Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul Lovens. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul Lovens. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 kwietnia 2026

Lazro, Léandre & Lovens play a drama For Baritone Sax, Double Bass and Drumset!


Premiera albumu za tydzień, ale my piszemy o nim na Trybunie już dziś! Cofamy się na osi czasu o trzynaście lat, lądujemy w przepięknych okolicznościach wiosennego Paryża, a na scenie znaczącego przybytku kultury lokalnej odnajdujemy trójkę wspaniałych improwizatorów, legendy gatunku, artystkę i artystów, o których można opowiadać w nieskończoność. Słuchamy 40-minutowego seta swobodnych, równie post-jazzowych, jak post-kameralnych improwizacji, zgodnie z tytułem zrealizowanych za pomocą saksofonu barytonowego, kontrabasu i perkusji.

Panie i Panowie, Daunik Lazro, Joëlle Léandre i Paul Lovens!

  


Koncert, który jest nieprzerwanym ciągiem dźwięków (podzielonym na cztery odcinki) rozpoczyna leniwy duet sax & drums. Kontrabas, od pierwszej frazy osadzony na smyczku, wchodzi do gry po kilku pętlach narracji, sprawiając, że sytuacja dramaturgiczna od razu nabiera rumieńców. Smyczek piłuje, saksofon groźnie wzdycha, talerze perkusyjne intensywnie szeleszczą. Ścieg improwizacji zagęszcza się, ale muzycy from time to time spowalniają i biorą głęboki, kameralny oddech, studząc emocje na post-melodyjnym smyczku. Incydentalnie trio łapie intrygujące tempo, które często rodzi się na perkusyjnym werblu. Przez niedługi moment flow opiera się na warczącym barytonie i basowej bazie szytej trybem pizzicato.

Już po zmianie numeru tracku na dysku improwizacja wpada w krótkotrwały rytm, dzięki szarpnięciom za struny i dętemu prychaniu. Całość nabiera pewnej rubasznej taneczności, a dość szybko rozpływa się ambiencie niedługiego relaksu. Nie brakuje bardziej śpiewnych, melodyjnych fraz, także lamentów i smyczkowych zdobień. W dalszej kolejności muzycy dostarczają nieco więcej ekspresji, przez moment pod postacią ostro frazującego duetu drum’n’bass. Tę część koncert wieńczy melodyjna ballada, bazująca na imitacji saksofonu i kontrabasu.

W trzeciej, najkrótszej partii doświadczamy klimatu definitywnie post-kameralnego. Od głębokiego wydechu, po grę na małe pola, nie bez odrobiny zadumy. Wejście w finałową, najdłuższą część szyte jest kontrabasowym, leniwym pizzicato i dźwiękami perkusjonalnych dzwonków. Komentarz saksofonu jest melodyjny, ale bardzo smutny. Sygnał do niedługiej eskalacji daje teraz perkusista. Kilka radosnych podskoków i szybkie nurkowanie w kameralne, rezonujące przestrzenie. Po kilku minutach nowy wątek szyje kontrabasistka, szarpiąc za struny w niemal bluesowym pochodzie. Po powrocie do smyczka, wszystko zaczyna kołysać się na lekkim wierze. Uśpione chamber zdobi intrygujący chrobot barytonu. Ostatnie minuty koncertu, to udana próba finałowej eskalacji. Piękne wyjście z głębokiej pieczary w ogień dopiero co rodzącego się poranka.

 

Lazro, Léandre & Lovens For Baritone Sax, Double Bass and Drumset (The Relative Pitch Records, CD 2026). Daunik Lazro – saksofon barytonowy, Joëlle Léandre – kontrabas oraz Paul Lovens – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w Les temps du corps, Paryż, maj 2013. Jedna improwizacja podzielona dla komfortu odsłuchu na cztery części, łącznie 40 minut.




piątek, 18 kwietnia 2025

Lazro, Lovens, Nozati & Van Hove! Résumé of a Century!


Założony kilkanaście lat temu przez francuskiego multiinstrumentalistę Jean-Marca Foussata label FOU Records zdaje się doskonale dopełniać dokumentację fonograficzną europejskiej sceny muzyki improwizowanej. Choć wydawniczy katalog nie unika nagrań współczesnych, jego największą zaletą jest dostarczanie rejestracji z dawnych lat, które w zdecydowanej większości przypadków są publikacjami premierowymi.

Obok nagrań z lat 70. i 80. ubiegłego stulecia, wyróżnianych czarno-czerwoną grafiką wyposażoną jedynie w nazwiska artystów i datę zdarzenia, Jean-Marc publikuje także nagrania nieco młodsze, które uzupełniają naszą wiedzę o francuskiej muzyce improwizowanej, szczególnie w konstruktywnym zetknięciu z muzykami z krajów pobliskich.

Dziś przed nam perła z roku 1999, która dokumentuje spotkanie czworga wyjątkowych artystów – Francję reprezentują tu saksofonista Daunik Lazro (najczęstszy, obok szefa labelu, uczestnik albumów z logo FOU) oraz wokalistka Annick Nozati, Niemcy the one and only Paul Lovens, a Belgię pianista (tu także akordeonista) Fred Van Howe. Swobodnie wykreowana improwizacja składa się z dwóch rozbudowanych epizodów, które konstytuuje zarówno temperament falangi francuskiej, jak i precyzja działania, posadowionych na flankach, gości z niedalekiej zagranicy. Nagranie pochłania nas bez reszty od pierwszej do ostatniej sekundy. Incydentalnie bywa nieco przeładowane ekspresją wokalistki, ale z uwagi na bezsporny fakt, iż artystka pozostawiła po sobie niewiele nagrań *), naprawdę dobrze, że tak wiele dała z siebie w trakcie tego koncertu.



 

Pierwsza odsłona albumu trwa pełne dwa kwadranse, a jej otwarcie spoczywa na barkach gości zza północnej i wschodniej granicy Francji. Drobne, rwane frazy piana i perkusji z niewielka domieszką preparacji na werblu i tomach. Wokaliza i pierwsze, zachrypnięty odgłosy barytonu pojawiają się w grze po kilkudziesięciu sekundach i natychmiast sprawiają, iż narracja przybiera postać linearnej, gęstej i definitywnie swobodnej opowieści. Szostki, gęsty tembr kwartetu kojarzyć się tu może z brzmieniem wielu formacji Petera Brotzmanna z przełomu lat 60. i 70. ubiegłego stulecia. Muzycy mają wszakże swoje niewyczerpalne pokłady ekspresji pod pełną kontrolą. W ułamku sekundy są w stanie wypuścić powietrze i pochylić się nad najdrobniejszym źdźbłem fonii. Narracja toczy się tu dwoma zasadniczymi strumieniami – środkiem gna świetnie skomunikowana i niemal monolityczna porcja ekspresyjnego wokalu (głos, recytacja, śpiew i krzyk w jednym!) i doskonale brzmiącego barytonu, na flankach zaś dominuje umiar i matematyczna dokładność zwinnego pianisty oraz maga perkusyjnych talerzy i drobnych przedmiotów rytmicznie moszczących się na werblu. Ekspresja kwartetu faluje, bywa podniosła i krzykliwa, ale i mroczna, stonowana, każdorazowo niesioną temperamentem wokalistki. Wszystko razem kumuluje się tuż po wybiciu dziesiątej minuty, gdy kwartet rozpala się ogniem soczystego free jazzu. Po wystudzeniu flow nabiera mroku, który pięknie dysonansuje akordeon, który na dłuższy czas zastępuje piano. Masywne podmuchy i preparowane drobiazgi, wyuzdana melodyjność i dramaturgiczna niespieszność. Finał seta znów roznieca emocje, kolejnych cudów dokonuje Lovens, a Nozati sięga czubkiem nosa bram burzliwego nieba. Improwizacja gaśnie zmysłowym mruczeniem tej ostatniej.

Druga opowieść trwa dwadzieścia minut, a zainicjowana zostaje na dnie głębokiej krypty. Czuć oddech złych mocy - szelest głosu, świst saksofonu, subtelności inside piano, błysk perkusyjnego talerza. Misterna plecionka - od strzępów fonii po głębokie, soczyste wydechy. Dopiero po siódmej minucie temperament wypycha artystów na pierwsze, dość łagodne wzniesienie. Proces dobrze sterowanej eskalacji zabiera im dużo czasu – nie spieszą się, zaczepiają wzajemnie, dywagują, debatują, szukają zakamarków, w końcu puszczają oko i zaczynają swawolić. Peak tej dramy jest niemal niezauważalny, albowiem już po chwili opowieść tłumi się i szuka dawno zagubionego jazzu. Niespodziewanie ten zwrot akcji nakręca narrację niczym spirala wielkiego zegara. Na froncie eksplozji staje wokalistka! Tuż za nią barytonista! Przez moment akcja prowadzona jest przez instrumentalne trio (ale tylko przeze moment!). Powrót demonicznego już teraz głosu obwieszcza wejście w stadium finalizacji koncertu. Pianista w pozie atakującej, wokalistka i saksofonista na intensywnym wdechu, perkusjonalista skoncentrowany na szczegółach. Dla nikogo nie jest zaskoczeniem, iż ten spektralny występ wieńczy … krzyk Annick!

 

Daunik Lazro, Paul Lovens, Annick Nozati & Fred Van Hove Résumé of a Century (FOU Records, CD 2024). Daunik Lazro – saksofon barytonowy i altowy, Paul Lovens – perkusja, talerze, gongi, inne instrumenty perkusyjne, Annick Nozati – głos oraz Fred Van Hove – fortepian, akordeon. Nagranie w Vandœuvre-lès-Nancy, Francja, kwiecień, 1999. Dwie improwizacje, 50 minut.

 

*) Annick Nozati zmarła kilkanaście miesięcy po rejestracji tego nagrania



wtorek, 18 czerwca 2024

FOU Records: Foussat & Lazro! Léandre & Lovens!


Jean-Marc Foussat, legenda francuskiej, elektroakustycznej muzyki improwizowanej, założył wydawnictwo FOU Records na początku ubiegłej dekady. Przez kilkanaście lat mniej lub bardziej intensywnej działalności w katalogu labelu pojawiło ponad siedemdziesiąt pozycji, zarówno na dyskach kompaktowych, jak i na winylach. Profil gatunkowy wytwórni, to oczywiście muzyka improwizowana, ale nie tylko ta współczesna, ale także starsza, powstała niekiedy trzy, a nawet cztery dekady temu.

Na łamach Trybuny nie raz sięgaliśmy po nagrania FOU, ale po prawdzie były to zjawiska rzadkie, albowiem francuskie albumy niezbyt często docierały do naszej części świata, a szczególnie do odtwarzaczy redakcji. Szczęśliwie w ostatnich tygodniach sytuacja ta uległa zmianie i w redakcyjne szpony wpadło kilkanaście albumów z logotypem FOU. Z migotaniem przedsionków zasiedliśmy do odsłuchu, a jego efekty będziemy upubliczniać sukcesywnie, zapewne przez całą letnią kanikułę. Skupimy się na nagraniach najnowszych, opublikowanych w latach 2022-23, co nie znaczy, że nie zasygnalizujemy nagrań starszych, zwłaszcza tych szczególnie wartościowych. Z pewnością wylistujemy także linki do recenzji, jakie zostały dotychczas zamieszone na spontanicznych szpaltach. A zaczniemy od dwóch legendarnych duetów. Jedno nagranie powstało jesienią ubiegłego roku, drugie ponad dekadę temu. Wszystko oczywiście działo się w dalekiej Francji.



Jean-Marc Foussat & Daunik Lazro Trente cinq minutes & vingt trois secondes (CD 2023). Jean-Marc Foussat - instrumentarium elektroakustyczne, tu zwane mécanisme instinctif et résonnant oraz Daunik Lazro – saksofon tenorowy, tu zwany kaléidophone tenor. Trzy improwizacje nagrane w październiku 2023 roku, Thoronet, Francja, 35 minut.

Improwizowane spotkanie dwóch pomnikowych postaci francuskiej muzyki kreatywnej, poczynione w domowej rezydencji Foussata, to nad wyraz intrygujący kęs (ledwie dwa kwadranse z minutami) improwizacji w jak najbardziej swobodnym wydaniu. Smaczku nagraniu dodaje fakt, iż instrumentarium Jean-Marca zdaje się być owiane sporą tajemnicą. Owe mechanizmy instynktowne i rezonujące, to w percepcji niżej podpisanego analogowe instrumenty elektroniczne, bogaty wachlarz dźwięków laptopowych i samplowanych, a także fonie, które przypominają akcje live processing. Niewykluczone, iż część dźwięków generowanych przez artystę, to amplifikowana akustyka. Po stronie saksofonisty mamy żywy instrument dęty, który pracuje na mniejszym lub większym pogłosie, czasami brudzi swoje brzmienie, ale jego sound wydaje się definitywnie mniej zagadkowy.

Album ma dalece literacki kształt - pięciominutowe wprowadzenie, prawie półgodzinne rozwinięcie oraz trzyminutową kodę. Otwarcie nęci smakołykami, ale pokazuje też ostre pazurki. Tworzą ją basowy dron syntetyki, który z czasem zaczyna pulsować i nabierać tajemniczej dynamiki, szyjąc jednoczesnej ambientowy background i saksofonowe post-melodie z drżącej tuby, które z każdą chwilą coraz bardziej wznoszą się ku górze. Zasadniczą część płyty otwiera bogato ustrukturyzowana syntetyka – od szczegółu do ogółu, z dużą mocą i chęcią dominowania. Saksofon wydaje się przyjmować tu nieco defensywne pozycje, ale ponieważ doposażony jest w pogłos, nie ma problemu z dotrzymaniem kroku elektronice, zarówno na poziome głośności, jak i intensywności. Narracja skrzy się tu wyjątkowo szerokim wachlarzem akcji zaczepnych, interakcji i swobodnej wymiany myśli. Saksofon bez trudu wgryza się w zwoje syntetyki, dobrze reaguje zarówno na wulkaniczne eksplozje, jak i plamy ambientu, zwinnie porusza się w chmurze własnych post-dźwięków, które towarzyszą mu w wielu momentach utworu. Artyści często przyjmują pozycje dysonansowe – Foussat potrafi grzmieć niemal post-industrialnie, dla odmiany Lazro śpiewa zalotnie i jedynie dokłada mocy pogłosu. Narracja miewa także wiele momentów wystudzonych i spokojnych, choćby w połowie seta, gdy popada w oniryczny letarg. Zaraz potem na scenę leją się strugi deszczu i inne fonie, które mogą pochodzić z bogatej teczki sampli. W końcowej fazie utworu z tuby saksofonu zaczynają się wydobywać aylerowskie melodie, które zostają zwinnie przeprocesowane i po niedługiej chwili sączą się ulotnymi strugami na obu flankach ekspozycji. Ostatnie słowo należy do syntetyki, doposażonej wokalizami, zapewne autorstwa Jean-Marca. Koda albumu nie ma bynajmniej charakteru kojącego rozchodniaczka. Dygocze z emocji, bije na alarm, jęczy i skowycze! Przez moment mamy wrażenie, że jednak przygasa, ale ostatnie frazy albumu, to definitywnie grzmoty z całkiem niejasnego nieba.



 

Joëlle Léandre & Paul Lovens Off Course! (CD 2022). Joëlle Léandre – kontrabas i głos oraz Paul Lovens – perkusja, talerze i gongi. Dwie improwizacje zarejestrowane w maju 2013 roku, Le Temps du Corps, Paryż, 34 minuty.

Na osi czasy cofamy się o całą dekadę, by spotkać dwie kolejne legendy swobodnej improwizacji. Soczysty, paryski koncert francuskiej kontrabasistki i niemieckiego drummera, a nade wszystko perkusjonalisty, składa się z seta głównego i kilkuminutowego encore. Całość trwa niewiele ponad dwa kwadranse, z czego niemal trzy minuty, to oklaski wieńczące obie części koncertu. Na albumie mamy zatem tylko konkret – ani sekundy zbędnego dźwięku, a każdy z nich wart milion dolarów.

Otwarcie koncertu zdaje się być odrobinę lewitujące – delikatnie rozdygotany smyczek na gryfie kontrabasu i głębokie beats matowo brzmiącego zestawu perkusyjnego. Muzycy szukają energii do życia, klecą coś na kształt rytmu – z jednej strony rozśpiewany smyczek, z drugiej szyk narracji lepiony z drobnych, talerzowych szmerów i uderzeń – oba elementy jakże charakterystyczne dla estetyk obu artystów. Emocje rosną, choć pozostają pod kontrolą. Joëlle i Paul zgrabnie przechodzą do fazy preparacji, po czym, bez zbędnej zwłoki, budują nową opowieść – kontrabasistka zalotnie szarpie za struny, perkusista łapie drobnymi frazami wiatr w żagle. Gdy w okolicach 10 minuty Léandre zaczyna swój monolog wewnętrzny, atmosfera koncertu robi się niemalże barowa, aż słychać brzęk tłuczonego szkła. Przez moment efektownie rezonują talerze. Wystarczy jednak jeden ruch smyczka ku górze, by drummer ruszył żwawym, marszowym krokiem po kolejną porcję wrażeń. Narracja wpada w stan rozhuśtania – dwa kroki dynamicznie wprzód, skok w mrok i na odwrót. Smyczek szoruje struny, pałeczki perkusyjne sprawdzają jakość naciągów. Zaraz potem kolejna porcja preparacji, śpiew post-baroku, mały industrial na glazurze werbla. Finałowe trzy minuty seta zasadniczego, to już prawdziwe fajerwerki! Smyczek pracuje nisko, głos kontrabasistki pnie się go górze, feeria talerzowych ekspozycji błyszczy po nieboskłon. Wszystko to w ułamku sekundy eksploduje największą tego dnia kulminacją. Jeszcze tylko kilka wypowiedzianych słów i można śmiało przyjąć na twarz pierwszą tego wieczoru porcję rzęsistych oklasków.

Początek dogrywki smakuje post-jazzem – zajawka perkusyjnego rytmu i kilka miarowych szarpnięć za struny. Léandre dość szybko powraca do swojego ulubionego smyczka, a Lovens do szycia narracji plejadą drobnych, żywych, jakże rytmicznych fraz. Kilka rozhuśtanych pętli i muzycy przystępują do fazy zakończenia – smyczek ląduje na samym dole gryfu, na werblu szemrają tajemnicze przedmioty.



 

piątek, 7 kwietnia 2023

Rudi Mahall, Florian Stoffner i Paul Lovens na drugiej edycji digitalnej Spontaneous Live Series

(informacja prasowa)

 

Cykl koncertowych albumów „Spontaneous Live Series”, dokumentujących nagrania z poznańskiego Dragon Social Club, rejestrowane w trakcie kolejnych Spontanicznych Festiwali, doczekał się w marcu br. swojej pierwszej digitalnej edycji. Pierwszy piątek ubiegłego miesiąca ujawnił światu nagranie portugalsko-katalońskiego tria Low Vertigo.

Piewszy piątek kwietnia przynosi nam drugą digitalną premierę, w tym wypadku prawdziwie sensacyjną propozycję dla miłośników muzyki free jazzowej i swobodnie improwizowanej. Oto bowiem przed nami koncert, jaki miał miejsce w Poznaniu w trakcie drugiej edycji Spontaneous Music Festival, która zwała się „Drumming Now!”, a która odbyła się w listopadzie 2018 roku. Na klubowej scenie Dragona zagrali wówczas – znamienita postać europejskiej sceny free jazzowej, niemiecki klarnecista Rudi Mahall, wyjątkowo uzdolniony i charakterny szwajcarski gitarzysta Florian Stoffner oraz prawdziwa legenda gatunku – niemiecki perkusista i perkusjonalista Paul Lovens. W owym czasie muzycy promowali koncertami swój pierwszy album studyjny „Mein Freund der Baum” i takąż też nazwę przyjęli dla swojego tria.  



Koncertowe nagranie z Dragona składa się z trzech improwizowanych utworów w tzw. części głównej i bisu. Pokazuje crème de la crème europejskiej improwizacji – roztańczony klarnet basowy Rudi Mahalla, wyjątkową zarówno w zakresie brzmienia, jak i frazowania gitarę Floriana Stoffnera, dla którego Derek Bailey jest jedynie drogowskazem dla własnej, jakże indywidualnej kreacji, wreszcie niebywały set perkusjonalnych cudów (zwłaszcza na talerzach), która od pięciu dekad jest znakiem rozpoznawalnym Paula Lovensa.

A tak Trybuna Muzyki Spontanicznej relacjonowała koncert:

Pierwszy dzień festiwalu zakończył (…) koncert tria Florian Stoffner (gitara), Rudi Mahall (klarnet basowy) i pierwsza z drummerskich legend na festiwalu – Paul Lovens. Koncert w Poznaniu był jednym z czterech w trakcie polskiej trasy koncertowej, która promowała ich debiutancki krążek „Mein Freund Der Baum”. 40-minutowy set bardzo skupionej, prawdziwie molekularnej, jakże swobodnej improwizacji. Klasa obu niemieckich improwizatorów zdaje się być poza wszelką dyskusją, zatem wielu z nas skupiało uwagę przede wszystkim na szwajcarskim gitarzyście. I to był właściwy wybór. Świetna komunikacja ze starszymi kolegami, brawura techniczna i wielka wyobraźnia.

Smaczkowi publikowanemu nagraniu dodaje z pewnością fakt, iż od wielu miesięcy wiadomo, iż niemiecki perkusista znajduje się w stanie emerytalnego wyciszenia i definitywnie zakończył swoją aktywność artystyczną.


Mein Freund der Baum: Mahall/ Stoffner/ Lovens "Live At 2nd Spontaneous Music Festival, 2018", Spontaneous Live Series D02 (Spontaneous Music Tribune, DL 2023). Rudi Mahall – klarnet basowy, Florian Stoffner – gitara elektryczna, Paul Lovens – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe z 8 listopada 2018 roku, Dragon Social Club.

Link:

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-d02



wtorek, 19 kwietnia 2022

Lebik, Edwards & Lovens and their Lepomis Gibbosus! *)


Bass słoneczny, bass pospolity, słonecznica pstra – gatunek słodkowodnej ryby okoniokształtnej z rodziny bassowatych – tak Wikipedia definiuje nazwę własną, będącą tytułem płyty, jaką przygotowała dla nas trójka muzyków, która okazjonalnie spotkała się ponad sześć lat temu na scenie festiwalu jazzowego w Lublinie.

Z jednej strony Paul Lovens - legendarny perkusista, perkusjonalista z Niemiec, człowiek, który własnym potem wykuł w skale kanony gatunku free improvised percussion. Tuż obok angielski kontrabasista John Edwards, muzyk już z kolejnego pokolenia, artysta bez udziału którego trudno sobie wyobrazić klasową free jazzową płytę z tamtej strony kanału La Manche. Wreszcie dużo od nich młodszy Gerard Lebik, saksofonista ze Śląska, który dekadę temu zdawał się budować na nowo idiom polskiego swobodnego jazzu (z jakże doskonałym skutkiem!), ale potem bywał spotykany głównie w obszarze kreatywnej elektroniki. Samo nagranie przeleżało się na twardych dyskach komputerów na tyle długo, iż dziś trudno ocenić, na jakim etapie swojej muzycznej kariery znajdował się Polak, gdy ów intrygujący, chwilami wyśmienity koncert był rejestrowany. Nasze dywagacje w niczym jednak nie zmieniają faktu, iż Lepomis Gibbosus jest albumem, przez odsłuch którego nikt nie powinien przejść suchą stopą, tudzież zbyć ją brakiem należytego zainteresowania.



Początek koncertu, to typowa dla składów kleconych ad hoc rozpoznawcza gra na małe pola. Drżenie basu, jego pierwsze frazy tkane pizzicato, leniwe podmuchy z tuby saksofonu i perkusjonalne ornamenty. Na tym etapie wszystko smakuje tu swobodną kameralistyką. Lebik patrzy w stronę Evana Parkera, Lovens, jak to Lovens, przypominać może tylko siebie, no i Edwards, lekko już upocony, choć ciągle w blokach startowych, gotowy na każde rozdanie. Po pierwszym narracyjnym zwarciu szeregów, w okolicach 10 minuty muzycy przestawiają się na filigranową, stylową, ale bezpieczną improwizację. Kontrabasista zmienia tryb narracji jak rękawiczki, perkusista z drobiazgów buduje małe cuda, a saksofonista spogląda w przyszłość i szuka wyważonych fraz. Ale to właśnie ten ostatni przenosi improwizację w tzw. drugą odsłonę koncertu. Powolna, cicha rozmowa bogacona jest tu smyczkiem o brudnym, mięsistym brzmieniu. W dalszej fazie nagrania opowieść toczy się już dość wartko i nabiera pewnej niewymuszonej dynamiki. Saksofonista delikatnie wycofany, cedzi dźwięki, ale nie notuje pustych przebiegów. Kolejne trzy sekundy chwały odnotowuje natomiast perkusista.

Kameralne wytłumienie i kilka solowych chwil Lovensa odnajduje koncert już w jego trzeciej części. Najpierw garść popisowych grepsów Niemca, tuż potem zaskakująca dramaturgicznie propozycja skocznego, wesołego rytmu, który nadaje całej improwizacji wręcz swingowego posmaku. Kolejną fazą koncertu jest bystra, solowa ekspozycja kontrabasu, której akompaniuje ostrożny drumming. Po krótkiej fazie zabawy z ciszą, improwizacja nabiera tempa i intensywności, budowana głównie mocą kontrabsu i jego nieodpartej potrzeby ciągłej zmiany. Zupełnie niepostrzeżenie koncert wchodzi w czwartą, zdaje się, że najciekawszą fazę. Najpierw duży bukiet preparowanych dźwięków ze strony każdego z muzyków. Ocean drobiazgów – smyczek, perkusjonalia i wysoko podwieszony saksofon. Potem faza suchych dronów, stylowych short-cuts i wielkich kłębów szumu. Nim koncert dobiegnie końca, narracja oczywiście wdrapie się jeszcze na drobne, finałowe wzniesienie. Dynamikę proponuje tu perkusja, post-rockowe przełomy kontrabas, a filigranowe chrobotanie, niczym taniec na linie, dość już rozgrzany saksofon.

 

Lebik/ Edwards/ Lovens  Lepomis Gibbosus (Fundacja Słuchaj, CD 2021). Gerard Lebik – saksofon tenorowy, John Edwards – kontrabas oraz Paul Lovens – perkusja. Nagrane na żywo, 23 kwietnia 2015 roku, w trakcie Lublin Jazz Festival. Jedna swobodna improwizacja, dla wygody słuchaczy podzielona na dysku na cztery części, łącznie – 45:36.

 

*) recenzja powstała na potrzeby portfalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana



sobota, 14 sierpnia 2021

Cecil Taylor Quintet shows how to Lifting The Bandstand! *)


Amerykański pianista Cecil Taylor, w opinii wielu najważniejszy muzyk tego instrumentu w historii free jazzu, stał się artystą europejskim bodaj w roku 1988. Wtedy to, na zaproszenie FMP Production, spędził w Berlinie okrągły miesiąc i nagrał pewnie tuzin płyt z muzykami europejskimi. Dobrze się czuł w Europie, a że od początku miał tu status półboga, jego współpraca z muzykami europejskimi kwitła także w kolejnych latach. W dekadzie lat 90. miał po tej stronie Atlantyku nawet swoje working bandy, a przynajmniej jeden, ten, który spotykamy na najnowszej płycie Taylora, wydanej całkiem niedawno przez krajową Fundację Słuchaj!, która w kręgach anglojęzycznych bywa już nazywana skrótowo FSR Records.

W bardzo demokratycznym kwintecie, którego sam Taylor nazywał ponoć Bandem, spotykamy dwóch Niemców (Tristana Honsingera - wiolonczela i Paula Lovensa - perkusja) oraz dwóch Finów (Harri Sjöströma – saksofon sopranowy i Teppo Hauta-Aho – kontrabas). Każdy z tych muzyków jest dziś – na różnym poziomie intensywności – legendą gatunku, zatem premierowa prezentacja pewnego koncertu tegoż kwintetu z końca lat 90. ubiegłego stulecia musi stanowić prawdziwy rarytas pośród free jazzowych publikacji początku 2021 roku.

Muzyków zastajemy w przedostatni dzień października 1998 roku na fińskim zlocie jazz fanów, zwanym Tampere Jazz Happening. Płyta Lifting The Bandstand (tytuł, to cytat z wypowiedzi Steve’a Lacy, zachwyconego jakością kooperacji w ramach tegoż składu) jest pełnym zapisem koncertu – wstępnych, niemal slapstickowych zabaw głosowych, części zasadniczej koncertu, pierwszej burzy oklasków, dwuminutowego encore i wyciszonej, drugiej burzy oklasków. Całość podana w jednym traku trwa blisko 76 minut.

 


Kabaretowa zabawa na pięć głosów męskich i przypadkowe dźwięki percussion trwa tu niemal sześć pełnych minut. Wtedy to z uroczego chaosu sytuacyjnego wyłania się wiolonczela, która zaczyna urokliwie piłować struny. Reszta muzyków pozostaje jeszcze przez moment w stanie wybudzania. Wejście w fazę formowania narracji właściwej ogłaszają czarne klawisze piana, a zaraz potem pierwsze dźwięki saksofonu sopranowego. Od lewej słyszymy zatem: fortepian, wiolonczelę, perkusję, kontrabas i saksofon! Kwintet ludowej demokracji pod światłym przewodnictwem pianisty rozpoczyna swoje free jazzowe życie estradowe! Free Cecil Dance with Good Companies płynie szerokim strumieniem, do którego każdy z muzyków dokłada symboliczne 120% mocy i kreatywności!

Wraz z wybiciem 20 minuty mamy pierwsze, ledwie dostrzegalne wystudzenie emocji i zejście w okolice free chamber, głównie za sprawą wyjątkowo aktywnej, wręcz nadpobudliwej wiolonczeli. Przez moment ów post-barokowy flow tłumi nawet temperament Cecila! Ten ostatni wznosi jednak okrzyk i zawraca kwintet na jedynie słuszną drogę free jazzowej galopady. Odnotujmy także pierwszych kilka chwil bez saksofonu (muzyk będzie tak czynił from time to time, z dużą wszakże konsekwencją). Pod koniec trzeciej dziesiątki minut pióro recenzenta nie może nie odnotować masywnego expo Lovensa, czynionego w trakcie gry pełnym składem, zatem naprawdę ekspresyjnego. Po kolejnym zdjęciu nogi z gazu muzycy serwują nam przecudny moment w duecie – piano i perkusja. W ułamku sekundy dołącza do nich kontrabas, być może pracuje też cello, ale w tumulcie emocji nie jesteśmy tego pewni. Po chwili wraca też saksofon i efektownie śpiewa, mimo dość głośnego akompaniamentu pozostałych kolegów.

W 40 minucie tym, który gasi ekspresyjną narrację jest sam pianista. Kilka masywnych uderzeń i flow schodzi na kolanach niemal do poziomu samotnej wiolonczeli. Znów świetny moment odnotowuje Lovens, a barwa brzmienia saksofonu intrygująco zbliża się do tego, czym zwykł nas zachwycać sam Steve Lacy. Po kolejnych kilku minutach, znów na zaciągniętym ręcznym, bodaj najpiękniejszy fragment koncertu – wystudzone piano płynie swobodnie na podkładzie dwóch strunowców traktowanych arco i pizzicato. Powrót saksofonu, to moment na równie efektowne duo dęciaka z wiolonczelą. Kameralny nastrój nie trwa jednak zbyt długo, mistrz Cecil jest bowiem niezwykle czujny pod względem dramaturgicznym.

Czarno-białe piano wrzuca tryb gęstej galopady, a nam pozostaje jedynie nadstawiać uszu. Kwintet na szóstym biegu dobrze łechta nasze zmysły, ale można odnieść wrażenie, iż muzycy grają wciąż to samo. Rotują poziomem intensywności, nie zaś metodami pracy. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego, wszak egzystujemy tu w ramach stuprocentowego free jazzu! Opowieść, która odnotowuje coraz krótsze momenty spowolnienia (w trakcie jednego z nich kontrabas gra smyczkiem!) prowadzi nas autostradą emocji do 63 minuty, gdy narracja gaśnie znów niemal do poziomu gołej wiolonczeli. Pojawia się głos pianisty, który zalotnie pokrzykuje, a w rolę akompaniatora dobrze wkleja się Lovens, tu na wyjątkowo delikatnym percussion. Muzycy zaczynają fazę drobnych, urywanych fraz dodawanych przez kolejne instrumenty, zaczynają się też delikatnie przedrzeźniać, by wraz z wybiciem 70 minuty śmiało przejść do kabaretowych igraszek, które znamy z początku koncertu. Muzyka gaśnie niemal równocześnie z nastaniem burzliwych oklasków. Na dwuminutowe encore wraca tylko Taylor i Lovens, w sumie … tylko Taylor. Piętnaście sekund po wybiciu 75 minuty koncert kończy się definitywnie.

 

*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, onegdaj, minionej wiosny

 

 

 

wtorek, 29 czerwca 2021

Paul Lovens & Florian Stoffner in Tetratne!


Gołe struny gitary, zasilane niewielkim agregatem prądotwórczym, wchodzą w pierwsze interakcje z delikatnym, niemal molekularnym drummingiem prostego werbla i smukłych, bezdźwięcznych talerzy, prowadzonym po ostrych krawędziach, jakby od niechcenia, leniwie, choć z wewnętrzną furią. Dwóch muzyków, posadowionych na dużej scenie festiwalowej, z tej chmury drobnych, niedostrzegalnych gołym uchem dźwięków budują pierwszą narrację tego wieczoru. Ich opowieść pulsuje, skacze z miejsca na miejsce, a poszczególne wątki kłębią się w sobie, kipią emocjami i szczerzą zęby. Struny pląsają po wysuszonej łące, drummerskie przedmioty bawią się w mały zakład szlifierski, wszystko zaś leje się oceanem akustycznych wspaniałości, pełnym niuansów, ale i krwistych erupcji mocy.

 


Gitarzysta dostarcza całe mnóstwo oryginalnych dźwięków, powykręcanych fraz, które dobywa ze swojego tajemniczego instrumentu, niczym wytrwany szperacz spośród sterty zapominanych kart historii gatunku. Perkusista, master of the masters, sztukmistrz, który z niczego zdolny jest wyczarowywać prawdziwe cuda, który z drobiazgów tworzy poematy symfoniczne wyzwolonego percussions, zdaje się nie ustępować partnerowi w jakimkolwiek wymiarze tej szalonej improwizacji.

W okolicach siódmej minuty koncertu artyści zdejmują nogę z gazu i przez moment dumają nad losem świata, generując plejady rezonujących, głuchych i półdźwięcznych fonii. Gitara nie brzmi jak gitara, to raczej generator fake sounds, którego głównym zadaniem jest zaskakiwać i stawiać pytania o źródła pochodzenie danego dźwięku. Gdy dramaturgia wydarzenia na to pozwala, perkusista przeistacza się w mistrza ceremonii wyniesienia – echo stopy na bębnie basowym, drżące talerze, gongi obwieszczające tylko złe nowiny. Przez moment oba instrumenty na scenie brzmią niczym dwie zdezelowane perkusje, które oczekują transportu na złomowisko. W międzyczasie perkusista czyni specjalność zakładu – buduje samotną narrację na jednym talerzu, który ugniata na umęczonej glazurze werbla. Improwizacja wdrapuje się na szczyt, ale przy schodzeniu wpada w efektowny poślizg, niepozbawiony znamion rytmu. Gitara moduluje swój dźwięk, perkusja sprawia wrażenie, jakby składała się już z samych krawędzi. Pierwsza, piętnastominutowa improwizacja gaśnie sprowadzona do pojedynczych dźwięków.

Druga część, ledwie kilkuminutowa, to perełka w koronie mistrzów. Muzycy zaczynają metodą call & responce. Gitara zdaje się być pozbawiona prądu, ale to tylko chwilowa niedyspozycja. Muzycy prowadzą zwinną grę na małe pola niczym Derek Bailey i John Stevens jakieś skromne czterdzieści, albo i pięćdziesiąt lat temu. Pomiędzy szprychy narracji wpada kilka kęsów bluesa i martwej americany. Perkusista pichci małe spiętrzenia, gitarzysta dba o niuanse. Każdy dźwięk konweniuje tu z innymi, nawet ten nie zagrany.

Kolejną, nieco dłuższą opowieść muzycy znów zaczynają w niemal akustycznym wymiarze, grają frazy na wdechu, budują suspens. Struny trzymane w ryzach, niemal bezdźwięczne, cała plejada nanodźwięków z werbla, o który ocierają się schłodzone talerze. Garść drummerskich preparacji, które kontrapunktują short-cuts gitary. Ta ostatnia nie może się zdecydować, czy jest akustyczna, czy jednak elektryczna. Oniryczny klimat, rezonujące strefy i feeria talerzy, ale i frazy, które pachną ekspresją post -rocka! Po szóstej minucie gitara kurczy się do rozmiarów kompaktowych, ale talerze rosną szyte preparacjami. Piękny dysonans akustyczny, aż po dźwięk wielkiego talerza, którym muzyk wachluje zapocone czoło.

Ostatni epizod, rodzaj koncertowego encore. Bije metronom, a gitara śpiewa piosenkę post-country. Ów komediowy event trwa kilkadziesiąt sekund, po czym narracja rozpływa się korytem swobodnej gry w nieoczywiste frazy. Muzycy szukają zagubionej ciszy, kreują suspens gitarowymi flażoletami, ułamkami dźwięków z werbla i rezonansu. Wokół gitary na moment tworzy się małe kłębowisko prądu. Talerze drżą, aż śpiewają. Powraca melodia z pierwszych chwil dogrywki. Wielki finał, to szum perkusyjnych przedmiotów, niczym fale oceanu, no i gong, który ogłasza definitywny koniec tego niebywałego misterium dźwięku i najswobodniejszej improwizacji nowożytnego świata wolnej muzyki.

 

Tetrane (ezz-thetics, CD 2020). Paul Lovens – skromny zestaw perkusyjny (drumset), talerze i gongi oraz Florian Stoffner – gitara elektryczna (electrified guitar). Marzec 2019, Sound Disobedience Festival, Ljubijana, Słowenia. Cztery swobodne improwizacje, 34 minuty i kilkanaście sekund.

 

 

sobota, 8 lutego 2020

Keune, Russell, Schneider & Lovens! Nothing Particularly Horrible but strictly beauty!


Historia muzyki swobodnie improwizowanej usiana jest tajemnicami, nieodkrytymi lądami, a także niewyczerpanymi zasobami nieopublikowanych nagrań koncertowych (wszak każdy dobry koncert free impro stanowi wystarczający powód, by wydać płytę). Ocean rejestracji dźwiękowych, które pokrywają się kurzem na zdezelowanych twardych dyskach dawno nieczynnych komputerów i wciąż czekają na swoje pięć minut.  Co gorsza, nikt jeszcze o nich nie napisał pracy naukowej, choćby po części równie dociekliwej, jak opowieść o historii … norweskiego black metalu. Tytuł tej ostatniej książki pasowałby zresztą do swobodnej improwizacji jak ulał – Władcy Chaosu!

Dwadzieścia sześć lat temu, na Ruhr Jazz Festival w niemieckim Bochum, miał miejsce koncert pewnego kwartetu. Trzy - już wtedy - niemal pół legendy gatunku i skromny młodziak, jeszcze przed trzydziestymi urodzinami. Uprzedźmy przebieg wypadków – zagrali fantastyczny koncert, który został zarejestrowany w jakości absolutnie topowej, po czym … zaległ gdzieś na prawie trzy dekady.

Szczęśliwie dziś, a dokładnie od grudnia ubiegłego roku, możemy delektować się dźwiękami wtedy powstałymi. Wszystko dzięki FMR Records i dyskowi o zabawnym tytule Nothing Particularly Horrible (Live in Bochum’93). Cztery epizody (jeden długi, trzy krótkie), w formie skomponowanej swobodnej improwizacji (koniec cytatu) trwają trzy kwadranse bez kilkudziesięciu sekund!




Ladies and Gentlemen!

Stefan Keune na saksofonie sopranino i tenorowym (rzeczony wówczas młodziak!), John Russell na gitarze akustycznej, Hans Schneider na kontrabasie oraz Paul Lovens na perkusji i perkusjonaliach (te jego słynne talerze!). Zwieramy pośladki i zanurzamy się w dźwiękach!

Przywilej otwarcia improwizacji nie mógł nie przypaść maestro Lovensowi! Rozkołysane ma werblu talerze wpadające w metaliczny rezonans, obok suche struny gitary bez prądu i kontrabasu, także urywane, ulotne frazy sopranino – błyszcząca fonia permanentnie otwartej zabawy w dźwięki.  Wszystko dzieje się w rozległym pomieszczeniu, czuć rozbujane plamy nadakustyki. Narracja toczy się leniwe, ale kolektywnie i bez pustych przebiegów. Sopranino pachnie wonią saksofonowych podmuchów Trevora Wattsa, tych prawdziwie molekularnych, czynionych onegdaj w jakże kreatywnym towarzystwie Johna Stevensa. W połowie czwartej minuty pierwsza, krótka porcja dźwiękowej eskalacji, w estetyce swobodnej kameralistyki. Moc skupienia i mikro frazy ciszy pomiędzy dźwiękami, wszystko jednak o pół kroku od gęstych, chwilami zadziornych interakcji, szczególnie na linii gitara-saksofon. Także pełne garście zmysłowego, niemal barokowego smyczka na strunach kontrabasu, wreszcie the one and only Lovens i jego czereda samorezonujących przedmiotów. Od ciszy do hałasu, z dramaturgiczną wszakże przewagą zadumy nad losem pojedynczego dźwięku. Tuż po upływie dwunastej minuty, znów krótka, ale dosadna eskalacja, czyniona wysokim, ptasim zaśpiewem, nie tylko drobnego z natury sopranino. Kolejną fazą długiego, ponad 23-minutowego seta otwarcia jest batalia na zgrzyty i przydechy, której barw dodaje wyjątkowo ognisty w tym akurat momencie Lovens. Beauty and bloody four masters’ democration! Wybicie dwudziestej minuty redukuje na moment opowieść do duetu gitary i kontrabasu traktowanego równocześnie … pizzicato i arco. Sopranino komentuje, a percussion eskaluje! Niezobowiązujący galop ze stemplem doskonałości saksofonu wieńczy pierwszy fragment koncertu.

Cichy smyczek, pojedyncze frazy suchej gitary, rezonujące w wąskiej tubie dźwięki sopranino, delikatność no drumming percussion – przykład pulsującej meta kameralistyki. W piątej minucie na scenie wykluwa się coś, co moglibyśmy nazwać dźwiękiem elektrycznym. Recenzent nie ma pomysłu, co lub kto mógłby być źródłem owej tajemniczej fonii (rezonans magnetyczny kontrabasu? dziwny przedmiot w rękach Lovensa?). Oniryczna pół psychodelia.  

Na trzecią podróż Keune zabiera saksofon tenorowy. Narracja nabiera zadziorności nie tylko z tego powodu. Najbardziej czupurny fragment koncertu, kreowany podmuchami saksofonu, czynionymi z intensywnością godną wczesnego Evana Parkera! Cios za cios! Nerwem narracji zdaje się być jednak metaliczny smyczek, targający rozszalałym włosiem gryf kontrabasu. Ogień tli się w każdej części sceny, choć najmniej zdaje się go być w okolicach gitarzysty. Ten wszakże, na sam już finał, bystrze akcentuje swoją obecność.

Epizod zamknięcia – rezonans talerzy, który wydaje się nie mieć końca, zgrzyty na strunach, podmuchy siarczystego kontrabasu, wilgoć na ustniku sopranino, który powrócił właśnie do gry. Faza gigantycznej preparacji pcha opowieść ku świetlistemu zakończeniu. Czerstwa, gęsta akustyka, w powietrzu fruwają drobinki prądu. Kontrabas biegnie wysokim wzgórzem, stawiając stemple piękna nie gorzej niż barokowy strój instrumentu Barry’ego Guya. Jest filigranowa gitara, jest strzeliste sopranino, jest i subtelny kontrabas, także metaliczna precyzja percussion. Koncert cudownie gaśnie na wystudzonym smyczku.


środa, 14 listopada 2018

Spontaneous Fest in Drumming Now! That’s how it went!


Druga edycja Festiwalu Muzyki Spontanicznej w poznańskim Dragonie za nami. Tym razem – z racji wybitnej reprezentacji perkusjonalistów – nazwana została Drumming Now!

Trzy dni wypełnione swobodnie improwizowaną muzyką, dużo wrażeń po obu stronach sceny. Nie sposób nie skomentować na tych łamach właśnie tych kwestii. Z oczywistych względów komentować nie będę spraw organizacyjno-bytowych samej imprezy. Może jedynie słowo o drobnych ambiwalencjach organizatorów, związanych z frekwencją na poszczególnych wydarzeniach koncertowych. A zatem dwa wnioski, które muszą tu być wyartykułowane: po pierwsze, także w obszarze free improve, wciąż najbardziej lubimy piosenki, które znamy, po drugie – we współczesnych czasach zasadniczo nie chodzimy tłumnie na biletowane koncerty. Muzyka ma być za darmo? Ogromna obłuda.




Dzień pierwszy festiwalu otworzył koncert Poznańskiej Orkiestry Improwizowanej (zwanej także na potrzeby tej imprezy – Poznan Improvisers Orchestra). Wyjątkowo nie odbył się on w Klubie Dragon, lecz w miejscu zwanym, bardzo celnie zresztą - Schron. Ansambl istnieje dokładnie rok, rozwija się dynamicznie, a skupia głównie młodych absolwentów poznańskich szkół muzycznych. Tym razem, z racji włączenia koncertu w szranki festiwalowe, Orkiestrą po raz pierwszy dyrygował gość, a w samym jej składzie pojawiło się kilku kolejnych gości. Na scenie zatem w sumie widzieliśmy i słyszeliśmy blisko 30 muzyków. Byli to stali członkowie POI: Borys Słowikowski - dyrygentura / bębny obręczowe, Marcin Góral – perkusja, Paweł Doskocz - gitara elektryczna, Fryderyk Szulgit - gitara elektryczna, Rafał Rybarczyk - gitara elektryczna, Hubert Karmiński - gitara basowa, Karol Firmanty – elektronika, Dawid Dąbrowski – elektronika, Jeff Gburek – elektronika, Maciej Łukacz - saksofon barytonowy, Damian Drozd - saksofon tenorowy, Weronika Kulesza – kornet, Adam Teresa – kornet, Michał Giżycki – klarnet, Ostap Mańko – skrzypce, Dominika Szelążek – akordeon, Martyna Gibes – wokal oraz Slasia Wilczyńska - lira korbowa. W ramach zaś rozbudowanej sekcji gości: Yedo Gibson - dyrygentura / saksofon, Vasco Trilla – perkusjonalia, Michał Dymny - gitara elektryczna, Maciej Karmiński – perkusja, Piotr Mełech – klarnet, Bartosz Wrona – wokal.

Na blisko godzinny występ złożył się 45 minutowy set pod batutą Yedo Gibsona oraz dwa krótkie encores, gdy w rolę dyrygentów wcielili się Borys Słowikowski i Rafał Ziąbka. Szczególnie ekscytujący był set zasadniczy. Brazylijski saksofonista miał mniej więcej dwie godziny na to, by poznać muzyków i określić metody współpracy. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Yedo, choć dużą część koncertu jedynie przyglądał się muzykom lub grał na saksofonie sopranowym, zdawał się czuwać nad każdym dźwiękiem, jaki pojawiał się na scenie. Gdy wreszcie gestami zaczął stymulować wydarzenia foniczne, cała Orkiestra wręcz uniosła się w powietrzu! Z mojej perspektywy, szczególne brawa należą się wokalistom. W wielu momentach ich temperament niósł muzyków naprawdę wysokim wzgórzem. Brawo! Koncert zwieńczyły dyrygenckie miniatury Borysa i Rafała. Precyzja, skupienie, także niebanalny efekt końcowy.




Pierwszy dzień festiwalu zakończył – już w Dragonie – koncert tria Florian Stoffner (gitara), Rudi Mahall (klarnet basowy) i pierwsza z drummerskich legend na festiwalu – Paul Lovens. Koncert w Poznaniu był jednym z czterech w trakcie polskiej trasy koncertowej, która promowała ich debiutancki krążek Mein Freud Der Baum. 50 minutowy set bardzo skupionej, prawdziwie molekularnej, jakże swobodnej improwizacji. Klasa obu niemieckich improwizatorów zdaje się być poza wszelką dyskusją, zatem wielu z nas skupiało uwagę przede wszystkim na szwajcarskim gitarzyście. I to był właściwy wybór. Świetna komunikacja ze starszymi kolegami, brawura techniczna i wielka wyobraźnia.




Czas na drugi dzień festiwalu i wciąż rosnące emocje. Do grupy festiwalowych gości, którzy grali w secie orkiestrowym, dołączyli dwaj młodzi i szalenie groźni Brytyjczycy – saksofonista Colin Webster i perkusista Andrew Lisle. Pierwszym zaś koncertem tego dnia było prawdziwie premierowe spotkanie tegoż właśnie Webstera z Vasco Trillą. Muzycy, którzy poznali się dwie godziny przed koncertem, zagrali świeży, dynamiczny set, który trwał około 30 minut. Muzycy zaliczyli wszystkie poziomy ekspresji, byli jak dzikie zwierzęta, właśnie, co wypuszczone z klatki, ale potrafili także zwinnie przepoczwarzać się w przebiegłe kocięta, które szukały na scenie sonorystycznych inspiracji. A zatem Colin i Vasco – czekamy na ciąg dalszy tak udanie rozpoczętej współpracy!




Zaraz potem spotkanie dwóch gitar elektrycznych – Michała Dymnego i Pawła Doskocza, z perkusją – Andrew Lisle’a. Młodzi polscy muzycy w trakcie poprzedniej edycji Spontanicznego Festiwalu zagrali trio z holenderskim drummerem Onno Govaertem. Tu, w dynamicznym, niemal psychodelicznym zderzeniu z lwem wprost z Londynu, pokazali moc ekspresji i improwizacji. Trzy kwadranse wyłącznie na temat, dobra komunikacja (pod koniec seta Andrew świetnie pociągnął narrację na talerzach) i niebanalne zakończenie.




Na koniec drugiego dnia festiwalu, nie ostatni na tej imprezie dowód, iż telepatia nie jest pojęciem teoretycznym. Doskonały duet Yedo Gibson i Vasco Trilla. Być może był to już ich dwusetny koncert, ale jeśli pozostaną w takiej formie, to mogą śmiało zagrać jeszcze … dwa tysiące koncertów. Yedo na sopranie wyczyniał cuda, grał całym ciałem, nosem, ustami, brzuchem i nogami. Jego sopran tańczył, drżał, krzyczał i dudnił. Vasco towarzyszył mu przy każdym dźwięku. Dobywał ze swojej magicznej walizki przedmiot za przedmiotem, by sprawić przyjacielowi choćby jedną niespodziankę. Yedo na finał zadął wprost w jego werbel. I naprawdę stali się wtedy jednym, muzycznym ciałem!





Dzień ostatni i aż cztery koncerty. Dwa tria stworzone ad hoc i dwa working duety. Sobota miała rozpocząć się dwoma duetami sax&guitar. Perkusiści nie pozwolili jednak na takie rozdanie. Skoro ten festiwal nazywa się Drumming Now!, to żaden koncert nie może się obyć bez perkusjonalii! A zatem tria – najpierw Michał Dymny, Colin Webster i Vasco Trilla, potem Paweł Doskocz, Yedo Gibson i Andrew Lisle. Dwa debiutanckie składy i moc niebywałych, często zaskakujących dźwięków. Muzycy wybornie radzili sobie we free jazzowych galopach, ale najciekawiej było wtedy, gdy tłumili emocje i poszukiwali się wzajemnie niemal pojedynczymi frazami. I znów Derek Bailey triumfował zza grobu ze swoją pokrętną tezą o jakości prymarnej improwizacji. Trudno wskazać miejsca szczególnie udane w trakcie obu 40 minutowych setów, bo było ich zbyt wiele. W oczy i uszy rzucała się świetna komunikacja, doskonałe, wzajemne słuchanie się i reagowanie na poczynania partnerów. Każdy z tej szóstki muzyków dawał z siebie naprawdę dużo i zmysłowo cementował kolektywne improwizacje.




Colin Webster i Andrew Lisle – choć zaliczamy ich zdecydowanie do młodej generacji brytyjskich improwizatorów – mają w dorobku wiele płyt, zarówno duetowych, jak i w triach i kwartetach. Znają się doskonale, wiedzą, że grając razem mogą pozwolić sobie na wszystko. Podczas wcześniejszych występów na scenie Dragona, zarówno Webster, jak i szczególnie Lisle, zdawali się nie odkrywać wszystkich kart, w niektóre improwizacyjne spięcia wchodzili z delikatną tremą. Tu, w swoim bazowym duecie, dali prawdziwy popis. Webster stąpał po krawędziach chmur, Lisle był tuż obok niego. Zażartowałem w kuluarach, że powinniśmy na kolejne edycje festiwalu zaprosić kilku bardziej uznanych saksofonistów w Europie i na świecie, ale nie po to, by grali w Dragonie, ale żeby usiedli wśród publiczności i posłuchali, jak świeżo i odkrywczo można grać na saksofonie altowym. Brawo Colin!




Wielki finał festiwalu. Wszelkie słowa zachwytu nad muzyką, jaka zabrzmiała do tej pory, od tego momentu można było już włożyć pomiędzy kartki historii. To, co pokazali na scenie Dragona Witold Oleszak (fortepian preparowany) i Roger Turner (perkusjonalia), kompletnie zdewastowało nasz obraz muzyki swobodnie improwizowanej. Turner - 72-letni drummerski geniusz, piękna klamra spinająca festiwal, który rozpoczął się m.in. koncertem z udziałem Paula Lovensa. Roger grał niuansami, drobnymi, akustycznymi incydentami. Po chwili wiedzieliśmy już, dlaczego jego instrument musi być tak skrzętnie skonstruowany i równie szczegółowo nagłośniony. Tu grał każdy drobiazg, wszystko miało swój sens dramaturgiczny, do tego świetnie konweniowało z tym, co wyczyniał tuż obok, dzięki swej buzującej wyobraźni, przyczajony na lewej flance Witek. Najspokojniejszy, najbardziej wyważony koncert festiwalu postawił nas na baczność. Oklaskom nie było końca.



Festiwalowe foty by NoFuck. Wszystkie prawa niezastrzeżone!


czwartek, 8 listopada 2018

Drumming Now! with Lovens! Turner! Trilla! Lisle! Stoffner! Mahall! Oleszak! Webster! Gibson! and others!


“Drumming Now! 2. Spontaneous Music Festival – Live in Dragon 2018” startuje za kilka godzin! Zapraszamy do lektury, jak najbardziej zaktualizowanego, programu koncertów.


8 Listopada, 2018

Schron (ul. Kościuszki 68)  19.30  (wstęp wolny)
Poznan Improvisers Orchestra conducted by Yedo Gibson feat. Vasco Trilla, Piotr Mełech, Michał Dymny, Maciej Karmiński & Bartosz Wrona

Dragon (Zamkowa 3) 21.30  (bilety)
Florian Stoffner g/ Rudi Mahall bcl/ Paul Lovens dr

9 listopada, 2018

Dragon 19.00 (bilety)
Colin Webster sax/ Vasco Trilla dr
Andrew Lisle dr/ Paweł Doskocz g/ Michał Dymny g
Yedo Gibson sax/ Vasco Trilla dr

10 listopada, 2018

Dragon 18.00  (bilety)
Michał Dymny g/ Colin Webster sax
Paweł Doskocz g/ Yedo Gibson sax
Colin Webster sax/ Andrew Lisle dr
Roger Turner dr/ Witold Oleszak p.


Poniżej prezentujemy omówienie każdego z festiwalowych dni, opublikowane na najpopularniejszym portalu społecznościowym tej galaktyki. Tuż po nich, jeszcze skromne zaproszenie do odsłuchu audycji radiowych, poświęconych wydarzeniu.




Dzień pierwszy

Zaczynamy we czwartek o godz. 19.30 w Klubie Schron (Kościuszki 68). Zagra Poznańska Orkiestra Improwizowana, zwana też na cześć swych słynnych poprzedniczek - Poznan Improvisers Orchestra.

Ansambl funkcjonuje już prawie rok, zagrał szereg niezwykle ciekawych koncertów, z udziałem naprawdę licznej publiczności. Grał w Domu Tramwajarza, Kołorkingu, także na ulicy Św. Marcin i na … statku w Cigacicach! Przez orkiestrę przewinęło się już kilkudziesięciu muzyków, a w rolę dyrygentów wcielali się Borys Słowikowski, Witek Oleszak i Rafał Ziąbka. Nawet raz Orkiestra zagrała … bez dyrygenta!

Występ czwartkowy będzie jednak szczególny. Po pierwsze, gdyż otwiera trzydniowe święto muzyki improwizowanej w Poznaniu, po drugie, gdyż w związku z ideą przewodnią imprezy, będzie miał wyjątkowo rozbudowaną sekcję rytmiczną, po trzecie wreszcie, dyrygować POI będzie po raz pierwszy gość – brazylijski saksofonista Yedo Gibson. Muzyk, który blisko dekadę prowadził The Royal Improvisers Orchestra w Amsterdamie, miał także okazję wielokrotnie praktykować z samą The London Improvisers Orchestra! We wspomnianej,  rozbudowanej sekcji rytmicznej zagra także kolejny gość Festiwalu, doskonały perkusista kataloński Vasco Trilla. Kolejnymi gości w składzie będą gitarzysta Michał Dymny, klarnecista Piotr Mełech, wokalista Bartosz Wrona i perkusista Maciej Karmiński.

Około godziny 20.30 przenosić się będziemy już do miejsca docelowego Festiwalu, a zatem klubu Dragon (Zamkowa 3). Zapewne nie później niż o 21.30 rozpocznie się tam koncert niezwykłego tria free improve. Zagrają - szwajcarski gitarzysta Florian Stoffner, którego znamy choćby z doskonałej płyty z Albertem Cirera oraz niemieccy mistrzowie gatunku – Paul Lovens na perkusji (jak zwykł to określać na płytach: selected and unselected drums and cymbals) oraz Rudi Mahall na klarnecie basowym.

Emocje na scenie zatem gwarantowane!!! Nie może Was zatem zabraknąć!

W ramach zaś przygotowań własnych do koncertu, obejrzyjcie fragmenty koncertów The Royal Improvisers Orchestra pod batutą Yedo Gibsona.






Dzień drugi

Tego dnia zobaczymy dwóch perkusistów, tyluż saksofonistów i gitarzystów. Dwa duety, jedno trio pomiędzy – wzorowa symetria! Startujemy o godzinie 19.00 w Dragonie. Zaczniemy od prawdziwego trzęsienia ziemi, a potem będzie jeszcze groźniej!

Jeśli prawdziwa jest teza Dereka Baileya, iż najlepsza improwizacja rodzi się podczas pierwszego spotkania muzyków, to koncert Colina Webstera i Vasco Trilli będzie świetną okazją, by to zweryfikować. Na to niezwykłe spotkanie wszyscy ostrzymy sobie pazurki.

Tuż potem Michał Dymny i Paweł Doskocz, na swych elektrycznych gitarach, wysadzą w kosmos Andrew Lisle’a i jego perkusję, a zaraz potem całą dragonową publiczność! A może kolejność zdarzeń będzie dokładnie odwrotna. Jeśli pamiętacie koncert Michała i Pawła z Onno Govaertem, w trakcie wiosennej edycji naszego festiwalu, wiecie doskonale czego się spodziewać. Dla Andrew będzie to pierwszy kontakt z tymi muzykami!

No i wielki finał dnia drugiego – Yedo Gibson i Vasco Trilla. Ci akurat muzycy znają się doskonale, zagrali razem kilkaset koncertów. Jak twierdzą obaj, są już od dawna jednym muzycznym ciałem. Przy okazji tego koncertu będziemy mieli doskonałą sposobność, by przekonać się, że telepatia nie jest zjawiskiem teoretycznym.

A w ramach przygotowań do tego dnia, obejrzyjcie proszę duet Michała Dymnego z … Vasco Trillą. Kto wie, może i oni zagrają razem w trakcie tego niezwykle … spontanicznego festiwalu!





Dzień trzeci

Zaczynamy już o 18.00. Bądźcie punktualni, albowiem czeka nas ogromna porcja muzyki swobodnie improwizowanej!

Na początek dwa duety saksofonowo-gitarowe. Najpierw Colin Webster zagra z Michałem Dymnym, potem zaś Yedo Gibson z Pawłem Doskoczem. Dla wszystkich będą to pierwsze spotkania sceniczne. Saksofony będą głośne, a gitary podłączone pod bardzo wysokie napięcie! A może będzie zupełnie inaczej… Na tym festiwalu nie możemy być niczego pewni. Choćby dlatego, że tuż obok nich krążyć będzie niezwykle niecierpliwy Vasco Trilla. Może podłączy się pod pierwszy duet, może pod drugi. A może …. zagra koncert solowy. Na te wszystkie wydarzenia przeznaczamy dwie godziny zegarowe. Bądźcie czujni i przygotowani na wszystko!

Po godzinie 20 czekają nas finałowe koncerty dwóch duetów, które pracują ze sobą od wielu już lat. Być może mniej zaskakujących wydarzeń dla nich samych, więcej przykładów realnej telepatii dla nas. Najpierw Colin Webster i Andrew Lisle. W duecie potrafią być sonorystycznie liryczni, ale i prawdziwie free jazzowi, aż krew się leje po scenie.

Wreszcie wielki finał festiwalu „Drumming Now!” - koncert Rogera Turnera i Witolda Oleszaka. Mały zestaw perkusyjny oraz fortepian preparowany i … niepreparowany. Pracują razem od ośmiu lat, nagrali dwie płyty. Wciąż im jednak mało! To z pewnością będzie niezwykłe wydarzenie!

W ramach przygotowań do koncertu finałowego festiwalu, proponujemy fragment bardzo świeżego występu Rogera Turnera, z sierpnia tego roku, z legendarnego klubu londyńskiego „Vortex”. Obok niego na scenie Evan Parker i John Edwards!





Media

Link do wydarzenia:


Jam Session, Radiowa Dwójka, audycja z dnia 26.10:


Wiek Awangardy, Radio Afera, audycja z dnia 6.11:



wtorek, 6 listopada 2018

Paul Lovens & Anemone! A Wing Dissolved In Light!


Paul Lovens, wybitny niemiecki perkusista i perkusjonalista, przybywa do Polski na kilka koncertów! Wraz ze szwajcarskim gitarzystą Florianem Stoffnerem i swym rodakiem, klarnecistą Rudi Mahallem, zagra od 7 do 10 listopada w Warszawie, Poznaniu, Łodzi i Bydgoszczy.

Lovens, to obok dumnych synów Albionu, Paul Lyttona i Rogera Turnera, z pewnością najważniejsza postać swobodnie improwizujących perkusjonalii w historii gatunku. Dodajmy, iż Paul Lytton gościł w Polsce w ubiegłym miesiącu (z Orkiestrą Barry Guya), a Roger Turner zawita do naszego pięknego kraju także w najbliższych dniach. W duecie z pianistą Witoldem Oleszakiem zagra w Bydgoszczy, Poznaniu i Łodzi (odpowiednio 9, 10 i 11 listopada).

Nim obu tych wspaniałych muzyków zobaczymy na koncertach, pochylmy ucho i oko nad jedną z ostatnich płyt z udziałem Paula Lovensa, poczynioną zresztą w prawdziwie – nawet jak na kanony free improve – gwiazdorskim towarzystwie.




Wydarzenie koncertowe miało miejsce niemal dokładnie 5 lat temu, na Festiwalu Tampere Jazz Happening. Płyta dokumentująca to nagranie zwie się A Wing Dissolved In Ligh (LP, NoBusiness Records, 2017), a składa z dwuczęściowego nagrania… Une Aile Dissoute Dans La Lumiere. Przed nami kwintet, który przyjął nazwę Anemone: Peter Evans – trąbka piccolo, John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy, Frédéric Blondy – fortepian, Clayton Thomas – kontrabas oraz Paul Lovens – jak to ma w zwyczaju: selected and unselected drums and cymbals. 50 minut swobodnej improwizacji, zapewne ze względów komercyjnych, określonej jako music composed by.

W ramach introdukcji drony z saksofonu, smyczek zawieszony na strunach, drżenie perkusjonalii, rodzaj narracji free improve granej… unisono. Zaraz potem głębokie piano, mała trąbka i przykład pierwszej, dalece sonorystycznej ekspozycji. Bogata faktura dźwięków kwintetu gwiazd, które lśnią od pierwszego rozdania. Improwizacja zdaje się być mocno osadzona w estetyce free jazzowej, ale raz za razem szuka fundamentalnego wyswobodzenia. W 5 minucie napotykamy na świetny dialog obu dęciaków, czyniony na tle zadziornej sekcji, a w niej skromny, ale błyskotliwy, skrupulatny i dynamiczny Lovens! Solowa ekspozycja Evansa zaraz potem, płynie po samych szczytach i pięknie wytłumia cały kwintet. Tuż obok, a może w samym środku wydarzenia, ornamenty na talerzach Lovensa, cuda w ustniku Butchera, no i smak wykwintnych preparacji Blondy’ego. Nowe rozdanie buduje się uroczymi dronami (w doskonałej komunikacja!). W 13 minucie trąbka i kontrabas snują jazzowy wątek. W sukurs idą im piano i sopran, kreśląc także swoją historię. Znów gęsto od dźwięków o bogatej fakturze. Kolejne wybrzmiewanie spotyka nas w 20 minucie. Pachnie dobrym jazzem na kilometr, ma klimat ecm-wski, ale to nie czyni tej sytuacji dyskomfortową dla recenzenta. Po chwili parada dźwięków lepi się do siebie, niczym w barwnej symfonii, pod bystre dyktando dęciaków. Pulsujący finał pierwszej strony czarnego krążka, tuż obok robótki ręczne Lovensa. 

Druga strona winyla, rzecz jasna, kontynuuje narrację, wszak jesteśmy na tym samym koncercie. Sonore z trąbki, pojedyncze akordy, szumy i mikrofazy, przykład uroczego minimal free improve! Od 5 minuty muzycy zwinnie rozpoczynają procesy eskalacji, tak indywidualne, jak i po czasie, zbiorowe. Butcher dmie w sopran, Lovens intensywnie korzysta z werbla. Zaraz potem Evans, Blondy i znów Lovens - fantastyczna parada mikroliderów. 10 minuta – brzęczący tenor i wspaniały mikro drumming, obok nich niemniej upalona trąbka - kolejna faza festiwalu small groups w ramach bazowego kwintetu. 14 minuta – początek etapu wybrzmiewania: preparacje w pudle fortepianu, szumy, drżenie i kołysanie w głębinach dźwięków. Nowa narracji rodzi się w bólu, pulsuje, pełna jest skupienia i małych dronów, powykręcanych meta rytmów Lovensa, czynionych do pary z sopranem. W tej opowieści nie ma pustych przebiegów, każdy muzyk chce być przy głosie, nie chce zmarnować choćby chwili, dać z siebie wszystko. W ramach podchodzenia do lądowania, zwinne expo piana, ale wprost z klawiszy. Tuż po nim rodzajowe call & response (przewodnik Evans!) wieńczy tę doskonałą płytę!


poniedziałek, 22 października 2018

DRUMMING NOW! 2nd Spontaneous Music Festival - Live in Dragon 2018!


Kolejna aktywność kulturotwórcza Trybuny powoli się ziszcza. Zapraszamy na wszystkie koncerty. W załączeniu oficjalne info prasowe, a także plakat festiwalowy autorstwa Witolda Oleszaka. 


Druga odsłona Festiwalu Muzyki Spontanicznej, organizowanego przez Klub Dragon i Trybunę Muzyki Spontanicznej odbędzie się pod hasłem Drumming Now!. Tak się bowiem fantastycznie składa, iż w trakcie trzech listopadowych dni gościć będziemy w Poznaniu aż czterech wybitnych perkusistów/ perkusjonalistów muzyki improwizowanej. I choć grać będą niezależnie od siebie, dominacja ich osobowości na kształcie artystycznym imprezy nie podlega dyskusji.

Paul Lovens (Niemcy) i Roger Turner (Wielka Brytania) to żywe legendy gatunku. Gdybyśmy mieli wymienić trzy najważniejsze nazwiska perkusistów swobodnej improwizacji, to personalia tych właśnie muzyków musiałyby paść.

Vasco Trilla (Katalonia) i Andrew Lisle (Wielka Brytania), to wiodące postaci współczesnej sceny europejskiej młodszego pokolenia. Też nie wymagają rekomendacji, szczególnie Katalończyk, który jest częstym gościem w Polsce, m.in. uczestniczył w pierwszej edycji Festiwalu.

Załogę festiwalową dopełniają kolejni doskonali improwizatorzy – klarnecista Rudi Mahall (Niemcy), saksofoniści – Yedo Gibson (Brazylia) i Colin Webster (Wielka Brytania), gitarzysta Florian Stoffner (Szwajcaria) oraz jak zawsze silna grupa muzyków polskich – gitarzyści Michał Dymny (Kraków) i Paweł Doskocz (Poznań), and last but not least – pianista Witold Oleszak (Poznań).

Na scenie festiwalu krzyżować się będą trasy koncertowe tria Stoffner/ Mahall/ Lovens, które promuje swą pierwszą płytę Mein Freund Der Baum, duetów Gibson/ Trilla (w tym roku CD Antenna) i Turner/ Oleszak (w dorobku dwie płyty z lat 2011/12). Specjalnie na potrzeby poznańskiego spotkania do Polski zawita duet Webster/ Lisle (będzie to ich pierwsza wizyta w naszym kraju; w dorobku niezliczona ilość wspólnych płyt). Jak zwykle, obok w/w koncertów stałych formacji improwizujących, widzowie obejrzą powołane ad hoc improwizowane duety i tria.

Festiwal zaś otworzy specjalny koncert Poznan Improvisers Orchestra (która używa także nazwy Poznańska Orkiestra Improwizowana). Ansambl założony rok temu rozwija się błyskawicznie, a skupia młodych muzyków improwizujących, w głównej mierze absolwentów poznańskich szkół muzycznych. Na okoliczność festiwalową Orkiestrą dyrygować będzie m.in. Yedo Gibson, a w rozbudowanej sekcji perkusyjnej zagra Vasco Trilla.




Program Festiwalu:

8 listopada (czwartek)

TBA 19.00  (wstęp wolny)
Poznan Improvisers Orchestra conducted by Yedo Gibson feat. Vasco Trilla
Dragon 21.00  (bilety)
Florian Stoffner g/ Rudi Mahall bcl/ Paul Lovens dr
  
9 listopada (piątek)

Dragon 19.00 (bilety)
Colin Webster sax/ Vasco Trilla dr
Andrew Lisle dr/ Paweł Doskocz g/ Michał Dymny g
Yedo Gibson sax/ Vasco Trilla dr

10 listopada (sobota)

Dragon 18.00  (bilety)
Michał Dymny g/ Colin Webster sax
Paweł Doskocz g/ Yedo Gibson sax
Colin Webster sax/ Andrew Lisle dr
Roger Turner dr/ Witold Oleszak p

UWAGA! Układ duetów i triów stworzonych ad hoc może jeszcze ulec zmianie.


****

Anonse radiowe:

24.10 Nokturn, Polskie Radio "Dwójka", 22.30 - wywiad z Vasco Trillą, a także zapowiedź koncertów festiwalowych.

26.10 Jam Session, Polskie Radio "Dwójka", 23.30 - zapowiedź festiwalu, prezentacja muzyki wszystkich uczestników. W drugiej części programu także muzyka z jesiennych premier serii wydawniczej Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune. Wszystko z żywym udziałem Pana Redaktora.

Link do playera radiowego: 




piątek, 8 czerwca 2018

Gebruers! Warelis! Draksler! Govaert! Lovens! Piano and drums, so symbiotic relationships!


Dziś nie do końca typowa dla tych łamów opowieść o muzyce improwizowanej. Oczywiście znów na tapecie pojawią się młode, nieopierzona nazwiska europejskiej sceny improwizowanej, będzie na czym zawiesić ucho, a także oko (gdy sięgniemy choćby po zdjęcia damskiej części tej historii!). Przy okazji młodość wesprze doświadczenie, i to jakie!

Głównym wszakże bohaterem opowieści będzie fortepian, tu na ogół silnie skorelowany z niebanalną perkusją. Pojawi się także kontrabas, ale nie w każdym przypadku. Czyli co? Typowe tria jazzowe? Nic bardziej mylnego!

Pikanterii sprawie dodaje fakt, iż pierwsza z omawianych dziś płyt oficjalnie ukaże się dopiero u progu najbliższej jesieni, ostatnia zaś miała swoją premierę aż trzy lata temu. To być może dowód na to, iż Trybuna nie stoi wyłącznie pogonią za nowościami.

Panów Seppe Gebruersa i Onno Govaerta gościliśmy w Polsce na początku maja. Wydali tu nawet płytę (oczywiście z Luisem Vicente!). W obu tych faktach swoje upocone paluchy maczał Pan Redaktor. Dziś posłuchamy tych muzyków w nieco odmiennych zestawieniach personalnych (no, te pianistki!).




Seppe Gebruers/ Hugo Antunes/ Paul Lovens  The Room: Time & Space (El Negocito Records, 2018 – uwaga: premiera płyty w październiku)

Studyjna rejestracja z pierwszego kwartału 2016 roku, poczyniona w Belgii. Muzycy: Seppe Gebruers – fortepiany (two grand pianos, tuned a quarter tone apart), Hugo Antunes – preparowany i niepreparowany kontrabas oraz Paul Lovens – mały zestaw perkusyjny z talerzami i gongami. Panowie zagrają pięć nieedytowalnych swobodnych improwizacji, skomponowanych przez nich samych (koniec cytatu). Potrwają one blisko 44 minuty.

Pierwsza. Piano (piana?) na delikatnym pogłosie, w dużej przestrzeni fonicznej. Estetyka minimal z nutką (posmakiem) mikrotonalności, co jest zapewne skutkiem sposobu strojenia instrumentu (patrz: opis wyżej). Kontrabas szarpie struny w ramach dosadnego komentarza. Drumset znaczy teren subtelnymi tąpnięciami. Cisza, spokój i … niepokój. Skrupulatna, dokładna, precyzyjna, co do milimetra, narracja. Bogata quasi rytmika spoziera spod dłoni Lovensa, typowa dla tego wspaniałego muzyka, nerwowa ekspozycja. Ten to lubi siać improwizowany ferment! W 5 minucie wybija nawet rytm, który po chwili zmysłowo wygasza. Gebruers szczędzi dźwięków, woli raczej rolę komentatora niż prowodyra wydarzeń. Druga. Piano Seppe delikatne, ćwierćtony dominują. Szczypta surrealizmu pod klawiszami. Hugo na smyku zmyślnie klasycyzuje. Paul ma kocie ruchy i nie może usiedzieć na stołeczku drummerskim. Dużo daje tej muzyce, wnosi tony kreatywności do tria. Pianista nieco oniryczny w zachowaniu i brzmieniu, puszcza ciekawe dźwięki, jakby grał na upalonym klawesynie z otwartym pudłem. Jakby mimochodem, doskonała ekspozycja kontrabasu. Przestrzeń, kreacja, emocje z każdego miejsca studia nagraniowego. Tym razem improwizacja fermentuje od strony Antunesa. Lovens komentuje wyjątkowo drobnym drummingiem. Seppe konsekwentnie tkwi w minimalu, a nastrój chwili udziela się także pozostałym muzykom. Trio wyjątkowo subtelnie kończy fragment, pięknie przy tym wybrzmiewając. Trzecia. Marszowy krok, wykręcony taniec na  klawiaturze. Pełne, głębokie brzmienie fortepianu, bystra sekcja. Idą na głośno! Melodia, rytm, ragtime w wersji dla penitencjariuszy zakładu dla obłąkanych. Piękna, metaforyczna, zadziorna narracja. Świetna kooperacja, perfekcyjne wsłuchiwanie się w partnerów. Od 5 minuty tłumią emocje i poszukują ciszy w zakamarkach swych instrumentów. Szumy, obcierki, pojedyncze struny fortepianu, szepty kontrabasu. Stygmatyzujące piano, smyk zdzierający struny do krwi, ornamenty na krawędzi werbla. Wystudzony intelektualista - Seppe, rozgrzany, iskrzący emocjami - Hugo, czujny żołnierz w okopach - Paul! Na finał utworu szukają pokrętnej rytmiki, stawiając płonący smyk na czoło pochodu. Czwarta. Agresywne, głośne, urywane frazy. Rezonujący talerz. Gęsta, choć ciągle wyważona ekspozycja. Dużo skupienia, tańca wokół własnej osi, trochę dziecięcego swawolenia. Ciekawy dysonans tonacyjny ćwierćtonówki. Piąta. Muzycy znów doceniają wagę każdego dźwięku. Majestatyczna dokładność, saperska precyzja. Piano odrobinę inside, znów cudowny smyk na gryfie i mały, koci drumming. Muzycy niemal nie dotykają swoich instrumentów. Po chwili Seppe zaczyna grać dźwięcznie, rytmicznie i repetytywnie. Rośnie ilość dźwięków w jednostce czasu. Kisiel gęstnieje w okolicach 4 minuty. Zdaje się, iż to najbardziej dynamiczny fragment całej płyty. I choć muzycy szybko tłumią emocje, wrażenie pozostaje. Seppe jakby grał teraz na dwóch klawiaturach jednocześnie. Pizzicato Hugo w dużym skupieniu. Wszyscy stoją bliżej ciszy. Repetycja piana w ramach poszukiwania nowego, finałowego punktu odniesienia. Zachęca do bardziej dynamicznych zachowań. Lovens idzie na całość! Antunes podobnie! No i mamy eskalację na ostatniej prostej, skromną i błyskotliwie wytłumioną. Świetna płyta!




Omawi  Inscapes (De Platenbakkerij / Toondist, 2017)

Electric Monkey Studio, gdzieś w Holandii, 2015 rok. Marta Warelis na fortepianie, Wilbert de Joode na kontrabasie oraz Onno Govaert na perkusja. Krążek przynosi pięć fragmentów z tytułami, trwa 40 minut i kilka sekund.

One. Pojedynczy akord piana, dzwonki, kontrabas naprzemiennie traktowany smykiem i szargany pizzicato. Marta płynie po klawiaturze, wyraźnie lubi być dobrze postrzegana w natłoku zdarzeń dźwiękowych. Pełna emocji i improwizatorskiego entuzjazmu. Gdy Wilbert jęczy ciężkim walkingiem, cała ekspozycja nabiera cech free jazzowych. Są wymiany zdań, dobre, żywe i ostre interakcje, specyficzne call & response. Kontrabas zawłaszcza dużo przestrzeni, czasami brak tu miejsca na odrobinę subtelności ze strony pianistki, czy wyjątkowo czujnego perkusisty. Precyzja, siła, zdecydowane ruchy, konsekwencja stają się udziałem Marty. Gra dużo dźwięków, nie boi się ryzyka. Onno zaś kształtuje ramy całego przedsięwzięcia, pilnuje szyku, bywa dość posłuszny, ale także zdystansowany wobec przyjęcia jazzowej konwencji nagrania. Two. Dzwoneczki zdobią ciszę, smak minimalistycznego piana wprost z samego jądra ukołysanego spokoju. Wytłumiony smyk, skromne preparacje Marty, czynione z kobiecą delikatnością. Dużo powietrza pod sklepieniem studia. Wilbert ciekawie zarysowuje swą pozycję dramaturgiczną. Jakby czynił starania, by ta część improwizacji nabrała nieco dynamiki. Piano w odpowiednim momencie przejmuje ster. Maluje piękny obraz, zarówno z perspektywy klawiatury, jak i pudła rezonansowego. Ciekawe, rwane, kontrapunktujące frazy (7-8 minuta). Najdłuższy fragment płyty, dużo w nim zmian tempa, sposobów gry, także ekspresji. Improwizacja pozostaje wszakże silnie kobieca w dotyku, tu z odrobiną agresywności na gryfie kontrabasu. Three. Na powrót dużo skupienia, cielesnej dokładności. Chłopaków rozsadza, co prawda energia, ale w obecności kobiety tłumią swe żądze. Marta stara się kontrolować sytuację, ale partnerzy nie zdają się być nadmiernie posłuszni. Gęsto, narowiście, dużo garści dobrych dźwięków, które leją się z lewej na prawą, z prawej na lewą. 4 minuta, to stosunkowo dynamiczna ekspozycja, swawolna, z przytupem. Marta wrzuca do tygla nieco melodii i bluesowej wręcz tonacji. Komentarz męskiej części tria prawdziwie free jazzowy! Głośno na finał fragmentu! Four. Intro kontrabasu, talerze, struny piana. Wilbert tyczy szlak, wbija gwoździe. Znów sieje ferment, ma szyderczy uśmiech pod nosem. Prawdziwy Pan Przewodniczący! Jest dynamika, jest zabawa! Świetny przykład zmysłowej wręcz kooperacji w ramach szalonego trójkąta emocji. Słuchaj, reaguj, bądź kreatywny! Lekcja zdana celująco. Zmysłowe preparacje Marty na finał. Five. Piano z klawisza, zdystansowane, malownicze, z taylorowską nutą na końcach dłoni. Panowie aż gubią się w komentarzach, lgną ku kontrapunktom. Emocje buzują. Nerwowy, zwierzęcy puls sekcji. Marta na finał płyty też łapie klimat i odnajduje się w nim znakomicie. Repetuje na ostatniej prostej i patrzy, jak sekcja doznaje finałowego orgazmu. Świetne zakończenie!




Feecho ‎ Bums (El Negocito Records, 2015) ‎

Belgijski Ghent, La Resistenza Club, ostatni dzień marca 2014 roku. Na scenie: Kaja Draksler na fortepianie i Onno Govaert na perkusji. Trzy improwizacje, 50 minut z sekundami.

Jeden. Kaja zawieszona na klawiszach, rodzaj minimalistycznego krajobrazu dźwiękowego. Onno dokładny, twardy i kanciasty, także błyskotliwy. Człowiek urodzony z rytmem w samym środku serca. Narracja bardzo szczegółowa, molekularna, szyta delikatnym ściegiem. Już w 4 minucie słoweńsko-holenderska para schodzi w rejony ciszy. Spokojny metabolizm improwizacji, oniryczne obrzeża. Sztukmistrz Onno i piękne, niemal pojedyncze dźwięki spod palców Kaji. Perkusja szeleści, chrząszcz brzmi w trzcinie. Na tle piana zanurzonego w minimalu, buduje bardzo konkretną ekspozycję (7-8 min.). Czas na delikatne, jakże kobiece preparacje tuż za blatem fortepianu. Onno czyni zaś honory prowadzącego improwizację, nie stroni od sonorystycznych zachowań, choć drumming nie przestaje być jego podstawową aktywnością. W 12 minucie muzycy popadają w pierwszy dziś galop. Trochę szybkiej, ekspansywnej gry przy wsparciu dynamicznej perkusji. Free jazz w klimatach Taylora i Oxleya! Dwa. Powrót do ciszy i minimalistycznej estetyki. Punktowy drumming Onno, kameralny sznyt pianistyki Kaji. Dziewczyna znów wisi pod nieboskłonem, a Chłopak tańczy wokół mniej i czyni amory. Nadwrażliwość estetyczna dobrze robi uczestnikom spektaklu. Uroda tli się w każdym ruchu, każdym generowanym dźwięku. Kaja potrafi pojedynczymi frazami budować wielkogabarytowe ekspozycje i trzymać słuchacza w stanie napięcia nerwowego przez wiele sekund. W 7 minucie narracja gęstnieje. Kaja gra już nawet 5-6 różnych dźwięków jednocześnie! Onno zagotowany po same uszy! Końskie drżenie, emocje kapią z sufitu. W 11 minucie Kaja zostaje sama i błyskotliwie wybrzmiewa. Trzy. Intro perkusji, po chwili powykręcany artretyzmem monolog pianistki. Świetne komentarze Onno. Kaja rysuje wciąż nowe obrazy, macza palce w stylach, epokach, kipi kreatywnością. Dynamika, precyzja, wirtuozeria! Gęsta narracja, choć trudno powiedzieć, by klawisze fortepianu były jakoś szczególnie eksploatowane. Minimal zaszyty w DNA artystki. Onno jakby stał obok, ale wszystko co robi, nosi znamiona doskonałości. Kaja pętli się i repetuje. W 9 minucie znów na moment zostaje sama. Powrót Onno przy użyciu całego ciała! Gra, bębni i drży! 12-13 minuta, to czas na jego solową ekspozycję. Kaja wraca z serią złośliwych i precyzyjnych akordów. Jakby z tył głowy miała jakiś ragtime’owy pomysł. Piękne, kanciaste frazy! Minimum środków, maksimum efektu! Co za pianistka!? Zbliża się finał koncertu. To dobry moment na odrobinę preparacji. Onno dokłada i swoje. Wiedzą, jak zachwycić recenzenta! Ultra minimal sonore and prepare piano and drums! Jakże wyśmienity finał, jakże doskonałej płyty!