Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luis Erades. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luis Erades. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 stycznia 2026

Barcelona still smells like teen spirit: Behenii! Grails! Música Fúnebre! Bilbao MMXXIII!


Kreatywna scena Barcelony ma w sercu Trybuny Muzyki Spontanicznej szczególne miejsce. Z tym większą radością donosimy o kolejnych nowościach muzyki improwizowanej i zjawisk jej bliskich powstałych w stolicy Katalonii.

Dziś czas na cztery świeże albumy - trzy pochodzące ze starego roku, jeden datowany już na roku bieżący. W roli podmiotów wykonawczych sami dobrzy znajomi - dwa tria z udziałem El Pricto pod sztandarami jedynego w swoim rodzaju Discordian Records, kolejne dwa z udziałem najbardziej niesamowitej sekcji rytmu świata współczesnego, czyli Alexa Reviriego i Vasco Trilli. Dodajmy, iż ten ostatni współtworzy także pierwsze z anonsowanym składów z El Pricto. Reasumując w ujęciu matematycznym – cztery tria, to jednak tylko dziewięcioro artystów. Takie cuda tylko w Barcelonie! Welcome!

 


El Pricto/ Don Malfon/ Vasco Trilla Behenii - Part II (Discordian Records, DL 2025)

The Golden Apple Studios, Barcelona, marzec oraz listopad 2025: El Pricto – syntezator modularny, Don Malfon – saksofon barytonowy, altowy oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Siedem improwizacji, 37 minut.

Zaczynamy od Behenii, krwistego połączenia brzmień syntezatora modularnego Pricto, preparowanych saksofonów Malfona i zwinnych akcji perkusyjnych i perkusjonalnych Trilli. Artyści debiutowali w tym układzie personalnym dwa lata temu, a ich nagranie śmiało uznaliśmy wówczas za dzieło doskonałe. Teraz wracają z nowym materiałem, znów osadzając go na dysonansie spazmów elektroakustycznego free jazzu i post-industrialnych medytacji. Album nie wnosi wiele nowego do wizerunku tria, zatem tym razem nie padamy na kolana, ale i tak nagranie zasługuje na naszą wieczną uwagę.

Klasycznym dla tego tria przykładem masywnego free jazzu jest druga opowieść, która lepi się ze skrzeku saksofonu altowego, punktowego drummingu i tłustych, basowych pasm syntezatora. W całkowitej opozycji do wspomnianej estetyki sytuuje się pierwsza i trzecia opowieść. Szczególnie podobać się może ta ostatnia, osadzona w gęstej mgle, ambientowa flauta doposażona groźnym echem. Z kolei improwizacje czwarta i piąta udanie żenią antypody estetycznych upodobań Barcelończyków. W pierwszej z nich początek jest dynamiczny, ale zaskakująco filigranowy. Na etapie finalizacji, granej na wdechu, muzycy zapraszają do dryfowania po szorstkich falach oceanu. Jeszcze bardziej zaskakująca wydaje się ostatnia historia. Z jednej strony eksplozje mocy osadzone na mięsistym brzmieniu modulara, z drugiej rozhuśtane, niemal balladowe interludia. Ów iście rockowy przekładaniec ma dalece udaną kulminację, z kolei końcowa prosta grzęźnie w gęstym, błotnistym ambiencie.

  


Nocturnal Crusaders Grails! (Discordian Records, DL 2026)

Soda Acoustic, Barcelona, grudzień 2025: El Pricto – syntezator modularny, Luis Erades – saksofon altowy, tenorowy (excalibur), barytonowy oraz Soren Alcaraz – perkusja, instrumenty perkusyjne. Sześć improwizacji, 39 minut.

Narzędzia pracy kolejnego tria są niemal identyczne, jak w przypadku Behenii. Foniczny efekt ich użycia jest jednak dość odmienny. Jeśli to pierwsze trio istotną część swoich ekspozycji osadza na grząskich połaciach post-dźwięków, o tyle Nocturnal Crusaders zdają się być pozbawieni tego typu brzmieniowych, tudzież dramaturgicznych subtelności i stawiają w ostatecznym rozrachunku na czerstwy hałas.

Już w pierwszej odsłonie muzycy jasno pokazują swoje definitywnie złe intencje.  Syntezator i saksofon krzyczą od progu, obrazu całości dopełnia koherentny atak perkusji. Podobać się tu może wszakże drobne interludium z szumem dobywającym się z tuby saksofonu barytonowego. W kolejnych trzech improwizacjach otwarcie za każdym razem osnute jest wokół mrocznych szumów, preparowanych fraz i zawieszonego w intrygującej próżni dramatyzmu narracji. W dalszej fazie każdej z tych części muzycy przystępują do ataku i nie zamierzają brać jeńców. Najciekawiej prezentuje się ostatnia z przywołanych historii. Długie, szemrane otwarcie, nie bez plam ambientu, głośna, gęsta faza zasadnicza i dalece mroczna puenta. Odsłona piąta zdaje się być repliką jedynki i stawia na konkret, z kolei końcowa improwizacja nieco zaskakuje - ma zrównoważone tempo, nie eskaluje hałasu, dobrze dawkuje emocje. Puenta albumu to jednak kompulsywny krzyk saksofonu i modularnego oparty na gęstym groove perkusji.

 


Markus Reuter/ Vasco Trilla/ Àlex Reviriego Música Fúnebre (Bandcamp’ self-release, DL 2025)

Czas i miejsce akcji nieznane: Markus Reuter – organy elektryczne (Philips Phillicordia), Àlex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla - flat bells. Jedna improwizacja, 31 minut.

Czas na ekspozycję dronową, inspirowaną dokonaniami Witolda Lutosławskiego, a zbudowaną (zdefiniowaną/ skomponowaną) przy użyciu elektrycznych organów pochodzących z czasów raczkującego fussion, kontrabasowego smyczka i posiadających niebywałe brzmienie flat bells, specyficznie nastrojonych dzwonów. Jedna improwizacja drąży nam tu zwoje mózgowe przez dwa kwadranse, mieni się wszelkimi kolorami mrocznych tęczy i mimo swego niekiedy medytacyjnego charakteru budzi niepokój i permanentnie intryguje.

Rezonujący ambient dzwonów, smuga swobodnie posadowionego, kontrabasowego smyczka i migotliwych organów od pierwszej sekundy zlewają się w dość jednorodny, nieco wystudzony dron. To opowieść, która zdaje się nie mieć zarówno początku, jak i końca. Smyczek potrafi zejść nisko na kolanach, dzwony unieść się ku niebu, a całą resztę zdolna jest wypełnić organowa plama, która z czasem delikatnie pęcznieje. Na ogół miewa więcej niż jedno pasmo przesyłowe, niekiedy przypomina wychłodzony kosmodrom. Ta specyficzna celebracja przybiera mroczne barwy, czasami przypomina kodę wielominutowej ekspozycji post-fussion. Niekiedy rozwarstwia się na trzy osobne strumienie fonii, by po niedługiej chwili znów stać się jednym ciałem. Dzwony nie przestają spoglądać ku wyżynom, kontrabas przez kilka chwil frazuje w trybie pizzicato, leniwie, minimalistycznie. Na zakończenie powraca smyczek i eksponuje modlitewny, jakże bolesny śpiew. Wszystko wokół systematycznie zastyga w mule szorstkiego ambientu.

  


Helena Bilbao MMXXIII (Blu-Rei Records, Kaseta 2025)

Ocuspinatti Fest, Bilbao, grudzień 2023: Clara Lai – instrumenty klawiszowe, Àlex Reviriego – kontrabas, kompozycje oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Pięć utworów, 27 minut.

Pozostajemy w towarzystwie Reviriego i Trilli, a sceniczny line-up uzupełniamy katalońską pianistką Clarą Lai, którą także znamy z wielu dokonań w obszarze muzyki improwizowanej tamtych ziem. W takim trio, ale po raz pierwszy pod nazwą własną Helena, muzycy prezentują się w wymiarze wydawniczym bodajże po raz drugi. Tym razem koncertują w Bilbao, w trakcie pewnej imprezy festiwalowej. Ewidentnie grają w barze, którego dźwięki (a także gwar rozmów) niczym wysublimowane field recordings stają się pełnoprawnym uczestnikiem zabawy. W repertuarze, utrzymane w klimatach post-jazzowych, kompozycje kontrabasisty, co nie możemy uznać za typowe dla tych artystów i ich dotychczasowych losów scenicznych.

Początek koncertu sugeruje, jakoby muzycy chcieli stać się częścią szumu i gwaru, jaki dochodzi z baru. Delikatne, ledwie słyszalne frazy budują powolną narrację. W drugiej części bas zarysowuje dramat swobodnym, jazzowym pizzicato, a całość lepi się w balladę podaną w intrygująco prostym metrum. Kolejnym zaskoczeniem są frazy smyczka o definitywnie post-klasycznym posmaku. W kolejnych trzech utworach, krótkich, nieprzegadanych, muzycy kontynuują ów post-jazzowy, łagodny, niekiedy dość melodyjny flow. W części czwartej zdają się być najbardziej intensywni, w części finałowej z kolei nieco nostalgiczni i nastawieni na minimalistyczną repetycję. Album nie trwa nawet dwóch kwadransów, ale po jego odsłuchu pozostajemy ze sporą dawką pytań, na które nie znajdujemy odpowiedzi.




 

piątek, 5 grudnia 2025

The Barcelona’ fresh four: Jiuweihu! Mammalian Interactive Digressions! Orangina! Smells Funny!


Muzyka improwizowana z Barcelony zawsze posiada stempel wysokiej jakości. Stali Czytelnicy tych łamów wiedzą o tym doskonale przynajmniej od dekady, bo tyle lat stuknie Trybunie już w kolejnym miesiącu.

Zatem bez zbędnej introdukcji przystępujemy do szczegółowej analizy czterech nowości wydawniczych ze stolicy Katalonii. Nie zabraknie okrętu flagowego, czyli Discordian Records, będą też nagrania muzyków świetnie nam znanych, tu akurat edytujących pod innymi sztandarami.

Jak to często bywa w przypadku muzyki z tamtej części świata, czeka nas spory rozstrzał stylistyczny. Zaczniemy kameralnie, ale bardzo dronowo, na dwa niezbyt konwencjonalne smyczki, potem czeka na nas czerstwa, gęsta i hałaśliwa narracja na saksofon, syntezator modularny i rzężącą wysokim prądem gitarę, zaraz po niej pokaźna porcja soczystego jazzu z kompozycjami, a na zakończenie coś na poły skomponowanego, na poły improwizowanego - znane utwory przełożone na pięć dęciaków, perkusję i osnowę elektroniki. Będzie się działo!

 


Vasco Trilla & Àlex Reviriego Jiuweihu (Bandcamp’ self-released, DL 2025)

Czas i miejsce akcji nieznane: Vasco Trilla – werbel i talerze oraz Àlex Reviriego – kontrabas. Trzy utwory, 44 minuty.

Tych Panów znamy z miliona płyt, to prawdziwe ikony sceny Barcelony. Być może nie wszyscy pamiętają, iż czasami muzykują także w duecie. To ich drugie ujawnienie, znów nastawione na niezmierzone w czasie i przestrzeni techniki rozszerzone, ponownie bazujące na pewnym koncepcie, innymi słowy improwizacji definitywnie predefiniowanej. Każdy z artystów operuje tu smyczkiem, choć nominalnie jeden pracuje na skromnym zestawie percussion, drugi dzierży w dłoniach wielki kontrabas.

Opowieść na starcie przypomina delikatny powiew porannej bryzy. Powierzchnie płaskie targane smyczkami piszczą, nucąc zapomniane melodie. To medytacja ukonstytuowana cierpliwością i konsekwencją. Ma swoje niemal post-industrialne spiętrzenie, ma krótki moment, gdy kontrabasista minimalistycznie frazuje techniką pizzicato. Rozkołysana opowieść przypomina zagubiony okręt, które niesie w nieznane coraz silniejszy wiatr. W drugiej odsłonie instrumenty silniej rezonują - jeden strumień fonii ryje bruzdy w ziemi, drugi wznosi się ku niebu. Z czasem z mulistego dna wyłania się pokancerowana melodyka i płynie z tajemniczym posmakiem post-baroku. Na starcie trzeciej części smyczek kontrabasu wyje wprost z głębokiej krypty, z kolei talerze rezonują na jeszcze większej wysokości. Dźwięki zdają się teraz kołysać nad wielką przepaścią. Znów ratunkiem wydaje się pokrętna melodia, który nie przypomina jednak śpiewu, to wciąż wielkie cierpienie, ostatecznie skwitowane minimalistycznymi frazami kontrabasisty.

 


Luis Erades/ Andrea Bazzicalupo/ El Pricto Mammalian Interactive Digressions (Discordian Records, DL 2025)

The Golden Apple Studios, Barcelona, październik 2024: Luis Erades – saksofon altowy, Andrea Bazzicalupo – gitara elektryczna oraz El Pricto – syntezator modularny. Trzy improwizacje, 53 minuty.

W przeciwieństwie do duetu powyżej, medytacja, to ostatni epitet, jakim moglibyśmy podsumować nagranie tego tria. Słuchaczy dbających o stan swoich narządów słuchu uspokajamy jednak, iż anonsowana w preambule tekstu intensywna, niekiedy noise’owa improwizacja miewa tu intrygujące chwile ukojenia, wystudzenia, potrafi osiągnąć stadium zaskakującej filigranowości.

W trakcie pierwszej odsłony muzycy stawiają nas pod ścianą i mierzą z broni gładkolufowej – pozatykana tuba saksofonu groźnie rzęzi, gitara zgrzyta zębami i zionie ogniem, a syntezator wbija szpile nie tylko w kręgosłup. Soczyste plastry hałasu poprzedzielane są tu ochłapami ciszy, delikatnie nasączonymi post-psychodelicznymi dywagacjami. Druga improwizacja trwa ponad dwadzieścia minut i zdaje się mieć więcej niż tysiąc twarzy. Subtelna elektronika i post-akustyczne strumienie ambientu otwierają pieczarę, z której wyłania się post-industrialne monstrum. Na etapie rozwinięcia muzycy okazują się jednak intrygująco roztargnieni, skorzy do akcji minimalistycznych, niekiedy brzmią wręcz onirycznie, a ich oddechy pełne są szumiącej elektroniki. Do konsekwentnej walki ze złem powracają w drugiej połowie utworu, a najgroźniejszym zwierzem tego stada okazuje się ostatecznie saksofonista. Trzecia improwizacja zaczyna się trzęsieniem ziemi, a potem jest jeszcze ciekawiej. Mała wojna światów uformowana zostaje w elektroniczny i elektryczny free jazz. Zaraz potem następuje faza dronowa i kilka dźwięków z gitary, które przypominają ... gitarę. Jeszcze tylko faza lewitacji i rozkołysania, a po niej wielki finał z fajerwerkami z dna piekła aż do kopuły topornego nieba. Cisza po wybrzmieniu ostatniego dźwięku wydaje się dość groźna.

 


Albert Cirera & Tres Tambors Orangina (Underpool Records, CD 2025)

Underpool Studio, Barcelona, czerwiec 2025 (?): Albert Cirera – saksofon tenorowy, sopranowy, kompozycje, Marco Mezquida – fortepian, Rhodes, Marko Lohikari – kontrabas oraz Oscar Domènech – perkusja. Dwanaście kompozycja, 54 minuty.

Losy tego artysty śledzimy od kołyski. Znamy wszystkie jego brudne, kompulsywne, free impro eskapady na preparowanym saksofonie tenorowym i sopranowym. Ale pamiętamy także, iż to muzyk zakochany w jazzie, a jego flagowy okręt na tym oceanie zwie się Tres Tambors. Przed nami jego trzecie ujawnienie. Zgrabne, melodyjne, ale ciekawie zmetryzowane tematy, tysiące narracyjnych zdobień i kilka soczystych improwizacji, na ogół w wymiarze kolektywnym. Dla fanów wysokogatunkowego jazzu lektura obowiązkowa!

Po krótkim, dynamicznym otwarciu kwartet zaprasza do krainy jazzowej post-ballady, tkanej na czystym brzmieniu saksofonu sopranowego, równie wyrazistym piano i sekcji rytmu, która szyje łamane metra i sieje intrygę niezależnie od poziomu łagodności zadanego tematu. W piątej odsłonie króluje free jazz (nawet w formule sax & drums), ale puenta jest wystudzona, bardzo kameralna. W siódmej części słyszymy piano Fendera i rozhuśtany saksofon frazujący w dobrym tempie. W kolejnym piękny, improwizowany rozgardiasz, który zostaje skontrapunktowany melodyjnym tematem, ale na koniec utworu tryumfalnie powraca. Z kolei w dziewiątej odsłonie tańczymy w rytmie samby! Po drodze do szczęśliwego finału mamy kilka akcentów kameralnych ze smyczkiem, a także nieśmiałe próby akcji inside piano. Samo zakończenie jest bardzo dynamiczne, bazujące na basowym groove, usiane wyłącznie udanymi interakcjami.

 


Fail Again Ensemble Smells Funny (Discordian Records, DL 2025)

Whole Tone Studio, Barcelona, czerwiec 2025: Mireia Tejero – saksofon altowy, Sergi Rovira – saksofon tenorowy, Lluís Vallès – saksofon barytonowy, Pol Padrós – trąbka, Vicent Pérez – puzon, Jordi Pallarès – perkusja oraz David García – soundpainting. Dziewięć utworów, 32 minuty.

Na koniec krótkiego przeglądu katalońskich nowości dość nietypowy ansambl pod jakże becketowską nazwą. Pięć instrumentów dętych, perkusja, smuga elektroniki, a w repertuarze jazzowe kompozycje, w tym nieśmiertelna Lonely Woman Colemana, klasyk Pink Floyd i utwór Franka Zappy. Muzycy improwizują na etapie zwanym preludium, a potem bawią się samym tematem. Brakuje tu może odrobiny szaleństwa i narracyjnej fantazji, ale sama idea wydaje się godna kontynuacji.

Floydowskie otwarcie obiecuje tu naprawdę wiele – to zmyślnie sprofilowany, dęty wielogłos z dużą dawką nerwowości, podrasowany perkusją, zmiennym tempem i tą szczyptą brawury, jakiej czasami brakuje w dalszej części albumu. Artyści balansują na pograniczu wielu stylistyk, z których jazz, czy nawet free jazz jest tylko jedną z tysięcy możliwości. Nagranie ma swoją artystyczną kulminację na etapie klasyka Colemana. Preludium pełne jest gwałtowności, ciekawych, dętych interakcji, z kolei sama ekspozycja tematu, to niemal pogrzebowa ballada, którą niespodziewanie podrywa do lotu galopująca perkusja. W kolejnym utworze muzycy stepują w punkowym rytmie, a na końcu dzielnie rozprawiają się z tematem Zappy. Wstęp, to dęte dyskusje, najpierw rwanymi frazami, potem głębszymi wydechami. Prezentacja tematu przypomina podlewany dużą ilością szampana 2-stepowy wodewil z masą rzewnych melodii.




piątek, 7 listopada 2025

Discordian Records’ fresh outfit: Live At Penhasco! Rituals Of Modern Decadence! The Advantages Of Extremism!


Dawno nie zaglądaliśmy na bandcampową stronę słynnego barcelońskiego Discordian Records! Definitywnie warto było ponownie wkroczyć do tego uroczego, jakże diabelskiego świata!

Rok bieżący przyniósł dotychczas sześć premier labelu kierowanego przez El Pricto. O jednej pisaliśmy u progu roku, teraz pochylimy się nad trzema, a te dwie ostatnie zostawiamy na jeszcze lepszą okazję.

Przed nami trzy tria z udziałem saksofonów, w tym aż dwukrotnie z naszym ulubionym katalońskim dmuchaczem Albertem Cirerą. Każdorazowo czeka nas porcja soczystej, swobodnej improwizacji, na ogół gęstej od wydarzeń fonicznych, nasączonej dużą ilością prądu i innych tajemniczych elektryczności.

So, welcome to Discordian Home!

 


Dissection Room Live At Penhasco (Discordian Records, DL 2025)

Penhasco, Portugalia, wrzesień 2024: Albert Cirera – saksofon sopranowy i tenorowy, obiekty, Abdul Moimême – gitara elektryczna, obiekty oraz Álvaro Rosso – kontrabas. Jedna improwizacja, 35 minut.

Trio Dissection Room debiutowało fonograficznie kilka lat temu w zacnym portugalskim Creative Sources. Teraz powraca w edycji koncertowej, zarejestrowanej także w tamtejszej części Iberian Peninsula. Jednotrakowy występ przynosi dużo intrygujących, zmiennych w czasie wydarzeń. To kolejna, jakże udana konfrontacja preparowanego saksofonu, gitary elektrycznej o niepowtarzalnym brzmieniu i kontrabasu, który lubi bazować na smyczkowej, nisko osadzonej dramaturgii.

Muzycy na wstępie koncertu formują wspólny, wielowarstwowy dron szorstko brzmiącego saksofonu, gitary, która zdaje się konsumować także zgiełk miasta i wystudzonego smyczka na gryfie kontrabasu. Ta inicjacja przypomina bóle porodowe – bywają gwałtowne, natarczywe, rwane, szarpane, ale też ulotne, migotliwe, rzewne, aż śpiewne. Gitara chętnie sięga po atrybuty post-industral, saksofon broczy w gęstym mule, z kolei kontrabas staje w pozycji chamber. Po upływie kwadransa owe strumienie muzycznej lawy zlewają się w jedno gęste koryto, ale już po kilku minutach opowieść staje się niemal solowym performansem smyczka, któremu towarzyszy jedynie echo poprzedniej eskalacji. Narracja zmienia się teraz z minuty na minutę. Bywa, że przypomina post-jazzowe rozhuśtanie, bywa porcją kameralnych dywagacji z szelestem drobnych preparacji. Po dwudziestej piątej minucie nabiera mrocznych barw, które doposażone są pożegnalnymi melodiami dętymi, ale także dużą nerwowością instrumentów strunowych. Ostatnia prosta niespodziewanie sięga po insygnia free jazzu.

 


Trashed Middle Aged Junksters Rituals Of Modern Decadence (Discordian Records, DL 2025)

Underpool, Barcelona, wrzesień 2024: Albert Cirera – saksofon sopranowy i tenorowy, El Pricto – syntezator modularny oraz Alexis Perepelycia – perkusja, elektroakustyka. Pięć improwizacji, 45 minut.

Przenosimy się do pięknej Barcelony. Tym razem Cirera, znów krwiożerczo preparujący swoje saksofony, spotyka diskordianskiego mistrza El Pricto na syntezatorze modularnym i argentyńskiego drummera o pięknie brzmiącym nazwisku Perepelycia. Nagranie jest gęste niczym guma arabska, nie ma w nim chwili przestoju, trzyma nas w ryzach dramaturgii niczym wąż boa swoją kolejną ofiarę.

Na starcie atakuje nas szorstki, mroczny ambient, drżący, niekiedy migotliwy strumień fonii okraszony jękami z zapchanej tuby saksofonu. Całość przypomina kompulsywny dygot kurzu i brudu. Opowieść ma jednak dynamikę dzięki świetnym, kontrapunktowym akcjom perkusji. Druga część przypomina nerwową balladę szytą drobnymi, rwanymi frazami. Tuba krzyczy, talerze rezonuje, a modularny wydaje się filigranowy, lekki, jakby post-syntetyczny. Kolejne dwie odsłony płyty pokazują dwa oblicza tego tria. Pierwsze jest dynamiczne, ostre, kanciaste, drugie równie nerwowe, skonfudowane, ale lejące się przez ręce niczym pijana nastolatka. Muzycy charczą tu jak stado gruźlików i nie są w stanie zrobić dwóch kroków po kolei. Ostatnia improwizacja trwa prawie siedemnaście minut i to ewidentnie crème de la crème tego szalonego albumu facetów w średnim wieku. Od brudnego, oblepionego czarną mazią free jazzu, przez post-industrialne, mroczne interludia, po końcową flautę saksofonu i modularnego, utrzymywaną przy życiu aktywnym post-drummingiem.

 


Luis Erades/ Yeonathan Shachar/ Juan Pablo Egúsquiza The Advantages Of Extremism (Discordian Records, DL 2025)

Underpool, Barcelona, październik 2024: Luis Erades – saksofon altowy, tenorowy i barytonowy, Yeonathan Shachar – gitara elektryczna oraz Juan Pablo Egúsquiza – kontrabas. Siedem improwizacji, 49 minut.

Pozostajemy w tym samym studiu nagraniowym Barcelony. Skład instrumentalny zbliżony jest do pierwszej z dziś omawianych rejestracji. Estetyka bardzo różnorodna, od kąśliwych strzępów free jazzu, przez szorstki, ale melodyjny post-chamber, po intrygujące eksperymenty, nie bez plam gitarowej psychodelii. Album jest odrobinę nierówny, ale być może dzięki temu jego najlepsze fragmenty definitywnie pozostaną w naszej pamięci.

Pierwsze dwie rozbudowane improwizacje pokazują wyjątkowo szerokie spektrum możliwości brzmieniowych i dramaturgicznych tego tria. Gdy artyści stawiają na moc i determinację, efekt bywa smakowity, gdy szukają oddechu i post-jazzowych grepsów narracja przysiada jak kura na grzędzie. Zdaje się, że ciekawiej bywa tu w najkrótszych, kilkuminutowych epizodach, odpowiednio trzecim i czwartym. Najpierw to dreptający w miejscu, gęsty dron, upstrzony śladami gitarowej psychodelii, potem rodzaj free jazzowej, szorstkiej ballady, która rozbłyska jak piorun na ciemnym niebie. Zaraz po niej trio osiąga lewitujące tempo, a flow zdobi kameralny smutek, szczypta melodii i nie jedyny na tym albumie pokaz wyrafinowanych, saksofonowych preparacji. Album definitywnie największą jakość uzyskuje w finałowej improwizacji. Saksofon charczy teraz jak młot pneumatyczny, a smyczek kontrabasu i gitara frazują wyjątkowo nisko zrywając wielkie płaty mięsa z podłogi. Całość pulsuje złem, lepi się w masywny dron z tajemniczą, elektroakustyczną poświatą.

 

 

 

wtorek, 15 października 2024

Barcelona makes the world go round: Death Posture! AMSIA! General Ludd! The Devil, Probably! Trilla!


Po muzykę powstałą w stolicy Katalonii sięgamy od lat z diabelską przyjemnością. Choć obracamy się na ogół w dość wąskiej grupie artystów, jakości nigdy nie brakuje, a ponadgatunkowy tygiel soczystych emocji jest naszym udziałem na każdym albumie.

Dziś na tapecie pięć nowości z Barcelony – trzy z nich, to dzieła niezmordowanego Discordian Records, w tym dwa pod zacnym kierownictwem artystycznym szefa labelu El Pricto. Dwie kolejne, to albumy wydane poza Półwyspem iberyjskim, ale każdorazowo z udziałem najlepszego na świecie specjalisty w dziedzinie no drumming percussion – Vasco Trilli. 




Luis Erades/ Diego Caicedo/ Seba Ramírez Death Posture (Discordian Records, DL 2024)

Golden Apple, Barcelona, lipiec 2023: Luis Erades – saksofon barytonowy i altowy, Diego Caicedo – gitara elektryczna oraz Seba Ramírez – perkusja. Pięć utworów, 38 minut.

Death Posture, to nowa konfiguracja personalna na scenie BCN – gitarzystę i saksofonistę znamy doskonale, z kolei drummer, to człowiek z dalekiej Ameryki Południowej. Panowie pichcą nam prawdziwie heretycką potrawę. Utwory nieparzyste, to black-punkowy spazm na baryton i mroczną, ale obrośniętą psychodelicznym rockiem gitarę, podsycany prostym, perkusyjnym bitem. Utwory nieparzyste kleją się z preparowanego altu i równie kreatywnej w dekonstrukcji dźwięków gitary, która chętnie ucieka w dubową nieskończoność. Ot, cała Barcelona! Gatunki i stylistyczne konotacje nie mają jakiegokolwiek znaczenia – liczy się to, co ostatecznie trafia do naszych uszu! Doskonały album, którego trzeba słuchać definitywnie głośno!

Pierwsza odsłona ma swój black-punkowy motyw, który na etapie spowolnienia obrasta strugą soczystych improwizacji. Baryton krzyczy, a gitara i perkusja dokonują ostatecznego zniszczenia. Muzycy czerpią tu ze wszystkiego – z mocnego rocka, krwawego free jazzu, czy wreszcie bezgatunkowej magmy godnej Johna Zorna. W drugiej części wchodzą w obszar mrocznych preparacji. Nim pojawi się zalążek rytmu, wszędzie panoszą się plamy post-industrialu i akcenty dubowe, a w tubie saksofonu altowego rodzi się dużo dobrego. W części trzeciej rytualny black-punk powraca ze zdwojoną siłą. Opowieść kipi od emocji, ale nie szczędzi nam pewnej przewrotnej taneczności i post-melodyjności. Free jazzowa puenta tylko dodaje jakości. W czwartej opowieści muzycy strzygą uszami w demonicznym przestrachu. Pulsuje echo, krwawi strużka ambientu. Całość dygocze niczym dogorywający wojak w okopach pierwszej wojny światowej. Końcowa pieśń trzyma się estetyki numerów nieparzystych, ale w fazie początkowej lepi z drobnych, urywanych fraz. Muzycy świetnie na siebie reagują, a flow gęstnieje, choć nie nabiera tempa. Finał tonie w ogniu i cudownym hałasie.




AMSIA Estrategias para el baile (Discordian Records, DL 2024)

Askoitia, od maja 2021 do października 2023. AMSIA – syntezator modularny, gramofony, inne modulatory dźwięków i sampler (pełna lista urządzeń na stronie bandcampowej). Osiem utworów, 53 minuty.

Pod zabawnie brzmiącym tytułem wykonawczym kryje się oczywiście sam El Pricto. Album zbiera jego różne prace powstałe na przestrzeni trzydziestu miesięcy. Muzyk pracuje tu na swoim podstawowym od kilku już lat instrumencie, czyli syntezatorze modularnym, ale jego niepowtarzalne (tu często bardzo subtelne) brzmienie wzbogaca plejadami sampli i innych tajemniczych dźwięków wydobywanych za pomocą akcesoriów, których lista zdaje się nie mieć końca. Album jest oczywiście przepełniony syntetycznymi frazami, ale niepozbawiony także akcentów akustycznych i nade wszystko elektroakustycznych. Intryguje od pierwszej do ostatniej sekundy.

Płyta składa z trzech kilkunastominutowych, epickich dramatów, przebogatych w wydarzenia, nasyconych dużą porcją sampli i fraz nie do końca syntetycznych. Pozostałe utwory trwają 3-5 minut i pięknie uzupełniają tzw. dania główne. Początek wydaje się być elektroakustycznym wielośladem, tkanym z milionów drobnych, rwanych fraz. Niektóre z nich brzmią twardo, niemal kosmicznie, inne są ulotne, niemal metafizyczne. Całość przypomina soundtrack do filmu nierozpoznanego gatunku, ale na pewno trzymającego w napięciu aż po śmierć głównego bohatera. Krótsze epizody także budowane są bogatą paletą short-cuts, często przypominają zabawy z połamanym rytmem (niekiedy z fortepianowej klawiatury), czasami brzmią jak uszkodzony automat perkusyjny. Piąta odsłona mieni się wyjątkowo bogatą feerią barw. Klawiszowe sample, relaksacyjne westchnienia, ale i odpryski dewastowanego rytmu. Część szósta, to frazy cięte wyjątkowo ostrym skalpelem, z kolei w części siódmej słyszymy dźwięki strunowe. Album wieńczy dość ponura, tylko pozornie najspokojniejsza opowieść. Panuje w niej gęsty półmrok, oddycha głębokie echo, a wszędzie snują się mgławice post-ambientu. Całość dogorywa na samym dnie, w mule post-dźwięków.




General Ludd eiπ + 1 = 0 (Discordian Records, DL 2024)

Golden Apple, Barcelona, styczeń 2024: El Pricto – syntezator modularny oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Pięć utworów, 43 minuty.

To drugie ujawnienie duetu Pricto i Trilli. Pierwsze miało miejsce w czasach, gdy szef Discordian Records grał jeszcze na saksofonie, którego posuwiste frazy, na potrzeby tej inicjatywy, przepuszczał przez gitarowe wzmacniacze. Teraz korzysta już wyłącznie z analogowego arsenału syntetyki, ale efekt całości zdaje się być równie demoniczny, jak prawie pięć lat temu. Dobrą robotę dokłada tu perkusista, który kalejdoskop syntetycznych plam oplata świetnie konstruowanym drummingiem.

Pierwsza improwizacja zajmuje tu niemal pół albumu, a wraz z drugą niemal dwie-trzecie. Początek wydaje się być spokojny, wręcz relaksacyjny. Syntetyczne plamy niosą się tu ku górze na szklistym drummingu po talerzach. Artyści biorą się do pracy po czwartej minucie i czynią to w dalece mistrzowskim stylu. Całość nie przestaje być jednak zaskakująco lekka, przypomina taniec plastikowych wampirów. Demiurg dramaturgii Pricto i wszędobylski Vasco nie trwonią tu choćby sekundy. Finalizacja spoczywa na barkach syntezatora i trwa ujmująco długo. Druga opowieść lepi się z drobnych, silnie reaktywnych fraz. Improwizacja efektownie nabiera tempa, po czym rozpływa się w onirycznej plamie samozadowolenia. Trzy ostatnie utwory, to już drobne epizody. Pierwszy z nich otwiera talerzowa feeria barw. Strumienie szmerów płyną tu w intrygującym rytmie. Kolejny epizod jest jeszcze bardziej perkusyjny, a akcje obu artystów doskonale skomunikowane. O szeroką paletę barw dba Pricto, którego kreatywność w obszarze syntezatora modularnego winna budzić respekt. Finał albumu zdaje się być mroczną balladą, pełną pytań, na które nie ma odpowiedzi. To garść ambientowych pulsacji, które na ostatniej prostej rozlewają się dalece szerokim korytem.



 

Shiroishi/ Reviriego/ Trilla The Devil, Probably II (Fort Evil Fruit, Kaseta 2024)

Los Angeles i Barcelona, czas nieznany: Patrick Shiroishi – saksofony, Àlex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Siedem utworów, 41 minut.

To drugie spotkanie tego … transatlantyckiego tria – dźwięki kontrabasu i perkusji powstają w Barcelonie, frazy saksofonowe w Los Angeles. Kameralny post-jazz wikłany jest tu w typowe dla sceny barcelońskiej faktury ponadgatunkowej improwizacji, które intrygująco schładzane są pewnym orientalno-folkowym anturażem. Nagranie śmiało pretendować może do miana … relaksacyjnego, ale jakaż to jest energetyczna relaksacja!

Na starcie Barcelona buduje smyczkiem i talerzami nerwowe post-chamber, Los Angeles ripostuje łagodnym strumieniem saksofonowej nadziei, wszystko zdobiąc swobodną, niewymuszoną wokalizą. W drugiej części pojawia się dalekowschodni zaśpiew fletu, z kolei akcje perkusjonalii i basu zdają się być dalece minimalistyczne. Trzecia część, to garść dość masywnych, jak na estetykę albumu preparacji, nie tylko z tuby dęciaka, ale także gardła. Flow po raz kolejny efektownie pęcznieje, muzycy napinają się niczym cięciwa łuku, a wielominutowa, epicka drama from time to time raczy nas zaskakującymi i urokliwymi dopowiedzeniami. Przez moment wszystkie instrumenty na wyimaginowanej scenie śpiewają. Jazzowa puenta saksofonu stanowi tu dużej klasy dysonans. Czwarta opowieść jest martwą balladą, nasyconą rezonansem talerzy, leniwym pizzicato basu i sopranowymi zaśpiewami po społu z cierpiętniczą wokalizą. W odsłonie piątej saksofon i smyczek rzewnie zawodzą, z kolei perkusjonalia w pozie roztargnienia raczą nas plejadą dzwonkowych detali. W szóstej części powracają echa folkowe, tu mające chyba swój moment kulminacji. Mamy wrażenie, że płyniemy wodami Orinoko przez gęstwiny tropikalnej puszczy. Ceremoniał perkusjonalii, śpiew fletu, lament smyczka. Albumowe resume kreują z kolei kontrabasowy post-barok, roztańczone dzwoneczki i ciepły tembr saksofonu. Wbrew retoryce instrumentacji – wszystko tu do siebie idealnie pasuje.



 

Vasco Trilla The Bell Slept Long In Its Tower (Thanatosis, CD 2024)

V.T headquarters, Barcelona, sierpień 2023: Vasco Trilla - timpani, dzwony, głośniki, werbel, wybrane perkusjonalia. Dziesięć utworów, 41 minut.

Vasco Trilla dostarcza nam solowe albumu każdego roku. Od dwóch edycji czyni w pewnym szwedzkim wydawnictwie, zawsze obleczony czarną okładką z małym, mglistym zdjęciem po środku. Zdaje się, że taka stała się ostatnimi czasy muzyka barcelończyka. Mroczna, niepokojąca, budząca trwogę, daleka od post-perkusyjnego wytłumienia. Na najnowszym albumie Vasco bazuje na rezonansie. W trakcie dziesięciu zwartych opowieści ów rezonans budowany jest odmiennymi metodami, osiąga różny poziom intensywności. Nie przestaje być jednak talerzowym dark ambientem.

Początek jest intensywny, niekiedy nawet masywny. Talerze drżą traktowane zarówno perkusyjnymi pałeczkami, jak i klejone do rozleglej glazury werbla. Całość płynie jednak spokojnym strumieniem, nie brakuje oddechu ciszy i smug delikatnego ambientu. W kolejnych utworach Trilla dokłada nowe elementy – słyszymy efekt szarpania za struny, biją duże i małe dzwony, całość mimo onirycznej aury potrafi nabierać rytmu, pewnej ulotnej dynamiki. Piąta część trwa ponad jedenaście minut i wydaje się tu kulminacją dramaturgiczną. Strumienie rezonansu płyną z wielu stron, generowane kilkoma obiektami. Wszystko drży, niekiedy szeleści, a strumień dźwięków pogłębia się i sięga swojego coraz mroczniejszego spektrum. W kolejnych improwizacjach muzyk dozuje nam poziom hałasu. Niektóre frazy szumią, inne sięgają nieba, niemalże śpiewają, jeszcze inne pulsują na różnych wysokościach, sprawiając incydentalnie wrażenie przednówka harsh-noise. W przedostatniej części muzyk celebruje niemal każdy dźwięk, wynosi go ku górze lub topi w bagiennym mule. Dzwony budują echo, werbel rezonuje. Finałowa pieśń przypomina chór, który w kondukcie pogrzebowym wieńczy dzieło ostatecznego rozpadu improwizacji.

 

 

piątek, 21 lipca 2023

Trinity! Live at Rock Palace!


W królewskim Madrycie, tamtejszym Pałacu Rocka, w marcu ubiegłego roku zebrała się trójka muzykantów – saksofonista Luis Erades, gitarzysta Pablo Rega i perkusista Fernando Lamas. Każdy przybył tu z innej części Hiszpanii, każdy po to, by zagrać ognisty koncert free inspirowany najprzeróżniejszymi gatunkami, nade wszystko zaś wolnym jazzem i jakże swobodnym rockiem. Dokumentacja fonograficzna tamtego spotkania dociera do nas na poręcznym dysku kompaktowym, wydanym w jakże odległym, z perspektywy stolicy największego królestwa Iberii, skromnym, słowiańskim Poznaniu.



 

Z atmosferą koncertu zaprzyjaźniamy się słuchając pomruków barytonu, zgrzytów i hałaśliwych zdobień gitary, wreszcie spokojnego, wyważonego drummingu. Z tego kłębowiska drobnych zdarzeń artyści budują linearną narrację nakierowaną na ekspresję prawdziwie free jazzową. Saksofonista frazuje nad wyraz oryginalnie, w dynamiczną ekspozycję wplata dźwięki preparowane, równie intrygująco brzmi tu gitarzysta, która w jednej pętli narracyjnej zdaje się konsumować wszelkie doświadczenia gatunkowe, wreszcie perkusista, który dba o rytm, pilnuje post-rockowego niemalże szyku pochodu. Już po pięciu minutach muzycy tłumią emocje. Dęciak milknie, gitara szuka ambientu, a werbel i tomy każdej ze swych krawędzi. Powrót saksofonu oznacza tu powolny, ale jakże intensywny potok dźwięków preparowanych ze strony każdego z uczestników spektaklu. Kreują leniwego post-bluesa wystudzonej gitary i nerwowego dęciaka.

Druga improwizacja startuje tu z piskiem opon. Gitarzysta sprzęga na potęgę, saksofonista krzyczy i popiskuje, perkusista uderza gwałtownie w glazurę werbla. Martwa jeszcze dynamika daje tu przestrzeń na kolejne dźwięki z jakże szerokiej palety technik rozszerzonych. Nerwowa perkusja wszakże nie czeka i narzuca stylowe tempo. Rysuje połamany rytm, który sprzyja produkowaniu dźwięków saksofonu i gitary, jakże nieoczywistych w zastanej sytuacji scenicznej. Opowieść robi się gęsta, głośna, czerstwa i dalece rockowa. Po upływie ósmej minuty ów szczebiot emocji gaśnie do poziomu wystudzonych perkusjonalii. Niespokojna cisza, preparowane frazy gitarzysty, być może doposażonego w smyczek. Zaskakujących dźwięków szuka tu także perkusista, a niespokojna, szemrana narracja łyka nowe porcje emocji. Ostateczny sygnał do free jazzowego ataku daje tu wyjątkowo hałaśliwa gitara. Improwizacja wrze!

Trzecią opowieść otwiera perkusista. Kleci dla nas rozbudową i niebanalną ekspozycję solową. Gitara wybudza się spokojnym, jazzowym frazowaniem, z kolei saksofon zuchwale pokrzykuje. Narracja szybko łapie dynamiczny drive, dobrze wsparta na gitarze, która brzmi teraz wyjątkowo basowo. Wszyscy idą tu na szczyt, niesieni post-rytmiczną strukturą narracji, tryskając złymi i dobrymi emocjami jednocześnie.

Czwartą improwizację otwiera dla odmiany gitarzysta. Kreuje minimalistyczny świat dźwiękowych niedopowiedzeń. W tubie saksofonu drobne kłęby dymu, na werblu coś delikatnie trzeszczy. Skromne drony, małe sprzężenia, perkusyjne szczoteczki. Gitara szuka dubowego pogłosu, dęciak cierpi, perkusja drży jak osika. Wszystko zdaje się tu pachnieć pożegnalną balladą. Ale to zasłona dymna! Najpierw samotny saksofon, potem w duecie z perkusją szykują bazę dla finalnej eksplozji. Powrót gitary to prawdziwe trzęsienie ziemi, psychodeliczna burza z piorunami. Rock Palace płonie!

 

Trinity Live at Rock Palace (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, CD 2023). Luis Erades – saksofon altowy i barytonowy, Pablo Rega – gitara elektryczna oraz Fernando Lamas – perkusja. Nagranie koncertowe, Rock Palace, Madryt, marzec 2022. Cztery improwizacje, 43 minuty.

 

*) uwaga, autor recenzji jest współwydawcą tej płyty!



piątek, 16 czerwca 2023

The June’ Round-up: Küchen & Agnel! Dikeman! Erades & Saavedra! Hidden Forces! Hocus! Carvalho & Sanchez! Sierra Madre! Skull Mask! Salis & Sanna!


Czerwcowa zbiorówka świeżych płyt z muzyką improwizowaną (jakże szeroko tu rozumianą) przed nami! Ponownie jedziemy po bandzie! Prawdziwy koktajl Mołotowa – gatunki, style, skrajne emocje, języki całego świata i jeden wspólny mianownik – świetna muzyka!   

Zaczynamy kameralnie po szwedzku i francusku! Potem brytyjska torpeda free jazzu! W dalszej kolejności duży blok albumów iberyjskich i latynoamerykańskich – free jazz, rock, noise, free chamber i post-electro! A na finał psychodeliczna lira korbowa i dzwony sardyńskie! Kilka nazwisk z topu, cała rzesza naszych dobrych znajomych i tradycyjnie garść nowych person do zapamiętania!

So welcome to hell & heaven of improvisation!



 

Martin Küchen & Sophie Agnel  Detour Tunnels of Light (Thanatosis, CD 2023)

Borlunda Church, Eslöv, luty 2022: Martin Küchen: sopranino, instrumenty perkusyjne, elektronika oraz Sophie Agnel – fortepian, obiekty. Cztery improwizacje, 35 minut.

Jak przystało na dobrą zbiorówkę, zaczynamy z wysokiego C! Szwedzki mistrz saksofonu w najlepszej z jego artystycznych edycji (preparowane werblem sopranino) i jedna z bardziej niedocenianych swobodnie improwizujących pianistek naszej części świata zapraszają na spektakl wyjątkowo subtelnych, minimalistycznych, osadzonych blisko ciszy, swobodnych improwizacji, które kochają tzw. techniki rozszerzone, ale nie stronią od zwyczajnej, jakże niepowtarzalnej urody pojedynczego dźwięku.

Ledwie słyszalne ćwierćfrazy z głębokiej klawiatury fortepianu i nanodźwięki z tuby sopranino, w tle szmer perkusjonalii – auta otwarcia mówi nam wiele o tym, co przyniesie album. Strwożony śpiew umierających ptaków. Drobne preparacje, wymiany zdań podrzędnie złożonych – misterna plecionka urokliwych dźwięków w otoczeniu szumiącej ciszy. Druga opowieść zdaje się być jeszcze delikatniejsza. Subtelności inside piano, perkusjonalne zdobienia i saksofon, który odzywa się po długim milczeniu, jak kot, który zdołał przespać cały dzień. Narracja pachnie melodią, przypomina post-klasyczną balladę udręczonych wędrowców. W trzeciej części każdy dźwięk czeka na reakcje interlokutora. Piano rezonuje, saksofon ocieka brudnym, ale ciepłym brzmieniem. Wewnętrzny spokój, narracyjne lenistwo w otoczeniu dźwiękowych perełek z samego dna piana i tuby. Czwarta improwizacja zaskakuje. Pełna jest nerwowego życia, ukradkowych spojrzeń – preparowane frazy, drony, metalowe przedmioty na werblu i zapewne ślad elektroniki. Całość nabiera pewnego cierpiętniczego rytmu, ale niespodziewanie stygnie. Sam finał tej pięknej płyty zdaje się być wyjątkowo smutną piosenką.



 

John Dikeman, Pat Thomas, John Edwards, Steve Noble  Volume 2 (577 Records, CD 2023)

Cafe Oto, Londyn, luty 2019: John Dikeman – saksofon tenorowy, Pat Thomas – fortepian, John Edwards – kontrabas oraz Steve Noble – perkusja. Dwie improwizacje, 43 minuty.

Holenderski Amerykanin i trójka dumnych Synów free jazzowego Albionu w drugiej odsłonie koncertowej petardy, której część pierwsza została na tych łamach skrzętnie odnotowana. Chciałoby się rzec, wzorcowy free jazz w równie wzorcowym kwartecie, ale to nie do końca dobry trop. Pierwszy set przynosi bowiem sporo intrygującego, niemal tanecznego rytmu, drugi zaś (dużo krótszy) całe mnóstwo ponadgatunkowych wycieczek stylistycznych. Czterech mistrzów na scenie Cafe Oto – winniśmy być zatem gotowi na każdą niespodziankę!

Sygnał do free jazzowego ataku daje tu masywne piano, stemplujące szyk otwarcia niemal wyłącznie czarnymi klawiszami. Pozostali wchodzą do gry z pewną nieśmiałością, tańczą wokół własnej osi, ale już po chwili free jazzowy ekspres rusza z kopyta. Pierwsze spowolnienie osadzone jest oczywiście na kontrabasowym smyczku, ale doposażone niemal post-ragtime’owym pasażem piana. Narracja wydaje się tu bardzo figlarna, na pewno niebywale melodyjna i odrobinę swingująca. Dzieli się na podgrupy, daje nam także efektowne solo perkusji. Powrót do formuły kwartowej zdobią cuda na gryfie kontrabsu. Opowieść zyskuje także efektowną rytmikę dzięki niemal rockowemu drive’owi perkusji. Brawurowa narracja jeszcze raz tu hamuje i na moment staje się jazzowym triem bez saksofonu. W drugiej części koncertu, która zdaje się być rozbudowanym encore, muzycy stawiają na skupione preparacje. Dużo tu smyczka, piana w wersji inside, krótkich fraz i posuwistych dronów. Szczególnie urokliwy jest sam finał – mroczny, powolny, budowany z dużym udziałem czarnych klawiszy. Zmysłowe, post-jazzowe chamber. 



 

Luis Erades & Avelino Saavedra  La inmunda vida de San Gulik (Discordian Records, DL 2023)

Önilewaland, Valencia, maj 2022: Luis Erades – saksofon altowy oraz Avelino Saavedra - perkusja, obiekty, megafon. Sześć improwizacji, 28 minut.

Kolejna porcja free jazzowego mięsa płynie do nas z iberyjskiej Walencji. Duet saksofon-perkusja, to wariant, który w gatunku bywa kwintesencją jakości. Tu dodatkowo podszyty kreatywnością obu artystów w zakresie niebanalnych technik rozszerzonych, użycia tzw. obiektów na rozgrzanym werblu oraz … megafonu. Jak to zwykle w Discordian bywa - krótko i bardzo na temat!

Na początek trzęsienie ziemi – pisk altu i punkowa synkopa perkusyjnej nawałnicy. Jak kochać, to królewny, jak kraść to miliony! W drugiej części pojawiają się preparowane dźwięki i foniczne onomatopeje z tajemniczych przedmiotów krążących wokół werbla. Rwane, ale dość ekspresyjne tempo. W kolejnej odsłonie muzycy szukają dna, pięknie rezonują, po czym budują zwarty, masywny, dalece post-industrialny klimat. W czwartej improwizacji powiew luzu i swobody we free jazzowym tańcu. Progresywna perkusja, rozśpiewany alt. Artyści szybują tu wyjątkowo efektownie. W piątej części wracamy do grobu – instrumenty cierpią katusze, muzycy wiercą się na swoich miejscach i rozdrapują stygmaty na ciele. Mrocznie, chwilami intrygująco blisko ciszy, z dziwnym, elektroakustycznym posmakiem. No i finałowa eksplozja! Free noise jazz w tempie karabinu maszynowego. A może tej scenie bliżej do pojedynku rewolwerowców w gorącym słońcu pustyni? Ale emocje! Szybkość, strach i satysfakcja.



 

Raúl Cantizano & Hidden Forces Trio  Raúl Cantizano & Hidden Forces Trio (Sentencia Records, LP/DL 2023).

La Mina, Happy Place i studio domowe, Andaluzja, 2021-22: Raúl Cantizano – gitary, Tavo Domínguez – klarnet basowy, Marco Serrato – bas, Borja Díaz – perkusja oraz goście: Mike Watt, Howie Reeve, Xavier Castroviejo – wokale w pojedynczych utworach, Ricardo Jiménez – gitara w dwóch utworach, Colin Webster – saksofon tenorowy w jednym utworze. Piętnaście części, 39 minut.

Po sporej dawce mięsistego free jazzu czas na równie emocjonalną dawkę free … rocka! Tu w wykonaniu andaluzyjskim, do tego z udziałem intrygujących gości. Z jednej strony inspiracja Captainem Beefheartem, z drugiej amerykańskim hc punk w najlepszym, połamanym rytmicznie wydaniu spod znaku Minutemen/ Firehose. I tu największa sensacja albumu – w drugim utworze śpiewa basista i wokalista Mike Watt, filar obu wskazanych przed momentem bandów. Piętnaście opowieści na temat, dużo rockowej ekspresji, sporo improwizacji na instrumentach dętych i zagadkowa gitara lidera całego przedsięwzięcia, silnie osadzona w rockowej tradycji, ale tajemnicza i zaskakująca swą ponadgatunkowością.

Intro basówki, rockowy, niemal noise’owy drive sekcji, rozkrzyczany klarnet i gitara frazująca z dużą swobodą, z dalece funkowym zacięciem – ta płyta nie mogła zacząć się lepiej! W drugiej opowieści głos Watta nadaje całości sznytu historycznego, na trwale wpisując w narrację tradycję Minutemena. W części czwartej znów podoba nam się klarnet basowy, dzięki czemu flow nabiera post-jazzowego charakteru. Na albumie nie brakuje także spokojniejszych momentów, niemal balladowych, okraszonych ciepłym klarnetem, głosami kolejnych wokalistów, a także na poły zrelaksowaną gitarą. Na albumie dominują jednak wyraziste stemple hc punk, grane na dużej swobodzie, jednakże z dyscypliną godną gatunku bazowego. W trzynastym utworze spore zaskoczenie – pojawia się tenor Colina Webstera, któremu towarzyszy kontrabas i gitara, która szuka akcji w estetyce post-flamenco. Z kolei w ostatniej części do klarnetu i kontrabasu podłącza się piano. Gdy do gry wejdzie perkusja, całość nabiera dynamiki i zdecydowanie free jazzowych rumieńców.



 

Hocus  Noise Complaint (Bandcamp’ self-released, DL 2023)

Czas i miejsce nieznane: João Almeida – trąbka, elektronika. Pięć utworów, 18 minut.

Portugalski trębacz jakże młodego pokolenia gości na naszych łamach często. Dał się już poznać jako wytrwany improwizator, tudzież kreatywny element kilku free jazzowych układanek, wreszcie udanie zagościł na jednej płycie pewnej krajowej, iberyjskiej serii. Muzyk z Lizbony ma także ogromne zacięcie do eksperymentowania z brzmieniem, sięgania po elektroniczne narzędzia tortur. Innym słowy, lubi hałas, czego daje dobitny przykład na najnowszym solowym mini-albumie.

Nagranie trwa niespełna 20 minut, ale dla wielu może być przeżyciem definitywnie śmiertelnym. Almeida prezentuje tu pięć miniatur, z których każda jest elektroniczną pętlą zbudowaną z przetworzonego syntetycznie krzyku blaszaka. Pierwszy loop przypomina uderzenia biczem wodnym, drugi zdaje się być odgłosem wilgotnego powietrza, które z kosmiczną prędkością opada na parapet. Trzeci, to pracujący na wysokich obrotach świder, który bezskutecznie wierci dziurę w grubym kawałku metalu. Czwarta odsłona przypomina zmutowane, post-atomowe bębnienie, z kolei lapsus finałowy daje namiastkę życia – rozśpiewana syrena alarmowa, która wpada w śmiertelny taniec. Hałaśliwa Skarga, to wyzwanie dla naprawdę zaprawionych noise’ pogromców!



 

Mariana Carvalho & Paula Sanchez  Rasgo (Neue Numeral, DL 2023)

Bazylea, Szwajcaria, wrzesień 2019: Paula Sanchez – wiolonczela oraz Mariana Carvalho – fortepian. Osiem improwizacji, 28 minut.

Skupiona, czuła na niuanse brzmieniowe, swobodnie improwizowana podróż pełna preparowanych, niekiedy bolesnych dźwięków wiolonczeli i fortepianu, który dostarcza równie urokliwe frazy z dna pudła rezonansowego, jak i delikatnej, ale często czarnej klawiatury. Panie prowadzą narracje w skończonej liczbie przypadków dalece minimalistycznymi metodami, by w szóstej odsłonie dać upust emocjom i stworzyć albumowy crème de la crème.

Pierwsze dźwięki wydają się być skutkiem dociskania strun na gryfie wiolonczeli i pojedynczych uderzeń w fortepianowe struny. W drugiej części artystki celebrują otwieranie głębokiej krypty. Budują opowieść niemal separatywnymi dźwiękami, zadając sobie pytania i uzyskując odpowiedzi. W dwóch kolejnych improwizacjach słyszymy ruch, przesuwanie przedmiotów i poszukiwanie dźwiękowych drobin wystudzonym smyczkiem. Prace ręczne wewnątrz piana i delikatne półśpiewy strunowca. Mechanika tarcia, cierpienie materii. Raz kameralny suspens, innym razem brud i znój procesu twórczego. W piątej części usłyszeć można znamiona działań bardziej dynamicznych, ale metody pracy artystek nie ulegają zasadniczym zmianom. W nerwowej aurze spokoju docieramy do szóstej improwizacji. Smyczek porusza się w martwym trybie, ale odnajduje strzępy dźwięków, piano podrzuca matowe frazy z mroczniejszej części klawiatury. Emocje wszakże rosną, Panie zagęszczają ścieg i sycą improwizację wyjątkowo urokliwymi spiętrzeniami. W końcowych dwóch improwizacjach duch kreatywnego minimalizmu powraca. Znów mikro frazy inside piano i post-melodyjne zgrzyty na gryfie cello. W części finałowej pojawia się rytm wybijany przez klawisze i bogacony skrzeczącymi post-dźwiękami ugniatanych strun wiolonczeli. Coś przypomina tu także ludzki głos. Narracja szyta wedle metody call & responce osiąga piękny finał w boleści i utrudzeniu.



 

Sierra Madre  Sierra Madre (Neue Numeral, DL 2023)

Studia domowe muzyków, Montevideo, Urugwaj, 2021: Guzmán Calzada oraz Sofía Scheps – wszystkie dźwięki. Dziewięć utworów, 38 minut.

Pozostajemy pośród artystów z Ameryki Południowej i sięgamy po album kreatywnego … post-electro. Frazy improwizowane w stadium szczątkowym, ale za to wiele pasji, dramaturgicznej maestrii i naprawdę udanych dźwięków. Początek albumu zdaje się mylić tropy, sięga po formę piosenki, bystrze łączy melodyjne, akustyczne frazy z odrobiną elektronicznego fermentu. W drugiej części nagrania robi się wszakże coraz ciekawej, a konotacje z post-rytmiczną, niemiecką elektroniką końca ubiegłego wieku, a nawet minimalistycznym krautrockiem wydają się być coraz bardziej zasadne.

Do niemałego pakietu atrybutów jakości albumu z Urugwaju dodać winniśmy jeszcze umiejętność budowania delikatnych, niemal filigranowych opowieści, pełnych narracyjnych subtelności i dźwięków lekkich, jak puch. Pierwsze trzy utwory dostarczają piosenkowych, bogaconych kobiecym głosem narracji, które zgrabnie łączą wątki akustyczne i elektroniczne, na ogół perkusjonalne zdobienia. Począwszy od części czwartej narracja z minuty na minutę staje się najpierw post-piosenkowa, potem już definitywnie buja w obłokach subtelnego post-electro. Otwarcie części piątej budują rytmicznie uformowane szumy i analogowe szmery, które przenoszą nasze skojarzenia ku muzyce wskazanej w poprzednim akapicie. Narracja skrzy się urokliwą analogowością, zaczyna ukrywać dotychczasową melodykę w wielowarstwowej, post-rytmicznej strukturze. Finałowa meta ballada snuje się owiniętą wokół leniwego beatu i blasku zachodzącej za horyzont, delikatnie frazującej gitary.




Skull Mask  Iká (Skull Mask, kaseta/DL 2023)

Café Oto, Londyn (pierwsza część), Supernormal Festival (druga część), sierpień 2022: Miguel Pérez – gitara oraz Gosha Hniu – lira korbowa. Dwie improwizacje, 41 minut.

Kolejna ponadgatunkowa opowieść, tu w pełni improwizowana, powstała w Londynie i okolicach, ale stworzona została przez artystów świata (związanych choćby z formacją Staraya Derevnya). Łączy gitarę elektryczną z lirą korbową, a od pierwszej do ostatniej sekundy przesiąknięta jest post-psychodelicznymi emocjami i dostarcza mnóstwo przyjemności z odsłuchu, będących między innymi skutkiem fantastycznego budowania dramaturgii. Dwa oddzielne sety, dwie okoliczności koncertowe, dwie strony kasety. Nic, tylko się zasłuchać!

Pierwszy koncert zaczyna się w mgle delikatnego pogłosu. Gitara frazuje leniwie, lira wydaje się rozmarzona, trochę śpiewa, trochę buduje ambientowy background. Narracja dość szybko nabiera tu gęstości i intensywności, ale nie toczy się wedle linearnego scenariusza. Muzycy dozują nam poziom obu charakterystyk. Improwizacja nasiąka też od pewnego momentu dalekowschodnim, zdrowym, jakże kwaśnym zapachem. Każdy z muzyków często zmienia tu sposoby artykulacji, skala pomysłów zdaje się nie mieć granic. Zakończenie jest wyjątkowo delikatne, rozpływa się w psychodelicznym ambiencie. Brzmienie drugiego koncertu jest bardziej zwarte, mniej selektywne, pachnie za to upalonym rockiem. Lira dość szybko zaczyna tu krzyczeć niesiona siłą pogłosu, gitara z miejsca smaży post-bluesowe pętle. Gęsta, oleista ciecz znów nie leje się w pełni linearnym strumieniem, a dramaturgiczne skoki w bok tylko bogacą przekaz całości. Z czasem improwizacja brzmi niczym hinduska raga odpalona na londyńskim bruku. Transowy finał nie stroni od odrobiny hałasu, jakby lira dostała się w pole działania amplifikatora.




Giacomo Salis & Paolo Sanna  Acoustic Studies For Sardinian Bells (Falt Records, Kaseta/DL 2023)

Czas i miejsce (Sardynia?) nieznane: Giacomo Salis oraz Paolo Sanna – sardyńskie dzwony. Cztery improwizacje, 25 minut.

Dokonania włoskiego duetu perkusjonalistów śledzimy w zasadzie na bieżąco. Muzycy specjalizują się w preparowaniu dźwięków przeróżnych akcesoriów perkusyjnych, często korzystają też ze wsparcia minimalistycznie traktowanej elektroniki. Na nowym albumie definitywnie nas jednak zaskoczyli użytym w improwizacji instrumentarium. Tym razem są to bowiem sardyńskie dzwony. Ich brzmienie jest delikatne i niezbyt głośne, taka też jest czteroczęściowa opowieść Włochów.

W pierwszej improwizacji sardyńskie dzwony zostały chyba wystawione na silny, śródziemnomorski wiatr. Każdy dźwięk jest tu rozkołysany, co jest efektem wprawiania w ruch dzwonów, być może także umieszczania w nich samych dodatkowych przedmiotów. W drugiej części artyści zdają się pracować bliżej obiektów ich zainteresowania. Jakby wchodzili w pierwszą fazę preparowania dźwięków. Ich narracja zdaje się mieć rytm, który przypomina wahadło, frazy są systematycznie powtarzane, a wokół nich tli się filigranowa chmura rezonansu. W trzeciej, najkrótszej części muzycy pracują już w oparach ciszy. Drobne uderzenia, delikatne dotknięcia. W finałowej, najdłuższej improwizacji dramaturgia jest zdecydowanie bardziej rozbudowana. Najpierw mamy rezonans na dwa głosy, potem skupioną symfonię chrobotania i tarcia. Owa misterna mantra na koniec podkreślona zostaje podwójnym, prawdziwie perkusyjnym beatem.



 

sobota, 3 czerwca 2023

Lusco-fusco i Trinity - nowości iberyjskiej serii Multikulti Project i Trybuny Muzyki Spontanicznej


(informacja prasowa)

 

Seria wydawnicza Multikulti Project i Trybuny Muzyki Spontanicznej, dedykowana muzyce swobodnie improwizowanej z Półwyspu Iberyjskiego, wchodzi w siódmy rok życia z artystycznym przytupem. Z numerami katalogowymi 029 i 030 dostarcza dwa dyski – jeden z Lizbony, drugi z Barcelony - przepełnione improwizacjami na styku wielu gatunków, zrealizowanymi przez siódemkę artystów, z których każdy ma swój indywidualny i jakże zróżnicowany (także pokoleniowo) dorobek artystyczny, ale też każdy z nich w cyklu „Spontaneous Music Tribune Series” debiutuje!



 

Najpierw przyjrzyjmy się kwartetowi ze stolicy Portugalii, nazwanemu od tytułu swojej debiutanckiej płyty „Lusco-fusco” czyli „Zmierzch”. Tworzą go dwaj weterani muzyki free jazz/ free impro z Lizbony – gitarzysta Jorge Nuno i kontrabasista Hernâni Faustino oraz dwójka prawdziwych, gorących od emocji młokosów - saksofonista Guilherme Rodrigues (niespokrewniony z wiolonczelistą o takim samym imieniu i nazwisku) oraz perkusista Felice Furioso. Improwizacja tej czwórki zdaje się być wyjątkowo skupiona, precyzyjna, a jednocześnie pełna mrocznych emocji, niekiedy dość dalekich od jazzowych fraz. Ciekawie rezonuje tu tembr post-psychodelicznej gitary elektrycznej, frazującej w otoczeniu wyłącznie akustycznych instrumentów. W słynnym lizbońskim studiu Namouche muzykom udało się uzyskać wyjątkowo specyficzne brzmienie, będące także skutkiem faktu, iż kilka dni przed planową sesją nagraniową studio zostało zalane w skutek powodzi. W trakcie nagrania dominowała wilgoć, tajemnicze, intensywne zapachy i specyficzny swąd studyjnego oprzyrządowania.

Jorge’a Nuno znamy z wielu intrygujących bandów portugalskich, grających na skrzyżowaniu muzyki improwizowanej, jazzu i rocka psychodelicznego, takich jak: Signs of the Silhouette, Uivo Zebra (dwa albumy wydane w Bocian Records!), Anthropic Neglect, No Nation Trio czy Voltaic Trio. W bieżącym roku Nuno zadebiutował także z triem Sameer, gdzie towarzyszy mu brazylijski basista Felipe Zenicola i młody perkusista …. Felice Furioso. Dla tego ostatniego „Lusco-fusco”, to jedna z nielicznych płyt w artystycznym dorobku. Z kolei dla Guilherme Rodriguesa, rzeczony album, to fonograficzny debiut. Najbardziej zaś znanym muzykiem kwartetu jest oczywiście kontrabasista Hernâni Faustino, ojciec założyciel i stały członek słynnego RED Trio, bodaj najbardziej rozchwytywany muzyk w stolicy Portugalii i sporej części południowej Europy.

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/lusco-fusco

 



Drugi z nowych albumów spontanicznej serii iberyjskiej „Live at Rock Palace” firmuje ekspresyjne trio Trinity związane z kreatywną sceną Barcelony (samo nagranie powstało w Madrycie). Tu także tworzą go muzycy z różnych pokoleń. Młody saksofonista, gitarzysta z dużym dorobkiem, prawdziwa szara eminencja alternatywnej muzyki hiszpańskiej, wreszcie perkusista, muzyk średniego pokolenia ze stosunkowo skromnym portfolio na niwie muzyki improwizowanej, kojarzony częściej ze sceną rockową. W wypadku Trinity sylwetki artystów przybliży nam Maciej Lewenstein, który napisał wyjątkowo zgrabne liner notes.

Luis Erades to jeden z najbardziej nowatorskich saksofonistów na Półwyspie Iberyjskim, bardzo aktywny na barcelońskiej scenie. Sam spotkałem go po raz pierwszy na koncercie cyklu „Nocturna Discordia”, który organizuje Discordian Records i El Pricto, co tydzień od 2014 roku w klubie Soda Acùstic. Luis grał wtedy z super kwintetem - Pol Padrós na trąbce, Javo Garabella na gitarze basowej, Joni Sigil na perkusji i Diego Caicedo na gitarze. Discordian wydał w 2021 roku piękny album z tym nagraniem, łączący free jazz i free punk, ze szczególnie godnymi uwagi liniami gitary elektrycznej Diego i zapierającymi dech w piersiach liniami altowymi Luisa. Niesamowicie świeża i innowacyjna muzyka!

Ten album prezentuje Trinity, majestatyczne trio w składzie Luis Erades na alcie i barytonie, Pablo Rega na gitarze elektrycznej i Fernando Lamas na perkusji. Luis, Pablo i Fernando wznoszą swoją sztukę na nowy poziom artystyczny. Luis prezentuje tu wyjątkowo nowatorskie podejście do gry na saksofonie – tworzy imponujące efekty sonorystyczne i całe mnóstwo tzw. „fałszywych dźwięków”. Można go porównywać tylko z najlepszymi z najlepszych w tej konkurencji: Donem Malfonem, Torbenem Snekkestadem, Albertem Cirera, by wymienić tylko kilku. Pablo tworzy nowatorskie brzmienia gitarowe w tradycji Dereka Baileya i Johna Russella, przypominające jednak także Joe Morrisa i niesamowitą gitarę z Półwyspu Iberyjskiego - Ferrana Fagesa, Diego Caicedo, Luisa Lopesa, Marcelo dos Reisa, czy Abdula Moimême. Dla mnie prawdziwym odkryciem płyty jest Fernando Lamas, mistrz synergii. Trio gra cztery niezwykle ekspresyjne utwory, poczynając od 10-minutowej improwizacji otwarcia, zagranej na barytonie, która doskonale ilustruje koncepcje tria, przywołując skojarzenia z innymi bandami Barcelony – takimi, jak Phicus, Hung Mung, a przede wszystkim Tälveg. Drugi utwór dryfuje bardziej w kierunku free post punka, podczas, gdy kolejny brzmi bardziej jak free jazzowa ballada. „Ode To Marjorie Cameron” kończy tę naprawdę znakomitą płytę, nagraną rzeczywiście w „Rock Palace” w Madrycie.

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/live-at-rock-palace

 

 

 

wtorek, 4 stycznia 2022

Amado! Lencastre! Transition Zone! Cirera! Erades! Neverending Sextet! Zabelka! Mirror Unit! The January Round-up as a good begining!


Stary, zatęchły rok 2021 upuścił ten ziemski padół ledwie kilka dni temu, zatem jego muzyczne echa będą nam jeszcze towarzyszyć przez wiele kolejnych tygodni. Jak zwykle garść płyt spóźni się na nasz recenzencki schedule wydawniczy, kilka innych albumów zginie w potoku świeżynek roku jak najbardziej nowego. Ale pisać trzeba, bo skoro grają, a niektórzy także kupują …

Ów stary rok zakończyliśmy zdecydowanie po portugalsku, zatem nic nie stoi na przeszkodzie, by w podobnych klimatach przestrzennych rozpocząć nowe dwanaście miesięcy! Zaczniemy z wysokiego C, dalece … norweskim kwartetem Rodrigo Amado, potem czeka na nas iberyjski oktet João Lencastre’a i trio z udziałem kolejnych dwóch Portugalczyków, wsparte na silnym wiośle amerykańskim. Po portugalskiej części, przyjdzie czas na urywek kataloński i dwie całkiem nowe, bystre improwizacje, z których pierwsza powstała … w Portugalii. Po tych szaleństwach definitywnie opuścimy już Iberię i polecimy do Skandynawii, potem do Wiednia (ale z kanadyjskim międzylądowaniem), a naszą dzisiejszą marszrutę zakończymy w braterskich Niemczech! W ujęciu gatunkowym zaczniemy od ognia free jazzu, potem będziemy zmieniać stylistyki jak rękawiczki, a ów trip sfinalizujemy bystrą sonorystyką na dwa saksofony altowe. Welcome!

 


Rodrigo Amado Northern Liberties  We Are Electric (Not Two Records, 2021)

Pierwszą zbiorówkę recenzji w 2022 roku nie sposób nie zacząć w pięknej Lizbonie! Lato roku 2017, ważne miejsce na kulturalnej mapie miasta, czyli Ze dos Bois i kwartet muzyków: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Thomas Johansson – trąbka, Jon Rune Strøm – kontrabas oraz Gard Nilssen – perkusja. Panowie mają dla nas przygotowane cztery soczyste, free jazzowe improwizacje, które trwają łącznie niespełna 48 minut.

Muzycy zaczynają swój występ na raz - z piękną, szorstką, post-colemanowską melodyką, z posadowionymi na flankach dęciakami w stanie permanentnej wymiany poglądów i dziarską sekcją rytmu, która od startu szyje bardzo gęstym ściegiem. Tempo, emocje, niestygnący zew krwi toczą narrację, która błyskotliwie dzieli się na fazy ekscesów solowych, prowadzonych zawsze z akompaniamentem pozostałych uczestników eskapady. Zaczyna trąbka na niezłej dynamice, potem tenor na delikatnym spowolnieniu, wreszcie kontrabasowy smyczek. Potem znów trąbka, i znów ognisty tenor, wreszcie kontrabas w trybie pizzicato. A ostatnie dźwięki pierwszej, najdłuższej części, to zmysłowy duet trąbki i saksofonu. Druga opowieść zaczyna się niemal kameralnie - smyczkiem i perkusyjnymi szczoteczkami. Piękna, rozhuśtana ballada łapie oczywiście bakcyla dynamiki, ale tym razem podkręcanie tempa nie wydaje się być naczelnym celem muzyków. Finałowe depnięcie całego kwartetu ma wszakże moc artyleryjskiego wystrzału!

Trzecia historia rodzi się w klimatach niemal cool jazzowych, w tle pracują smyczek i perkusyjne talerze. Muzycy biorą się za bardziej energiczne działania dopiero po upływie pięciu minut. Tym razem płyną bystrym, marszowym krokiem z posmakiem bluesa. Kolejne świetne ekspozycje solowe ze strony dętych wynoszą wskaźniki jakości całego przedsięwzięcia na niebotyczny poziom. A samych muzyków znów jednoczy tempo, bowiem w galopie Północni Wyzwoliciele realizują się najpełniej. Czwartą improwizację otwiera samotny smyczek. Reszta łapie się na akcję po kilkudziesięciu sekundach. Rozśpiewani, wręcz rozwrzeszczani gnają po swoje, aż ciepła krew leje się ze ścian, a ogień emocji wrze! Doskonałe nagranie!

 


João Lencastre's Communion  Unlimited Dreams (Clean Feed Records, 2021)

Jazzowa Wspólnota perkusisty i kompozytora João Lencastre’a przybiera różne formy, na ogół są to mniejsze składy, ale na najnowszej płycie rozrasta się aż do rozmiarów oktetu! Poza bezdyskusyjnym liderem w jego składzie pomieścili się następujący muzycy: Albert Cirera – saksofon sopranowy i tenorowy, Ricardo Toscano – saksofon altowy, Benny Lackner - piano i elektronika, André Fernandes oraz Pedro Branco – gitary elektryczne, João Hasselberg – bas elektryczny i elektronika oraz Nelson Cascais – kontrabas. Nagrania powstały w maju ubiegłego roku, w miejscu zwanym Estúdios Atlântico Blue. Sześć kompozycji trwa 39 minut z sekundami.

Słowo się rzekło, skoro jazzowe kompozycje, to i narracja Nielimitowanych Snów kreślona jest wedle dość precyzyjnego scenariusza – są zatem zwarte i dobrze skrojone tematy, ale też duża przestrzeń dla improwizacji, częściej kolektywnych niż solowych. Sporo ciekawego dzieje się niemal w każdym utworze na etapie introdukcji, które są swobodne, rozimprowizowane i stylowe. Zresztą w wielu momentach oktet Lencastre’a pokazuje, iż całkiem dobrze radziłby sobie bez kompozycyjnych ram.

Otwarcie płyty klei się z niemal kameralnych fraz, a narracja budowana jest z pewnym suspensem, podkreślanym łagodnym posmakiem elektroniki. Saksofony prychają, gitary skrycie się uśmiechają, a gdy do gry wejdzie rozbudowana sekcja rytmu (z podwójnym basowym oprzyrządowaniem), opowieść zdecydowanie brnie już do przodu, pełna atrybutów bystrego fussion jazzu. Druga historia zdaje się być szczególnie udana. Taneczny i rozśpiewany temat szybko ucieka w swobodne, kolektywne, ale kontrolowane improwizacje. Rytm, dynamika i spore pokłady ekspresji decydują tu o jakości kompozycji. Jeśli trzecia opowieść początkowo zbyt chyli się ku balladzie, to w dalszej części elektryczna moc oktetu pcha ją w ramiona niemal psychodelicznego post-fussion. Dużo dobrego idzie tu z klawiatury piana, a całość zdobi saksofonowe solo. W kolejnej części do zestawu sił i środków już zastosowanych dodać możemy kameralny smyczek i całkiem rockowe emocje na ostatniej prostej. Z kolei piąta odsłona ścieli się mocno jazzowymi frazami, ale połamana rytmika i rosnące z każdą peltą emocje wynoszą artystów niemal na free jazzowy szczyt. Końcowa kompozycja nie stroni od łagodnych fraz piana, zdaje się być wyjątkowo precyzyjnie zaplanowana, zdobią ją zaś niemal symultanicznie prowadzone improwizacje obu gitar.

 


Fred Lonberg-Holm/ Abdul Moimeme/ Carlos Santos  Transition Zone (Creative Sources, CD 2021)

Jazzowe, tudzież free jazzowe emocje porzucamy na dłuższą chwilę. Przed nami swobodnie improwizujące trio: Fred Lonberg-Holm – wiolonczela i elektronika, Abdul Moimême – dwie gitary elektryczne (grające symultanicznie!) i obiekty oraz Carlos Santos – komputer, syntezator. Jesteśmy w Lizbonie, w studiach Naumoche, jest początek maja roku 2018. Pięć improwizacji, ponad 72 minuty.

Amerykanin i dwóch Portugalczyków zapraszają nas na kosztowanie gęstej potrawy, budowanej na ostrych relacjach, w jakie wchodzą dźwięki żywej wiolonczeli, dwóch gitar, które tylko incydentalnie brzmią jak gitary i aktywnej, chwilami odrobinę inwazyjnej elektroniki. Spektakl tej trójki bardzo często przeradza się w zmysłową paradę fake sounds, w trakcie której jedynie niektóre dźwięki możemy z dużym prawdopodobieństwem przypisać wiolonczeli. Reszta jest tu zagadką, dodajmy na ogół niezwykle intrygującą.

Od startu muzycy kreślą obszar estetyczny, jakie pozostanie w ich zainteresowaniu przez całą sesję nagraniową. Budują czerstwą, dalece post-industrialną magmę dźwięków, która raz za razem zaskakuje, a za każdą pętlą narracyjną zdaje się czaić nowy pomysł. Opowieść incydentalnie przyobleka szaty post-chamber, zanurzone wszakże w bezmiarze nieschematycznej elektroniki, czy przestrzeniach dalece post-akustycznych. Jądrem prawdziwej tajemnicy są tu gitary, które potrafią budować niebywałe tło, pełne ambientu, metalicznego frazowania i tysiąca zagadek. Opowieść często przypomina najlepsze fragmenty starych nagrań AMM, tych z przełomu lat 60. i 70. ubiegłego stulecia. Takie skojarzenia szczególnie towarzyszą nam w trakcie drugiej i czwartej części. Z kolei zakończenie drugiej, to mały spektakl post-kameralnych jęków, które generowane są zapewne głównie przez wiolonczelę. Trzecia opowieść wystawia tenże instrument na atak syntetycznych dźwięków z wielu źródeł. Narracja wydaje się być bardzo nerwowa, pełna preparowanych fraz, ma wszakże swoją bystrą dynamikę, którą kreśli także gitara, brzmiąca tu przez moment niemal folk-rockowo. Szczególnie udana wydaje się być ostatnia improwizacja. Zaczyna ją krótkimi, zabrudzonymi frazami cello. Gitara buduje tu zmysłowe, dubowe echo, a sama elektronika oddycha wyjątkowo delikatnie. Z czasem ta ostatnia bierze na swoje barki kształtowanie meta rytmiki, dzięki czemu gitary i cello paść mogą sobie w objęcia i płynąć w kompulsywnym tańcu dzikiej swobody. Narracja skąpana w post-industrialnej poświacie na sam koniec zdaje się powracać do dziewiczych, niemal akustycznych fraz, głęboko oddychać i szukać ukojenia w bardziej kameralnych splotach dźwiękowych.

 


Albert Cirera & MuMu  Âmago (bandcamp’ self-released, DL/CD 2021)

Wbrew tytułowi wykonawczemu, zapraszamy na odsłuch solowej płyty katalońskiego saksofonisty! W ramach narzędzi pracy dwa saksofony – sopranowy i tenorowy oraz tzw. działania post-produkcyjne, które Albert Cirera określa mianem kompozycji MuMu. Nagrania powstały w Igreja do Espírito Santo, Caldas da Rainha, w trakcie dwóch majowych dni ubiegłego roku. Dziewięć utworów trwa niespełna 35 minut.

Wydana cztery lata temu płyta Lisboa’ Works, wyniosła Alberta Cirerę do rangi jednego z najważniejszych współczesnych eksperymentatorów w zakresie preparowania saksofonu. Muzyk postawił poprzeczkę niebywale wysoko i po prawdzie przez miniony okres nikt, nawet sam Katalończyk, do tego typu narracji w ujęciu solowym nawet się nie zbliżył. Dziś powraca on do formuły samotnej improwizacji, ale odnajduje siebie i swoją kreatywność w ogromnym oddaleniu od ówczesnych, lizbońskich eksperymentów. Zdaje się, że nade wszystko stawia na prostotę swojego improwizowanego przekazu, pokazując, iż etykieta wielkiego emancypatora saksofonowych dekonstrukcji nie powinna być mu przypisana na stałe.

Nagranie Âmago składa się z dwóch części. Cztery utwory (dwa pierwsze i dwa ostatnie), to rozbudowane improwizacje, których dźwiękowa dokumentacja dociera do nas w stanie nienaruszonym pod względem akustycznym. Pozostałe pięć utworów, to enigmatyczne, na ogół nie dłuższe niż minuta, przetworzenia dźwięków nagranych wcześniej. W tej pierwszej, zasadniczej grupie improwizacji Cirera korzysta na ogół z saksofonu sopranowego i kreśli zmysłowe, definitywnie cyrkulacyjne przebiegi, którym niezwykle blisko do dokonań mistrza w tej materii, czyli Evana Parkera. Pierwsza z nich, po szumiącym wstępie, ucieka w meta rytmiczną, swobodną narrację. Improwizacja płynie do nas szerokim strumieniem, od czasu do czasu stać ją wszakże na chwilę bystrej zadumy lub radosne tańce wokół własnej osi. Druga część brzmi delikatniej, prowadzona jest jednak na dużej dynamice, z niemal folkowym zaśpiewem. W połowie flow intrygująco gaśnie, dźwięki zdają się tonąć w mroku, ale po chwili następuje efektowny restart. Przedostatnia improwizacja początkowo szuka echa, repetuje, by po kilku nawrotach wpaść w cyrkulacyjny wir i mknąć w nieznane, znów z delikatnym, folkowym posmakiem. Finałowa część płyty skupia się na drobnych, cichych, preparowanych dźwiękach. Wiele wskakuje na to, iż to improwizacja grana na saksofonie tenorowym. Narracja wpada po pewnym czasie w sidła ekspresji, skacze ku górze, wiruje, czyniąc ów moment bodaj najlepszym momentem całego nagrania.

Pięć środkowych, post-produkcyjnych prac zwanych kompozycjami MuMu, to m.in. poszukiwania elektroakustycznej poświaty dla dronowych plam dźwiękowych, ale nade wszystko niebanalna zabawa w saksofonową polifonię. Muzyk nakłada na siebie warstwy narracji i buduje całkiem efektowne piramidy. Najciekawsza brzmieniowo wydaje się być część piąta, w której Cirera dekonstruuje frazy saksofonu tenorowego.

 


Luis Erades/ Pol Padrós/ Diego Caicedo/ Javi Garrabella/ Joni Sigil  Nocturna Discordia #265 (Discordian Records, DL 2021)

Teraz już zdecydowanie lądujemy w Barcelonie! Koncertowa seria Nocturna Discordia w klubie Soda Acústic i ubiegłoroczny, późnopaździernikowy wieczór. Na scenie piątka artystów: Luis Erades – saksofon altowy i barytonowy, Pol Padrós – trąbka, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Javi Garrabella – bas elektryczny oraz Joni Sigil – instrumenty perkusyjne. Sześć niepredefiniowanych improwizacji trwa prawie 42 minuty.

Na małej scenie klubowej odnajdujemy niemal samych znajomych, za wyjątkiem saksofonisty, który stanowi dla nas pewną zagadkę. Scena barcelońskiej free impro nie jest zbyt rozległa, ale i tak domniemujemy, iż w tym zestawie personalnym muzycy grają ze sobą po raz pierwszy. Sama idea tej konfiguracji zdaje się być bardziej niż intrygująca. Dwa dęciaki sugerują kierunek free jazzowy, gitara i bas z prądem mogą tu zarówno szukać jazz-rockowych koncepcji, jak i pójść w ciemny zaułek świata i hałasować. Ale na to wszystko nakłada się zestaw instrumentów perkusyjnych i bystra myśl, by smugami preparowanych fraz na talerzach i cierpkim werblu budować zmysłowy no drumming percussion i powodować, iż cała kwintetowa ekspozycja unikać będzie rytmicznych uproszczeń, raczej cedzić dźwięki w stanie stand by, tudzież uroczo broczyć po kolana w chwilami gęstej, niemal post-industrialnej magmie swobodnej improwizacji! I tak właśnie dzieje się przez owe niepełne trzy kwadranse!

Początek koncertu to gra na małe pola, urywane, rozpoznawcze frazy ze strony niemal każdego muzyka. Niemal, bo gitarzysta na dobre włącza się do gry dopiero po pewnym czasie i ciągnie kwintet w otchłań odrobinę hałaśliwych fraz. Niedźwiedzie free chamber (ach ten baryton!) nabiera tu po raz pierwszy cech dźwięków post-przemysłowych. Tempo stabilne, by nie rzec wolne, daje okazję do celebrowania prawie każdej frazy, a szczególnie efektów jak zwykle doskonałej roboty gitarzysty. Ten ostatni ma tu swoje kilka chwil, ale warto też odnotować zmysłowy duet saksofonu i trąbki. Druga część rodzi się na gryfie gitary i perkusyjnych talerzach, przesycona zaś jest sonorystycznymi wycieczkami obu instrumentów dętych. Z kolei trzecia historia (prawie kwadrans!) zdaje się zawierać wiele dysonujących ze sobą fragmentów. Szuka dynamiki, ale – jak wiemy ze wstępu – raczej bezskutecznie, intrygująco się pętli, często rezonuje całym zestawem instrumentalnym, a każdy z artystów ma kilka chwil niemal wyłącznie dla siebie. Kończy się zaś w oparach zmysłowego, jakże mrocznego ambientu. Czwarta improwizacja, to mniej niż trzy minuty skoncentrowane wokół perkusjonalii i wnętrza gitary, która frazuje dalece zaskakującymi dźwiękami. No i jeszcze parę preparowanych, dętych zdobień w ramach wisienki na torcie. Wreszcie finałowa, prawie dziesięciominutowa narracja. Wlecze się jak żółw po pustyni, cedzi frazy, narasta z woli saksofonu i gaśnie wobec braku reakcji pozostałej części załogi. Na zakończenie muzycy uroczo lamentują i gaszą płomień narracji, pozostając w mentalnej symbiozie.

 


Joel and the Neverending Sextet  Pouring Textures (Motvind Records, LP 2021)

Czas na obiecaną Skandynawię! Sekstet pod wodzą tytularną i kompozytorską szwedzkiego wiolonczelisty Joela Ringa zwie się Niekończącym, a w jego składzie odnajdujemy innych muzyków z tej części świata, głównie Norwegów. Są to: Heida Mobeck – tuba, Anton Jonsson i Tomas Sandström – obaj perkusje, Milton Öhrström – piano oraz Karl Hjalmar Nyberg – saksofon tenorowy i klarnet. Pięć kompozycji, które zaczynają się w obszarze głównego nurtu jazzu, a kończą w swobodnej, chwilami niezwykle efektownej, kameralnej improwizacji, trwa tu 35 minut. Muzyka powstała w miejscu zwanym Flerbruket, w lutym 2020 roku.

Pierwszy temat pachnie zdrowym bebopem na sto kilometrów! Opowieść ma jednak pewien kameralny suspens, a po ekspozycji zamysłu kompozytorskiego cudownie rozjeżdża się na boki pijanym pianem i zmysłowo burczącą tubą. Drugi epizod zdaje się mieć niemal rockowy drive! Dwie perkusje robią tu swoje! Śpiewny saksofon na czele czeredy tancerzy, ale i kameralny smyczek, który wynosi fazę improwizacji na poziom niemal call & responce! Po powrocie dynamiki narracja staje się uroczo pokrętna, prawdziwie zawadiacka (znów ta tuba!), a ku zamglonemu niebu ciągnie ją chytry saksofon.

Dwie kolejne kompozycje pokazują, iż pomysły Ringa lubią pozostawiać w artystycznej relacji z estetyką Henry Threadgilla. Precyzja, nadymająca się tuba i nieskończona lekkość, powabność na poły melodyjnych fraz. Pierwszą z tych powinowactw, po wywołaniu rytmu (one, two, three, four!), otwiera perkusja, a urodę dalszej jej części budują smyczkowe inkrustacje wiolonczeli. Po prezentacji tematu narracja rozlewa się niczym lawa w strugi wyjątkowo zmysłowych improwizacji, tak kolektywnych, jak i separatywnych. Pod odzyskaniu dynamiki flow nabiera ognia. Kolejny utwór, to już prawdziwa symfonia drums and percussion, dwie maszyny improwizują, potem biją rytm i wzywają na żer! Reszta wraca do gry w połowie trzeciej minuty, a narrację zdobi improwizacja piana na tle lekkiego drummingu. Wreszcie ostatnia kompozycja – zaczyna się nudnym, balladowym tematem, ale po jego prezentacji sekstet odpływa w otchłań smakowicie preparowanych dźwięków. Zabawa toczy się w pobliżu ciszy i eksploduje jakością. Free chamber with tuba taste trwać mógłby jeszcze wiele minut, ale dyktat kompozytorski każe wrócić do tematu, co okazuje się procesem dość bolesnym. Szczęśliwie koda kompozycji, swym smutnym rozśpiewaniem, ratuje finałową fazę nagrania.

 


Mia Zabelka/ Glen Hall  The Quantum Violin (FMR Records, CD 2021)

Sytuacja czasoprzestrzenna jest tu następująca: na przełomie lat 2020/2021 w Wiedniu pracowała Mia Zabelka (skrzypce, także elektryczne, głos, różne hałasy, elektronika i samotne obiekty), w Toronto zaś Glen Hall (oscylator kwantowy, urządzenia zwane OMax i CataRT oraz dużo kreatywnych eksperymentów na etapie miksu). Okazjonalnie te dwójkę wspierał wokalnie, zapewne wprost z Japonii – Kenji Siratori. Po prawdzie nie wiemy, w jakiej kolejności powstały poszczególne dźwięki, który z muzyków był tym pierwszym, który zaś wcielał się w rolę artysty muzykującego na bazie czegoś, co powstało wcześniej. Dodajmy jedynie, iż na okładce płyty przy nazwisku Hall pojawia się określenie kompozycje, a przy danych Austriaczki widnieje napis kompozycje na żywo. Całość przedsięwzięcia artystycznego składa się z czternastu części, a odsłuch całości zajmuje godzinę zegarową z sekundami.

Długa opowieść o Kwantowych Skrzypcach ma definitywnie kilka faz, zdaje się przeplatać wątki z dominującym soundem skrzypiec z wątkami całkowicie oddanymi w ręce elektroniki, będącej jednak efektem działań obu muzyków. Początek, to gęste, elektroniczne intro, w magmie którego możemy doszukać się brzmienia elektrycznych skrzypiec. Kompozycje (improwizacje) od drugiej do piątej stawiają w centrum uwagi skrzypce. Elektronika ma tu wiele zadań, ale głównie koncertuje się na zdobieniach, narracyjnych kontrapunktach, tudzież na polifonizacji strumienia dźwiękowego żywego instrumentu. Mia gra bardzo ekspresyjnie, jak zawsze fantastycznie frazuje, potrafi być rozśpiewana i taneczna, ale także kąsać ostrym brzmieniem i efektownie preparować dźwięki swojego instrumentu. Kompozycje od szóstej do ósmej, to spory challange nawet dla osłuchanego odbiorcy. Dominuje elektronika, która choć ma tysiące intrygujących twarzy, zdaje się silnie pracować na umęczeniem naszych uszy. Dodajmy, iż w utworze ósmym pojawia się głos ludzki, oczywiście poddany rożnym dekonstrukcjom.

Utwory od dziewiątego do jedenastego śmiało możemy określić mianem najlepszych momentów tej szalonej płyty. Skrzypce grają i śpiewają, i preparują, a elektronika (post-produkcja) buduje na ich bazie wielowątkową narrację. Całość zdaje się być równie urokliwa, jaki i nieco schizofreniczna. Mamy wrażenie, że nasza percepcja może tu wszystkiego nie ogarnąć. Już w jedenastej części elektronika zaczyna powoli przejmować stery, by w dwóch kolejnych utworach, nie bez aktywnego udziału skrzypiec, zbudować niemal noise’ową ścianę dźwięku! Oszołomieni poziomem decybeli z radością lądujemy w ostatniej części (dedykowanej Pauline Oliveros), gdzie nasze zszargane nerwy koi syntetyczny ambient, równie mroczny, jak i zmysłowy, w strugach którego z radością odnajdujemy dźwięki żywych skrzypiec!

 


MirroR Unit  Sonic Rivers (FMR Records, 2021)

Zabawa w lustrzane odbicia, to spotkanie dwóch saksofonów altowych i idea permanentnego preparowania ich dźwięków. Panowie Georg Wissel oraz Tim O’Dwyer spotkali się pierwszego dnia lipca 2019 roku w Kolonii. Jak piszą, był straszny upał, a w pomieszczeniu, w którym rejestrowali nagranie, nie działała klimatyzacja (Kinosaal Alte Feuerwache). Efekty dźwiękowe ich potu podzielone zostały na płycie na pięć improwizacji, które trwają łącznie 47 minut z sekundami.

Dwa czysto brzmiące saksofony altowe odnajdujemy w dość rozległej przestrzeni kina, w której nie brakuje pogłosu, a zapowiadany upał zdaje się dopiero nadciągać. Początek jest minimalistyczny - dysze niczym perkusyjne pałeczki zaczynają kreślić szlak improwizacji. Muzycy dbają o drobiazgi, są bardzo wyczuleni na niuanse, ale w tej części nagrania nade wszystko szukają punktów wspólnych i wydają się stosować niemal bliźniacze metody artykulacji. Szumią, szeleszczą, rzężą i chichoczą. W kolejnej opowieści prezentują nam hydrauliczne możliwości swoich dętych powierników. Lekko brudzą brzmienie, być może w tubach pojawiają się obce ciała. Płyną spokojnie w poszukiwaniu tanecznego kroku, tudzież utraconej wieki temu melodyki. Niczym Marcel Proust cedzą słowa i kręcą się wokół własnych myśli. W trzeciej odsłonie upał zaczyna chyba doskwierać, albowiem saksofony pracują niczym małe wentylatory. Znów frazują głównie imitacyjnie, incydentalnie łapiąc drobne ochłapy rezonansu. Tempo nieznacznie rośnie, a akcje muzyków nabierają intrygującej intensywności.

Wejście w czwartą improwizację stawia słuchacza w bardziej komfortowej pozycji, albowiem muzycy kreują tu coś dalece ciekawszego niż dotychczas. Mruczą jak koty, szczerzą kły, choć są blisko ciszy, wydają się być agresywni i skorzy do figli. Wreszcie pojawia się pewien dysonans dramaturgiczny - lewa flanka śpiewa sprośne piosenki, prawa rytmicznie rechocze. W kolejnym epizodzie mamy wrażenie, że muzycy i ich saksofony łączą się w jeden byt. Ustniki stają się ustami, korpus dęciaka spoconym ciałem artysty. Muzycy łapią kolejną porcję humoru, przedrzeźniają się i śpiewają. Na zakończenie spotkania toną w ciszy, zasłuchają się w kroplach potu, który kapie na podłogę. Płyną wysoko, ale na wyjątkowo nisko ugiętych kolanach. Wzdychają z przekąsem, marząc o dużych porcjach napojów chłodzących.