Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Helena Espvall. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Helena Espvall. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 lipca 2024

Unknown Shore and The House Of Memory!


Na albumie sprytnie nazwanym Domem Pamięci czas płynie powoli, chciałoby się rzec, prawdziwie po portugalsku. Kameralna, pięcioosobowa podróż, pełna gracji, delikatności i rytuału skupienia. Opowieść, którą muzycy określili mianem instant compositions, czyli skomponowaną w czasie rzeczywistym poprzez improwizację. I być może cecha najważniejsza tego niebywale pięknego albumu – strategia niedosytu, niedopowiedzenia, tym samym … ogromu szacunku dla słuchacza. Wszak nie ma nic gorszego niż przegadana płyta, w trakcie nagrania której muzycy chełpią się mocą swojej bezgranicznej kreatywności i nie baczą na upływający czas. Co innego Portugalczycy, oni pokorę i empatię mają wpisaną w muzyczne (i nie tylko) DNA. I wiedzą doskonale, iż przez 35 minut można opowiedzieć naprawdę wiele, czasami całe życie.



 

Płyta składa się z dziesięciu krótkich opowieści, z których otwarcie i zamknięcie trwają po około minutę i są niechybnie najbardziej dynamicznymi fragmentami nagrania. Druga i trzecia historia, to pięknie zadumane, acz bystre i świetnie skonstruowane narracje. Tą, która szyje ścieg narracji pierwszej z nich zdaje się być nade wszystko pianistka, podczas, gdy towarzyszące jej instrumenty strunowe jedynie bulgoczą. Tuż obok swoje zmysłowe frazy kleci klarnecista. Całość chwilami sięga tu wszakże ekspresji godnej free jazzu. Zaraz potem prym zaczynają wieść rzeczone strunowce, które zanoszą się gromkim śpiewem. Niejako w tle pracuje tu minimalistyczne piano i wyjątkowo łagodny klarnet. W części czwartej emocje rosną! Nerwowa, rozdygotana opowieść najpierw niesiona jest ulotnością strings, potem doprawiona ekspresją czarnych klawiszy i dętym rechotem.

Piąta kompozycja sprawia wrażenie wystudzonej ballady. Post-klasyczne westchnienia fortepianu i strunowe zdobienia najpierw płyną do nas w krótkich frazach, potem w sekwencjach dronowych. Z kolei klarnet, dla kontrastu, sugeruje bardziej rytmiczne rozwiązania. Szósty utwór śmiało możemy nazwać albumowym szczytem jakości. To plejada dźwięków preparowanych, powstających zarówno na strunach wiolonczeli i skrzypiec, jak i fortepianu. Z chmury nieoczywistości lepi się tu zmysłowa, długodystansowa narracja. Siódma historia dla przeciwwagi stawia na rytm i dynamikę. Głębokie, kontrabasowe pizzicato, rozśpiewane skrzypce, zalotna wiolonczela. Emocje rosną, a puentą utworu jest piękny duet cello i delikatnego piana. W części ósmej dominuje mroczny klimat nerwowego dęciaka i piskliwych strunowców. W utworze dziewiątym karty rozdaje klarnet basowy, tym razem zaskakująco rozbawiony. Z kolei fortepian, nie po raz pierwszy tego wieczoru, stawia na moc czarnej części klawiatury. Akcje strunowców płyną tu z oddali i zdają się stawiać znaki zapytania. Zaraz potem dynamiczne outro puszcza do nas oko i wieńczy album odpowiednią porcją nieco zadumanej ekspresji.

 

Unknown Shore with Carlos Zíngaro & Helena Espvall The House Of Memory (FSR, CD 2023). Unknown Shore: João Pedro Viegas – klarnet basowy, kompozycja, Silvia Corda – fortepian, kompozycja, Adriano Orru – kontrabas, kompozycja oraz goście: Carlos “Zíngaro” – skrzypce, kompozycja, Helena Espvall – wiolonczela, kompozycja. Nagrane w Namouche Studio, Lizbona, maj 2019. Dziesięć utworów, 35 minut.


*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została onegdaj opublikowana



piątek, 23 grudnia 2022

The Portuguese Taste: Rodrigo Amado! Gonçalo Almeida! Lantana! Matthews & Moimême!


Chciałoby się dzisiejszą mini-zbiorówkę recenzji nazwać kolejną częścią The Lisbon Story, ale czyniąc tak bylibyśmy dalece nieprecyzyjni. Przed nami cztery definitywnie portugalskie opowieści, ale tylko dwie z nich powstały w stolicy Portugalii. Jedna nagrana została w dobrze nam już znanym obiekcie sakralnym w Caldas da Rainha, a inna w … Rotterdamie, bo to właśnie miasto jest miejscem stałej rezydencji naszego ulubionego portugalskiego kontrabasisty.

Bez zatem zbędnych wstępów, trochę ulegając przedświątecznej histerii czynienia wszystkiego w ogromnym pośpiechu, zapraszamy na bystre, jakże portugalskie improwizacje – dwie solowe, jedną w sekstecie (z polskim akcentem), ostatnią zaś w duecie (tu akurat z akcentem francuskim).

 


Rodrigo Amado  Refraction Solo (Live at Church of The Holy Ghost) (Trost Records, CD 2022)

Igreja do Espírito Santo, Caldas da Rainha, lipiec 2021: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy. Trzy skomponowane improwizacje, 34 minuty.

Dorobek artystyczny najważniejszego portugalskiego saksofonisty jest więcej niż bogaty, ale dopiero okoliczności pandemicznego lockdownu zmobilizowały go do popracowania nad swoją pierwszą solową płytą. W Paryżu kupił nowy saksofon, w domowych warunkach dużo trenował, a gdy był już gotowy, zawitał do gwarantującego świetną akustykę obiektu sakralnego i zagrał ognisty koncert. W jego trakcie nie zapomniał o swoich idolach, kilkukrotnie intuicyjnie cytując klasyków jazzu, takich jak Coleman Hawkins, czy Sonny Rollins, a także free jazzu, jak choćby Joe McPhee. Udowodnił sobie zapewne wiele, a nam, jego wieloletnim wielbicielom potwierdził, iż jazz, tudzież free jazz, to dla niego prawdziwa świątynia emocji i inspiracji. Ponadto po raz setny, a może tysięczny pokazał, że umiejętność budowania dramaturgii post-synkopowanej improwizacji, to jego kolejny niezaprzeczalny atut. Innymi słowy, dwa kwadranse z okładem obcowania z samotnym saksofonem Amado, to czysta przyjemność.

Koncert składa się z ponad 20-minutowej części głównej i dwóch kilkuminutowych dodatków. Na początek artysta serwuje nam post-bopowy zaśpiew, pełen smutnej melodii, którą podaje głębokim oddechem. Nie bez uroku osobistego kręci drobne, free jazzowe pętle, pnąc się ku pierwszym wzniesieniom z dużą swobodą. W trakcie swej podróży namiętnie sięga także w głąb narracji, szuka brudu w czystych frazach i na odwrót. W jego strumieniu improwizacji nie brakuje tanecznych podrygów i ze swadą podawanych cytatów z klasyki gatunku. W to wszystko wplata też też rzewne nutki, pełne lizbońskiej nostalgii za mocą oceanicznych podmuchów. Gdy wpada w dynamiczny tryb, pokazuje swoje najpiękniejsze, najbardziej kreatywne oblicze. Płynie między melodią, a niezbyt częstymi atakami free jazzowej furii. Jego oddech jest wszakże spokojny, a kierunek podróży dość precyzyjnie nakreślony. Po upływie kwadranse idzie już naprawdę na ostro, ale cały czas majstruje przy brzmieniu instrumentu i skrupulatnie dawkuje niezbędną melodykę. Zdaje się panować tu dokładnie nad wszystkim. W drugiej opowieści wydaje się być jeszcze bardziej melodyjny, mając na końcu ustnika niemal całą historię jazzu. Jego krok znów jest dość taneczny, głęboko oddycha i pośród strumieni melodii szuka ekspresji free music. W połowie tej części koncertu dociera do paleniska, tańczy wokół własnej osi, bawi się dźwiękiem, tempem narracji i przedrzeźnia własne frazy z uśmiechem na ustach. Ostatnia, niespełna 5-minutowa ekspozycja jeszcze bardziej zagłębia się w melodię i rytm. Narracja przypomina tu niemalże brazylijską sambę. Lekko, z gracją, wprost po złote runo, ze śpiewem na ustach i swingiem pomiędzy dyszami saksofonu.

  


Gonçalo Almeida  Improvisations on Amplified & Prepared Double Bass (Shhpuma, CD 2022)

Atelier Le Sud, Rotterdam, czas nieznany: Gonçalo Almeida – amplifikowany i preparowany kontrabas. Dziewięć improwizacji, 33 i pół minuty.

Kolejny z asów portugalskiej sceny muzyki improwizowanej zaprasza na niepierwszy swój solowy spektakl, ale dalece inny od poprzednich. Tym razem Almeida postanawia nam udowodnić, iż kontrabas nie jest instrumentem akustycznym! Podłącza go do stacji wysokiego napięcia i z pełną premedytacją preparuje niemal każdy dźwięk, używając do tego ołowianego smyczka i zapewne wielu innych, bliżej nieznanych akcesoriów. Flow jego samotnej opowieści grzmi, burczy, sprzęga się i sieje elektroakustyczny zamęt, dodatkowo zdaje się być pozbawiony zbędnego dźwięku, przykuwając naszą uwagę od pierwszej do ostatniej sekundy.

Pierwszą improwizację buduje dron smyczka oraz pojedyncze uderzenia po strunach. Dwutorowa narracja dość szybko nabiera mocą amplifikatora gęstego, brudnego brzmienia. Intensywna, niemal mięsista struga dźwięków ma swoje delikatne spowolnienia, momenty, gdy duży instrument strunowy zdaje się nabierać powietrza, by zaatakować za moment z jeszcze większą siłą. Przypomina tu sfuzzowaną gitarę, czasami uszkodzoną maszynę tkacką, ale każdy wątek staje się elementem spójnego ciągu przyczynowo-skutkowego. Kulminacją pierwszej opowieści jest rezonujące sprzężenie. Druga improwizacja toczy się nad wyraz wolno. Słyszymy szelest amplifikatora, oddech artysty i moc nadciągającego sprzężenia. Post-gitarowy brud nakręca tu opowieść, daje jej siłę przetrwania. Na starcie kolejnego epizodu wszystko zdaje się rezonować, nawet post-rockowe riffy, tudzież akcenty perkusjonalne. Na grobie rocka swój ostatni taniec odbywają rozgrzane do czerwoności struny. Muzyk przypomina tu seryjnego mordercę, który znęca się nad swoją kolejną ofiarą. Niespodziewanie w połowie opowieści narracja traci zasilanie i przepoczwarza się w urokliwy potok kameralnego post-baroku. Czwarta odsłona jest wyjątkowo enigmatyczna – garść czerstwego sprzężenia i post-akustyczne śmieciowisko. W kolejnej części echa post-baroku powracają. Swoje do ognia dokłada jednak amplifikator i rezonująca moc całości. Improwizacja przypomina śpiew przez wyszczerbione, ale zaciśnięte zęby. Z czasem nabiera dynamiki i jeszcze brudniejszego brzmienia. Przedostatnia opowieść na starcie, to szum … wentylatora, drżące struny i smyczek, który na nie upada, niczym wielkie bele drewna w trakcie wyrębu lasu. Z czasem wszystko się sprzęga i formuje na gęsty dron. Końcowa opowieść zdaje się brać w nawias amplifikowane szaleństwa, przynajmniej w swej początkowej fazie. Akustyczne pizzicato, niczym powrót to rzeczywistości. Ale to jedynie pozór. Improwizacja w mgnieniu oka nabiera siarczystości i swym połamanym, bezmelodyjnym rytmem dobiega do końca.



 

Lantana  Elemental (Cipsela Records, CD 2022)

Namouche Studios, Lizbona, styczeń 2020: Maria do Mar – skrzypce, Maria Radich – głos, Joana Guerra – wiolonczela, Carla Santana – elektronika, Anna Piosik – trąbka i głos oraz Helena Espvall – wiolonczela, elektronika. Pięć improwizacji, 46 minut.

Szóstka improwizatorek wyposażonych w dość nietypowy zestaw instrumentalny (blaszak, trzy strunowce, głos i niemałe połacie elektroniki) zaprasza tu na podroż równie nietypową, po części post-folkową, nawet piosenkową, ale formowaną niekiedy w doprawdy gęsty strumień improwizowanych dźwięków. Zaskoczeń jest tu całe mnóstwo i tyleż pomysłów, czasami zbyt obficie sycących narrację. No i jeszcze pięć tytułów na okładce, podczas gdy nagranie na CD składa się jedynie z czterech części. Pobieżna analiza wskazuje na to, iż ostatnia, 20-minutowa opowieść prawdopodobnie konsumuje dwa ostatnie tytuły.

Pierwsze dźwięki wydają się być wyjątkowo filigranowe, stanowiąc niebanalny przednówek dla eksplozji podwójnego wokalu, który definitywnie folkowym zaśpiewem stawia nas do pionu i zabiera na efektowne wzniesienie. Piękne brzmienie akustyki delikatnie inkrustowane jest nienachalną elektroniką tła. Ta ostatnia daje upust swojemu temperamentowi na początku drugiej opowieści. Dwa pasma całkiem gęstej syntetyki budują intro dla narracji, która w dalszej części, płynąc silnie rozmazanym obrazem dźwięku, znów niesie nas wysokim wzgórzem przy wtórze rozśpiewanych fraz. Mocno pracuje też echo, które będzie już towarzyszyć artystkom niemal nieprzerwanie. Na zakończenie narracja przypomina tu polifoniczny wielogłos, silnie nasycony emocjami, budowany zarówno głosem ludzkim, jak i melodyką instrumentów strunowych i trąbki. Trzecia opowieść zaczyna się w zgrzytliwym, elektroakustycznym środowisku. Okrzyki i szepty, salwy emocji wprost ze stron i efektownie rozhuśtana trąbka na dużym pogłosie. Pod koniec utworu narracja spowolnia pod ciężarem elektronicznych ulepszeń. Wreszcie finałowa (dwutytułowa) narracja, która stanowi niemal połowę albumu. Dużo się tu dzieje, czasami aż nazbyt. Początek przypomina mały sabat czarownic - wrzaski, tańce, swawole i elektroniczne stemple tuż nad podłogą. Potem oddajemy się we władanie emocjonalnych, folkowych skal i post-barokowych piękności. Czekają na nas recytacje, plejady akustycznych, nerwowych podrygów, ale też rozśpiewane frazy taplające się w pogłosie. W samej końcówce narrację wzbogaca jeszcze oniryczna elektronika, trochę fraz preparowanych i zmysłowe wokalizy.

 


Wade Matthews & Abdul Moimême  Permeance (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

BOTA Club, Lizbona, marzec 2022: Wade Matthews – cyfrowe syntezy i nagrania terenowe oraz Abdul Moimême – gitara elektryczna, obiekty. Trzy improwizacje, 47 minut.

Rezydujący w Madrycie Francuz i lizboński Portugalczyk serwują nam danie definitywnie elektroakustyczne, dobrze skrojone i udramatyzowane, pozbawione dłużyzn i często skoncentrowane na detalach brzmieniowych. Matthews realizuje tu stylowy festiwal fake sounds, a o palecie jego dźwięków możemy powiedzieć wszystko, tylko nie to, skąd pochodzą. Z kolei Moimême, jakże niebanalny gitarzysta, którego znamy z niejednej improwizacji, często nas zaskakuje, a jego gitara, zaplątana w niezidentyfikowane obiekty dźwiękowe, potrafi brzmieć doprawdy tajemniczo. Co zaś zdaje się pozostawać na tym albumie w centrum uwagi, to subtelna różnica, jaka dzieli dźwięk akustyczny od syntetycznego. Po prawdzie w trakcie odsłuchu nieustannie zadajemy sobie pytania o to, gdzie kończy się akustyka, a gdzie zaczyna syntetyka. Ale to nam zupełnie nie przeszkadza w przyjemnej percepcji tego urokliwego spektaklu dźwiękowego.

Na starcie muzycy z góry informują nas, że ich koncert będzie obfitował w tajemnice! Zgrzytliwe echo, rezonujący ambient gitary i nie tylko gitary, elektroakustyczne smaczki z nieznanego źródła, wreszcie kilka żywych fraz szumiących fal - wszystko lepi się tu w drobne, oniryczne sekwencje dźwiękowe. Powolna, skupiona narracja sprzyja kreatywności, ale wnosi też do strumienia fonii frazy bardziej groteskowe, czy wręcz slapstickowe. Post-elektronika, ale jeszcze nie akustyka! Kilka usterkowych incydentów, trochę mroku z gitary (tego jednego instrumentu jesteśmy tu pewni!). Z jednej strony obiekty bez nazwy, z drugiej struny gitary uderzane puchową pałką. Pierwsza improwizacja trwa ponad 20 minut i obok tysięcy pytań, daje też kilka filigranowych odpowiedzi. Kolejne części trwają po około 10 minut. Najpierw muzycy pokazują, iż ich dźwięki mogą być jeszcze bardziej rozdrobnione, mgliste i naprawdę filigranowe. Czegokolwiek by jednak nie czynili, ich frazy wchodzą w naprawdę bystre interakcje. Jeśli gitara decyduje się na bardziej linearną narrację, liczyć może na kąśliwe komentarze ze strony armii obiektów dźwiękowych. Improwizacja na ogół stroni tu od dynamicznych akcji, ale muzycy incydentalnie próbują przemycać żwawsze frazy. Tak czynią pod koniec drugiej części, a także w trzeciej, ale dopiero w jej końcowej fazie. Wcześniej dostajemy się w wir cicho pracującego urządzenia elektrycznego, który syci się echem rezonującego tła. Minimalistyczna gra na subtelności przez moment usypia naszą uwagę. Bardziej dynamiczny finał dobrze zatem robi percepcji całości koncertu.



wtorek, 6 kwietnia 2021

Marta Warelis, Carlos Zíngaro, Helena Espvall and Marcelo dos Reis in Turquoise Dream!


Świat muzyki improwizowanej jest jeden! Wiemy o tym doskonale, ale cieszymy się każdym dowodem w sprawie!

Portugalski label JACC Records po pewnym drobnym, edytorskim przestoju, od wielu miesięcy dostarcza nam same smakowitości. Nie dalej, jak w ubiegłym miesiącu zachwycaliśmy się na tych łamach kwintetem Fail Better! Dziś nasze ucho i oko pochylamy nad kwartetem bez nazwy, który wspaniale dowodzi tezy zainicjowanej w pierwszym zdaniu tego tekstu. Oto bowiem w jego składzie odnajdujemy Polkę od lat rezydującą w Holandii, Szwedkę z amerykańskim paszportem, ostatnio skoncentrowaną na nagrywaniu w Lizbonie, wreszcie dwóch Portugalczyków, których pokoleniowo dzieli niemal wszystko, zaś artystycznie prawie nic – obaj są wyśmienitymi improwizatorami. To samo, co oczywiste, powiedzieć możemy także o towarzyszących im Paniach.

Nagranie o uroczym tytule Turquoise Dream stworzyli dla nas: Marta Warelis na fortepianie, Helena Espvall na wiolonczeli (nie bez tzw. efektów), Carlos “Zíngaro” na skrzypcach (jego second name bywa brany w cudzysłów, albowiem, to jego pseudonim artystyczny), wreszcie Marcelo dos Reis na gitarze akustycznej, muzyk, który fantastycznie spaja pod względem personalnym dwie tegoroczne nowości JACC Records. Płyta (wydana na CD) nagrana została w październiku 2019 roku w trakcie festiwalu Jazz ao Centro, składa się z pięciu swobodnych improwizacji, trwa zaś niewiele ponad 40 minut. Zapraszamy na wyjątkowy spektakl zmysłowej, wyzwolonej i bezczelnie piękniej kameralistyki!

 


Koncert rozpoczynają drobne dźwięki strunowe, które zdają się nieść za sobą obłok amplifikacji (z wiolonczeli?). Towarzyszy im kilka fraz z klawiatury i delikatnie szarpane struny skrzypiec i gitary. Muzycy prowadzą bardzo rozważną grę wstępną, kontrapunktowaną popiskującymi skrzypcami. Oto delikatnie rozdygotane, emocjonalne chamber, kreowane molekularnymi frazami. Małe strunowce śpiewają, gitara, posadowiona centralnie i na ogół odpowiadająca za dramaturgię, kreuje coś na kształt rytmu, a klawisze piana wtórują jej nad wyraz konsekwentnie. Na finał pieśni otwarcia wszystkie instrumenty plotą frazy w trybie pizzicato (preparowane piano chyba też!). Druga opowieść budowana jest jeszcze delikatniej. Być może każdy z muzyków ma teraz w rękach smyczek! Beauty dark chamber, rezonujące każdym przedmiotem, jaki znajduje się na scenie, malowane jest tu wyjątkowo małym pędzlem, ale dość gęstą farbą. Każdy z muzyków szoruje po strunach, niczym czarnoksiężnik w miłosnych zalotach! W połowie improwizacji gitara i cello zmieniają technikę gry. Strunowce snują meta melodyjne frazy, ale z dna fortepianu zaczynają docierać do nas bardzo tajemnicze odgłosy. Źródła niektórych dźwięków nie jesteśmy w stanie precyzyjnie wskazać, w zasadzie pewni możemy być jedynie tego, co czyni gitarzysta. Na zakończenie najdłuższej części muzycy zmysłowo bawią się z ciszą. Gitara śle minimalistyczne grepsy, część dźwięków popada w imitację, inne stanowią bystre riposty.

Trzecią część koncertu otwiera gitara, która szyje flow dość dynamicznymi frazami. Piano z klawisza, ale nie bez preparacji i nastawione post-barokowo cello też budują nerwowy strumień dźwiękowy, zapowiadający burzę z piorunami. Opowieść stawia na intensywność, a nawet pewien rodzaj hałasu. Gitara wpada w wir akcentów post-flamenco, a wyjątkowo roztańczone skrzypce kreują dość intrygujący dysonans. Muzyka pnie się ku górze, każdy z muzyków zdaje się pracować swoim tempem, budować własne emocje, ale całość ekspozycji świetnie się zazębia. Improwizacja gaśnie całkiem naturalnie, ale w kilku etapach, jakby muzycy nie chcieli tego wątku koncertu w ogóle sfinalizować. Czwartą część otwiera drobiazgowa i delikatna ekspozycja skrzypiec. Pozostałe instrumenty systematycznie podłączają się do gry, a każdy z nich śle małe plejady short-cuts, które efektownie korelują ze sobą. Pojawiają się akcenty percussion, zarówno ze strony gitary, jak i piana. Mnóstwo drobnych dźwięków zdaje się pozostawać w nieustannym ruchu, krążyć jak wolne elektrony wokół jądra atomu. Z czasem opowieść porządkuje repetująca gitara. Ostatnie dźwięki, to mały festiwal imitacji - wszyscy szemrają po kątach bliźniaczymi frazami.

Początek ostatniej części tego niezwykłego koncertu spowija mrok tajemniczych fonii. Struny jęczą, czarne klawisze piana stawiają zagadkowe stemple, gitara cedzi dźwięki przez zęby. Narracja właściwa powstaje tu pod delikatnym dyktatem pianistki. Emocje rosną, a całość zdaje się skrzyć post-romantycznymi plamami dźwięków. Jakby wszyscy śpiewali piosenkę w molowej tonacji. Opowieść z czasem zaczyna szukać swojego końca, ale gitara zgłasza zdanie odrębne. Mąci flow, jakby chciała zasiać ziarno nowej intrygi. Tuż przez końcem koncertu, improwizacja niespodziewanie nabiera post-klasycznego posmaku. Wyjątkowo uporządkowana gitara napotyka tu na źdźbła dźwięków z piana i czyste półfrazy małych strunowców. Flow gaśnie bardzo spokojnie, ale emocje towarzyszą nam aż do momentu nastania całkowitej ciszy.

 

 

poniedziałek, 7 września 2020

Diceros! Symbolic Boundary!


Szmer strun, świst smyczków, odgłos tajemniczego stukania, być może po pudle rezonansowym jednego z instrumentów, westchnienia i pomruki dęciaków – kameralny mikroświat akustycznych cudów buduje się niezwykle cierpliwie, z silnie jednak dostrzegalnym napięciem. Kolektywny, zmysłowy flow kreowany przez jest altówkę i wiolonczelę, klarnet basowy, dwa saksofony, trąbkę, instrumenty perkusyjne i elektronikę posadowioną w skromnym laptopie. Narracja od samego początku, dość gęsto doposażona w dźwięki, nie nosi znamion minimalizmu, choć frazy na ogół bywają tu tłumione i nastawione na wyczekiwanie. Klarnet basowy zdaje się przede wszystkim mruczeć, pozostałe instrumenty dęte preferują dłuższe, niemal dronowe frazy, a strunowce stawiają na bardziej śpiewne ekspozycje. Trąbka od czasu do czasu bystrze preparuje dźwięk, nadaje powietrzu wypuszczanemu z wentyli różne kolory. Elektronika niezwykle subtelna, schowana w tle, delikatnie sączy szmer, być może czasami ingeruje w brzmienie żywych instrumentów (informacja niepotwierdzona). Instrumenty perkusyjne głęboko ukryte za fakturą dęto-strunowych dźwięków, czasami ograniczają się jedynie do uderzania w talerze. W pierwszej części koncertu muzycy nie szukają okazji do eskalacji, częściej mają w zwyczaju chłodzenie narracji i poszukiwanie krótkotrwałego kontaktu z ciszą.



W okolicach 8 minuty improwizacja zdaje się przechodzić w fazę krótszych, bardziej rwanych fraz. Artyści prowadzą dialogi w podgrupach, głównie jednak w podsekcji instrumentów dętych. Część pasaży wydaje się być delikatnie sterowana z nieznanego ośrodka dowodzenia, ale to jedynie pozór – raczej efekt dramaturgicznej dyscypliny całego, ośmioosobowego składu. Po kolejnych czterech minutach opowieść wraca do trybu zagęszczania struktury narracji. Trąbka podaje kilka jazzowych fraz, przez moment stojąc na czele pochodu dźwięków. W 15 minucie narracja znów hamuje i przechodzi do fazy dronowej, realizowanej jak najbardziej kolektywnie, zdobionej szorowaniem strun cello i altówki. Znów krok ku górze i większym emocjom. Jeszcze przed upływem 20 minuty oktet serwuje nam pierwsze poważne spiętrzenie, w trakcie którego nawet laptop wydaje kilka nieco bardziej hałaśliwych dźwięków. Następuje czas dużej swobody, pewnego dramaturgicznego rozchełstania, faza jakże kreatywnego meta chaosu.

Po kilku chwilach ciepłe frazy klarnetu basowego i delikatnie zawodząca trąbka skutecznie uspokajają sytuację sceniczną. Dęciaki zdają się w tym momencie dominować nad sekcją strunową, która nie tylko liczebnie zalicza się teraz do mniejszości. W 24 minucie to jednak wiolonczela wychodzi przed szereg, buduje skromny rytm i nadaje całości dość zaskakującej dynamiki. Reszta instrumentów nie każe długo na siebie czekać. Zmysłowe deep chamber ze sporą dawką adrenaliny (także talerzy!). Narracja swoją bystrą repetytywnością przez moment przypomina Different Trains Steve’a Reicha. Finał zdaje się zatem być godny całego świetnego, choć krótkiego koncertu! Opowieść wygasa całkiem naturalnie, nie bez udziału pięknych, strunowych ornamentów, w poświacie nienachalnej elektroniki i tajemniczych dźwiękach otoczenia, jakby świat za oknem chciał przypominać o swoim nieuchronnym istnieniu.

 

Diceros Symbolic Boundary (Creative Souces, CD 2020) – Ernesto Rodrigues, altówka (oktawa), Helena Espvall, wiolonczela,  Nuno Torres, saksofon altowy, Juan Cato Calvi, klarnet basowy, João Silva, trąbka, Bruno Parrinha, saksofon C melody, Carlos Santos, elektronika oraz João Valinho, instrumenty perkusyjne. Nagrane w lutym 2019 roku, w trakcie Small Format Materials Festival, Lizbona, Galeria Monumental. Jeden utwór, 29:38.