Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klaus Janek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klaus Janek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 listopada 2020

A New Portugal’ outfit! Vicente, Dikeman, Parker & Drake! In Layers! Vento! No Gravity! Queen Triot! Sertão!


Ubiegły tydzień upłynął na Trybunie pod znakiem ognistych nowości z Barcelony. Ten bieżący postanowiliśmy poświęcić Portugalii. Po prezentacji albumu Hullabaloo, dzieła międzynarodowego tria z udziałem Luisa Lopesa, dziś zapraszamy na prezentację uroczej szósteczki płyt z udziałem innych muzyków portugalskich, na ogół w tak zwanych rolach kluczowych. Oczywiście nie zabraknie wspaniałych improwizatorów z całego świata (choćby na pierwszej płycie!), a poziom emocji zdaje się być z góry gwarantowany.

Zaczniemy od prawdziwej petardy – Luis Vicente i jego holendersko-amerykański przyjaciel John Dikeman ruszają w szaloną eskapadę z najlepszą współczesną sekcją rytmiczną czarnego free jazzu – Williamem Parkerem i Hamidem Drake’em! Potem znów Vicente i kolejny jego wielki przyjaciel - Marcelo Dos Reis – tym razem na drugiej już płycie kwartetu In Layers! Następnie czekają na nas nowe płyty braci Lencastre, nagrane osobno, obie pięknie trzymające się open jazzowych korzeni (przy okazji debiuty dwóch portugalskich labeli!). Wreszcie na koniec kolejna podróż rodzinna – ojciec i syn, Erneste i Guilherme Rodrigues na dwóch bardzo kameralnych, przeto wyjątkowo uroczych, spotkaniach muzycznych z ich niekończącego się katalogu wspaniałości!

Here it is! Zapraszamy!



 

Luís Vicente/ John Dikeman/ William Parker/ Hamid Drake Goes without saying, but it's got to be said (JACC Records, CD 2020)

Lizboński przybytek kultury ZDB w połowie lipca ubiegłego roku gościł taki oto kwartet muzykantów: Luís Vicente – trąbka, John Dikeman – saksofon tenorowy, William Parker - kontrabas, gimbri, gralla, flety drewniane oraz Hamid Drake – perkusja, instrumenty perkusyjne i głos. Trzy improwizacje, 53 i pół minuty.

Koncert otwiera sekcja rytmu, w tym smyczek, który kreśli pierwsze frazy życia. Front dęty wchodzi do gry po niedługiej chwili lekko rozchełstanym unisono, kreując zmysłowy, post-aylerowski podmuch świeżego powietrza. Free jazz quartet kolektywnych, bystrze skorelowanych akcji jakże żywej improwizacji. Parker rysuje typową dla siebie melodykę narracji, Drake oplata go niczym wąż boa! Tempo rośnie, emocje buzują! Trąbka i tenor zdają się momentami krzyczeć dość ekspresyjnie, ale w żadnym razie nie gubią dyscypliny. Między szóstą a ósmą minutą, najpierw Dikeman, a potem Vicente realizują krótkie ekspozycje solowe (oczywiście na tle płynącej wartkim strumieniem sekcji), ale na tym koncercie, to raczej wyjątek. Dominuje flow kwartetowy i nikt, po obu stronach sceny, nie zgłasza w tym zakresie jakichkolwiek zastrzeżeń. Parker i Drake trzymają rytm opowieści, zwalniają, przyspieszają, ale ani na moment nie przestają stymulować swoich młodszych kolegów do kreatywnych interakcji. Ci czują bluesa po sam czubek głowy i decydują się wyłącznie na dobre rozwiązania. W połowie seta pierwszego (ponad 32-minutowego) sekcja rytmu na moment zostaje sama, ale nie gra solówek, po prostu płynie dalej i po swojemu śpiewa mantrę wiecznego spokoju. Wszystko w tej narracji wydaje się być wyjątkowo naturalne i proste. Dęciaki wchodzą w niekończące się dialogi, a sekcja pod nimi tętni, niczym serce lewa, wyłącznie zdrowymi emocjami. Na finał improwizacji Drake proponuje wręcz walczyka! Reszta kupuje tę konwencję w mgnieniu oka - wszyscy zdają się tańczyć i śpiewać na swoich instrumentach, pełni dramaturgicznego luzu i free jazzowej swobody.

Drugi, krótki fragment zaczyna preparująca trąbka i burczący kontrabas. Tenor wykorzystuje jazzowe grepsy, a całość przypomina bystrą balladę wspartą na tanecznej linii basu. Po chwili Parker sięga po smyczek i dynamicznie piłuje struny, a na tym tle wspólny flow dęciaków zaczyna skrzyć się wyjątkową urodą. Tymczasem szybko wchodzimy w trzeci, ostatni odcinek koncertu, na początku którego sekcja rytmu przenosi nas w sam środek tętniącej życiem Afryki. Parker sięga po mały instrument strunowy, Drake po bęben obręczowy i zaczyna śpiewać mantrę, którą znamy z tysiąca jego płyt, i którą wciąż kochamy miłością prawdziwie pierwotną. Trąbka i saksofon włączają się w tę niebywałą ekspozycję pod koniec czwartej minuty, rysując długie, na poły melodyjne frazy. Po kilku pętlach młodsza frakcja kwartetu zaczyna odrobinę rozrabiać – wchodzą w ekspresyjne dialogi, zadają pytania i pełni niecierpliwości wdają się w konstruktywne pyskówki. Pokrzykują jak ranne lwice, a emocje pną się ku górze, jak kolejka linowa. Dyscyplina wszakże obowiązuje, muzycy nie wpadają do kotła fire music. Śpiewają imitacyjnie, wsłuchani w jedyny w swoim rodzaju flow sekcji rytmu. Opowieść gaśnie przy gwizdach, zapewne wszystkich muzyków. Dęte syczą i oddychają, te rytmicznie pozostawiają dla siebie kilka finałowych fraz.

 


In Layers  Pliable (FMR Records, CD 2020)

Przenosimy się na północ Portugalii, trafiamy do Coimbry i jej najbardziej rozpoznawalnego miejsca koncertowego Salão Brazil. Środek maja 2018 roku, a na scenie czterech muzyków: Marcelo dos Reis na gitarze elektrycznej, Onno Govaert na perkusji, Kristján Martinsson na fortepianie oraz - zapowiadany już wcześniej - Luís Vicente na trąbce. Wydawnictwo dokumentujące ów koncert składa się z sześciu improwizowanych części i trwa niespełna 41 minut.

Pierwsze trzy części koncertu, to nieprzerwany ciąg dźwięków, który zaczyna się nad wyraz spokojnie. Trąbka szuka melodii, piano i gitara delikatnie rezonują, perkusja pulsuje szczoteczkami. Subtelny free chamber z garścią tajemniczych dźwięków strunowych (gitara za progiem, deep piano?) toczy się leniwie, ale już po paru przebiegach czuje się w zachowaniu muzyków pewną kreatywną nerwowość. Wszyscy tu zgromadzeni znają się bardzo dobrze, reagują na siebie niemal telepatycznie, toczą małe gry w podgrupach, nie stronią od abstrakcyjnych fraz. Na gryfie gitary pojawia się smyczek, a zaraz potem ścieg zagęszcza piano. Całość nabiera tempa i mocy, choć bez udziału trąbki. Potem gitara milknie, wraca trąbka, a tak stworzone trio, po kilku pytaniach i tyluż odpowiedziach milknie, by pozostawić dużo przestrzeni i czasu na intrygujące solo gitary, nie bez posmaku rocka. Powrót do kwartetu skrzy się emocjami i zadziornymi frazami. Znów jednak bystre hamowanie prowadzi nas do krótkiej ekspozycji solowej, tym razem pianisty, prosto z klawiatury. Jako pierwsza powraca gitara i tak stworzony duet buduje podwaliny pod ekspresyjny pasus całego kwartetu. Nim jednak on nastąpi, swoje samotne kilkadziesiąt sekund dostaje drummer. Tym razem pierwsza powraca trąbka, zaraz potem gitara kreśli zwinne riffy, wreszcie dynamiki dodaje perkusja. Cięta riposta piana prowadzi nas już w pełni kwartetową kipiel, godną fire music! Gitara zdecydowanie szuka hałasu i prowadzi wszystkich na emocjonalny peak całego koncertu. Brawo!

Czwarta część, tuż po chwili ciszy, przenosi nas w inną część spektaklu. Łagodne piano, smutnie pętląca się gitara, trochę preparacji blaszaka, nieśpieszny minimal. Nieco relaksacyjne impro podszyte jest jednak pewną tajemniczością, a moment zmiany klimatu na bardziej zaczepny czeka nas nieuchronnie. Całość nabiera dynamiki z woli gitary, przy melodyjnej akceptacji trąbki. Ów emocjonujący fragment zostaje perfekcyjnie zgaszony aż do poziomu ciszy. Piąta cześć rodzi się zatem w pełnym skupieniu. Na gryfie gitary coś bije, jak dzwon, coś rezonuje, ktoś frazuje wyjątkowo krótkimi odcinkami dźwiękowymi. Perkusista liczy krawędzie, wydaje się, że wszystko mu się zgadza. Opowieść nabiera pewnej refleksyjności (tylko perkusja trzyma drive), szuka nowych rozwiązań. Trąbka kreśli pętle, gitara repetuje, ale free jazzowe piano i gotowa na każde rozwiązanie perkusja pchają cały kwartet w bardziej dynamiczne rejony. Jeszcze tylko mała pyskówka na linii trąbka-piano, garść rocka wprost z gitary i finałowy galop staje się udziałem wszystkich. Improwizacja gaśnie w natłoku gitarowego sprzężenia. Finał koncertu, to w zasadzie duet gitary i perkusji. Dos Reis zwinnie preparuje, ale robi to w tempie, nie gubiąc przy tym melodyki. Govaert pracuje bez nadmiernego pośpiechu. Świetne duo zostaje gwałtownie uciszone wtrętem piana. Muzykom pozostaje już tylko swobodny wybuch śmiechu. Brawo!

 


José Lencastre/ Hernâni Faustino/ Vasco Furtado  Vento (Phonogram Unit, CD 2020)

Powracamy do Lizbony! Pod koniec listopada 2018 roku w Fisga Studio zameldowali się: José Lencastre – saksofon altowy, Hernâni Faustino – kontrabas oraz Vasco Furtado – perkusja. Zagrali sześć improwizacji, których łączny czas trwania, to 52 i pół minuty.

W roli mistrza ceremonii otwarcia masywny, gruby, wąsaty kontrabas. Brzmi jak ryk słonia, na granicy akustycznego przesteru. Perkusja dla odmiany lekka jak zefirek, pełna rytmu, dynamiki, pozytywnej energii. Panowie rozpoczynają swój marsz równości, w który wkleja się pośpiewujący alcista. Rytm, meta taniec, manifest open jazzu, który w każdej chwili może wybuchnąć. Drobne incydenty solo (kontrabas), żyjący drumming i saksofon, który nie bez powodu nuci frazy post-coltrane’owskie. Narracja nabiera rozpędu, stawia na demokrację, jakkolwiek w tej magmie udanych dźwięków pięknieje przede wszystkim drummer - to on eskaluje flow, on kreuje wymagania i egzekwuje ich realizację. Druga opowieść stawia na zaniechanie. Smyczek, półdrony z tuby, trzeszczący zestaw werbla i tomów. Szorstka, choć wylewna opowieść budowana z dużą swobodą, śpiewającym altem i basem, który rwie trzewia. Trzecia część udanie szuka jazzowych korzeni. Kind of post-swing w tubie, z niemal parkerowskim posmakiem, liczenie krawędzi na sporej dynamice, grzmoty kontrabasu. Znów to Furtado zdaje się być sercem, anatomicznym jądrem tej historii. Biegnie hard-bopową ścieżką, ale nie eskaluje hałasu. Po dziesiątej minucie toczy jeszcze kilka udanych, duetowych dysput z Faustino. Smyk zaplątany w drummerskie grepsy!

Na wejściu w czwartą improwizację swoje do obrazu całości dokłada saksofon, który intrygująco skrzeczy. Pizzicato dużego strunowca zdziera lakier z podłogi, a aktywny, ale jakże zwiewny drumming znów zdaje się napędzać narrację. Muzycy nie spieszą się, cierpliwie czekają na moment, by pójść w bardziej ekspresyjną ekspozycję. Alt zdaje się ustanawiać swoje warunki, sekcja czeka przez moment, a potem wchodzi na raz i trio płynie już całą szerokością studia nagraniowego. Po chwili kolejna improwizacja, którą zaczyna deep drumming in silence. Tym razem kontrabasowe pizzicato, zawieszone dość wysoko, stawia na powolność i kreatywną repetycję. Tuba altu szumi, a potem rzewnie zawodzi balladą. Opowieść gęstnieje, ale uroczo ślimaczy się aż po swój kres. Finał płyty powstaje na jeszcze większym luzie, dramaturgicznej swobodzie. Małe frazy, dużo powietrza pomiędzy dźwiękami, małe rozdroże, kilka pytań, dokąd zmierzamy. Któż inny mógłby w tym momencie nadać pieśni zakończenia odpowiedni kształt, jeśli nie Furtado! Znów odnajduje hard-bopowe korzenie i zabiera przyjaciół na ostatnią tego dnia przebieżkę po bezkresie studyjnej czasoprzestrzeni.

 


João Lencastre/ Rodrigo Pinheiro/ João Hasselberg  No Gravity (Communion Records, CD 2020)

Lisbon again! Drugi z braci Lencastre, perkusista João, zabiera nas do studia Timbuktu, na początku lutego 2020 roku. Wraz z nim meldują się - pianista Rodrigo Pinheiro i basista João Hasselberg (instrumenty akustyczne i elektryczne, wspomagane elektroniką). Muzycy proponują nam dziewięć opowieści (improwizacji zapewne odrobinę predefiniowanych), które trwają równe 42 minuty.

Kolejne dziś portugalskie trio zabiera nas na dalece inną wycieczkę. Znów z tył głowy mieć będziemy open jazzowe konotacje i cały bagaż artystycznych doświadczeń gatunku, ale sercem tej opowieści będą mariaże – jakże udane dodajmy! – muzyki granej przez żywe instrumenty i te, dostarczane przez nienachalną, nieinwazyjną, ale kreatywną elektronikę. Ta ostatnia będzie równie dobrze inkrustowała zapędy żywych, jak i tworzyła ramy dramaturgiczne opowieści. Początek, jakby dla przeciwwagi reasumpcji recenzenta, stawia na spokojny, akustyczny jazz. Tempo opowieści rodzi się tu pod stopą perkusji i nie będzie to ostatni taki przypadek na tej płycie. W drugiej części elektronika burczy w tle, buduje intrygujący background, na którym rozgrywa się dialog pianisty i perkusisty. Początek zdaje się być odrobinę mglisty, finał zaś całkiem dynamiczny, mimo, iż Hasselberg ogranicza się do kreowania ambientu. Trzecia historia pokazuje, jak bystrze połączyć można żywe partie perkusji z jej syntetycznym odbiciem. Elektroakustyczna przygoda z fortepianem, który jako ostatni zdolny jest dobywać akustyczne dźwięki. Czwarta część stawia na preparacje, a w tym niecnym procesie uczestniczą wszyscy muzycy. Jedni łaskoczą struny, inni szumią i szemrają. Opowieść jest niezwykle skrupulatnie budowana, bez jakiegokolwiek pośpiechu.

Piąty utwór zdecydowanie stawia nas do pionu. Bas elektryczny burczy i hałasuje, jak dobre post-electro! Piano wpada we free jazzowy szał, perkusja idzie całą mocą zakładu. Kolejna opowieść tłumi emocje, zaprasza nas na sam dół pudła rezonansowego, w najdalsze zakamarki elektronicznego oprzyrządowania. Lencastre najpierw buduje flow z samych talerzy, potem dynamizuje całość ostrym atakiem po werblu i tomach. Całość wygasa elektroakustycznymi ornamentami. W siódmej historii pojawia się smyczek na ciepłym gryfie kontrabasu. Ambientowe piano i matowe talerze dopełniają jakże kameralnego obrazu improwizacji. W przedostatniej części powraca bas elektryczny i zaprasza na wyjątkowo nerwową przebieżkę stromym zboczem. Perkusja znów łyka intrygującą, syntetyczną poświatę. Piano grzmi klawiszami, a masywny flow wyznacza bodaj najgłośniejszy fragment płyty. Wreszcie finał, który nie może nie być pewnego rodzaju ukojeniem. Echo talerzy, delikatne piano z klawiatury. W tle rodzi się ambient, elektronika znów błyszczy całą swoją urodą, niewymuszoną nadmiarem kreacji. Na ostatniej prostej wszystkie dźwięki leją się już do jednego, szerokiego koryta i pięknie gasną.

 


Marie Takahashi/ Maria do Mar/ Ernesto Rodrigues/ Helena Espvall/ João Valinho  Queen Triot (Creative Sources, CD 2020)

W najbardziej znanym studio nagraniowym Lizbony - Namouche - jeszcze dziś nie byliśmy. Trafiamy tam pod koniec listopada 2018 roku i spotykamy piątkę muzyków. Marie Takahashi – altówka, Maria do Mar – skrzypce, Ernesto Rodrigues – altówka, Helena Espvall – wiolonczela oraz João Valinho – instrumenty perkusyjne i fortepian zagrają dla nas dziewięć improwizacji. W pięciu przypadkach będą to ekspozycje całego kwintetu, w czterech – usłyszymy trio złożone z altówek i skrzypiec. Całość nagrania, to ponad 52 i pół minuty.

Zaczynamy od kwintetu z numerem jeden. Mała ślizgawka po strunach, w trakcie której każdy instrument płynie swoim torem, przy czym jeden z nich pozostaje w opozycji i śpiewa post-barokiem. Posadowione tuż obok akcenty percussion zdają się sugerować bardziej zadziorne interakcje. Free chamber niegodziwe, piękne, odrobinę upiorne, ze zmianami tempa, nie pozbawione klasycyzujących pasaży. Trio z numerem dwa pieści dźwięki definitywnie na granicy ciszy. Struny jęczą, szeleszczą, niektóre dźwięki zdają się być niemal pozbawione fonii, to jedynie suche szuranie smyczków po strunach. Najbardziej intensywnym zdarzeniem fonicznym jest tu głucha, oddychająca przestrzeń studia nagraniowego. Kwintet szósty znów przenosi nas do świata żywych. Jakby pasikoniki skakały po gryfach, a obok mikro drumming stawiał pewne zadania dramaturgiczne, a potem leniwie je egzekwował. Narracja nabiera podskórnej dynamiki, ale ponownie zbliża się w okolice ciszy. Szuranie po werblu, jako element meta rytmu, który zaprasza na specyficzny taniec, czyniony wyłącznie na palcach. Tempo powraca dzięki działaniom cello, które stawia post-barokowe stemple jakości. Jeszcze tylko garść przepychanek, kilka pytań i tyleż odpowiedzi, i już jesteśmy w kwintecie piątym. Głęboki krok w kierunku zachowań skrajnie minimalistycznych – szarpanie za struny, kilka dotknięć smyczkiem, ruch martwego powietrza z zestawu percussion i wystudzonych strun. Flow budowany z samych drobiazgów skrzy się wyjątkową urodą. Po chwili gęstnieje w dronowy strumień dźwięków.

Trio szóste znów oddycha niemal samą ciszą. Ktoś puka w pudło rezonansowe, coś szeleści na strunach. More than molecular! Ćwierć-frazy, mikro-podskoki, nano-westchnienia. Znów opowieść powstaje z drobiazgów, jest lekka, jak piórko. Kwintet piąty kreuje strunowy ambient. Szumy, oddechy, źdźbła dźwięków. Małe pizzicato śpiewa i zawodzi. Opowieść przepoczwarza się w tango zastygłych emocji, ale tempo zdaje się rosnąć, a smyki wpadać w delikatne konwulsje. Trio czwarte rodzi się z dialogu arco i pizzicato. Artyści wspinają się na palce i budują podniebny barok. Tańczą wokół własnej osi, idą w intrygujące zwarcia i szukają kanciastych form. Zaraz potem trio siódme, które wydaje się być ambientem, który opuszcza po tysiącu lat swoją kryptę. Złowrogie oddechy strun, martwy śpiew, kosmiczna delikatność u samego progu ciszy. Kwintet siódmy, ostatni epizod ten niezwykłej podróży strunowej z perkusjonalnymi inkrustacjami. Szum i szelest, niewykluczone, iż z werbla, obok struny szukają barokowego podparcia, w czym celuje cello, które smakuje samymi delicjami. Długie pasaże post-ambientu i piękne wtręty pizzicato. Opowieść nabiera intensywności, wiolonczela płynie dołem, skrzypce i altówki górą, a percussion sieje dramaturgiczny niepokój. Coś trzeszczy, coś ostatecznie obumiera, a opowieść napotyka wreszcie swą definitywną ciszę. What a game!

 


Milena Kipfmüller/ Ernesto Rodrigues/ Guilherme Rodrigues/ Klaus Janek  case study: Sertão (Creative Sources, CD 2020)

Naszą dzisiejszą, portugalską opowieść kończymy w … Berlinie! Milena Kipfmüller (taśma i elektronika) i Klaus Janek (kontrabas i elektronika) jako Sounding Situation już jakiś czas temu nagrali intrygujący materiał konsumujący dźwięki żywego kontrabasu, elektroniki i nagrań terenowych z Brazylii, z lat 70. ubiegłego stulecia (pieśni zwane Violeiros; pisaliśmy o tym pomyśle przy omówieniu 5-płytowej epopei kontrabasisty). Teraz dostajemy niejako repryzę tego projektu (nagraną w roku ubiegłym), a do jej realizacji doproszeni zostali - Ernesto Rodrigues na altówce i Guilherme Rodrigues na wiolonczeli. Całość tej muzycznej podróży (jeden trak), to 46 i pół minuty.

Do krainy elektroakustycznych nieoczywistości zapraszają nas instrumenty strunowe, które płyną nisko (kontrabas) i niezwykle wysoko (altówka i cello) – dudnią, piszczą, zdają się być lekkie, ulotne, ale i niebywale masywne. Całość, choć początkowo nieco łagodna, ma swój rytm, swoją czasami skrywaną dynamikę. Od początku do końca wiele dobrego robią tu dźwięki elektroniczne. Na ogół tworzą tajemnicze tło, czasami stanowią efekt pewnych działań live processing, nigdy nie wychodzą przed szereg, no i przede wszystkim ciekawie wtłaczają w strunową narrację dźwięki terenowe. Te ostatnie pojawiają się już po kilku minutach. Są zapętlone, zmutowane, jakby docierały do nas z zupełnie innego świata. Kind of chamber with field electronic taste! Świetnie w ów niemiecki pomysł wklejają się Portugalczycy – jak trzeba preparują dźwięki, innym razem płyną długimi, jakże urokliwymi pasażami, no i wcale nie poszukują ciszy na gryfach swoich instrumentów.

Pierwszy prawdziwe ekscytujący moment, to okolice 14 minuty, gdy owa elektroakustyczna wiązanka dźwięków wpada w niemal medytacyjny puls, nie bez posmaku dark ambient. Po kolejnych kilku minutach dużo dobrego dociera do nas z gryfu kontrabasu, który podłączony pod kable grzmi i dudni, niczym zmutowana gitara basowa. Tuż potem, w efekcie splotu kilku okoliczności, flow nabiera wręcz dubowego echa, a klimat berlińskiego post-techno sprzed ćwierćwiecza zdaje się święcić triumfy. Kalejdoskop intrygujących i zaskakujących fonii nie ma tu końca. Struny wpadają w opętańczy taniec, pięknie wtłaczając się w pulsujące drony elektroniki i silnie przetworzonych nagrań terenowych. W okolicach 22 minuty artyści proponują nam chwilę oddechu i zmysłowe pasaże wyłącznie akustycznych dźwięków strunowych, po czym do akcji znów wkraczają plamy violeiros, które sieją niepokój i zdają się zadawać egzystencjalne pytania o miejsce dźwięku w czasie i przestrzeni. Tuż przed upływem 30 minuty mamy prawdziwe spiętrzenie dźwięków i emocji. Orkiestra strunowców i elektroakustyczny ambient zbierają cudowne żniwo! Nim ta wspaniała opowieść ostatecznie wybrzmi, czeka nas jeszcze krótkie zejście w okolice ciszy, pasaże strunowego piłowania i szlifowania, a także faza dronowa, która wydaje się narastać jak burza w piorunami. Finał nagrania pełen jest elektroakustycznych perełek dźwiękowych, gaśnie przy wtórze żywych dźwięków i kolejnej repryzie głosów wprost z brazylijskiej dżungli.

 

 

piątek, 28 lutego 2020

Klaus Janek! Altered States of Double Bass!


Klaus Janek, niemiecki kontrabasista, improwizator i kompozytor o włoskich korzeniach (tudzież słowiańskim nazwisku!), w roku ubiegłym obchodził 50 urodziny. Nie tylko w redakcji wiemy, iż to dobry moment na dokonanie życiowego (tu, artystycznego) resume.

Na tę zacną okoliczność muzyk przygotował pięciopłytowy zestaw swoich nagrań, zarówno tych wczesnych z lat 90. ubiegłego stulecia, jak i całkiem nowych, poczynionych w ostatnich latach. Dzięki wsparciu włoskiego podatnika, udało się ów pakiet edytorski ubrać w piękny zestaw czarnych winyli, opatrzonych jednorodnymi, stylowymi okładkami. Wydawca całości – niewykluczone, iż założony na potrzeby tego przedsięwzięcia – nazwany został z małej litery almenrauschen.

Artysta, który funkcjonuje nieco na obrzeżu głównego nurtu muzyki improwizowanej, jest znaczącą postacią berlińskiej sceny muzycznej, być może bywa szerzej dostrzegany na polu szeroko rozumianej muzyki współczesnej. Nie mniej, zestawem płyt, które za moment szczegółowo omówimy, Janek bezwzględnie wpisuje się w nurt intrygującego, w pełni wyemancypowanego, improwizującego kontrabasu europejskiej sceny muzycznej. Jeśli zatem nie zetknęliście się jeszcze z tym muzykiem, macie niepowtarzalny moment, by nadrobić zaległości i bez cienia wątpliwości zapisać się do klubu entuzjastów jego twórczości.




Caspar

Nagrania na kontrabas solo (wersja w pełni akustyczna), dokonane w latach 1994-1998, przy czym większość materiału pochodzi z czerwca 1997 roku. Osiem epizodów, które muzyk określa jako kompozycje (w tym jedna obca), my dla jasności obrazu uzupełniamy – przykłady ustrukturyzowanej improwizacji (muzyka wydana pierwotnie na CD przez label Solponticello, 2001).

W szeroki nurt strumienia dźwiękowego wprowadza nas smyczek, który dynamicznie szoruje wychłodzone struny kontrabasu. Brzmienie instrumentu jest bardzo głębokie, masywne, przykład barokowej stylistyki podawanej definitywnie na ostro, kind of post-contemporary impro! W kolejnym epizodzie smyk schodzi niżej, narracja nabiera mrocznej poświaty. Tekstura pęcznieje, pulsuje mocą i akustyczną nieuchronnością, można odnieść wrażenie, że grają nawet dwa kontrabasy. Muzyk fantastycznie panuje nad dynamiką spektaklu. W trzeciej części sięga po technikę pizzicato, podśpiewuje pod nosem, pełen jest melodii i frywolnej taneczności. Po chwili powraca ostry smyczek, struny krwawią obficie, czyniąc ów nieco preparowany fragment prawdziwie pięknym. Rozochocony smyk śpiewa, gwiżdże, skacze do nieba, a na sam finał pierwszej strony winyla, schodzi do piwnicy.

Na otwarciu drugiej strony nasz bohaterski smyczek brzmi wręcz industrialnie, jakby w tle towarzyszyły mu dźwięki zaniepokojonego otoczenia. Muzyk dodaje do obrazu całości głosowe preparacje, jego instrument czyni niemalże to samo! Płynnie wchodzimy w szóstą, bez wątpienia, kluczową, blisko 14-minutową epopeję wyzwolonego kontrabasu. Na starcie towarzyszy nam dron gęstego powietrza dobywanego z ołowianych strun. Akustyczny ambient, który tryska urodą każdego dźwięku, jakby upalony barok stanął niespodziewanie u bram realnego piekła. Muzyk wpuszcza do narracji dużo przestrzeni, także akcenty ciszy. Spiritual chamber – z dołu do góry, z mocą wiecznego kosmosu i delikatnością pawiego pióra, w ciszy i w hałasie. Preparacje i głosowe ornamenty - o tak, Peter Kowald jest tu z nami i szczerzy kły z satysfakcji! Roztargniony deep black bowed bass płynie mantrą wyzwolonej samoświadomości. Efekt całości wzmagają akcenty perkusyjne na gryfie i wysoki meta śpiew na tle tłustego pizzicato. Doskonałe! Zupełnie niespodziewanie dobijamy do końca płyty – siódmy epizod, niewiele ponad 90 sekund, znów z akcentami dalekowschodnich, gardłowych zaśpiewów, niemal spirytualnego jodłowania i głębokiego smyka, który szuka dna. Wreszcie równie enigmatyczny finał, grany jazzowym pizzicato (kompozycja Marka Johnsona), wyrywa nas z snu i wystawia na pastwę rzeczywistości. Przykład, jak na poły genialna płyta może zostać trywialnie i bez błysku zakończona.  




Three Seasons

Kontynuujemy odsłuch nagrań na kontrabas solo (znów full acoustic). Luty 2003 roku, okoliczności studyjne, jako rzecze sam artysta – muzyka skomponowana i wykonana na żywo. Sześć części z tytułami, w tym trzy pory roku po Vivaldim, nie wiedzieć czemu, pozbawione jednak części letniej.

Zaczynamy bez zaskoczeń – barokowy, ale masywny strój instrumentu i smyczek, który tańczy na gryfie. Narracja wydaje się bardziej zadumana, wystudiowana, ustrukturyzowana niż miało to miejsce na poprzedniej płycie. Drugi epizod budzi nas ze snu prawdziwie niedźwiedzim rykiem. Smyk zdaje się brzmieć jeszcze piękniej. Flow precyzyjny, z dużą ilością powietrza pomiędzy strunami, z adekwatną dozą dramaturgicznego ładu. Opowieść z wolna nabiera dynamiki i gęstnieje do postaci zastygającej lawy. Contemporary magic – trwająca blisko kwadrans Jesień urzeka w każdym wymiarze. Równie efektowne jest finałowe zejście w aktywną ciszę. Czas na groźną Zimę! Smyczek stawia na konstruktywny minimalizm. Płynie z dołu do góry, a potem pokonuje drogę powrotną. Brzmienie wydaje się delikatnie preparowane, raz przypomina rżenie konia, innym razem rechot wielbłąda. Narracja, co rusz zbliża się do poziomu ciszy – skowyt suchego smyczka, oddech spoconego kontrabasu. Muzyk i jego bystry instrument znajdują się w nieustannym procesie poszukiwania nowego dźwięku. Narracja nie ma żywiołowości poprzedniczki, ale jej artystyczne wystudiowanie lśni niebanalną urodą, a na finał nawet hałasuje! Druga, krótsza część Zimy (kiedyś trzeba odwrócić czarną płytę) jest żwawsza, płynie lodowatym wzgórzem, nawet wchodzi na moment w stan galopu. Smyk nie przestaje być w centrum naszej uwagi.

Wiosna rozpoczyna się w zakamarkach ciszy, kind of silent sonore - barokowe pląsy ku górze, barokowe zjazdy ku dołowi. Ta część także dostarcza nowych dźwięków, czasami bardzo filigranowych. Na wybrzmieniu smyk pięknie śpiewa wysokim altem, czyniąc dzieło lekko zabrudzonym tembrem. Popis! Na finał, zamiast łagodzącego obyczaje, zwiewnego Lata, czas na część nazwaną Touch. Masywne drżenie smyka, który tańczy perkusjonalnie na gryfie. Potem faza naprawdę filigranowa, muzyk używa palców i buduje small flow by pizzicato. Na ostatniej prostej powraca zwinny smyczek i stawia barokowy stempel jakości.  




Infinite Bang

Brzmienie kontrabasu Janka poznaliśmy już dość dobrze, dodajemy mu zatem mocne wsparcie elektroniczne. Berlin, listopad 2018 roku, koncert z Klangalerie, dwie rozbudowane kompozycje (muzyk upiera się przy tym określeniu, my znów wolimy – ustrukturyzowane improwizacje).

Repetycja warczącego i bulgoczącego smyka na tłustym gryfie kontrabasu – pasma masywnej i rezonującej fonii drążą nam dziurę w mózgu. Akustyczne drony ciężkiego powietrza, w tle szeleszcząca, budząca się do syntetycznego życia elektronika. Po paru minutach żywe pasma gasną, a na scenie zostaje tylko mroczna post-elektroniczna poświata. Żywy instrument powraca po chwili, stawiając mikro stemple obecności. Smyk mości się na gryfie, tło skwierczy i szeleści, zbiera fake sounds z otoczenia spektaklu. Elektroakustyczne pasmo basowe pojawia się dość niespodziewane, dzięki czemu całość nabiera industrialnego posmaku. Gdy wszystko znów rozpływa się w mgławy ambient, recenzent może jedynie westchnąć z zachwytu. Żywy powraca szarpiąc struny i głęboko oddychając. Wieńczy pierwszą część, wspomagany lśniącym blue ambientem.

Druga kompo-improwizacja jeszcze konsekwentniej stawia na pewien powtarzający się scenariusz – jakby dramaturgiczną pętlę (loop!). Mariaż żywego i syntetyki nabiera mocy, po czym ją traci i czeka na kolejny wątek. Pomruki elektroniki i smyk, który ślizga się po gryfie, to sytuacja na wejściu. Nie brakuje akcentów bardziej dynamicznych i co raz częściej pojawiających się śladów live proccesing (przynajmniej tak to słychać). Te ostatnie momenty dodają całości metafizycznej niejednoznaczności. W fazie dominacji syntetyki, narracja lubi repetycję, ślady półrytmu, drobne przestery i pulsacje. W fazie dominacji żywego – akcenty preparacji, drżenia wszelkiej materii i wyczekiwania na przebieg wypadków. Plamy surowego ambientu i słodkie plastry akustyki. W połowie tej części narracja nosi znamiona delikatnego przestoju, ale moment ten nie trwa zbyt długo. Bystre wejście w fazę rozległego, szklistego ambientu, który narasta niskim pasmem basowym, wprowadza nas w fazę finałową, w trakcie której rządzić zaczyna żywy do krwi smyczek. Końcówka płyty na tle całości wydaje się dość delikatna, supremacja żywego nie podlega dyskusji. Drobne plamy ambientu wyprowadzają kontrabas na ostatnia prostą, gdzie sam dokonuje on rytuału zakończenia, oczywiście metodą repetycji.




Prospecting

Czas zakończyć proste rozwiązania dramaturgiczne. Przed nami płyta dalece konceptualna. Będzie kontrabas i elektronika pod jurysdykcją Klausa, ale także Milena Kipfmüller, która elektronicznie przetwarzać będzie materiał przygotowany wcześniej. Najpierw muzycy wezmą na warsztat nagrania terenowe z północnej Brazylii, z lat 70. ubiegłego stulecia (improwizowane, ludowe pieśni zwane Violeiros), potem zaś - z wykorzystaniem instalacji Echolot - przetwarzać będą elektronicznie … głosy osób, które czytają przez 20 sekund fragment tekstu literackiego (współczesne nagrania z Montrealu i Sao Paulo).  Prześledźmy zaskakujący efekt tych działań, równie muzycznych, jak i performatywnych.

Pierwsza, brazylijska opowieść zaczyna się dźwiękiem lejącej się wody, odgłosem puszczy, śpiewów i rytuałów ludowych. Kontrabas i elektronika żwawo pracują, komentując rzeczywistość sprzed lat lub ją twórczo dekonstruując. Prawda czasu, tudzież prawda dźwięku w zderzeniu z brutalną współczesnością. Po pewnym czasie wyraźnie słyszymy mechanicznie sprzęgający się smyczek, a nawet głuche, masywne pizzicato. W tle płynie, często repetuje, jeszcze częściej przygasa, pasmo syntetycznych dźwięków. Na sam wszakże koniec pierwszej części pozostaje nam samotny strumień elektroniki. Druga część opowieści z brazylijskiej puszczy, to jakby repryza, coś na kształt dalszej, elektronicznej rekonstrukcji. Masywna, gęsta magma deep sounds, sprzęgający się smyczek w towarzystwie syntetycznej post-fonii. Acoustic bass ambient deconstructing by electronics, notuje językiem Szekspira skrupulatny recenzent. Dramaturgia nagrania bazuje na repetycji, ma swą fazę dominacji elektroniki, ma też spektakularny come back drapieżnego szarpania strun żywego instrumentu. Na finał wracamy do pierwotnego drona, który pięknie spina całość dźwiękowej eksploracji.

Druga strona czarnej płyty jeszcze bardziej uwypukla konceptualny charakter całości. Głosy ludzkie, przypadkowe, czasami agresywne fonie, coś na kształt organowego drona - z tego wszystkiego muzycy lepią elektroniczną ścieżkę dźwiękowej metafizyki słowa. Coś na kształt interaktywnego słuchowiska radiowego. Koncepcja broni się wszakże muzycznie – dostarcza całą masę frapujących dźwięków, ani na moment nie gubi nerwu narracji. Dźwięki kontrabasu i elektronika, która chwilami przypomina berlińskie post-techno z lat 90., to prawdziwe wisienki na tym całkiem pozytywnie zaskakującym torcie.




Reciprocum

Na finał dzisiejszej opowieści o Odmiennych Stanach Świadomości Kontrabasu, zdaje się, że napotykamy na jeszcze większą woltę stylistyczną i konceptualną. Dwójka tych samych muzyków (Klaus Janek i Milena Kipfmüller) znów będzie preparować elektronicznie materiał dźwiękowy stworzony wcześniej, jednakże bazą dla tychże prac demaskatorskich będą … prawdziwe (realne) nagrania Klausa, poczynione w latach 2010-2017 z udziałem innych muzyków, zarówno w estetyce jazzowej, jak i swobodnie improwizowane (szczegółów nie znamy). Zestaw muzyków, którzy uczestniczą w tych Kolaboracjach (podtytuł płyty) jest bardzo rozbudowany, nie będziemy go zatem przytaczać w całości, może jedynie wymienimy tych bardziej nam znanych, jak Willi Kellers, Biliana Voutchkova, czy też Clayton Thomas (na stronie A słyszymy kontrabas, perkusję, saksofon, klarnet, tubę, trąbkę, puzon i skrzypce, na stronie B - kontrabas, perkusję, wieloosobową elektronikę, fortepian i głosy).

Postawny kontrabas, klarnet i perkusja wprowadzają nas do tej bajki wytrawnym open jazzem. Post-produkcyjna zabawa dźwiękiem od razu podsyła nam elektroakustyczne drony kontrabasu, garść drżącej materii nieokreślonej do końca proweniencji, innymi słowy miks żywych i syntetycznych dźwięków, nie bez elementów harsh & post-noise. W tej, co rusz nas zaskakującej magmie wskazać można różne fazy narracji – choćby zmyślne dekonstrukcje brzmienia kontrabasu i dęciaków, które po pewnym czasie lepią się w elektroakustyczną, całkiem swobodną improwizację. Szczególnie intrygująca jest faza, w której dominują preparacje na skrzypcach (zapewne Voutchkova!), po której całość nabiera bardzo kameralistycznego charakteru. Jest też faza masywnego, solowego kontrabasu, z którym wszystko w nagraniu zdaje się rezonować, nawet gramofon recenzenta. Na finał pierwszej strony, powraca open jazz, z jakim mieliśmy do czynienia na początku nagrania.

Na drugiej stronie winyla za stołem mikserskim zasiada Milena. Smyczki, elektroakustyczny background, pokaźne garście elektroniki z nagrania bazowego, perkusjonalia i basy – wszystko minimalistycznie i repetytywnie podane. Znów natrafiamy na piękny moment post-chamber, płynnie zanurzony w delikatnej, syntetycznej poświacie. Ciekawe fazy, to piano i kontrabas z elektronicznymi preparacjami, kontrabas pizzicato i głosy, czy choćby ponownie piano z kontrabasem w sosie elektronicznych zgrzytów, zdobione małym percussion. Zmiana go tu zmianę, być może chwilami jest ich nawet zbyt dużo, ale oniryczny finał ze smykami, swobodna elektroniką i garścią zadumy rekompensuje wiele.