Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wadada Leo Smith. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wadada Leo Smith. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 sierpnia 2024

Wadada Leo Smith & Joe Morris in Earth's Frequencies!


Koncertowe spotkanie legend amerykańskiego free jazzu i muzyki improwizowanej, dalece sędziwego już trębacza, który w okolicach 80.urodzin znów stał się niebywale aktywny muzycznie i sporo od niego młodszego gitarzysty, ale także hołubionego w niemal każdym medium związanym ze wskazanymi gatunkami muzycznymi, nie może ujść naszej wnikliwej analizie.

Spotkanie to jest niezwykłe z wielu względów, po części także typowo artystycznych, albowiem trwający ponad trzy kwadranse koncert zdaje się być nade wszystko muzyczną medytacją, spokojną, precyzyjnie prowadzoną opowieścią, w której wodze dramaturgii trzyma raczej gitarzysta, ale mistrzem celnych, zadumanych i jakże błyskotliwych ripost jest trębacz.



 

Drobne podmuchy powietrza spod trębackich wentyli i pojedyncze szarpnięcia za struny delikatnie amplifikowanej gitary budują zręby pierwszej opowieści. Pomiędzy frazami muzycy umieszczają niemałe porcje ciszy, dbają o wyraziste, stosunkowe czyste brzmienie, chętnie sięgają do osobistych skarbnic gatunku – gitarzysta post-klasyki, trębacz jazzu. Narracja płynie spokojnym torem, jedynie incydentalnie zdobiona jest drobnymi preparacjami gitary, kreowana na ogół wspólnymi siłami, jedynie na sam koniec pierwszej odsłony garścią samotnych, trębackich zaśpiewów. Drugą piosenkę introdukuje trębacz, a tembr jego instrumentu wydaje się delikatnie zabrudzony. Samo opowiadanie prowadzone jest w jeszcze spokojniejszym tempie. Jeśli ktoś dąży tu do bardziej żwawych akcji, to jest nim trębacz, gitarzysta raczej przeciąga struny i leniwie patrzy w rozgwieżdżone niebo. W dalszej części ekspozycji ten drugi szuka mroku, z kolei jego partner nadyma policzki szorstkimi westchnieniami, czyniąc ów moment wyjątkowo spektakularnym momentem płyty. W trzeciej opowieści muzycy stawiają na minimalizm. Cedzą dźwięki przez zęby, dobrze im z ciszą u boku. Pod koniec gitarzysta serwuje nam garść preparacji, szyjąc wyjątkowo smakowite zakończenie.

Czwarta i piąta opowieść wydają się mieć podobny szkielet dramaturgiczny. Artyści zaczynają z nietypową jak na kanony albumu medytacyjnego dynamiką, po czym na etapie rozwinięcia wracają do idei naczelnej i efektownie tłumią emocje. Czwarta część rozpoczyna się serią efektownych podskoków! Ze śpiewem na ustach i szelmowskim uśmiechem! Po pewnym czasie gitarzysta ucieka w bezpieczną post-klasykę, z kolei trębacz sięga po soczystą zadumę. W finałowej narracji start wydaje się jeszcze żwawszy - trąbka skora tu jest do figli, gitara tonie w kłębach emocji. Zdaje się, że na ostatniej prostej muzycy zachowali dużo sił witalnych. Końcowe spowolnienie nie odbywa się zatem na drodze jednokierunkowej.

 

Wadada Leo Smith & Joe Morris Earth's Frequencies (FRS Records, CD 2024). Wadada Leo Smith – trąbka oraz Joe Morris – gitara. Nagranie koncertowe, Real Art Ways, Hartford CT, luty 2023. Pięć improwizacji, 50 minut.

 

*) recenzja powstała na potrzeby jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana



wtorek, 2 lutego 2016

Anthony Braxton - recenzje zebrane


Anthony Braxton  Seven Compositions (Trio) 1989  (hatOLOGY

Prawdziwa perła w kolekcji nagrań Anthony'ego Braxtona, szczęśliwie wznowiona po wielu latach od momentu nagrania. Przy okazji bodaj jedyne wspólne nagranie Braxtona z genialnym, brytyjskim perkusistą Tonym Oxleyem (jeśli gdzieś razem zagrali, to incydentalnie w jakimś dużym składzie; ja w każdym razie nie pamiętam). Dodatkowo rzadka okazja posłuchania improwizującego Braxtona w typowym jazzowym triu. W repertuarze pięć kompozycji lidera, standard i numerek dumnego syna Albionu. Całość zakomponowanych dźwięków urocza zlepiona typowym dla Braxtona improwizacyjnym sosem. Bardzo smakowite danie z tego powstało.



Basista lekko wycofany (och, nie wspomniałem o nim - Adelhard Roidinger, Austriak z pochodzenia; osobiście spotykam go po raz pierwszy), zarówno w zakresie brzmieniowym, jak i udziału w procesie twórczym. Wszakże jest tu, choć delikatnym, to jednak istotnym elementem powodzenia całego przedsięwzięcia. Zaś kąśliwe dialogi głównych bohaterów, jako danie główne - ci istotnie w świetnej kooperacji, jakby grali razem co najmniej od końca drugiej wojny światowej. Dobitny dowód na silnie jazzowy rodowód muzyki tworzonej przez Braxtona. Piękna płyta.

Czekamy na kolejne reedycje "kapeluszowe", bo szwajcarskie archiwa pękają w szwach od wspaniałej, acz niedostępnej muzyki, głównie z przełomu lat 80. i 90. poprzedniego stulecia.


Anthony Braxton Creative Orchestra (Köln) 1978  (hatOLOGY)

Szwajcarscy "Kapelusznicy" już po raz drugi w ostatnich miesiącach raczą nas reedycją wiekopomnego wydawnictwa Anthony'ego Braxtona.

Po Triu z roku 1989 ("Seven Compositions"), tym razem duży skład - Kreatywna Orkiestra, która 30 lat temu decydowała o obliczu free jazzu w wymiarze wieloosobowym. Koncert z Kolonii, z maja 1978 roku - zebrane na dwóch dyskach 105 minut doprawdy genialnej muzyki, współtworzonej przez 21 młodych, acz już wtedy wybitnych improwizatorów. Uszy nasze wypełniają dźwięki generowane przez m. in. Marty'ego Ehrlicha, Kenny'ego Wheelera, Leo Smitha, Marylin Crispell, Raya Andersona, George'a Lewisa, Johna Lindberga, Neda Rothenberga (w zakresie instrumentarium - 5 drewniaków, 7 blaszaków, piano, akordeon, wibrafon, gitara elektryczna, 2 kontrabasy, perkusja, marimba i syntezator).



5 kompozycji Braxtona (numeracja między 45 a 59, zatem podówczas dla niego współczesnych) plus zbiorowa improwizacja ("Językowa"). Niebywale różnorodna propozycja muzyczna - krwiste batalie rozgadanych artylerzystów ("Language Improvisations"), stonowane dialogi piechoty gotującej się do decydującego natarcia ("Comp. 59"), defilada pozornych zwycięzców, przeradzająca się w transowy, rytualny taniec dezerterów ("Comp. 58"), śpiewy wciąż jeszcze żywych ptaków przy wtórze kanonady moździeży ("Comp. 51"). Porywające tematy, kompetentne improwizacje (tak solowe, jak i kolektywne), ciekawe dekonstrukcje przestrzeni muzycznej za pomocą syntezatorowych zabawek (Bob Ostertag), udane ornamenty gitary elektrycznej (James Emery).

Absolutny kanon free jazzu, kanon muzyki kreatywnej.


Anthony Braxton  For Alto  (Delmark)

Ileż trzeba mieć tupetu, by w wieku 23 lat nagrać płytę pod tytułem "Trzy kompozycje Nowego Jazzu"? Ileż śmiałości, zadziorności i pewności siebie, by w wieku lat 24 nagrać 73 minuty na saksofon solo i to w czasach, gdy tego typu eksploracje miały charakter incydentalny i raczej objawiały się światu w innych gatunkach muzyki?



Oczywiście znamy wielu szarlatanów muzycznych, gotowych na zdecydowanie większe szaleństwa i bardziej kontrowersyjne eskapady. Ale "For Alto" z roku 1969 to płyta, która chyba najdobitniej pokazuje, jak wielkim i kreatywnym muzykiem jest Anthony Braxton.
73 minuty solowej kawalkady altowych dźwięków pierwotnie ukazało się na dwóch winylach. Reedycja z początku tego tysiąclecia przynosi czarnoodziany dysk, typowe dla Braxtona fikuśne rysunki obrazujące potok muzycznej świadomości autora i skąpy komentarz wydawcy. Oto muzyka, która na zawsze wykłuła kanon freejazzowej gry na saksofonie. Otwarła uszy całemu światu na dźwięki dotychczas zarezerwowane dla podświadomości nielicznych. I choć w wymiarze audiofilskim sprawia wrażenie jakby powstała w okopconym garażu, na lekko przegrzanych piecach, ten brudny, niechlujny background dodaje jej posmaku autentyczności.

Każda z ośmiu kompozycji zawarta na "For Alto" warta jest nieustannego odsłuchu i stanowi trwały punkt odniesienia dla naszych kolejnych, nowych przygód z jazzem. W nowym roku zacznijmy muzyczny karnawał od spotkania z porażającym klasykiem.


Anthony Braxton & Kyle Brenders  Toronto (Duets) 2007  (Barnyard Records)

Początek nowego roku, tuż po ogłoszeniu dorocznych zestawień najlepszych, czy najbardziej ulubionych płyt, bywa dla recenzentów okresem trudnym. Otóż bowiem w nasze ręce często wpadają wtedy płyty wydane tuż pod koniec roku poprzedniego, często naprawdę udane, które nie zdążyły załapać się na listy rankingowe. I cała zabawa bierze w łeb.
Czas zatem, by ogłosić pierwszą wielką płytę roku 2008, która na doroczny ranking nie załapała się z powodu konwencji kalendarza. Duet Anthony'ego Braxtona z młodym, wielce obiecującym saksofonistą z Kanady, Kyle'em Brendersem, nagrany w Toronto późnym latem 2007, na takie miano zasługuje bezwzględnie.



Koncepcja Ghost Trance Music, to jeden z najważniejszych wkładów Anthony'ego Braxtona do historii muzyki współczesnej. Powstała i rozwijana była głównie w drugiej połowie ubiegłej dekady i na początku bieżącej. Nie miejsce tu i czas, by wyłożyć tę - skądinąd - bardzo ciekawą teorię. Być może przyjdzie na to czas niebawem.

Muzyka GTM prezentowana była przez Braxtona w bardzo różnych składach personalnych - od kwartetu począwszy, na dużych składach skończywszy. Nigdy wszakże nie była grana jedynie w składzie dwuosobowym. Omawiany podwójny dysk z Toronto, prezentuje dwie kompozycje Braxtona zagrane właśnie w duecie wedle modły Muzyki Duchowego Transu. Kompozycja 199, a zatem już dość wiekowa i Kompozycja 356, czyli raczej dość świeża. Dyskografia www.restructures.net zawiera pełne zestawienie wszystkich kompozycji Braxtona, ze wskazaniem na konkretne ich wykonania - odsyłam zatem pośpiesznie wszystkich zainteresowanych szczegółami.

Anthony Braxton (sss, ss, as) - kanał prawy i Kyle Brenders (cl, ss, ts) - kanał lewy. GTM, czyli rytm, jako baza do muzycznych eksploracji. Uciekamy w niebanalną sonorystykę, ale rytm nie pozwala uciec nam definitywnie. Zawsze wracamy. Dialogi saksofonistów są chwilami bardzo zadziorne, by - zwłaszcza na drugim dysku - popadać w uroczą free jazzową melancholię (i wtedy robi się najpiękniej). Muzycy słuchają się bardzo wnikliwie, wiele jest tu ciekawych interakcji, a proponowane ścieżki improwizacji bywają naturalną konsekwencją zagrań interlokutora. Czas płynie bardzo demokratycznie. Uwaga na Brendersa - w roli improwizatora nie ustępuje Mistrzowi. Dodatkowym smaczkiem nagrania jest piękne brzmienie saksofonu tenorowego, rzadkiego w muzyce Braxtona instrumentu (on sam na nim, jak wiadomo, nie grywa, a i wśród współpracowników ten dęciak nie pojawia się zbyt często).

Blisko 100 minut wspaniałej podróży po sferach muzycznej podświadomości... Udane intro kolejnego szalonego roku współczesnej muzyki improwizowanej.


Anthony Braxton Quartet   Moscow (2008) (Leo Records)

Trio Anthony’ego Braxtona, znane nam choćby z ubiegłorocznego festiwalu w Victoriaville (obok lidera, Taylor Ho Bynum, trąbki przeróżne i Mary Halvorson, gitara), na tegorocznym, czerwcowym koncercie w Moskwie, wzbogacone zostało o subtelne brzmienie fagotu (za co bezpośrednio odpowiedzialna jest niejaka Katherine Young, niechybnie kolejna utalentowana studentka z Wesleyan).

Kompozycja 367B, zwał jak zwał, trwająca ponad 70 minut (oj, duża musiała być tamtejsza klepsydra) plus trzyminutowe encore. Powiedzieliśmy Moskwa, dodajmy, że rzecz działa się at the DOM (gdziekolwiek to jest), u progu tegoż lata.



Z fagotem dramaturgia tej muzyki chwilami nam ciekawie pęcznieje, wszakże pozostając dla mnie zestawem dźwięków, przy której moje członki radośnie wypoczywają (uroda tej muzyki nie jest może zbyt oczywista, ale uznajmy w tym gronie, że bananowe blondynki nie są też szczytem naszych preferencji estetycznych). Warto w tę muzykę zanurzyć uszy, potem bez stresu, czasami na ułamek sekundy od niej odejść, by ze szczerą radością szybko powrócić, bez uszczerbku dla ciągłości przyczynowo-skutkowej. Nie chcę przez to powiedzieć, że to muzyka dla mniej zaawansowanych Braxtonofili, ale naprawdę nie bójmy się jej. Popłyńmy wraz z nią i nie zadawajmy sobie zbędnych pytań.

Przy okazji kolejny asumpt do niekończącej się opowieści o kwartetach Anthony’ego Braxtona i bezwzględnie najświeższe wydawnictwo z muzyką tegoż Pana (rzecz wszak działa się niecałe pół roku temu).


Anthony Braxton   Sextet (Victoriaville) 2005  (Victo)

Festiwal w kanadyjskim Victoriaville dwa lata temu gościł Anthony’ego Braxtona. W trakcie trzech kolejnych dni AB zagrał trzy koncerty, które zostały uwiecznione na płytach Victo Records – kolejno: kompozycję 345 z Sextetem, wolne improwizacje w duecie z Fredem Frithem i krótką, acz dosadną decybelowo kooperację z noisową formacją Wolf Eyes.



Mnie najbardziej zainteresowało nagranie Sextetu, które dowodzi wciąż wspaniałej formy lidera. Ciekawe instrumentarium – saksofony i klarnety, trąbka i przetworniki, skrzypce, tuba i elektronika plus sekcja (na basie doskonały Chris Dahlgren). W tej muzyce jest wszystko, czym od lat zachwyca nas Braxton. I jazz, i kameralistyka, i zabawa przetworzonym elektronicznie dźwiękiem. Jest także Braxton jakiego znamy choćby z doskonałych kwartetów w latach 80. Jest improwizacja i żelazna dyscyplina. Jest polot, wigor, konstrukcja, dekonstrukcja i wyciszenie. Wspaniała muzyka.


Anthony Braxton  Quartet (GTM) 2006  (Important Records)
  
Śmiem twierdzić, iż to najważniejsze wydawnictwo Anthony'ego Braxtona po roku 2000! Cztery kompozycje na czterech dyskach, w klasycznym kwartecie jazzowym. Oto czym jest muzyka trójcentryczna rozpisana na duży skład (przypomnijmy: trzy niezależne od siebie centra dowodzenia procesem improwizacji) przeniesiona w dwanaście nowych wymiarów i zredukowana do czterech podmiotów wykonawczych (jak zwykle, matematyczna precyzja kompozytora). Braxton zwie to Ghost Trance Music! Erudytom polecam wnikliwą analizę przypadku dokonaną przez samego autora, a dołączoną do pięknie wydanego digipacku.



Oto absolutnie wolna muzyka, powstająca na zderzeniu procesu komponowania i improwizowania. Drodzy żurnaliści, profesjonaliści, nie łamcie sobie piór - nie zdołacie precyzyjnie zdefiniować tej muzyki! Oto czterech całkowicie wyzwolonych z wszelkich konwencji muzyków, którzy bynajmniej nie atakują nas kawalkadą dźwięków, lecz wręcz przeciwnie - każą nam się zatrzymać i głęboko zadumać. Oto wielka, intelektualna przygoda z dźwiękiem.


Anthony Braxton  Trio (Victoriaville) 2007  (Victo Records)

Formacja odpowiedzialna za tę muzykę trochę nieformalnie nazywa się Diamond Curtain Wall Trio. Obok podmiotu sprawczego mamy tu Taylora Ho Bynuma na trąbce, kornecie i wspomagaczach oraz Mary Halvorson na gitarze elektrycznej (znamy podwójny dysk tej formacji - "Trio (Glasgow) 2005", choć z innym gitarzystą). Co istotne, Braxton poza arsenałem instrumentów dmuchanych, korzysta także z elektroniki.



Kompozycja 323C, wykonana na Festiwalu w Victoriaville. Muzyka uroczo płynie przez nasze uszy, aczkolwiek momentami bywa agresywna, a jej walory sonorystyczne stanowią w dużym stopniu o jakości całego przedsięwzięcia. Zwracam uwagę na bardzo umiejętne i dalece wstrzemięźliwe korzystanie z elektronicznego wspomagania przez samego Braxtona (zresztą, w dobieraniu odpowiednich propozycji instrumentalnych nigdy nie miał problemów). W ramach trzech zestawów instrumentów, dowodzonych przez wspaniałych muzyków, oczywiście kosmiczna synergia. Piękna, trwająca godzinę, muzyczna przygoda (wszyscy jej twórcy winni pojawić się u nas w grudniu, w ramach Septetu). Ja przy tej muzyce odpoczywam.


Anthony Braxton  12+1tet (Victoriaville) 2007 (Victo Records)

Bardzo świeże wydawnictwo Anthony[ego Braxtona, prezentujące koncert na festiwalu Victoriaville w roku 2007. Trzynastoosobowy skład (dokładnie ten sam, którego opasłe tomy nagrań rok wcześniej dały początek wydawnictwu Firehouse Rec. – słynne 10-cd z nowojorskiego Iridium), przeto bogate instrumentarium, obok dęciaków różnej maści, także konglomerat zabawek dzwonkopodobnych i często wyrazista w prowadzeniu zaczepnych improwizacji gitara elektryczna. 70-minutowa kompozycja nr 361, ale jak to w wypadku "późnego" Braxtona, mamy tu tak naprawdę swobodną improwizację, by nie rzec żonglerkę fragmentami także innych kompozycji (przez co nasz bohater niechybnie zbliża się do realizacji swego życiowego marzenia, czyli jednoczesnego wykonania wszystkich swoich kompozycji).



W przeciwieństwie do chyba nazbyt rozbudowanego zestawu dziewięciu kompozycji z Iridium, tu mamy tylko konkret, zwieńczenie tej formuły. Oczywiście wspaniała muzyka, oczywiście kosmiczna erudycja głównego narratora i niemal cyrkowe popisy instrumentalistów. Dla mniej wtajemniczonych dodam, iż pośród ostatnich dużych składów AB (czy to jeszcze muzyka trójcentryczna zapytać by trzeba kompozytora), to nagranie jest niezwykle przyswajalne i – rzecz jasna – absolutnie nie dające się opisać banalnym językiem recenzenta.


Anthony Braxton & Italian Instabile Orchestra  Creative Orchestra (Bolzano) 2007 (Rai Trade/Tracce)

Z dwóch wydanych w roku ubiegłym, wielkogabarytowych projektów Anthony'ego Braxtona, ten jawi mi się jako zdecydowanie bardziej udany. Kanadyjska propozycja (Anthony Braxton and the AIMToronto Orchestra Creative Orchestra (Guelph) 2007) zbyt - jak dla mnie - ucieka w kierunku trzecionurtowym i choć przyjemna dla ucha, w głowie pozostawia raczej mało konkretne wspomnienia.



Co innego Creative Orchestra z Bolzano - kooperacja Braxtona z aktywną od lat Italian Instabile Orchestra. Włoska załoga pilnie wykonuje kompozycje mistrza, absolutnie posłuszna jego batucie. Sam Braxton - obok roli wodzirejskiej - kreuje nam trochę altowej rzeczywistości. Sześć odcinków muzycznych, cztery kompozycje pięknie zaprezentowane przez 17-osobowy skład. Fragmenty mainstreamowe kontrastowane są z zadziornymi free improwizacjami. Wiele emocji, ciekawych dysonansów brzmieniowych, kilka smakowitych popisów solowych. Bardzo konsekwentna, przystępna muzyka, udanie nawiązująca do kreatywnych orkiestr Braxtona z lat 70. Polecam nawet malkontentom.

Teksty powyższe pierwotnie zamieszczono na portalu diapazon.pl w latach 2006-09.



Anthony Braxton  3 Compositions Of New Jazz  (Delmark)
Anthony Braxton  8 Duets: Hamburg 1991 (Music and Arts)
Anthony Braxton and Richard Teitelbaum  Duet: Live at Merkin Hall, NYC (Music and Arts)
Anthony Braxton/ Chris Dahlgren  ABCD (Not Two)

W oczekiwaniu na wielokrotnie przekładany koncert jednego z najważniejszych żyjących muzyków - Anthony Braxtona - zachęcam Was do lektury poniższych wynurzeń i słuchania jego nagrań.

Muzyk jazzowy? Braxton by się pewnie obruszył. Aktywny od blisko 40 lat muzyk sam twierdzi, że jazz przestał grać jakieś 30 lat, poza tym w erze "po Aylerze" granie free jazzu przestało mieć jakikolwiek sens.
Ma dość radykalne poglądy na wiele kwestii, zarówno muzycznych, jak i całkiem społecznych. Mając 23 lata nagrał debiutancki krążek pod swoim nazwiskiem i miał czelność nazwać go "Nowym Jazzem". Swoje kompozycje tytułuje na ogół liczbami i dziwnymi kaligrafami. Znacie jego koncepcję muzyki trójcentrycznej? Czytaliście o tym? Czy poczuliście się niczym Sokrates? To wiem, że nic już nie wiem. A raczej nie rozumiem.
Ciekawa postać, która nagrywa chwilami naprawdę genialną muzykę. Nie łatwą, ale na pewno bardziej komunikatywną niż jego przekaz werbalny. Rzadko są to tradycyjne składy, z sekcją rytmiczną i instrumentami solowymi. Bo i sam Braxton zawsze daleki jest od wszelkich konwencji, balansując na granicy wolnej improwizacji i kompozycji, w bardzo współczesnym rozumieniu tego ostatniego terminu. Raczej nie swinguje (pewnie dlatego nie słucha go redaktor Brodacki z "Jazz Forum").
Gdy już sięga po nieswoje kompozycje lub bardziej tradycyjne zestawy narzędzi muzycznych, ja wychodzę z pokoju. Eksplorację standardów, bez względu na stopień ich twórczego przetworzenia, pozostawiam redaktorom bardziej wyedukowanych (ja jestem tylko rozkochany). Już wolę jego solowe przebiegi, fascynujące duety (tych chyba najwięcej), nietypowe tercety i kwartety. Pomysłowość Braxtona budzi mój szacunek, stopień skomplikowania kompozycji każe prosić o jeszcze więcej doznań.
I to chyba właśnie dzięki niemu wiemy, że saksofony i klarnety mają naprawdę piękną i szeroką gamę dźwięków.

Zacznijmy od nietypowego kwartetu i tych trzech kompozycji prowokacyjnie nazwanych Nowym Jazzem. Jest rok 1968, kilka miesięcy po debiucie na krążku Muhala Richarda Abrahmsa (kłania się AACM, nie tylko w wymiarze braxtonowskim). Leroy Jenkins na skrzypach i wielu dodatkowych, figlarnych instrumentach, Leo Smith (jeszcze wtedy nie "Wadada") na trąbce i wielu dodatkowych, figlarnych instrumentach, Richard Abrahms na pianie, wiolonczeli i alto klarnecie, no i sam Braxton na saksofonach i klarnetach (już wtedy, a także i potem - wszystkie możliwe rury za wyjątkiem tenoru). Czterdzieści kilka minut całkiem fascynujących poszukiwań uciekających harmonii, zagubionych w przestrzeni dźwięków, eleganckich mikrowojen, intrygująco brzmiących instrumentów. Wspomniane wyżej bogate instrumentarium, gardłowe melorecytacje i lekka skłonność do subtelnej kakofonii przypominają nam lepsze dokonania Art Ensemble Of Chicago, ale ponieważ jest rok 1968, nie będziemy tego traktować jako inspiracji, gdyż ta miała raczej grot przeciwny. Dwie kompozycje autorstwa Braxtona, jedna Smitha. Uwaga, bardzo wciąga!



Peter Niklas Wilson na kontrabasie to współtwórca pierwszego z omawianych tu duetów Braxtona. Tym razem przenosimy się do Hamburga i jest rok 1991. Wszechstronnie wykształcony Niemiec w ramach 8 kompozycji (zatem tytuł całości nieprzypadkowy) udanie podąża za myślą kompozytorską AB - otrzymujemy całkiem melodyjną i strawną porcję silnie jazzowych improwizacji. Strawną wedle kanonów kompozycji Braxtona rzecz jasna, tutaj zgodnie z zasadą "jak ja improwizuję, ty mi zgrabnie przygrywasz" lub "stwórzmy razem ciekawy efekt sonorystyczny". Piękne brzmienia, zwłaszcza klarnetu kontrabasowego i czyste, kontrabasowe pochody Wilsona. Oczywiście nie nucimy przy goleniu, dzieciom przed snem też nie polecamy. "8 Duets" polecamy wszakże tym, którzy z pozoru trudno dostępną muzykę AB obchodzą - całkiem niesłusznie - szerokim łukiem. To płyta, która potwierdza, iż Braxton to człowiek jazzu pełną gębą, zatem jego słowne igraszki, cytowane na wstępie, puszczamy mimo uszu. To jazz! (konstatacja ważna dla redaktora Brodackiego).



Kolejny duet - na zasadzie kontrastu - poleciłbym raczej otwartym na świat i ciekawie dźwięki filharmonikom. Nowy York, rok 1994. Richard Teitelbaum, wielce zasłużony dla krzewienia kultury elektronicznej człek muzyki, i tej klasycznie pojmowanej, jak i tej całkiem jazzowej (uczeń Luigi'ego Nono). Nagrania pochodzą przed kilkunastu lat, zatem tym bardziej chylimy czoła zebranemu instrumentarium (kbks, samplery, komputer, etc). Rzecz nagrana na koncercie, brzmi dość specyficznie, zwłaszcza, gdy muzyka kreowana przez rury Braxtona dociera do nas zza grubej powłoki nieco onirycznego klimatu, budowanego przez bogatą fakturę dźwiękową, tworzoną ad hoc przez Teitelbauma. Koncert absolutnie dla wtajemniczonych, polecam zatem nie czytającym jazzforum. Dwa wyimprowizowane sety plus zgrabny encore. Zabawna okładka w klimacie bokserskim. Groźny alt Braxtona w filharmonii. Tylko pozornie prowokacyjne. Czyż minimaliści z trzema akordami w trakcie pełnowymiarowego koncertu nie byli bardziej awangardowi?



Wreszcie "ABCD" - ostatnia z przywołanych w preambule pozycji. To pierwsza w Polsce płyta Anthony'ego Braxtona, wydana oczywiście dzięki operatywności Marka Winiarskiego (postać zapewne nieznana szerokim kręgom jazzforumfanów). Braxton na czterech rurach (ach, te brzmienia - sonorystyczne niebo w moich uszach!) plus znany nam z innych pozycji z katalogu Not Two - Chris Dahlgren na kontrabasie i elektronice (!). Cztery wersje jednej kompozycji naszego bohatera i tyleż muzycznych peregrynacji autorstwa Dahlgrena. Bardzo wysmakowane wycieczki dźwiękowe. Panowie bardzo ciekawie koegzystują w oparach rozszarpywanych harmonii, okraszając się wzajemnie inspirującymi kontrapunktami, zwłaszcza gdy nad brzmieniem duetu zawisa piętno elektronicznych przekształceń i zniekształceń. Zwracam szczególnie uwagę na utwory parzyste (Dahlgrena), gdzie słuchać wyraźnie poważne zabiegi postprodukcyjne, albowiem wytrawne ucho Waszego recenzenta słyszy przynajmniej trzech Braxtonów i dwóch Dahlgrenów (odsyłam do cyfr zawartych w tytułach utworów). Efekt fascynujący, trafnie konstytuujący tezę o wyjątkowej klasie całego albumu. Nagranie mamy z roku 2003, co dowodzi także nadal wysokiej formy AB, zwłaszcza w formule duetowej. Piosenki jak zwykle niełatwe i długie (całość przekracza 76 minut), choć tytuł płyty sugerowałby coś z natury prostego. W kategorii "Braxton - życie i twórczość" pozycja zacna, natomiast w krajowych kategoriach wydawniczych - z pewnością jedno z najważniejszych wydarzeń muzycznych roku, z pewnością - tuż za jubileuszem Ptaszyna (dostał list od Marszałka Jurka !).


 Max Roach/Anthony Braxton  One In Two, Two In One   (Hat Hut Records)

Jeśli wciąż mało nam muzycznych doznań, sięgnijmy koniecznie po dość zaskakujący duet z końca lat 70ych ubiegłego stulecia. Otóż na scenie, obok siebie bebopowy weteran perkusji Max Roach i tytan free jazzu Anthony Braxton, wtedy jeszcze "stuprocentowy" jazzman. "One In Two, Two In One" - koncert nagrany na festiwalu Willisau (jak wiele wydanych w zacnej kapeluszowej wytwórni szwajcarskiej) w roku 1979, wydany zaś dokładnie dekadę później. Spotkanie muzyków, którzy pozornie nie mają ze sobą wiele wspólnego. A jednak udaje się wyśmienicie. 



Braxton w genialnej wprost formie, absolutnie nienaginający się do estetyki Rocha, do tego, wyjątkowo jak na niego komunikatywny. Dwa długie sety, w trakcie których czujemy jak interakcje pomiędzy muzykami się zacieśniają, wchodząc z każdą minutą na wyższy poziom. To, co gra Roach powyżej 70 minuty to prawdziwa eksplozja, jakiej z pewnością nie usłyszycie na jego innych płytach. Braxton? Jakże dobitnie możemy się tu przekonać, jak wytrawnym, kreatywnym jest saksofonistą i klarnecistą. 75 minut muzyki tego duetu słucham wciąż w pozycji rozdziawionej gęby.

Teksty pierwotnie zamieszczone na portalu Gaz-eta Vivo.pl w roku 2006.

środa, 27 stycznia 2016

Radość kompletna - Anthony Braxton na przełomie trzeciej i czwartej dekady życia


Obiektywne omówienie wielopakowego "The Complete Arista Recordings Of Anthony Braxton" wymaga na wstępie nowego zdefiniowania pojęcia "Kompletnej Dyskografii". Otóż bowiem rzeczony 8-płytowy box nie zawiera bynajmniej pełnego zestawu nagrań Braxtona dla wytwórni Arista, nie został także uzupełniony jakimkolwiek bonusem, zarejestrowanym ongiś w studiach wydawnictwa i odkurzonym obecnie, co na ogół bywa stałym elementem podobnych "kompletnych nagrań". Nie znajdziemy tu także tzw. alternatywnych wykonań utworów, publikowanych wcześniej.


Na ośmiu dyskach mamy "jedynie" pełny zestaw muzyki wydanej 30 lat temu przez Aristę na dziewięciu wydawnictwach winylowych (w tym dwóch podwójnych i jednym potrójnym). W wypadku tego zestawu, absolutnie kompletna jest z pewnością radość płynąca z odsłuchu ponad ośmiu godzin muzyki Braxtona. Muzyki dotychczas - w większości przypadków - niedostępnej w formacie CD.

Braxton podpisał swój pierwszy "majerski" kontrakt (i chyba jedyny) w roku 1974. Miał za sobą okres prenatalnych eksperymentów "Nowego Jazzu" (które po latach okazały się kamieniami milowymi muzyki free), francuski przystanek końca lat 60. i pierwszej połowy 70. (freejazzowcy zza wielkiej wody koczowali podówczas masowo na paryskich ulicach), współpracę z Chickiem Coreą w ramach projektu Circle i – co dość istotne dla przebiegu dramaturgicznego tego omówienia – nagranie podwójnego zestawu standardów "What’s New In The Tradition".

Kontrakt podpisał, bo po prawdzie musiał (element socjalno-bytowy tej opowieści nie może ujść naszej uwadze), albowiem założył rodzinę i kupił dom w Woodstock. W okresie kolejnych sześciu lat nagrał dla Aristy 9 płyt, które w znaczącej części stanowią o wartości jego dokonań przełomu trzeciej i czwartej dekady życia.

Na "kompletny" zestaw nagrań dla wspomnianej w preambule wytwórni składają się nagrania solowe, duet z Muhalem Richardem Abramsem, duet z Georgem Lewisem wsparty orkiestrą Berlińską, trio z kolegami z AACM, pokaźna dawka nagrań kwartetowych, kompozycje wykonane w ramach kreatywnej orkiestry, gigantyczny projekt muzyki współczesnej na cztery orkiestry oraz drobny suplement skomponowany na dwa fortepiany.

Nagrania z trzynastu płyt winylowych zostały poupychane na ośmiu płytach CD, zatem siłą rzeczy nabywcy tego drogiego (skądinąd) zestawu pozbawieni zostali możliwości dogodnego, w pełni chronologicznego odsłuchu wszystkich nagrań, bez konieczności manipulowania krążkami. Np. każda ze stron analogowego "For Trio" umieszczona jest na innym CD, także niektórych sesji kwartetu trzeba szukać na dwóch CD (podobnie solowych eksploracji). Ale to w sumie drobne niedogodności. Opis płyt jest precyzyjny i pozwala w miarę sprawnie poruszać się po wydawnictwie.

Co bardziej zaawansowani technologicznie słuchacze zgrali zapewne całość muzyki do swych wyuzdanych ipodów, pogrupowali nagrania wedle winylowych kanonów, a także ściągnęli z netu oryginalne okładki (czego nam wydawcy "kompletnej" dyskografii – z niewiadomych powodów – poskąpili), przez co osiągnęli docelowy poziom komfortu.

Idąc za głosem tej ostatniej grupy słuchaczy, omówienie nagrań Anthony'ego Braxtona dla Aristy poprowadzę wg schematu analogowego, ubarwiając opowieść reprodukcjami pięknych, oryginalnych okładek czarnych płyt.


New York, Fall 1974

Jeśli miałbym jednym zdaniem podsumować największą wartość omawianego ośmiopaku, rzekłbym, iż jest nią pokaźna dawka nagrań kwartetu Braxtona z udziałem brytyjskiego trębacza Kenny'ego Wheelera. Dotychczas ich wspólne nagrania nie były w zasadzie dostępne w formacie cyfrowym. Wheeler, w tamtym okresie zdecydowanie free improviser, wniósł do muzyki Braxtona typowy dla europejskich muzyków improwizujących klasycystyczny sznyt, kameralne zadęcie, chwilę zadumy (choć sam pochodził z Kanady, całe swe życie artystyczne związany był z Wielką Brytanią). I choć osobiście bardziej cenię sobie w roli kwartetowego uzupełnienia, w tamtych latach, puzon szalonego George’a Lewisa, to obcowanie z trąbką Wheelera jest wartością samą w sobie i niesie istotne – dla mych uszu - walory sonorystyczne.






Jesienna sesja w kwartecie otwiera nasze wydawnictwo. Przy okazji nieodparte, choć subiektywne wrażenie, że Braxton po nagraniu "What’s New In The Tradition" zdecydowanie docenił brzmienie i frazowanie dobrej, jazzowej sekcji rytmicznej (co nie było częstym jego udziałem w pierwszym, pięcioletnim okresie działalności artystycznej). Docenił na tyle silnie, że przez kolejne dwadzieścia lat nagrywał głównie przy wsparciu kontrabasu i perkusji.
W tej sesji, obok Dave’a Hollanda (znacząco polubili się po wspólnym graniu w Circle), na perkusji Jerome Cooper (w kolejnych latach zastąpiony przez Barry’ego Altschula - także kolegę z Circle). Cztery kompozycje (wg słów samego autora, pierwsza z nich to atonalna wersja słynnej "Donna Lee"), a w ostatniej gość – Leroy Jenkins na skrzypcach. Wspaniały jazz! Z naciskiem na słowo jazz. Wszak kwartety z lat 70., w trakcie całej muzycznej przygody Braxtona, najbliższe są jazzowego mainstreamu, w pełnym rozumieniu tego słowa. Temat, improwizacje, czasami odrobinę kolektywne, temat, coda. Któż powie, że Braxton nie gra jazzu?!? 

Jesienna, nowojorska sesja sprzed 34 lat, to nie tylko kwartet. Płytę uzupełnia drobny duet z Richardem Teitelbaumem (inne ich nagrania dla Aristy, to właśnie jeden z brakujących elementów naprawdę kompletnej dyskografii) oraz nagrania kwartetu saksofonowego. Obok głównego bohatera – Julius Hemphill, Olivier Lake i Hammiet Bluiett, czyli 3/4 World Saxophone Quartet, i to jeszcze przed swoim pierwszym płytowym ujawnieniem! Jak się okazuje, Braxtona uznać można za protoplastę tej wybitnie popularnej formacji współczesnego jazzu!


Five Pieces, 1975

Lipcowa sesja kolejnego roku, to już tylko kwartet – z Wheelerem, Hollandem i Altschulem. Cztery kompozycje Braxtona (m.in. kolejne wersje kompozycji "23", eksplorowanej silnie poprzedniej jesieni) oraz nagrany w duecie z kontrabasem standard "You Stepped Out Of A Dream", otwierający cały zestaw, co po raz kolejny dobitnie dowodzi nam, że sesja tradycyjnych tematów z 1974 r. miały istotny wpływ na dalszy, muzyczny rozwój naszego bohatera. Pięknie improwizujący Braxton, uroczy towarzysz jego opowieści, choć nieco oddzielny estetycznie, Wheeler i rasowa jazzowa sekcja (Holland także bardzo czupurny w improwizacjach, zwłaszcza w rzeczonym standardzie). 




Szczególną uwagę zwracam na kompozycję "23E", trwającą ponad 17 minut – perełka w koronie tego składu, kwintesencja braxtonowskiej koncepcji muzyki na kwartet jazzowy w tamtych czasach. Muzyka iskrzy, z każdym kolejnym nagraniem, coraz mocniej, ale na apogeum tego składu musimy chwilę poczekać (rzecz bowiem wydarzy się na koncercie, ale dopiero na dysku szóstym – choć chronologicznie, ledwie 18 dni później).


Creative Orchestra Music 1976

Duże tematy muzyczne Braxton przerabiał już wcześniej (słynne CCC, nagrania czekające na swoją kompletną dyskografię), zarówno jako kompozytor, jak i muzyk do wynajęcia. Kreatywne Orkiestry w latach 70., to był pomysł świata free jazzu na szukanie nowych środków artystycznego wyrazu. Tu, lutowa sesja '76, oczywiście z Nowego Jorku - sześć kompozycji Braxtona, w każdej odrobinę inny skład (patrz: opis płyty), wielu wspaniałych muzyków (cała Free Nowy York w studiu!), w roli dyrygentów częściej Leo Smith i M.R. Abrams, niż sam Braxton. 




Niesamowity konglomerat muzycznych pomysłów - klasyczne big-bandowe przebiegi brutalnie gwałcone saksofonem kontrabasowym, sonorystyczne gierki kilkunastu wojujących instrumentów (w tym szmery Teitelbauma!), marsze weselne uciekające w ostre free – wyjątkowa muzyka, wytrzymująca niechybnie próbę czasu. I wyobraźcie sobie, że w roku 1977 "Down Beat" (ten sam magazyn, ten sam!!!) ogłasza tę wspaniałą płytę nagraniem roku! Oj, świat zeszmacił się nam przez te lata okropnie...


Duets 1976 (with Muhal Richard Abrams)

Wrzesień 1976 roku. Skromny duet z Muhalem Richardem Abramsem (piano). Dwie kompozycje obce (w tym otwierający klasyk Dolphy’ego "Miss Ann"), reszta utworów autorstwa Braxtona (w tym jeden wspólny obu Panów). 





W kontekście tego, co przedtem i potem w tym zestawie, delikatny odpoczynek dla naszych uszu. Zwłaszcza Muhal gra dość zachowawczo, ale dzięki temu zostawia pole szalejącemu na kilku instrumentach dmuchanych Braxtonowi. Świetny materiał dla początkujących fanów naszego bohatera – lekcja pt. "Dlaczego Braxton jest wybitnym instrumentalistą".


For Trio

Szczególne, ze względów personalnych, nagranie w zestawie. Kompozycja "76" (nota bene, wszystkie kompozycje zamieszczone w boksie określane są mianem "opusów") w dwóch wersjach. Najpierw trio z Douglasem Ewartem i Henrym Threadgillem, potem z Roscoe Mitchellem i Josephem Jarmanem. Nazwiska wywołujące drżenie każdego free fana – i słusznie! Braxton pilnie szukający swych afrykańskich korzeni. 




Każdy z muzyków ma do dyspozycji dziewięć instrumentów, a całość skomponowana jest nad wyraz precyzyjnie (odsyłam do opisu wydawnictwa). Plemienne inicjacje na dziesiątki dętych, perkusyjnych i innych małych przedmiotów. Trochę krzyków i garść szeptów. Zabawa dźwiękiem, mocno osadzona w klimatach wczesnego Art Ensemble Of Chicago, bliska także estetyce wspólnego nagrania Braxtona i Jarmana ("Together Alone"). Muzyka nobliwie łaskocze moje narządy słuchu, wszakże intelektu nie uruchamia specjalnie. Może zbyt wiele matematyki na etapie koncepcji, zbyt mało frywolności w trakcie wykonania. Wrzesień 1977 roku.


The Montreux/Berlin Concerts

Otóż i opus magnum "kompletnej dyskografii". Dwa koncerty kwartetowe i suplement. Pierwszy z roku 1975 (wspomniane 18 dni później), czyli Wheeler w roli klasycyzującego frytowca w konfrontacji z afroamerykaninem z ambicjami plus zabójcza sekcja rytmiczna, niebiorąca jeńców! Nagranie koncertowe ze Szwajcarii. Szkoda, że tylko 30-minutowe. Zaczyna się jak w filharmonii, kończy jak w porządnym nowojorskim lofcie! Na płycie wszakże nie ma chwili wytchnienia, bo zaraz odpalany jest kolejny koncert w kwartecie. Mija rok, lądujemy w Berlinie, Wheelera zastępuje George Lewis i koncert rozpoczyna się na nowo. Kolejne trzy torpedy. Tu jazda jest już ekstremalna. Karkołomne improwizacje, zwłaszcza Lewisa, kosmiczna chemia pomiędzy muzykami (koncert w ramach tej samej trasy, co słynny HatHutowy Quartet (Dortmund) 1976, tylko pięć dni późniejszy – sam nie wiem, czy ten nie jest lepszy). Niestety i tu – po pół godzinie - ktoś drastycznie wyłącza nam odtwarzacz. Płaczemy łzami wielkimi, jak kurze jaja. Dostajemy wszakże mały bonus na pocieszenie. 




Dwa dni po koncercie kwartetu, Braxton i Lewis, w towarzystwie Berlin New Music Group, wykonują ponad dwudziestominutową kompozycję "63". Jeśli liczyliście, że dwóch struchlałych jazzmanów podejdzie na kolanach do świergotania filharmoników, to jesteście w strasznym błędzie. Drapieżne improwizacje obu wybitnych muzyków delikatnie puentowane są bogatym orkiestrowym instrumentarium. Wielka rzecz, cudowne zwieńczenie genialnych koncertów kwartetowych (na CD nie słuchamy tego jednym ciągiem, albowiem to ostatnie nagranie kończy dysk zarezerwowany dla Creative Orchestra).


Alto Saxophone Improvisations 1979

Michael Cuscuna, producent aristowskich nagrań, wspomina po latach, iż sesje solowe Braxtona, zamieszczone na tej płycie, były dla niego najtrudniejszym wyzwaniem, przynajmniej, jeśli chodzi o realizację tego kontraktu. Muzyk trochę grymasił, był bardzo krytyczny wobec nagrywanego materiału i często, nawet po kilku miesiącach, wracał do nagrań i chciał poprawiać ich brzmienie. Cóż z tych ambiwalencji po 30 latach wynika? Piękna, czasami liryczna, solowa petarda – trzynaście kompozycji zarejestrowanych podczas trzech sesji (wbrew nazwie płyty, zdecydowana większość nagrań powstała w listopadzie 1978 roku), trzy standardy (w tym coltranowskie "Giant Steps"), reszta autorstwa Braxtona. 




Dla mnie osobiście jakiekolwiek nagrania solowe naszego ulubieńca nigdy nie zbliżyły się do poziomu solowego debiutu - "For Alto", ale raczej bywam odosobniony w tych sądach. Altowy Braxton w wersji solowej to majstersztyk w każdym wariancie. Nie sposób, zagłębiając się w tej muzyce, tego nie usłyszeć.


For Four Orchestras

Z pewnością najbardziej szalony zamysł kompozytorski w życiu Braxtona. Kompozycja (opus) "78", rozpisana na cztery (!) 39-osobowe orkiestry. Blisko dwie godziny muzyki. Stuprocentowa notyfikacja, bez śladu improwizacji, czterech dyrygentów. Zawsze podziwiałem w Braxtonie tę jego artystyczną bezczelność, tupet. W wieku 33 lat zmierzył się z historią muzyki współczesnej. Nie śmiem oceniać, czy poległ. Nie czuję się kompetentny. Szalony pomysł, szalona muzyka. 




Spuentuję ją bardzo osobistym wspomnieniem. Otóż pierwszy raz słuchałem tego nagrania idąc samotnie nad morze, wieczorem, w całkowitych ciemnościach, przy lekkim mrozie. Muzyka na uszach, całkowicie zagłuszająca dźwięki mrocznej natury, tworzyła demony w mojej głowie, a ja sam nie wiem, jak pokonałem 4-kilometrowy odcinek. I takaż ta muzyka na całe życie mi już pozostanie.


For Two Pianos


To już rok 1980 i blisko 50-minutowe wykonanie kompozycji "95". Frederic Rzewski i Ursula Oppens na dwóch fortepianach, dodatkowo okazjonalnie wspomaganych przez zither i melodikę. Smakowite, acz dla mnie mocno chill’outowe, zwieńczenie kontraktu z Aristą.




Czas na małe resumé - "The Complete Arista Recordings Of Anthony Braxton" znakomicie uzupełnia dyskografię naszego bohatera, wydaną w formacie CD. Trudno zresztą sobie wyobrazić ją bez tych nagrań. Abstrahując od nagrań niejazzowych tu zamieszczonych (patrz: dwie ostatnie pozycje), drodzy melomani otrzymali kwintesencję jazzowego Anthony’ego Braxtona. Zwłaszcza dla tych, którzy wciąż podchodzą do jego muzyki, jak pies do jeża – lektura obowiązkowa. A dla reszty? Kolejny smakowity kąsek wspaniałej historii jazzu.

Czekamy wytrwale na kolejne reedycje. Nagrań dostępnych tylko winylowo wciąż bardzo dużo!!! Wydawcy! Do dzieła!

Tekst pierwotnie zamieszczony na portalu diapazon.pl w styczniu 2009r.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Company, czyli zacne Towarzystwo Pana Baileya


W ramach odkrywania niezbadanych lądów współczesnej muzyki improwizowanej, proponuję podróż po prawie dziś niedostępnych nagraniach, powołanej do życia artystycznego przez Dereka Baileya, formacji Company. Swoją uwagę skoncentruję na dźwiękach zarejestrowanych w drugiej połowie lat 70. ubiegłego stulecia.

Company, czyli rzeczone w tytule Towarzystwo, Derek Bailey powołał do życia w roku 1976. Jak sam to niezbyt zgrabnie określił, by swoje dotychczasowe doświadczenia w zakresie "swobodnie zaimprowizowanej muzyki" (freely improvised music) skonfrontować i rozszerzyć w gronie przyjaciół i muzyków, z wielu względów, także artystycznych, szczególnie mu bliskich.

A zatem wolna, swobodna improwizacja w trakcie spotkania zaprzyjaźnionych improwizatorów, przy kawie, herbacie, papierosie itd. (cenzura obyczajowa nie pozwala rozwinąć tego wątku). Zabawa, intelektualna gra, muzyczny pasjans.


Company, stadium początkowe

Początkowo idea Company funkcjonowała raczej w kameralnym zestawieniu. Bailey w kwartecie z Evanem Parkerem, Tristanem Honsingerem i Maartenem van Regteren Alteną (Company 1, maj ‘76), w trio z Anthonym Braxtonem i Evanem Parkerem (Company 2, sierpień ‘76), w duecie z Hanem Benninkiem (Company 3, wrzesień ’76), w końcu w kolejnym duecie - ze Steve’m Lacy (Company 4, listopad ’76). Wszystkie przywołane tu nagrania nie doczekały się jak dotąd edycji kompaktowej, a i same winyle chyba trudno kupić na legalu.


Company majowe, informacje porządkowe

Nagrania pod szyldem Company ukazywały się do końca lat 90. Nas wszakże w tym miejscu interesuje pewna sesja z maja 1977 roku, kiedy to powstały nagrania wydane pod numerami 5, 6 i 7.

Wtedy to, w ramach tzw. First Company Week, w Londyńskim The ICA spotkało się dziesięciu wybitnych improwizatorów. Reprezentujący zachodnią część półkuli ziemskiej, Amerykanie - Anthony Braxton (cl, fl, as, ss), Leo Smith (tp, fl), Tristan Honsinger (clo) i Steve Lacy (ss) oraz Ci z półkuli wschodniej, tu: europejskiej, Holendrzy - Maarten van Regteren Altena (b) i Han Bennink (d, vla, cl, bjo, etc.) oraz Brytyjczycy - Derek Bailey (el-g, ac-g), Evan Parker (ss, ts), Steve Beresford (p, tp) oraz Lol Coxhill (ss).

Realizatorzy (Nick Glennie-Smith i Howard Cross) zarejestrowali tony dźwięków i zapisali je na kilometrach taśmy. Wydano ostatecznie 18 fragmentów muzycznych (rejestracje z 25, 26 i 27 maja), na trzech płytach winylowych, które dzięki boskiej opatrzności znalazły się po latach na dwóch wydawnictwach CD (tu niestety okrojone o trzy utwory, dwa wcześniej wydane na części 6, jeden na części 7). Potem już tylko kilka karkołomnych zbiegów okoliczności i dwa srebrne krążki (zaledwie w formacie CD-R) wylądowały w odtwarzaczu Waszego recenzenta.

Winyle ukazywały się w pewnych interwałach czasowych. Najpierw wydano nagrania powstałe 26 maja. Na oceny przyjdzie czas w dalszej części tego omówienia, wszakże muszę od razu zaznaczyć, że w pierwszej kolejności wydano nagrania najlepsze, co jest – tak myślę - całkowicie naturalne. Domniemuję, że kolejne winyle ukazały światło dzienne w euforii odbioru wydawnictwa Company 5 (dla mnie osobiście - euforii bezdyskusyjnej). Ale to już fakty nieistotne i z dzisiejszej perspektywy trudne do weryfikacji.

I jeszcze szczypta statystyki – wśród rzeczonych osiemnastu fragmentów wolnych improwizacji (uwaga: każdy tytułowany inicjałami muzyków biorących udział w nagraniu!) mamy siedem duetów, pięć razy gramy w trio, są dwa kwartety, trzy kwintety oraz jeden septet. I to właśnie od niego zaczniemy omówienie ponad 100 minut wspaniałej muzyki nagranej w trakcie majowej trzydniówki, prawie czterdzieści lat temu w Londynie.


A teraz muzyka, czyli ... Company 5

 LS/MR/DB/TH/AB/SL/EP - otóż i rzeczony Septet w ponad 25-minutowym, kluczowym nagraniu analizowanej sesji. Cztery dęciaki kontra gitara, bas i wiolonczela. Ważny głos (Wadady) Leo Smitha - to ojciec chrzestny tego nagrania, on inicjuje i czuwa artystycznie nad przebiegiem wydarzeń. Choć to swobodna zabawa w dźwięki czujemy klasycyzujący, kameralistyczny stempel Smitha. Wyjątkowa muzyka.






SL/AB – dwa, trwające blisko kwadrans, duety Lacy’ego i Braxtona. Całkowicie pokojowa wojna na dwa soprany. Nikt tu nie wygrywa, może jedynie słuchacz w pozycji na kolanach. Kolejny dowód na to, że free improvisation może być piękne niczym dżdżysty, wiosenny poranek.

EP/TH/AB- wielki finał pierwszej edycji majowego Company, czyli Evan Parker i Anthony Braxton w konwulsyjnym dialogu, na tle ściany wiolonczelinowego dźwięku. Niespełna 8 minut muzycznego orgazmu. Dwa fragmenty gwarantujące całej majowej sesji miejsce w historii muzyki współczesnej.


... Company 6

LS/TH/AB/SL/MR – trwający blisko kwadrans fragment większej całości (światu wszakże nigdy nieudostępnionej w full wersji). Zgrabny kwintet, stanowiący estetyczne uzupełnienie Septetu z części 5. Znów (Wadada) Leo Smith w roli wodzireja i ciekawe wymiany zdań między saksofonistami. Wiolonczela i bas także mają tu sprawę na boku.

EP/HB/DB – muzykę tego tria, póki co, pozostawiamy w sferze domysłów, albowiem dostępna mi wersji CD nie zawiera tego fragmentu.




SB/MR/HB/LC – jak wynika z opisu wydawnictwa ten kwartet popełnił w trakcie majowego tygodnia kilka nie mniej zabójczych interwałów muzycznych, my jednak możemy posłuchać jedynie tego, 5 minutowego fragmentu. Czupurna przepychanka kilku pomysłów na zawładnięcie uwagą słuchacza i dźwięki wydawane gardłem (Beresford? Bennink?) jako puenta.

MR/SL – nagranie niedostępne w formacie CD

HB/AB/DB – znów fragment większej całości i Han Bennink - nie po raz ostatni – trafnie konstytuujący tezę, że wytrawny perkusjonalista zagra na każdym przedmiocie. Podobny stosunek do materii nieożywionej prezentuje tu Bailey, a Braxton wszystko oplata altowym komentarzem (choć jako intro proponuje najpierw subtelne fletowe pląsy). Muzyka powoli gęstnieje i nie czeka na oklaski. Perełka, jakkolwiek.

LC/TH/LS – Wiolonczela Honsingera w roli mediatora, a po obu stronach ringu wyciszone, acz zdolne do wszystkiego jurne dęciaki – Coxhill i Smith. Wojna ma jednak charakter pozycyjny, a Anglikowi chyba brakuje amunicji.


... Company 7

AB/EP – Panowie Parker i Braxton, jakby na przekór ogólnej tendencji charakteryzującej te nagrania (hałas piękniejszy jest od ciszy!), zapraszają raczej na spokojny spacer, w trakcie którego, przy świetle wschodzącego słońca, podziwiać możemy niuanse ich techniki improwizatorskiej….




TH/MR/SB/HB/DB – …. A powyższa chwila relaksu wyda się nam niezbędna w kontekście piorunującego kwintetu, która rozpali teraz laser naszego odtwarzacza! Han Bennink posiada w swoim muzycznym portfolio pewien spacer po lesie Szwarcwaldzkim (w towarzystwie Petera Brötzmanna), gdy szukał inspiracji do free jazzu pośród fauny i flory. Tu inspiracją jest przemysłowy hałas. Bodaj najgłośniejszy moment sesji. Muskularna muzyka, preparowana rzeczywistość industrialnej Anglii drugiej połowy lat 70. Koledzy z kwintetu też szukają natchnienia w jazgocie pędzących wózków widłowych, liniach przesyłowych i stacjach trafo. Znów fragment większej całości, ponad 10-minutowy.

SL/EP/AB/LC – sopranowy chór czterech wytrawnych wyjadaczy free (także tylko fragment większej całości, a szkoda). I konkurs dla słuchaczy – rozpoznajmy, który z muzyków odpowiedzialny jest za dany dźwięk. Szanse na wygranie marne, bo cały utwór nie trwa nawet 5 minut...

TH/LS – (Wadada) Leo Smith w duecie z wiolonczelą w bodaj najpiękniejszym fragmencie tej sesji, niestety niespełna 3-minutowym. Wpisać do kanonu lektur obowiązkowych, na pierwszej lekcji każdej szkoły muzycznej!

LC/AB/MR - nagranie niedostępne w formacie CD.

HB/LC//MR/TH – kwartecik w ramach żegnania się z majową muzyką Company. Bennink czaruje, Panowie od niższych częstotliwości kontrapunktują, a saksofonista próbuje...

EP/LS/DB – ot, i wspaniałe zwieńczenie sesji. Parker i Smith w towarzystwie gospodarza spotkania uroczą puentują improwizacyjne harce całego tygodnia zmagań (i znów protestujemy – to tylko drobny fragment wyczynów tego tria – szkoda!).


Puenta?

Niniejszym czynię obywateli Zjednoczonego Królestwa (w tym, w szczególności, bezpośrednich spadkobierców majątku pozostałego po śmierci Pana Dereka Baileya) osobiście odpowiedzialnymi za natychmiastowe wznowienie nagrań Company z lat 70., w formacie dostępnym dla większości sympatyków dobrej muzyki (edycje winylowe dla szaleńców wskazane!).

Tekst pierwotnie opublikowany na portalu diapazon.pl w roku 2009.

środa, 20 stycznia 2016

Trybuna Muzyki Spontanicznej - pierwsza edycja papierowa


Trybuna? By było odrobinę niepokornie. Muzyka? Bo w dzisiejszych, pokrętnych czasach nikomu nie trzeba tłumaczyć, że muzyką jest każdy dźwięk. Spontaniczna? Bo swobodna, bo wolna, bo improwizowana.

Starości i nowości sceny free improvisation/free jazz - sceny, która niechybnie cierpi na nadprodukcję (każdy koncert free jest powodem wystarczającym, by wydać płytę), przeto szczególnie wymagającej kierunkowskazów i drobnych sugestii ze strony tych, którzy słyszeli więcej. Nie sposób mieć i znać wszystko. Wszak problemem zasadniczym nie bywa wcale zasobność naszej sakiewki, a raczej deficyt czasu na to, by to wszystko rozsądnie pochłonąć (znaczy, choć raz w skupieniu odsłuchać).



Świeżynki

The Recedents  Wishing You Were Here. Electro-Acoustic Improvisations 1982-2010
(FreeForm Association)



Niewątpliwie znaczące wydarzenie na krajowym rynku wydawniczym, w obrębie muzyki, której słucha garstka zapaleńców, a każdorazowy edytor zamyka księgowo przedsięwzięcie zaczynając od dużego znaku „minus”.
The Recedents – rzadki przypadek na scenie free improv – to formacja koncertująca w niezmienionym układzie personalnym przez blisko 30 lat. Jazzowy saksofonista sopranowy Lol Coxhill, wyrosły ze sceny blues-rockowej gitarzysta Mike Cooper i najbliższy sercu Waszego recenzenta, jeden z najważniejszych i najwybitniejszych perkusjonalistów swobodnej improwizacji Roger Turner. Co istotne, The Recedents w ramach obcowania ze swymi instrumentami, często rozszerzali ich możliwości brzmieniowe o wzmocnienia, zgrzyty i inne nieuchronnie lubiane w elektroakustycznych stronach deformacje dźwięku.
5-płytowe wydawnictwo dokumentuje różne stadia rozwoju formacji, zawiera bowiem koncertowe improwizacje z lat 1985, 1995, 2000, 2002, 2003 i 2008. Choć uważna lektura blisko 250 minut materiału dźwiękowego zgromadzonego na wielopaku Wishing You Were Here nie pozwala na ominięcie drobnych raf (nie wszystkie pomysły Coopera w zakresie urozmaicania brzmienia gitary, poprzez preprodukcję i dobór sampli uznałbym za trafione), efekt końcowy bezwzględnie uznać należy za dalece satysfakcjonujący, zwłaszcza w obrębie nowszych nagrań, które zdominowane zostały przez akustyczną stronę przedsięwzięcia i pięknie uwypuklają udział Rogera Turnera w efekcie końcowym.
Wydawcą tej muzyki jest Witek Oleszak, znamienity preparator fortepianu, przy okazji po społu z Turnerem autor dwóch pięknych i silnie przeze mnie rekomendowanych dysków Over The Title i Fragments Of Parts (także w ramach FreeForm Assocation).



Nate Wooley/ Hugo Antunes/ Chris Corsano  Malus  (NoBusiness Records)



300 szczęśliwców posiada ten limitowany czarny krążek i mam nadzieję, że podobnie jak mi, brakuje im słów, by oddać radość, jaka płynie z odsłuchu trzech kwadransów improwizacyjnych igraszek trzech Panów wskazanych personalnie jako tytuł wykonawczy albumu Malus. Corsano to bystry amerykański bębniarz, zaprawiony z bojach free, choć kalendarzowo zaliczylibyśmy go zdecydowanie do młodego zaciągu improwizatorów. Nazwisko Antunes nie mówi mi nic, poza faktem, iż pięknie znęca się nad kontrabasem i to z pewności zostanie zapamiętane na długo. Wreszcie Wooley, znakomity, technicznie błyskotliwy trębacz zza Wielkiej Wody, z czterdziechą na karku, zatem skory do pierwszych podsumowań. Materiał, choć w zasadzie w 99% wyimprowizowany, silnie osadzony jest w estetyce jazzowej i w tym wypadku to zdecydowanie zaleta. Delikatnie chwilami amplifikowana akustyka, konkret zadziornych dialogów, sonorystyka bez niedomówień. A na koniec tej wypowiedzi szczypta ambiwalencji w odniesieniu do Nate’a i jego dotychczasowych doświadczeń muzycznych. Jeśli traktować jego dokonania na polu wolnej improwizacji za bliskie doskonałości (choćby wiele jego ujawnień na styku z eksperymentującą elektroniką, czy wspólnych dokonań z Paulem Lyttonem), to stricte autorskie płyty z komponowanym materiałem polecam omijać szerokim łukiem, bo nuda, jak w polskim filmie, cytując klasyków. Za to Malus z mega rekomendacją i pędem na listy Best of 2014.



Wadada Leo SmitThe Great Lakes Suites  (TUM Records Oy)



Absolutnie zaskakujące spotkanie czterech weteranów free jazzu – sprawcy i autora przedsięwzięcia Wadady Leo Smitha (trąbka), wybitnego i osobnego alcisty Henry’egoThreadgilla (rzadko grywa na cudzych płytach), fantastycznego basisty Johna Lindberga (on jako jedyny w tym gronie jeszcze przed 70-tymi urodzinami!) i często ocierającego się o mdły mainstream, wszakże niebywale kompetentnego drumera, Jacka DeJohnette’a. O każdym z nich warto popełnić wielostronicową monografię, ale nie miejsce, ani czas po temu. Podwójny dysk przynosi nam 90 minut bardzo konkretnej zabawy w improwizację uplecioną wokół udanych pięciolinii Wadady, inspirowanych … wielkimi jeziorami Ameryki Północnej (dla zainteresowanych szczegółami bardzo rozbudowany booklet). Z pewnością nie jest to najwybitniejsza płyta w dorobku któregokolwiek z tych Panów, ale słucha się tego uroczo i nierzadko z wypiekami na twarzy. Ostatnie produkcje Wadady zalatywały nieco stęchlizną i dłużyznami, tym większa zatem radość obcowania z Jeziornymi Suitami. No i Henry Threadgill, który momentami kradnie show liderowi, ale z tego powodu zapewne nikt nie cierpi.


Winyl odnaleziony w sieci

Günter Christmann/ Maarten Altena/ Maggie Nichols/ John Russsell/ Paul Lovens  Vario II  
(Moers  Records)



Idea zwoływanych ad hoc spotkań muzyków improwizujących sięga wczesnych lat 70-tych ubiegłego stulecia, kiedy to np. Derek Bailey eksplorował koncepcję freely improvised music pośród muzyków stykających się ze sobą po raz pierwszy na scenie, czy w studiu nagraniowym. Jedną z podobnych idei wdrażał w życie parę lat później niemiecki puzonista Gunter Christmann. Nazwał serię Vario i zrealizował kilka takich spotkań. Omawiany tu czarny krążek to edycja druga, na której w studiu nagraniowym w Hannoverze zgromadziło się pięciu istotnych i mocno już wtedy rozpoznawalnych muzyków europejskiej sceny free improv. Obok prowodyra zajścia, także holenderski kontrabasista Maarten Altena, angielski gitarzysta John Russell, szkocka, improwizująca wokalistka Maggie Nichols, wreszcie rodak Christmanna, zacny perkusjonista Paul Lovens. Niewiele ponad godzina lekcyjna improwizacji (winyl ma swoje prawa), tu – w trakcie letniego spotkania w roku 1980 - w kwintecie, dwóch duetach i jednym fragmencie solo. Całość godna jest wszelkich rekomendacji. Szczególnej uwadze polecam brytyjski odłam kwintetu, zatem wokalizy Nichols (piękne skojarzenia z Jej ujawnieniami dekadę wcześniej w ramach Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa całkowicie na miejscu!) i soczyste improwizacje gitarowe Russella. Absolutnie nie przegapcie także blisko 10-minutowej konfrontacji Nichols i Lovensa – ileż zaskakujących dźwięków wydobyć można z ludzkiego gardła i drobnego zestawu perkusyjnego.



Epizody z życia Johna Stevensa

Detail   In Time Was  (Circulasione Totale)



Detail (Szczegół) to przejaw schyłkowej – z punktu widzenia trajektorii życia – aktywności Johna Stevensa, wyjątkowego brytyjskiego perkusisty i kreatora muzyki swobodnie improwizowanej (trzymając się nomenklatury Dereka Baileya). Głównym bowiem muzycznym partnerem Johna po roku 1981 był norweski saksofonista i klarnecista Frode Gjerstad, zaś zasadniczą platformą ich muzycznych potyczek formacja Detail. Szczęśliwie w początkowym okresie funkcjonowania zespołu skład uzupełniał wyjątkowy basista Johnny Dyani (po jego zaś tragicznej śmierci w roku 1986 – Kent Carter, inny wirtuoz improwizacji w niskich częstotliwościach). Po Detail pozostało kilka winyli i szczypta kompaktów, a Waszej uwadze polecam wydawnictwo In Time Was, dokumentujące koncert zarejestrowany w trakcie brytyjskiej trasy z lata 1986 roku. Składu Detail dopełniał wówczas amerykański kornecista Bobby Bradford (który nota bene na początku lat 70-tych nagrywał zarówno ze Spontaneous Music Ensemble, jak i uczestniczył w innych wspólnych inicjatywach z Johnem Stevensem, a z Gjerstadem grywa do dziś). Na In Time Was Kwartet gra stylowy free jazz (bo i skład modelowy, trzymający kurs wyznaczony w 1960 roku przez samego Ornette’a Colemana), zaś królem polowania pozostaje Dyani i jego smakowite igraszki na gitarze basowej. Dużą formę pochodzącego z Południowej Afryki basisty czują także partnerzy, pozostawiając mu dużo muzycznej czasoprzestrzeni. Wyjątkowe udane zdają się fragmenty wyciszonych dęciaków, subtelnej perkusji i ciężkich, sążnistych basowych pasaży, tkanych zgrabnymi rękoma Dyaniego. Muzyka milknie nagle po trzech kwadransach i zostawia nas w stanie kompletnego deficytu doznań. Arcydzieło!

Tekst pierwotnie zamieszczony w nr 2 m/i magazynu (Jesień 2014).