Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yoni Kretzmer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yoni Kretzmer. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 stycznia 2020

Yoni Kretzmer! The Brooklyn’ Sax Killer and his Mis-Takes!


Stali Czytelnicy tych łamów z pewnością zauważyli, iż nasze recenzenckie macki rzadko sięgają po muzykę zza Wielkiej Wody (w jej jak najbardziej północnym wymiarze). Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele, nie są one jedynie natury artystycznej, ale nie świadczą one bynajmniej o tym, iż dźwięków z tamtej części świata w ogóle nie słuchamy. Baa, czynimy to nad wyraz często, na ogół jednak – po odsłuchu - upychając pliki z muzyką w otchłani niezliczonych pamięci zewnętrznych naszych komputerów.

Czas jakiś temu namierzyliśmy wszakże pewnego saksofonistę, rezydenta Brooklyńskiego, pochodzącego z Jerozolimy, któremu zaczęliśmy się bacznie przyglądać. Z płyty na płytę, nasz niekłamany podziw dla jego kunsztu improwizatorskiego rósł, zatem musiał w końcu nadejść moment, w którym muzyk ten trafi na łamy Trybuny, i to od razu w formie małego overview, by nie rzec – fjuczersa!

Panie i Panowie, Yoni Kretzmer!




2Bass Quartet

Przygodę z muzyką tenorzysty z Nowego Jorku zaczynamy od najnowszej płyty jego formacji 2Bass Quartet. Wydawnictwo ubiegłoroczne, choć nagranie pochodzi z roku … 2013. Zgodnie z nazwą, w składzie kwartetu odnajdujemy dwa kontrabasy – w lewym kanale zagra Sean Conly, w prawym zaś niemal legenda tamtejszej sceny free jazzowej - Reuben Radding. Na perkusji odnajdujemy także naszego dobrego znajomego – Marka Pride’a. Ich trzecia płyta zwie się Mis-Take, składa się z siedmiu improwizacji (określonych przez Kretzmera, jako idee kompozytorskie), trwających 44 minuty i 38 sekund. Wydawcą CD jest OutNow Recordings, label z Brooklynu, którym zarządza saksofonista i który dokumentuje niemal wszystkie jego rejestracje.

Mocny tembr saksofonu tenorowego, masywne kontrabasy, posadowione na przeciwległych flankach, które nieustannie sieją ferment, rzadko grając frazy imitacyjne, wreszcie pełna energii, żywa perkusja. Czy świat swobodnego free jazzu potrzebuje czegoś więcej? Jeśli ową sytuację sceniczną uzupełnimy mistrzowskim warsztatem i wysokim poziomem kreatywności muzyków oraz świetnym brzmieniem wszystkich instrumentów, nasze szczęście nie może nie osiągać stanu maksymalnego. I tak dzieje się w przypadku Mis-take! Narracja toczona jest bardzo swobodnie, improwizacja ma, co prawda pewne ramy, ale zdaje się, że predefinicja procesów dźwiękowych ograniczyła tu się jedynie do wykreowania pewnego ładu dramaturgicznego całości spektaklu muzycznego.

Rzućmy uchem i okiem, jak to wygląda w praktyce. Zacznijmy od samego początku: lewy kontrabas pracuje smyczkiem, prawy szarpie struny, środkiem sunie siarczysty saksofon, który zdaje się zwoływać czeredę złoczyńców na rykowisko. O marszowy flow, nieco aylerowski w posmaku, dba trafiająca zawsze w punkt perkusja. Tenor nakręca tu spiralę emocji, razi szczerością i intensywnością przekazu, plami emocjami, pewny każdego zadęcia, idzie po swoje bez najmniejszych skrupułów. Drugi utwór budują riffy kontrabasów, na których ściele się dźwięk sonoryzującego saksofonu, obok błyszczą perkusjonalne ornamenty. Pełen niepokoju, multikreatywny tenor bucha wyobraźnią, szczerzy zęby i gna w najlepsze. Na początku trzeciej części kwartet stawia na ciszę. Kontrabasy plotą balladę, silnie akcentowaną przepięciami perkusyjnymi, tenor śpiewa zmutowany czerstwą współczesnością be-bop. Gdy ten ostatni milknie, basy zaczynają pojękiwać post-barokiem, czyniąc ze smyczków prawdziwe narzędzie zbrodni. Na finał pieśni robi się naprawdę gorąco – afektowany post-blues puka do twoich drzwi. Nie waż się otwierać!

Czwarta idea kompozytorska – lewy kontrabas, wiedziony smyczkiem, sięga niezwykle wysoko, potem maltretuje struny. Saksofon i perkusja od razu wrzucają szósty bieg. Prawy kontrabas szarpie struny, ciągle czegoś szuka. Po 90 sekundach speedowy free jazz jest już udziałem każdego z muzyków. Wszystkie dźwięki wydają się multiplikować – ściana akustycznego noise, to prawdopodobnie jedyna droga ucieczki. Po solówce perkusji, światło gasi smyczek prawego kontrabasu. Piąta historia budzi się przy dźwiękach preparowanych. Wejście w temat jest lekkie, nawet frywolne. Podłączenie się do zabawy przez perkusję buduje nerw wewnętrzny i kieruje całość narracji ku ognistej kipieli. Saksofon szczytuje (na poły cyrkulacyjnym oddechem), kontrabasy maltretują się wzajemnie, a progresywny drumming dopełnia obrazu całości. Szósta część rozgrywa się bez udziału saksofonu. Dwa smyki, gently percussion, ballada post-chamber. Chwila wytchnienia przed finałową rozgrywką. Ta zaczyna się niczym cisza przed burzą – saksofon prycha, oba kontrabasy tkwią w stanie powolnej preparacji, percussion przelewa hektolitry wody. Rezonans talerzy, skupiony flow tenoru – opowieść, która nabiera dynamiki mniej więcej po trzech minutach. Full drums, saksofon, który chrobocze egzystencjalnymi wątpliwościami, rozbujane kontrabasy – oto, jak unaocznia się idea rocka i bluesa w swobodnej, post-jazzowej opowieści. Tenor aż śpiewa, aż grzmi, aż kipi. Pod nim dwa basy i jedna perkusja – prawdziwa autostrada do piekła!




New Dilemma

Pozostajemy w obszarze muzyki jak najbardziej improwizowanej, jakkolwiek element ingerencji kompozytorskiej Kretzmera w przebieg strumieni dźwiękowych zdecydowanie zyska na znaczeniu. Druga płyta formacji New Dilemma, która przy okazji rozrosła się z kwintetu do sekstetu, to przykład predefiniowanej improwizacji w duchu kameralistycznym, pozostającej rzecz jasna pod silnym wpływem free jazzowego temperamentu lidera.  W aspekcie instrumentalnym – swoiste połączenie kwartetu free z instrumentami strunowymi, w aspekcie zaś personalnym - Frantz Loriot (altówka), Christopher Hoffman (wiolonczela), Josh Sinton (klarnet basowy), Pascal Niggenkemper (kontrabas), Flin Van Hemmen (perkusja) oraz nasz bohater (saksofon tenorowy). Dwupłytowy zestaw CD zwie się Months, Weeks and Days, składa się z dziewięciu kompozycji (chyba winniśmy się trzymać tego określenia), a trwa blisko 110 minut. Nagranie studyjne z maja 2016 roku, dostępne na rynku od roku 2018 (OutNow Recordings).

Nie sposób nie nazwać Miesięcy, Tygodni i Dni dziełem epickim, z uwagi na jego rozmach, mnogość pomysłów aranżacyjnych, tygiel nieustających zmian w procesie narracji i całe mnóstwo doskonałych improwizacji, zarówno solowych, jak i kolektywnych. Jednej rzeczy na tej płycie nie uświadczymy wszakże z pewnością, a mianowicie – nudy! Być może niektóre utwory mogłyby być odrobinę krótsze, ale i tak dzieło Kretzmera nie wydaje się przegadane, albo zbyt rozwlekłe. Daleko mu do porażającej epickości czteropaków Anthony’ego Braxtona, tudzież wielodyskowego dzieła Tyshawna Soreya Pillars.

Wejście w dzieło od razu stawia nas na baczność. Blisko 20 minutowa pieśń otwarcia rodzi się w kameralistycznej plątaninie wyłącznie ciekawych dźwięków – rezonujące smyki, liczenie strun, małe percussion i masywny, nisko zawieszony temat podawany przez saksofon i klarnet basowy, powolny i smagły bass drone chamber! Narracja nabiera wiatru w żagle – temat gaśnie na strunach, a dęciaki zaczynają harcować w najlepsze. Free jazzowa kipiel z tenorem w roli wodzireja nie trwa jednak długo. Płomień przygasa przy wtórze strings, a bystre solo czyni klarnet basowy, mając za partnera grzmiący kontrabas i ludzkie gardło – upalone chamber z jazzowym wrzaskiem dętym. Sytuacja dramaturgiczna zmienia się, jak w kalejdoskopie – sporo akcentów kolektywnych, erupcje mocy komentowane stonowanymi pasażami, zapewne po części powodowanymi dyktatem pięciolinii, wreszcie w pełni demokratyczny dostęp do przestrzeni nagrania dla każdego z instrumentów, także w zakresie indywidualnej kreatywności. Od spokoju rozjuszonej kameralistyki po ścianę free jazzowego ognia. Zmiany, zmiany, zmiany…. Drugi utwór otwierają strunowce, posyłając zalążek tematu. Tenor wrzeszczy z desperacji, a klarnet basowy gra marsza. Po chwili jazzowy duet saksofonu i perkusji, który napotyka na agresywną postawę violi i cello, wspieranych zazdrosnym klarnetem basowym. Kolejny doskonały moment, to wspólny, krwisty pasaż dętych w tle niemal tanecznych podrygów reszty sekstetu. Co rusz dynamiczna faza improwizacji natyka się na komentarze czytane z pięciolinii, które na moment gaszą jej ogień lub wkręcają cały zespół w nowy wątek narracji. Początek trzeciej historii, to dramatyczny wrzask klarnetu basowego i temat grany wysoko, głównie przez strings. Perkusja wchodzi po dwóch minutach i zabiera wszystkich na free jazzową galopadę. Po jej wybrzmieniu, głos rozpaczy staje się udziałem altówki i wiolonczeli, po czym zostaje cudownie ugaszony preparacjami kontrabasu i dęciaków. Po chwili wszyscy znów gnają na zatracenie, a światło gasi perkusja. Czwarta część, to moment wytchnienia – piękna introdukcja wiolonczeli, brzmi jak temat wprost z Bacha, z komentarzem cello i percussion. Smukła meta ballada z grzmotami kontrabasu. Piąty utwór, który wieńczy pierwszy dysk – masywne, brudne intro w wykonaniu strunowców, wsparte hałasem talerzy. Saksofon i klarnet basowy po paru chwilach skrzeczą i złorzeczą, kreując molową, nieco histeryczną opowieść, która nie może skończyć się happy endem. Gęsta od potu, masywna narracja bez udziału perkusji, w której to dęciaki grają temat, a strunowce wyją do księżyca i zatracają się w tańcu.

Dysk drugi rozpoczyna także opowieść długometrażowa (ponad 17 minut). Perkusyjne intro, preparacje i grzmoty klarnetu basowego i kontrabasu, obok saksofon wraz z cello, grający temat z pięciolinii. Rwany, niepokojący walczyk dla niegrzecznych chłopców. Z czasem całość nabiera mocy, siłą ekspresji tenoru i ostrym, fermentującym tembrem kontrabasu. Po kolektywnej erupcji, strunowe wyciszenie, a zaraz potem kolejny, zmysłowy pasaż saksofonu z bystrym tłem ze strony pozostałych instrumentów. Znów pomysł goni tu pomysł – jest moment na liczenie strun na gryfie altówki, taniec masywnego smyczka po gryfie kontrabasu, prychy zirytowanego klarnetu basowego. Im bliżej końca, tym ogień narracji narasta - kilka bystrych, wyśmienitych ekspozycji solowych (altówka, klarnet, tenor, perkusja), które upstrzone kameralistycznym komentarzem docierają do ostatniego dźwięku. Temat drugiej opowieści wypływa spod strun, saksofon śpiewa bardzo jazzowo, a wszyscy szukają zwady. Po paru minutach nastaje dobry moment dla strunowców, które wojują z perkusją, a w roli mediatora, smakowity klarnet basowy. Ten ostatni transferuje narrację ku formule free jazzowego kwartetu bez udziału strings. Gdy te powracają, emocje gasną. Trzecia historia to duet saksofonu i perkusji. Bystrze brną w pół galopie, co rusz komentowani przez strunowce, które albo koją zszargane nerwy, albo wręcz dolewają oliwy do ognia. Po chwili mamy tu małą wojnę free jazzu z chamber – kwartet grzmi i skrzeczy, ale viola & cello, choć w mniejszości, nie dają za wygraną. Gdy ostateczne zjednoczenie dokona się na naszych uszach, ognisty finał tryska emocjami. Wreszcie czas na finał wielomiesięcznej epopei – deep drums, nisko zawieszone wiolonczela i klarnet, długie i ponure pasaże drones inside & outside. Tenor prycha suchym powietrzem, strings grają barok, klarnet śpiewa pokrętną kameralistykę. Gdy wszystko wskazuje na to, że meta melodyjny pasus saksofonu wieści koniec płyty, repetujące strunowce, a potem także perkusjonalia, sieją ferment i budzą demona swobodnej kreacji. Pożegnanie nie jest zatem słodkie – całkowicie wyzwolony tenor grzmi na tle opadających, strunowych dźwięków, po czym gasi światło przy blasku rezonujących talerzy.




Trio

Na zakończenie pierwszej bytności *) Yoni Kretzmera na spontanicznych łamach, proponujemy odrobinę wytchnienia przy dalece swobodnych improwizacjach trąbki, kontrabasu i saksofonu tenorowego. Studyjna rejestracja z 2016 roku, ze słynnego studia Systems Two na Brooklynie: Thomas Heberer na trąbce, Christian Weber na kontrabasie i Yoni Kretzmer na saksofonie tenorowym. Ich płyta z roku 2018 zwie się BIG (OutNow Recordings), składa się z sześciu improwizacji (być może poprzedzonych drobnymi ustaleniami scenariuszowymi), trwa zaś 44 minuty i 49 sekund.

Jazzowe intro, klejone ciepłymi frazami, które jednak dość szybko łapią brud i szukają, póki co, incydentalnych preparacji, to sytuacja na wejściu. Trąbka jakby z bajki kameralistycznej, kontrabas z oceanu swobodnej improwizacji, zaś saksofon po kolana zanurzony w dorobku free jazzu. Drugi odcinek, uprzedźmy przebieg wypadków – podobnie jak ostatni, jawi się najciekawszym momentem Dużego. Na początek agresywne preparacje, szorstkie, bezczelnie rwane frazy, smyczek, który goreje i tuba saksofonu, która krzyczy. Rytm, ekspresja, a w drugiej fazie nagrania doskonały deep bowed bass. Trzecia opowieść skrojona chyba w celu przygaszenia entuzjazmu recenzenta – wysoka trąbka, niski saksofon i dudniące pizzicato kontrabasu. Pasywne chamber, budowane bez specjalnej chemii pomiędzy jego twórcami. Na plus ciekawe dialogi trąbki i tenoru w estetyce stevensowskiego Flower.

Czwarta improwizacja stawia na długie pasaże. Smyk, znów osadzony niemal na dnie kontrabasu, czyni tu najwięcej dobrego. Piąta historia, to ciekawy krok w kierunku preparacji i akcentów sonorystycznych. Trąbka dmie po krawędziach, oddycha ciężkim powietrzem, struny kontrabasu rwą się jedna po drugiej, a saksofon szuka intrygujących dźwięków w czwartym wymiarze. Potem wszyscy czynią dwa kroki w kierunku jazzu, ale pomysł zostaje niezwłocznie odwołany, czyniąc finał bardzo udaną preparacją. Ostatni utwór na płycie, jako się rzekło, sporo rekompensuje, nie tylko dlatego, że jest najdłuższy i nieźle upstrzony ciekawymi sytuacjami. Zaczyna go gadulstwo trąbki i zwinne szarpanie strun, które stara się naśladować saksofon. Narracja pachnie jazzem, ale wszystko zdaje się być tu robione z zębem. Saksofon dmie z klasą (choć nie taką, do jakiej przywykliśmy na dwóch poprzednio dziś omawianych płytach), nie skąpi swoim frazom melodyjności. Jeśli partnerzy na moment zaczynają przynudzać, wrzuca wyższy bieg i nie pozwala przygasnąć narracji. Znów kapitalną robotę czyni kontrabas i jego wyjątkowo nisko zawieszony smyczek. Dobre zakończenie płyty zawdzięczamy tenorowi, który brudnym, masywnym flow wieńczy nagranie. Gdy na ostatniej prostej trąbka szumi na potęgę, ten rży i daje do wiwatu.


Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań.


*) wnikliwa analiza śledcza Pana Redaktora wykazała, iż Yoni był – epizodycznie – gościem tych łamów, niemal 4 lata temu, przy okazji krótkiej notki o poprzedniej płycie 2Bass Quartet Book II. Tamże – proroczo – obiecaliśmy śledzić dalsze poczynania Kretzmera! Here We Are!



poniedziałek, 4 lipca 2016

Berne, Niggenkemper, Rempis, Sakata, Large Unit, Brötzmann, Mockūnas, Nathanson, Kretzmer, Slobber Pup, Toxy Doll, Friends & Neighbors - czerwcowa zbiorówka 2016


Tym razem bez mniej lub bardziej błyskotliwego wstępu, komentującego na ogół zgrzebną rzeczywistość zastaną, zaczynamy nasze ulubione, comiesięczne kolorowanki.

Płyty delikatnie ocenione w ramach rubryki „Odsłuchy premierowe – wstępne rekomendacje” zostaną dziś poddane ostatecznemu osądowi, a Trybuna niczym złowieszczy Trybunał, wyda wyroki niepodlegającego trybowi odwoławczemu. Od czerwonego low, poprzez żółty middle, po zielony jak trawa high. Do dzieła zatem!!!!


Tim Berne's Snakeoil  Anguis Oleum  (Screwgun Records, 2016)

Nowojorskiego alcistę Tima Berne’a nie zaliczylibyśmy do nadmiernie pracowitych muzyków, wszakże w ramach swojej bieżącej formacji Snakeoil, dostarcza nam nowe płyty dość regularnie. Po trzech studyjnych ujawnieniach w ramach monachijskiego ECM, tym razem edycja koncertowa, zrealizowana przez osobistą wytwórnię Tima – Screwgun Records, w edycji limitowanej, dwustu sztukowej.



Po latach efektownego eksperymentowania z elektroniką, jako elementem udanie wspierającym akustyczne improwizacje (Science Friction Band), po produkcjach opartych na podobnych schematach/ kompozycjach realizowanych jednakże bez elektroniki (Hard Cell), wreszcie po śmiałych improwizacjach w towarzystwie gitary elektrycznej (Big Satan), Berne dotarł do punktu zwrotnego, od momentu którego rozpoczął się proces wyciszania jego muzycznej ekspresji (co przy okazji zbiegło się z jego 60 urodzinami, zapewne zupełnie przypadkowo).

Dowodem rzeczowym tej delikatnej metamorfozy rzeczony working band, czyli Snakeoil. Berne stworzył go z udziałem pianisty Matta Mitchella, klarnecisty Oscara Noriegi i perkusisty Chesa Smitha. Ten akustyczny kwartet pozbawiony instrumentu basowego (jak wszystkie wcześniej wymienione zespoły, jednakże w tamtych przypadkach część obowiązków w zakresie generowania niskich częstotliwości przejmował keyboard lub gitara), w ramach niemieckiego, nudziarskiego labelu, trzykrotnie zapunktował, ale w sercu Waszego recenzenta nie wzbudził jakichś szczególnych ekscytacji. To oczywiście wciąż doskonały Berne, saksofonista o niepowtarzalnym soundzie altu, to jego gra, jego muzyka, ale … odrobinę za spokojna, trochę bez wewnętrznego ognia, nie budząca już takich emocji, jak dekadę temu z okładem.

Zatem po koncertowy Angius Oleum sięgałem ze spokojem i bez mrowienia w kręgosłupie. Skąpe informacje edytorskie nie pozwalają na określenie miejsca, ani daty spotkania/ spotkań (?) koncertowych. Cztery fragmenty opatrzone tytułami, trwające ponad 70 minut. Słucha się tego wyśmienicie, ale momenty ekspresyjnych galopad, stemplowanych wspaniałymi altowymi zawijasami, dość często przepoczwarzają się w chwile nadmiernej nostalgii i dramaturgicznie nieuzasadnionego wyciszenia. Mało, w mojej ocenie, do całej zabawy wnosi Noriega, a gra Mitchella też niczym szczególnym nie zaskakuje. W tym gronie udanie trzyma fason i dotrzymuje kroku liderowi Smith. Z pewną dozą sceptycyzmu,  pozostaję jednak przy pierwotnej rekomendacji high, bo Berne, to Berne. Klasa światowa po wszeczasy!


Pascal Niggenkemper Le 7eme Continent  Talking Trash  (Clean Feed, 2016)

Gadający chłam to płyta wymykająca się wszelkim klasyfikacjom, łatwym skojarzeniom, czy oczywistej kodyfikacji. To płyta – wyzwanie. Sam Niggenkemper - kontrabasista, z którym zetknęliśmy się przy okazji kilku znakomitych płyt free improv/ free jazz, gdzie stanowił on doskonałą siłę najemną – określa sekstet Siódmy Kontynent (w jednym fragmencie także septet) jako podwójne trio, czy potrójne duo, dając smakowity asumpt do wielokrotnej eksploracji materiału muzycznego.




W skupionych okolicznościach studyjnych, na potrzeby realizacji pomysłu kompozytorskiego Talking Trash, Pascal skojarzył dwa preparowane fortepiany (Eve Risser, Philip Zoubek), dwa amplifikowane klarnety (Joris Ruhl, Joachim Badenhorst), specjalny flet kontrabasowy (Julian Elvira) i kontrabas (on sam). W jednym fragmencie dodał także drugi kontrabas (Constantin Herzog). Na pulpity muzyków trafił zdecydowanie skomponowany materiał z pogranicza muzyki współczesnej, daleki od jakichkolwiek jazzowych skojarzeń. W żmudnym procesie wykonania śmiałych pomysłów kompozytorskich Pascala, muzycy wpadli jednak w improwizatorski szał i spreparowali wyśmienite, pikantne danie… do wielokrotnej konsumpcji.

Dziś, przy kolejnym, zdecydowanie nie pierwszym odsłuchu, nie jestem w stanie precyzyjnie opisać tej muzyki. Raz jest oniryczna i tajemnicza, innym razem łapie rytm i galopuje po obrzeżach kameralistyki spod znaku … osiemnastowiecznych kompozytorów znad Dunaju (przyznacie, skojarzenia idą po bandzie!). Potrafi się skulić jak kot, tłamsząc nas pasażami najniższych częstotliwości, by potem, posiłkując się podpowiedziami zmutowanych klarnetów, w strunowym pędzie osiągnąć szczyt Czarodziejskiej Góry.

Co najważniejsze – Talking Trash każe do siebie nieustannie powracać. To chyba znaczący dla niej komplement. Od początku maluję ten krążek na zielono i nie może być inaczej. Definitively high!


Gunwale (Dave Rempis, Albert Wildeman, Ryan Packard)  Polynya  (Aerophonic Records, 2016)

Dave Rempis, nasz ulubiony aerofoniczny gladiator, nie ustaje w wysiłkach, by zapracować na miano jednego z najaktywniejszych współczesnych muzyków freejazzowych. Jego świeże tegoroczne produkcje Czytelnicy TMS zdążyli już poznać kilka tygodni temu, w trakcie rozbudowanej opowieści o Aerophonic Records.




Tym razem chicagowski saksofonista w zestawie trzyosobowym, pod tytułem wykonawczym Gunwale, z muzykami, których specjalnie nie znamy. Na kontrabasie Albert Wildeman, na perkusji wspomaganej elektroniką Ryan Packard. Obaj na razie z bardzo skromnymi dyskografiami. Ten drugi z pewnym doświadczeniem na polu muzyki współczesnej. A Rempis, jak to Rempis, prawdziwe frytowe zwierzę, gotowe rozszarpać każdego, kogo napotka na swojej muzycznej drodze. Polynya, to trzyczęściowa, niespełna godzinna opowieść, zarejestrowana w wietrznym mieście w styczniu bieżącego roku. Rempis gra tu swoje, dynamicznie improwizując, z wykorzystaniem wszystkich istotnych atrybutów swojej gigantycznej techniki gry na instrumentach dętych, drewnianych (alt, tenor, baryton). Silnie nadstawiam uszu, by w grze jego współpartnerów odnaleźć elementy, którymi mogliby się pochwalić przed czytającymi te słowa, ale póki co, nie słyszę niczego nadmiernie ekscytującego.

Płyta w formacie CD (co nie jest regułą na AR), oczywiście nadal mieni się zieloną barwą (high!), ale umówmy się w tym gronie, że jest to zasługa przede wszystkim doskonałego saksofonisty.


Arashi (Akira Sakata, Johan Berthling, Paal Nilssen-Love)  Semikujira  (Trost Records, 2016)

Semikujira zaczyna się bardzo spokojnie i z dużym poszanowaniem dla naturalnej ciszy, ale muzyka brzmi tajemniczo i ma w sobie zaszyty spory niepokój, wzmagany mazgnięciami klarnetu. I to nie jest przypadek! Ładunek emocji zostaje nam dostarczony już w drugim fragmencie, a erupcja następuje w fragmencie trzecim, zdaje się dla całości kluczowym. Freejazzowa wersja tradycyjnej pieśni japońskiej wznosi tę płytę na wyżyny i tak już zostanie do końca. Sakata, zawsze kompetentny i charakterny alcista, tu dodaje także swój niesamowity, prawdziwie samurajski głos (okrzyk!), który bezsprzecznie nadaje całości posmak sporej wyjątkowości.




Zaskakująco dobra płyta Akiry Sakaty, trochę przeze mnie niedocenianego weterana niejednej wojny free jazzu z resztą świata, tą zdecydowanie bardziej pokorną. No i jakże zasadna sekcja, szwedzko-norweska, twarda jak skała, ulotna jak promieniowanie po ataku nuklearnym wroga. Zdecydowanie pozostajemy przy rekomendacji high!


Large Unit  Ana (PNL Records, 2016)

Od razu przyznam się do rzeczy karygodnej, żeby mieć to już z głowy! To dopiero moje pierwsze spotkanie z Dużym Składem Paala Nilssena-Love, wybitnego norweskiego perkusisty freejazzowego. Na szczęście nie trafiło na głuchego, zatem już teraz, w ramach pokuty, obiecuję częściej się nad tą zacną inicjatywą muzyczną pochylać. A okazji nie zabraknie, bowiem Ana to już czwarta edycja płytowa Large Unit (w tym drobna ep-ka).

Czternastoosobowy skład! Bardzo rozbudowana sekcja rytmiczna, na którą składa się podwójny zestaw perkusyjny, podwójny zestaw instrumentów perkusyjnych (dość egzotycznych), dwa basy, w wersji akustycznej i elektrycznej, gitara elektryczna i dwie tuby, ponadto elektronika i cztery dęciaki. Personalnie sporo dobrej, skandynawskiej młodzieży młodszej i młodzieży starszej, muzyków, których nazwiska mówią nam już dużo, a nawet bardzo dużo (choćby Kjaer, Molstad, Stroem, czy Holmlander).




Najnowsza płyta Large Unit to trzy dynamiczne i – co oczywiste, wszak jesteśmy na płycie perkusisty – rytmiczne odcinki muzyczne, nagrane w okolicznościach studyjnych w roku ubiegłym. Choć tematy i zasady działania w zespole zostały z pewnością spisane przez Paala w procesie przygotowawczym (to przecież Duży Skład!), to swoboda w procesie improwizacji, pozostawienie dużej przestrzeni dla awangardyzacji poczynań w grupie, wreszcie kompetencje tworzących ją muzyków, sprawiają, że Anę słucha się wyśmienicie i bez krzty nudy, ani zbędnych dłużyzn, a godzina nagrania mija w mgnieniu oka. Doskonała płyta i oczywista zielona rekomendacja! High!


Full Blast  Risc (Trost Records, 2016)

Od debiutu Full Blast ładnych kilka lat temu, do tej elektrycznej formacji z udziałem Petera Brötzmanna (dęciaki), Marino Pliakasa (gitara basowa) i Michaela Wertmüllera (perkusja) nie wracałem nie tylko dlatego, że czas bywa bezcenny, ale również z powodów czysto artystycznych.




Słuchając dziś najnowszej produkcji FB Risc, dokumentującej ubiegłoroczne, londyńskie spotkanie z oklaskami, chwilami mam jednak drobne, z powodu tego zaniechania, wyrzuty sumienia. Oczywiście nadal nie jest to muzyka, która rwie mi serce, a gra Brotzmanna z rzadka przynosi dźwięki, których bym się nie spodziewał. Jednakże ciekawa brzmieniowo praca basisty przykuwa ucho dość skutecznie, a i aura subtelnej elektroniki spowijająca bębnienie perkusisty, daje skuteczny powód, by po tę muzykę sięgać częściej niż raz na kilka lat. Muzyka Full Blast pozostaje – co oczywiste - niezwykle dynamiczna, na iście rockowy sposób i nieco przyciężkawa, ale w niezobowiązującym odsłuchu samochodowym radzi sobie całkiem dobrze. W ramach kolorowania odczuć, pozostanę przy pierwotnym middle, jednakże podeprę się drobnym high.


Peter Brötzmann/ Heather Leigh  Ears Are Filled With Wonder  (Not Two Records, 2016)

I znów nasz niezmordowany 75-latek w dynamicznym zwarciu na scenie free! Tym razem jednak w dość ciekawym, damskim towarzystwie. Co więcej, w towarzystwie jeszcze ciekawszego instrumentu, a mianowicie pedałowej gitary (pedal steel gitar), której naczelną charakterystyką jest umiejętność zawodzenia (innymi słowy – płynnego modulowania dźwięku).

Krótkie, niespełna 30-minutowe spotkanie z ubiegłorocznej jesieni jazzowej w krakowskiej Alchemii. Fragment dłuższej rezydencji Petera podówczas, nie wiemy jednak, czy inne nagrania z tamtego, wieloosobowego spotkania odnajdą swój edytorski wymiar w przyszłości.




To wszakże jest dość smakowite, o tytule świetnie je komentującym, a z racji swej krótkiej formy, dalece nieprzegadane. Gra Pani (Panny?) o jakże filmowym nazwisku Leigh, oryginalna i przykuwająca uwagę. Peter oczywiście na tym tle rzeźbi swoje, acz niebanalnie wchodzi w interakcje z modulowanym gitarowym hałasem. Potrafi też być tu subtelnie i dziać się w nieśpiesznych tempach, z odrobiną wzajemnej empatii i nieudawanej radości grania. Pozostaję zatem przy rekomendacji high, gdyż to być może jedna z lepszych produkcji Brötzmanna w ostatnich latach.


Vladimir Tarasov/ Eugenijus Kanevičius/ Liudas Mockūnas  Intuitus (NoBusiness Records, 2LP 2016)

Cztery czarne strony dwóch winylowych krążków, trzy nazwiska muzyków, studyjne, wileńskie okoliczności spotkania. Weteran rosyjskiego bębnienia, wszakże litewski rezydent Tarasov, w opozycji do młodych, jurnych litewskich wyjadaczy, Kaneviciusa (kontrabas) i Mockunasa (saksofony), których kompetencje mieliśmy onegdaj okazję poznać w trakcie bardzo udanej kooperacji z Matsem Gustafssonem, która zresztą dała początek wytwórni NoBusinness Records (The Vilnius Explosion).




Panowie nagrywali w prywatnym, domowym studiu Tarasova, co niewątpliwie implikowało fakt, iż mieli dużo czasu i nikt, ani nic ich nie goniło. To słychać w tej muzyce! Jest czas na długie kreślenie tematu, są niekrótkie interwały na solowe popisy każdego z muzyków, jest wreszcie blisko półtorej godziny nagrania. Nie stanowi to bynajmniej jakiegokolwiek zarzutu. Tej muzyki słucha się znakomicie, a nawet w dynamicznych improwizacjach… nie brakuje nam czasu, by zawiesić ucho na niuansach. Jedynie nieadekwatny poziom ekspresji w niektórych partiach kolektywnych improwizacji (myślę tu w pierwszej kolejności o grze Mockunasa) i będący tego skutkiem, brak nadzwyczajnych emocji po stronie odbiorcy, sprawia, że całość Intuicji nie zasługuje na czyste high, zatem wsparte być musi niezobowiązującym middle.


Roy Nathanson  Nearness And You  (Clean Feed Records, 2016)

Nie ukrywam, że jakieś dwadzieścia lat temu lubiłem zasłuchiwać się w nowojorskiej muzyce z Downtown, a także w jej nieco wodewilowym wydaniu, spod znaku Johna Lurie i jego niezłomnego The Lounge Lizards. Była też podobna inicjatywa o nazwie The Jazz Passangers. Nie mogłem się wtedy nie zetknąć z saksofonem Roy Nathansona, puzonem Cutisa Fowlkesa, czy fortepianem Anthony’ego Colemana.

Zatem, skoro portugalski Clean Feed wydał płytę tego pierwszego z improwizowanymi duetami z udziałem tych kolejnych, Wasz Recenzent nie mógł tej płyty nie posłuchać. Na listę płac trafili tu także Marc Ribot (ta sama banda), Myra Melford, niezła pianistka, choć raczej z innej bandy, a także kompletnie mi nie znani - Lucy Hollier na puzonie i Arturo O’Farrill na fortepianie. Nagrano koncertowo w trakcie kilku dni czerwca roku ubiegłego.




Nagranie sprawia wrażenie trybiutu, ale rok urodzenia Nathansona nie wskazuje, iżby rok temu miał jakieś istotne, okrągłe urodziny. Wszakże nie to jest problemem tej rejestracji. Bardziej boli, iż zdecydowana większość duetowych incydentów jest najzwyczajniej nudna, by nie rzec słaba. O ile bronią się jeszcze duety z Ribotem i jego akustyczną gitarą, o tyle inne spotkania, zwłaszcza te z pianem, zieją nudą, niczym przepocony grubas ponętnym zapachem, letnią porą w opóźnionym autobusie. Gwoździem do trumny tego zestawu nagrań są… próby wokalne Roya. Facet kompletnie nie ma głosu, a próbuje śpiewać. Całość nabiera wymiaru satyrycznego i mnie skutecznie do Nearness and You zniechęca. Rekomendacja wstępna była żółta (middle), teraz już zdecydowanie smagam krwią po sztaludze i daję low!


Yoni Kretzmer 2Bass Quartet  Book II  (Out Now Recordings, 2015)

Yonatan Kretzmer to izraelski saksofonista (w każdym razie urodzony w Jerozolimie), kilka lat po trzydziestych urodzinach, ze stosunkowo skromnym dorobkiem płytowym. W moje ręce trafiła płyta nagrana na Brooklynie w bardzo amerykańskim i poniekąd frapującym składzie. Obok tenorzysty, na perkusji znany z niejednej udanej freejazzowej ekspozycji, Mike Pride i – co najważniejsze w tej produkcji – na dwóch kontrabasach, Reuben Radding (także dalece doświadczony Nowojorczyk) i Sean Conly, czyli jakby nie było, Kwartet Dwubasowy.




Book II - długi, blisko 80-minutowy materiał (choć drugi krążek, to ledwie jeden, 20-minutowy fragment), stworzony przez Kretzmera (określony na okładce płyty jako written ideas) i zgrabnie zagrany przez czwórkę bardzo dobrych improwizatorów. Sama gra lidera, póki co, nie zabija nadmierną oryginalnością (mam wrażenie, że człek jest jednak odrobinę speszony nowojorskim towarzystwem), a solą tej niezłej płyty są przede wszystkim dialogi kontrabasistów. Dla nich z pewnością warto wejść w posiadanie tego podwójnego zestawu CD. Dzieje się wiele, emocji nie brakuje.

Całe wszakże wydawnictwo oceniam, tak jak pierwotnie, na middle/high, a personalia Yoni Kretzmera zapisuję w pamięci, w oczekiwaniu na jego dalsze improwizowane przygody.


Slobber Pup  Pole Axe (Rare Noise Records,2015)

Toxydoll  Bullsheep (Aut Records, 2015)

Friends & Neighbors  Hymn For A Hungry Nation (Clean Feed Records, 2014)

Pierwotnie chciałem te trzy płyty omówić indywidualnie, ale – po niezbyt głębokiej analizie własnych zasobów czasowych – doszedłem do wniosku, że szkoda mi czasu na takie pisactwo, a i Waszego, na rozbudowaną lekturę, też w sumie nie warto marnować. Bo to… po prawdzie, po prostu słabe płyty.

Slobber Pup to kolejna próba zaistnienia na rockowo-noisowej scenie Matsa Gustafssona. W żmudnym i dramaturgicznie nieuzasadnionym procesie generowania hałasu wspomagają go nie byle jacy partnerzy – Joe Morris na gitarze elektrycznej, Jamie Saft na organach i Balazs Pandi na perkusji. Należy wszakże ubolewać nad faktem marnowania ich talentów (i czasu przy okazji), albowiem jedynie mocne przewartościowanie podejścia do koncepcji samej muzyki, mogłoby ją w moich oczach uratować.

Toxydoll to z kolei elektryczny kwartet, złożony z zupełnie nieznanych mi muzyków, którzy… dużo próbują, chwilami nawet potrafią zaskoczyć, ale po prawdzie świat jazzu słyszał już miliony takich płyt. Fajne są natomiast tytuły utworów, jak i całego krążka. Ten literacki walor Bullsheepa możecie śmiało prześledzić w necie, bez tracenia czasu na odsłuch samej muzyki.

Wreszcie Przyjaciele i Sąsiedzi ze Skandynawii. Klasycznie skonstruowany kwintet jazzowy. Osiem tematów idealnych na lekko zakrapiane jam session, dla nas to jednak ewidentna strata czasu. Nuda i wtórność.

Rekomendacje dla tych trzech krążków możecie wystawić już sami.