecz Damoklesa, szczególnie, gdy tembr gitary staje się dalece mięsisty. Flow nosi znamiona połamanego, ale wyjątkowo precyzyjnego. Świetną zmianę daje baryton wsparty na smyczku, a basowe pizzicato dolewa oliwy do ognia. Uspokojenie tego tygla emocji spoczywa na duecie puzonu i saksofonu. Nowy wątek znów korzysta ze smyczka, a niesiony jest kreatywnością gitary i trąbki. Nie przeszkadza to reszcie załogi udzierać kameralne interludium, które niespodziewanie kończy się w ciszy. Restart jest definitywnie kolektywny i dość szybko wyprowadza narrację na otwarte pole free jazzu, po drodze gubiąc sekundę na efektowny duet gitary i puzonu. W fazie ognistej na froncie dokazują szczególnie baryton i trąbka. Przez moment opowieść zasadza się na narracji dętego kwartetu, w którym każdy gra na innym poziomie intensywności. Piękny moment! Notyfikacja znów szykuje nam wszakże niespodziankę i bez mrugnięcia okiem przenosi w otchłań łagodności, melodii i dramaturgicznej powolności. Nowa akcja zaczepna zasadza się na ekspresji gitary i saksofonu, niesionych masywnym tembrem sekcji rytmu. Gitara szuka tu ściany dźwięku, ale znajduje mrok post-jazzu. Ostatnie trzy minuty, to już faza falling down, budowana posuwistymi, ale leniwymi pociągnięciami pędzla.



 

Eddie Prévost/ NO Moore/ James O’Sullivan/ Ross Lambert Chord

OneCat Studio, Crystal Palace, Londyn, lipiec 2022: Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne oraz NO Moore, James O’Sullivan i Ross Lambert – gitary elektryczne. Siedem improwizacji, 58 minut.

Eddie Prévost, mistrz rezonujących akcesoriów perkusjonalnych, artysta, który z krawędzi wielkiego talerza, zawieszonego na efektownym stojaku potrafi wyrzeźbić frazy dane tylko jemu, spotyka w okolicznościach studyjnych trzech gitarzystów, których zadaniem jest swobodnie improwizowanie w chmurze post-gitarowych preparacji, wyjątkowo silnie nasączonych odczynem kwasowym. Każda z siedmiu opowieści tego albumu mieni się szczególnym pięknem, kolorytem subtelnej, ale totalnej psychodelii.

Schemat dramaturgiczny większości improwizacji jest tu podobny – najpierw ma miejsce gitarowa introdukcja, realizowana zarówno w pojedynkę, jak i kolektywnie, jakby w oczekiwaniu na ruch perkusjonalisty. Ten wchodzi do gry po pewnym czasie i błyszczącym, rezonującym talerzem porządkuje narrację, często tłocząc ją w wielką chmurę ambientu, ale także stymulując gitarzystów do dalszych akcji, które niosą pokaźny nerw kreatywności. Praca gitarzystów ma tu wyjątkowo szerokie spektrum dźwiękowe. Od drobnych plam typowych dla gitarowych przetworników, przez drżenia, pulsacje, szumy, zgrzyty i sprzężenia, aż po brzmienia, które wydają się być niemal elektroakustyczne. Opowieści toczą się tu od lewitującej ciszy aż po smugi post-industrialnej smoły. Potok fonii przypomina strumień płynnej, powulkanicznej lawy. Narracje są często stonowane, smukłe i oniryczne, ale efektownie kontrapunktowane eksplozjami mikro hałasu, tu generowanymi nade wszystko wielkim, rezonującym talerzem. Aura backgroundu jest także bogata, często sycona szumem gitarowych amplifikatorów. Koloryt narracji jako całości mieni się przeogromną paletą barw, a sytuacja, w której możemy bez omyłki wskazać źródła poszczególnych dźwięków lub liczbę gitar frazujących w danej chwili należy tu do rzadkości. Także akcje Prévosta, które nie koncertują się na rezonansie talerza i chętnie wtapiają w post-gitarowe wyziewy, stanowić mogą asumpt dla dysonansu poznawczego odbiorcy.

Pierwsze pięć improwizacji trwa tu od pięciu do dziewięciu minut. Szósta jest nieco krótsza, choć wyjątkowo bogata w wydarzenia, skoncentrowana wszakże na dźwiękach niekiedy bliskich ciszy. Zdaje się być perfekcyjnym podprowadzeniem pod ostatnią część, która trwa ponad kwadrans. Jej początek syci się mnóstwem elektroakustycznych niespodzianek dźwiękowych. Słyszymy tajemnicze odgłosy dochodzące z oddali i moc talerza, który tym razem zagęszcza flow i stawia niebanalne znaki zapytania. Z jednej strony mgławice gitarowej post-psychodelii, nie bez industrialnie brzmiących wtrętów i nerwowy ambient tła, z drugiej rezonujący talerz, swoisty demiurg dramaturgii, który czuwa nad całością, ale też chętnie wchodzi w interakcje, zwłaszcza z bardziej delikatnymi frazami gitarzystów. Przez ostatnie trzy minuty opowieść tonie w pogłosie, pełnym brzmieniowych subtelności.



 

Adrian Northover/ Marcello Magliocchi/ Bruno Gussoni The House On The Hill

Monteggiori Studios, Włochy, lipiec 2023: Adrian Northover – saksofon sopranowy, Marcello Magliocchi – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Bruno Gussoni - flety, shakuhachi. Trzynaście improwizacji, 51 minut.  

Post-stevensowski small drum kit i dwa lekkie, roztańczone, acz definitywnie czupurne dęciaki w kompulsywnej, jakże swobodnej improwizacji. Tym triem zachwycaliśmy się onegdaj i bez cienia wątpliwości umieściliśmy jego album na którymś z rocznych, trybunowych the best-off. Tym łatwiej jest nam teraz zatopić się bez reszty w nowej, studyjnej rejestracji tej włosko-brytyjskiej formacji bez nazwy własnej.

Pieśń otwarcia zdaje się wyznaczać zasady gry na tym albumie. Tworzą ją pokrzykujący saksofon sopranowy i flet pozostające w godowym, nierzadko imitacyjnym tańcu i nerwowe, wielowymiarowe percussion & drums (dokładnie w tej kolejności!), budujące pajęczynę, przez którą nie prześlizgnie się nawet najmniejszy owad. Muzycy świetnie panują tu nad emocjami, ale wielokrotnie dają się unieść swym gorącym temperamentom. Od ptasich small talks, po posuwiste drony lekkich, rozhuśtanych fraz, a wszystko obudowane stevensowskim, niemal unoszącym się w powietrzu drummingiem, który świetnie kontrapunktuje dęte wyczyny. Dęciaki pracują w bardzo szerokim spektrum dźwiękowym, choć po definitywnie preparowane frazy sięgają rzadko. Perkusjonalista czyni to częściej, ale bez szwanku dla dynamiki całości, a jego techniki rozszerzone mają jedynie wzbogacać narrację, nie są zaś celem samym w sobie.

Pośród trzynastu opowieści zamieszczonych na płycie trzy są miniaturami, kolejne dziewięć to rozbudowane, kilkuminutowe historie o intrygującej dramaturgii, a wszystko wieńczy najdłuższa improwizacja, który udanie reasumuje całe przedsięwzięcie. Na albumie dominują dynamiczne ekspozycje, często inicjowane efektownymi brzmieniowo introdukcjami. Na tle tych ekspresyjnych galopad szczególnie urokliwie jawią się opowieści bardziej spokojne, czy wręcz zadumane, jak choćby druga faza szóstej improwizacji, także siódma, wreszcie wyjątkowo mroczna dziesiąta. W dwunastej odsłonie mamy szumiące otwarcie dęciaków, a akcja perkusjonalna pojawia się dopiero po kilku pętlach narracyjnych. Całość, tak czy inaczej, popada we frywolny taniec. Wspaniałym podsumowaniem albumu jest końcowa improwizacja, którą zaczynają perkusjonalne preparacje, a w których uczestniczą także flecista i saksofonista, budujący ramy post-rytmu na bliżej niezidentyfikowanych przedmiotach (lub na korpusach swoich instrumentów). Dęte frazy pojawiają się dopiero po czasie, a cała improwizacja zdaje się być rytualną, pięknie celebrowaną, plemienną fiestą radości i zadumy. Jak już kiedyś o tej formacji pisaliśmy – spuścizna artystyczna Spontaneous Music Ensemble ma w tych trzech muzykach wspaniałych kontynuatorów.



piątek, 5 marca 2021

Magliocchi, Northover and Van Schouwburg in the neverending spiral of free improvisations!


Uważni Czytelnicy Trybuny być może zauważyli, iż jednym ze stałych motywów publikowanych tu tekstów jest poszukiwanie we współczesnej muzyce śladów inspiracji dokonaniami najważniejszej formacji swobodnej improwizacji, jaką była Spontaneous Music Ensemble – muzyczna idea kreowana przez prawie 30 lat przez Johna Stevensa, a na początku tej drogi, także przez m.in. Trevora Wattsa i Paula Rutherforda.

Jeśli którejkolwiek ze współczesnych formacji gatunku możemy przypisać najwięcej artystycznych powinowactw z SME, to jest nią – te słowa też padły już w tym miejscu – brytyjsko-włoski The Runcible Quintet. Faktów uzasadniających ową tezę szukajcie na płytach, jakie ma w dorobku ów ansambl, a jakie zostały – co oczywiste – z gromkim entuzjazmem omówione na tych łamach przez Pana Redaktora.

Czasy wiecznej cholery, jakiej doświadczamy od roku, sprawiają, iż wspólne granie – zwłaszcza dla formacji, której muzycy nie mieszkają na jednej ulicy – zaczyna stanowić problem, nie tylko w wymiarze koncertowym. Tak właśnie stało się z The Runcible Quintet. Przybywający w trakcie pandemii wyłącznie w rodzinnych stronach włoski perkusjonalista Marcello Magliocchi nie może muzykować z pozostałymi członkami grupy, którzy na ogół funkcjonują w obrębie aglomeracji londyńskiej. Zatem nie dziwi nas zupełnie fakt, iż ci ostatni postanowili zagrać koncert jako The Runcible Quartet, a wyimprowizowany utwór nazwali One (For Marcello Magliocchi).

Za moment dowiemy się, jak przebiegła owa improwizacja, a zaraz potem ów skromny koncert stanie się pretekstem do omówienia kilku frapujących płyt muzyków związanych z The Runcible Quintet, a także belgijskiego wokalisty, wydawcy, autora jednego z najciekawszych blogów o muzyce improwizowanej Orynx, Jean-Michela Van Schouwburga, który z muzykami tworzącymi The Runcible grywa regularnie i równie często o nich pisze! Przed nami osiem płyt wydanych w trakcie ostatnich kilkunastu miesięcy i prawdziwa pajęczyna powiązań personalnych!

 


The Runcible Quartet  One (For Marcello Magliocchi) (self-released, DL 2021)

Naszą dzisiejszą marszrutę zaczynamy w Londynie, w klubie Iklectik, gdzie improwizację dedykowaną nieobecnemu Marcello Magliocchiemu grają: John Edwards (kontrabas), Neil Metcalfe (flet), Daniel Thompson (gitara akustyczna) oraz Adrian Northover (saksofon sopranowy). Nagranie z grudnia ubiegłego roku, składa się z jednego, niespełna 27-minutowego traku.

Koncert (być może bez oklasków) otwiera kontrabas, szarpany za struny i traktowany smyczkiem. Obok oddycha saksofon i cała przestrzeń klubowa (tu chyba nieco większa niż zwykle). Pierwsze frazy gitary są czyste i zalotne, to samo można powiedzieć o flecie. Kwartet kreuje całkiem gęstą (ale lekką!), niezwykle swobodną, ekstremalnie kolektywną narrację. Od czasu do czasu zmysł dramaturgiczny smyczka ciągnie opowieść intensywnie ku górze, by za chwilę upuścić ją na samo dno. Raz za razem mamy tu krótkie ekspozycje duetowe – najpierw flet i saksofon, potem gitara i kontrabas, niepozbawione komentarzy akompaniatorów. Kwartet w spokojniejszych frazach pachnie zmysłowym chamber, gdy zaś krótkotrwale stawia na dynamikę, też nie szuka jazzowych grepsów, nawet w sytuacji, gdy flow ciągnie ciepłe pizzicato kontrabasu.

Opisując ten krótki koncert można niemal bez przerwy wskazywać na małe, akustyczne perełki. W 12 minucie natrafiamy na intrygujący moment w estetyce dark chamber, zaraz po nim efektowny peak sopranu na tle basu i gitary, wreszcie flet, który energicznie wpada w ów tygiel zdarzeń i plecie cuda z dźwiękowych drobiazgów. Gdy na moment milknie kontrabas, pozostała trójka zaczyna śpiewać po ptasiemu z dziką radością i swobodą. Po koniec drugiej dziesiątki minut mamy nawet w pełni solowy incydent saksofonu, który oddycha mrocznym echem. Opowieść toczy się już do końca z pewną konwencją – dęciaki śpiewają, a strunowce szukają kantów i bardziej zadziornych fraz. Po małym wzniesieniu, na zakończenie mamy już wielkie rozlewisko wyłącznie pięknych dźwięków, gdzie flet brzmi jak sopran, a sopran brzmi … jak flet. Kontrabas ostatni raz próbuje jeszcze zasiać dramaturgiczny ferment, ale instrumenty dęte zdają się być już zbyt rozmarzone. A na finał … jednak oklaski!

 


Magliocchi/ Bohman/ Northover  Föhn (self-released, DL/CD-r 2020)

Sporo już powiedzieliśmy o Marcello Magliocchim, czas zatem na płytę z jego udziałem. Proponujemy trio bez nazwy własnej, w ramach którego Włoch, poza standardowym zestawem perkusyjnym, będzie używał rozbudowanego akcesorium perkusjonalnego, a także czegoś, co sam nazwał sounding sculptures made by A.Dami. Towarzyszą mu: Adam Bohman – głos i obiekty preparowane (niewykluczone, że okazjonalnie podłączone do prądu) oraz Adrian Northover – saksofony oraz akcesoria wydające dźwięki syntetyczne, tu nazwane theremin i wasp synthesizer. Nagranie studyjne z Londynu (rok nieznany) składa się z piętnastu części, które trwają 48 minut i kilka sekund.

Płyta, to pięć nieco dłuższych improwizacji i dziesięć miniatur, które trwają czasami mniej niż dwie minuty. Mimo tak dużego poszatkowania materiału dźwiękowego, całe nagranie ma swój definitywny ład dramaturgiczny. Pierwsze dwa fragmenty, to typowe utwory otwarcia, które pokazują całe spektrum możliwości muzyków i bogatego arsenału dźwiękowych środków wyrazu. Utwory od trzeciego do ósmego (z małym wyjątkiem) zdominowane są przez incydenty elektroakustyczne, głos i mnóstwo preparowanych dźwięków, niekiedy zupełnie ze świata fake sounds. Począwszy od improwizacji numer dziewięć muzycy zapraszają nas do świata medytujących, akustycznych fraz saksofonu i perkusjonalii, który zdobią elektroakustyczne ornamenty. Nie trzeba być specjalnym znawcą preferencji redakcji, by domyśleć się, że ostatnia część płyty podoba się nam zdecydowanie bardziej niż wcześniejsze, także bardzo udane, próby wielowymiarowej improwizacji na dziesiątki tajemniczych i nie do końca rozpoznawalnych dźwięków.

W pierwszej improwizacji szczególnie podoba nam się saksofon sopranowy, który wije się jak wąż pomiędzy brzmieniem percussion, a elektroakustyką obiektów, przywołując w pamięci minimalistyczne frazy Trevora Wattsa ze wspaniałych czasów SME. W trzeciej improwizacji pojawia się recytujący głos oraz plejada dźwięków elektroakustycznych, których dominacja nie podlega dyskusji. Wiele akcji wszakże cieszy ucho, zwłaszcza skutecznych prób zaistnienia w tym tyglu zdarzeń saksofonu. Dużo dobrego nieoczywistymi pomysłami wnosi Magliocchi, który gongami i rezonującymi talerzami sieje sporo dramaturgicznego fermentu. Piąta improwizacja, wbrew trendowi, jaki zarysowaliśmy wcześniej, stawia na perkusjonalia i ciepły saksofon. Ale to tylko pozór, bo w kolejnej części słyszymy już syntezator i całe morze intrygujących fake sounds. W ósmej odsłonie do głosu dochodzi saksofon, który wystudza elektroakustykę i podprowadza nas pod zasadniczą część płyty. W kolejnych utworach artyści tłumią dynamikę, szukają głębi i pogłosu, medytują, a ich improwizacje stają się coraz dłuższe. Coraz więcej dobrego dostarcza saksofon, który co rusz stawia stemple jakości. W najdłuższej, czternastej części podekscytowany dęciak dostaje się w mroczny, elektroniczny tunel, który zaskakująco udanie podkreśla doskonałą robotę Northovera. Finał stawia na rezonans i spokojniejsze frazy. Brzmią ceremonialne gongi, jest małe expose na bongosach, wreszcie precyzyjne gaszenie płomienia narracji przez wszystkich muzyków. Za ostatnie frazy, ale także za całość - gromkie brawa!

 


The Bellowing Earwigs  The Perpendicular Giraffe Compartment (FMR, CD 2020)

Adrian Northover ciągle jest z nami (saksofon, ale incydentalnie także mbira i melodica), podobnie Adam Bohman (obiekty amplifikowane), a dołączają do nich: powracający w dzisiejszym zestawieniu - Daniel Thompson (gitara akustyczna) oraz anonsowany w preambule tego tekstu - Jean-Michel Van Schouwburg (głos). Na płycie słyszymy studyjną rejestrację z roku 2015, która składa się z siedmiu improwizacji, a trwa niespełna trzy kwadranse.

Zapraszamy na spektakl akustycznego (choć chwilami amplifikowanego), post-industrialnego tygla niemal wyłącznie ekscytujących dźwięków! Szumiąca tuba saksofonu, która szuka tajemniczych, preparowanych fraz, głos, który jęczy, gada, szemra, gdacze i strzela post-operowymi salwami do samego nieba, nieustannie pętląca się gitara, pełna uroku, ale i dramaturgicznych kantów, wreszcie tajemnicze obiekty, które wypełniają każdą wolną przestrzeń narracji - ciasnej, gęsto usianej dźwiękami, ale lekkiej, frywolnej, pozbawionej niskich rejestrów, niemal ulotnej improwizacji. Muzycy chętnie wchodzą tu w interakcje duetowe (Thompson i Northover, co rusz stawiają stemple wyjątkowej jakości, jak choćby w drugiej i czwartej części), czasami wszystkie żywe dźwięki zdają się topić w elektroakustycznej poświacie obiektów (jak w części piątej), innym razem – działając bardziej separatywnie, brną po złote runo, często stymulowani dynamiką i ekspresją wokalisty. Ten ostatni przypomina rannego tygrysa w opuszczonym lunaparku - zdolny jest wydać każdy dźwięk, który sprawi, że partnerzy skoczą w ogień jego temperamentu.

Najdłuższa, czwarta improwizacja niesie ze sobą ocean preparowanych dźwięków, mnóstwo nieodgadnionych fake sounds i głos, który tańczy niczym zagubiony śpiewak operowy na silnych opiatach. Ten ostatni wiedzie tu prym, a gdy na chwilę odpuszcza, urokliwe wgryza się w poszarpane frazy kolegów. Na finał tej smakowitości wszyscy artyści zdają się śpiewać jednym głosem. Jeszcze bardziej urokliwa jest szósta improwizacja. Zaczyna ją burczenie wokalisty i oddechy wyjątkowo suchej tuby. Obok napięte do granic wytrzymałości struny gitary i szemrzące obiekty. Narracja kołysze się na wietrze i co chwilę wybucha akustycznymi fajerwerkami. Gitara lepi się z amplifikacjami obiektów, a wokalista zaczyna gdakać, jak Kaczor Donald, czym stymuluje dynamikę całej ekspozycji. W ostatniej części, nim wszyscy muzycy zlepią się w akustyczny, jakże kolektywny dron, cichy bohater ostatnich trzech kwadransów, Van Schouwburg brzmi jak kolejny, amplifikowany obiekt. What a fake one!

 


 

Gouvea/ Northover/ Mattos  Cajula (FMR, CD 2020)

Kontynuujemy odsłuch muzycznych szaleństw z udziałem Adriana Northovera! Tym razem trio ze znaczącymi muzykami sceny londyńskiej, choć pochodzącymi z dalekiego świata. A zatem, obok Adriana (tu: saksofon altowy i sopranowy) - Marilza Gouvea (głos) i Marcio Mattos (wiolonczela i elektronika). Na płycie Cajula odnajdujemy dwie rejestracje – studyjną z maja 2019 roku (utwory 1-2) oraz koncertową z października tegoż roku (Iklectic, utwory 3-5). Całość swobodnych improwizacji tria potrwa blisko 48 minut.

W części studyjnej narracja budowana jest na ogół przez smyczek wiolonczeli, kobiecy, zalotny, równie lubieżny, jak zabawny głos i dość wysoko zawieszony tembr saksofonu sopranowego. Ważną tu postacią jawi się wokalistka, której frazy efektownie kleją się zarówno do dźwięków strunowca, jak i lekkich podmuchów dęciaka. Marilza chwilami gwiżdże, brzmi niczym bazyliszek, świetnie łączy recytacje z preparowaniem własnego głosu, a w drugiej części wydaje dźwięki przypominające perkusjonalne przeszkadzajki i piszczałki (jeśli, to tylko jej głos, padamy na kolana!). Opowieść tria, to rodzaj rozhuśtanej, bardzo swobodnie improwizowanej kameralistyki, świetnie skomunikowanej, koherentnej i tworzonej nad wyraz kolektywnie. Muzycy zdają się płynąć chwilami dość separatywnymi strumieniami, ale wszystko dobrze tu do siebie pasuje, dramaturgicznie trybi i niesie nam wyłącznie udane wrażenia słuchowe. Doskonale radzą sobie w sytuacjach stabilnych pod względem dynamiki, a gdy uderzają w dzwony ekspresji, efekt jest równie wartościowy.

Część koncertowa, dłuższa, z jedną z ekspozycji, która trwa prawie 21 minut, do wskazanych wyżej zjawisk dokłada elektronikę, która sączy się spod gryfu wiolonczeli lub działa całkowicie od instrumentu niezależnie. Efekty pracy Mattosa są w przeważającej części bardzo udane i może jedynie środkowa część owej najdłuższej improwizacji zdaje się być nieco przeładowana dźwiękami syntetycznymi. Trzecia część płyty, a pierwsza koncertu, wydaje się być nad wyraz zjawiskowa – osnuta onirycznym ambientem, budowanym przez delikatnie amplifikowane cello, kształtuje narrację w formę wzajemnie przenikających się dronów. Równie błyskotliwe jest pierwsze dziesięć minut owej najdłuższej części. Instrument Mattosa brzmi potężnie, niczym kontrabas, a głos i saksofon, delikatnie skąpane w elektronice, płyną drobnymi, zadziornymi i niezwykle urokliwymi frazami, godnymi zarówno historii SME, jak i współczesności The Runcible Quintet! Szczególnie piękny jest moment, gdy głos i dęciak imitują się wzajemnie. Ostatnia improwizacja, to rodzaj zgrabnego i krótkiego encore. Mattos gra pizzicato, Gouvea gwiżdże, a Northover szumi. Mrok tajemnicy, oniryczna aura suspensu i post-elektroniczne mgławice budują flow, który nabiera z czasem dynamiki i udanie podsumowuje tę wyśmienitą płytę.

 


Magliocchi/ Metcalfe/ Wacrenier  Ritual For Expansion (LFDS Records, CD 2020)

Dajemy odpocząć Adrianowi, a na naszą recenzencką scenę zapraszamy ponownie Marcello Magliocchiego (tym razem zagra tylko na perkusji). W jakże zgrabnym trio bez nazwy własnej towarzyszyć mu będzie weteran sceny free improv, który grywał z SME (!), zaś od zawsze jest członkiem The Runcible Quintet – flecista Neil Metcalfe. Skład domyka pianista Paul Wacrenier (także używający mbiry). Nagranie koncertowe z września 2018 roku (Chilly Jazz Congress, Austria) jest nieprzerwanym strumieniem dźwięków, ale dla wygody słuchaczy zostało podzielone na pięć części. Zapraszamy na improwizowany spektakl, wyjątkowo silnie (jak na klimaty dzisiejszej opowieści) osadzony w open jazzowej stylistyce. Całość trwa niespełna 40 minut.

Zgodnie z anonsem otwarcie koncertu stawia na swobodny, jazzowy feeling. Inteligentny, lekki drumming, skory do dramaturgicznych intryg flet i nieskomplikowane dźwięki piana wprost z czarnych i białych klawiszy. Dość szybko muzycy pokazują nam, iż dramaturgiczny zwrot ku estetyce contemporary/ chamber (tu z echem talerzy) może być ich dużym atutem. W tej części nagrania podkreślmy także piękne expo fletu na tle ambientu perkusjonalii. Narracja toczy się bardzo zwinnie, raz za razem przejawia skłonności ku eskalacjom (piano!), ale także bystrze szuka ciszy i przestrzeni na kreatywny rezonans, trochę małych gierek w podgrupach, tudzież minimalistyczne pasaże czarnych klawiszy. Jeśli opowieść chyli się ku jazzowym frazom, to na ogół zasługa pianisty, jeśli brnie w bardziej abstrakcyjne formy, to robota drummera i flecisty, który w tym gronie zdaje się być szczególnie multigatunkowy. Zupełnie przy okazji zwróćmy uwagę, iż trzeci odcinek pięknie gaśnie przy odgłosach … tancerek, stukocie ich butów i oddechach (wedle opisu płyty były one częścią spektaklu).

Wejście w czwartą część koncertu akcentuje nade wszystko Metcalfe. Jego flet rodzi się z post-akustycznej pożogi niczym błysk porannego słońca. Do gry po raz pierwszy wchodzi zmysłowa mbira, która kreuje nieco oniryczny nastrój, a szum perkusyjnych błyskotek dopełnia obrazu całości. W finałową część koncertu znów wchodzimy pod batutą fletu, który delikatnie preparuje dźwięk. Przez niemal trzy minuty prowadzi intrygujący dialog z perkusją. Powrót piana wyprowadza koncert na ostatnią prostą. Rośnie nowy jazz, którego bystra dynamika eskaluje potok dźwięków. Flet po zaczerpnięciu oddechu inteligentnie włącza się w ów tygiel emocji. Swawolne kind of acoustic power trio zwinnie dobiega do kończących spektakl burzliwych oklasków.

 


876 Trio  Boost Off (FMR, CD 2020)

Prezentowane tu cyfrowe trio tworzą: Matthias Boss (skrzypce), Marcello Magliocchi (instrumenty perkusyjne) oraz Jean-Michel Van Schouwburg (głos). W kolekcji nagrań koncertowych, powstałych w latach 2014-2016 (Włochy, Austria), muzyków bazowych wspierają w charakterze gości: Roberto Del Piano (bas elektryczny, wbrew opisowi płyty jedynie w utworze drugim) oraz Jean Demey (kontrabas, w utworze piątym). Płyta składa się z czterech krótkich improwizacji i tej piątej, najdłuższej, która stanowi pełny zapis trwającego blisko trzy kwadranse koncertu (który de facto ma swoje trzy podczęści). Reasumując – zapraszamy na niemal pełną godzinę zegarową bystrej, chwilami niezwykle efektownej, nad wyraz swobodnej improwizacji.

Jak już wspomnieliśmy, pierwsze cztery utwory na płycie, to stosunkowo krótkie improwizacje, być może nawet fragmenty dłużnych ekspozycji dźwiękowych. Pierwsza, to w zasadzie duet chroboczącego gardła wokalisty i przedmiotów tańczących na werblu. W drugiej muzycy stawiają na emocje i dynamikę, chwilami wręcz ocierają się o free jazz. Pojawia się elektryczny bas, który jednak częściej zdobi narrację łagodnymi slajsami niż buduje bazę rytmiczną. Narracja toczy się wartko, a szczególną jakość dają imitacyjne zagrywki głosu i skrzypiec. Kolejny, wyjątkowo krótki epizod, to niemal wyłącznie popis Jean-Michela, który płynie na poły melodyjnym, post-operowym tembrem wprost w ramiona skrzypiec i lśniących perkusjonalii. Z kolei odcinek czwarty stawia na drobiazgi, mikro frazy, skromny rezonans talerzy, strun i oddechu wokalisty. Tak tutaj, jak i we wszystkich poprzednich częściach, mający dużo swobody Van Schouwburg, co rusz sieje dramaturgiczny ferment, a jego możliwości głosowe zdają się nie mieć kresu.

Także i jego uznać możemy za wiodącą postać koncertu poczynionego w kwartecie. Zaczyna go solowym potokiem dźwięków, który moglibyśmy nazwać umownie bardzo efektowną fonicznie odmianą głoski ż przez przypadki. Do dotychczasowej formuły tria dużo dobrego wnosi kontrabas, czasami ciepły i spolegliwy, innym razem siejący grozę i szefujący rozwojem sytuacji scenicznej, prawie wyłącznie traktowany przez muzyka smyczkiem. Opowieść śmiało możemy sytuować w estetyce free chamber. Muzycy świetnie na siebie reagują, ciągle coś zmieniają w swojej grze i w obrazie całej improwizacji. Dobrze tłumią emocje, jeszcze lepiej nimi eksplodują. Snują niekończące się pętle, pełne kreatywności. No i głos wokalisty - ciągle w kontrze, wciąż prowokujący do aktywności, bardzo często wyznaczający kierunek improwizacji. Koncert po części zasadniczej, trwającej ponad 27 minut, ma jeszcze dwie dogrywki. Każdą z nich rozpoczyna Van Schouwburg. Najpierw cudownie sepleni po francusku, gada, opowiada historię, pastwi się nad pojedynczymi głoskami i słowami. W otwarciu ostatniej części koncertu sprawia wrażenie, jakby grał na grzebieniu. Po chwili zdajemy sobie sprawę, że to jednak tylko głos. Brzmi elektroakustycznie – filigranowa, niemal beat-boxowa ekspozycja, dźwięki wydawane samymi wargami. Brawo!

 


Sverdrup Balance  Isla Decepción (FMR, CD 2019) *)

Nie pozostaje nam nic innego, jak kontynuować spotkanie z magicznymi sztuczkami Jean-Michela Van Schouwburga. Tym razem trio z nazwą własną, w którym odnajdujemy kolejnego weterana brytyjskiego free impro, mistrza kabli i syntetycznych incydentów dźwiękowych – Lawrence’a Casserleya, tu pracującego przy pomocy signal processing instrument. Składu tria dopełnia pianistka Yoko Miura (także używająca melodeonu oraz toy piano). Dwa nagrania z tego samego dnia (!), z końca października 2018 roku (Bruksela) – pierwsza i ostatnia improwizacja zarejestrowana w trakcie koncertu, cały zaś środek płyty, to efekt spotkania studyjnego. Łącznie ponad 58 minut.

Delikatne, chwilami minimalistyczne, czasami klasycyzujące piano, elektronika, która zdaje się żyć własnym życiem, ale tak często wchodzi w interakcje z żywymi dźwiękami, iż wielokrotnie mamy wrażenie, że także live processing jest tu jedną z aktywności Anglika, wreszcie głos, doprawdy jedyny w swoim rodzaju – syntetycznie brzmiący beat-box (to już znamy z poprzedniej płyty!), rozmowy z samym sobą, końskie rżenie i kacze gdakanie, przedrzeźnianie instrumentów (ale także własnych fraz), syczenie, bulgotanie, podśpiewywanie i bolesne pojękiwanie – one man, one throat orchestra! Do tego artystyczna bezczelność, zgoda na brawurę, ale i całkowity brak złych pomysłów i decyzji na scenie!

Pierwsza improwizacja budowana jest na zasadzie dychotomii – minimal piano and electronic, maximalism of voice! Świetną robotę teraz, i w trakcie całego nagrania, czyni tu Casserley – wiecznie mąci spokój ekspozycji piana, wgryza się w gęstwinę wokalistyki, komentuje wszystko, niczym satyryk w dobrym teatrze, dba także o dramaturgię całości - prawdziwy cerber dobrego smaku i mistrz ceremoniału improwizacji. Narracja toczy się od ambientowych, onirycznych plam, po salwy ekspresji, kontrapunktowane stemplami post-contemporary piana i meta operowymi grepsami głosu. Druga opowieść pokazuje, iż nawet tak wątłe instrumentarium jest w stanie płynąć na dużej dynamice i nieźle hałasować, po czym bardzo efektownie stopować i plątać się w ciszy. Czwarta część wydaje się dość nerwowa, pełna niepokoju, piąta znów stawia na minimalizm, szósta zaś przyobleka zdecydowanie ciemne barwy. Ósma część, to kolejna perełka od Jean-Michela – muzyk szumi i gwiżdże na tle ambientu post-piana i szelestu szorstkich kabli. Ostatnia część płyty dodaje do obrazu całości kilka stempli elektronicznych usterek, twarde piano i nucący przy goleniu głos. Być może jest odrobinę za długa, ale w końcu, jak tu wszyscy jesteśmy, w czasach pandemii mamy nad wyraz dużo czasu na słuchanie dobrej muzyki!



Spime  Spime 2019: Cosmic and Spontaneous Gestures (LFDS Records, CD 2020)

Na zakończenie naszej szaleńczej podróży po najnowszych dokonaniach Włocha, Anglika i Belga zapraszamy na wielki finał! Kolektyw improwizatorów Spime funkcjonuje pod szyldem francuskiego wydawcy (może i także francuskiego budżetu), a jednoczy w sobie muzyków z Portugalii, Włoch, Danii i właśnie Francji. W gronie muzyków związanych z tą ciekawą inicjatywą odnajdujemy Marcello Magliocchiego (perkusja), a także kilku innych dobrych znajomych. Nagranie zamieszczone na płycie jest kompilacją wspólnych rejestracji trzynastu muzyków, jakie miały miejsce w trakcie trzech dni marca 2019 roku we Francji. Nim opowiemy o dźwiękach, zaprezentujmy personalia pozostałych dwunastu muzyków tworzących Spime: Jean-Michel Couchet i Mia Dyberg (saksofony altowe), Jonathan Aardestrup (kontrabas), Yoram Rosilio (kontrabas, perkusjonalia), Pedro Santo (perkusja), Sandra Giura Longo (flet), Niels Mestre (gitara elektryczna), Paulo Chagas (obój, saksofon sopranowy, flet), François Mellan (sousaphone), Carlo Mascolo (puzon), Jerôme Fouquet i Nicolas Souchal (trąbki). Nagranie składa się z szesnastu części (zarówno kompozycji, jak i improwizacji), trwa 52 minuty z sekundami.

Na krążku odnajdujemy zatem naprawdę dużo krótszych i dłuższych epizodów, ale wszystkie one są idealnie sklejone i możemy odnieść wrażenie, że jesteśmy na koncercie, który zdaje się być nieprzerwanym ciągiem dźwiękowym. Cosmic and Spontaneous Gestures, to misternie skonstruowana, bardzo przemyślana i dobrze ustrukturyzowana opowieść. Krótkie, aranżowane interludia i dłuższe, improwizowane fragmenty są tu ogólnie obowiązująca zasadą, acz niestosowaną zbyt rygorystycznie. Mamy zatem też kilka krótkich improwizacji, a także długie kompozycje (choćby na zakończenie płyty). Muzycy w poszczególnych utworach nieustannie się rotują - od duetu, po dziesięcioosobowy skład (innymi słowy – nigdy nie grają razem wszyscy muzycy zaangażowani w trzydniową sesję). Płytę zaczyna sześciosekundowa salwa orkiestry, a zaraz po niej … dwudziestosekundowa kompozycja, która jest jedynie tematem podanym unisono. Potem jakże płynnie przechodzimy do improwizowanych i komponowanych części trwających nieco dłużej. Zwróćmy uwagę na najciekawsze fragmenty tego spektaklu.

Trzecia część, to improwizacja w trio ze świetną ekspozycją puzonu. Piąta, to hard-bopowy rytm grany przez kontrabasistę (także kompozytora), wokół którego toczą się małe, dęte igrzyska, pełne udanych, improwizowanych fraz. Dziewiąta, to open jazzowy kwartet z bardzo śpiewnym motywem, granym na oboju. Jednym z najmocniejszych punktów płyty jest dziesiątka – swobodna improwizacja, początkowo silnie sonorystyczna w posmaku, w dalszej części świetnie wyprowadzona na free jazzowe pole, grana przez septet. Jedenasta część, to wyłącznie głosy, którą bawią się w polityczną retorykę. Czternastka, to zmysłowy duet głosu i perkusjonalii Magliocchiego. Wreszcie ostatnie dwa utwory na płycie – kompozycje, które stanowią zaczyn dla efektownych i błyskotliwych improwizacji. Piętnastka, to znów kwartet z obojem, który skutecznie szuka akcentów kameralistycznych. Sam finał wydawnictwa, to popis tentetu – kolejna kompozycja kontrabasisty, który rysuje ścieżkę, po której podążają wyśmienici soliści, wyposażeni na ogół w instrumenty dęte. Kolektywnie i bardzo ekspresyjnie. Brawo!

 

*) całkiem niedawno trio opublikowało kolejną płytę (już w pełni koncertową), zatytułowaną Arcturus. Zapewne niebawem, i o niej skreślimy kilka słów.



czwartek, 25 czerwca 2020

The Runcible Quintet! Three!


Pięć, cztery, trzy…. – to nie finałowe odliczanie, a jedynie tytuły kolejnych płyt Runcible Quintet, formacji brytyjskiej, złożonej z muzyków kilku pokoleń, po prawdzie dowodzonej organizacyjnie przez Włocha, wreszcie mającej pomysł na muzykę swobodnie improwizowaną, któremu współcześnie być może najbliżej do gatunkowego ideału, czyli Spontaneous Music Ensemble.

Na łamach Trybuny piszemy o Runcible konsekwentnie, płyta po płycie, nie omijając w jakikolwiek sposób także innych dokonań muzyków, który tworzą kwintet. Dziś pochylamy się nad płytą Three, nagraną w marcu ubiegłego w londyńskim klubie Iklectik. Trzy (jakżeby inaczej!) odcinki definitywnie freely improvised music trwają 40 minut z sekundami (półgodzinny set zasadniczy i dwie drobne dogrywki). Wydawcą CD jest FMR Records.

Panie i Panowie! Marcello Magliocchi na perkusji, Adrian Northover na saksofonie sopranowym i altowym, John Edwards na kontrabasie, Neil Metcalfe na flecie oraz Daniel Thompson na gitarze akustycznej!




One! Coś skrzypi, coś szeleści! Zapewne wychłodzony smyczek rozpoczyna pierwszą interakcję ze strunami kontrabasu, a najmniejsze perkusjonalia świata zdają się umilać mu ów żmudny proces. Po minucie z okładem zaczyna oddychać tuba saksofonu, z boku tli się woń budzącego się do życia fletu, a gitarzysta rozpoczyna spektakl od diagnozy stanu posiadania, innymi słowy – liczy struny. Drobiazgowa narracja buduje się krok po kroku. Percussion pętli się, saksofon tańczy, a flet bierze na siebie rolę przyzwoitki. Duch Johna Stevensa staje przed obliczem muzyków i daje moralne przyzwolenie na ciąg dalszy tych igraszek. Kontrabasista szarpie za struny i wskazuje na wszelkie możliwe kierunki rozwoju improwizacji, oczywiście sieje sporo zamętu, wszak za to najbardziej go kochamy. Pięciu muzyków w niemal mistrzowskiej komitywie udaje się na spacer, w trakcie którego wiele może się wydarzyć. Każda akcja rodzi tu reakcję, a ta druga - bez zbędnej zwłoki - generuje inną akcję. Metcalfe zdaje się wnosić do opowieści odrobinę kameralistycznej zadumy, ale to pełna wolność wypowiedzi jest tu jedyną konstytucją. Edwards zmienia technikę gry, jak rękawiczki. Zabawki Magliocchiego błyszczą i rezonują. W siódmej minucie krótkie expo Thompsona, jakby na przekór ustanowionej na wejściu pełnej kolektywizacji działań. To tylko przygrywka pod pierwszą kwintetową eksplozją mocy. Tempo, emocje i wrzątek w tubie saksofonu uzyskany w ułamku sekundy. Na wydechu Northover szumi rytmicznie i wzbudza repetę gitary. A gdy na moment kontrabas milknie, narracja zdaje się skakać po nieboskłonie. W połowie minuty trzynastej cała załoga postanawia nieco pośpiewać! Post-chamber kwitnie w najlepsze! Kolejnym etapem podróży jest dialog strun, tych grubych i tych cieniutkich. Szybki komentarz percussion i zaraz skok na kolejny szczyt kwintetowy, tym razem niemal free jazzowy! Whaw! Równie efektownie wzbudzony, jak i precyzyjnie wytłumiony. Flet snuje meta melodię, gitara brzmi łagodnie niczym harfa. Nic nie trwa jednak wiecznie, bo kolejną intrygę snuje kontrabasowe pizzicato. Wszystko bystrze i na temat, by tuż przed dwudziestą minutą zatrzymać się naprawdę. Repetująca gitara panuje nad resztą łobuzerii w mistrzowski sposób. Flet, smyczek, rezonujące talerze, mały antrakt saksofonu altowego, to kolejne elementy tej układanki. Piękny moment! Jest i nowy wątek, oczywiście Edwardsa – daje do wiwatu i wszyscy idą w krótkie tango (tu dany wątek nie trwa dużej niż dwie minuty). Czas zatem na fazę dominacji perkusjonalii – skrobanki, szorowanki, polerki, w tle flecie pląsy, a zaraz potem zdzieranie strun na obu gryfach, które ma chyba za zadanie zmienić po raz kolejny klimat nagrania na bardziej radykalny fonicznie. Dęte stemple, jak znalazł! Dramaturgiczny rollercaster zdaje się nie mieć końca. Emocje tłumi Magliocchi i  – tuż po upływie trzydziestej minuty – doprowadza set główny do finału, po drodze pozwalając jeszcze obu strunowcom na bystrą wymianę poglądów.

Two! Rezonans metali szlachetnych, smyczek na strunach, orientalne błyskotki percussion, szum z tuby. Akustyczny dark ambient trwa w najlepsze – łagodna gitara zaczyna się pętlić, swoje dokłada saksofon. Free chamber na krzywej wznoszącej, a zaraz potem opadającej, głównie strunami. Three! Kolektywne zakończenie koncertu budowane jest szybkimi, rwanymi frazami. Kontrabas nie może nie przejąć władzy w takim momencie. Reszta muzyków akceptuje ów stan i wchodzi w rolę pięknych komentatorów. Duch Spontaneous błyszczy na firmamencie, grande finale! Sopran wpada w opętańczy taniec, pizzicato stawia stemple mocy, gitara puszcza ulotne riffy, percussion płonie ogniem spokoju. Wybrzmiewanie w estetyce post-chamber, to jakby wybór oczywisty. Brawo!



poniedziałek, 2 grudnia 2019

Gibbs, Metcalfe, Northover & Magliocchi! The Visitors! Also in your house!


Muzyczne przygody Adriana Northovera i Marcello Magliocchiego w świecie absolutnie swobodnej improwizacji śledzimy na tych łamach na bieżąco. Nie dalej, jak kilka tygodni temu zachwycaliśmy się płytą Sea Of Frogs. Dobrze znamy też, i niezwykle cenimy, ich nagrania w ramach The Runcible Quintet czy kwartetu Sezu. Każdorazowo pisząc o muzyce Anglika i Włocha, zawsze kierujemy zainteresowanie słuchaczy w stronę artystycznej spuścizny po niezapomnianym Johnie Stevensie i jego muzycznej idei, archetypie free improv - Spontaneous Music Ensemble. Być może tych właśnie dwóch gentlemanów zasługuje współcześnie na miano najbardziej wartościowych kontynuatorów muzyki formacji, która m.in. dała nazwę stronie, którą właśnie czytasz.

Dziś nadstawiamy ucha nad nagraniem The Visitors, poczynionym w marcu bieżącego roku w jednym z londyńskich studiów nagraniowych. Spotkało się tam czterech muzyków: Marcello Magliocchi na perkusji (głównie instrumentach perkusyjnych), Adrian Northover na saksofonie sopranowym i altowym, Neil Metcalfe na flecie (jako jedyny z tego grona grywał w Spontaneous Music Ensemble!) i Phil Gibbs na gitarze. Sześcioczęściowa improwizacja trwa 64 minuty i 46 sekund, a dostarczą ją brytyjski FMR Records. Album w formacie CD, to jedna z jesiennych premier labelu.




Arrival. Szum szczoteczek perkusyjnych, mały flet, skromna gitara i saksofon sopranowy, którego dźwięk początkowo dociera do nas z tak zwanego drugiego, a nawet trzeciego planu – oto elementy składowe swobodnej improwizacji, dla której ważny jest szczegół, pojedynczy dźwięk, budowanej z precyzją i bez nadmiernego pośpiechu. Większość instrumentów zdaje się być zestrojona bardzo wysoko, a elementem konstytuującym przebieg improwizacji jest intensywna kreacja na talerzach bardzo rozbudowanej podsekcji zestawu perkusyjnego. Muzycy od pierwszej sekundy studyjnego koncertu budują opowieść bardzo kolektywnie. Tworzą ją często z mikrofraz, delikatnych dźwięków, które świetnie ze sobą konweniują. Zatem szczególna zwiewność, pewna dramaturgiczna ulotność czystej akustyki, to maturalne atrybuty tej smakowitej improwizacji. Artyści są w stanie wejść w tryb dynamicznej narracji dosłownie w mgnieniu oka. Równie błyskawicznie pokonują drogę powrotną. Oto demokracja, która w pierwszej odsłonie, po fazie wprowadzenia, zdaje się tworzyć pod niezwykle światłym przewodnictwem saksofonu sopranowego. Wiele dzieje się tu w górze, a za dolne dźwięki odpowiada prawie wyłącznie gitara, która jednak wcale nie pędzi jakimś szczególnie niskim strojem. To właśnie gitara kreuje ciekawą narrację w okolicach 5 minuty, gdy flet i saksofon plotą pierwszy ważny dla tej płyty dialog. Nic wszakże na tej płycie nie dzieje się bez udziału bardzo rozbudowanej armii perkusjonalii, którą – jak już wspomnieliśmy – tworzą głównie talerze, a także delikatne krawędzie werbla i tomów. W 8 minucie napotykamy na kolejny smakowity dialog – tym razem gitary i fletu, a zaraz potem saksofonu (już altowego!) i perkusjonalii. Dużo zmienność akcji, częste zagrywki w podgrupach (challenge zdaje się tu gonić challange!), to kolejna cecha tej bystrej zabawy w dźwięki. Na finał pierwszej odsłony – jakże wysmakowana, bardzo energetyczna ekspozycja kwartetowa, świetnie wytłumiona, niczym najlepsze momenty z zacnej historii Spontaneous Music Ensemble!

Dispersal. Druga opowieść rodzi się na strunach gitary i w tubie fletu. Oba instrumenty frazują bardzo melodycznie, jakby tworzyły ad hoc ścieżkę dźwiękową do filmu noir. Z dalekiego świata, wsparcia udzielają talerze i saksofon sopranowy. Opowieść zwinnie się nawarstwia, gęstnieje pięknym dialogiem na flankach, czynionym przez posadowione tam instrumenty dęte. W 6 minucie gitara plecie swoją mantrę, saksofon szumi pustą tubą, a talerze tańczą po nieboskłonie – piękny moment! Potem flet studzi nieco emocje, a narracja zaczyna pachnieć niczym chamber noir exposition! W 9 minucie – tu nie ma pustych przebiegów! – kwartet odnajdujemy już w bystrym galopie. Muzycy zdają się przekraczać dopuszczalne normy prędkości, ale że są świetnymi kierowcami, hamowanie jest wyjątkowo bezpiecznie, czynione długimi frazami, które klimatem nawiązują do początku tej improwizacji. Brawo!

Encounters. Tańczący flet inauguruje kolejną opowieść. Perkusja stawia na pojedyncze uderzenia, gongi lśnią czystym dźwiękiem. Po chwili saksofon altowy i gitara (z samego dołu), zaczynają budować narrację właściwą, znów od szczegółu do ogółu, ze świetną podpórką ze strony armii talerzy. Moment wygaszenia uczyniony zostaje w idealnym momencie, jakby na sygnał batuty niewidzialnego dyrygenta. Kolejną część opowieści kreuje flet przy wsparciu filigranowej gitary (przy okazji perkusjonalia znów robią swoje!). Po 7 minucie kwartet zdaje się skakać z kwiatka na kwiatek, ale uroda narracji jakby jeszcze na tym zyskiwała. Zaraz potem swoje trzy grosze wtrąca gitara, a w tle pozostałe instrumenty bystrze preparują niemal każdy dźwięk. Jest komentarz fletu, a zaraz potem krótkie solo sopranu. Finał znów staje się niezwykle ognisty.

Estrangement. Preparacje gitary oraz wysokie komentarze fletu i saksofonu, to aura otwarcia czwartej historii. Piękne ornamenty perkusjonalii, posmak kameralistyki w najlepszym rozumieniu tej kategorii estetycznej. W 6 minucie opowieść ciągnie ku górze flet, gitara płynie niżej, wydaje się lekka, jak pawie pióro, perkusja szumi. Powrót sopranu zwiastuje dynamizację narracji na samym jej finiszu, co zdaje się być już tradycją tej płyty. Także bystry stopping!

Propagation. Piąta partia –  na starcie saksofon i gitara w łagodnym spacerze po gęstym skraju urwiska. Flet wchodzi po ponad dwóch minutach, talerze wraz z nim. Znów wzrost dynamiki, znów zwinne hamowanie - gitara rysuje pętle, flet śpiewa w nieodkrytej jeszcze do końca estetyce post-chamber. Saksofon altowy wypuszcza drony suchego powietrza, po czym prycha zalotnie. Do pary ma flet, który prosi o łyk wody. Komentarz perkusji … nad wyraz perkusyjny, a kanty gitary pełne zadziorów. Oto kwartet, który nabiera mocy i bystrze galopuje ku chwale świetnej partii altu. Hamowanie spoczywa, nie pierwszy już raz, na barkach fletu. Pod koniec najdłuższej opowieści na płycie, każdy z instrumentów próbuje dronowej estetyki. Wszyscy kończą jednak ze śpiewem na ustach! Magiczne sztuczki perkusjonalne znajdują ostatni dźwięk.

Departure. Finał tej wyśmienitej płyty nie trwa nawet dwie minuty. Mamy wrażenie, że to fragment większej całości, poddanej presji nożyc edytorskich. Kolektywny popis w oczywistej w tym wypadku estetyce SME – quite dynamic, quite calm! Flet tańczy z saksofonem, a gitara czyni obowiązki gaszącej światło.                                                                                                                                                                                                                            

poniedziałek, 28 października 2019

Gussoni! Magliocchi! Northover! The Sea Of Frogs!


Gdzie duch niezapomnianego Johna Stevensa najintensywniej czuwa nad rozwojem swobodnej improwizacji? Zapewne w Zjednoczonym Królestwie, ale jak się okazuje, nie pierwszy już raz, motyw włoski też warty jest w tym kontekście podkreślenia. Co zresztą Trybuna, naczelny organ pamięci o światowym dorobku Spontaneous Music Ensemble, dostrzega i od czasu do czasu werbalnie akcentuje.

Perkusista i perkusjonalista Marcello Magliocchi, po rodzicach zdecydowanie jest Włochem, ale od lat swe muzyczne aktywności realizuje głównie na wyspie, ulokowanej geograficznie powyżej Kanału Le Manche. A każdym kolejnym swym nagraniem daje powód, by zaliczać go do grona ważkich kontynuatorów artystycznej spuścizny Johna Stevensa.

Dziś pochylimy się nad wydawnictwem, na którym towarzyszy mu jego niemal stały partner, saksofonista Adrian Northover, a trzyosobowy skład domyka flecista Bruno Gussoni. Całość dzieje się na koncercie we … włoskiej Genui. Pięć, a w zasadzie sześć swobodnych improwizacji, trzy pierwsze w trio, trzy kolejne w uzupełniających się duetach – łącznie 47 minut i 36 sekund. Całość zwie się The Sea Of Frogs, a wydawcą jest grecki netlabel Plus Timbre (uwaga, jak każda jego edycja, muzyka jest dostępna bez dodatkowych opłat, ale jedynie w wersji elektronicznej!).




Krawędziowy drumming, pełen niuansów i szczegółów, małe, zwinne, kocie ruchy – Marcello w całej swojej krasie! Obok sopran Adriana, tu w konwencji molekularnej improwizacji, tkanej z mikroelementów dźwięku, bodaj najbliższy wężowym przebiegom Trevora Wattsa, jakie ten zwykł czynić wieki temu u boku Johna Stevensa – master class! Flet Bruno, bardziej osadzony w klimatach chamber, ale w takim towarzystwie, gotowy do fermentowania od pierwszej sekundy koncertu. Wstęp trwa nieco ponad trzy minuty, jest równie dynamiczny, co zadziorny, ma zrobić wrażenie na odbiorcy i tak też się dzieje. Druga improwizacja budzi się perkusjonalnym intro – dzwonki, małe talerze. Oba dęciaki wchodzą bardzo wysokimi i niezwykle czystymi pasażami, świetnie kontrastującymi brud percussion. Cisza, skupienie, zdrowy swąd wyzwolonej kameralistyki i nadaktywny drumming – doskonały melanż! Zmysłowy rezonans talerzy, zdobiony sonorystyką fletu i skaczącego do nieba sopranu. Na finał części ptasia symfonia wyłącznie pięknych dźwięków. Trzecia trzyosobowa konstelacja – sopran, choć to niemal niewykonalne, skacze jeszcze wyżej, flet szumi, perkusjonalia przekomarzają się z ciszą. Narracja wydaje się lekka jak piórko, jednocześnie, co chwila narusza nasz wewnętrzny spokój zmyślnym zadziorem akustycznym. Potrafi bystrze narastać, by po chwili spaść na sam dół i refleksyjnie skowyczeć. Na finał odrobina kipieli w wąskich tubach, taneczne dialogi i nieustająca moc urody pojedynczego dźwięku.

Koncert przechodzi w fazę duetów. Najpierw sopran i flet z wyraźnym zamiarem odbycia całkiem sonorystycznej wycieczki. Głaskanie ciszy, szum suchego powietrza, tuż potem szybki skok w gęstwinę interakcji i dramaturgicznych punktów zwrotnych. Narracja momentami przybiera bardziej intensywne rozmiary niż ta poprzednia, w trio. Dużo zdarzeń w jednostce czasu – piękne imitacje, kompulsywne dialogi. Free impro chamber’ kingdom! Na finał cisza, partycja prychania, szumy, świsty, ptasie (żabie?) przekomarzania. Piąty, ostatni trak, to dwa kolejne duety. Sopran i perkusja – taniec prawdziwie wyzwolonych kreacji. Saksofon znów ciągnie bardzo wysoko, na bazie drżących z emocji krawędzi werbla. Bardzo dynamiczna, ekspresyjna opowieść, niemal free jazzowa, z akcentami wręcz hałaśliwymi. Gdy muzycy gubią moc, wchodzą w mantryczny taniec komunikacji zupełnej. Brawo! Po chwili oklasków duet finałowy – spokojny, wytłumiony flet i szczoteczki perkusyjne. Aktywnie, pod ramię z ciszą! Marcello dominuje, Bruno tańczy tuż obok i jest mu z tym bardzo dobrze. Ostatnie dźwięki, to niemal wyłącznie akustyczny, piękny szum, który zdobi dochodzący z oddali dźwięk … kumkających żab!