Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lawrence Casserley. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lawrence Casserley. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 lipca 2025

Lawrence Casserley & Emil Karlsen and their Aspects of Memory!


Lawrence Casserley, mistrz subtelnych brzmień elektronicznych i stylowego, niekiedy filigranowego live processingu w spotkaniu z młodym, norweskim perkusistą i perkusjonalistą Emilem Karlsenem, to przedmiot naszych dzisiejszych zainteresowań.

Aspects of Memory, to nagranie umiejętnie rozciągnięte w czasie, wyśmienicie skonstruowane, udramatyzowane, nasączone smakowitym brzmieniami, ułożone w opowieść, przy której pojęcie fonicznego relaksu zdaje się nabierać innych, zaskakująco mrocznych wymiarów.



 

Improwizacja otwarcia lepi się z drobnych, wyselekcjonowanych akcji perkusji, spowitych przez plamę fonii, którą równie dobrze mogłyby stanowić podmuchy z akustycznej tuby instrumentu dętego. Wiemy nie tylko z tej opowieści, że to pierwsze owe aktywności mistrza processingu, tu chyba nawet pre-processingu. Narracja toczy się w mrocznej, ale ulotnej, nieco ceremonialnej atmosferze. Posadowiona w centrum zdarzeń perkusja kołysze się w chmurze niedopowiedzianych fraz, która narasta wraz ze wzrostem interesowności akcji perkusisty. Owa chmura nabiera wręcz symfonicznego rozmachu i takiejż, definitywnie lovecraftowskiej grozy. Druga opowieść wydaje się spokojniejsza, bardziej oniryczna, jakby obaj muzycy zanurzyli się w wodzie i próbowali maszerować. W drugiej fazie tego utworu narasta szum. Być może perkusja dostała właśnie skrzydeł i intensywnie nimi wachluje.

Trzecia odsłona albumu trwa prawie dwadzieścia minut i jest wyjątkowym wydarzeniem fonicznym. Początek kreuje perkusista, który zdaje się dyskutować z ciszą. W tle panoszą się dźwięki, które śmiało moglibyśmy uznać za dowód na obecność chmary owadów. Narracja przypomina mgłę, która osiada na wilgotnej łące. W czasem pęcznieje, rozprzestrzenia się, formuje w coś na kształt ambientu bogaconego szelestem zestawu perkusyjnego. W połowie nagrania muzycy topią się ciszy niesieniu blaskiem szeleszczących talerzy. Reasumpcją tej niezwykłej podróży jest faza dronowa-ambientowa, w trakcie której perkusja osiąga całkowite zjednoczenie z warstwą elektroniczną. Owa post-akustyka wydaje się niebywale piękna.

W czwartej odsłonie rytuał trwa w najlepsze. Gongi i płożące się po podłodze deep drumming budują napięcie, a nerw kreacji niesie artystów na pola nieodgadnionej tajemnicy. W zasadzie słyszymy tylko perkusję, którą spowija prawie niesłyszalna powłoka elektroakustycznego kurzu. Opowieść ma tu swój drobny szczyt, potem kona w post-perkusyjnych detalach. Początek ostatniej części budowany jest przez szumiącą ciszę i drobne, preparowane frazy perkusji. Mamy wrażenie, że muzycy znów stoją po kolana w wodzie. Perkusista systematycznie rozbudowuje obszar swojego działania. Szeleszczą drummerskie błyskotki, niektóre dźwięki przypominają brzmienie wibrafonu, może gamelanu i na pewno procesowanych talerzy. Delikatna, niemal ulotna narracja, w której obecność procesora zdaje się być niemal niedostrzegalna. To jedynie szelest, oddech ciszy, drobna warstwa pyłu osiadająca na subtelnie pracującej perkusji. Okazjonalnie procesor zdaje się wzniecać akustyczne akcje, czasami gasić, innym razem pielęgnować. Samo zakończenie jest dość intensywne, jak na kanony tego albumu. I równie wyjątkowe.

 

Lawrence Casserley & Emil Karlsen Aspects of Memory (Bead Records, CD 2025). Lawrence Casserley - signal processing instrument oraz Emil Karlsen – perkusja, instrumenty perkusyjne. Huddersfield University, październik 2023. Pięć improwizacji, 54 minuty.




wtorek, 18 lutego 2025

The February’ Round-up: Saarbrücken! Hémisphère! Confidence of One! Corps et Biens! Binus! Fix it! Just Friends! Krew! Świtanie! Other Worlds!


Minęła połowa lutego, a my wciąż nie zdołaliśmy wygrzebać się z albumów, jakie ujrzały światło dzienne w dawno minionym roku 2024. Na potrzeby kolejnej, comiesięcznej zbiorówki recenzji nazbieraliśmy dziesięć świeżynek z muzyką improwizowaną - od free jazzu poczynając na kompulsywnym synth&drums kończąc.

W tak zwany międzyczasie czeka ogrom swobodnej improwizacji, która lubi brudne i tłuste dźwięki, trochę eksperymentów i ekspozycji na poły konceptualnych, wreszcie garść jazzu i nuta folku. Wystartujemy w niemieckim Saarbrücken, ale po portugalsku i amerykańsku, potem przeniesiemy się do Szwecji, pobędziemy czas jakiś na ziemi niczyjej, kolejne tropy odnajdziemy w Zjednoczonym Królestwie oraz Serbii, wreszcie kilka istotnych chwil spędzimy w okopach matki-polki, by dokonać żywota w całkiem nam bliskiej Holandii.

So, welcome to heaven and hell of improvised music!



 

Luís Lopes Humanization 4tet Saarbrücken (Clean Feed, CD 2024)

Saar Free Jazz Fest, Saarbrucken, październik 2021: Luís Lopes – gitara elektryczna, Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Aaron Gonzalez – kontrabas oraz Stefan Gonzalez – perkusja. Trzy utwory, 44 minuty.

Piąta płyta Humanization 4tet niczym nie zaskakuje, ale to być może największa jej siła. Zawiera trzy kilkunastominutowe ekspozycje, z których każda jest sumą kilku wątków, zarówno tematów podpisanych przez Lopesa, jak i barwnych, świetnie wkomponowanych w to melodii Arthura Blythe’a. Wszystko polepione w dynamiczne, pełne ekspresji, free jazzowe songi, których naczelną wartością są doskonałe improwizacje, zarówno solowe, jak i kolektywne (te drugie w przewadze). Mieliśmy okazję gościć ten kwartet w Dragonie, w trakcie tej samej trasy. Zdaje się, że niemiecki koncert jest jeszcze lepszy.

Otwarcie albumu jest dynamiczne, usiane szorstkimi, ekspresyjnymi akcjami gitary i saksofonu, pięknie osadzonymi na gęstej, tłustej sekcji rytmu, która nie notuje pustych przebiegów. Coś na kształt tematu pojawia się tu dopiero po pięciu minutach. Improwizacje są krótkie, świetnie posadowione w dramaturgii całości. Gitarzysta nie szczędzi nam rocka, saksofonista ekspresji fire music. Drugi utwór w fazie początkowej bazuje na dysonansie dynamiki – leniwy marsz saksofonu i gitary, nieco bardziej żwawa akcja basu i perkusji. Ekspresja faluje – od delikatnych, balladowych fraz, po wybuchy soczystego free. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty muzycy wchodzą w dynamiczny tryb posiłkując się tematem Blythe’a, a improwizację do poziomu nieba wynosi saksofonista. Trzecią odsłonę koncertu inicjuje urocza, free jazzowa melodia klasyka. Swoje kilka chwil ma basista, który soczyste solo okrasza głosem i ponownie ekspresyjny saksofonista. Finał albumu należy do gitarzysty, który spowalnia opowieść, łapie mnóstwo psychodelii i wprowadza kwartet w dubowe, rozhuśtane klimaty.




Paul Jarret, Karin Johansson & Donovan Von Martens Hémisphère (Havtorn Records, CD 2024)

Skogen Studio, Österbymo, Szwecja, czas nieznany: Paul Jarret – gitara, także preparowana, Karin Johansson – fortepian, także preparowany oraz Donovan Von Martens — kontrabas. Trzynaście utworów, 52 minut.

Na ten francusko-szwedzki album warto zwrócić szczególną uwagę. Sytuacja jest tu z trybunowego punktu widzenia ulubiona – bliżej nam nieznani artyści (poza pianistką) serwują prawdziwy improwizowany smakołyk. Trzynaście swobodnych akcji, ogrom barwionych mrokiem dźwięków preparowanych, a wszystko szyte intrygującą dramaturgią, każdorazowo nasączoną wewnętrzną, nerwową rytmiką. Nie sposób przy tej muzyce zmrużyć oko.

Rozdygotane akcenty percussion (zapewne ze strun), zapracowany smyczek, frazy z klawiatury i wnętrza pudła rezonansowego, wreszcie wybudzająca się z głębokiego snu gitara, to elementy składowe, które łapią wspólny, rytmiczny mianownik i w pocie czoła budują zgrabną opowieść. W jej kolejnych epizodach pojawiają się filigranowe, gitarowe sprzężenia, rezonujące, metaliczne zgrzyty, akustyczne trzaski, tudzież minimalistyczne plamy piana. Szmer dramaturgicznego niedopowiedzenia zdaje się wszystko spajać w naturalny ciąg przyczynowo-skutkowy. Okazjonalnie artyści frazują czystym tembrem (w czwartej, siódmej i ósmej odsłonie), niekiedy łapią w szprychy drobiny amplifikacji (gitara w dziewiątej części?). Zdaje się, że szczególnym pięknem emanują w dwunastej opowieści – struny rezonują, z dna piano dochodzą mroczne westchnienia, a smyczek lepi wszystko w nisko osadzony dron. Album wieńczy szemrana ballada, szyta dźwiękami dobywanymi z przestrachem, drżącymi powtórzeniami i klarownie wypowiedzianymi słowami pożegnania.



 

Mia Zabelka, Tungu & Stefan Strasser The Confidence of One Swimming Against the Current (FMR Records, CD 2024)

Czas i miejsca akcji nieznane: Mia Zabelka – skrzypce, głos, elektronika, Stefan Strasser – syntezator, piano, gitara elektronika oraz Tungu/ Sergiy Senchuk - field recordings, bas akustyczny, głos, sample. Siedemnaście utworów, 58 minut.

Wszystko wskazuje na to, iż nagranie to powstało w trzech różnych miejscach i momentach naszej ciężkiej rzeczywistości. Każdy z artystów wyprodukował spore porcje dźwięków, a całość polepiono i zmasterowano w Ukrainie. Efekt końcowy wydaje się przedziwny. Pierwsza połowa albumu definitywnie przeładowana jest treścią, a ponadgatunkowy tygiel zdarzeń przyprawiać może o zawrót głowy. Jednakże po dziesiątym utworze muzycy zdejmują nogę z gazu, tłumią emocje, ograniczają artystyczne środki wyrazu i nagle nagranie łapie klimat, intrygującą dramaturgię i zdaje się zadowalać nawet najbardziej wybredne gusta.

Pośród pierwszych kilku utworów po brzegi nasyconych elektroniką, pulsem syntetycznej perkusji i niemal post-industrialnym zgrzytaniem zębami uwagę przekuć może nade wszystko szósta opowieść. W jej centralnym punkcie posadowiona zostaje skrzypaczka i jej niepowtarzalne, silnie preparowane frazy. Dobrze konstruowane, oniryczne tło tylko wzmaga efekt końcowy. Rzeczone, wytłumione, post-ambientowe tło powraca w utworze dziesiątym, zdominowanym jeszcze przez rozbrykaną elektronikę i elektrykę. W kolejnych częściach znów pojawiają się preparowane skrzypce, słyszymy coraz więcej intrygujących wątków elektroakustycznych. Jeśli nawet pasma syntetyczne wracają na front, podawane są z umiarem i dbałością o relacje z pozostałymi dźwiękami. Szczególnie podobać się może odcinek piętnasty, szyty ze strzępów fonii i doposażony minimalistycznym pianem. W kolejnej odsłonie akcje kreują pijackie śpiewy, które zdają się przedrzeźniać syntetyczną rzeczywistość. Finał albumu jest delikatny, w dużej mierze akustyczny, urokliwie repetytywny.



 

MouthWind Corps et Biens - Hommage à Robert Desnos (Creative Sources, CD 2024)

Lawrence’s studio, Oxford, listopad 2023: Jean-Michel Van Schouwburg – głos oraz Lawrence Casserley - signal processing instrument. Piętnaście utworów w siedmiu rozdziałach, 55 minut.

Corps et Biens, to album szczególny. Brytyjczyk Lawrence Casserley w swoim długim i jakże legendarnym życiu artystycznym performował dźwięki live processing wielu instrumentów i formacji, ale niezwykle rzadko czynił to mając na pulpicie wyłącznie ludzki głos. Ten ostatni dostarcza tu belgijski wokalista, artysta głosowy Jean-Michel Van Schouwburg, który także pretendować może do miana legendy gatunku, przynajmniej w wymiarze kontynentalnym. Album podzielono na piętnaście epizodów, uformowanych w siedem rozdziałów, a literacką inspiracją uczyniono poezje Roberta Desnosa. Definitywnie warto wczytać się w to nagranie!

Spektrum możliwości głosowych Belga zdaje się być równie rozlegle, jak jego kreatywność. I co może najistotniejsze, co sytuuje artystę poza standardem głosowych improwizatorów, to jego niebywałe poczucie humoru, dystans do siebie, artystyczna frywolność. Muzyk wydaje dźwięki całym ciałem, którego gardło i struny głosowe są ledwie efektownym zwieńczeniem. Mówi do nas, śmieje się, parodiuje, gdacze niczym Kaczor Donald, rzęzi, rży, zdolny jest naśladować każde zwierze. Sepleni, mruczy, podśpiewuje przy goleniu, buduje ambientowe wokalizy, intensywnie wącha zapachy przyrody i bzyczy niczym pszczoła. W tym szaleństwie świetnie odnajduje się Casserley, który wydaje się muzykiem wprost stworzonym do elektronicznej dekonstrukcji głosu. Świetnie wiemy, że Brytyjczyk snuje także swoje, separatywne opowieści - delikatne, ulotne, równie oniryczne, jak tajemnicze. Pozostaje jeszcze warstwa literacka tego smakowitego albumu, której eksplorację pozostawiam bardziej zaawansowanym, tudzież dysponującym czasem słuchaczom.




Ilia Belorukov & Sara Zlanabitnig Binus (kuda-org, DL 2024)

Novi Sad/ Sremski Karlovci, Serbia, czerwiec 2024: Ilia Belorukov – syntezator modularny, fluteophone oraz Sara Zlanabitnig – flety (inside & feedback), field recordings. Pięć utworów, 31 minut.

Instrumenty dęte, na ogół preparowane, garść nagrań terenowych i umiejętnie wykorzystywana elektronika analogowa, to elementy składowe tego albumu. Krótkiego, świetnie skonstruowanego, pokazującego, iż łączenie brzmień akustycznych i syntetycznych może być niebywale przyjemne dla ucha. Owe pięć improwizacji nagrano w trakcie aż trzech spotkań, w różnych okolicznościach przestrzennych. Nie zmienia to faktu, iż wszystko tu do siebie pasuje.

Pierwsza opowieść formuje się w dron inicjowany przez syntezator, ale lepiony także z odgłosów miasta, bijącego dzwona i flecich kołysanek. Czy tak mógłby brzmieć post-nowoczesny, wielkomiejski folk? W kolejnej części panuje oniryczna flauta, którą buduje zarówno subtelny modular i preparacje na flecim korpusie. Z czasem ta upiorna kołysanka zdaje się szukać warstwy rytmicznej. W opowieści trzeciej flet wpada w mantrę, z kolei syntetyka z drobnego pyłku na żakiecie staje się zgrzebnym inicjatorem rosnącej intensywności. Czwarta część, to nerwowa rytmika, zadziorne frazowanie i kojąca puenta poprzedzona flecią akupunkturą. Na starcie finałowej improwizacji można odnieść wrażenie, iż znajdujemy w kaczym stawie. Głosy natury są tak swojskie, a śpiew fletu kojący, iż akcja modularnego na etapie rozwinięcia wydaje się zupełnie zbyteczna.




Ilia Belorukov & Lauri Hyvärinen Fix it if it ain't Broken (NUNC.,DL 2024)

Novi Sad, Serbia, październik 2023: llia Belorukov – syntezator modularny, Lauri Hyvärinen – gitara elektryczna, przetworniki. Pięć utworów, 37 minut.

Kolejne spotkanie z improwizacjami Belorukova pozbawione jest brzmień akustycznych. Z jednej strony syntezator modularny, z drugiej gitara elektryczna, a raczej jej elektryczne i elektroniczne przetworzenia. Gęsty, muskularny i głośno dostrojony album.

Jeśli pierwszą improwizację moglibyśmy określić mianem swobodnej wymiany myśli, to drugą z pewnością bokserską wymianą ciosów. Gitarowe pick-upy vs. gęsto okablowany modular - ów pojedynek znamionuje moc niszczenia narracyjnych subtelności. Bywa, jak w części trzeciej, iż w tej walce syntezator może znaleźć się na pozycjach silnie defensywnych. Szczęśliwie dla mniej przygotowanego odbiorcy, jeszcze w tej odsłonie albumu jesteśmy w stanie dosłyszeć frazy definitywnie gitarowe, które stanowią udane wprowadzenie do czwartej improwizacji. Ta pulsuje głębią mroku, a drobne zgrzyty i ukąszenia łączą się w jednolity strumień narracji, który z czasem intrygująco stygnie, nabierając niemal akustycznego brzmienia. Końcowy epizod sprawia wrażenie albumowe résumé. Muzycy pokazują tu zarówno swojego subtelne oblicze, jak i pazury prawdziwych noise’ killerów.



 

Anna Gadt, Michał Giżycki & Cyprian Pakuła Just Friends (TORF Records, DL 2024)

SPATiF, Warszawa, lipiec 2024: Anna Gadt – głos, efekty, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon sopranowy oraz Cyprian Pakuła – perkusja. Trzy improwizacje, 46 minut.

To pierwsze spotkanie artystów w tym składzie i już wiemy, że nie ostatnie! Swobodnie improwizowana opowieść, dramaturgicznie skoncentrowana na dialogu wokalistki i klarnecisty basowego (w ostatniej opowieści – saksofonisty sopranowego), a zgrabnie osadzona na pulsie jazzowej perkusji. Album, to trzy historie, z których ta środkowa konsumuje dokładnie połowę koncertu. 

Po chwilach typowej dla formacji skleconych ad hoc gry inicjacyjnej, trio bierze się do pracy i formuje linearną opowieść, która szczególnego blasku nabiera w sytuacjach bardziej dynamicznych. Dodajmy, iż w fazach leniwego spowolnienia także nie przestaje przykuwać uwagi. Szerokie spektrum wokalistyki odnajduje tu doskonałego partnera w równie horyzontalnej kreatywności klarnecisty. O dobry nastrój obojga dba drummer, który trzyma rytm i udanie zdobi momenty artystycznego zawahania. W chwilach, w których wokalistka sięga po tzw. efekty, narracja nabiera posmaku fussion. Druga, najbardziej rozbudowana improwizacja zaczyna się od ekspozycji solowej Anny, którą na jazzowe ścieżki naprowadza Cyprian, a dętego błysku dodaje Michał. Po efektownym spiętrzeniu, mniej więcej w połowie utworu muzycy wchodzą do strefy leniwych eksperymentów, by ten fragment koncertu spuentować porcją zmyślnych, na poły melodyjnych interakcji. W końcowej odsłonie pojawia się anonsowany saksofon sopranowy. Tu opowieść najpierw kołysze się na falach wystudzonego oceanu, potem niesiona mocą wokalnych efektów osiąga stadium free, by zwieńczyć koncert perkusyjną solówką.



 

Piotr Damasiewicz & Kuba Wójcik Krew (L.A.S., CD 2023)

OFFCZART, maj 2023: Piotr Damasiewicz – trąbka, głos oraz Kuba Wójcik – gitara, elektronika. Trzy utwory, 34 minuty.

Potraficie wyobrazić sobie dźwięk, jaki wydaje krew krążąca w naszych żyłach? Czy to struga szeleszczącej wilgoci, czy raczej demoniczny, masywny dron jakże żywej syntetyczności? Damasiewicz i Wójcik postarali się wyjść naprzeciw naszym niezdefiniowanym wyobrażeniom.

Barwiony elektroniką, drżący strumień fonii nadpływa z mrocznej strony. W jego wnętrzu kłębi się mnóstwo mikrozdarzeń – czasami przypominają one frazy gitary, zdeformowanej trąbki, czy głosu, być może ludzkiego. Warstwy syntetyczne także wiodą tu aktywne życie. Opowieść systematycznie narasta, a pod koniec pierwszej części zostaje przyozdobiona elektroakustycznymi wtrętami, które prawdopodobnie są dźwiękami szpitalnej aparatury do przetaczania krwi. Po krótkim interludium z ciszą, dźwiękami rzeczonej aparatury i smyczka (?) narracja śmiało wchodzi w drugą, decydującą fazę. Oniryczne tło wypycha na front silnie syntetyczną strugę fonii. Zza mgły elektroniki po czasie wyłania się nerwowa gitara, głos i trąbka. Ta ostatnia najpierw charczy jak kołujący śmigłowiec, potem ucieka w echo i śpiewa. Zakończenie śmiało zasługuje na miano demonicznego. Oto nasze największe dobro, które pachnie mrokiem i strachem.



 

Piotr Damasiewicz Into the Roots Świtanie (L.A.S., CD 2024)

Polskie Radio Studio S4, Warszawa, marzec 2023: Piotr Damasiewicz – trąbka, organy, głos, instrumenty perkusyjne, Zbigniew Kozera – kontrabas, guimbri, Paweł Szpura – perkusja, Michał Żak – shawm, drewniany flet poprzeczny, hammered dulcimer, Katarzyna Karpowicz – koto, Alicja Krzeszowiak i Kamila Krzeszowiak – głosy, Paulina Kaźmierczak – głos, skrzypce, Krzysztof Ryt – pięciostrunowa altówka, Marek Ryt – bagpipes, fife, rożek francuski. Siedem utworów, 40 minut.

Damasiewicz zostaje z nami, ale jak to bywa w przypadku tego muzyka, gatunkowy klimat zmieniamy o sto osiemdziesiąt stopni. Uciekamy w estetyką folkową, które jest tu raczej metodą twórczą, a nie celem samym w sobie, raczej inspiracją do odbywania improwizowanych podróży niż budowaniem kolejnych jazzowych edycji folkowych evergreenów.  

Pierwsze trzy utwory stanowią dramaturgiczną całość. Od folkowej, melodyjnej introdukcji z psychodeliczną puentą, po świat transowej narracji bazującej na intensywnym brzmieniu organów. Do tego swobodne wokalizy i soczyste, dęte inkrustacje. Jeśli flet rozrywa tu początkową ludyczność, to trąbka koi emocje i szuka integracji. W warstwie etnicznej nie trudno dosłyszeć, iż dziarskie Tarty spoglądają tu w stronę dalekiej Japonii i równie odleglej Afryki. Kolejne dwa utwory kojarzą folkowy blask porannej zorzy i post-jazzową, improwizowaną opowieść. Ostatnie dwie części przenoszą nas w klimat transowej, ponadgatunkowej ekspozycji. Szóstą odsłonę świetnie unerwia perkusista, siódmą z kolei buduje niskie brzmienie organów i kontrabasowy groove. Finał pełen jest taneczności i melodyki, bystrze kontrapunktowanej psychodelicznym spleenem organów.




Dead Neanderthals Other Worlds (Bandcamp’ self-released, LP/DL 2024)

White Noise Studio, Holandia, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator, saksofon oraz Rene Aquarius – perkusja. Siedem utworów, 32 minuty.

Dokonania tej pary Holendrów śledzimy od zawsze, szczególnie ich tradycyjne, sylwestrowe ep-ki. Ostatnia z nich, nad wyraz rozbudowana jak na krótki metraż, doczekała się nawet edycji winylowej. Nagranie to z pewnością zaliczyć możemy do … najłagodniejszych przejawów brutalnego, brzmieniowego konceptualizmu, jaki uprawiają Kokke i Aquarius już od półtorej dekady. Cieszy jak zawsze, tym razem zaprasza także do tańca i gry w skojarzenia z muzyką … dyskotekową lat 70. i 80. ubiegłego stulecia.

Album jest tu nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, podzielonym na odcinki dyktowane tempem frazowania perkusji. Syntezatorowe otwarcie jest ciepłe, melodyjne, choć mroczne. Potem do akcji wkracza 2stepowa perkusja, który szyje ścieg godny zarówno ekspresji rocka, jak i dynamicznego electro. Oto new death disco, które smakuje estetyką muzyki tanecznej sprzed pół wieku. Kolejne, mroczne interludium poprzedza perkusyjny step, który jest spokojniejszy, jeszcze bardziej uwypuklający melodykę syntezatora, niespodziewanie wtłaczającą nas do kolejnej, tu już definitywnie noworomantycznej dekady. W czwartej części muzycy podkręcają tempo, a brzmienie syntezatora czynią bardziej szorstkim. W kolejnej puentę dyskusji narracyjnej stanowi melodyjna ekspozycja saksofonu, delikatnie schowanego w pogłosie. Ostatni epizod tego szaleństwa przynosi pasmo basowe, które nadaje całości silnie rockowy posmak, mimo braku gitarowego instrumentarium.

 

 

wtorek, 3 grudnia 2024

The November/ December’ Round-up: MYL! Belorukov & Džukljev! LBB! Serries in duos! Guy & Mazur! Hyvärinen & Kääriäinen! Olsson! Sly & The Family Drone! Kensho!


Zapraszamy na ostatnią w tym roku zbiorówkę recenzji! Łączone wydanie listopadowo-grudniowe przynosi dziesięć albumów tradycyjnie utrzymanych w estetyce od sasa do lasa!

Tym razem dyktat swobodnej improwizacji będzie bezdyskusyjny. Unikając jazzowych naleciałości (acz nie bez wyjątków) odpłyniemy w bezkres elektroakustyki i instrumentalnych preparacji ze szczególnym uwzględnieniem gitar i instrumentów pochodnych. Ten zestaw recenzji zwieńczymy post-elektroniczną grą w dwa ognie i ekstremalnie wycofaną, minimalistyczną, predefiniowaną improwizacją.

Naszą podróż zaczniemy w Skandynawii (ale bez udziału Skandynawów), potem odwiedzimy serbski Nowy Sad, Francję, Niemcy, Belgię, zahaczymy o Kraków i Helsinki, naładujemy baterie ponownie odwiedzając Skandynawię (tym razem z udziałem Skandynawów), zahaczymy o Zjednoczone Królestwo, by ostatecznie umrzeć snem sprawiedliwego w dalekim Tokio.

So welcome to heaven and hell of multi-coloured improvisation!



 

MYL Trio (Mia Zabelka, Yoko Miura, Lawrence Casserley) Parallel Universes (Setola di Maiale, CD 2024)

Göteborg/ Sztokholm/ Ostrawa, wrzesień 2023: Mia Zabelka – skrzypce, głos, Yoko Miura - fortepian, melodika oraz Lawrence Casserley - signal processing instrument. Sześć improwizacji, 58 minut.

Na dobre otwarcie danie wyjątkowo smakowite! Minimalistyczne, nasączone post-klasycznym sznytem piano, ekstremalnie kreatywne skrzypce doposażane głosem i realizowana na żywo elektronika, która kreuje narrację, ale też transponuje akustyczne frazy na język onirycznej, migotliwej syntetyki. Album konsumuje fragmenty dwóch szwedzkich koncertów tria i kilkuminutowy encore zarejestrowany w Ostrawie.

Pierwszy fragment trwa kwadrans i jest efektownym wprowadzeniem do świata zbilansowanej elektroakustyki. Oniryczna aura, niespieszność, ale też głęboko zakorzeniona wola tworzenia czegoś zaskakującego. Pianistka, to ocean nostalgii, skrzypaczka - bezkres kreatywności, a elektronik – dramaturgiczny rozmach. Pieczołowicie budowana opowieść w fazie wielominutowej finalizacji zapewnia intrygujące spiętrzenie. Kolejne dwie historie są nieco krótsze – ta pierwsza, to rodzaj zabawy z rozkołysanym rytmem, ta druga, lepiona z drobiazgów, zdaje się bazować na dysonansie wystudiowanego piana i zjednoczonych sił skrzypiec oraz live processingu. Czwarta część, najdłuższa w zestawie, to crème de la crème albumu. Delikatny start, nerwowe, rytmiczne rozwinięcie, kreatywny minimal w fazie uspokojenia, a w ramach puenty dodatkowy instrument (melodika) i wejście na poziom intensywnej … medytacji w klimatach AMM. Utwór piąty przynosi dramaturgiczny spokój i garść brzmieniowych niespodzianek, z kolei finałowa opowieść, mimo, iż stanowi koncertowy bis, generuje mnóstwo emocji – od elektronicznych wiwatów, przez skrzypcowe mikro eksplozje, po preparowany falling down z udziałem melodiki.



 

Ilia Belorukov & Marina Džukljev Everything Changes, Nothing Disappears (Acheulian Handaxe, DL 2024)

MSUV, Nowy Sad, Serbia, od grudnia 2002 do lutego 2024: Ilia Belorukov – saksofon altowy, obiekty oraz Marina Džukljev – fortepian, preparacje. Siedem improwizacji, 40 minut.

Ilia i Marina, to artyści, których na tych łamach cenimy i staramy się często o nich pisać. Ten album, to bodaj ich pierwsze wspólne nagranie. Saksofonista, którego znamy także ze świata elektroakustycznego eksperymentu, tu stawia na konkret. Albo jest free jazzowym potworem, albo wysublimowanym preparatorem. Z kolei pianistka zdaje się mieć tysiące twarzy, ale w każdej z nich jest definitywnie przekonywująca. Świetnie radzi sobie zarówno na rozgrzanej klawiaturze, jak i w głębokich odmętach pudla rezonansowego. I jeszcze sygnalizuje wyjątkowo wyczulony zmysł rytmiczny. Innym słowy – świetny album! Spójny, doskonale skonstruowany, choć jest sumą kilku improwizowanych spotkań.

Początek jest minimalistyczny i bazuje na metalicznym rezonansie. Narracja urokliwie pęcznieje, niesiona równym, doboszowym rytmem pianistki. Drugi epizod, to free jazzowy wrzask. Emocje w dętej tubie świetnie tu korelują z narracją piana, realizowaną from inside to outside. Trzecia opowieść jest neurotyczna, pachnie dalekim wschodem, rysowana najgłębszymi strunami piana i saksofonowym bezdechem. Kolejna opowieść także pozbawiona jest dynamiki, ale kasą jeszcze większą urodą. To oniryczna ballada, matowo brzmiąca, sycona minimalistyczną repetycją. Piątka, to kłęby kurzu unoszące się nad free jazzowym pogorzeliskiem. To sekwencja instynktownych preparacji, realizowanych na ekstremalnie połamanej rytmice. Przedostatnia historia sięga po jazz, ale tylko po to, by jego idee zdeptać energią drapieżnej, silnie unerwionej improwizacji. Album wieńczy mroczna, definitywnie piękna koda, osadzona na post-rytmicznych preparacjach strun i dętej tuby.



 

Lenglet/ Bodart/ Bramnk L'humeur des non jours (Circum-Disc, CD 2024)

La malterie, Lille, czerwiec 2023: Philippe Lenglet – gitara akustyczna, elektronika, Samuel Bodart – fortepian preparowany oraz Falter Bramnk – instrumenty perkusyjne, preparacje. Dziewięć improwizacji, 55 minut.

Trójka mniej rozpoznawalnych francuskich improwizatorów upichciła wielominutową improwizację, która warta jest przynajmniej kilku skupionych odsłuchów. Narracja bazuje na dźwiękach preparowanych, podana w dziewięciu częściach ma zgrabnie udramatyzowany ciąg przyczynowo-skutkowy. Ostry, wyrazisty początek, fazę rozbudowanych medytacji i garść eksperymentów w końcowych utworach. Nazwiska muzyków zapisujemy w naszych kajetach grubym flamastrem!

Zgodnie z anonsem dwie pierwsze improwizacje stawiają nas do pionu. Otwierane na raz, wyraziste ekspozycje, rodzaj permanentnie tłuczonej akustyki gitary, piana i instrumentów perkusyjnych. Muzycy świetnie na siebie reagują. Nawet w sytuacjach dynamicznych wyczuleni są na niuanse brzmieniowe, zdolni do riposty w każdym momencie. Począwszy od trzeciej odsłony ich opowieści stają się leniwe, rozwarstwione, osadzone w aurze niedopowiedzenia. Bywają teraz delikatni, dobrze czują się w mroku, w poświacie subtelnego rezonansu. Chętnie wchodzą w strefę minimalizmu, choć incydentalnie przejawiają skłonności do dynamizowania narracji. Ich piąta historia karze zadać pytanie o definicję muzyki konkretnej. W kolejnej części ich egzystencjalny dygot z jednej strony tonie w echu, z drugiej nabiera lokalnej intensywności. Dwie końcowe opowieści, w tym szczególnie ta najdłuższa, przedostatnia, to obszar poszukiwania nowych rozwiązań. Dostajemy garść dźwięków, których pochodzenia nie jesteśmy w stanie precyzyjnie wskazać. Muzycy korzystają zapewne z elektroniki - brzmienie ich instrumentów wydaje się amplifikowane. Chętnie sięgają po smyczki, a arsenał metod preparowania rośnie z każdą chwilą. Ostatnia prosta przynosi drobne spiętrzenie, jakby artyści chcieli nas wybudzić nim wydadzą ostatni dźwięk.



 

Schneider & Serries Schneider Serries (Schneider Collaborations, LP 2024)

The Loundry Room, Hückelhoven, Niemcy, czerwiec 2023: Dirk Serries – gitara elektryczna oraz Jörg A. Schneider – perkusja. Pięć improwizacji, 36 minut.

Belgijskiego gitarzystę Serriesa znamy na tych łamach doskonale – zarówno jak wrażliwego, improwizującego akustyka, jak i dark-ambientowego elektryka. Tu, w duecie z niemieckim perkusistą Schneiderem, mamy niepowtarzalną okazję poznać go jako instrumentalistę niemalże noise rocka. To z pewnością jeden z jego najgłośniejszych albumów.

Pierwsza odsłona albumu świetnie dokumentuje fakty zasugerowane zdanie wcześniej. Noise rockowa gitara skulona w kłębie post-bluesa wraz z samonapędzającą się maszyną circle drums systematycznie buduje tu ścianę dźwięku. To także rodzaj prog-rocka w stanie agonii, w chmurze dogorywającej psychodelii. Kolejny utwór pogłębia ów stan, ciekawie balansując pomiędzy ginącą melodią i kreatywnym hałasem. Ta część albumu przywołuje w pamięci nagrania Fear Falls Burning, ale zagubione w nieznośnym upale południowego Texasu, zatopione w magmie repetycji. Trzecią część wypełnia płonąca gitara hard-rocka, a kumulujący się wokół niej drumming dopełnia miana power duo. W czwartym epizodzie Serries przypomina epigona ambientu, dla którego jedynym ratunkiem jest ucieczka w psychodelię. W ostatniej części jego gitara wpada w wieczną pętlę powtórzenia. Jej brzmienie zagęszcza się z każdą sekundą, skutecznie tłamsząc melodykę, choć samo frazowanie wydaje się najłagodniejsze z możliwych.



 

Christian Vasseur & Dirk Serries Floating Similarities (Creative Sources, CD 2024)

Kapel Oude Klooster, Brecht, styczeń 2024: Christian Vasseur – siedmiostrunowa gitara klasyczna, strojona ćwierćtonowo, głos oraz Dirk Serries - archtop guitar. Siedem improwizacji, 43 minuty.

Teraz dla odmiany zanurzymy się w bezkresie gitarowej akustyki. Serries przesiada się na swój ulubiony archtop, a jego partner Vasseur sięga po instrument klasyczny, ale stroi go dalece nietypowo. Efekt jest więcej niż udany – bystra dramaturgia, moc soczystego brzmienia i niczym nieskrępowana kreatywność, na koniec ubarwiona efektownymi wokalizami.

Muzycy zdają się tu toczyć batalię o najpiękniejszy dźwięk, a zaczynają ją od smyczkowego frazowania. Jedna gitara śpiewa, druga rzęzi jak gruźlik. Moc kreacji jest z nimi w każdym momencie, zarówno wtedy, gdy cedzą dźwięki w trybie minimalistycznymi, jak i wtedy, gdy ekspresja niesie ich na wysokie wzgórze. Lubią rytm, potrafią być naprawdę delikatni, ale nie przestają kąsać ciętymi ripostami. W trzeciej odsłonie śpiewają razem rozdygotaną mantrę, w części kolejnej pachną onirycznym post-bluesem, nie bez autoagresji, by w epizodzie piątym pieścić struny, poszukiwać zjawisk definitywnie post-akustycznych i ostatecznie popaść w intrygującą repetycję. W części szóstej artyści koncentrują się na dźwiękach preparowanych. Najpierw szemrają po kątach, potem nabierają dynamiki i sieją zamęt. Ostatnia improwizacja jest tą najdłuższą i mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Flażolety, drobne szarpnięcia, brzmienia niemal gamelanowe, a w ramach reasumpcji wokaliza mezuina, niesiona bystrym rytmem.



 

Barry Guy & Rafał Mazur Harmony in Diversity (Not Two Records, LP 2023)

Alchemia, Kraków, listopad 2021: Barry Guy – kontrabas oraz Rafał Mazur – akustyczna gitara basowa. Osiem improwizacji, 36 minut.

Spotkanie perfekcyjnie brzmiącego kontrabasu i akustycznej gitary basowej, do tego w takim personalnym wykonaniu, nie mogło nie stać się czymś wyjątkowym. Artyści świetnie ze sobą kooperują, doskonale się słuchają, a ich instrumenty bystrze interferują, ale chyba największym zaskoczeniem jest fakt, iż kontrabas i akustyczna basówka potrafią brzmieć na tyle bliźniaczo, że nie zawsze jesteśmy pewni, który z instrumentów odpowiada za dany dźwięk. Muzycy prezentują nam osiem improwizacji, z których ledwie trzy przekraczają pięć minut. Zatem forma, dramaturgia, zapewne także selekcja materiału, to elementy, nad którymi także warto się tu pochylić.

Od startu emocji nie brakuje. Początek tkany jest z drobnych fraz, gdzie arco może oznaczać subtelne szarpnięcie za struny, a rozśpiewane pizzicato maźnięcie zamaszystym pędzlem. To lekko udeptany post-barok, tudzież kameralny post-jazz, niesiony intuicją i kreatywnością jednego muzycznego ciała, rozsiewającego często dźwięki brzmiące imitacyjnie. Muzycy szczególnie dobrze czują się w momentach wzrostu dynamiki i intensywności przekazu. Precyzja wykonania trzyma ich temperament w ryzach, ale i tak wokół każdego unoszą się tumany kurzu. W drugiej części ich wspólne arco śpiewa, a na etapie rozwinięcia pojawia się mnóstw szumów i szmerów. Swoją rolę odrywa tu podskórna warstwa rytmiczna, choć jej linearność bywa zmyślnie komplikowana. Szczególną jakość wnosi czwarta, ponad dziesięciominutowa opowieść. Na jej starcie artyści wydają się agresywni, rozgrzani do czerwoności. Dociskają struny, uderzają w pudła rezonansowe, ale potem zanurzają w gęstwinie preparowanych fraz. Słyszymy delikatne flażolety i niedźwiedzie pomruki, mroczne westchnienia i plamy rezonansu. Ostatnie cztery improwizacje trwają łącznie krócej niż ich poprzedniczka. Dużo w nich drobnych akcji i zaskakujących wolt dramaturgicznych. Perkusjonalne zrywy, melodyjne interwały, post-barokowe zjazdy i podjazdy. Wszystko w kongenialnej komunikacji.



 

Lauri Hyvärinen & Jukka Kääriäinen Pulled Apart by Horses (Bokashi Records, CD 2024)

Helsinki, od grudnia 2023 do stycznia 2024: Lauri Hyvärinen i Jukka Kääriäinen – gitary elektryczne. Pięć improwizacji, 34 minuty.

Naszą gitarową przygodę kontynuujemy w Helsinkach. Na scenie dwóch tamtejszych gitarzystów i zapewne kilogramy przetworników, wzmacniaczy i tego wszystkiego, co służy do stymulowania brzmienia gitary elektrycznej. Efekt pracy artystów jest więcej niż imponujący, choć momentami można odnieść wrażenie, że narzędzie pracy jest tu ważniejsze niż efekt końcowy. Finowie wiedzą jednak, co to umiar, dbają o komfort naszych narządów słuchu, zatem koński album zdecydowanie polecamy, nie tylko dlatego, iż jego odsłuch zajmuje niewiele ponad dwa kwadranse.

Muzycy od startu nie kryją, iż wiele ich akcji bliskich będzie miana hałasu – improwizacje nieustannie sycą przesterami, sprzężeniami, spiętrzeniami i dość syntetycznie brzmiącymi grzmotami. Ich palce są wyjątkowo zwinne, a wzmacniacze ogniste. Na obu flankach narracji nie brakuje ciekawych i zaskakujących brzmień, w czym wiedzie prym lewa strona. Tego typu zjawisk artyści nie skąpią nam szczególnie na początku drugiej i trzeciej części. Za pierwszym razem kroczymy po dnie zamulonego jeziora, za drugim drgamy i dajemy się wieść dubowej poświacie. Efektem każdej z tych akcji jest zdrowa porcja noise guitars na etapie rozwinięcia. Muzycy wskazują nam kilka konotacji gatunkowych, ale jeśli do którejś jest im najbliżej, to zapewne do post-rockowej. W części trzeciej nie szczędzą nam martwych plam ambientu i posmaku post-industrialu. Czwarta odsłona zdaje się być tą najbardziej dynamiczną, pełną dobrej energii i szczypty psychodelii, budowaną także post-gitarowymi pasmami, które brzmią niczym noworomantyczny syntezator. Ostatnia, najkrótsza opowieść, to kłęby gitarowych nerwów, brak zgody na ciszę, prawdziwa burza z piorunami.




Henrik Olsson Hand of Benediction II (Barefoot Records, CD 2023)

Miejsce i czas nieznane: Henrik Olsson – gitara elektryczna, syntetyczne przetworniki, Egil Kalman – syntezator modularny, Jeppe Skovbakke – bas elektryczny oraz Rune Lohse – perkusja. Piętnaście utworów, 40 minut.

Ile dramaturgicznych pomysłów i zasobów niespożytej energii można pomieścić na albumie trwającym niespełna trzy kwadranse? Wedle Henrika Olssona – nieskończenie wiele! Niestygnący temperament, iście zornowska dezynwoltura, nieustanna zmienność akcji i niewyczerpalna, artystyczna bezczelność. Tym karmi się druga edycja Hand Of Benediction – instrumentalnie poszerzona w stosunku do jedynki o syntezator modularny. Oto muzyka, która nie bierze jeńców!

Start mówi tu wiele – połamany, punkowy rytm, roztańczona, ribotowska gitara, czerstwy śpiew syntezatora i elektryczny bas sunący rockowym krokiem. Mimo narracyjnego szaleństwa całość jest ścisłe zaprogramowana, a porcje czasem dalece swobodnych improwizacji dopasowane do struktury i poziomu emocji danego epizodu. Z jednej strony funkowe rytmy, z drugiej intrygujące plamy syntezatora (choćby intro do szóstej opowieści), który wnosi do HOB nowy, niekiedy zagadkowy, ale zawsze wartościowy element. W tej grze wszystko jest możliwe, a nawet wskazane. W ósmej opowieści mamy dyskotekowy motyw syntezatora, funkowy bas, zmutowany hard-rock gitary i perksyjne kłęby dymu. Za każdym rogiem czai się tu niespodzianka – brzmieniowa lub dramaturgiczna, albo obie na raz. W jedenastym epizodzie dopada nas prawdziwie rockowe solo gitary, a w dwóch ostatnich piosenkach dominuje free jazzowa perkusja, której definitywnie po drodze ze srogo usposobionym syntezatorem.



 

Sly & The Family Drone Moon is Doom Backwards (Self-released, LP/DL 2024)

Larkins Farm, wrzesień 2021: James Allsopp – reeds, klarnet basowy, Kaz Buckland – perkusja, elektronika, reeds, Matt Cargill – elektronika, głos, instrumenty perkusyjne, Ed Dudley – elektronika, głos oraz Will Glaser – perkusja, elektronika. Siedem utworów, 33 minuty.

Ten brytyjski band zwykliśmy uważać za dość szaleńcze combo. Rytm, niewyczerpalne złoża ekspresji i spore porcje hałasu, to atrybuty ich dotychczasowych, niezwykle energetycznych performansów. Na nowym albumie Sly pokazują spokojniejsze oblicze. Introdukcje pierwszych sześciu utworów są wyważone, nawet odrobinę liryczne, a moc ich rytmicznej artylerii ukryta jest na backstage’u. Dopiero po kilku minutach polirytmiczne perkusje wchodzą do gry, a wtedy można już tylko tańczyć lub uciekać.

Na starcie pierwszej opowieści pulsuje elektronika, słyszymy perkusyjne talerze i ciepły tembr dęciaka. Po kilku minutach ta odsłona Księżyca nabiera znamion post-jazzowego hippie trip. Każda kolejna introdukcja szyta jest innym ściegiem – czasami to rwane, post-elektroniczne pulsacje, doposażone saksofonem zanurzonym w chmurze pogłosu, innym razem, to plama rezonansu, która napotyka na akustyczne frazy, zagubione w przestrzeni kosmicznej. Bywa, że grę inicjuje tu dęciak, wokół którego panoszy się syntetyka, ścieląc pasmo, po którym za moment przetoczy się rozwarstwiony, wielopłaszczyznowy rytm. Utwór szósty rozpoczynają dzwonki, suche podmuchy saksofonu i elektroniczny szmer backgroundu. Uśpione przez całą ekspozycję perkusje budzą się do życia dopiero w ostatniej, dwuminutowej opowieści. Tu króluje stary Sly - krzyczy, dmie, urokliwie hałasuje w pierwotnym rytuale tańca.



 

Taku Sugimoto, Masahiko Okura, Wakana Ikeda & Pere Xirau 見性 kensho (Blu-Rei Records, Kaseta 2024)

Ftarri, Tokyo, lipiec, 2024: Taku Sugimoto – gitara, Masahiko Okura – klarnet, Wakana Ikeda – flet oraz Pere Xirau – glockenspiel. Dwie kompozycje, 37 minut.

Kataloński perkusista i perkusjonalista Pere Xirau od pewnego czasu spędza wiele chwil w dalekiej Japonii. Dużo tam muzykuje, a efekt jednego ze spotkań prezentuje w lokalnym (ze swojego punktu widzenia) labelu na przaśnej kasecie magnetofonowej. Obie jej strony zawierają rozbudowane kompozycje konsumujące dźwiękowe plamy gitary, klarnetu, fletu i perkusjonalii poprzedzielane niekończącymi się buforami ciszy. Nagranie ma definitywnie medytacyjny charakter, wynosi ideę minimalizmu do rangi sztuki wysokiej, a nade wszystko uczy cierpliwości – po obu zresztą stronach sceny.

Atrybuty nagrania wylistowane w poprzednim zdaniu szczególnie dobitnie prezentuje strona pierwsza. Tworzą ją pojedyncze frazy fletu i klarnetu, mikro dźwięki z gitary i równie rozlegle w czasie porcje metalicznie brzmiących dźwięków glockenspiel. W początkowej fazie nagrania cisza trwa tu z pewnością dłużej niż ekspozycja instrumentalna. Ta ostatnia na ogół lepi się w krótkotrwały dron realizowany wspólnie przez wszystkich uczestników spektaklu. Wraz z upływem czasu można odnieść wrażenie, że w strudze leniwej narracji pojawiają się nowe, drobne elementy, na ogół z obszaru, za który odpowiedna Xirau. Mantra ciszy, oddechu i wyczekiwania nie ma tu realnego końca. Druga strona kasety zdaje się być odrobinę bardziej … dynamiczna. Porcje ciszy są krótsze, zdarza się, że partie instrumentalne następują jedna po drugiej bez pauzy. W dalszej fazie ekspozycji bywa, że Katalończyk realizuje coś na kształt drummingu. Sam finał grany jest na jednym, dość długim, jak na kanony tego nagrania, posuwistym wydechu.

 

 

piątek, 29 listopada 2024

Harri Sjöström in Fields Quartet and Sestetto Internazionale!


Fiński saksofonista Harri Sjöström, od wieków berliński rezydent, to muzyk funkcjonujący trochę na obrzeżach europejskiej sceny free jazz/ free impro, przez lata kojarzony głównie jako częsty, europejski współpracownik Cecila Taylora.

Ostatnie lata dowodzą, iż to artysta definitywnie pierwszej linii frontu, szczególnie udanie sytuujący swoją kreatywność w swobodnie improwizujących składach - od tysiąca duetów, po setki kwartetów i niemniej fascynujący Sekstet Międzynarodowy.

Harri jest dość regularnych uczestnikiem przedsięwzięć związanych z krajowym FSR Records (labelem określanym onegdaj częściej jako Fundacja Słuchaj!) – zarówno w wymiarze płytowym, jak koncertowym. Jego występy na warszawskim Festiwalu Ad Libitum w ad hoc kwartetach, dwa lata temu z Elisabeth Harnik, Wilbertem De Joode i Dagiem Magnusem Narvesenem oraz w roku bieżącym z Benem Dweyerem, Rafałem Mazurem i Vasco Trillą, to dowody rzeczowe konstytuujące wartość, jaką ten wyśmienity muzyk wnosi do europejskiej muzyki improwizowanej.

Na łamach Trybuny nazwisko Fina pojawia się najczęściej przy okazji nowych produkcji wspomnianej FSR Records. Dziś dla odmiany sięgamy po dwa tytuły wydane w innych częściach świata. Tegoroczny kwartet wiele ma wspólnego z Portugalią i Niemcami, zeszłoroczny sekstet z rzeczonymi Niemcami i Włochami.



 

Lawrence Casserley, Floros Floridis, Guilherme Rodrigues & Harri Sjöström Fields (Creative Sources, CD 2024)

Lawrence Casserley – signal proces instrument, Floros Floridis – klarnety, Harri Sjöström – saksofon sopranowy, sopranino, Guilherme Rodrigues – wiolonczela. Nagrane w PAS, Berlin 2022. Dwie improwizacje, 38 minut.

Kwartetowy front-line tworzą tu dwa dęciaki - ulotny, acz czupurny saksofon sopranowy (zamiennie z sopranino) i klarnet, na ogół basowy, preferujący zdystansowane riposty. Towarzyszy im frywolna wiolonczela, która zdaje się być pogrążona w estetyce chamber, ale gdy trzeba docisnąć struny, możemy na nią liczyć, a także wszędobylska elektronika, która na ogół czyni powinności live processing, ale zdolna jest też płynąć własnymi frazami i incydentalnie wyznaczać kierunek dalszej podróży. Fundamentem całego kwartetu w ujęciu dramaturgicznym jest potrzeba ciągłej zmiany. Każda akcja może tu liczyć na reakcję, a zasada ultra intensywnego słuchania i wchodzenia w dyskurs jest powinnością przypisaną bez wyjątku wszystkim.

Pierwsza improwizacja trwa ponad 24 minuty i konsumuje wszelkie walory dramaturgiczne dzieła wskazane w preambule. Głębokie wdechy i jeszcze głębsze wydechy budują gwałtowną powolność, syconą emocjami i chwilami ukradkowej nostalgii. Dęte frazy zdają się tu mieć niegraniczoną przestrzeń poruszania się, w ślad za nimi snuje się oniryczna elektronika, która potrafi kąsać, a instrumentem, który ma pieczę nad ładem i porządkiem narracji jest wiolonczela. Czujna, melodyjna, stabilizuje eko-system nerwowej improwizacji. Opowieść ma kilka punktów zwrotnych. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty muzycy odnajdują ciszę, sięgają po najdrobniejsze frazy. Akcje reanimują perkusjonalne wtręty wiolonczeli, mające wsparcie w zimnych podmuchach dętych i delikatnych plamach syntetyki. Po kolejnych pięciu minutach akcja osiąga stan wrzenia – wszyscy dygoczą z emocji, jedni formują się w strugę dronów, inni śpiewają post-barokiem wspartym na wyjątkowo nisko zawieszonym smyczku. Przed dłuższą chwilę opowieść balansuje od rozciągniętej w czasie ciszy po korpulentne fazy hałasu. Dramaturgiczny konsensus zostaje osiągnięty po dwudziestej minucie, gdy wszyscy lepią się w mroczny dron molowych medytacji. Za proces gaszenia płomienia odpowiada elektronika. Skwierczy, szmera, w końcu dosięga ciszy.

Druga improwizacja trwa dwanaście minut z sekundami. Jej początek jest ostry jak brzytwa. Saksofon i klarnet pokrzykują na siebie, wiolonczela śpiewa, a elektronika rozsiewa insekty kreatywności. Narracja intrygująco piętrzy się, po czym wpada w obcięcia kameralnej taneczności. Teraz zdarzyć się może już dokładnie wszystko – strunowe slajsy, dęte wdechy, frywolne zaczepki i krwiste riposty. Bywa, że na moment ktoś wychodzi przed szereg, ale dyktat kolektywności szybko przywołuje go do porządku. Jeszcze tylko kilka kocich westchnień i w okolicach dziesiątej minuty opowieść zaczyna układać się do snu. Przez moment można odnieść wrażenie, że czeka nas jeszcze finałowa kulminacja, ale to tylko pozór. Długie, leniwe frazy osiągają stan końcowej ciszy nie bez ingerencji edytorskiej.



 

Sestetto Internationale (Achim Kaufmann, Veli Kujala, Gianni Mimmo, Ignaz Schick, Harri Sjöström & Philipp Wachsmann) Due Muatabili (Amirani Records, CD 2023)

Achim Kaufmann – fortepian, Veli Kujala – akordeon ćwierćtonowy, Gianni Mimmo – saksofon sopranowy, Ignaz Schick – turntables, sampler, Harri Sjöström - saksofon sopranowy, sopranino, Philipp Wachsmann – skrzypce, live electronics. Nagranie koncertowe, MUG, Monachium, 2022. Dwie improwizacje, 58 minut.

Sekstet Międzynarodowy, który rozwinął się na przestrzeni lat z duetu dwóch saksofonów sopranowych, ma jedną konstytucję. Wedle słów Harri’ego, skomponowany tu jest jedynie wyjściowy line-up. Reszta, to efekt wzajemnego słuchania, bystrego reagowania i nieustannego podtrzymywania dobrej chemii w zespole. Dodajmy, iż koncert z Monachium, to trzeci album tego składu.

Początek koncertu jest dalece kameralny, ale rzeczona dobra chemia działa! Wystarczy jedno ukradkowe spojrzenie, by szóstka silnych mężczyzn dała się uwieść porywowi ekspresji. Rozśpiewani saksofoniści mogą tu liczyć na kreatywny wstrząs ze strony elektronika i rozbujanego akordeonisty, a w roli tych, którzy dbają o linearność improwizacji sytuują się pianista i delikatnie okablowany skrzypek. Oto sekstet, który zdaje się mieć niemal free jazzowy potencjał, ale też stojącą za nim nieskończoną kameralność. W tzw. przestrzeni pomiędzy dzieje się bardzo wiele. Aspekt brzmieniowy każdego instrumentu wnosi tu porcję przyjemnych niespodzianek – piano nabiera intrygująco brudnego brzmienia, elektronika kąsa niczym żmija, dźwięki dętych bywają zmyślnie preparowane, skrzypce dekonstruowane są elektroniką, z kolei ćwierćtonowy akordeon łamie frazy na tysiące sposobów.

Tuż przed połową pierwszego seta, który trwa blisko czterdzieści minut, artyści serwują nam prawdziwy szczyt emocji, kreślony szczególnie ekspresją skrzypka, akordeonisty i saksofonistów. Zejście z takiego wzniesienia do kameralnych dolin jawi się jako wyjątkowo urokliwe, przepełnione bojaźliwymi śpiewami, garścią preparacji i podmuchami ciszy, która zdaje się wisieć nad głowami muzyków, niczym wyrocznia. W tej fazie koncertu nie brakuje akcji w podgrupach, a na czoło tych najbardziej udanych sforuje się duet Harri’ego i Achima. Zakończenie seta, to moc kolejnych wrażeń – piano inside, elektroakustyczne szmerowisko, zabawne akcje skrzypka, czy efektowne, dęte drony na wydechu.

Drugi set trwa niewiele ponad dwadzieścia minut, a jego emocje wydają się jeszcze bardziej skondensowane. Otwarcie lepi się z drobnych fraz, które interferują niemal tanecznie. Wszędzie wokół panoszy się szmer zdartej płyty winylowej. Piano śle dźwięki z samego dna, a rozochocone saksofony kwilą, jak wróble na słupie wysokiego napięcia. Improwizacja nabiera tu wiatru w żagle stopniowo, bez napinania mięśni i zbędnego pośpiechu. Osiąga swój szczyt, pełen krzyków i hałasu, niedługo przed upływem kwadransa. Następująca tuż potem chwila wydechu sugeruje zakończenie, ale muzycy postanawiają raz jeszcze uderzyć w dzwon. Ostatnia prosta dość niespodziewanie przepoczwarza się w kameralny duet pianisty i saksofonisty (tu Gianniego), którego instrument brzmi niczym flet.




wtorek, 23 lipca 2024

John Butcher with Oxford Improvisers plays Chakrasana!


Angielski Oxford to nie tylko jedno z najsłynniejszych miast akademickich świata, ale także … prężny ośrodek muzyki improwizowanej. Jak donosi liner notes albumu, nad jakim za chwilę pochylimy nasze zmysły, w tym wcale nie ogromnym mieście na stałe rezyduje ponad dwudziestu artystów parających się dziwnym i złym jobem, jakim jest nasza ukochana freely improvised music.

W oparach kreacji tamtejszego środowiska artystycznego odnajdujemy samego Johna Butchera, który jesienią dwa lata temu improwizował z grupą dziesięciu lokalnych muzyków. Pośród tych ostatnich dostrzegamy m.in. legendę improwizowanej elektroakustyki – Lawrence’a Casserleya. Muzycy spotkali się w Białym Domu, a dokumentację dźwiękową ich spotkania zawiera jedno z najnowszych wydawnictw net-labelu Scatter Archive. Album zwie się bardzo tajemniczo Chakrasana i zawiera dwie improwizacje całego, jedenastoosobowego składu, improwizacje tria muzyków oxfordzkich, a także dwie solowe ekspozycje Butchera – jedną na saksofonie sopranowym, drugą na tenorowym.



 

Set otwarcia, realizowany pełnym składem, trwa niespełna sześć minut, ale zdaje się konsumować kreatywność każdego z uczestników spektaklu. Minimalistyczny, ale silnie reaktywny początek, szyty dźwiękami strunowymi i dętymi, jak również garścią tajemniczych sampli (jakieś głosy!) – wszystko zaś napięte zdrowym suspensem kompulsywnego post-chamber. Wraz z rozwojem opowieści pojawiają się drobne melodie i równie delikatne preparacje. Butcher dość szybko sforuje się na czoło orszaku i pcha cały ansambl na drobne, ale intensywne, na poły dronowe wzniesienie. Na etapie opadania muzycy ślą nam efektowne, elektroakustyczne zdobienia i urokliwie rozwarstwiają flow. Nim ów antrakt zakończy swój żywot, improwizatorzy wzniosą jeszcze prawdziwie free jazzowy okrzyk, po czym zgasną w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.

Pierwsza solowa improwizacja Butchera, to saksofon sopranowy. Muzyk preparuje, cmoka, piszczy, szeleści dyszami, rezonuje korpusem i oddycha post-melodią. Zdaje się być równie łagodny, jak zadziorny. Opowieść syci drobinkami melodii, incydentalnie zgrzyta zębami, tańczy, kołysze się na silnym wietrze. Świetnie buduje dramaturgię, i jak to ma w zwyczaju, raczej unika oddechu cyrkulacyjnego.  

Środkową część albumu wypełnia post-jazzowa improwizacja trzech lokalnych muzyków, wyposażonych w instrumenty dęte – saksofon altowy, trąbkę i klarnet. Nie bez kameralnej zadumy artyści budują zwartą, efektownie unerwioną, dziesięciominutową opowieść. Frazują na ogół czystym tembrem, bystrze na siebie reagują, chętnie wdają się w zadziorne, niepozbawione dużych emocji dyskusje. Nawet, gdy dmą głośno i dosadnie, nie tracą waloru komunikatywności i nie zapominają o melodii.

Kolejny set solowy Butchera, to saksofon tenorowy. Muzyk kreuje opowieść bardzo cierpliwie, chętnie pogrążając się w niemal post-balladowej intensywności. Kleci drony, szeleści masą dźwięków pobocznych, płynących z drżenia i interferowania różnych elementów instrumentu, rezonuje i głęboko oddycha. Jego niepowtarzalny, szorstki tembr syci się mnóstwem urokliwie poskręcanej melodyki. W drugiej fazie improwizacji artysta nieznacznie napina mięsnie i śle nam garść free jazzowych pomruków. Zdaje się płonąć emocjami, które ma jednak pod pełną kontrolą. Na samo zakończenie efektownie parska w dogorywającym rytmie.

Finałowa, grana pełnym składem improwizacja trwa ponad kwadrans i pięknie reasumuje październikowy wieczór w Oxford. Frazy akustyczne trzymają się początkowo kameralnej zadumy, z kolei warstwa elektroakustyczna zgrzyta, szeleści, wierci się w niewygodnym foteliku i parska przepięciami mocy. Opowieść faluje – równie szybko wspina się na szczyt, jak z niego efektownie ześlizguje. Soczyste strunowe melodie chętnie zderzają się z nerwową elektroniką. Muzycy doskonale na siebie reagują, wchodzą w dyskurs i nie odpuszczają – niekończące się zwarcia, spięcia, pyskówki, ale wszystko czynione z klasą i poszanowaniem interlokutora. Nad chmurą efektownych zdarzeń fonicznych unosi się tenorowy śpiew Butchera. Opowieść płynie strugą drobnych, ale dosadnych fraz, które raz za razem tworzą intrygujące ogniska zapalne. What an evening in Oxford!

 

John Butcher with Oxford Improvisers Chakrasana (Scatter Archive, DL 2024). John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy (wszystkie utwory), Mark Browne – saksofon altowy (utwory 1,3,5), Lawrence Casserley – dźwięki przeróżne (1,5), Chris Dammers – instrumenty klawiszowe (1,5), Dan Goren – trąbka /flugelhorn (1,3,5), Bruno Guastalla – nagrania gotowe, wiolonczela (1,5), Martin Hackett - Korg MS10 (1,5), Paul Medley – klarnet (1,3,5), Lisa Reim – flet (1,5), Chris Stubbs – preparowane instrumenty perkusyjne (1,5) oraz Andrew West – altówka (1,5). Nagrane w The White House, Oxford, październik 2022. Pięć improwizacji, 51 minut.



piątek, 19 kwietnia 2024

Alan Tomlinson! The Scatter Archive’ Memorial!


Brytyjski puzonista Alan Tomlinson od kilka tygodni grywa już swoje szalone, zabawne improwizacje na dużym instrumencie dętym, blaszanym w innym wymiarze kosmicznej czasoprzestrzeni. Ziemski okres aktywności zakończył w wieku 76 lat, w połowie lutego bieżącego roku.

Jak doskonałym był muzykiem wie zapewne niewielu, a ci, którzy wiedzą, prowadzą na ogół życie na obszarze Zjednoczonego Królestwa. Tomlinson pozostawił po sobie niewiele nagrań autorskich, częściej znaleźć go można w przeróżnych dużych składach jazzowych, czy improwizujących, takich, jak London Improvisers Orchestra, London Jazz Composers Orchestra, Spontaneous Music Orchestra, czy w większych składach Petera Brötzmanna.

Szkocki net label Scatter Archive szczęśliwie od kilku tygodni uzupełnia naszą wiedzę o dokonaniach artystycznych puzonisty. W krótkim czasie upubliczniono (jedynie w plikach elektronicznych) siedem albumów z koncertowymi nagraniami Tomlinsona. Omawiać je będziemy w odwróconej chronologii, czyli zaczniemy od tych stosunkowo młodych, skończymy na tych, które pochodzą z lat 80., a nawet 70. ubiegłego stulecia. Te najmłodsze omówimy bardziej szczegółowo, te starsze zaawizujemy mniejszą liczbą słów. Wszystko one wszakże godne są skupionego odsłuchu. Jest to o tyle proste, iż nagrania Scatter Archive dostępne są w ulubionej formule internautów, czyli name-your-price!

Zapraszamy do czytania, a nade wszystko słuchania nagrań Alana!



Roger Turner, Sandy Ewen, Arthur Bull & Alan Tomlinson OTO. Roger Turner – perkusja, instrumenty perkusyjne (utwory 1-2, 4), Sandy Ewen i Arthur Bull – gitary elektryczne (1-2,4) oraz Alan Tomlinson – puzon (3-4). Café OTO, Londyn, czerwiec 2017. Cztery improwizacje, 63 minuty.

Nagranie sprzed niespełna siedmiu lat z Cafe Oto, to album patchworkowy – najpierw słuchamy dwukrotnie tria na dwie gitary i efektowną perkusjonalistykę Rogera Turnera, potem wpadamy na ledwie kilka minut w objęcia samotnego puzonu Alana, by naszą bytność w londyńskiej mecce muzyki kreatywnej zakończyć spotkaniem z kwartetem, który konsumuje wszystkie podmioty wykonawcze wieczoru.

Dwudziestokilkuminutowy set tria mieni się wszelkimi kolorami tęczy – z jednej strony kongenialne akcje mistrza Rogera, który bywa tu równie subtelny i filigranowy, jak i drapieżny, z drugiej mnogość ciekawych akcji ze strony obu – mniej nam znanych – gitarzystów. Ci drudzy pracują na pick-up’ach, generują okazjonalnie porcje zdrowego noise, potrafią brzmieć post-industrialnie, ale też świetnie odnajdują się na przedgórzu ambientu, czy w leniwych, ale bardzo kwaśnych, delayowanych zagrywkach. Akcja goni tu akcję, nie ma w nich pustych przebiegów, zwłaszcza w pierwszej, trwającej ponad kwadrans części. W drugim odcinku narracja toczy się w nieco wolniejszym tempie, a muzycy koncentrowani są na preparacjach. Roger ucieka w rezonujące frazy talerzowe, gitarzyści sprzęgają i świetnie interferują. Na koniec drummer zakręca kołem zamachowym i trio wpada w sidła ekspresyjnego szaleństwa.

Krótki epizod solowy, to pokaz artystycznego portfolio puzonisty – burczy jak niedźwiedź, intensywnie oddycha, parska śmiechem, kąsa melodią maszerując na defiladzie, chętnie operuje krótkimi frazami, ale potrafi też intensywnie zadąć. Pod koniec preparuje, a jego instrument sprawia wrażenie delikatnie amplifikowanego. Dobre wejście w set kwartetowy gwarantuje nam perkusista, który przypomina jastrzębia wypatrującego ofiary. Puzon wchodzi do gry z uśmiechem na ustach, gitary strzygą uszy deptając na przetworniki. Kwartet dość szybko osiąga wysokość docelową i skrzy się kalejdoskopem free jazzowych zagrywek. Alan, często schowany za gardą gitar, błyskotliwe komentuje, bywa także, że z ochotą przystępuje do kontrataku. Jego każdorazowy powrót do nurtu głównego opowieści znamionuje wysoki poziom kreatywności. Z kolei demiurg dramaturgii, król Roger perfekcyjnie czuwa nad wszystkim, dzięki czemu narracja płynie strugą permanentnych atrakcji. Ponad trzydziestominutowy set ma rozbudową, spokojna fazę środkową, w której znajduje się dużo przestrzeni dla obu gitarzystów. Ci nie marnują choćby sekundy! Powrót do bardziej dynamicznej ekspozycji anonsuje gdakanie puzonu. Opowieść najpierw sięga po post-industrialną intensywność, potem ucieka w gęsty ambient o nieco onirycznym posmaku. Swoje kilka wyjątkowo cichych chwil ma także perkusista. Na ostatniej prostej gitary zgrzytają, puzon wzdycha, a lekka, perkusyjna pajęczyna oplata wszystko i doprowadza set do szczęśliwego zakończenia. 



 

Alan Tomlinson & Lawrence Casserley 76. Alan Tomlinson – puzon altowy i tenorowy oraz Lawrence Casserley - live processing. Lawrence’s studio, Oxford, wrzesień 2017 (utwór 1), London New Wind Festival, The Warehouse, Londyn, listopad 2021 (utwór 2). Dwie improwizacje, 29 minut.

Solowy puzon poddany live proccesingowi, to zjawisko nieczęste nawet na scenie free impro. Dwa spotkania Tomlinsona z legendą elektronicznej obróbki na żywo, czyli Casserleyem stanowią zawartość niniejszego albumu. Co ciekawe, na okoliczność pierwszego z koncertów ten drugi przygotował notacje graficzne, które, jak sam mówi, miały raczej inspirować niż instruować. Notacje były wariacjami na temat kształtu cyfr siedem i sześć, a sam koncert okazją, by celebrować … 76. urodziny Lawrence’a. Wyszło na tyle smakowicie, iż cztery lata później muzycy powtórzyli ten impro-projekt przy okazji … 80. urodzin procesora. Ta druga okoliczność miała miejsce niespełna trzy lata temu, zatem ów set stanowi najmłodsze nagranie Alana w omawianym dziś zbiorze archiwaliów.

Sama dramaturgia koncertu na żywy instrument dęty i smugę elektroniki, która stanowi syntetyczne odbicie dźwięków akustycznych, nie wydaje się szczególnie zagmatwana. Żywe podmuchy z tuby, na ogół melodyjne, czasami delikatnie chrapliwe, niosą się wysokim wzgórzem przyobleczone w chmurę wnoszącej i opadającej elektroniki. Od niemal czystego ambientu, będącego konsekwencją wpuszczenia puzonu do otchłań silnego echa, po szorstkie, niekiedy zgrzytliwe frazy, będące efektem procesowania dźwięków samego instrumentu, drżenia jego metalowej obudowy i nasączonych wilgocią wentyli. Bywa, że struga puzonowej fonii zostaje tu efektownie multiplikowana, czasami efekt pracy obu artystów śmiało stanowić mógłby soundtrack do filmu wojennego, nawet tego dziejącego się w abstrakcyjnym kosmosie. Narracja bywa tu masywna, często jednak staje się ulotna, mroczna, niepowiedziana. Struktura drugiego koncertu jest podobna, choć można odnieść wrażenie, że zawiera więcej żywych fraz puzonu niż jego elektronicznej dekonstrukcji, a całość wydaje się być bardziej melodyjna, pozbawiona drobinek elektronicznej usterkowości.



 

Alan Tomlinson At The Red Rose. Alan Tomlinson – puzony. The Red Rose, Finsbury Park, Londyn, marzec 2006 (utwory 1,4), kwiecień 2007 (2,3), lipiec 2007 (5). Pięć improwizacji, 21 minut.

Ekstrakt z czterech solowych występów Alana, poczynionych na przestrzeni dwóch lat w nieistniejącym, kultowym klubie The Red Rose, to zawartość tej elektronicznej epki.

To Tomlinson w postaci niemal klinicznej – artysta bardzo teatralny, na swój niepowtarzalny sposób nieco groteskowy. Gdacze, jak kura, burczy niczym duży ssak, nadyma się, chętnie sięga po melodię i nade wszystko bawi publiczność. Nie wiemy, jakie tu stroi miny i przyjmuje pozy, ale śmiech widzów zdaje się być nieodłącznym elementem tych puzonowych solówek. Humor stanowi tu także element dramaturgii, jak choćby w trzecim utworze, gdy można odnieść wrażenie, że Alan defiluje na czele wojska, nucąc francuskie evergreeny. Potrafi też krzyczeć i parskać emocjami, ale i to czyni z uśmiechem na ustach, tonąc w ewokującym pogłosie.



 

Alan Tomlinson, Steve Beresford, Steve Noble Baggage and Boating. Alan Tomlinson – puzony, Steve Beresford – elektronika oraz Steve Noble – perkusja, instrumenty perkusyjne. Baggage Reclaim Event, The 12 Bar Club, Londyn, maj 2002 (utwory 1-3), Boat-Ting Event, Bar&Co, Londyn, maj 2007 (4-6). Sześć improwizacji, 44 minuty.

Czas na jakże zacne trio z udziałem kolejnych legend brytyjskiej sceny free jazz/ free impro. Dwie okoliczności koncertowe, które dzieli długie pięć lat. Po raz kolejny z domieszką elektroniki, albowiem Beresford nie korzysta tu z fortepianu, a pracuje jedynie na kablach.

Pierwszy koncert charakteryzuje się dość matowym, sub-doskonałym brzmieniem, a jego dramaturgia zdaje się bazować głównie na kreatywności Beresforda – muzyk nie szczędzi nam bystrych akcji, czasami brzmi jak gitara, dostarcza niemal post-industrialny background, syci improwizacje porcją niebanalnych sampli. Tomlinson dba tu o humor i melodię, chętnie wchodzi w interakcje z drummerem. Drugi koncert wydaje się wszakże ciekawszy, nie tylko ze względu na czystsze, bardziej selektywne brzmienie. Muzycy sprawiają wrażenie bardziej skupionych na wzajemnych interakcjach, a jakości dodają dynamiczne ekspozycje Noble’a. Puzon płynie tu z niebywałą swobodą, jest delikatnie rozmarzony, na każdym kroku fermentuje kreatywnością.



Alan Tomlinson, Rhodri Davies & Roger Turner At Ryan's Bar. Alan Tomlinson – puzony, Rhodri Davies – harfa oraz Roger Turner – perkusja, instrumenty perkusyjne. Ryan's Bar, Stoke, marzec 2001. Trzy improwizacje, 55 minut.

Kolejne trzy albumy, to występy Alana w towarzystwie Rogera Turnera, chyba jego największego muzycznego przyjaciela, artysty wyjątkowo czułego na niuanse puzonowych ekspozycji naszego dzisiejszego bohatera. Najpierw trio z harfą, pozostającą w rękach kolejnej legendy sceny londyńskiej. Nagranie sprzed ponad 20 lat broni się tu artystycznie niemal każdym dźwiękiem.

Obecność akustycznej harfy determinuje i delikatnie poskramia temperament puzonisty i perkusjonalisty. Improwizacje są tu skoncentrowane na niuansach dramaturgicznych, budowane pieczołowicie i rzadko nastawione na ekspresyjne wyniesienia. Harfa potrafi brzmieć niczym oniryczna gitara, puzon dba o melodie i niezbędną dawkę humoru, z kolei perkusja używa mocy jedynie w skończonej liczbie przypadków. Każdy z muzyków nie szczędzi nam fraz preparowanych, a akcje nasączone delikatnym rytmem powstają jakby przy okazji budowania klimatu opowiadania. Opowieści niepozbawione są szczypty melancholii, pewnego ulotnego rozkołysania, nawet medytacji. W drugiej części harfa przez moment zdaje się brać sprawy w swoje ręce i inicjować kilka akcji zaczepnych, w trzeciej zaś odsłonie muzycy wracają do swoich ulubionych subtelności narracyjnych i nade wszystko … dobrej zabawy.



 

Alan Tomlinson Trio Loft 1993. Alan Tomlinson – puzon, Dave Tucker – gitara oraz Roger Turner – perkusja. Loft, Köln, styczeń 1993. Cztery improwizacje, 63 minuty.

Wspólne muzykowanie z gitarzystą Tuckerem i artystycznym alter ego Turnerem, to bodaj jedyny dla puzonisty przykład stałego składu. W odniesieniu do tej formacji zwykło się bowiem używać określenia Alan Tomlinson Trio. Tu sięgamy po nagrania z początku ostatniej dekady ubiegłego wieku (uwaga, to rzadkość - poczynione poza Wielką Brytanią!). Jeśli jakimkolwiek działaniom artystycznym puzonisty blisko było do ekspresji free jazzu, to ta sytuacja wydaje się być tą najbardziej adekwatną.

Jak przystało na working band, muzycy improwizują tu z dużą swobodą, nie stronią od ryzykownych akcji, wiedząc, że wsparcie partnera może przyjść w każdym przypadku. Alana odnajdujemy w świetnej formie, niczym wilk morski unosi się na falach wzburzonego oceanu i rozdaje salwy puzonowych post-melodii. Bardzo kreatywny jest gitarzysta, chwilami wręcz nadaktywny, ale też daje świetny feedback i nieustannie inspiruje partnerów. Mistrzowska forma dotyka także Turnera – buzuje emocjami, kreatywnością, ale także subtelnościami dramaturgicznymi w wielu kluczowych momentach tego ognistego performansu. Narracja faluje, nadyma się emocjami, raz po raz efektownie wybucha. Bywa chwilami nielinearna i dalece zaskakująca. Drugi set koncertu wydaje się być jeszcze bardziej ekspresyjny, ale też niesie ze sobą błyskotliwą fazę środkową, wypełnioną plejadą drobnych, preparowanych fraz. W fazie rozwinięcia gitara sięga po atrybuty rocka, puzon zdaje się czerpać inspiracje z całego kosmosu muzyki. No i bis, to już prawdziwe szaleństwo. Puzon dmie hejnał z wieży, a potem wszyscy przechodzą do fazy intrygujących rozgrywek na małe pola. Na ostatniej prostej muzycy pokazują, iż siła ich improwizacji tkwi w szczegółach, brzmieniowych subtelnościach. 



 

Alan Tomlinson & Roger Turner London 1989 + LMC 1979. Alan Tomlinson – puzon oraz Roger Turner – perkusja, instrumenty perkusyjne. Tom Allen Centre, Stratford, Londyn, październik 1989 (utwór 1), The LMC, Londyn, wrzesień 1979 (2-3). Trzy improwizacje, 52 minuty.

Na zakończenie przeglądu archiwaliów Alana sięgamy po nagrania najstarsze. Oczywiście u boku puzonisty Roger Turner! Album zawiera jedną wielominutową improwizację z końcówki lat 80. ubiegłego stulecia i dwie krótsze, starsze o kolejne dziesięć lat.

Nagranie młodsze zdaje się być dalece dynamiczne i ekspresyjne, szczególnie w części początkowej i końcowej. Roześmiany i rozśpiewany, wyjątkowo aktywny puzonista i drummer z kreatywnym adhd. Pomiędzy tymi eksplozjami emocji, sekwencjami świetnej, niemal free jazzowej jazdy, dostajemy się w wir ambientu puzonu i rezonansu perkusjonalii, tudzież preparacji czynionych w bezpośredniej bliskości ciszy. Na finał artyści wprost wychodzą ze skóry, by zaspokoić nieliczną publiczność. Puzon śpiewa wniebogłosy, perkusja tonie w ognistych konwulsjach. Nagrania starsze płyną z kasetowym, szumiącym backgroundem w tle. Improwizacja wydaje się tu być chwilami dość minimalistyczna, nastawiona na perkusjonalne subtelności, specjalność zakładu króla Rogera i puzonowe pojękiwania Alana, dźwięki jedyne w swoim rodzaju. Nagrania niosą ze sobą także moc fonii dodatkowych, odgłosów miasta, czy szczekającego psa. Londyński folklor u stop genialnych improwizatorów.