Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Han Bennink. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Han Bennink. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 grudnia 2019

Derek Bailey, Han Bennink & Evan Parker! Topographie Parisienne (Dunois, April 3d, 1981)!


Ostatni akapit monografii Evana Parkera *):

Topography Of The Lungs (…) - pierwsza płyta sygnowana nazwiskiem Evana Parkera, pozostaje do dziś znaczącym wydarzeniem europejskiego free improv. Spotkanie trzech wyjątkowych ludzi – osobnego gitarzysty, twórcy kanonu swobodnej improwizacji Dereka Baileya, wyjątkowo sprawnego perkusjonalisty Hana Benninka oraz początkującego i znacznie od kolegów młodszego saksofonisty Evana Parkera. Do kolejnego spotkania w tym składzie nigdy już potem nie dojdzie, co też Topografii Płuc dodaje znamion wyjątkowości. I choć późniejsze trzy duety z Baileyem zasługują na wieczną uwagę (…), należy w tym miejscu głośno zapytać, dlaczego tych opublikowanych spotkań było tak niewiele. Oceniając fakt wznowienia przez Parkera Topografii jedynie pod swoim nazwiskiem, a także niektóre jego komentarze medialne, odnoszę wrażenie, że Panowie, pomimo wielkiego wzajemnego szacunku, nie byli osobowościami zbyt zgodnymi, co w ryzykownej wolnej improwizacji ma czasami kluczowe znaczenie. Z Benninkiem Parker nagrał potem ledwie jedno wydawnictwo (…) i nikogo ono na kolana nie powaliło. Tym większa zatem szkoda, że Topografia jest tylko jedna.

… Otóż, od połowy maja bieżącego roku, nie jest już tylko jedna! Dokładnie wtedy, nakładem francuskiego labelu Fou Records, prowadzonego przez znamienitą postać francuskiej muzyki improwizowanej, Jean-Marca Foussata, ukazała się czteropłytowa dokumentacja koncertu (dnia koncertowego) tria Bailey-Bennink-Parker**), jaki miał miejsce w Paryżu, 3 kwietnia 1981 roku, w miejscu położnym pod adresem 28 rue Dunois! Efektownie wydany box zatytułowano … Topographie Parisienne!




Muzycy definitywnie napracowali się wspomnianego wyżej dnia, albowiem dwa, trwające ponad 40 minut, sety w trio uzupełnili … pięcioma duetami i dwoma występami solowymi. Łącznie ponad 215 minut muzyki, od razu zaznaczmy, zarejestrowanej raczej marnym kaseciakiem (nieczyste, zniekształcone brzmienia każdego z instrumentów, czasami słabo słyszalna gitara, a całość jakby w połowie drogi między dźwiękiem stereo, a mono). Wydawnictwo to traktować winniśmy nie tyle, jako rejestrację wielogodzinnego koncertu, podzielonego na dziewięć części, ile foniczny dokument bytności trzech wybitnych muzyków na paryskiej scenie, stanowiący przy okazji nieznany do tej pory, ale niezwykle ważki epizod w historii muzyki swobodnie improwizowanej.

Materiał dźwiękowy Paryskiej Topografii omawiać będziemy w nieco innej chronologii, niżby nakazywała konstrukcja dramaturgiczna czteropłytowego boxu. Najpierw zagłębimy się w sety trzyosobowe, potem omówimy duety, by na końcu - w kilku żołnierskich słowach - skwitować występy solowe.


Trio po raz pierwszy

Gitarowe dźwięki otwarcia, struna po strunie, artykułowane są tuż pod roztańczonym od pierwszej sekundy nagrania saksofonem sopranowym, pomiędzy rytmicznymi uderzeniami serca perkusjonalii, które wcale nie chcą podawać … rytmu. Muzycy potrzebują ledwie dwóch minut, by wpaść w pierwszą free jazzową kipiel. Sopran Parkera skowycze, jak w najlepszych momentach jego terminowania pod szyldem Spontaneous Music Ensemble, ale z turbodoładowaniem. Gitara Baileya może tu wszystko, ale nie wszystko czyni. Czasami schodzi na drugi plan, by bezczelnie komentować poczynania partnerów (głos Baileya też bywa aktywny w tym wymiarze). No i perkusja Benninka – wulkan, fontanna emocji, muzyczne adhd bez hamulca, pełne stylizowanego chaosu, artystycznego fermentu, w stanie permanentnej zmiany, gdzie psikus zdaje się gonić za psikusem, so what ever you want!

Po 8 minucie ciekawe, wręcz agresywne dźwięki saksofonu i perkusji, a także … gitary, która chyba wydaje jakieś dźwięki, ale nie jesteśmy tego do końca pewni (bootleg ma swoje prawa!). Po chwili uspokojenia bystra ekspozycja sopranu (cokolwiek szalonego nie działoby się na scenie, Parker gra swoje i pilnuje jakości improwizacji), zdobiona równie wartościowymi pasażami gitary. Na stuk puk Benninka, komentarz głosowy Baileya – kolejny akt muzyki … performatywnej. A sopran, jakby zupełnie wbrew temu, goni na szczyt swojej ekspozycji i efektownie eksploduje. W 15 minucie kolejne wystąpienia ad rem Benninka – najpierw puzon (kornet?) do pary z sopranem (niczym dwa upalone ptaki na podłamanej gałęzi!), potem fortepian i jednoczesne wbijanie stopy w rozgrzany bęben basowy. Niezły cyrk na kółkach, którego nikt nie ma zamiaru uporządkować. I tak toczy się ta zabawa – Bennink wciąż rozsadza narrację niekończącą się kawalkadą pomysłów, Parker konsekwentnie gra swoje, a Bailey sytuuje się gdzieś pomiędzy tymi dramaturgicznymi antagonistami. Po 23 minucie trio nabiera mocy w żagle i pędzi freejazzowym zboczem nad wyraz długo i konsekwentnie, czyniąc ów moment jednym z ciekawszych pierwszego seta. Okolice 30 minuty i znów koncert zamienia się w mały kabaret. Publiczność się śmieje, muzycy nieco pajacują, choć Parker … głównie milczy. Jakby się wzajemnie przedrzeźniali… Czy właśnie w tym momencie przekraczają oni próg wolności twórczej, jaką daje swobodna improwizacja? Odpowiedź Benninka jest prosta – ostry, rockowy rytm, Bailey dorzuca garść dynamicznych riffów, a Parker powraca i wyrywa chłopaków do naprawdę wysokiego lotu. Finał seta jest mięsisty, świetnie skonstruowany, kreowany pod dyktando doskonałej gitary.


Trio po raz drugi

Ceremonia otwarcia drugiego seta przypada w udziale … puzonowi, który maltretowany jest przez Benninka. Wydaje gardłowe pojękiwania i czeka na wsparcie. Tenor Parkera zdaje się ucieleśniać marzenia dużego blaszaka. Akcenty percussion dzieją się symultanicznie, a w tle szeleści gitara. Po krótkiej chwili zawahania, trio rusza do pierwszej wspólnej przebieżki – błyszcząca gitara, lekki saksofon i drummerskie adhd. W 9 minucie Bennink dorzuca trochę rocka do ognia, Bailey dla odmiany śle flażolety. Powrót saksofonu po niedługiej chwili znów dobrze robi całej ekspozycji. W 14 minucie następuje zejście w ciszę – kontynuacja flażoletów i nowy instrument w rękach Benninka, który przypomina brzmieniem dziecięcy instrument klawiszowy. Na scenie dzieje się jak zwykle dużo dobrego, ale wciąż nie brakuje wątków kabaretowych (choćby w 24 minucie, gdy jakość ekspozycji ratuje cyrkulacyjny flow saksofonu) – od ciszy do hałasu, od ekscytacji do palpitacji, ale recenzent musi przyznać, że obraz całości jest zdecydowanie bardziej fascynujący niż w secie pierwszym. Kolejnym etapem rozgrywki jest bystry dialog saksofonu i … klarnetu (Bennink), który wieńczy powrót gitary, kojącej nastrój suchymi frazami.

Ostatnie dziesięć minut seta przynosi kilka ciekawostek. Bailey zdaje się łykać trochę prądu (flażolety na pogłosie!), a jego gitara spoglądać w kierunku estetyki rockowej, w czym wspiera go dość hałaśliwy drumming Benninka. W 39 minucie powraca saksofon i na moment zdecydowanie tłumi emocje na scenie. Zaraz potem następuje dynamiczny kontratak tria, które równie szybko zredukowane zostaje do duetu saksofonu i gitary, delikatnie wspieranego rezonansem talerzy. Nastrój pryska jednak pod wpływem … agresywnego drummingu (zatem bez zaskoczeń!), ale to właśnie w tym momencie muzycy postanawiają wrzucić szósty bieg i zakończyć set ekspresyjnymi wybuchami free jazzowej maestrii. Przy okazji na scenie coś zaczyna … pikać. Oj, czasami przydałaby się wizja z ulicy Dunois!




Duety wstrząśnięte, mieszane

Przejdźmy do omówienia aż pięciu improwizacji duetowych, jakie miały miejsce w Paryżu ponad 38 lat temu. Uprzedźmy wszakże przebieg wypadków – dwa duety poczynione przez Parkera i Baileya, to bezdyskusyjnie crème de la crème całego, czteropłytowego boxu.

Pierwszy duet trwa 12 minut, a Parker gra w nim na saksofonie sopranowym. Narrację buduje gęsty flow jego saksofonu (choć grany urywanymi frazami) i wyluzowana gitara, która śle pomiędzy podmuchami dęciaka wielobarwne akordy, typowe dla estetyki Baileya. Muzycy w ułamku sekundy wchodzą na poziom dużej intensywności, ale czynią wszystko niebywale swobodnie i bez nadmiernego pośpiechu. W 8 minucie intrygująco zwalniają, zdobiąc opowieść gitarowymi ornamentami i akustycznymi dysonansami wprost z tuby. Potem Bailey zostaje na moment sam, by w spokoju ducha oczekiwać na powrót w pełni zrelaksowanego Parkera. Finał skrzy się niebanalną urodą.

Kolejny duet Baileya i Parkera trwa prawie 28 minut, a drugi z muzyków dzierży w dłoniach saksofon tenorowy.  Aura otwarcia wydaje się niemal post psychodeliczna – oniryczne, modulowane dźwięki, które szybko łączą się w zwarty strumień gęstej, dramaturgicznie rozedrganej i świetnie skomunikowanej improwizacji. W 9 minucie następuje błyskotliwy stopping, a muzycy zanurzają dźwięki w niewidzialnej powłoce quasi ambientu. Po wzięciu głębokiego oddechu, ponownie ruszają na łowy! Intensywna, barwna opowieść - dźwięk za dźwięk, ciało w ciało, puls i bicie serca - godna wszystkich ich poprzednich duetowych wydawnictw płytowych. Finalizacja tej niezwykłej narracji odbywa się długimi dźwiękami zasypiającej gitary i filigranowymi frazami niezwykle cichego saksofonu.

Czas na duet Baileya i Benninka, który potrwa niemal pełne 40 minut. Jakby w kontrze do poprzednich wynurzeń recenzenta - to być może najmniej wartościowy fragment boxu. Wszelkie wady i zalety nadaktywności, tudzież kabareciarstwa Benninka znajdują tu swoją rację bytu. Po prawdzie Bailey robi, co może, by kiełznać temperament Holendra, ale udaje mu się to niestety sporadycznie w trakcie dość długiego seta. A zaczyna się on nad wyraz spokojnie – Bennink pichci dźwięki na puzonie, Bailey piłuje struny. Ulotność chwili gwałci masywna stopa zestawu perkusyjnego, której efekt wzmaga subdoskonała jakość nagrania. Znów dopada nas moc kabaretowych uniesień, publiczność rechocze, a nam być może brakuje wizji. 12 minuta przynosi sporą garść rockowej ekspresji po stronie gitarzysty i walec natrętnego rytmu po stronie perkusisty. W 16 minucie warto odnotować skromne, modularne solo Baileya, a w 18 minucie użycie przez Benninka harmonijki ustnej. W 23 minucie powraca instrument blaszany (brzmi jak trąbka, a może to wysoko podwieszony puzon) i tworzy z gitarą dość spokojną ekspozycję. Po kolejnych pięciu minutach muzycy stawiają na emocje, a ognisty free jazz staje się ich krótkotrwałym udziałem. Pod koniec seta przybywa dobrych momentów, głównie wtedy, gdy Bailey zachowuje się bardziej aktywnie i nie czeka na to, co zaproponuje partner. Ale zmiana goni tu zmianę w tempie serii z karabinu maszynowego, a set wieńczy krótki pokaz kabaretowych skeczy dźwiękowych.

Po garści recenzenckich ambiwalencji, niecierpliwie czekamy na powrót na scenę Evana Parkera! Saksofonista w trakcie 3,5 godzinnej rezydencji w Paryżu milczał zresztą jedynie w trakcie seta, który przed momentem podsumowaliśmy. A zatem teraz dwa kilkunastominutowe sety z Benninkiem, pierwszy grany na tenorze, drugi na sopranie. Ten pierwszy rodzi się w gardle … klarnetu basowego (?). Tuż obok saksofon tenorowy, szybki, zwinny jak kot. Efektem tej właśnie koincydencji, taniec dwóch ultra dynamicznych dęciaków, który od razu wybudza nas z letargu oczekiwania na bystre dźwięki. Co warte podkreślenia, Bennink w niczym nie ustępuje koledze! Świetny moment! Zabawa trwa w najlepsze, a jakości ekspozycji nie kruszy nawet incydentalnie wbijanie stopy w mur bębna basowego. Podobnie rzecz się ma z kompulsywnym rytmem, który wylewa się spod stóp Holendra. A ponieważ Parker osiąga stan emocjonalnej ekstazy, nic nie może zakłócić potoku naszej euforii. Po 10 minucie krótkie solo perkusji, parę dźwięków puzonu (też z klasą!), powrót saksofonu i odrobina przekomarzania się, bez wszakże akcentów kabaretowych. Na sam zaś finał free jazzowa kipiel ze stemplami drummerskiego hałasu.

Drugi set duetu Parker-Bennink, nieco krótszy, bardziej zrównoważony emocjonalnie, łagodzony wysokim tembrem sopranu. Bennink sięga po dziecięcego klawiszowca, serwuje garść scenicznych wygłupów, szczęśliwie Parker czyni swoją powinność jak zwykle perfekcyjnie. Tuż potem znów dęty duet, równie udany, jak w trakcie ich poprzedniego seta. Pojawia się także klarnet basowy i wyjątkowo subtelna dawka drummingu. Pomysł wszakże wciąż goni tu pomysł, Bennink zmienia instrumenty niczym prestigitator, do obrazu całości dodaje też coś z pogranicza teatru, bo publika bawi się wyśmienicie. Po wybrzmieniu ostatniego dźwięku, wielosekundowa owacja, być może w ramach podsumowania całego dnia. Ten set kończy bowiem czteropłytowy box, nie kończy jednak naszej opowieści….


Parker solo sopranowe i tenorowe

…. Zostały nam bowiem do skomentowania dwa solowe sety Parkera. Najpierw niemal 12 minut przy użyciu saksofonu sopranowego. Muzyk skrupulatnie buduje narrację - zaczyna od krótszych fraz, które systematycznie wydłuża, aż do osiągnięcia pełni oddechu cyrkulacyjnego. Po pewnym czasie pięknie się wycisza i powraca do krótkich fraz. Na ostatnie 120 sekund wpada w konwulsyjną kipiel, goni w nieprawdopodobnym tempie, ale długie, ogniste frazy przedzielają nanosekundy oddechu. Set na saksofon tenorowy trwa dokładnie 10 minut. Początek wypełniają rwane, szarpane i skaczące pod nieboskłon frazy – prawdziwy Parker z tamtych lat! Flow nerwowy, jakże czerstwy, jedyny wszakże w swoim rodzaju. W drugiej części seta muzyk płynie już dłuższymi frazami, brudząc przy tym brzmienie, pełne agresji i jakże nielirycznej ekspresji. Być może, to jedno z jego najpiękniejszych pasm tenorowych, do wielokrotnego słuchania i wiecznego zapamiętania!


Outro

Koniecznie powróćcie do odsłuchu Topography Of The Lungs! Jeśli zaś, o zgrozo, nie słuchaliście tej płyty jeszcze nigdy, uczyńcie to bezzwłocznie, nikomu nie powiemy!



**) winylową wersję Topography Of The Lungs muzycy podpisali w takiej oto kolejności: Parker-Bailey-Bennink. Reedycja na CD (tuż po śmierci Baileya) ukazała się jedynie pod nazwiskiem Parkera. Tegoroczny box z kolei firmowany jest jako Bailey-Bennink-Parker. Ciekawostka bynajmniej nie muzyczna, a raczej psychologiczna. Do rozkminienia w trakcie czyjegoś doktoratu na wydziale muzykologii, bądź … psychologii.


piątek, 19 lutego 2016

Evan Parker – … Revisited! W poszukiwaniu atrybutów wyjątkowości (aktualizacja 2016)


„Muzyka z tego albumu była komponowana poprzez improwizację” – konstatuje Evan Parker, na pozór przewrotnie, w liner notes jednej ze swych najpiękniejszych solowych płyt ”Six Of One”.


Intro

My zaś skonstatujmy na samym początku tej opowieści, by nie zostawić cienia wątpliwości – oto blisko 72-letni dziś Evan Parker, pochodzący z angielskiego Bristolu, to bez wątpienia najważniejsza postać europejskiej muzyki improwizowanej, z jednej strony mocno osadzonej we freejazzowej estetyce, z drugiej zaś, pozostającej pod silnym wpływem nowocześnie pojmowanej muzyki współczesnej. Ta istotna dwubiegunowość artystycznych influencji w muzyce Parkera towarzyszy mu od zarania jego muzycznych eksploracji. Można, w pewnym uproszczeniu, ten muzyczny dualizm sprowadzić do instrumentów, po jakie sięga w swej artystycznej podróży. Jeśli dzierży w dłoniach saksofon tenorowy, słyszymy prawdziwie freejazzowe rozszalałe zwierze (czerpiące pełnymi garściami z późnego Johna Coltrane’a), gdy sięga po sopran, odkrywamy wiecznego eksploratora muzyki współczesnej, wychowanego na doświadczeniach muzycznej awangardy wywodzącej się wprost ze szkoły Darmstadzkiej lat 60tych ubiegłego stulecia (Boulez, Stockhausen, Schoenberg). A bywa, że korzysta z obu instrumentów w trakcie tej samej partii improwizacji.


W dalszej części tej skromnej rozprawki, listować będę przykłady konstytuujące tezę o wyjątkowości postaci, jaką jest Evan Parker, za główne kryterium selekcji przyjmując formy jego muzycznej aktywności, przechodząc od działalności solowej do rozbudowanych formacji multiinstrumentalnych. Zaprezentowane niżej kilkanaście wątków twórczości Evana, które autorytarnie uznałem za najistotniejsze, nie wyczerpuje rzecz jasna tematu, bowiem wielu kolejnych ważnych pozycji płytowych nawet nie zasygnalizowałem. Ciekawych świata dźwięków dalece niepokornych już teraz odsyłam do bardzo precyzyjnej dyskografii http://efi.group.shef.ac.uk/mparker.html i odkrywania tegoż świata na własną odpowiedzialność.


Improwizacja, bezkompromisowość, wrażliwość akustyczna

Nim omówimy jego przebogatą płytotekę (skrupulatni statystycy z pewnością zakończą wyliczankę powyżej liczby 250), kilka hipotez, które próbują opisać człowieka, jakim jest, aktywny od pół wieku muzyk.

Zatem na sam początek słowo klucz, czyli improwizacja. Improwizacja stanowi bowiem jedynie akceptowaną formę muzycznej wypowiedzi Evana Parkera. Jest środkiem i celem wszelkich muzycznych poszukiwań.

Próżno szukać równie jak Parker bezkompromisowej postaci tej sfery ludzkiej aktywności artystycznej. Rzec można, iż mamy tu do czynienia z prawdziwie modelową bezkompromisowością. I jestem przekonany, iż nigdzie nie znajdziemy przykładu nawet śladowego uczestnictwa Parkera w muzyce prostszej, bardziej banalnej, bardziej oczywistej (co zdarzało się największym tuzom muzycznego anarchizmu).

Skrajnie indywidualna forma artykulacji (m.in. słynny „oddech okrężny”) i fundamentalna artystyczna niezgoda dla stosowania dróg na skróty (kto słyszał Parkera grającego melodię, niech pierwszy rzuci kamieniem), to kolejne atrybuty bogatej osobowości artystycznej Evana. A zatem melodia, jako przeciwległy biegun poszukiwań twórczych środków wyrazu. Wszystko poparte perfekcyjną biegłością techniczną, bo skoro potrafię zagrać wszystko, gram tylko to, co chcę.

Niebywała wrażliwość akustyczna sprawia, iż dbałość o komfort przestrzeni muzycznej, ciągłe poszukiwania idealnych miejsc do prezentacji muzyki (częste, zwłaszcza sopranowe występy w obiektach sakralnych), to niemal idee fixe Anglika. Albowiem dźwięk zawsze powstaje w określonym środowisku akustycznym. Ważne jest, by docierał do słuchacza z uwzględnieniem okoliczności przestrzennych, w jakich powstaje (mikrofony winny zbierać dźwięki w odpowiednim oddalenia od źródła ich powstawania).

Oczywista dla często obcujących z tą muzyką słuchaczy jest rozpoznawalność dźwięków granych przez Evana Parkera, nawet w dużych formacjach instrumentalnych. Nie pomylimy tej muzyki z jakąkolwiek inną porcją dźwięków.


Solo soprano – w drodze do absolutu

Jeśli nie lubicie nagród za całokształt twórczości, niechże ten przejaw artystycznej aktywności Evana będzie wystarczającym dowodem na tezę postawioną w preambule tego tekstu. Oto bowiem chyba dla nikogo, kto choć trochę liznął muzycznego anarchizmu kanonu free, nie jest zaskoczeniem twierdzenie, iż najważniejszym wkładem naszego bohatera w rozwój muzyki XX wieku są solowe dokonania na saksofon sopranowy. Dzięki niebanalnej i niczym nieskrępowanej wyobraźni muzycznej, wspartej techniką „oddechu okrężnego” (innymi słowy, jednocześnie oddycha i gra, co skutkuje możliwością generowania nieprzerwanego dźwięku przez wiele minut, tyle ile sił po prostu w płucach starcza), potrafił wnieść solowy występ na tym drobnym instrumencie dętym do rangi bliskiej absolutu w swoim gatunku.




Sopranowe wycieczki w głąb parkerowskiej wyobraźni, swoiste strumienie muzycznej świadomości (trochę per analogia do literackich zainteresowań Evana; często tytuły jego improwizacji czerpią inspiracji właśnie z tej muzy) udokumentowane są jak do tej pory na 10 pełnowymiarowych LP/CD. Ta historia ma swe początki w połowie lat 70ych (Saxophone Solos, Incus 1975*), a kończy ją – jak dotąd - nagranie sprzed ponad siedmiu lat (Whistable Solo, Psi 2008). Jeśli szukacie surowości i drapieżności bliskiej For Alto Anthony Braxtona, sięgnijcie po Monoceros (Incus, 1978), jeśli szukacie liryzmu i swoiście pojmowanego piękna solowego sopranu, posłuchajcie koniecznie Six Of One (Incus, 1980). Gdy chcecie uciec w kosmiczny trans i wpleść się w zwoje mózgowe Evana, odpalcie bezwzględnie Conic Section (Ah Um, 1989), a gdy wasz intelekt inspiruje, poza samymi dźwiękami, także rewolucyjna (na tamte czasy) koncepcja solowego wielośladu bez odsłuchu wersji poprzedzającej, rzućcie się bez opamiętania na Process and Reality (FMP, 1991). W końcu, gdy poczujecie już wszystko, co poczuć powinniście obcując z absolutem, sięgnijcie po nieco „spokojniejsze” nagrania z minionej dekady Lines Burnt In Light (Psi, 2001).
Kluczem do zrozumienia tej opowieści jest oddanie się całkowicie we władanie dźwięków, jakie docierają do naszych uszu. Jeśli stać nas na tę odrobinę szaleństwa, nagroda będzie wielka.


Duety z Lyttonem – archetyp poszukującej improwizacji

Evan Parker i Paul Lytton poznali się przypadkiem w 1969r., raczej na polu towarzyskim, by po roku wspólnych prób zdecydować się wystąpić publicznie po raz pierwszy. Szukali wspólnego języka, by odnaleźć go pośród zgiełku tradycyjnych instrumentów akustycznych, tych stricte jazzowych (saksofony i perkusjonalia), jak i tych nieco odległych od tej stylistyki (np. okaryna), wspartych zarówno sporą porcją elektroniki i preprodukcji, jak i przedmiotami własnej produkcji (np. lyttonphone).


W trakcie 7 lat wspólnych muzycznych poszukiwań stworzyli swoisty archetyp współczesnej muzyki improwizowanej. Jednocześnie doprowadzili do nieosiągalnego dla zwykłych śmiertelników poziomu wzajemnego zrozumienia i generowania ekstremalnej synergii, jaka może powstać ze spotkania dwóch muzyków. Nie byłoby takiego tria jak Parker/Guy/Lytton, gdyby nie te lata budowania wzajemnych relacji pomiędzy genialnym saksofonistą i wiecznie poszukującym perkusistą. Za „życia” duet doczekał się trzech LP - Collective Calls (Urban) (Two Microphones) (Incus, 1972), At The Unity Theatre (Incus, 1975) i RA (Ring, 1976), które po prawie dwóch dekadach zostały uzupełnione o dwa zestawy nagrań z różnych miejsc i okazji koncertowych, wydane przez Martina Davidsona w jego niezastąpionym EMANEM – Three Other Stories i Two Octobers (rejestracje z lat 1971-75).


Parker/Guy/Lytton, czyli  trio jako formuła doskonała

W pięć dni po swoich 50 urodzinach, Evan Parker zorganizował (lub mu zorganizowano, nie pora to roztrząsać) niezwykły koncert, zarejestrowany i wydany jako 50th Birthday Concert (Leo, 1994). Na scenie londyńskiego Dingwalls pojawiły się dwa tria, które z pespektywy blisko półwiecznej artystycznej aktywności Evana, z pewnością stanowić mogą esencję jego muzycznej świadomości. A zatem -  Alex Von Schlippenbach/Evan Parker/Paul Lovens Trio (zwane co do zasady Schlippenbach Trio) oraz Evan Parker/Barry Guy/Paul Lytton Trio (okazjonalnie nazywane Evan Parker Trio) zagrali po secie trwającym godzinę lekcyjną i podzielili się dyskami wydawnictwa, którego nazwę wymieniam kilka wersów wyżej. Czas teraz na dłuższą epistołę o obu tych formacjach.

Wróćmy zatem do ciągu przyczynowo-skutkowego naszej evanowskiej rozprawki. Jeśli do wszystkiego tego, to co powiedzieliśmy dotąd o Parkerze, dodamy kilka istotnych faktów wynikających z koincydencji jego wspólnych muzycznych przygód z Lyttonem, a całość uzupełnimy osobą Barry Guya, wirtuoza kontrabasu, ambitnego kompozytora (London Jazz Composers Orchestra), aktywnie i twórczo uprawiającego muzykę barokową (już wiemy dlaczego strój jego instrumentu jest tak czysty i brzmi tak nieziemsko pięknie, w tym absolutnie bachowskim rozumieniu tego słowa), otrzymamy Trio, które niezależnie od wielu nieprzewidzianych okoliczności, musi być czymś konkretnie wyjątkowym. Synergia, sonorystyka, semantyka improwizacji znów o krok od muzycznego absolutu.




Trio, egzystujące wspólnie blisko 35 lat, ma swym dorobku dziesięć pozycji nagranych w wersji „saute” (a zatem bez gości) i kolejne dziesięć w formule trio plus jeden, a nawet trio plus dwa. Wskazanie tych szczególnie wartych uwagi jest przedsięwzięciem całkowicie karkołomnym, zatem tylko kilka nieśmiałych sugestii bardzo subiektywnego recenzenta. Jeśli kryterium wyboru ma być intensywność i bolesna bezkompromisowość przekazu, połączona z surowym, wręcz ascetycznym brzmieniem – koniecznie The Redwood Session, z Joe McPhee na dokładkę w jednym utworze (CIMP, 1995), jeśli dodatkowo skąpana w koncertowym żarze – niechybnie At The Vortex (EMANEM, 1996), bądź At Les Instants Chavirés (Psi, 1997). Gdy mamy odrobinę czasu do zmarnowania i nieobca nam jest konieczna chwila zadumy – bezwzględnie studyjna przygoda Breaths and Heartbeats (Rastascan 1994), a gdy nasze uszy pragną pławić się w bezmiarze akustyki gaudijskich przestrzeni – rewelacyjnie zarejestrowany koncert z Barcelony Zafiro (Maya, 2006). A ponieważ wiemy, nie tylko z tej opowieści, jak twórcza bywa odrobina pokory, sięgajmy garściami po nagrania w wersji 3+1. W tych właśnie przypadkach dobitnie słychać, jak trzech wybitnych muzyków w spotkaniu z gościem, bez cienia dyskusji, w ciężkim mozole kolektywnej improwizacji, ustępuje mu miejsca i daje się wieść jego wyobraźni - After Appleby z Marilyn Crispell na fortepianie (Leo, 1999), Topos z Agusti Fernandezem także na fortepianie (Maya, 2006), czy Scenes In The House Of The Music z Peterem Evansem na trąbce (Clean Feed, 2009). Nie zapominamy także o polskim wątku w historii tria i występach w ramach wielodniowych zmagań Małych Formacji Barry Guy’ New Orchestra, w Krakowie w latach 2010 i 2012, udokumentowanych jako fragment większej całości na Mad Dogs (Not Two, 5 CD) i Mad Dogs On The Loose (Not Two, 4 CD).



Schlippenbach Trio, czyli trio inaczej

Nawiązując na nazewnictwa kluczowych w dorobku Parkera formacji trzyosobowych (patrz: rozdział wyżej), nazwę tej formacji przypisać można jedynie tupetowi i megalomani Alexandra Von Schlippenbacha. A może to żart lub jedynie kaprys hrabiowski. Zwał, jak zwał, równie dobrze tę formację możnaby tytułować „Parker Trio”, czy też „Lovens Trio”. Kilkadziesiąt lat wspólnego grania zrosło tych trzech dżentelmenów w jedno ciało i cokolwiek by nie uczynili, tak będzie już po sam koniec ich dni. Z drugiej wszakże strony, pianistyczne natręctwa Alexa powodują na niejednym nagraniu, iż trio idzie, gdzie mu piano drogę wskaże i na odrobinę swobody pozwoli.


Choć na przełomie roku 2009/10 dostojni Panowie 60+ grali trasę z okazji 40-lecia istnienia formacji, to ich pierwsze wydawnictwo nagrane zostało nieco później, a ukazało się w zacnym berlińskim FMP jako Pakistani Pomade (1972). Ostatnie lata poszerzyły dorobek artystyczny tria o jeszcze wcześniejszą rejestrację First Recordings (Trost, 1972).
Przez kolejne prawie cztery dekady zagrali tysiące koncertów, a ich katalogowy dorobek powiększył się o kolejne dziesięć wydawnictw. I znów mam problem ze wskazaniem tych szczególnie wartościowych, albowiem trudno doszukać się w historii free improv formacji o równie jednorodnym i stabilnym „repertuarze”. Płyty Schlippenbach Trio jakkolwiek podzieliłbym na nagrania koncertowe i będące w mniejszości studyjne rejestracje. Gdy w pierwszych panuje duch konsekwentnej do bólu improwizacyjnej galopady, o tyle nagrania studyjne idą bardziej w kierunku poszukiwania nowych środków wyrazu i stanowią oczywisty oddech pomiędzy publicznymi występami, wskazując kierunki przyszłych koncertowych erupcji. Wśród tych pierwszych szczególnie udanymi znajduję Detto Fra Di Noi, (Po Torch, 1981, do dziś bez edycji cyfrowej) i podwójny Swinging the BIM (FMP, 1998), zaś wśród nagrań bez oklasków misterne Elf Bagatellen (FMP, 1990) i akustycznie perfekcyjne Gold Is Where You Find It (Intakt, 2007).

Dumną historię obu trzyosobowych formacji Evana Parkera wdzięcznie puentują dwa inne wydawnictwa - 2X3=5 (Leo 1999), stanowiące wspólny, wręcz konwulsyjny koncert obu formacji, czyli dwa tria to jednak tylko pięciu muzyków i America (Psi, 2003), koncert z amerykańskiej trasy tria Parker/Guy/Lytton, w którym nieobecnego z powodów osobistych kontrabasistę zastępuję ….Alex Von Schlippenbach! A o płycie łączącej na dwóch niezależnych dyskach oba tria wspomniałem na początku poprzedniego rozdziału.


Kwartety – synteza improwizacji w małej grupie

Nie czas na akademickie dysputy, jaka formuła osobowa jest najbardziej adekwatna dla swobodnej improwizacji, jednakże wiele znaków na niebie i ziemi wskazuje na skład czteroosobowy, szczególnie, gdy improwizacja ma korzenie silnie jazzowe. A jeśli kwartet, to z pewnością z udziałem sekcji rytmicznej (kontrabas, perkusja). Nie brakuje takich nagrań w portfelu Parkera. Z uwagi na ich wysoką wartość artystyczną, a także uwzględniając osobiste preferencje (moje uszy dobrze odnajdują się w formule kwartetowej), pozwalam sobie przywołać te wyjątkowe cenne spotkania z muzyką tworzoną we czworo (oczywiście pamiętamy o kwartetach wymienionych wcześniej, ale miały one na ogół formułę 3+1, zatem w tym miejscu ciągu dramatycznego tej wypowiedzi mniej nas interesują).

The Ayes Have It (Emanem, 1983/1991) – dysk w pierwszej części zawiera nagrania tria Parker/Rogers/Muir, z wczesnych lat 80ych, które z uwagi na nazwisko perkusisty polecam szczególnej uwadze (aktywny free improviser z przełomu lat 60 i 70ych, tym nagraniem w zasadzie pożegnał się z muzyką improwizowaną), w drugiej zaś już pełnowymiarowy kwartet Parker/Wierbos/Rogers/Sanders. Koncert szczególny, bo puzonista Wierbos gra tylko do 20 minut i odpada (jak czytamy, z powodu wysokiej temperatury w klubie), zaś pozostała trójka otwiera okno i gra dalej przy zgiełku londyńskiej ulicy (co słychać). Prawdziwa torpeda dla wytrwałych.


Waterloo 1985 (Emanem, 1985) – wspaniałe połączenie tenorowych erupcji Parkera z subtelnymi, puzonowymi pląsami nieodżałowanego Paula Rutherforda. Pierwotnie na kontrabasie miał grać Barry Guy, ostatecznie na koncercie słyszymy Hansa Schneidera. Sekcję uzupełnia Paul Lytton. Perła w dorobku każdego z wymienionych muzyków.

Birmingham Concert (Rare Music, 1993) – koncert tego składu rzadko bywa przywoływany w pamięci wiernych fanów Evana Parkera, a szkoda (z Barry Guyem, Paulem Dunmallem na saksofonach i Tony Levinem na perkusji). W tym zestawie kwartetów może najmniej wybitny, ale zasługujący na godzinę naszego cennego czasu, from time to time.


London Air Lift (FMP,1996) – oto kwartet, który chciałbym polecić szczególnie, głównie z uwagi na udział świetnego i bardzo niedocenianego gitarzysty sceny londyńskiej – Johna Russella (wyobraźnia jak u Baileya, za to potrafi słuchać tych, z którymi gra). Składu dopełniają John Edwards i Mark Sanders. Najbardziej wyważona, chwilami wręcz kontemplacyjna, swobodna improwizacja o niepoliczalnych płaszczyznach piękna.


Foxes Fox (Emanem, 1999), Naan Tso (Psi, 2004) i Live At The Vortex (Psi, 2007) – ten kwartet doczekał się aż trzech wydawnictw. Bardzo jazzowy, zarówna z uwagi na wręcz mainstreamową  (ale oszczędną!) pianistykę Steve’a Beresforda, jak i „czarną”, nawet lekko swingującą grę perkusisty Louisa Moholo (skład uzupełnia John Edwards, na płycie koncertowej także gościnnie Kenny Wheeler). Gdybym miał wybrać jedną z nich, opowiadam się za tą pierwszą. Bardzo szlachetny free jazz w mistrzowskim wykonaniu.


Kolaboracje z AMM

Choć historie absolutnie ponadgatunkowej muzyki AMM i europejskiej freely improvised music miały swój początek w drugiej połowie lat 60ych ubiegłego stulecia, w tymże samym Zjednoczonym Królestwie, do wzajemnych kontaktów nie dochodziło zbyt często.


Nasz bohater nie był tu wyjątkiem, bowiem pierwsze wspólne nagranie z muzykami AMM popełnił dopiero w osiemnaście lat po debiutanckiej „żółtej ciężarówce” (ammmusic), za to było to zdecydowanie wielkie otwarcie. Supersession (Matchless, 1984), bo to nagranie mam na myśli, sygnuje kwartet o tej samej nazwie, który zgrabnie konfrontuje najważniejsze postaci AMM – Eddie’go Prevosta i Keitha Rowe z gigantami free improv – Barrym Guyem, no i rzeczonym Evanem Parkerem. Zarejestrowana na koncercie w Londynie swobodna improwizacja czterech wybitnych muzyków w silnej interakcji dźwiękowej, to z pewnością jedno z bardziej znaczących pozycji muzyki lat 80ych minionego stulecia. Sopran i tenor Parkera cudownie oplata gitarowa elektronika Rowe’a, a ramy opowieści zgrabnie kreśli perkusja Prevosta, widowiskowa niczym noworoczne fajerwerki na Placu Czerwonym. Kontrabas Guya znajdujemy gdzieś pomiędzy, który niczym rozpuszczony urwis psoci na placu zabaw i zmusza współbiesiadników do znaczącej aktywności. Wybitna płyta, która ma tylko jedną wadę – trwa ledwie 36 minut.


Świetnym uzupełnieniem Supersesji jest ponowne spotkanie Parkera z Rowe, już tylko w duecie – Dark Rags (Potlatch, 1999/2000). Wyciszeni po wyżej opisanym koncercie, mistrzowie niepokojącego nastroju tulą się wzajemnie do snu, tkając ponad 70-minutową misterną opowieść bez odrobiny przynudzania.

Duety Evana z Eddie Prevostem, choć estetycznie dalece odległe od dwu wyżej wspomnianych nagrań, cechują się wszakże podobną charakterystyką – należą bowiem w mojej ocenie do jednych z najciekawszych zarówno w dorobku Parkera, jak i perkusisty - i chyba najistotniejszego - członka kolektywu AMM. Panowie wydali nakładem Matchless trzy sesje nagraniowe, na trzech dyskach dwóch pozycji katalogowych - Most Materiall (2CD,1997) i Imponderable Evidence (2003). Nie mam cienia wątpliwości, iż zwłaszcza pierwsza z wymienionych pozycji, to najwyższa półka kanonu muzyki improwizowanej. Piękne, głównie tenorowe, frazy Parkera konfrontowane są z bardzo transowym, chwilami wręcz rockowym bębnieniem Prevosta. Muzyka zyskuje niespodziewany, medytacyjny wymiar, choć punktem wyjścia dla tych improwizacji jest zdecydowania freejazzowa estetyka.


Wspólne nagrania Parkera i Prevosta zgrabnie uzupełniają inne, trzyosobowe wydawnictwa, które ujrzały światło dzienne już w bieżącej dekadzie. Pierwsze z nich zawiera nagrania z Johnem Edwardsem - All Told. Meetings With Remarkable Saxophonists, Volume 1 (Matchless, 2011), drugie z  Johnem Coxonem - Cinema (Fataka, 2008), trzecie zaś z Sebastianem Lexerem Tri-Borough Triptych (Matchless, 2013). W trakcie ostatnich kilkunastu miesięcy dokumentacja tej kolaboracji rozbudowała się także o uroczy trójpak 3 Nights At Cafe Oto (Matchless, 2013), z suplementem w formacie DVD. Tu naszych bohaterów wspomagają John Edwards, Alexander Von Schlippenbach i Christof Thewes, w formule tria i kwartetów.

AMM-owski wątek twórczości Parkera wyczerpuje duet z pianistą Johnnym Tilbury Two Chapters and an Epilogue (Matchless, 1998). Bardzo minimalistyczna, współcześnie pojmowana pianistyka Tilbury’ego dominuje w tym nagraniu i jeśli któryś z partnerów bardziej tu chyli czoła wobec interlokutora, to jest  nim Parker. Dodatkowa uwaga – większość nagrań naszego bohatera z pianistami ma wyciszony, chwilami nostalgiczny charakter, wszakże przywołana tu nieco prowokacyjnie nostalgia bywa upiornie przewrotna i niech nie będzie kojarzona z muzyką zbyt łatwych podróży i nadmiernie doświetlonych wind.


Elektroakustyka – poszerzanie horyzontu wyobraźni

Już w pierwszej połowie ostatniej dekady XX wieku, Evan Parker zapragnął rozszerzyć możliwości brzmieniowe swojego modelowego tria z Guyem i Lyttonem, o ciekawe kontrasty akustyczne, jakie stwarza uprawiana ad hoc, w trakcie koncertu, czy studyjnej improwizacji, elektroniczna dekonstrukcja dźwięków generowanych przez żywe instrumenty.
I tak, początkowo jako podwójne trio (każdy z „żywych” dostał partnera pośród „procesorów” dźwięku, czy elektroników pracujących na żywo), powstał Electro-Acoustic Ensemble, jedno z najistotniejszych przedsięwzięć artystycznych muzyka z Bristolu. Formacja z biegiem lat systematycznie się rozrastała, by w ostatnich edycjach osiągnąć już skład 14-osobowy. Warto dobitnie podkreślić, iż tym muzycznym kontekście Parker korzysta jedynie z saksofonu sopranowego, albowiem, jak sam twierdzi, dekonstruowany elektronicznie tenor brzmi „dziwnie, ciężko i niezdarnie”.

Jak do tej pory EAE doczekał się sześciu edycji - Toward the Margins (ECM,1996), Drawn Inward (ECM, 1998), Memory/Vision (ECM, 2002), The Eleventh Hour (ECM, 2004), The Moment’s Energy (ECM, 2007) i Hasselt (Psi, 2010). Wszystkie one śmiało zniosą ciężar najgorętszej rekomendacji – koniecznie do słuchania chronologicznie, tak by móc w pełni docenić proces twórczy, jaki dokonał się na przestrzeni kilkunastu lat istnienia formacji. Jeśli pierwsza płyta jest jeszcze próbą nowego ujęcia „klasycznego” free improv, a druga i trzecia pogłębia element twórczej dekonstrukcji (m.in. poprzez wzrost liczebności procesorów dźwięku), coraz silniej dryfując w kierunku muzyki współczesnej, to czwarta jest już bezkompromisową ucieczką w świat bardzo nowocześnie pojmowanej elektroniki. Piąta edycja na tyle znacząco poszerza udział żywych instrumentów (np. trąbka Petera Evansa, czy klarnety Neda Rothenberga), aby proces „degeneracji” dźwiękowej zyskał nowy, zaskakujący kontekst. Póki co, artystyczną podróż EAE wieńczą koncertowe nagrania z Hasselt, gdzie najpierw improwizacja odbywa się w trzech mniejszych składach, by w finale rozbrzmieć rozbudowanym arsenałem dźwięków granym przez komplet muzyków.

Jako uzupełnienie tej porcji dźwięków całkiem niedawno ukazał się koncert z kanadyjskiego Victoriaville, sygnowany nazwą Electro-Acoustic Septet, a zatytułowany Seven (Victo, 2014). Został on zarejestrowany w składzie wyłącznie amerykańskim (poza Parkerem, rzecz jasna), zatem choćby z tego punktu widzenia, nie należy tej edycji traktować jako pełnoprawnej kontynuacji w/w projektów.


Świetnym uzupełnieniem powyższej epopei niech będzie wydawnictwo SET (Psi, 2003). To jakby kolejna elektro-akustyczna wariacja na temat tria Parker/Guy/Lytton, procesowana aż przez pięciu muzyków, w tym weteranów europejskiej improwizującej elektroniki, duet FURT (są oni zresztą także częścią ostatnich dwóch edycji EAE).


London Improvisers Orchestra/Strings - idea improwizacji zbiorowej

Przypisywanie autorstwa Londyńskiej Orkiestry Improwizatorów Evanowi Parkerowi byłoby oczywiście jawnym nadużyciem, jakkolwiek zapewne nikt nie będzie deprecjonował czynnego udziału sprawczego tego jegomościa w powołaniu tej niebywałej inicjatywy do życia, jeszcze pod koniec ostatniej dekady XX-ego stulecia.
Oto po latach doświadczeń i podejmowania szeregu ryzykownych przedsięwzięć artystycznych, Parker wraz z kolektywem aktywistów londyńskiej sceny free improv postawił ucieleśnić ideę całkowicie wyzwolonej, w pełni kolektywnej improwizacji. Oczywiście LIO, jako muzyczne ciało na ogół w liczbie ponad dwudziestu muzyków, korzysta czasami z klasycznych form komunikacji wewnątrz dużej grupy podmiotów wykonawczych (notyfikacja, zarysy kompozycji, okazjonalni dyrygenci), wszakże pozostaje bezwzględnie fenomenem komunikacji międzyludzkiej (szczególnie w partiach stuprocentowo kolektywnych improwizacji – każdy koncert składa się z przynajmniej jednego takiego interwału). Choć LIO od lat regularnie ćwiczy (pierwsza sobota miesiąca od lutego do listopada, choć ostatnimi laty bywa z tym gorzej, nad czym ubolewa Parker w liner notes Improvisations for George Riste, Psi, 2003-07) i koncertuje (choćby do niedawna na festiwalu Freedom Of The City), składa się w dużej części z muzyków z ogromnym doświadczeniem (także spoza sceny free improv), to fenomen ów pozostaje niepodważalny i budzi mój gigantyczny szacunek.



LIO w trakcie tych kilkunastu lat twórczej egzystencji doczekała się dziewięciu pełnowymiarowych muzycznych rejestracji na nośnikach cyfrowych. Poza pozycją wyżej przywołaną, a także wyśmienitym nagraniem Lio Leo Leon (Psi, 2010), wszystkie ukazały się dzięki inicjatywie EMANEM, a Waszej szczególnej uwadze polecam trzy z nich – Proceeding (1999), Responces, Reproduction and Reality (2003-04) i Freedom Of The City 2001 – Large Groups (2001). Pierwsza z nich warta jest grzechu z uwagi na to, że…. jest pierwsza, przeto niebanalnie surowa i pełnokrwista, druga -  z uwagi na uczestnictwo Keitha Rowe (nawet w tak dużym kolektywie gitarzysta potrafi wieść prym w pewnych fragmentach koncertu), trzecia zaś, bo jest dyskiem dzielonym z innym, równie błyskotliwym projektem Evana Parkera, a mianowicie formacją Strings.

Oto bowiem Strings to jakby mała wersja LIO, składająca się, zgodnie z nazwą, wyłącznie z instrumentów strunowych, z udziałem, nie w każdym nagraniu, sopranu Evana Parkera. Prawdziwie „filharmonijna” improwizacja, czerpiąca swe niezaprzeczalne korzenie z muzyki współczesnej, budująca naturalny pomost między dwubiegunowością muzycznych zainteresowań naszego bohatera (wróć do preambuły tego tekstu). Koncertowe ujawnienie Strings, o którym mowa wyżej, uzupełnia jedyna studyjna rejestracja jej nagrań – Strings with Evan Parker (EMANEM, 3CD, 1998/2000).


Free Zone Appleby’s – modlitwy o akustykę idealną

Trudno przecenić wagę, jaką przywiązuje Evan Parker do walorów akustycznych swojej muzyki. Nie dziwią zatem ciągłe poszukiwania miejsc o akustyce dalece rozszerzającej możliwości instrumentów i odnajdywanie ich na przykład w dużych obiektach sakralnych. Takim, zapewne bardzo ulubionym miejscem Evana jest kościół St.Michell’s w Appleby, we wschodniej Anglii. Tam też corocznie od roku 2002 odbywają się (odbywały się?) jednodniowe spotkania improwizatorów, które jako cykl zyskały nazwę własną Free Zone Appleby.

Siedem dysków (rok pierwszy doczekał się edycji 2CD) wydanych przez Psi jest edytorskim skutkiem tych spotkań (póki co, ostatnia publikacja pochodzi z roku 2007). W odróżnieniu od znacznie większego londyńskiego Freedom Of The City (którego współtwórcą jest także Parker), FZA jest raczej skromnym spotkaniem przyjaciół, którzy w ramach popołudniowej herbatki postanowili wspólnie poimprowizować. Raz są to grupy 8/9-osobowe (w formule improwizacji od składów małych ku większym), innym razem 5, czy nawet 3-osobowe. Za każdym razem ważny jest kontekst, a zatem skonfrontowanie muzycznej wyobraźni muzyków, dla których spotkanie w danej konfiguracji osobowej jest czymś nowym i daje szansę na stworzenie nowej płaszczyzny do ciekawej improwizacji.
Spotkania w Wolnej Strefie interesująco uzupełniają wiele wątków twórczości Evana Parkera i całej europejskiej sceny free improv, a personalnie są m.in. próbą przywrócenia w pamięci słuchaczy takich postaci sceny free z dawnych lat, jak Kenny Wheeler, Gerd Dudek (edycja 2005), czy Aki Takase (2006).


Perły w koronie innych konstelacji personalnych

Wątki artystycznych aktywności Evana Parkera możnaby ciągnąć w nieskończoność, wszakże umiar niech pozostanie także cechą tych parających się free improvise beletrystyką. Poniżej zatem kilka dodatkowych rekomendacji, niemieszczących się w dotychczas zaprezentowanych wątkach:

Synergetics - Phonomanie III (Leo, 1992) – dwupłytowy zestaw nieznajdujący porównania z czymkolwiek w dyskografii Parkera; udana próba odnalezienia saksofonu sopranowego w dalekowschodnim wietrze mnisich improwizacji, częściowo poddanych elektronicznej dekonstrukcji.

Bush Fire (Ogun, 1995) -  niebywały, choć niestety jednokrotny kwintet, łączący brytyjski free improv z południowo afrykańskim free jazzem, pełen smakowitych niuansów sonorystycznych (w składzie Louis Moholo, Barry Guy i bracia Pheto).

Monkey Puzzle (Leo, 1997) – płytoteka Evana zawiera mnóstwo duetów, także z saksofonistami; dla mnie ten, z Nedem Rothenbergiem, jest jednak szczególny, z uwagi na liryzm i szczerość wspólnych improwizacji – uwaga, ten liryzm potrafi kąsać!


Birds and Blades (Intakt, 2002) – kolejny duet, tym razem z Barry Guyem – ich ostatnie jak dotąd wspólne nagranie, zdecydowanie najlepsze – jeden dysk to eksploracje studyjne, drugi - koncertowe.

La lumière de pierres (Psi 2005) – jednorazowa inicjatywa zmierzenia się boga europejskiego free improv z Kanadyjczykami z Quebeku (François Houle, Benoît Delbecq). Saksofony Evana skonfrontowane z klarnetem i nienachalnym piano brzmią bardzo ludzko i koją zszargane nerwy recenzenta – piękne nagranie.

House Full of Floors (Tzadik, 2009) – rzadka okazja posłuchania Parkera w składzie z gitarzystą Johnem Russellem; dodatkowo nagranie ma niesamowite walory akustyczne.

Vivaces (Tour de Bras, 2011) – wizyta Parkera we francuskiej części Kanady kilka lat temu zaowocowała pięknym koncertem, poczynionym w towarzystwie elektroakustycznego ansamblu Le Grand Groupe Regional d’Improvisation Liberee.

Ninth Square (Clean Feed, 2014) – bodaj najlepsze nagranie z udziałem Parkera, poczynione w bieżącej dekadzie. Partnerują mu bardzo kolektywnie Nate Wooley i Joe Morris.

 
Zamiast outro: Topografia płuc, czyli należało zacząć od początku

Topography Of The Lungs (Incus, 1970) - pierwsza płyta sygnowana nazwiskiem Evana Parkera, pozostaje do dziś znaczącym wydarzeniem europejskiego free improv. Spotkanie trzech wyjątkowych ludzi – osobnego gitarzysty, twórcy kanonu swobodnej improwizacji Dereka Baileya, wyjątkowego sprawnego perkusjonalisty Hana Benninka oraz początkującego i znacznie od kolegów młodszego saksofonisty Evana Parkera.


Do kolejnego spotkania w tym składzie nigdy już potem nie dojdzie, co też Topografii Płuc dodaje znamion wyjątkowości. I choć późniejsze trzy duety z Baileyem zasługują na wieczną uwagę (The London Concert, Incus 1975; Arch Duo, Rastascan 1980;  Compatibles, Incus 1985), należy w tym miejscu głośno zapytać, dlaczego tych opublikowanych spotkań było tak niewiele.


Oceniając fakt wznowienia przez Parkera Topografii jedynie pod swoim nazwiskiem, a także niektóre jego komentarze medialne, odnoszę wrażenie, że Panowie, pomimo wielkiego wzajemnego szacunku, nie byli osobowościami zbyt zgodnymi, co w ryzykownej wolnej improwizacji ma czasami kluczowe znaczenie.
Z Benninkiem Parker nagrał potem ledwie jedno wydawnictwo (Grass Is Greener, Psi 2000) i nikogo ono na kolana nie powaliło. Tym większa zatem szkoda, że Topografia jest tylko jedna.

Wielkie otwarcie wspaniałej muzycznej historii Evana Parkera – i niech tak już zostanie po wszeczasy.


Tekst niniejszy w wersji pierwotnej powstał w roku 2011 i ukazał się drukiem w nr 4/5 magazynu m/i, maj-czerwiec 2011. W roku 2013 – po pierwszej aktualizacji - został zamieszczony na portalu jazzarium.pl. Obecna wersja artykułu - umieszczona na tym blogu -  została przeze mnie zaktualizowana w lutym 2016r.


Płyty, których okładki ilustrują niniejszy artykuł zostały przeze mnie określone jako 21 Kamieni Milowych Evana Parkera i pod takim tytułem zostały reprodukowane w wersji papierowej magazynu m/i.



* każdorazowo po tytule płyty podaję nazwę wydawnictwa edycji pierwotnej oraz rok powstania nagrania, nie zaś jego wydania




















piątek, 29 stycznia 2016

Evan Parker - recenzje zebrane


Derek Bailey & Evan Parker  Arch Duo  (Rastascan)

Na poznawanie wybitnej muzyki nigdy nie jest za późno. Nawet kilkadziesiąt lat po powstaniu nagrania.

Siedemnastego października 1980 roku na Arch Street w Berkeley, Kalifornia, spotkali się dwaj bodaj najwybitniejsi przedstawiciele brytyjskiej wolnej improwizacji. Niepowtarzalny i skrajnie bezkompromisowy gitarzysta – Derek Bailey i uwodzicielski, "bezdechowy" sopranista i tenorzysta – Evan Parker. 70-minutowy koncert podzielony został na pięć części, jedynie dla wygody słuchaczy.




W tymże czasie panowie, choć dzieli ich kilkanaście lat życia, niczym bracia syjamscy plotą swą szaloną opowieść, nie tracąc czasu na zbędne dłużyzny. Potok muzycznej świadomości absolutnie uwolnionych improwizatorów, nieskażony łatwymi skojarzeniami. Prostota zmyślnych komplikacji – jeśli w ogóle coś jest tu proste.

Bailey, jak ma w zwyczaju, gra zarówno akustycznie, jak i elektrycznie, ale to o dziwo w tej teoretycznie spokojniej wersji, bez prądu, osiąga kosmiczną energię. Jego instrument płonie pod wpływem tarcia. Mamy wrażenie, że dźwięki dobywane są z pudła rezonansowego jakby przy okazji. Z pewnością nikt na świecie nie gra tak jak on. Bywają tylko plagiatorzy (niektórzy nawet uzdolnieni – patrz: David Stackenas). W doskonałej dyspozycji odnajdujemy Evana Parkera, w lot podchwytującego każdy pomysł Dereka, który tu delikatnie, jakby niechcąco, jest częściej stroną inspirującą. Jak wielkie jest zrozumienie tych muzyków, silnie intuicyjne (czas reakcji liczymy w nanosekundach), jak znacząca synergia wewnątrz tego duetu, niech podpowie odsłuch podobnego duetu Baileya z Anthonym Braxtonem ("First Duo Concert 1974", Emanem). Poziom energetyczny tych nagrań jest nieporównywalny, choć obie pozycje na mojej półce widnieją zawsze w zasięgu wzroku. Tam chłód intelektualnej przygody (Braxton chyba nie potrafi inaczej), tu wulkan emocji i pasmo filigranowych eksplozji.

Jeśli ktoś ma wątpliwości, na czym polega genialność europejskiego free improvisation, niech sięgnie po tę pozycję. Wątpliwości znikną bezpowrotnie. Także nasze rozumienie piękna w muzyce winno po tym nagraniu ulec poważnemu przedefiniowaniu.


Evan Parker / Barry Guy / Paul Lytton   Zafiro (Maya Recordings)

Ta muzyka, to jak wchodzenie ciągle do tej samej rzeki. Nic nas tu nie zaskakuje, ale wiemy od pierwszej do ostatniej minuty, że obcujemy z dźwiękami niepowtarzalnymi i wciąż chcemy dać się ponieść wirom swobodnej improwizacji Parkera, Guya i Lyttona.



"Zafiro" to najnowsze jak dotąd ujawnienie bodaj najciekawszego tria europejskiego free improvisation ostatnich kilkunastu lat. Evan Parker na sopranie i tenorze, Barry Guy na kontrabasie i Paul Lytton na perkusjonaliach. To wybitne trio ma w dorobku kilkanaście płyt (zaczynając od roku 1983). Współpraca Parkera z Lyttonem, w różnych konfiguracjach, datuje się od początku lat 70., zaś z Guyem od początku kolejnej dekady. Wydawnictwo tu omawiane stanowi zapis koncertu, jaki odbył się w Barcelonie w marcu 2005 r. 52 minuty całkowicie wolnej improwizacji w typowych dla tego tercetu skalach, konfiguracjach dźwiękowych i estetycznych eskalacjach, bez chwili przerwy, gdyż każda sekunda ciszy byłaby tu intruzem nieakceptowalnym. Dla wygody słuchaczy całość podzielona została na dziewięć części. Całość wieńczy blisko dziewięciominutowy bis.

Parker – agresywny, gdy gra na tenorze, oniryczny, gdy sięga po sopran i nie przestaje grać na choćby sekundę (ten człowiek oddycha inaczej). Guy – zadziorny, raz poleruje struny ostrym niczym brzytwa smyczkiem, innym razem szarpie z zapalczywością godną lepszej sprawy, pozostając wszakże w strefie absolutnie czystego dźwięku (swoją drogą akustyczny fenomen, realizowany przez niego także w innych nagraniach). Lytton – człowiek orkiestra, ma z pewnością dodatkową parę kończyn górnych, skutecznie kontrapunktujący każdy pomysł kolegów, organizuje przestrzeń dźwiękową tria, sprawia, iż prawo ciążenia jednak obowiązuje nas wszystkich. Od wspólnego zasiania ziarna niepokoju ("Access Point"), poprzez duety i sola dające niezbędny dla właściwej percepcji całości oddech, do kolektywnych improwizacji w triu, zgrabnie reasumujących ich pomysł na muzykę ("Encore"). Trzy indywidualności w jednym ciele. Synergia. Intuicyjna kooperacja.

Zachęcam do zanurzenia się po koniuszek nosa.


Evan Parker / Barry Guy / Paul Lytton   Breaths and Heartbeats (Rastascan)

Jakkolwiek znaczące nie byłyby moje ambiwalencje towarzyszące przez lata próbie, na ogół nie do końca skutecznej, dotarcia do wnętrza i pełnego zrozumienia muzyki Evana Parkera, to w wypadku płyty "Breaths and Heartbeats" muszę z radością skonstatować, iż jest po prostu zniewalająca. To znaczy – wreszcie do mnie dotarło, wreszcie moja "freejazowa" percepcja zatrybiła i podołała. Wzięli mnie żywcem.


To naprawdę wspaniała muzyka. Zwykłe akustyczne trio, bez jakichkolwiek udziwnień, krnąbrnychzniekształceń i zabaw postprodukcyjnych. Ale i bez jednego prostego dźwięku. Mój nieskomplikowany umysł miłośnika muzycznych komplikacji po prostu eksploduje. Obawiam się, że nie do końca będę Wam w stanie opowiedzieć, dlaczego tak się dzieje.

Trzech weteranów europejskiego free improv, trzech gigantów Wielkiej Improwizacji. Evan Parker na tenorze i sopranie. Barry Guy na kontrabasie. Paul Lytton na perkusjonaliach. Żaden z nich nie wymaga chyba dodatkowych rekomendacji. Razem nagrali wiele płyt. Oto jedna z nich.

Zgodnie z tytułem, "Breaths and Heartbeats" to muzyka z ciała, z krwi i kości, z Oddechu i Bicia Serca. Muzyka jakby wypluwana z wnętrza saksofonu, kontrabasu i perkusji. Trzy tryskające potoki dźwięków, ale doprawdy nic nie dzieje się tu przypadkowo. Wytrawne kontrapunkty, zadziorne falangi kontratakujące z każdej strony głośnika, a także zadumane, acz bardzo krótkie, dosadne wyciszenia. Jeden organizm, mówiący jednym głosem. Pozorny pośpiech, gęstość faktury dźwięków i dziwna boleść między nimi, jakby w głowach muzyków było ich zbyt wiele, jakby ich obecność ciążyła. Uwolnione, uciekają śpiesznie w zakamarki naszych pokoi. I pozostają na długo.

Sesja jednodniowa, z grudnia 1994 r., na krążku zaprezentowana niechronologicznie (jak zeznaje Parker, trzy mini sesje w ciągu jednego dnia postanowili ułożyć kierując się poziomem intensywności gry, nie zaś kolejnością powstawania). Na program płyty składa jedenaście ponumerowanych Oddechów i Uderzeń Serca i na koniec dwunaste, już poza numeracją. Agresywne na początku (Parker jako prowodyr), w środku ewidentnie wyciszone, przyczajone (Guy przy sterze), by na koniec znów zaatakować (trio w jednym wcieleniu).

Są płyty, po których wysłuchaniu nie wiemy co dalej. Jakiż to dźwięk może po nich nastąpić. Bo po nich nic nie będzie brzmiało już tak samo.


Agusti Fernández/ Evan Parker/ Barry Guy/ Paul Lytton  Topos  (Maya Recordings)

Najlepsze trio europejskiego free improvisation, od czasu do czasu, popełnia płyty z dokooptowanymi muzykami (że wspomnę dwa wydawnictwa z Marylin Crispell, by trzymać się wątku pianistycznego). Tym razem nasze dzielne trio wspiera świetny pianista Agustí Fernández. Rzec można, że nie tylko wspiera, ale niemal wiedzie prym, albowiem jest jedynym muzykiem, który uczestniczy we wszystkich dziewięciu improwizacjach na tym krążku (obok kwartetu mamy też dwa duety i tyleż razy trio). 



Kwartet wszakże jest – jak zawsze na polu wolnej improwizacji – całkowicie demokratycznym tworem. Silnie preparujący dźwięki pianista Fernández, jak zawsze niebywale kąśliwy Guy na kontrabasie (jak on to robi, że tak cudownie brzmi!!!), dosadny Lytton na perkusjonaliach, stosunkowo liryczny (sic!) Parker na saksofonach. Muzyka totalna, choć w wielu fragmentach, jak na kanony tych muzyków, zaskakująco wyciszona. Tylko 50 minut podróży, ale pełen zestaw emocji gwarantowany. Zapraszam serdecznie.


Herb Robertson / Evan Parker / Agusti Fernandéz  Parallelisms  (Ruby Flower Records)

W ubiegłym roku na koncertach w Polsce, teraz na CD, w wersji studyjnej. Wybitne trio trzech wybitnych improwizatorów. Robertson na trąbkach i ich przetworzeniach, Parker na sopranie i tenorze, Fernandez na preparowanym pianie. Synergia absolutna, podana w sześciu odcinkach.




Trzy z nich określone zostały jako improwizacje, trzy pozostałe jako realizacje lidera (tu delikatnie odpływamy w płaszczyzny elektroakustyczne). Jak zwał, tak zwał. Wspaniała sonorystyczna zabawa w wolną improwizację. Smaczki brzmieniowe, kąśliwe dialogi, słowne utarczki. 70 minut nieba w uszach!


Evan Parker Trio  A Glancing Blow  (Clean Feed)

Kolejna doskonała pozycja w katalogu Clean Feed! Evan Parker w ulubionej formule chyba wszystkich saksofonistów, czyli w triu z basem i perkusją. Tu wspomagają go - John Edwards, inny weteran brytyjskiego jazzu i Christian Corsano, młody adept sztuki bębniarskiej, ze szkoły – rzekłbym –psychodeliczno-rockowej. Nie sposób nie oceniać tej płyty w opozycji do najlepszej formacji Parkera, czyli tria z Guyem i Lyttonem. To jednak inna muzyka, zdecydowanie bliższa jazzowi, w czym zasługa głównie sekcji rytmicznej. 



Sam Evan Parker w otwartej formule free, ale jazzu, nie zaś typowych dla siebie wolnych improwizacji. Egzamin zdaje, rzecz jasna, celująco, trochę jakby na przekór tym, którzy zwykli mu wypominać chłód i intelektualizm. Tu jest niebywale gorąco, zamaszyście i nawet kapkę swinguje! Ale ostrzegam mainstreamowych nudziarzy – "A Glancing Blow" to ponad 70 minut zdecydowanie zadziornej, bardzo konkretnej propozycji muzycznej, w postaci dwóch swobodnych improwizacji. Nagrania live, ale nie wiem, gdzie zarejestrowane, gdyż mój egzemplarz CD nie zawiera typowej dla kartonowych edycji Clean Feed wkładki ze słowem pisanym.


Townhouse Orchestra  Belle Ville  (Clean Feed)

Za tę piękną i rozbrajająco szczerą muzykę odpowiada kwartet wybitnych europejskich improwizatorów - Evan Parker (ts), Sten Sandell (p), Ingebrigt Håker Flaten (b) i Paal Nilssen-Love (dr). Dwa sety - na dwóch dyskach - z koncertu we francuskim (?) Belle Ville. Oczywiście - stuprocentowa improwizacja zrodzona w czterech całkowicie otwartych umysłach. Poprzednia ich płyta sygnowana była nazwiskiem Nilssena-Love ("Town Orchestra House"), ale równie dobrze na liście płac mogły znaleźć się wszystkie nazwiska. 



Nie ma w tym nagraniu niczego, czego byśmy się nie spodziewali po tym składzie (co być może lekko temperuje mój poziom entuzjazmu), ale mimo to łechce, kąsa i w głowie słuchacza robi niezłą demolkę. Dla wytrawnych free improvise admiratorów, ale polecam na każdą okoliczność, także zamiast świątecznej kolędy - wszak kiedyś trzeba zacząć kochać taką muzykę!

Teksty powyższe pierwotnie zamieszczone zostały na portalu diapazon.pl w latach 2006-2008


Evan Parker & John Wiese  C-Section (Second Layer)

Wyznaję typową dla zaślepionego fana zasadę, iż warto posiadać każdą płytę Evana Parkera.  Przy czym w zależności od stopnia epokowości nagrania dopuszczam ewentualność posiadania części wydawnictw w formacie Cd-r. Jest też grupa artystycznych ujawnień Evana Parkera, którą posiadam jedynie w formacie mp3, który być może w odległej przyszłości postaram się zamienić na nośnik, aż tak bardzo niedoskwierający tym, którzy słyszą więcej. Dla mniej zorientowanych istotna informacja – pełna dyskografia zacnego 66-letniego dumnego syna Albionu to ponad 250 pozycji.
Póki co, ubiegłoroczne wydawnictwo C-Section, nagrane przez Parkera w towarzystwie Johna Wiese posiadam jedynie w lubieżnym formacie dla głuchych (wersja 320 na szczęście) i wcale nie jestem przekonany, że pragnę bardziej wsłuchać się w te dźwięki (czytaj: kupić kompakt, albo vinyla). Dlaczego? O tym w kolejnych akapitach.



John Wiese, Kalifornijczyk w wieku synów Parkera (o ile ten takich posiada), odpowiada tu za szeroko pojmowaną elektronikę, zarówno starej, jak i nowej daty, Evan Parker zaś tradycyjnie w rękach dzierży saksofon sopranowy i tenorowy. Całość trwa godzinę lekcyjną i podzielona jest na cztery odcinki dźwiękowe opatrzone tytułami.

W moim przekonaniu sukces muzyki improwizowanej polega na wzajemnym słuchaniu się podmiotów wykonawczych, na interakcjach, wymianie komunikatów dźwiękowych (wiem, że Derek Bailey miał inne zdanie na ten temat).  Na C-Section niestety tego nie słyszę, szczególnie dobitnie we fragmencie otwierającym i kończącym krążek (po prawdzie, pozostała cześć płyty to jedynie drobne etiudy). Być może gdyby wydać z tego dwie płyty solowe efekt byłby ciekawszy (ten w wykonaniu Parkera na pewno). Wiese produkuje dużo hałasu (noise!), nie ustaje w ciężkiej walce z materią elektroniczną, ale niewiele z tego wynika. Są fragmenty, gdy Evan Parker musi mozolnie kruszyć ścianę dźwięku, generowaną przez interlokutora i choć sił, i środków mu nie brakuje, to niechybnie jest w tej nierównej walce przegranym. Ale cóż, nie zawsze musi się udać…


Evan Parker  The Topography of the Lungs (Psi Records)

Absolutny kanon freely improvised music (pełna nazwa autorstwa Dereka Baileya). Perła z roku 1970. Spotkanie gigantów, protoplastów muzyki, którą niektórzy z nas ukochali nad wyraz i po wszeczasy.

Wspomniany już Derek Bailey na gitarze (z racji wieku tu pełni rolę ojca lub przynajmniej starszego wujka), Evan Parker na sopranie i tenorze oraz Han Bennink na perkusjonaliach. Choć nie jest to pierwsze spotkanie Baileya i Parkera (odsyłam do Music Improvisation Company z lat 1968-71), także nie ostatnie (kilka osobliwych i znamienitych spotkań w duecie, np. koncert londyński czy „Arch Duo”, o kilku edycjach Company nie wspominając), uznaję je za wyjątkowe i być może najbardziej znaczące. Choćby z racji, że towarzyszy im znakomity perkusjonalista, Han Bennink.



Oryginalne nagranie winylowe ukazało się w roku powstania nagrania, a wydane zostało przez legendarny Incus. Teraz w Waszych rękach wylądowała reedycja tego albumu, wydana w roku 2006 przez Psi, zawierająca dodatkowe dwa fragmenty trwające blisko 10 minut. Pierwotna edycja firmowana była trzema nazwiskami muzyków, reedycja już tylko przez Evana Parkera (który w liner-notes tłumaczy się z tego zabiegu, ale chyba nic go nie usprawiedliwia; być może jedynie fakt, że Bailey zmarł rok przed tą reedycją, uchroni go od wiecznego potępienia).

A zatem sześć improwizowanych fragmentów gęstej do bólu muzyki. Dźwięki rozszarpywane na gryfie gitary Baileya, kontrapunktowane dosadnymi szturchnięciami perkusjonalii Benninka, wreszcie puentowane podmuchami saksofonowych wybuchów Parkera. Pełna swoboda, absolutna kooperacja, kosmiczna synergia. Erupcja trudnych do ogarnięcia zmysłami zwykłego śmiertelnika zasobów samoodnawialnej energii.

Piękno tej muzyki jest niezaprzeczalne i wytrzymało już wszystkie możliwe próby czasu. Kto nie zna Topografii Płuc, ten nie wie, o co chodzi w zabawie w swobodną improwizację.

Teksty pierwotnie ukazały się drukiem w nr 4/5 magazynu m/i, maj-czerwiec 2011


Evan Parker Trio and Peter Brotzmann Trio  The Bishop's Movie (VICTO)

Z pozoru karkołomne spotkanie ojców chrzestnych europejskiego free improv (Evan Parker, Peter Brotzmann, Alex Von Schlippenbach, Paul Lytton) i najlepszej czarnej sekcji rytmicznej współczesnego jazzu (William Parker-Hamid Drake), w ramach podwójnego trio, przynosi ponad godzinę swobodnej, rozwichrzonej improwizacji. Zarejestrowana ona została na koncercie w ramach Festiwalu Victoriaville w roku 2003r. (jedna z kanadyjskich inicjatyw krzewienia kultury jazzowej, zapewne za publiczne pieniądze). Nazwiska wskazywałyby rzeczywiście na łamanie karku, jednak owo rozwichrzenie okazuje się głęboko przestrzenne, a dodatkowo wszystko wskazuje na to, że muzycy w trakcie grania doprawdy słuchali się wzajemnie, z należytą uwagą podchodząc do szalonych eskapad dźwiękowych współtowarzyszy nagrania. O dziwo płyta dostarcza nam wielu fragmentów granych w duetach, czy trio, zatem w trakcie gry nie obowiązywała stara freejazzowa zasada "kupą mości panowie, kto głośniejszy ten lepszy". 



Ta swoista wstrzemięźliwość improwizacyjna spowodowała, iż wyszło z tego nagrania przecudne, 70-kilkuminutowe cacko free. Centralną postacią tego nagrania jawi się dla mnie - niespodziewanie - pianista Alex Von Schlippenbach (przypominamy sobie doskonałe "Hunting The Snake"?). E.Parker i Brotzmann grzeją w swe rury najlepiej jak potrafią, ale to on jest tu kluczowy. Gra w poprzek (jak na starego przeciwnika rytmu wypadało), intensywnie, zadziornie, koncentrując wokół siebie grę pozostałych pięciu muzyków. Bardzo konstruktywne granie, żadnych zawodów, jakichkolwiek wyścigów. Pozytywnie zaskakuje mnie Evan Parker na tenorze. Dawno nie słuchałem tak dobrej płyty z jego udziałem. Twarde mięso, ale w ramach uporządkowanej czasoprzestrzeni. Wielcy muzycy, doskonała płyta (szkoda, że niepodzielona na mniejsze części, ale to uwaga wyłącznie o charakterze technicznym, wynikająca z wrodzonego lenistwa recenzenta).


Evan Parker / Barry Guy / Lawrence Casserley   Dividuality   (Maya)

Ten oto skromny cedzik trafia pod polskie strzechy w roku 2004 (dystrybutor krakowski), wydany został przez irlandzką Mayę w 2001r., zmiksowany był rok wcześniej, a nagranie powstało w roku... 1997r. Trendna młodzież rzekłaby, że staroć to dramatyczny, my (tzn. ja i moje wybujałe ego) stwierdzimy, co najwyżej, że słuchać, iż nagranie powstało 7 lat temu (chodzi o brzmienie "live electronics, sound processing" użytego w nagraniu). 



Evan Parker dmie w swą rurę trzydzieści lat z górką, krew w nim brytyjska płynie zdecydowanie. Mówią, że nikt nie potrafi tak intensywnie oddychać, mając drewnianą rurę w otworze gębowym. To mój pierwszy z nim kontakt na większą skalę (w sumie wstyd się przyznać, ale co mi tam...). Barry Guy - kontrabasista o zasługach dla europejskiej muzyki improwizowanej nie mniejszych niż Parker. Lawrence Casserley - tu bez ściemy mogą przyznać, że pierwszy raz zetknąłem się z tym człekiem (odpowiada za brzmienie elektroniki, te z lekka archaiczne). Trio w kilku przypadkach przekształca się w duety, choć zawsze z udziałem Lawrence'a. Chłopaki jadę zdecydowanie bez trzymanki, choć od razu powiem, że cedzik zawiera w większości bardzo spokojny kawałek ... jazzu (?), współczesnej kameralistyki (?), improwizowanej zabawy na dwa żywe instrumenty i kawałek elektroniki (?)... Trudno ten chleb napocząć. Chwilami brzmi i łechta ucho fantastycznie, chwilami jednak gubię się i nie wiem, o co chodzi. Parker kwili na sopranie jak gąska, Guy jest zdecydowanie bardziej wyrazisty, dużo gra smyczkiem, lubi ostro szarpać za struny. Elektronika? Nie w moim guście, to raczej elektroakustyka, jeśli wiecie, co mam na myśli... Fachowcy się pewnie zachwycają, ale ze mnie kiepski fachowiec, potrzebuję mięcha i odrobiny drajwu. Jeśli wiecie, co mam na myśli... Następna płyta, proszę... 

Teksty pierwotnie zamieszczone na portalu Gaz-eta Vivo.pl w latach 2003-04