Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mike Reed. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mike Reed. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Gratkowski, Konvoj Ensemble, Santos Silva, Leandre, MMM Quartet, Sonic Communion, The Sync, Trzaska, Ochs, KTHXBYE, Made To Break, West Hill Blast Quartet – Rok 2016 w natarciu, czyli zbiorówki letniej odsłona pierwsza


Trybuna niniejszym obwieszcza swój triumfalny powrót z kolejnych niebywałych wakacji, w jeszcze bardziej niż onegdaj, niebywałej Portugalii. Wakacje, poza tradycyjnie zimnym oceanem i gigantyczną ilością piachu na ekstremalnie rozwichrzonych plażach zachodniego wybrzeża, przyniosły także istotne akcenty muzyczne. Co oczywiste, to one interesują nas w tym miejscu najbardziej – a zatem frapujące spotkanie ze wschodzącą gwiazdą europejskiego free improv, Katalończykiem i lizbończykiem w jednej osobie – Albertem Cirerą, które niebawem zaskutkuje większym materiałem o nim właśnie, a także obecność na dwóch koncertach lizbońskiego festiwalu Jazz Em Agosto (Tim Berne, Theo Ceccaldi), o czym także doniosę w stosownym dramaturgicznie momencie.

Teraz wszakże czas na comiesięczną zbiorówkę świeżych recenzji z jeszcze świeższych wydawnictw płytowych. Mamy do zebrania cały lipiec i pół sierpnia, a że znów trafia się nam długi weekend, to tym chętniej zajmiemy się malowaniem na zielono (high!), żółto (middle!) i czerwono (low!) dwunastu płyt datowanych na rok 2016 (incydentalnie także 2015), jakie trafiły pod mą strzechę przez sześć wakacyjnych tygodni (niektóre chwilę wcześniej).


Achim Kaufmann/ Frank Gratkowski/ Wilbert De Joode  Oblengths  (Leo Records, 2016)

Ten krążek awizowałem już kilka tygodni temu, gdy blisko siedemnaście tysięcy znaków (ze spacjami) poświęciłem na zgrzebne omówienie istotniejszych dokonań artystycznych niemieckiego saksofonisty i klarnecisty Franka Gratkowskiego.




Wspólnie z Achimem Kaufmannem (piano) i Wilbertem De Joode (kontrabas) tworzy on od prawie piętnastu lat working band, który właśnie ujawnił światu piąte fonograficzne świadectwo wyjątkowości swojej muzycznej propozycji. Trio będące kolejnym światowym dowodem na fiasko koncepcji Dereka Baileya, iżby wartościową improwizacją była jedynie ta, tworzona przez muzyków, którzy spotykają się ze sobą po raz pierwszy. Niezwykle plastyczna, kolektywna improwizacji trzech facetów, którzy wspólnie w życiu zrobili już wszystko i jedyne, czym mogą się wzajemnie zaskoczyć, to szalony kolor t-shirta na porannej próbie dźwięku. Godzina uczty dla naszych uszu, podzielona na pięć ładnie zatytułowanych części. Fragmentom utarczek dźwiękowych na pograniczu ciszy, popełnianych z wrażliwością godną proustowskiej narracji, towarzyszą epizody dynamicznych, instrumentalnych kontrataków, czynionych na adekwatnym poziomie głośności. Te drugie pozostają w mniejszości, wszakże w akceptowalnej dla Waszego recenzenta proporcji.

Oblengths to zgrabna, uporządkowana dramaturgicznie opowieść, wydana przez Leo Feigina i interesująco opisana (w liner notes) przez Kevina Whiteheada, z ciekawą metaforą … tenisową. Wolna improwizacja czasami przypomina grę w tenisa bez siatki, warto zatem, by miała choćby drobny stelaż pomysłu na muzykowanie, a także bogaty asortyment środków dla jego realizacji. Tu doświadczamy tego bezapelacyjnie, a całość konceptu bazuje przede wszystkim na idealnej kooperacji i gigantycznym poziomie porozumienia pomiędzy trójką przyjaciół. Rekomendacja jest zatem oczywista – high!!!


Konvoj Ensemble  Mira (Konvoj Records, 2016)

Konvoj Records, to skandynawska inicjatywa fonograficznego dokumentowania spotkań kolektywnej improwizacji, w gronie bliższych lub dalszych przyjaciół. Nie dalej jak trzy lata temu, miały miejsce narodziny oficyny, a jej początek stanowił krążek powołanego ad hoc Konvoj Ensemble z ficzersowym udziałem Evana Parkera na saksofonach  i Stena Sandella na fortepianie (grand piano), w wymiarze edytorskim wydany pod tytułem Colors Of: . Skład grupy uzupełnili wówczas  – na saksofonach Lotte Anker i Ola Paulsson (wbrew pozorom – mężczyzna!), na klarnetach Liudas Mockunas, na perkusji Anders Udderskog i wreszcie Jakob Riis, odpowiedzialny za elektronikę i procesowanie w czasie rzeczywistym, również producent nagrania, być może także naczelny ojciec tego dziecięcia swobodnej improwizacji. Nagrania zarejestrowano w Malmoe z udziałem publiczności.




Dziś, po onych trzech latach, KE powraca w niezmienionym składzie (Parker i Sandell już na pełnych prawach członkowskich), w rejestracji studyjnej Mira, składającej się z siedmiu części określonych jako Movement, usystematyzowanych w pięć oddzielnych fragmentów muzycznych, każde z dodatkowym podtytułem.  Dokładna lektura rozbudowanych tytułów wskazuje jednoznacznie, iż muzyka swobodnie improwizowana przez septet w okolicznościach studyjnych, została pierwotnie ustrukturyzowana i rozpisana na role, a szaleńcze zapędy zdolnych i kompetentnych improwizatorów biegły po z góry naznaczonych trajektoriach.

Jeśli debiut KE był spontanicznym incydentem koncertowym, to jego następczyni jawi się już jako produkt dalece bardziej przemyślany i nieco mniej spontaniczny, co wcale nie oznacza, iż mniej ciekawy. Jest wręcz odwrotnie. Wiele fragmentów – zwłaszcza w wykonaniu kwartetu dęciaków – jest dalece smakowitych, pełnych uważnych i szczerych, sonorystycznych dyskusji w podgrupach. Elektronika i real time processing stanowią tu raczej elektroakustyczny ornament, a gra pianisty i perkusisty udanie podkreśla istotne zwroty dramaturgiczne.

Mirę malujemy rzecz jasna na zielono (high!), a Konvoj Ensemble zapisujemy w naszych kajetach, jako przykład dalece interesującej, europejskiej muzyki improwizowanej.


Susana Santos Silva/ Lotte Anker/ Sten Sandell/ Torbjörn Zetterberg/ Jon Fält  Life And Other Transient Storms (Clean Feed Records, 2016)

Zdecydowanie pozostajemy w Skandynawii, a dokładnie - teleportujemy się do nieodległej Finlandii. Na zaproszenie Tampere Jazz Happening, portugalska trębaczka Susana Santos Silva skrzyknęła dalece frapujący kwintet z udziałem znanych z poprzedniej opowieści Anker (sax) i Sandella (piano), swojego życiowego partnera Zetterberga (bas) i mniej mi znanego Falta (perkusja). Rejestracja koncertowa na potrzeby radia lokalnego sfinalizowała się w trakcie blisko 50 minut dość swobodnej improwizacji w różnych tempach, o rozbudowanych charakterystykach brzmieniowych.




Muzyka, niczym opowieść o pogmatwanym życiu codziennym i stałej asymilacji faktu bezwzględnej zmienności wszystkiego wokół nas, toczy się zwinnie po tygrysiemu i drąży skalę niewrażliwości, bez przerw na zbędne doładowania wyczerpujących się akumulatorów, gdyż świat stać na naprawdę wiele, jeśli tylko sobie ten fakt wspólnie uświadomimy.

Choć Panny (Panie?) są tu w mniejszości, muzyka ma podskórnie kobiecy wymiar, co oczywiście wcale nie znaczny, że jest delikatna i przegadana. Wręcz przeciwnie. Konkret free improv, bez cienia wątpliwości zielone, po żabiemu, high! Przy okazji – być może – najlepsza dotąd rejestracja w stosunkowo już bogatym życiu artystycznym Susany Santos Silvy.


Joëlle Léandre 10  Can You Hear Me? (Ayler Records, 2016)

MMM Quartet  Oakland/Lisboa (Rogue Art Records, 2015)

Czas najwyższy na dwie stosunkowo nowe propozycje muzyki improwizowanej z udziałem francuskiej kontrabasistki Joëlle Léandre. Te dwie pozycje są ze mną już od wiosny i nieco się przeleżały w odtwarzaczach. Po prawdzie planowałem większy materiał o Leandre, ale ponieważ się doń nie zabrałem, przy okazji tej zbiorówki kilka refleksji i wrażeń ogólnych o muzyce na nich zawartej.




Dziesiątka, to ansamble Leandre egzystujący już czas jakiś, a poruszający się bardziej po obrzeżach muzyki współczesnej niż dryfujący po oceanie muzyki free. Muzyka jest w dużym stopniu zaaranżowana, a fragmenty improwizowane stanowią raczej interludium, wetknięte pomiędzy zestawy nut zapisanych na pulpitach muzyków. W składzie cztery dęciaki (m.in. Cappozzo), rozbudowana sekcja smyczkowa (m.in. bracia Ceccaldi) i takaż sekcja rytmiczna (z gitarą elektryczną!). W wielu momentach Can You Hear Me? naprawdę frapuje moje narządy słuchu, wszakże proporcje kompozycja/ improwizacja (przewaga tych pierwszych) powodują, iż całość oceniam na middle z lekką podpórką ze strony high.




Inny wymiar ma muzyka kwartetu MMM (to druga już edycja tego składu). Rzeklibyśmy, że Panią Leandre wspomagają tu tuzy … awangardy w dosłownym znaczeniu tego nic nieznaczącego pojęcia. Fred Frith (elektryczna gitara) dobiegł tu ze strony rockowej, Alvin Curran (piano, syntezatory, sampling etc.) ze strony muzyki współczesnej, zaś Urs Leimgruber (saxes) z niewyczerpywalnych zasobów europejskiego free improvisation. Płyta nagrana na lizbońskim Jazz Em Agosto dwa lata temu, składa się z pięciu opowieści o tytułach przywołujących rejony/terytoria/dzielnice Oakland i Lizbony. Zatem, być może warto  - tuż po wakacjach w okolicach tej drugiej - podywagować nad wyższością Alfamy nad Bairo Alto, ale ja sam chyba nie zdałbym się na jednoznaczny osąd. Podobnie jest z muzyką kwartetu MMM. Intryguje, wciąga skutecznie do zabawy w intelektualne łamigłówki. Chwilami zachwyca, by zaraz potem zadziwić w niekoniecznie pozytywnym sensie. Z przekory, z zamiłowania do rzeczy nieoczywistych, daję MMM kolor zielony (high!), ale … żeby nie było, że nie ostrzegałem.


Jean-Luc Cappozzo/ Douglas R. Ewart/ Joëlle Léandre/ Bernard Santacruz/ Michael Zerang  Sonic Communion (The Bridge Sessions, 2015)

The Sync (Sylvaine Hélary, Fred Lonberg-Holm, Eve Risser, Mike Reed)  The Sync (The Bridge Sessions, 2016)

Pozostańmy jeszcze na kilka chwil przy Leandre, tudzież także przy Cappozzo. Przed nami dwa dalece interesujące krążki nowego wydawnictwa The Bridge Sessions. Most w tytule odrobinę metaforyczny, ale istotnie trafny, gdyż ta francuska (?) inicjatywa koncentruje się – jak domniemuję z tychże dwóch incydentów – na łączeniu estetyki francuskiego free improv z jego amerykańską odpowiedniczką.




Pierwszy z dysków to ciekawe spotkanie rzeczonych Joëlle Leandre (kontrabas) i Jean-Luca Cappozzo (trąbka, flugelhorn) z kumplami zza wielkiej wody, Michaelem Zerangiem (perkusja), Bernardem Santacruz (kontrabas) i ewidentnie tu kluczowym Douglasem R. Ewartem (dęciaki, obiekty brzmieniowe). Chcąc nie chcąc, z takiej układanki powstał nam absolutnie intrygujący kwintet na dwa dęciaki, dwa kontrabasy i zmyślny zestaw perkusyjny. Przez niespełna godzinę Panowie i Pani snują nam czerstwą, ale jakże konkretną opowieść, chwilami metaforyczną, o wielokulturowych punktach odniesienia. Mentalnie dominują tu wszakże Amerykanie, a zwłaszcza plemienny estetycznie Ewart, który drobnymi preparacjami oraz oryginalnym instrumentarium dmuchanym, wprawia całą machinerię w delikatny trans i nie pozwala, by nastrój zadumy i pokrętnej ciekawości, cóż przyniesie kolejna chwila muzykowania, opuścił choćby na moment, zarówno muzyków, jak i słuchaczy. Bardzo trafny tytuł wydawnictwa, zatem High bez zbędnej dyskusji.




Formacja The Sync, to szósty katalogowy numer mostowego labelu. Tym razem zderza się w nim kobiecy, całkiem francuski temperament flecistki (Sylwia, także amplifikacje i głos) i pianistki (Ewa, także preparacje) z żelazną, iście amerykańską konsekwencją i odpowiedzialnością za czyny, wiolonczelisty (Fryderyk, także amplifikacje) i perkusisty (Michał). Trzy wytrawne dania o różnym poziomie intensywności procesu improwizacji i głośności dobywanej z instrumentów. Osobiście wolę, jak para na parę, kwilą na pograniczu ciszy (fantastyczny początek) niż zatracają się w galopadzie sprzężeń i nadmiernych amplifikacji (tak w okolicach połowy drugiego fragmentu), ale całość kupuję bez krzty głębszej zadumy, bo to świetna muzyka jest i tyle dyskusji w tym temacie! High!

Sesje Mostowe do uważnego śledzenia, od dziś do odwołania.


Mikołaj Trzaska  Delta Tree (Kilogram Records, 2016)

Lubiony muzyk krajowy Waszego recenzenta, Trzaska po ojcu, z imienia Mikołaj, wstąpił w tym roku w stan błogosławionej 50-i  i zapewne nie tylko z tej okazji zaprezentował światu, w wydaniu krajowym i zagranicznym, swą pierwszą solową płytę. Rzecz stała się możliwa dzięki jego uroczemu wydawnictwu Kilogram Records, a i także, zapobiegliwości i trosce koleżanki małżonki Oli.

Delta Tree przynosi szesnaście miniatur na trzy ulubione dęciaki Mikołaja, czyli alt (10 incydentów), baryton (jeden) i klarnet basowy (pięć).




Kilka wieków temu, pisząc kolejną recenzję płyty Lestera Bowie w pozycji na kolanach, lojalnie ostrzegałem, iż poziom mojego entuzjazmu dla dokonań muzyka jest tak duży, iż generuje ryzyko całkowitej utraty obiektywizmu.

Gdy myślę o Mikołaju i jego muzyce, winienem wydać z siebie ostrzeżenie o podobnym charakterze. Na Delcie podoba mi się wszystko, rajcuje każdy dźwięk, intryguje każda nuta nostalgii i zadumy tryskająca z rur Mikołaja, zniewala oczywista uroda tej muzyki.

Bardzo zatem na zielono i mocno w kierunku high! I do następnych urodzin, Mikołaj!!!


Jones Jones (Larry Ochs, Mark Dresser, Vladimir Tarasov)  The Moscow Improvisations (Not Two Records, 2016)

Moskiewskie spotkanie na szczycie, podsumowujące niewątpliwe katastrofy wywołane przez lata zimnowojenne. Odznaczeni za męstwo i waleczność na polu boju, synowie wuja Sama – Ochs, wspaniały saksofonowy artylerzysta i Dresser, kompetentny saper, kontrabasista kontra Tarasov, postsowiecki werblista, obwieszony medalami za czyny swoje i niekiedy cudze.




W blichtrze wielkogabarytowej stolicy mocarstwa, cała trójka jakieś siedem lat temu popełnia koncert, który dziś trafia do nas dzięki operatywności polskiego labelu z Krakowa. Niechże zatem my, niczym zimnowojenna ofiara, zaczerpnijmy choć drobne przyjemności z kaprysów historii.

Nowak, Nowak, to propozycja, która zapewne znajdzie wielu orędowników i plenipotentów, ale ja osobiście delikatnie pomarudzę, gdyż od muzyków tego kalibru (myślę zwłaszcza o przybyszach z zachodniej półkuli) oczekiwałbym więcej. Tarasov w roli gospodarza stara się być uprzejmy i często zaprasza gości do intensywniejszej gry, jednak jego drumming odbieram w wielu momentach jako mało stymulujący. Ochs zdaje się być nieco speszony moskiewskim przesytem gościnności, Dresser zaś niby szuka zaczepki, ale w sumie sprawia wrażenie faceta, który przyszedł się tu najeść, a potem zdążyć na ostatnie metro. Zatem, tylko poprawnie, tylko middle, no może w trakcie trzeciego fragmentu, w pobliżu mogłoby się delikatnie zazielenić (…high).


KTHXBYE  Details (Raw Tonk Records, 2016)

Uwaga! Tajny szyfrogram na stronie Trybuny! Cóż może kryć się za tajemniczym KTHXBYE???

Szczegóły (Details) są następujące: na saksofonie Colin Webster, na gitarze elektrycznej Stian Larsen, zaś na perkusji Brage Tromoenen. Trójka młodych facetów bliżej nieokreślonej proweniencji (gitarzysta ma skośne oczy!), z dużym zapałem postanowiła pohałasować. Rzecz dzieje się w Londynie, co może sugerować anglosaski rodowód tenorzysty, choć z wyglądu raczej przypomina jurnego Skandynawa. Służby wywiadowcze Trybuny ustaliły jedynie, iż jest on londyńskim rezydentem. Innych Szczegółów brak.




Całość rejestracji ma długość winylową, zatem śmiało mogę zachęcić was do zmarnowania tych drobnych 40 minut na odsłuch pomysłu na muzykę w wykonaniu KTHXBYE. Nie jest on ani szczególnie odkrywczy, ani nie spowoduje specjalnego mrowienia w okolicach kręgosłupa, ale w sumie, czemu nie… Podobają mi się urywane frazy tenoru, perkusista ciekawie obrabia rytmicznie materiał kolegów. Może jedynie gitarzysta pozostaje jeszcze na etapie rockowego szarpidruta, choć z niewątpliwym zacięciem do hałasowania. Jakkolwiek cała przyszłość przed nim. Niech będzie middle z lekką podpórką high!


Made To Break  Before The Code: Live (Audiographic Records, 2016)

Niespełna dwa lata temu miałem okazję być na swoim ostatnim koncercie Kena Vandermarka. Rzecz działa się w poznańskim Dragonie, w ramach epigonalnego festiwalu Nowy Wiek Awangardy.

Kena widziałem na żywo jakieś trzy tysiące razy. W ubiegłej dekadzie napisałem około siedemnastu tysięcy entuzjastycznych recenzji jego płyt (wszystkie dostępne w archiwach Trybuny!). Ale dwa lata temu powiedziałem: basta!




Made To Break to koncepcja Vandermarka połączenia drive’owego grania na saksofonie, przy wtórze basu elektrycznego i dynamicznej perkusji, z… analogową, kablową elektroniką.

Domyślacie się, że koncert tejże koncepcji dwa lata temu kompletnie mi się nie podobał. Teraz jakiś szaleniec postawił ten słaby koncert nudnej i wtórnej formacji … wydać na płycie.

Nie zaskoczę was krwistym low, nieprawdaż?


West Hill Blast Quartet  Live At Brighton Alternative Jazz Festival 2015 (Foolproof Projects, 2016)

W sumie tytuł formacji mówi nam wszystko o tej muzyce. A słowo blast zdaje się być w tym miejscu bardziej kluczowe niż… personalizujący całość kwartet. Ale fakt, bezdyskusjnie  to właśnie czterech ludzi odpowiada za pół godziny freejazzowego hałasu, poczynionego w ubiegłym roku w Brighton, przy wtórze oklasków garstki szaleńców, a zamieszczonego na krążku wydawcy o intrygującej nazwie Foolproof Project.




Panowie i Pani zabrali ze sobą na ów gig trzy tony instrumentów (tak przynajmniej wynika z opisu płyty). Nie wiem wszakże, ile z nich ostatecznie użyli. Nie wiem…. bo prawie nic na tej płycie nie słychać. Kasetowa, monofoniczna jakość nagrania odbiera mi jakiekolwiek chęci, by coś Wam o West Hill Blast Quartet opowiedzieć.

Pozostańmy zatem przy tym braku informacji i zakreślmy sążniste low!




sobota, 28 maja 2016

Gjerstad, Dragdör, LUME, Frith, Malaby, Starlite Motel, Daisy, Reed, Swell, Kaiser, Fire! Orchestra, Crispell – …2016 jednak trwa, czyli zbiorówka majowa


Rok 2016 bezczelnie trwa, muzycy sceny improwizowanej tworzą nutki na potęgę, zatem jest na czym codziennie zawiesić ucho. Dla niektórych stanowi to przy okazji wystarczający powód do plecenia opowieści o przewadze urody nad mądrością, stymulujące chęć posiadania zmaterializowanej formy dźwiękowej tychże muzycznych prokreacji. O tak! są tacy, którzy wciąż wydają pieniądze na muzykę, co więcej – na ich niezwykle poręczną formą kompaktową!

Wasz Autor, z pomocą rubryki Odsłuchy Premierowe – wstępne rekomendacje, smaga te wszystkie nowe produkcje bardzo ograniczoną paletą kolorów, poczynając od krwiście czerwonego low (słabizna!), poprzez swojską żółć middle (takie sobie…), aż po kojącą zieleń high (jest dobrze!).

Tegoroczny maj, jak i cały 2016 rok, nieźle wywija, także w aspekcie kalendarzowym – niespodziewanie mamy w nim drugi już długi weekend! Podczas pierwszego z nich popełniłem tzw. zbiorówkę kwietniową, dziś zatem czas – co oczywiste – na zbiorówkę majową. Czyli wszystko to, co trafiło do moich odtwarzaczy w trakcie ostatnich czterech tygodni, niech stanie na baczność! Będziemy stawiać cenzurki!!!


Frode Gjerstad Trio  Steam In The Casa (PNL Records, 2016)

Frode Gjerstad i jego norweska edycja tria (Strom, Nilssen-Love) w nieustannej podróży. W ostatnich latach była i Japonia, i Rosja, i USA (co wynika choćby z listowania miejsc, gdzie trio rejestrowało koncerty, wydawane później na płytach). Tym razem pora na Kanadę i jedno z ulubionych miejsca do grania Frode’ego – Casa Del Popolo w Montrealu. Spotkanie bardzo świeże, bo z końca listopada ubiegłego roku.




Ta dźwiękowa pocztówka z podróży przynosi niewiele ponad 37 minut muzyki (ewentualne dłużyzny szybko zatem zyskały status delated files), podzielonej na pięć zgrabnie zatytułowanych opowieści. Panowie znają się jak łyse konie, zatem jakość interakcji, wewnętrznej chemii i uzasadnionej działaniem w grupie synergii - na poziomie zdecydowanie ponadprzeciętnym. Choć osobiście, w tej trzyosobowej zabawie w stosunkowo swobodną improwizację, ciągle oczekiwałbym więcej od kontrabasu Jona Rune Stroma. Po prawdzie lokalna edycja tria Gjerstada bardziej rwała mi trzewia, gdy za struny podobnego instrumentu szarpał jego poprzednik, Oyvind Storesund (choćby na genialnym St. Louis).

I ciekawy przyczynek do bogatego już zbioru opowieści o losach muzyka w trasie – na lotnisku uszkodzeniu ulega ulubiony saksofon altowy Gjerstada (strata w postaci trzech dolnych „piór”). Próby na pożyczonym sprzęcie nie satysfakcjonują muzyka – postanawia grać na uszkodzonym. Efekt końcowy zadowala zarówno jego, jak i tych, którzy słyszą dokumentację dźwiękową na udanym kompakcie, który bezdyskusyjnie znaczymy mocno zielonym high.


Dragdör  Escape Velocity (Self Released, 2016)

A teraz skromna wycieczka w nieznane…Muzycy, których personalia są mi całkowicie obce, chyba młodzi (tak wychodzą na fotach), prawdopodobnie z niemieckiego obszaru językowego i formacja o kapitalnie brzmiącej nazwie Dragdör. Ingo Weiss na saksofonach  i żywej elektronice, Alexander Holtz na analogowych syntezatorach, Leon Lissner na kontrabasie i Kuno Wagner na perkusji. Płyta wydana własnym sumptem, na której pomieściła się opowieść w trzech częściach.




Wyjątkowo nieśpieszna to opowieść, za to twardo osadzona na rdzeniu sekcji, która rżnie rzeczywistość studyjną na nierówne części. Kilka szumiących kabli, interesująco mutowany saksofon, analogowy sound klawiszy – wszystkie te dźwięki plotą na tle owego rdzenia pajęczynę małych wojenek improwizacyjnych. Warto się wgryźć w tę zabawę i absolutnie nie odpuszczać po pierwszym podejściu (być może dość trudnym). Muzycy bezczelnie drwią sobie z naszych przyzwyczajeń i zbyt prostych skojarzeń. Sporo tu zaskoczeń i nieoczywistych pomysłów. No i ta fantastyczna okładka. High bez dyskusji!


LUME (Lisbon Underground Music Ensemble) Xabregas 10 (Clean Feed Records, 2016)

Pozostajemy w strefie dużego niedoinformowania, albowiem także nazwiska muzyków, którzy sformowali Zespół Muzyki Podziemnej z Lizbony, niewiele mówią Waszemu Autorowi. Może niektóre wydają się nieco znajome, ale chyba spotykamy tu jedynie młodszych braci i takież siostry (imiona jakoś mniej pasują do nazwisk).
Cztery zatytułowane historie prezentuje nam naprawdę rozbudowany aparat wykonawczy – aż szesnastu muzyków, którzy dzierżą w swych upoconych dłoniach 3 trąbki, 3 puzony, 5 saksofonów, flet, klarnet, a do tego bardzo elektryczna, trzyosobowa sekcja. Xabregas 10 zarejestrowano na festiwalu lizbońskim Jazz Em Agosto dwa lata temu.




Bardzo dynamiczna to muzyka, mocno tkwiąca w aspekcie rytmicznym w prostych metrach, charakterystycznych dla muzyki rockowej, czy mniej zobowiązującego fussion. Wszakże gigantyczna sekcja dęta robi swoje i nie pozwala, byśmy stracili zapał do tej produkcji. Całość jest dość precyzyjnie zaaranżowana, przestrzeni na improwizacyjne szaleństwa nie za wiele, ale bardzo sprawnie tupie się przy tej muzyce nogą i ma się nieodpartą chęć, by zrobić coś pozytywnego dla umęczonego świata codziennego. A i trzy kwadranse koncertu mijają w mgnieniu oka, zwłaszcza w kontekście niezwykle szalonego i hałaśliwego finału.

Mimo gigantycznej sympatii dla Lizbony i wszystkiego, co jej dotyczy, pozostajemy przy rekomendacji middle, przy okazji mając nadzieję na uczestnictwo w tegorocznym Jazz Em Agosto (psssst!).


Fred Frith/ Darren Johnston  Everybody’s Somebody’s Nobody (Clean Feed Records, 2016)

Weteran rockowej awangardy, gitarzysta Fred Frith nigdy nie stronił od grania muzyki swobodnie improwizowanej, także w kooperacjach z bardziej wymagającym sortem improwizatorów (by przypomnieć Anthony Braxtona). Szczególnie w bieżącej dekadzie nie brakuje ambitnych duetów z jego udziałem (Lotte Anker, Barry Guy, John Butcher – cytuję z pamięci). Tym razem randka we dwoje z amerykańskim trębaczem Darrenem Johnstonem. Z tym ostatnim zetknąłem się przy okazji tria Spectral, gdzie wpuszczony pomiędzy tygrysie saksofony Dave’a Rempisa i Larry’ego Ochsa, spokojnie daje sobie radę (dwie edycje, które warte są kilku ciepłych słów na Trybunie – zapewne niebawem).



Na krążku dla portugalskiego Clean Feed, Darren gra czystym tonem, nie stosuje amplifikacji, zatem zdany jest w żmudnym procesie improwizacji wyłącznie na własny pomyślunek. Z tym ostatnim – w konfrontacji z delikatnie przynudzającym na gitarze elektrycznej Frithem – nie jest niestety najlepiej. Na płycie o nieco pokracznym tytule mamy aż jedenaście zwartych, acz niegalopujących dokądkolwiek opowiastek, ale nawet w tych dość krótkich interwałach, muzycy nie są mnie w stanie porwać, ani czymkolwiek, choćby na moment zachwycić. Frith, jak to bywa często w jego improwizacjach, wydaje się dość przewidywalny, Johnstone zaś chyba nie do końca ma pomysł na ten duetowy eksces. Rockowiec szuka uparcie rytmicznej bazy, a jazzman pretekstu do improwizacji. Rzadko ich wysiłki odnajdują punkty wspólne. Rekomendacja zatem nie może być inna – ledwie middle, mocno pikujące w kierunku low.


Tony Malaby Paloma Recio  Incantations (Clean Feed Records, 2016)

Bardzo jazzowa, nowojorska produkcja z Tony Malabym, jako zasadniczym tytułem wykonawczym. Temu już nie młodemu saksofoniście przypiąłem onegdaj łatkę bardzo kompetentnego rzemieślnika i niech tak już pozostanie. Do kwartetu Paloma Recio zaprosił sprawną sekcję (Opsvik, Waits) i ciekawego gitarzystę z prądem Ben Mondera. Z jego chwilami bardzo nieśpieszną narracją zetknąłem już jakieś dwadzieścia lat temu, gdy jako początkujący fan dźwięków nieoczywistych, z lubością zachwycałem się nowojorską sceną Downtown.




Inkantacje przynoszą cztery fragmenty improwizacji o jasno zarysowanych parametrach i bez zbędnych niedomówień, pozwalają z łatwością przez siebie przebrnąć. Po prawdzie dziwna i nierówna to płyta. Nieznośnie swingujące i banalnie serwowane tematy (o zgrozo, bliskie krainie łagodności nieomal!), potrafią przeradzać się w bardzo intrygujące improwizacje, zwłaszcza w duecie sax-gitara. Raz potrafią osiągnąć intensywność iście free jazzową, okraszoną naprawdę piorunującymi improwizacjami (Malaby!), innym razem – wykorzystując ową nieśpieszną narrację Mondera – potrafią pięknie odjechać w odmęty, pachnącej odrobiną szaleństwa, smakowitej psychodelii. Sam nie wiem, co o tym wszystkim myśleć… Mam taki program do cięcia plików muzycznych, może wykroję z trzech kwadransów Incantations jakiś genialny mini longplay! W pełnym wszakże rozmiarze – jedynie middle.


Starlite Motel  Awosting Falls (Clean Feed Records, 2016)

Uwaga, będzie gęsto! Oczywiście mam na myśli ilość dźwięków na centymetr sześcienny czasoprzestrzeni! Kristoffer Berre Alberts - alt i tenor, Jamie Saft – hamondy i moogi, także gitara, Ingebrigt Haker Flaten - basy elektryczne i inne szaleństwa w niskich częstotliwościach, wreszcie Gard Nilssen – perkusja i stosowna elektronika.




Już sama lektura instrumentarium tych czterech muzyków wiele nam powie o tej muzyce. I tak jest w rzeczy samej! Siedem fragmentów opatrzonych tytułami, nagranych studyjnie półtora roku temu. Panowie drapieżnie wydzierają sobie przestrzeń, jest głośno (wbrew tytułowi trzeciego fragmentu, The Art Of  Silence), nie brakuje drobnego przekrzykiwania. Kompletnie nic do powiedzenia nie ma saksofonista (świetnie pasowałby do wszelkich rockowych projektów Matsa Gustafssona!). Zapewne znajdą się tacy, którym adrenalina pójdzie w górę przy takiej dawce emocji. Ja raczej pozostanę na pozycji lekko wycofanej i nie padnę z zachwytu, pozostając przy wstępnej, żółtej rekomendacji (middle), nawet bez spoglądania w kierunku zielonym.


Trio Red Space (Jeb Bishop/ Mars Williams/ Tim Daisy)  Fields Of Flat (Relay Recordings, 2016)

Tim Daisy nie jest może jakimś szczególnie wybitnym perkusistą, ani nadmiernie genialnym improwizatorem, ale z pewnością niebywale ambitny i pracowity to artysta. Nagrywając jedną płytę na tydzień z takim Kenem Vandermarkiem, prowadząc kilka własnych, czasami całkiem udanych projektów, mam też czas, by w ramach prywatnego labelu Relay Recordings bawić się w komponowanie, powoływanie nowych inicjatyw muzycznych, czy korelowanie ze sobą zupełnie przyzwoitego sortu improwizatorów (być może drobny przegląd działań Tima w ramach RR przydałby się na Trybunie).




Przykładem właśnie tych ostatnich działań jest Trio Red Space, gdzie dynamiczne i melodyjne bębnienie Tima (czyli tak, jak lubi najbardziej) stanowi inspirującą bazę dla kolektywnych improwizacji puzonu Jeba Bishopa i tenoru, tudzież sopranu Marsa Williamsa (wydaje mi się, że w tym gronie nie musimy przypominać artystycznego dorobku obu Panów).

Nagranie – jak wiele na RR – dostępne jest jedynie w wersji elektronicznej, a trwa mniej niż dwa kwadranse, zatem cieszyć się winniśmy każdym pojedynczym dźwiękiem. I tak jest – bez dwóch zdań. Williams w formie równie wyśmienitej, jak tydzień temu, na  poznańskim koncercie Switchback, Bishop piłuje aż miło, a Daisy dodaje ognia. Mimo pierwotnych wątpliwości – rekomendujemy na zielono (high!).


Mike Reed’ s People, Places & Things  A New Kind Of Dance (482 Music, 2015)

Mike Reed, częsty bywalec poznańskiego Made In Chicago, to niezwykle aktywny i pracowity muzyk. Jego doskonały tegoroczny koncert na rzeczonym festiwalu (Flesh and Bones), skutkował u mnie osobiście m.in. wejściem w stan posiadania stosunkowo świeżego krążka Nowy Rodzaj Tańca, jego stałego w sumie projektu (przepraszam, nie znam lepszego określenia) – Ludzie, Miejsca i Sprawy. Tak się bowiem składa, że Reed nie zwykł nagrywać płyt bez powodu. Tzn. bez jasnego pomysłu na to, o czym ona będzie. Innymi słowy, Mike gra na temat i tego się trzymajmy. Ten akurat przypadek, to pokłosie refleksji, jak naszła Reeda w kontekście śmierci ojca free jazzu, Ornette Colemana. Otóż jego ulubioną płytą tego muzyka jest Dancing In Your Head, skąd inąd doskonała harmolodyczna muzyka do … tańca (druga połowa lat 70.).




A New Kind Of Dance – to zbiór bardzo tanecznych, jazzowych piosenek, zarówno skomponowanych przez Reeda, jak i paru innych, nawet bardziej historycznie zasłużonych (taki Ellington), podanych wszakże bardzo nowocześnie i smakowicie wyimprowizowanych. Bo kolega Reed, przy natłoku różnych mniej lub bardziej szalonych pomysłów, ma także właściwych ludzi do ich realizacji, takich jak choćby Jason Roebke (b) i Greg Ward (as). Obu panów miałem okazję podziwiać na tegorocznej edycji festiwalu MIC i dałem temu wyraz w poprzednim poście Trybuny. Tu odnajdziemy także choćby Matthew Shippa, który zgrabnie dynamizuje swoim fortepianem kilka fragmentów płyty.

Oczywiście ta taneczna propozycja Mike’a Reeda nie zrewolucjonizuje współczesnej sceny jazzowej, ba, nawet nie doczeka się u mnie zielonej rekomendacji, ale słucha się jej wyśmienicie, zwłaszcza w aucie, np. w trakcie dramatycznego korka, który do niczego konstruktywnego nie prowadzi. Czyli mocne middle, jakkolwiek!


Steve Swell Kanreki: Reflection & Renewal (Not Two Records, 2015)

Dziwna to płyta - nie do końca zrozumiały zamysł wydawcy i wybór nagrań muzyka. Trochę jakby Steve Swell, nasz ulubiony free jazzowy puzonista i stały uczestnik edytorskiej inicjatywy Marka Winiarskiego - Not Two Records, wygrzebał z szafy (komputera) zapomniane nagrania, których nikt do tej pory nie chciał wydać, a następnie dotargał je do Krakowa, celem umieszczenia na płycie.

Na dwóch dyskach znalazło się aż siedem różnych okazji, tak koncertowych, jak i studyjnych, powstałych w latach 2011-14. Na liście płac - aż 18 muzyków. W sumie why not? Jedyny mój problem z tym wydawnictwem jest w sumie taki, że trudno je pochłonąć na raz i to wcale nie dlatego, że muzyka jest jakaś szczególnie trudna. Diabeł tkwi w ogromnym rozrzucie stylistycznym poszczególnych nagrań (od ostrego free, przez nudnawy mainstream, po kameralistyczne zabawy na improwizujący kwartet klarnetów, wreszcie surowe i piękne free improvisation), a także w sposobie ich segregacji.




Kanreki zaczyna się ponad półgodzinnym, koncertowym hałasem, jaki wygenerował kwartet Dragonfly Breath (znany ze studyjnej rejestracji, także Not Two). Jeśli przetrwamy ten interwał, wiedzmy, że wszystko, co najgorsze, jest już za nami -  a dalej będzie tylko lepiej, a nawet chwilami wspaniale!

Pominę może drobny kwintet z udziałem Kena Vandermarka i Magnusa Broo, bo siedmiominutowy pasus nie daje w ogóle pojęcia, czym to spotkanie mogłoby być.
Od trzeciego fragmentu Kanreki, ostro wkraczamy w świat kameralistyki i wolnej improwizacji. Najpierw, wspomniany już wcześniej, kwartet klarnetowy (Swell w roli dyrygenta), potem smakowity duet puzonu z wokalistą (Thomas Buckner). Drugi dysk, to już prawdziwe perły. Zaczynamy od drobnego incydentu na puzon solo. Zaraz potem wyśmienite trio – Steve Swell, Fred Lonberg Holm (c), Guillermo Gregorio (cl) - w aż trzech fragmentach koncertowych. Wreszcie na koniec niemniej frapujący kwintet na puzon, alt i instrumenty strunowe. Miód!

Reasumując – trudno ocenić ten krążek jako całość. Początek w oczywisty dla mnie sposób mieni się wieloma odcieniami czerwieni (low!), potem lekko przechodzimy przez spektra koloru żółtego (middle!), by pod koniec dysku pierwszego śmiało wkroczyć w obszar zieloności (high!). Cały drugi krążek mieni się tą barwą okrutnie. Kanreki to materiał na co najmniej dwa samodzielne krążki. Czas zatem na prywatną kompilację tych nagrań. Nawet mój starodawny komputer winien dać sobie z tym radę.


Chris Cogburn/ Henry Kaiser/ Steve Parker/ Damon Smith  Nearly Extinct (Balance Point Acoustics, 2016)

Spotkanie czterech muzyków, poczynione zdecydowanie w celu uprawiania swobodnej improwizacji, opatrzone zostało w procesie edytorskim tytułem Nearly Extinct. Gitarzysta Kaiser jest osobą, z którą nawet początkujący fan muzyki improwizowanej musiał się choć raz zetknąć. Podobnie rzecz się ma z kontrabasistą Damonem Smithem (tu: amplifikuje swój instrument). Trochę inaczej sprawa wygląda w przypadku pozostałych uczestników tego spotkania. Z perkusistą Chrisem Cogburnem, mimo bardzo kowbojskiego nazwiska, spotykam się raczej po raz pierwszy, podobnie jak z puzonistą Steve’em Parkerem.




W trakcie studyjnego spotkania w Texasie, muzycy zrealizowały siedem improwizacji, które po opatrzeniu stosownymi tytułami wylądowały na srebrnym na krążku wydawnictwa Balance Point Acoustic (wydaje trochę nagrań Henry Kaisera). Wbrew nazwie labelu, zgodnie wszakże z naszą pamięcią, rzeczony Kaiser operuje na gitarze z prądem. Zabawa improwizacyjna jest zwarta, zadziorna, choć zazwyczaj w tempach popołudniowych. Gitarzysta ciekawie ucieka w drobną psychodelię, w czym wtóruje mu sążnisty sound basu – uwaga! oba instrumenty lubią pohałasować i potaplać się w przesterach. Puzonista – subtelny dysonans! - kwili czystym dźwiękiem, stojąc przyczajony pomiędzy membranami ciekawie wibrującej perkusji.

W tym kardynalnie udanym spotkaniu na polu swobodnej improwizacji, niewątpliwie godna uwagi jest … okładka płyty, którą uznać można za skromny przewodnik po świecie muzyki improwizowanej, zdecydowanie w historycznym ujęciu. Kto rozszyfruje wszystkie terminy bez wspomagania się siecią globalną, dla tego gigantyczny szacunek i ocean satysfakcji! A przy okazji  - okładka ta mogłaby spokojnie stanowić logo Trybuny. Bardzo celne tropy! Rekomendacja? Bez cienia wątpliwości pozostajemy przy high.


Fire! Orchestra  Ritual (Rune Grammofon, 2016)

Orkiestra Ogniowa to rozbudowana personalnie wersja noisowo-rockowego pomysłu Matsa Gustafssona - Fire! Rytuał zaś, to trzecia edycja płytowa. Na deskach stockholmskiego studia aż 21 osób, mniej lub bardziej znanych muzyków skandynawskich (z wisienką na torcie w postaci portugalki Susany Santos Silvy!). Muzycznie biegamy wg wyraźnie wyznaczonego toru rytmicznego (to rock!!!), który podawany tak przeludnionym aparatem ludzkim brzmi doprawdy potężnie. Wszystko inkrustowane jest drobnymi popisami solowymi, podczas których przez ułamki sekund możemy przypomnieć sobie, że grają tu… jednak wytrawni muzycy improwizujący. I mógłbym w tym momencie zacząć długi proces narzekania, wychodząc z punktu widzenia fana, który oczekuje więcej. Ale w sumie po co…




Ritual po prawdzie…. bardzo mi się podoba. Być może to jedna z bardziej komunikatywnych i fajnych w odbiorze płyt, jakie trafiły na majową zbiorówkę. Można potańczyć, można pozdzierać gardło, można usłyszeć prawdziwie metalową gitarę, a w końcu silnie zachwycić się wokalnymi popisami dwóch panien (pań?) – Mariam i Sofii – które po prostu pięknie i niezwykle dynamicznie śpiewają (co zresztą udanie koreluje z ekspresyjną muzyką, konstruowaną przez pozostałą dziewiętnastkę muzyków). Te śpiewy, te czupurne i lekko psychodeliczne wokale śmiało przywołują w mojej pamięci debiut Return To Forever Chica Corei sprzed ponad 40 lat. Ale jazda!!!

Z czystej przekory pozostaję przy rekomendacji middle, ale ze zdecydowaną zieloną podpórką!


Marilyn Crispell/ Erwin Ditzner/ Sebastian Gramss  Free Flight (Fixel Records, 2016)

Richard Poole/ Marilyn Crispell/ Gary Peacock  In Motion (Intakt Records, 2016)

Na koniec naszej nieco rozgadanej zbiorówki majowej, dwa tria fortepianowe, czyli ekspozycje leżące na ogół niezwykle daleko od - z pozoru  nieograniczonych - pokładów mojej muzycznej atencji. Skoro jednak w odtwarzaczu wylądowały dwie rejestracje z udziałem dawno niesłyszanej, wspaniałej amerykańskiej pianistki, Marylin Crispell, to nie możemy ich nie podsumować kilkoma choćby zdaniami.
Historia muzyki improwizowanej nigdy nie zapomni Marylin lat jej cudownego terminowania w genialnym kwartecie Anthony Braxtona (1983-1995). Czyni ją to absolutnie nieśmiertelną, przynajmniej na polu zainteresowań Trybuny.




Pierwsze z nagrań jest koncertową okolicznością, zrealizowaną w Niemczech w listopadzie 2010r., drugie zaś okazją studyjną, poczynioną w Stanach ciągle Zjednoczonych, w listopadzie 2014r. Muzycy towarzyszący Crispell w obu incydentach, z mojego punktu widzenia, zdają się dalece nieistotni, choć nazwisko takiego Gary’ego Peacocka mówi nam przecież wiele. Zresztą duch tria Keitha Jarretta, który wyniósł nudę do rangi sztuki jakieś 40 lat temu, istotnie panuje nad drugą z omawianych tu płyt. Pozwólcie zatem, że komentowanie In Motion zakończę na tym epitecie.




Zdecydowanie mniejszą stratą czasu jest słuchanie, czy wręcz zasłuchiwanie się we Free Flight – w każdym razie tytuł, jak najbardziej stosowny. Niespełna 50 minutowy zapis naprawdę udanego koncertu, pokazujący dobitnie, jak Crispell świetnie radzi sobie w dalece swobodnej, acz kameralnej i wyczulonej na pojedynczy dźwięk, improwizacji. I rzadka cecha u pianisty w formule free – umiejętność operowania ciszą, zaniechaniem, oczekiwaniem na ruch współpartnera. Mam nieodpartą ochotę na skromne high, wszakże z lekką podpórką middle.


poniedziałek, 23 maja 2016

SwitchbackI Chancey! Reed! – chicagowskie dożynki 2016, wersja udana


Trybuna z radością donosi, iż jej Autor nareszcie miał okazje uczestniczyć w koncertach muzyki improwizowanej w swym matczynym Poznaniu!

Okazja chwalebna, albowiem właśnie w miniony weekend odbyła się XI edycja festiwalu Made In Chicago. Impreza to specyficzna i poniekąd wyjątkowa, choć po prawdzie jej idea, a także atrakcyjność przeszła już raczej do historii, zapewne wraz ze śmiercią jej twórcy i animatora dobrej kultury, Wojtka Juszczaka. Choć miasto Chicago należy do bardzo dużych aglomeracji świata współczesnego, trudno wypełniać program festiwalu wyłącznie jej muzykami, przez drugą już dekadę.

Zresztą moja obecność na kolejnych edycjach, już po roku 2010, bywała raczej śladowa. W pamięci tego okresu migoczą mi jedynie dwa genialne koncerty - Henry Threadgilla (2011) i duetu Roscoe Mitchell/ Mike Reed (2013).

Tegoroczne chicagowskie muzykowanie – pomimo powyższych ambiwalencji – pozostawiło wszakże w mojej głowie wyłącznie pozytywne konotacje. Uległ zmianie termin festiwalu (z listopada, który co roku w naszym zacnym kraju obfituje w mnogość podobnych spędów, takich jak Krakowska Jesień Jazzowa, czy wrocławski Jazztopad), trochę zmieniła się formuła (kilka nowych miejsc do grania i słuchania), wreszcie na okoliczność imprezy w programie pojawiły się nazwiska nie tylko muzyków z Chicago.




Pierwszy dzień, nazwany pokrętnie Club Tour, obfitował w cztery koncerty, w czterech różnych miejscach, odbywające się godzina po godzinie. Pomysł na pewno nowatorski, choć w praktyce, po stronie publiczności, praktycznie niemożliwy do realizacji (czyli niech rękę podniesie ten, kto zdołał zobaczyć wszystkie koncerty w całości!). Nie wspomnę już, że na tych, którzy zdecydowali się zobaczyć je wszystkie, grosza nie zarobili lokalni barmani (czas pomiędzy koncertami przyjmował wartości ujemne).

Najpierw solo piano w sklepie z fortepianami (Jeremy Khan był tu tytułem wykonawczym), ale bez udziału Waszego Autora. Zacząłem w Scenie na Piętrze, do niedawna arenie głównej dożynek chicagowskich. Na scenie dwóch stałych uczestników tej zabawy (Harrison Bankhead i Avreeyal Ra), pianista nierozpoznawalnej nacji i korpulentna starsza Pani na tenorze - Julie Wood. W repertuarze evergreeny chicagowskiej historii. Pozwolę sobie spuścić zasłonę milczenia. Hmm…. Chociaż śpiewający przez moment Harrison był na swój sposób uroczy.



Potem już szybki sprint do Dragona (na szczęście jakieś 66 metrów w linii prostej) i bardzo smakowity kwartecik, powołany do życia właśnie na tę okoliczność koncertową. Weteran wielu bojów, jeszcze u boku wspaniałego Sun Ra i jego Arkestry, doskonały waltornista Vincent Chancey zabrał ze sobą na małą klubową scenę trójkę równie kompetentnych graczy – klarnecistę basowego Josha Steina (lat temu dziesięć męczył się w pewnym zupełnie niedanym projekcie Kena Vandermarka, Bridge 61), kontrabasistę Jasona Roebke (znamy się świetnie!) i naszego rodzimego drummera Kubę Suchara (kiedyś wyjątkowy Robotobibok, teraz Mikrokolektyw chociażby). Choć Panowie grali ze sobą pewnie pierwszy i być może ostatni raz, efekt końcowy był bardziej niż wyśmienity. Grająca bardzo melodyjnie waltornia pięknie kreowała przestrzeń dla improwizacji całej czwórki. Doskonale radził sobie Stein (chyba jednak ma na rozkładzie wspólne granie z Chanceyem, bo rozumieli się jak bracia syjamscy), piekielnie precyzyjnie pracowała sekcja. Roebke, wiadomo – klasa światowa, Suchar – nie chciał być gorszy i choć nie miał wiele okazji, by pograć na swój ulubiony drum’n’basowy sposób, to ani na moment nie pozostawał w tyle za amerykańskimi przyjaciółmi. Godzina minęła w mgnieniu oka i znów trzeba było uciekać na inny koncert!



Tym razem już na stojąco (inni byli szybsi!), w sporym tłumie, w pewnej odległości od sceny (szczęśliwie wzrost mam ponadprzeciętny i coś widziałem). Na scenie klubu Las (kompleks Off Garbary!) kwartet, który miłośnicy rasowego free jazzu znają z jednej płyty wydanej w tutejszym Multikulti, czyli Switchback. Międzynarodowe towarzystwo, mieszanka krwi niemieckiej, wschodnio i środkowoamerykańskiej, a także polskiej. Sekcja Klaus Kugel – Hilliard Greene zabiła nas swoimi kompetencjami na niejednej już płycie absolutnie modelowego free. Mars Williams – torpeda o wzroście siedzącego psa *) – to postać niewymagająca referencji, przy okazji pierwszy saksofonowy współpartner Kena Vandemarka w jego epokowym The Vandermark 5. Muzyk, który fonograficznie nie ujawnia się światu zbyt często, nad czym winniśmy nieustannie ubolewać. Wreszcie Wacław Zimpel, mimo wciąż młodego wieku, po prawdzie już ikona polskiej muzyki improwizowanej. Płyta wydana dwa lata temu, nagrana została w okolicznościach koncertowych i muzyka na niej zawarta już wtedy kipiała nieprawdopodobną energią. Spotkanie piątkowe, energetyczność tą zmultiplikowało po wielokroć. Ogromna chemia na linii Williams – Zimpel niesie ten kwartet naprawdę wysoko, czemu bardzo sprzyja dosadność i korpulentność sekcji. Doskonały koncert. I ciekawa refleksja osobista: w wielu ujawnieniach muzycznych Zimpela, brakuje mi nieco energii i ekstrawertyki. Tu, w switchbackowej konwencji, czuję jej tyle, że wszelkie ambiwalencje rozpływają się w obłokach ich absurdalności. Prawdziwy wulkan klarnetu!



Festiwalowa sobota, to dwa koncerty w Sali Wielkiej lokalnego CK Zamek. Osobiście pofatygowałem się na pierwszy z nich. W zapowiedziach wyglądało to dość groźnie - Flesh and Bone. Po pierwsze będzie to projekt (uff), po drugie na temat konfliktów rasowych ze słowem mówionym (matko, ratuj!), po trzecie w sumie aż oktet muzyków, zatem pewnie dużo nutek na pulpitach i ogrom bezczelnej zadumy. Rzeczywistość okazała się zdecydowanie bardziej przyjazna. Ośmiu muzyków – fakt, w tym dwóch operujących jedynie głosem, po części mówionym – fakt, pięciolinie na pulpitach – fakt, ale efekt całości… naprawdę zaskakujący. Cztery dęciaki, w tym wczorajszy bohater Josh Stein i inny, znamy nam z tego festiwalu, świetny alcista Greg Ward, na kontrabasie znów Jason Roebke, a na perkusji lider i pomysłodawca całego zamieszania, Mike Reed. Plus dwóch spokenwordowców - pierwszy z nich, czarnoskóry, w niedbale zapiętej koszuli, także śpiewający, drugi recytujący tekst w tempie karabinu maszynowego, biały gangsta rapper z trudniejszej dzielnicy. Dynamiczna, jazzowa, rzekłbym nawet freejazzowa propozycja, poparta świetnymi improwizacjami, częściej w podgrupach niż solowymi. Słowo mówione nienachalne i świetnie (aktorsko) podane, doskonale skorelowane z bardzo konkretnym, świetnie zagranym materiałem muzycznym. Choć mnóstwo elementów tej niebywałej układanki było zaplanowane, czy zaaranżowane, cały koncert aż kipiał energią. Muzyka była tak dobra, że… po prawdzie darowałem sobie odbiór werbalny dzieła (dodam jedynie, że ani przez moment nie zdał mi się pretensjonalny). Po godzinie i paru minutach pozostało tylko wstać i ostro bić brawo. Co też uczynili wszyscy.

Niedziela, to koncerty plenerowe w mieście. Myślę, że było interesująco.

Podziękowania dla Piotra za piątkowe współuczestnictwo i czujną opiekę!


*) Niech mi Mars wybaczy ten drobny epitet. Zaciągnąłem go z określenia, jakim obdarowany został kiedyś przez Hirka Wronę w radiu publicznym, niedawno zmarły Prince. Panowie mają/ mieli podobny wzrost.
**) fotografie ubarwiające relacje z festiwalu ze strony wydawcy płyty Switchback