Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pedro Sousa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pedro Sousa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 stycznia 2023

Evan Parker X-Jazz Ensemble! A Schist Story!


Nie stawaj przed innymi, graj tylko wtedy, gdy masz coś ważnego do dodania w kontekście tego, co jest właśnie grane; nie rób niczego na siłę, sprawiaj, by całość swobodnie płynęła. Zmieniaj kierunek tylko wtedy, gdy sytuacja sceniczna wydaje się niezdefiniowana, ale nie z twojego punktu widzenia, ale kolektywu. (…) Nie myśl za dużo, wykazuj atencję i słuchaj. Słuchanie jest priorytetem. (…) Pilnuj natężenia dźwięku i dynamiki, używaj tylko koniecznych fraz, ani więcej, ani mniej, jesteś tylko drobnym elementem globalnej koncepcji; działaj w korespondencji z innymi, ze świadomością, że jesteś istotnym fragmentem całości *).

Mniej więcej tymi słowami Evan Parker rozpoczynał każdy dzień tygodniowego warsztatu, jaki realizował z improwizującymi muzykami z Portugalii, latem 2012 roku w górzystych okolicznościach iberyjskiej przyrody. Zwieńczeniem tygodnia pracy był finałowy koncert, którego dokumentacja fonograficzna właśnie do nas trafiła. Pytanie, czy warto było na nią czekać całą dekadę, jest oczywiście jedynie retoryczne. Z dzisiejszego punktu widzenia nie sposób nie skonstatować, iż dla portugalskiej sceny muzyki improwizowanej było to jedno z ważniejszych wydarzeń w definitywnie historycznym wymiarze. Bez zatem dalszych introdukcji sprawdźmy, cóż działo się w trakcie spektaklu, który trwał niewiele ponad trzy kwadranse, a na scenie jednoczył brytyjską ikonę improwizującego saksofonu (tu także w roli dyrygenta) i piętnastu portugalskich adeptów, zarówno tych bardzo już wtedy doświadczonych artystycznie, jak i niemal młokosów. Zauważmy, iż większość z tych lokalnych muzyków, to dziś czołowe postacie europejskiej muzyki improwizowanej.



Improwizowana opowieść ma zdecydowanie kameralną introdukcję. Altówka kreśli melodyjny flow, który komentowany jest innymi dźwiękami strunowymi (w tym gitary akustycznej) oraz spokojnymi frazami trąbki. Krok za krokiem narracja delikatnie nadyma się i rozrasta, by po wybiciu 5 minuty utonąć w elektronicznym backgroundzie i blasku rezonujących talerzy. Pierwsze dźwięki dostarczają teraz gitary elektryczne, które udanie konweniują z elektroniką. Opowieść gęstnieje i w okolicach 10 minuty chłonie pierwsze dźwięki saksofonów – najpierw sopranowego, potem tenorowych. Nie wspina się jednak na szczyt, ale wpada w objęcia śpiewnych, spokojnych podmuchów saksofonu, inkrustowanych strunowymi i perkusjonalnymi drobiazgami. Jedna z gitar elektrycznych kreśli teraz dźwięki, pod które podłącza się saksofon. Jazzowy posmak zachęca inne instrumenty do włączania się w budowanie gęstego, po chwili już ogniście free jazzowego łańcucha zdarzeń. Zakończenie pierwszego kwadransa koncertu grane jest już chyba całą orkiestrą i kipi od emocji.

Po osiągnieciu punktu przegięcia improwizacja rozlewa się szerokim korytem wyłącznie intrygujących fraz. Strunowce fermentują, trąbka dmie na wszystkie strony, swoje dokłada też elektronika. Ale po kilku minutach flow przygasa i wielka orkiestra przystępuje do kreowania nowego wątku. Bazy rytmicznej szuka tu gitara akustyczna, wytrwale pracuje harfa i delikatna elektronika. Powrót saksofonów oznacza tu duży zastrzyk energii. Tempo jest jednak umiarkowane, co sprzyja podłączaniu się kolejnych ośrodków dźwiękowych. Intensywność rodzi się tu wszakże na flankach, kreowanych przez dobrze już rozgrzane perkusje. W mgnieniu oka narracja osiąga stadium Orchestra Tutti! Piękny szczyt w ułamku sekundy przekształca się w … jazzowe trio z saksofonem tenorowym, bystrze doposażone w emocje kontrabasowym smyczkiem.

W okolicy 25 minuty koncert zaczyna się jakby od nowa. Znów altówka, garść strunowych zdobień i trąbka. Kilka brudniejszych fraz dokłada teraz cello, reszta pracuje w trybie short-cuts, umoczona w elektronicznym sosie. Kilka bystrych fraz ślą także saksofony, przy czym każdy z nich zdaje się pracować w innym trybie. Kolejne wzniesienie pokonywane jest głównie dzięki inicjatywie watahy instrumentów strunowych, a udane lądowanie następuje wprost w objęcia małych perkusjonalii i gitar z prądem. Narracja znów zatem szuka nowych rozwiązań, leniwie nadyma się i rośnie w siłę serią wzajemnych kontrapunktów. Wszystko sprzyja teraz ekspozycji saksofonu sopranowego. Ten z energią przystępuje do dzieła, tło zaś pęcznieje dzięki gitarom i perkusjom. Prawdziwie free jazzowe uniesienie wieńczy tu swój żywot po 34 minucie.

Improwizację czeka teraz drobne wytłumienie, ale odbywa się ono w inny niż dotychczas sposób. Gitara akustyczna buduje bowiem delikatne, ale definitywnie rytmiczne tło, które z jednej strony pozwala na chwile wytchnienia dla każdego, z drugiej nie pozwala umrzeć całej opowieści. Kilka urokliwych fraz harfy, dużo kreacji ze strony elektroniki i wielobarwne pochody gitar elektrycznych, to elementy składowe nowego wątku. Gdy do piętrzenia narracji przystępują także perkusje, wiemy już doskonale, iż orkiestra zaczyna wznosić się na finałowe wzgórze. Swoje dokładają teraz saksofony, a w grze uczestniczą już na pewno wszyscy zgromadzeni na scenie. Całość niesie się sporym hałasem, ma niemal post-industrialny posmak i pięknie gaśnie wraz z wybiciem 40 minuty, wprost w ramiona melodyjnych fraz strunowych. Słyszymy trąbkę, gitarę akustyczną (ze smyczkiem!) i wszystko to, co budowało improwizację na samym początku koncertu, a także w jego środkowej części. Kameralne rozchełstanie jest teraz efektem zwinnych onomatopei wiolonczeli i altówki, dźwięków elektrycznych gitar, harfy, trąbki i nisko zawieszonych, kontrabasowych smyczków. Kolektywny strumień emocji, tuż po wybiciu pełnych trzech kwadransów, wpada w objęcia rzęsistych oklasków.

 

Evan Parker X-Jazz Ensemble A Schist Story (JACC Records, CD 2022). Evan Parker – dyrygentura i saksofon, Miguel Mira – wiolonczela, João Camões – altówka, Angelica Salvi - harfa, Luís Vicente – trąbka, Marcelo dos Reis – gitara akustyczna, Hugo Antunes i José Miguel – kontrabasy, Miguel Carvalhais i Travassos – elektronika, Luis Lopes i Gonçalo Falcão – gitary elektryczne, João Lobo, João Pais Filipe i Gabriel Ferrandini – perkusje, Rodrigo Amado, João Martins i Pedro Sousa – saksofony. Nagranie koncertowe, 18 sierpnia 2012 roku, Casa da Cultura da Sertã, Schist Villages, Portugalia. Jedna improwizacja, 46:04.

 

*) cytuję za słowami albumowego credits



wtorek, 15 listopada 2022

The Lisbon Story: Sousa, Pinheiro & Ferrandini and Cloud at rest!


Muzyce improwizowanej z Półwyspu Iberyjskiego poświęcamy od zarania dziejów mnóstwo czasu, ale nigdy nam dość tego niecnego procederu! W tym tygodniu proponujemy nowe nagrania powstałe wyłącznie w Lizbonie, tudzież jej przedmieściach!

Dziś na dobry początek prawdziwa, free jazzowa perełka z udziałem saksofonisty Pedro Alvesa Sousy, o którym pisaliśmy całkiem niedawno, oczywiście w samych superlatywach i jego równie wyśmienitych kompanów – pianisty Rodrigo Pinheiro i perkusisty Gabriela Ferrandiniego. A w piątek spodziewajcie się kolejnych świeżych nagrań ze stolicy Portugalii. Zachodni skraj Starego Kontynentu jak zwykle w doskonałej formie!



 

Muzycy rozpoczynają swój niezwykły spektakl nad wyraz kolektywnie i w ten sposób będą czynić swoją improwizowaną powinność poza skończoną, jakże skromną liczbą przypadków. Skupienie, precyzja każdego ruchu, swoboda działania! Wszystko czynione tu jest na niemal modelowym parkerowskim wdechu, co stanowi oczywiście przywarę tenorzysty, ale w tak zadanej scenerii równie wyśmienicie czuje się zarówno pianista, jak i perkusista. Narracja szybko nabiera tempa i kontrolowanej intensywności mocą dramaturgicznych pomysłów wszystkich, a pianisty w szczególności. Swobodna improwizacja z free jazzowymi korzeniami wiedzie nas, przynajmniej w zakresie skojarzeń, w kierunku Schlippenbach Trio i trudno nie uznać takiego porównania za wyjątkowo trafne. Narracja faluje, bo takie są uroki demokracji, syci się najczęściej grą na małe pola, subtelnymi pytaniami i zwinnymi ripostami. Każdy z artystów dokłada tu indywidualną cegiełkę do obrazu całości, a każdy odcinek podróży mieni się świetną kooperacją, instynktem stada, które skutecznie przewiduje przebieg wypadków dźwiękowych.

Druga improwizacja, najdłuższa na płycie, zaczyna się spokojną balladą, z punktowym piano i zadumanym, leniwie wzdychającym tenorem. Duet otwarcia czeka tu nieco ponad minutę na inicjację ze strony filigranowych, sapersko precyzyjnych drums. Narracja zyskuje na dynamice, ale pomiędzy frazami wciąż kłębi się dużo przestrzeni do zagospodarowania. Opowieść z czasem pęcznieje, nadyma się plejadą bystrych fraz i dramaturgicznych subtelności. Przez moment piano zostaje samo na scenie i kreuje minimalistyczne pasaże przy zachodzącym słońcu. Najpierw wraca perkusja, potem saksofon i już we trójkę plotą nowe, niestworzone historie o miłości. A emocji wciąż przybywa.

Kolejne odcinki lizbońskiej podróży są nieco krótsze, skondensowane w formie, ale często buchające niekontrolowanymi emocjami. Trzecią historię klecą z drobiazgów, zmysłowych short-cuts. Ślady inside piano, punktowe uderzenia po werblu i tomach, nieśmiały tembr tenoru. Oto abstract post-classic z free jazzowym nerwem w uśpieniu. Kolejna mikro narracja, to solowa ekspozycja pianisty, która zostaje burzliwie skomentowana przez powracających z chwilowego niebytu rozleniwionych partnerów. Z kolei piątą opowieść otwiera tenorzysta. Wejście pozostałych niemal natychmiast buduje tu dość dynamiczną sytuację. Narracja lepi się z małych wulkanów ekspresji i stempli suchego powietrza. Szósta improwizacja od startu pełna jest zadziornych, ekspresyjnych fraz ze strony każdego z uczestników wycieczki. Muzycy stawiają jednak kroki bardzo rozważnie, a ich taniec połamanymi frazami generuje nawałnicę brzmieniowych subtelności. Z czasem narracja nabiera tu jednak intensywności godnej opowieści otwarcia. Free jazz pełną gębą! Przedostatni odcinek muzycy rozpoczynają z werwą, na raz, ale natychmiast tłumią emocje i ustawiają się w szyku duetowym – minimalistyczne piano i drżące talerze. Slowly but not deadly! Powrót saksofonu ma formę suchego drona. Piękne akcje na wdechu kreują tu same wspaniałości, podobnie jak ostatnie, dynamiczne depnięcie.

Finałowa improwizacja trwa niemal dziesięć minut i różnymi metodami twórczymi wspaniale reasumuje album. Początek tyczy tu tenor, płynący swobodnym strumieniem z uśmiechem na ustach. Czarne klawisze budują suspens, a talerze i inne metale zestawu perkusyjnego nerw życia. Opowieść przyjmuje teraz postać duetu piana i perkusji, który dość szybko łapie free jazzowego bakcyla. Gnają do przodu i nie liczą się z konsekwencjami. Tenor powraca, by uspokoić sytuację sceniczną. Najpierw śle kilka fraz zupełnie samotnie, a potem zabiera perkusję w kolejne duetowe tango. Kompulsywny, cyrkulacyjny oddech buduje tu zarówno emocje, jak i niebywałą jakość. Rozhuśtany taniec umila oczekiwanie na powrót pianisty. A ten ostatni jeszcze dorzuca do ognia. Tenor kipi od emocji, reszta równie efektownie stroszy pióra. Wielki finał urokliwe tłumi się wprost w objęcia ciepłej melodyki saksofonu.

 

Pedro Alves Sousa, Rodrigo Pinheiro, Gabriel Ferrandini Cloud at rest (Phonogram Unit, CD 2022). Pedro Alves Sousa – saksofon tenorowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Gabriel Ferrandini – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie studyjne, Goethe Institut w Lizbonie, 25-29 listopada 2019. Osiem improwizacji, 48:14.



piątek, 4 listopada 2022

Pedro Alves Sousa and The Futuro Familiar’ Trip!


Portugalski saksofonista Pedro Sousa (od pewnego czasu używający także nazwiska Alves) należy do niewąskiej grupy artystów, których każde dokonanie płytowe zostało na łamach Trybuny Muzyki Spontanicznej dość szczegółowo omówione. Przy okazji zaliczamy go także do grona muzyków, którzy wyjątkowo rzadko publikują nowe nagrania. Tym większa zatem radość spotyka nas tej ciepłej jesieni, albowiem muzyk dostarcza dwa czarne krążki jednocześnie (za sprawą własnego labelu Futuro Familiar), a dodatkowo w innej portugalskiej stajni wypuszcza dysk nagrany we free jazzowym trio. O tym ostatnim nagraniu napiszemy niebawem, dziś natomiast pochylamy się nad Rahu i Ketu, dwoma definitywnie szalonymi, psychodelicznymi tripami, jakie Sousa wraz z przyjaciółmi z Lizbony popełnił w latach 2016-17.



 

Rahu

Sytuacja sceniczna jest następująca: dwa saksofony silnie zaplątane w elektronikę, kompulsywne, mroczne organy i wataha instrumentów perkusyjnych, które stanowią narzędzie pracy wszystkich pięciu muzyków, jacy pojawili się na deskach lizbońskiej Galerii ZDB ponad sześć lat temu.

Metaliczne echo pulsującej w ciszy elektroniki, saksofony charczące mrocznymi dronami i żywy circle drumming, który stara się oplatać pierwsze dźwiękowe wyziewy - koncertowa rozbiegówka zadaje pytania o źródła dźwięków i zupełnie ignoruje odpowiedzi. Mały festiwal fake sounds leniwie nabiera rozpędu, tworzą go także drobne, elektroniczne przestery i kompulsywna niecierpliwość. Opowieść zdaje się szukać rytmu, podczas gdy saksofonowe oddechy zaczynają łapać dubową przestrzeń. Dołem płynie struga basowej pulsacji, zapewne wprost z organów. Zupełnie mimochodem rozrasta się struga perkusjonalii, które pęcznieją w tempie geometrycznym. Całość jest już definitywnie gęsta, siarczysta, ale wciąż nad wyraz mroczna. Rodzący się rytm jest połamany, dekonstruowany elektroniką i charkotem zmutowanych saksofonów, permanentnie jednak bogacony perkusjonalną polirytmią. Strumień psychodelicznej fonii z każdym powtórzeniem nabiera barw, syci się kwaśnym powietrzem i magią chwili. Pajęczyna meta rytmu, poszarpana mantra delikatnie wytraca moc po upływie kwadransa. Przez moment słyszymy tylko żywą, perkusyjną stopę na bębnie basowym. Po złapaniu oddechu narracja nadyma się ekspresyjnymi dronami i obiera kierunek na wyjątkowo efektowny szczyt. Krzyk maszyn, syczenie elektronarzędzi i trupi odór. Dynamiczna galopada, której efekt buduje coraz gęstsza pajęczyna perkusjonalii, gaśnie tu na raz. Echo ucieka w niebyt w ułamku sekundy.

Druga strona czarnego krążka budzi się do życia w mroku organów, które brzmią wyjątkowo hammondowsko. Z oddali płyną pierwsze dźwięki perkusjonalii. Zupełnie jakby legendarni The Doors wychodzili właśnie na scenę, mając w perspektywie samotny koncert, bo ich własny Morrison ponownie zaniemógł. Pod strugę kwaśnego oczekiwania podłączają się także saksofony, znów płynące szerokim zwojem kabli. W tym tyglu rodzącej się dynamiki na front wydobywa się saksofon tenorowy Sousy, który rozpoczyna swój niebywały, dalece free jazzowy taniec. Krzyczy, śpiewa, buduje melodię, by po chwili całkowicie ją unicestwić. Jeśli daliśmy się wciągnąć w ten wir niebywałych dźwięków, to teraz – wraz z całym kwintetem – lecimy już prosto do piekła. Żywy taniec martwych – dubowe tło, gęsta post-elektronika i szalejące perkusjonalia. Frontowy saksofon skacze z lewej strony na prawą, rządzi całą szerokością sceny. Z odsieczą przychodzi mu drugi saksofon, znacznie spokojniejszy, nucący pod nosem meta melodię. Opowieść staje w ogniu i zionie gorącym powietrzem. Beauty fire music with organ post-ambient! Perkusjonalna polirytmia sięga tu szczytu, po czym zaczyna systematycznie wygasać, dając nową przestrzeń saksofonom, które snują obfitą opowieść zasłuchane w siebie. Ostatnie minuty zostają oddane we władanie dęciaków, w tle słyszymy tylko brzęk talerzy i bicie stopy na bębnie basowym. Kołysząc się jakże spokojnym rytmem saksofonów docieramy do post-koncertowej ciszy.



Ketu

Półtora roku później, w tym samym miejscu, spotykamy czterech muzyków (w porównaniu do poprzedniej sytuacji ubyła perkusjonalista). Zestaw instrumentalny niemal identyczny, doszedł jedynie przedmiot zwany drumpad oraz flet używany niemal przez wszystkich.

Jeśli Rahu określilibyśmy mianem psychodelicznej galopady, to jego młodszą siostrę Ketu śmiało możemy nazwać psychodelicznym, nerwowym …. letargiem. Do tego żywiącym się nade wszystko frazami akustycznymi, z elektroniką na ogół w roli nieproszonego gościa. Świetnie ilustruje to sam początek nagrania. Pojedyncze uderzenia po talerzach, długie, wysokie oddechy saksofonowe (chyba grane na sopranach), skąpane w akustycznym rezonansie. Narracja zdaje się tu być mocno zaplanowana – drummerskie solo, garść sprzężeń, mała struga perkusjonalii i saksofony w zadęciu godnym contemporary taste, z organami w tle. Tymczasem jeden z saksofonów zaczyna uciekać w niemal indyjskie skale, brzmi na poły folkowo. Nieregularny puls percussions sprzyja zagadkom, a do strumienia narracji podczepiają się dodatkowe frazy dęte (zapewne rzeczone flety). Narracja niejednokrotnie przyjmuje tu postać duetu saksofonowo-organowego, szuka onirycznych fraz i definitywnie donikąd się nie śpieszy. Całość przypomina ceremonię narodzin, ale wciąż nie wiemy dokładnie czyich lub czego. W drugiej części improwizacji pojawiają się akcenty mogące sugerować, iż muzycy planują klecić coś na kształt bardziej zwartej, choćby odrobinę rytmicznej narracji. Flow staje się nerwowy, rośnie jego kwasowy odczyn, ale improwizacja wciąż zdaje się pozostawać w stanie kreatywnego stand-by. Klimat iście hippisowski zaczyna opanowywać scenę, a znajomy zapach unoszący się nad nią jednoznacznie sugeruje sytuację dramaturgiczną.

Start drugiej strony winyla formuje się w delikatne crescendo, lepione z tajemniczych, nie do końca rozpoznawalnych dźwięków. Posmak kwaśnego ethno, rytualny, powolny krok percussions, chropowate saksofony i szkliste organy. Tło rezonuje, a akcje drums & percussions wciąż mają charakter incydentalny. Kolejna już tego dnia faza oniryzmu budowana jest brzmieniem fletów. Narracja raz za razem bogacona jest chwilami większej aktywności, ale w obrębie kwartetu zdają się rządzić cztery koncepcje rozwoju sytuacji scenicznej. Saksofonowe zaśpiewy, organowe mini pulsacje i basowe plamy, perkusjonalne zakręty i krótkie proste. Ostatnie siedem minut koncertu permanentnie sugeruje nam początek jakieś zwartej akcji, która jednak nie następuje. Tym, który budzi tu życie zdaje się być nade wszystko saksofon Sousy, który zdaje się, że powrócił do swojego ulubionego tenoru. Faktura nagrania bogaci się o nowe elementy, ale jakakolwiek akcja percussions nie skłania do budowania struktury rytmicznej. Finał koncertu lepi się zatem w wyjątkowo urokliwy dron instrumentów dętych. Flety, saksofony i oniryczna tajemniczość kreują tu jakże smakowite zakończenie. Wszyscy dokonują żywota na jednym wydechu.

 

RAHU: Alex Zhang Hungtai – saksofon, instrumenty perkusyjne, Pedro Alves Sousa - saksofon, instrumenty perkusyjne, elektronika, David Maranha - instrumenty perkusyjne, organy, Gabriel Ferrandini - instrumenty perkusyjne oraz Júlia Reis – instrumenty perkusyjne. Galeria Zé dos Bois, Lizbona, maj 2016. Dwie improwizacje, 37 minut.

KETU: Alex Zhang Hungtai – saksofon, instrumenty perkusyjne, drumpad, Pedro Alves Sousa - saksofon, instrumenty perkusyjne, elektronika, flet, David Maranha - instrumenty perkusyjne, organy, flet oraz Gabriel Ferrandini - instrumenty perkusyjne, elektronika, flet. Galeria Zé dos Bois, Lizbona, grudzień 2017. Dwie improwizacje, 41 minut.



wtorek, 7 czerwca 2022

Pedro Alves Sousa and his Star!


Portugalskiego saksofonistę Pedro Alvesa Sousę znamy na tych łamach niemalże z każdego nagrania, jakie w swym niezbyt jeszcze długim życiu artystycznym popełnił. Do niedawna używał on jednego nazwiska, teraz używa dwóch, ale wszystko pozostałe nie uległo zmianie. Zwłaszcza jego wysoki poziom artystyczny!

Sousa zaczynał swoją przygodę z muzyką od elektroniki, potem doskonalił się w formule otwartej, free jazzowej improwizacji, a teraz zdaje się konsumować obie swoje pasje pod szyldem kwintetu, którego album zwie się Moja Gwiazda!

Welcome to Pedro’ World!

 


Lizboński saksofonista ciekawie skonstruował swój gwiezdny kwintet. Każdy z muzyków operuje tu elektroniką - on sam macza tembr saksofonu tenorowego w głębokiej otchłani elektronicznych mutacji, a jego wierny kompan Ferrandini, świetnie rozpoznawalny na całym świecie drummer, zdaje się czynić dokładnie to samo. Kolejni dwaj muzycy odpowiadają jedynie za elektronikę, ale swoją kreatywnością zdolni byliby obdzielić kilka albumów z tego rodzaju muzyką. Z kolei dopełniający składu elektryczny basista nie korzysta z elektroniki (może jedynie z gitarowych pick-upów), ale to chyba jemu przypada tu rola głównego konstruktora narracji. To on trzyma w ryzach to całe elektroniczne szaleństwo i strzępy akustycznych dźwięków, nadając im masywną podstawę rytmiczną i cudownie taplając w gęstej powłoce dubu. Zdaje się przy okazji krzyczeć do całego świata, że Muzyka jest tylko jedna, a wszelkie gatunkowe podziały są warte tyle, co zeszłoroczny, rzadko istniejący w realu lizboński śnieg!

Start nagrania lepi się od gęstej elektroniki. Wszystko pulsuje swoją syntetycznością, a jeden ze strumieni dźwiękowych może pochodzić wprost z saksofonowej tuby. Mikro perkusjonalia zanurzone w otchłani niekończących się kabli pracują wytrwale i rysują nieoczywiste pętle. Z czasem w tym tyglu e-zdarzeń tembr saksofonu zdaje się być coraz bardziej rozpoznawalny. Wszystko wszakże toczy się tu w dalece demokratycznym ladzie, a saksofon bohatera tytularnego musi się tak samo napocić, jak reszta uczestników spektaklu, by wybrzmieć z odpowiednią siłą. Sama elektronika ma tu wiele twarzy, potrafi incydentalnie łagodnieć i przybierać postać syntezatorowych plam delikatnie napoczętych nieżywą melodyką. No i basowe drony, początkowo nieśmiałe, w końcu zaczynają formować narrację w strumień zwartej, post-electro-jazzowej narracji. Pojawia się także dubowe echo, które niesie wiele niskich fraz jakże efektownym wzgórzem. Chwilami praca tzw. sekcji rytmu przypomina tu kompulsywny, gęsty drum’n’bass. To ona sprawia, iż improwizacja, która nie jest tu bynajmniej skutkiem ubocznym, formuje się w meta taneczny, zmutowany elektroniką, post-bop & fussion!

Druga historia delikatnie zdejmuje nogę z gazu. Tworzą ją ambientowe tło i całe plejady saksofonowych parsknięć. W tle wiją się zaś miliony laptopowych szmerów i zgrzytów. Bas znów rodzi się z pewnym opóźnieniem, burczy i zdaje się być równie leniwy, jak reszta uczestników tego lazy trip. W kolejnej części pojawiają się nerwy! Zadziorne frazy saksofonu i elektroniki od urodzenia sycone są dubowych oddechem, a elektroniczne post-perkusjonalia zdolne tu są nawet do hałasowania. Znów niektóre plamy dźwiękowe brzmią dość syntezatorowo i urokliwie podśpiewują, podczas gdy reszta parska, stuka i sepleni. Całość dość szybko łapie rytm, pewną powolną dynamikę i jasno nakreślony kierunek podróży. Echo pracuje, a gitarowe pick-upy sieją ferment na prawo i lewo. Tu szczególnie wyraźnie widać konstrukcję całej narracji – bas stanowi tu prawa i pilnuje porządku, dzięki czemu reszta uczestników ma pełną swobodę działania. Pod koniec w dalekim tle pojawiają się jakieś kobiece głosy, ale zapętlone po samą szyję.

Początek czwartej opowieści wydaje się być dość psychodeliczny. Rozmyte plamy syntezatorowe pachną czerstwym fussion, z kolej pijany saksofon nie potrafi znaleźć drogi do domu i postanawia wrócić na imprezę. Nerwowe perkusjonalna stają teraz w ciekawej opozycji do zdystansowanego, spokojnego basu. Ten ostatni szyje kolejną powłokę rytmiczną i czuwa nad całością skąpany w dubowej chmurze. W tle same bogactwo – tysiące zdarzeń na sekundę! Finałową narrację rozpoczynają szumy i szmery godne berlińskiego post-techno sprzed trzech dekad. Bas znów jest tu żywy, saksofon tonie w syntetycznych ściekach, a plamy ambientu pojawiają się na każdym kroku. Dużo życia odnajduje w sobie perkusista, choć tembr jego oddechu syci się syntetycznymi barwami. Narracja tym razem nie eksploduje, trzyma raczej leniwy, acz masywny rytm i szuka finałowej meta balladowości.

 

Pedro Alves Sousa Má Estrela (Shhpuma Records, CD 2022). Pedro Alves Sousa – saksofon tenorowy i elektronika, Simão Simões – elektronika, Bruno Silva – elektronika, Miguel Abras – bas elektryczny oraz Gabriel Ferrandini – perkusja i elektronika. Zarejestrowane we wrześniu 2021, Galeria Zé dos Bois, Lizbona. Pięć utworów (improwizacji), 42 minuty i kilkadziesiąt sekund.



piątek, 19 lipca 2019

Gabriel Ferrandini and his Sensual Disquiet!



Portugalczyk Gabriel Ferrandini, jeden z najbardziej intrygujących perkusistów Półwyspu Iberyjskiego (palmę najbardziej kreatywnego w tej części świata odebrać mu może chyba jedynie Vasco Trilla), funkcjonuje w świadomości wielbicieli muzyki free jazz/ free improv niemal od zawsze, a przynajmniej od dekady.

Stały członek dwóch najważniejszych portugalskich formacji w gatunku – RED Trio i Motion Trio, współtwórca tak doskonałych płyt, jak Casa Futuro (z Pedro Sousą i Johanem Berthlingiem), czy Lisbon Freedom Unit, a także kilku polskich przedsięwzięć Piotra Damasiewicza (choćby Power Of The Horns), w październiku br. skończy dopiero … 33 lata. To wspaniała wiadomość! Zatem prawdziwy ocean wyśmienitych płyt z udziałem Ferrandiniego jeszcze przed nami.

Nic nie ujmując wyżej wspomnianym albumom, dopiero jednak rok bieżący zdaje się stawiać muzyka na odpowiednim dla jego poziomu artystycznego piedestale. Kilka tygodni temu wydał on bowiem pierwszą, w pełni autorską płytę Volúpias, a do pary dorzucił równie smakowity duet z rosyjskim alcistą Ilią Belorukovem, zatytułowany Disquiet. Dziś nad tymi właśnie płytami pochylamy się z dużą pieczołowitością, albowiem bezwzględnie warto!




Gabriel Ferrandini  Volúpias (Clean Feed, CD 2019) ‎

Zapraszamy na spacer po lizbońskiej dzielnicy Bairro Alto, miejscu dla Ferrandiniego szczególnym, związanym z dorastaniem i zdobywaniem pierwszych muzycznych doświadczeń, a także miejscu obecnego zamieszkania (muzyk nie urodził się w Portugalii) oraz wielu aktywności artystycznych. Tytuły kolejnych utworów na płycie, to nazwy ulic lub zakamarków niezwykłego wzgórza położonego na zachód od centralnej części miasta, którą wyznacza Placa do Comercio. Utwory te możemy śmiało określić, jako swobodne kompozycje open jazzu (poza dwoma przypadkami, wszystkie są autorstwa perkusisty).

W tymże powolnym, acz wcale nie nostalgicznym spacerze, Ferrandiniego wspierają – rówieśnik, także rezydent dzielnicy, saksofonista Pedro Sousa i nieco od niego starszy, jeszcze lepiej rozpoznawalny medialnie, kontrabasista Hernani Faustino. Muzyka nagrana została w lutym 2017 roku, w miejscu zwanym Fonte Santa, Alandroal. Zawiera dziewięć utworów, które trwają łącznie 39 minut bez czterech sekund.

Volúpias jest płytą niezwykłą z wielu względów, nim jednak poznamy szczegóły, słowo o samej konstrukcji dramaturgicznej nagrania. Zaczyna się ono trzema bardzo krótkimi, niemal cool jazzowymi introdukcjami, muzyką czerstwą, ale zmysłową (volúpias!), nie tyle ilustracyjną, co tworzącą w głowie słuchacza prawdziwe obrazy tajemniczych miejsc Lizbony. Po nich otrzymujemy pierwszy nieco dłuższy fragment bardziej swobodnej improwizacji, by zaraz potem znów wpaść w sidła krótkoterminowych narracji, które określić możemy wręcz jako dark jazzowe. Prowadzoną nas one do dwóch ostatnich utworów, najdłuższych na płycie (łącznie niemal 16 minut), które eksplodują emocjami, jakie towarzyszyły muzykom w trakcie poprzednich części, a były w wielu momentach silnie skrywane.

Rua Nova Da Piedade. Saksofon tenorowy kreśli małe plamy, jakby śpiewał drobną melodię, która grzęźnie mu w gardle. Towarzyszy mu mocny tembr kontrabasu i stosunkowo aktywny drumming. Całość toczy się wszakże w tempie marsza pogrzebowego, choć narracja bez trudu łapie swój wewnętrzny rytm i specyficzne dla większości minut tego spaceru slow dynamic. Travessa De São José. Marsz zdaje się być jeszcze spokojniejszy. W ruch idą szczoteczki, a nad nieboskłonem jawi się duch Krzysztofa Komedy i jego muzyki filmowej. Jakby dwóch takich niosło szafę, ale z tej strony Bairro Alto słabo jeszcze widać ocean. Rua De São Marçal. Dron wilgotnego powietrza wydobywa się z tuby saksofonu. Masywna ścieżka pizzicato leje się z gryfu kontrabasu. Cool masters in work! Perkusja ledwie zaznacza swoją obecność. Rua Da Academia Das Ciências. Wyższy powiew tenorowego, sekcja rytmu wciąż powolna, ciężka, z ołowiu i stali. Każdy krok na tej ulicy stawiany jest z saperską precyzją. Strong cool! Gęsta gra kontrabasu i perkusji, zmysłowy i upocony tenor, a wszystko w warunkach niemal idealnej akustyki. Każdy szmer i powiew powietrza ma swoje odzwierciedlenie w dźwiękach, jakie do nas docierają. W drugiej części narrację ciągnie duo bez saksofonu. Świetną zmianę daje drummer, który zdobi ścieg opowieści złotymi cekinami. Saksofon powraca śląc ciemne plamy, w tle solowa ekspozycja kontrabasu.

Rua De O Século. Kolejna meta ballada. Tenor na zaciągniętym ręcznym kreśli kolejny filmowy obrazek. Klimat białoczarnej kliszy, metafizyczna równowaga pomiędzy wszystkimi elementami narracji. Saksofon buduje drony, inspirowane post-elektroniką. Piękne, żółwie tempo. Rua João Pereira Da Rosa. Introdukcja kontrabasu, cichy, suchy powiew saksofonu z lekkim zaśpiewem. Perkusja wchodzi do gry po 90 sekundach i stawia stemple artystycznego wyrachowania. Gibka oszczędność środków wyrazu, pełne garści emocji poupychane po kieszeniach. Funeralne tempo zdaje się delikatnie nabierać wiatru w żagle. Rua Dos Caetanos. Saksofon, talerze, skromne szarpnięcia za struny, niepokój, brak snu i posmak nieistniejącej elektroniki (as cymbals drones). Jeszcze wolnej, jeszcze gęściej, jeszcze dosadniej. Garść emocji wprost ze smyczka, który ślizga się po strunach kontrabasu.

Travessa Dos Fiéis De Deus. Tenor rusza w przedostatnią podróż z odrobiną zadzioru u nasady ustnika. Perkusja gotowa do uderzenia, kontrabas burczy i ciągnie za struny, tnie powietrze na nierówne części. Step by step opowieść nabiera gęstości, a spętany zaplanowaną dramaturgią flow zaczyna rozkwitać trzema strumieniami fonii. Szczególnie aktywny moment perkusji. Solowa ekspozycja kontrabasu na wybrzmieniu. Rua Da Barroca. Core number całej płyty startuje niezwykle kolektywnie. Saksofon buduje dron, mroczny, zabrudzony, ale jakże powabny. Już po 120 sekundach w tubie zdaje się rodzić moc, skłonna wyrwać wszystkich z letargu oczekiwania. Sousa zostaje na chwilę sam i szuka swojej pętli, po czym wpada w oddech cyrkulacyjny. Znakomity moment! Tuż przed upływem 4 minuty powraca Ferrandini. Sytuacyjny duet PeterGarbiel nabiera tempa i emocji, po czym przyzywa kontrabas Faustino. Ognista muzyka, ale pozbawiona free jazzowej furii, pełna emocji, także tych nieujawnianych. Kontrabas schodzi smykiem do samej podłogi. Na osi czasu 7:30 - muzycy delikatnie hamują, by nieznacznie zmodyfikować swój flow. Nowy wątek brnie po złote runo przy wsparciu pizzicato. Trio unosi się nad ziemią i stawia wszystkich do pionu. Smyczek powraca na ostatniej prostej. Wraz z nim rozgrzany saksofon i kipiąca perkusja dają do wiwatu! Gaszenie płomienia zdobi nutka melodyzującego posmaku zapomnianego saudade.




Ilia Belorukov/ Gabriel Ferrandini  Disquiet  (Clean Feed , CD 2019)

Na kolejne czterdzieści dwie minuty i kilkadziesiąt sekund przenosimy się do studia nagraniowego w Saint-Petersburgu. Jest druga połowa grudnia 2017 roku – Ilia Belorukov na saksofonie altowym oraz Gabriel Ferrandini na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Panowie zagrają pięć całkowicie swobodnych improwizacji. Czas ich trwania zdążyliśmy już poznać.

Muzycy rozpoczynają swoją niespokojną podróż w dużym skupieniu – wyciszona tuba saksofonu i mały werbel brzmią na starcie niczym stylowe, duetowe Spontaneous Music Ensemble w czasach, gdy obu Panów nie było jeszcze na świecie. Gabriel zmyślnie zagęszcza flow, Ilia płynie raz wysoko, raz bardzo nisko, wyraziście, bez najmniejszych śladów melodyki. Free impro sax & drums duo as pattern! Muzycy dają prawdziwy popis kreatywności od pierwszej minuty nagrania. Rosjanin, tu pozbawiony jakichkolwiek syntetycznych atrybutów, stawia sobie artystyczną poprzeczkę niezwykle wysoko i spełnia wszelkie oczekiwania. To samo rzec można o Portugalczyku. Taniec i śpiew przez zaciśnięte usta, bezczelne rytuały piękna improwizacji. Druga opowieść budzi się w oparach lepkiej ciszy. Ilia wstaje jako pierwszy, Gabriel sprawdza jakość naciągów na werblu, liczy krawędzie. Ballada dla ponownie potępionych – saksofonowe półdrony i ślady drummingu. Narracja, która systematycznie pęcznieje, budowana zarówno długimi, jak i krótkimi frazami. Po 5 minucie organiczna dawka ekspresji doprowadza muzyków do szczęśliwego zakończenia.

Trzecia improwizacja – dysze prychają, znów liczba krawędzi zestawu perkusyjnego zgadza się, co do sztuki. Subtelna gra w otwarte karty. Alt tańczy, werbel trzyma go za gardło. Ciało w ciało, świetna komunikacja, bez znaków zapytania. Ilia lubi zagęszczać brzmienie, preparować dźwięk, szukać dronowej estetyki, choć nawet na moment nie opuszcza terytorium wolnego jazzu. Tuż obok Gabriel – wybiera wyłącznie najlepsze rozwiązania, towarzyszy saksofoniście w każdej frazie, nic nie pozostawia bez adekwatnego komentarza, gra gęstym ściegiem, całym zestawem perkusyjnym, choć jest przy tym zwinny jak kot, lekki jak pawie pióro. Na wybrzmieniu alt skutecznie szuka szorstkich fonii, szumi jak lokomotywa na stacji końcowej.

Syczenie w tubie wyznacza start czwartej części. Talerze drżą na dalszym planie. Zmysłowa cisza żywej akustyki. W kolejnym kroku, repetycja wilgotnych dysz i preparacje na werblu. Bukiet perełek fonii buduje najspokojniejszy fragment Niepokoju. Moc detali, frapujących szczegółów, uroda pojedynczych niemal dźwięków – rezonans talerzy, czy oddech suchej tuby, która chce śpiewać. Wejście w bardzo jazzową narrację smakuje balladą, choć najeżoną emocjami. Na finał potencjometr mocy przesuwa się w prawo, by nie było zbyt słodko. Wreszcie i pieśń zakończenia! Jakby wszystko w niej śpiewało – talerze, dysze, tomy i werble, choć muzycy nie opuszczają bastionu ciszy i spokoju. Muzyka zdaje się unosić w powietrzu z braku ciężaru właściwego. Po 4 minucie delikatne zagęszczenie – alt skacze ku górze, perkusja zdobi dźwiękami każdy centymetr sześcienny studia nagraniowego. A jednak Disqueit!


wtorek, 23 października 2018

LFU: Lisbon Freedom Unit ‎and their Praise Of Our Folly!


Rozbudowane, europejskie składy improwizujące tej jesieni zdają się być w zdecydowanym natarciu! W połowie października, na Krakowskiej Jesieni Jazzowej, debiutował nowy ansambl Barry’ego Guya For The End Yet Again (ach, co to był za debiut!). W ubiegłym tygodniu zachwycaliśmy się na tych łamach doskonałą płytą tentetu Alexa Warda, teraz zaś chwil kilka poświęcimy na omówienie równie ekscytującej propozycji, która zwie się Lisbon Freedom Unit!

Bez cienia wątpliwości, w dziewięcioosobowym składzie orkiestry LFU, odnajdujemy prawdziwy kwiat muzycznej Lizbony. Do pełnej reprezentacji portugalskiej sceny improwizowanej, tej bardziej osadzonej w estetyce free jazzowej, brakuje tu być może jedynie dwóch trąbek, pewnej wiolonczeli, jednego kontrabasu i tyluż gitar *).

Zatem bez zbędnych wstępów, przedstawmy aktorów widowiska. Na gitarze elektrycznej Luis Lopes - muzyk, którego z pewnością uznać należy za moc sprawczą całego przedsięwzięcia, na saksofonach tenorowych – Rodrigo Amado (lewa flanka) i Pedro Sousa (prawa), na saksofonie sopranowym i klarnecie basowym - Bruno Parrinha (środek sceny), na fortepianie i rhodes piano - Rodrigo Pinheiro, na wiolonczeli - Ricardo Jacinto, na kontrabasie - Hernâni Faustino, na perkusji - Gabriel Ferrandini i wreszcie, odpowiedzialny za elektronikę i turntables – Pedro Lopes.




W dniach 4-5 listopada 2015 roku, w lizbońskim Namouche Studio, wyżej wymienieni muzycy zarejestrowali blisko 4-godzinny, improwizowany materiał (uprzedzając pytanie – nic nie wiemy o jakichkolwiek scenariuszach, powstałych przed nagraniem, wszak zgodnie z opisem płyty all music by the musicians). Na krążku o pięknym tytule Praise Of Our Folly (Pochwała Naszego Szaleństwa) odnajdujemy cztery utwory oznaczone cyframi rzymskimi (łącznie 52 minuty i 1 sekunda). Wydawcą jest Clean Feed Records.

I. Brzęk piana, pojedynczej struny kontrabasu, trochę szumu w tubach. Drobiny sonorystyki, kilka strumieni dźwięków nieco bardziej ciągłych. Prychy, rechoty i stemple z klawisza. Filigranowa narracja, która małymi krokami zdobywa czasoprzestrzeń. W 6 minucie po raz pierwszy odzywają się talerze Ferrandiniego. Dla odmiany, partner od elektroniki pozostaje na bardzo dalekim planie, być może zwyczajnie milczy. Improwizacja wije się, jak wąż po podłodze, ale systematycznie narasta. Na flankach błyskotliwie pęcznieją oba saksofony tenorowe. Zwarty, demokratyczny twór przepełniony molekularną interakcją. Po 10 minucie dźwięki uroczo nawarstwiają się, mają coraz gęstszą strukturę. Tuż potem, zwinne wybrzmiewają.

II. Piano, gitara i kontrabas – urywane, cięte frazy, wet za wet, wszystko świetnie skomunikowane. Oto jak wolny jazz potrafi urokliwie kąsać. Doskonały pasaż fortepianu, wyraziste, zadziorne ekspozycje instrumentów strunowych (smyczek na kontrabasie i wiolonczeli). W 5 minucie zapada spontaniczna (?) decyzja o pójściu w półgalop. Dynamika fragmentu chytrze wspierana jest wysoko zestrojonym drummingiem. Na prawym skrzydle wyśmienicie eksponuje się Sousa. Jego saksofon jednocześnie śpiewa i kruszy mury twierdzy. Zresztą cała banda muzyków, jawi się niczym piękne konie w galopie! Struktura narracji jest już tak gęsta (wszyscy muzycy przy instrumentach), że aż trudno uwierzyć, że całość brzmi tak selektywnie i klarownie w wymiarze akustycznym. Wszystko zdaje się być, tak dramaturgicznie, jak i brzmieniowo, świetnie ze sobą skorelowane. Na bogato! Ojciec i syn saksofonu tenorowego Portugalii dają tu prawdziwy popis! Tuż po nich krótka, jazzowa ekspozycja gitary tłumi tę wyjątkowo ekspresyjną opowieść.




III. W ramach introdukcji, grzmot gitary, garść syntetycznych dźwięków, amplifikacja na strunach wiolonczeli. Nonet nabiera innego, bardziej brudnego brzmienia. Włącza się piano rhodes, a przed nami prawdziwie pogmatwane fussion. Od startu gęste, narowiste, krwiste i istotnie głośne. Na flankach znów pyskato! Gitara Lopesa też ma dużo prądu! W 5 minucie robi się z tego prawdziwa ściana dźwięku, w której rozsądek dramaturgiczny muzyków zdaje się szukać punktu zaczepienia i po paru chwilach, znajduje go pomiędzy strunami gitary i równie prądobiorczej wiolonczeli. Następuje silnie tłumienie i wybrzmiewanie, które toczy się na barkach długotrwałych dźwięków elektroniki i armii talerzy Ferrandiniego. To naprawdę długi i efektowny proces. Psychodelia znajduje tu swoje miejsce na ziemi!

IV. Wstęp należy do Pedro Sousy. Pełen furii i sonorystyki, kolejny dowód na niebywale wysokie kompetencje tego wciąż młodego saksofonisty z samego krańca świata nowożytnego. Świetnie wchodzi w ten gąszcz dźwięków fortepian Pinheiro. Duet, który w mgnieniu oka staje się triem (Ferrandini!). Eksplozja free jazzu, krew na ścianach! Zaraz potem kontrabas i mamy kwartet! Fire music again! Pozostali muzycy step by step podłączają się równie podekscytowani, doskonały zaś tenor pcha cały ansambl wprost do nieba! Wrzący tygiel ekspresji (Amado jest równie rozpalony, jak Sousa!), głośny, dynamiczny, gwałtowny! No, a ciągiem dalszym tej historii może być jedynie równie efektowne stopowanie, tu osadzone na gitarze i jej wciąż gorejących strunach. Przestery wspierane są elektroniką. Jakże barwna, niemal metafizyczna eksplozja! Szukamy ciszy i refleksji dramaturgicznej. Wspaniałe małe piano Pinheiro. Sustained streams ze strony wszystkich dęciaków. Muzycy wypatrują psychodelii, ta wpada im prosto w ramiona. Wszystkim na scenie udziela się delikatny trans. Cudowny smyczek na kontrabasie! Ta mocno już spowolniona narracja niespodziewanie zaczyna pęcznieć. Lopes czuwa, ale i dokłada do ognia. Zdaje się tu być prawdziwym mistrzem planu w wymiarze konstruktorskim. Finał tej doskonałej płyty muzycy osiągają dość nagle, aż chce się krzyczeć o więcej. So, let’s press the repeat!



*) dla tego, który trafnie odgadnie, o kim mowa, w nagrodę elektroniczny uścisk dłoni Pana Redaktora!



wtorek, 9 października 2018

Pedro Sousa i jego ciągle powiększająca się biblioteka idei i estetyk ! Wywiad z muzykiem!


Wywiad przeprowadzony na zlecenie portalu jazzarium.pl i tamże opublikowany


Płyta portugalskiego tria free jazzowego Rajada ukazała się na początku bieżącego roku za sprawą serii wydawniczej Multikulti Project i Trybuny Muzyki Spontanicznej. W trakcie swojego niedługiego życia doczekała się już m.in. cztero i pół gwiazdkowej recenzji na prestiżowych łamach Freejazz Blog. W okresie wiosennym przeprowadziłem z Pedro Sousą, saksofonistą tria, rozmowę nie tylko o tym wydawnictwie, ale także i przede wszystkim o drodze, jaką przebył ten wciąż młody muzyk, od eksperymentalnej elektroniki do muzyki swobodnie improwizowanej.

Witaj Pedro. Rozmawiamy w związku z ukazaniem się w Polsce debiutanckiej płyty tria Rajada, którą tworzysz wspólnie z Miguelem Mirą i Afonso Simoesem. Opowiedz proszę, jak doszło do powstania tego tria, jak ta muzyka sytuuje się na tle twoich poprzednich muzycznych doświadczeń.

Grałem już wiele razy z Miguelem Mirą, nim zagraliśmy jako Rajada, głównie w sytuacjach stworzonych ad hoc, ale także w studiu, gdy ćwiczyłem razem z Motion Trio. Jednocześnie znałem i zaprzyjaźniłem się z Afonso, wiedziałem o jego wcześniejszej grze w różnych zespołach z Davidem Maranhą lub Rafaelem Toralem, także w takich zespołach, jak Gala Drop i Fish & Sheep. Pewnego dnia grałem z Afonso w podwójnym koncercie, gdzie lokalni muzycy z Lizbony zwykli bywać w soboty, na Rua da Bica. Ideą podwójnego koncertu polegała na występie dwóch duetów, które nigdy wcześniej nie grały ze sobą.

Po tym koncercie po prostu pewny rzeczy zadziały się już same. Miguel Mira i ja chcieliśmy grać częściej razem. Afonso chciał ponownie zagrać improwizowany jazz. Gabriel (Ferrandini) już myślał o przyszłości z Volúpias das Cinzas. Tak więc całkiem naturalnie poczuliśmy, że wszyscy chcemy stworzyć czystą formację składająca się z saksofonu, basu i perkusji.




Opowiedz proszę o swoich początkach jako muzyk. Od czego zaczynałeś, gdzie uczyłeś sie grać, jak doszedłeś to muzyki improwizowanej, w którym momencie poczułeś, że to jest twoja metoda artystycznego działania.

Zacząłem grać na gitarze jako nastolatek. W takich okolicznościach właśnie poznałem Gabriela Ferrandiniego. Obaj wpadliśmy na pomysł stworzenia zespołu i grania muzyki. Byłem i nadal jestem wytrwałym słuchaczem muzyki elektronicznej, więc uczyłem się także, jak tworzyć muzykę na komputerze. W ciągu tych lat wiele eksperymentowaliśmy z innymi muzykami, czy kolegami z liceum, którzy potem robili już inne rzeczy. Był to także czas, kiedy po raz pierwszy spróbowałem zagrać na saksofonie, który w tamtym czasie był dla mnie bardzo tajemniczym instrumentem.

Ponieważ mieliśmy wiele pomysłów i skojarzeń w naszych głowach, doświadczaliśmy wtedy głównie tego, co oznacza ciągłe zmaganie się z twoim instrumentem i twoimi fizycznymi zdolnościami, a nie zaś z tym, co naprawdę chcesz robić w kategoriach dźwięku. Było to bardzo ważne, ponieważ nasze ówczesne potrzeby ostatecznie przerosły chęć grania muzyki notyfikowanej lub ustrukturyzowanej w postaci piosenki, a my coraz bardziej przechodziliśmy do długich kompozycji, dzięki stosowaniu improwizacji i eksperymentalnych pomysłów estetycznych.

Ostatecznie Gabriel zaczął regularnie grywać w RED Trio i Motion Trio. A ja, który grałem kilka razy z Ernesto Rodriguesem i VGO (Variable Geometry Orchestra), założyłem własny zespół z dwoma innymi przyjaciółmi (Pedro Lopes z EITR i João Gomes) o nazwie OTO. To było zarówno eksperymentalne, jak i improwizowane trio z muzyką elektroniczną, którego każdy kolejny koncert, a także metody pracy bardzo różniły się od siebie. To była niesamowita szkoła, dowiedzieć się więcej o graniu muzyki elektronicznej, a także lepiej zrozumieć, jak tworzyć w połowie strukturalne / w połowie improwizowane utwory muzyczne itp. To zdecydowanie mieściło się gdzieś pomiędzy muzyką taneczną, a po prostu naprawdę dziwacznymi rzeczami. Również w ciągu tych lat spędzałem dużo czasu, często opuszczając zajęcia na uniwersytecie, na graniu i próbach w Trem Azul, który był wtedy sklepem z muzyką jazzową, a także kwaterą główną wytwórni Clean Feed. To była właściwie moja druga szkoła, która otworzyła mój umysł i uszy na wiele rzeczy, które wydarzyły się potem.

Ale ostatecznym punktem zwrotnym był koncert Johna Butchera, który widziałem w CCB z udziałem Carlosa Zíngaro grającego na altówce, z elektroniką i Güntera Müllera, wykorzystującego ipody. Gra Johna Butchera kompletnie mnie rozwaliła. Tkwiłem już wtedy w różnych odmianach jazzu i improwizacji, ale widząc saksofony Johna robiące tak niezwykłe rzeczy, to było coś, czego wcześniej nie widziałem. Zdaje się, że to był ten impuls, który w pewnym sensie sprawił, że ostatecznie porzuciłem moją elektronikę na rzecz gry na akustycznym instrumencie.

Czy mógłbyś wymienić płyty i muzyków, którzy w szczególny sposób ukształtowali Cię jako muzyka?

Wydaje mi się, że trudno jest opisywać rzeczy w ten sposób, ponieważ czuję, że wszystko, czego dotychczas doświadczyłem, jest częścią tego samego strumienia, nawet te okropne rzeczy, których słuchałem jako dziecko. Zatem prawdopodobnie wiele, nawet tych najbardziej "ważnych" rzeczy mogę tu pominąć. Ale pierwsze wrażenia, które przychodzą na myśl, to cała muzyka elektroniczna, którą słyszałem, gdy dokonywałem moich pierwszych odkryć i eksploracji w muzyce. Dla nastolatka byli to typowi bohaterowie, tacy jak Pink Floyd i Soft Machine, ale potem naprawdę zanurzyłem się w muzyce jungle i IDM, odkryłem takie wytwórnie, jak Warp, Ninja Tune i Tzadik, tacy artyści, jak Aphex Twin, Squarepusher, Ventian Snares i μ-ziq przychodzą do głowy. "Disco Volante" Mr. Bungle’a również kołysało mój świat w tamtym czasie, czy zespoły takie, jak The Melvins. Później doszedłem do hip hopu, także bardzo lubię „brudną” południową muzykę, taką jak Three Six Mafia i DJ Screw. Lub dziwaczne rzeczy, takie jak Prefuse 73.

Muzyki jazzowej zacząłem słuchać intensywniej nieco później, ponieważ zostałem w to wciągnięty i zacząłem spędzać dużo czasu w "Trem Azul", który w czasach, gdy był siedzibą Clean Feed Records, dostarczał również dużo nowej szalonej muzyki, o której nawet nie wiedziałem, że chcę ją usłyszeć. Wtedy usłyszałem takie zespoły jak Hardcore Chamber Music, czy pierwszy album Offonoff czy Original Silence, a co najważniejsze, dla mnie jako muzyka, poznałem takich artystów jak John Butcher, Evan Parker czy Jean-Luc-Guionnet. The Fish i Townorchestrahouse to były formacje, które zawsze zalegały w moich odtwarzaczach CD. W ostatnim roku, to czego słuchałem najczęściej w domu, to w rzeczywistości muzyka tradycyjna, głównie azjatycka. Zazwyczaj tak właśnie obcuję z muzyką, najpierw dużo jednego gatunku, a potem lubię odkrywać inny.

Świat muzyki improwizowanej poznał Cię kilka lat temu, gdy nagrałeś doskonałą płytę „Casa Futuro”, w towarzystwie swojego wielkiego przyjaciela, Gabriela Ferrandiniego i Johanessa Bertlinga. Czy te trio będziesz w przyszłości kontynuował?

Graliśmy w październiku (ubiegłego roku – przyp. red.) w tym trio na Out.Fest, tutaj w Lizbonie. Zatem grupa wciąż żyje i ma się naprawdę dobrze. Poprzednio po prostu mieliśmy trudniejszy okres, ponieważ Johan niedawno został ojcem i miał bardzo napięty harmonogram. Ale cieszymy się muzyką i gramy razem, więc coś musi się wydarzyć w bardzo niedalekiej przyszłości!




Porozmawiajmy o procesie improwizacji. Co Twoim zdaniem jest ważne, by była ona udana? To, co siedzi w twojej głowie? To, z kim grasz i jakie wzajemnie na siebie reagujecie?

To interesujące pytanie, ponieważ jest to kwestia, z którą mam codziennie do czynienia, za każdym razem, gdy angażuję się w jakiś twórczy proces. Uważam się za każdym razem za szczęśliwca, że ​​mogę mieć w tej kwestii jakiś pogląd i próbować uwierzyć, że nie dość, że moje koncepcje nie są dogmatami, to jeszcze mogą się też poszerzać i ewoluować. Dzięki Trem Azul, przyjaciołom, kolegom związanym z muzyki, a także moim własnym poszukiwaniom, byłem nastawiony nie tylko na mnogość różnych rodzajów muzyki i artystów, ale także na konkretne sposoby podejścia i analizowania sytuacji. Jestem oczywiście owocem i skutkiem moich własnych influencji, także tych wszystkich najprzeróżniejszych albumów i gatunków muzycznych, które mnie interesują, od muzyki drone po noise, także hip-hopu i muzyki tradycyjnej z całego świata. Również fakt, że przez kilka lat grałem na gitarze w improwizowanych zespołach elektronicznych i noise'owych, a także studiowałem rzeźbiarstwo, pomogło mi spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Wszystko sprowadza się do tego tygla idei i estetyki, który jest ciągle powiększającą się biblioteką, która pozostaje ze mną jako muzykiem.

Kiedy więc myślę dziś o muzyce improwizowanej, rzadko kiedy uważam ją za rodzaj jazzu lub przykład post-jazzowych estetyk czy idiomów. Mimo, iż to ogromny fundament wszystkiego, to nadal jest tylko częścią całej struktury, która stanowi mój własny język. Tak więc, gdy pracujemy i staramy się być coraz lepsi na swoim instrumencie, grając każdego dnia w czysto technicznym sensie, łączymy to wszystko z naszą własną prawdą i estetyką, w pewnym sensie próbując szlifować i doskonalić nasz pomysł jako całość. To zawsze stanowi moje główne zainteresowanie: być w stanie jasno zobaczyć, jak te wszystkie elementy (uczenie się, granie, myślenie, mówienie i słuchanie) kształtują mnie jako twórczą osobę i jak pomagają mi zdefiniować mój własny język, który przenika wszystko, co robię. Więc chociaż funkcjonuję dla przykładu w zespołach, których estetyka może się wydawać bardzo różna, moim celem jest zawsze nadać sens temu wszystkiemu i połączyć wszystko w jedną całość.

Również czymś, z czego zdałem sobie sprawę, a co jest bardzo ważne, jest dokładnie to z kim grasz. Ponieważ myślę, że ludzie często ujawniają siebie w sposobie, w jaki grają, to gdy osobiście komunikujesz się z kimś, stanowi już wartość samą w sobie. Przyjaźń jest ważna, choć oczywiście nie jest zmienną ostateczną w równaniu, ma dla mnie znaczenie ze względu na organiczną naturę tej muzyki. Wciąż jestem silnie zaangażowany w to, co robię w moim życiu, ciągle czuję, że wszystko wokół mnie musi i będzie wzrastać. Dlatego też rozwój i praca z ludźmi, którzy są tak zmotywowani, jak ty, którzy wierzą w to, co ty, to zdrowa rzecz dla muzyki i ogólnie dla procesu motywacyjnego. Oczywiście muzyka również rodzi się z konfliktu, który wybucha od czasu do czasu. Wszystko najważniejsze dzieje się od momentu, w którym bierzemy ten wspólny proces w nasze ręce i wykorzystujemy, to co w nas najlepsze. Wszystko inne, to tylko nieustanny ból głowy lub chwila oddechu.

Jesteś silnie związany z Lizboną. Czy mógłbyś opowiedzieć o scenie muzycznej tego miasta, szczególnie tej związanej z muzyką improwizowaną? Miejsca do grania, muzycy, czy ktoś wspiera muzyków? Czy muzyk improwizujący przeżyje w Lizbonie?

Improwizowana scena w Lizbonie jest interesująca. Być może dziś jest ona trochę bardziej rozproszona niż kiedyś, jeśli myślimy o tym w klasycznym sensie, tak jak w latach wcześniejszych, gdy funkcjonował Trem Azul (ponieważ było to miejsce, przez które niemal wszyscy przeszli) lub nawet stary Hot Club (nowy nie ma już związku z tą sceną). Wydawało się, że łatwiej było być wystawionym na różne okazje, które tyle wokół. Ale względnie mały rozmiar miasta nadal ułatwia łączenie się z ludźmi i zrozumienie tego, jak grupy muzyków przemieszczają się, pracują i mieszają ze sobą. Z jednej strony masz Ernesto Rodriguesa i jego wytwórnię Creative Sources, która prezentuje w przeważającej części muzykę bliską ciszy, realizowaną w Lizbonie i pobliskich miejscach. Z drugiej strony masz takich muzyków, jak Manuel Mota, David Maranha i Margarida Garcia, którzy są wartością samą w sobie, także Red Trio oraz Motion Trio lub nawet niektórych muzyków, którzy wywodząc się z klasycznej sceny jazzowej, próbują włączyć improwizację jako główny element w niektórych swoich projektach. Zatem każdy znajdzie tu coś dla siebie, nawet jeśli okazji nie jest zbyt wiele, bo wszystko, co robią te grupy muzyków, składa się w całość.

Inne miejsca, takie jak Galeria Zé dos Bois i Damas, są ważne w inny, być może, bardziej miejski sposób, ponieważ łączą różne gatunki muzyki w swoich programach, proponując ludziom przeróżne rodzaje muzyki, co sprzyja powstawania nowych inicjatyw. Na przykład niektórzy muzycy, z którymi pracuję i spotykam się codziennie, pochodzą ze sceny pop, estetyki lo-fi lub muzyki tanecznej, a dla mnie jest to bardzo interesująca rzecz, ponieważ wszyscy w pewnym sensie wspieramy się nawzajem, nastawieni jesteśmy na kontynuowanie różnych projektów. Może właśnie w tym kierunku zmierza scena muzyki improwizowanej w Lizbonie, ten rodzaj mieszanki stylistycznej. Jestem zdania, że ​​obecnie miasto jest nieco mniej przyjazne dla pewnych twórczych nisz, ale mimo wszystko mają one szanse przetrwać i rozwijać się. Widzę, że więcej muzyków robi różne rzeczy, a to świetna sprawa, zatem istnieje potencjał. W moim odczuciu brak jest tylko miejsc do grania w mieście (i poza nim), co w połączeniu z rosnącymi cenami czynszów i miastem coraz bardziej nastawionym na turystykę, utrudnia rozwój zjawisk kulturalnych. Ale musimy poczekać i zobaczyć, co przyniesie przyszłość, ponieważ jest tu wielu świetnych ludzi robiących świetne rzeczy.

Zatem Pedro, ostatnie pytanie. Nad czym obecnie pracujesz, na jakich płytach usłyszymy Cię w najbliższych miesiącach? No i kiedy pojawisz sie na koncertach w Polsce, czy w ogóle w Europie wschodniej?

Teraz pracuję nad wieloma różnymi rzeczami. Przygotowywałem i zmiksowałem dwa koncerty z Gabrielem Ferrandinim, Davidem Maranhą, Alexem Zhang Hungtai i Júlią Reis (na jednym z koncertów), grupa nazywa się Rahu and Ketu. Przygotowywałem też niepublikowany wcześniej album EITR, nagrany kilka lat temu. Nagrałem i zmiksowałem duet z Davidem Maranhą, który staramy się wydać w tej chwili. Jest też album CAVEIRA, nad którym pracujemy, zespół założony przez Pedro Gomesa lata temu tutaj, w Lizbonie, którego skład zmieniał się parę razy. Mam skromne nagranie solowe, która wkrótce zostanie wydane. Volúpias das Cinzas, nagrania tria Gabriela (Ferrandiniego) z rezydencji w ZDB również zostaną wydane w tym roku. Obecnie nagrywanych i produkowanych jest wiele rzeczy, to naprawdę świetna sprawa!

Co do gry w Polsce lub Europie Wschodniej ... Cóż ... Dla mnie to wciąż nieopanowane  terytorium. Tak naprawdę nie mogę powiedzieć na pewno, że coś się wydarzy. Zobaczmy, czy uda nam się przetrwać kolejną porcję płytowych wydawnictw!

Dziękuję za rozmowę, Pedro.




****

Pedro Sousa and his constantly growing library of ideas and aesthetics - an interview with a musician

The recordings of the Portuguese jazz trio Rajada appeared at the beginning of this year due to the publishing series Multikulti Project and Spontaneous Music Tribune. During its short life, it has already four and a half star review on the prestigious Freejazz Blog. In the spring time I had a conversation with Pedro Sousa, a saxophonist of  this trio, not only about this release, but also and above all about the path that this still young musician went through, from experimental electronics to freely improvised music.


Hello Pedro. We are talking about the release of Rajada trio debut album in Poland, which you create together with Miguel Mira and Afonso Simoes. Please tell me how this trio came into being, how this music is located in the background of your previous musical experiences.

I had already played multiple times with Miguel Mira before the band, mostly in ad hoc situations and in the studio rehearsing with Motion Trio. While I knew and befriended Afonso already, and knew about his past playing in various ensembles with David Maranha or Rafael Toral and in bands such as Gala Drop and Fish & Sheep. One day I played with Afonso in a double bill series where local Lisbon players used to go on Saturdays, in Rua da Bica. The idea of the double bill was to put two duos playing that had never played before.

After that gig it was simply a cluster of conditions. Miguel Mira and I wanted to play more often together. Afonso desired to play jazz and improv once more. Gabriel (Ferrandini) was already thinking ahead with Volúpias das Cinzas. So it kind of naturally happened as we all felt we wanted to develop a raw trio formation of Saxophone, Bass and Drums.

Please tell me about your beginnings as a musician. Where did you start, where you learned to play, how you came to improvised music, at what moment you felt that this is your method of artistic action.

I started out playing guitar as a teenager. Which is how I met Gabriel Ferrandini actually. We were both into the idea of forming a band and playing music. I was also and still I am a heavy listener of electronic music, so I was also learning how to produce music on the computer. We did a lot of experiments during these years with other musicians, or high school friends actually, who have gone to do other things. This was also the time I first tried out playing a saxophone, as it presented itself as a very mysterious instrument to me at the time.

Since we had a lot of ideas and references in our head we were already experiencing what it is to constantly struggle with your instrument and your physical abilities vs. what you actually want to do in terms of sound. This was very important as these necessities eventually outgrew our desire to play written or structured music in a song format, and we deviated more and more into long compositions as a result of improv and experimental aesthetic ideas.

Eventually with time Gabriel started out playing with RED Trio and Motion Trio. And I, who had played a couple of times with Ernesto Rodrigues VGO (Variable Geometry Orchestra), started my own band with two other friends (Pedro Lopes from EITR and João Gomes) called OTO. It was and experimental and improvised electronic music trio which varied its sets and approach methods a lot. And it was an incredible school to learn more about playing electronic music and to also understand more how to make half structured/half improvised music, etc. It was categorically somewhere between dance music and just really weird stuff. Also during these years I was spending a lot of time and ditching way too much my University classes in favour of playing and rehearsing at Trem Azul, which used to be the Jazz Store which was also Clean Feed's HQ. This was actually my second school, and it opened my mind and ears to a lot of things to come.

But the eventual game changer was actually a John Butcher gig I saw at CCB with Carlos Zíngaro playing viola with electronics and Günter Müller playing ipods. John Butcher's playing just blew me away. I was already into different kinds of Jazz and Improv and seeing saxophones doing things out of the ordinary wasn't something I hadn't seen before. But it struck a chord in me I guess and it kind of tipped me over to finally ditch my electronics in favour of playing an acoustic instrument.

Could you indicate the albums and other musicians who have shaped you in a special way as a musician?

I think it's kind of hard to label things that way because I feel it's all part of the same stream, even the horrible stuff I listened to as a kid. So probably a lot or even the most "important" things might be left out. But the first things that come to mind are all the electronic music that I heard as I was doing my initial discoveries and explorations in music. As a teenager there were the usuals like Pink Floyd and Soft Machine but then I got really into jungle music and idm and finding out stuff in labels like Warp, Ninja Tune and Tzadik, artists like Aphex Twin, Squarepusher, Venetian snares and μ-ziq come to mind. Mr. Bungle's "Disco Volante" rocked my world at that time as well or bands like The Melvins. Later I really got into hip hop music in general and I really like dirty south music like Three Six Mafia and DJ Screw. Or quirky stuff like Prefuse 73.

I only started listening more seriously to Jazz music later, as I was drawn into it and I started hanging out a lot at "Trem Azul" which, since it was home to the Clean Feed records, also brought me a lot of new crazy music that I didn't even know that I wanted to hear. Which is when I heard bands like Hardcore Chamber Music, or Offonoff or Original Silence's first album, and then most importantly, for me as a musician, artists like John Butcher, Evan Parker or Jean-Luc-Guionnet. The Fish and Townorchestrahouse were some bands that were always looping in my cd-players. This last season what I’ve been listening to the most at home is actually traditional music, mostly Asian. Usually that is how I hear music these days: a lot of one genre and then I like to explore another. 
  
The world of improvised music met you a few years ago when you recorded an excellent album, Casa Futuro, accompanied by your great friend, Gabriel Ferrandini and Johaness Bertling. Will you continue this trio in the future?
  
We played last October with this trio at Out.Fest here in Lisbon. So it's still alive and kicking. We simply have been having a tough break with timings as Johan recently became a father and already has a very packed schedule. But we thoroughly enjoy the music and playing together so it's bound to happen in a very near future (no pun intended) again!!!
  
Let's talk about the process of improvisation. What do you think is important for it to be successful? What's in your head? Who do you play with and how do you react to each other?

This is an interesting question as it is something that I also question myself with everyday and everytime I'm involved in some sort of creative process. I always consider myself lucky to be able to hold some sort of perspective on it and to try to believe that not only my concepts are not dogmas but they can expand and evolve. Because of Trem Azul, friends, music colleagues and my own research I was exposed not only to a multitude of different types of music and artists but also specific ways to approach and to analyze it. I am obviously a product and the result of my own influences, be it all the different albums and music genres that interest me, from drone music to noise, to hip hop and traditional styles from around the world. Also the fact that for some years I played guitar in improvised electronic and noise bands, or studied sculpture, helped me to have a different perspective on sound in general. So it all comes down to this melting pot of ideas and aesthetics which is an ever expanding library which stays with me as a musician.

So when I think of improvised music these days, it's rare that I think of it specifically as a sort of jazz or post-jazz aesthetic/idioms. Even though that pillar is massive, it's still only a part of the whole structure which is my own language. So while we study and try to improve at our instrument playing every single day in a purely technical sense, we are also conjoining it with our own truth and aesthetic, in a way, trying to rough out the edges and polish this idea as a whole. That has been my main focus as of late: To be able to clearly see better what all these things (studying, playing, thinking, talking and listening) do to me as a creative individual and how they help me define my own language which transverses everything that I do. So while I may have bands for instance, whose aesthetic may seem very different from one to another, my goal is to somehow make sense of all this and connect it.

Also something that I realized which is very important is exactly who you are playing with. As I often think that people reveal themselves a lot in how they play, it's of value when you personally connect to someone. Friendship is important, and obviously not being the end-all-be-all variable in the equation, it matters to me because of the organic nature of this music. I'm still very much in a state in my life where I feel that everything around me has to and will grow. Therefore, to grow and learn with people which are as motivated as you are, and believe in this as you do, is healthy to the music and to the motivational process in general. Of course music arrives out of conflict as well, which erupts from time to time. Everything happens to be valid as long as in the end we take this cooperative process to the best of our abilities. Everything else is just growing pains or good times.



You are strongly connected to Lisbon. Could you tell us about the music scene of this city, especially the one related to improvised music? Places to play, musicians, do anyone support musicians? Will the improvising musician survive in Lisbon?

The improvised scene in Lisbon is an interesting one. It may be a little more disperse these days, if we think about it in a classic sense, as in years before because of Trem Azul (as it was a place that everyone one time or another passed by) or even the old Hot Club (the new one just hasn't connected with this scene). It seemed easier to be exposed to the different niches that are active around here. But the relative small dimension of the city still makes it easy to connect to people and understand how these groups move, work and mix with each other. On one hand you can have Ernesto Rodrigues and his label Creative Sources, which represent the majority of near silence music being done in Lisbon and nearby places. On the other you may have Manuel Mota, David Maranha and Margarida Garcia, which are a force of its own, or Red Trio and Motion Trio, or even some musicians which, coming from a classical jazz scene, try to incorporate improvisation as a major guideline in some of their projects. So there's something for everyone, even though it might be in very small numbers sometimes, the work that these groups do all comprise a whole.

Other venues like Galeria Zé dos Bois and Damas are important in another, maybe, more urban way, as they mix very different genres in their programming, therefore exposing a lot of different people to different types of music, and this in turn creates more groups. For instance some of the musicians that I work and hangout with daily come from the pop scene, or lo-fi aesthetics, or dance music, and for me that's a very interesting thing to happen as we all support each other in a sense, and are exposed to a continuum of different works. Maybe this is where the improvisation scene in Lisbon is heading, this kind of mix of tangents. I'm of the opinion that the city is a bit harsher these days for some creative niches, but they can very well survive and thrive. I see more musicians doing different things and that's a great thing so the idea of potential is all there. There is a lack of venues in the city (and outside) in my opinion though, which coupled with skyrocketing rent prices and a city turned more and more to tourism make it harder to help this number grow. But we have to wait and see what the future brings as there are some great people doing great things around here.

Pedro, last question. What are you currently working on, on which discs will you hear in the coming months? And when will you appear at concerts in Poland or in Eastern Europe at all?

Right now I’m working in a lot of different stuff. I've been preparing and mixing two concerts given with Gabriel Ferrandini, David Maranha, Alex Zhang Hungtai and Júlia Reis (on one of the concerts only), called Rahu and Ketu. I've also been preparing an unreleased EITR album recorded a few years ago. I have recorded and mixed a duo album with David Maranha, which we are trying to put out in the moment. There's also a CAVEIRA album we working on, a band founded by Pedro Gomes years ago here in Lisbon, whose lineup has changed a lot throughout the years. I have a small solo tape to be released sometime soon. Volúpias das Cinzas, Gabriel's trio recording from the residency at ZDB will be out this year as well. There's always a lot of stuff being recorded and worked on at any given moment, which is great!

About playing in Poland or Eastern Europe...Well...It's still quite an untapped territory for me. So I can't really say for sure. Let's see if we can break through with the next batch of releases!

Thanks for conversation, Pedro.




poniedziałek, 12 lutego 2018

Rajada! Blow Up! Sousa, Mira & Simões on creative explosion!


Uwaga! Trybuna Muzyki Spontanicznej i jej przemądrzały Pan Redaktor, są współwydawcą tej płyty! Wszelkie słowa zachwytu, jakie za chwilę przeczytasz, mogą być podyktowane jedynie chęcią zwiększenia sprzedaży! Innymi słowy – dalej czytasz na własną odpowiedzialność!


Czas i miejsce zdarzenia: sierpień 2015 roku, Lizbona, Estúdios Interpress.

Ludzie i przedmioty: Pedro Sousa – saksofon tenorowy, Miguel Mira - wiolonczela, Afonso Simões - perkusja i perkusjonalia.

Co gramy: muzyka swobodnie improwizowana.

Efekt finalny: dwa utwory z tytułami, 58 minut i kilkadziesiąt sekund, wydane jako Rajada, co wedle woli muzyków jest zarówno tytułem płyty, jak i nazwą formacji (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series). Dostępne na rynku od piętnastego stycznia bieżącego roku.




Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne:

Atazana. Sprytne call & response w wykonaniu saksofonisty i wiolonczelisty, rodzaj wprowadzenia do rozbudowanej powieści w dwóch tomach, introdukcji, która zdaje się być gwarantem powodzenia całego przedsięwzięcia. Perkusista tyczy szlak, ubija ziemię, rozbudzony od pierwszego uderzenia w werbel. Pedro po lewej, Miguel po prawej, Afonso samym środkiem – to układ przestrzenny, który nie opuści nas w trakcie najbliższej godziny zegarowej, choćby na ułamek sekundy. Sousa wpada w dryl drobnych eskalacji, łypiąc do nas okiem godnym całego dorobku Evana Parkera, jakbyśmy cofnęli się w czasie o dobre czterdzieści lat. Rodzaj drapieżnika, wypuszczonego z klatki, ale ryczącego wyłącznie w pokojowych intencjach. Drummer trzyma rytm, wyznacza kierunek, czuwa niczym zdrowy fundament szalonej eskapady. To dynamiczne, rockowe zwierze, które nie odpuści choćby na moment. To także dzięki niemu, od startu emocje kipią krwią najwaleczniejszych. Narracja jest stosunkowo linearna. Cała płyta zdaje się być jedną opowieścią, która ma co prawda mnóstwo podrozdziałów, ale jest spójna, a każdy pomysł zdaje się być konsekwencją poprzednio zarysowanej osi dramatu. W 10 minucie saksofon na moment milknie, po czym przyjmuje rolę wycofanego, w skromnej opozycji do głównego nurtu tej historii. Tymczasem wiolonczelista, crazy man w ciągłym ruchu, przybiera szaty kontrabasisty i dynamizuje poczynania tego, i tak już wyzwolonego dyliżansu. Muzycy pozornie pozostają na etapie tłumienia emocji, ale czynią to, nie zdejmując nogi z gazu. Trochę przemyśleń we wnętrzu tuby, która ewidentnie czai się do kolejnego galopu. 14 minuta, to jednak wykwintne stopowanie! Nawet drummer zwalnia uścisk. Cello wisi na strunach. Drobne przekomarzania, utarczki i dysputy, z których rodzi się nowa opowieść. Cała pyta, choć kipi emocjami, ma w sobie zaszytą zadumę, szczypty nostalgii, może nawet posmak lizbońskiego saudade. 21 minuta, narracja snuje się jak spłoszony kocur, ma jednak jego urodę. Finał pierwszego tomu, w ciszy solowej ekspozycji Sousy. Atazana, czyli uszczypnięcie homara.




Desata. Kontrabasowa introdukcja wiolonczeli. Zwarta, tłusta przestrzeń. Nowa opowieść, mały drumming. Saksofon wchodzi bardzo delikatnie dopiero w 3 minucie, gdy walking sekcji ma już swój rytm, swoje dynamiczne spowolnienie. Eskalacja dramatyzuje przekaz, ale Sousa jakby prezentował własną wersję wydarzeń. Być może to opowieść o kochankach, który tracą wiarę w swój związek. To narracja, która pięknieje w oczach. Jest też technicznie błyskotliwa, gdybyście zapytali. Napięcie rośnie z każdą minutą. Cello pętli się na gryfie i powoli zrzuca szatę kontrabasu. Perkusja progresywna, dynamiczna w pocie i znoju. 13 minuta, rodzaj prawdziwie free jazzowej eskalacji, która ma jednak wiele wymiarów, kolorów i smaków. Choćby krzyk, który czai się na krawędzi tuby, pełen zadumy, na skraju zaniechania. Emocje wypływają z muzyków, wytryskują każdym otworem ich gorących ciał. 17 minuta, drummer szuka dla siebie nowej przestrzeni, saksofonista pętli się na dyszach, a wiolonczela nabrzmiewa. Pierwsza faza transu i wilgotnej psychodelii nadciąga! Tenor skacze ku górze i ryje nieboskłon wysokim rejestrem. To opowieść, która kipi pomysłami na każde, kolejne zdanie, jest wielowątkowa, niczym surrealistyczny potok świadomości. Tu i ówdzie pobrzmiewa nutą Aylera, smakuje Coltrane’m, wonią całej czarnej free jazowej Ameryki. Być może to moment historii, który sytuuje portugalskiego saksofonistę w panteonie wciąż żywych legend gatunku, a dzieje się to jeszcze przed jego 30 urodzinami*). 23 minuta wyznacza skromne wyhamowanie. Afonso schodzi w ciszę, Miguel wgryza się pomiędzy struny, a Sousa repetuje. Gdy ten pierwszy powraca, cała trójka łapie mantrę i będzie się jej trzymać niemal do końca płyty. Saksofonista na jednym oddechu! Wiolonczelista rzeźbi manuskrypt! Napięcie rośnie! Gęsta ścieżka, tyczona przez trzy złotowłose rumaki na skąpanej słońcem prerii. Lepią się w jeden dźwięk, jeden nurt! Ich grzywy łopoczą na wyjątkowo silnym wietrze! Rajada! Blow up! 32-33 minuta, dynamiczna narracja zaczyna powoli spoglądać w kierunku finału tej niebywałej podróży. Cello drąży skałę! Brutalnie piękne! Kolejny krok ku wybrzmiewaniu, talerze w rezonansie, saksofon, który melodyzuje, struny, które skowyczą i skwierczą. Na ostatniej prostej Sousa znów pachnie Coltrane’m. Trójgłowa mantra wieńczy dzieło. Desata, czyli rozwiązanie, a może raczej uwolnienie.



*) nagranie powstało w roku 2015