Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Gadt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anna Gadt. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 lutego 2025

The February’ Round-up: Saarbrücken! Hémisphère! Confidence of One! Corps et Biens! Binus! Fix it! Just Friends! Krew! Świtanie! Other Worlds!


Minęła połowa lutego, a my wciąż nie zdołaliśmy wygrzebać się z albumów, jakie ujrzały światło dzienne w dawno minionym roku 2024. Na potrzeby kolejnej, comiesięcznej zbiorówki recenzji nazbieraliśmy dziesięć świeżynek z muzyką improwizowaną - od free jazzu poczynając na kompulsywnym synth&drums kończąc.

W tak zwany międzyczasie czeka ogrom swobodnej improwizacji, która lubi brudne i tłuste dźwięki, trochę eksperymentów i ekspozycji na poły konceptualnych, wreszcie garść jazzu i nuta folku. Wystartujemy w niemieckim Saarbrücken, ale po portugalsku i amerykańsku, potem przeniesiemy się do Szwecji, pobędziemy czas jakiś na ziemi niczyjej, kolejne tropy odnajdziemy w Zjednoczonym Królestwie oraz Serbii, wreszcie kilka istotnych chwil spędzimy w okopach matki-polki, by dokonać żywota w całkiem nam bliskiej Holandii.

So, welcome to heaven and hell of improvised music!



 

Luís Lopes Humanization 4tet Saarbrücken (Clean Feed, CD 2024)

Saar Free Jazz Fest, Saarbrucken, październik 2021: Luís Lopes – gitara elektryczna, Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Aaron Gonzalez – kontrabas oraz Stefan Gonzalez – perkusja. Trzy utwory, 44 minuty.

Piąta płyta Humanization 4tet niczym nie zaskakuje, ale to być może największa jej siła. Zawiera trzy kilkunastominutowe ekspozycje, z których każda jest sumą kilku wątków, zarówno tematów podpisanych przez Lopesa, jak i barwnych, świetnie wkomponowanych w to melodii Arthura Blythe’a. Wszystko polepione w dynamiczne, pełne ekspresji, free jazzowe songi, których naczelną wartością są doskonałe improwizacje, zarówno solowe, jak i kolektywne (te drugie w przewadze). Mieliśmy okazję gościć ten kwartet w Dragonie, w trakcie tej samej trasy. Zdaje się, że niemiecki koncert jest jeszcze lepszy.

Otwarcie albumu jest dynamiczne, usiane szorstkimi, ekspresyjnymi akcjami gitary i saksofonu, pięknie osadzonymi na gęstej, tłustej sekcji rytmu, która nie notuje pustych przebiegów. Coś na kształt tematu pojawia się tu dopiero po pięciu minutach. Improwizacje są krótkie, świetnie posadowione w dramaturgii całości. Gitarzysta nie szczędzi nam rocka, saksofonista ekspresji fire music. Drugi utwór w fazie początkowej bazuje na dysonansie dynamiki – leniwy marsz saksofonu i gitary, nieco bardziej żwawa akcja basu i perkusji. Ekspresja faluje – od delikatnych, balladowych fraz, po wybuchy soczystego free. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty muzycy wchodzą w dynamiczny tryb posiłkując się tematem Blythe’a, a improwizację do poziomu nieba wynosi saksofonista. Trzecią odsłonę koncertu inicjuje urocza, free jazzowa melodia klasyka. Swoje kilka chwil ma basista, który soczyste solo okrasza głosem i ponownie ekspresyjny saksofonista. Finał albumu należy do gitarzysty, który spowalnia opowieść, łapie mnóstwo psychodelii i wprowadza kwartet w dubowe, rozhuśtane klimaty.




Paul Jarret, Karin Johansson & Donovan Von Martens Hémisphère (Havtorn Records, CD 2024)

Skogen Studio, Österbymo, Szwecja, czas nieznany: Paul Jarret – gitara, także preparowana, Karin Johansson – fortepian, także preparowany oraz Donovan Von Martens — kontrabas. Trzynaście utworów, 52 minut.

Na ten francusko-szwedzki album warto zwrócić szczególną uwagę. Sytuacja jest tu z trybunowego punktu widzenia ulubiona – bliżej nam nieznani artyści (poza pianistką) serwują prawdziwy improwizowany smakołyk. Trzynaście swobodnych akcji, ogrom barwionych mrokiem dźwięków preparowanych, a wszystko szyte intrygującą dramaturgią, każdorazowo nasączoną wewnętrzną, nerwową rytmiką. Nie sposób przy tej muzyce zmrużyć oko.

Rozdygotane akcenty percussion (zapewne ze strun), zapracowany smyczek, frazy z klawiatury i wnętrza pudła rezonansowego, wreszcie wybudzająca się z głębokiego snu gitara, to elementy składowe, które łapią wspólny, rytmiczny mianownik i w pocie czoła budują zgrabną opowieść. W jej kolejnych epizodach pojawiają się filigranowe, gitarowe sprzężenia, rezonujące, metaliczne zgrzyty, akustyczne trzaski, tudzież minimalistyczne plamy piana. Szmer dramaturgicznego niedopowiedzenia zdaje się wszystko spajać w naturalny ciąg przyczynowo-skutkowy. Okazjonalnie artyści frazują czystym tembrem (w czwartej, siódmej i ósmej odsłonie), niekiedy łapią w szprychy drobiny amplifikacji (gitara w dziewiątej części?). Zdaje się, że szczególnym pięknem emanują w dwunastej opowieści – struny rezonują, z dna piano dochodzą mroczne westchnienia, a smyczek lepi wszystko w nisko osadzony dron. Album wieńczy szemrana ballada, szyta dźwiękami dobywanymi z przestrachem, drżącymi powtórzeniami i klarownie wypowiedzianymi słowami pożegnania.



 

Mia Zabelka, Tungu & Stefan Strasser The Confidence of One Swimming Against the Current (FMR Records, CD 2024)

Czas i miejsca akcji nieznane: Mia Zabelka – skrzypce, głos, elektronika, Stefan Strasser – syntezator, piano, gitara elektronika oraz Tungu/ Sergiy Senchuk - field recordings, bas akustyczny, głos, sample. Siedemnaście utworów, 58 minut.

Wszystko wskazuje na to, iż nagranie to powstało w trzech różnych miejscach i momentach naszej ciężkiej rzeczywistości. Każdy z artystów wyprodukował spore porcje dźwięków, a całość polepiono i zmasterowano w Ukrainie. Efekt końcowy wydaje się przedziwny. Pierwsza połowa albumu definitywnie przeładowana jest treścią, a ponadgatunkowy tygiel zdarzeń przyprawiać może o zawrót głowy. Jednakże po dziesiątym utworze muzycy zdejmują nogę z gazu, tłumią emocje, ograniczają artystyczne środki wyrazu i nagle nagranie łapie klimat, intrygującą dramaturgię i zdaje się zadowalać nawet najbardziej wybredne gusta.

Pośród pierwszych kilku utworów po brzegi nasyconych elektroniką, pulsem syntetycznej perkusji i niemal post-industrialnym zgrzytaniem zębami uwagę przekuć może nade wszystko szósta opowieść. W jej centralnym punkcie posadowiona zostaje skrzypaczka i jej niepowtarzalne, silnie preparowane frazy. Dobrze konstruowane, oniryczne tło tylko wzmaga efekt końcowy. Rzeczone, wytłumione, post-ambientowe tło powraca w utworze dziesiątym, zdominowanym jeszcze przez rozbrykaną elektronikę i elektrykę. W kolejnych częściach znów pojawiają się preparowane skrzypce, słyszymy coraz więcej intrygujących wątków elektroakustycznych. Jeśli nawet pasma syntetyczne wracają na front, podawane są z umiarem i dbałością o relacje z pozostałymi dźwiękami. Szczególnie podobać się może odcinek piętnasty, szyty ze strzępów fonii i doposażony minimalistycznym pianem. W kolejnej odsłonie akcje kreują pijackie śpiewy, które zdają się przedrzeźniać syntetyczną rzeczywistość. Finał albumu jest delikatny, w dużej mierze akustyczny, urokliwie repetytywny.



 

MouthWind Corps et Biens - Hommage à Robert Desnos (Creative Sources, CD 2024)

Lawrence’s studio, Oxford, listopad 2023: Jean-Michel Van Schouwburg – głos oraz Lawrence Casserley - signal processing instrument. Piętnaście utworów w siedmiu rozdziałach, 55 minut.

Corps et Biens, to album szczególny. Brytyjczyk Lawrence Casserley w swoim długim i jakże legendarnym życiu artystycznym performował dźwięki live processing wielu instrumentów i formacji, ale niezwykle rzadko czynił to mając na pulpicie wyłącznie ludzki głos. Ten ostatni dostarcza tu belgijski wokalista, artysta głosowy Jean-Michel Van Schouwburg, który także pretendować może do miana legendy gatunku, przynajmniej w wymiarze kontynentalnym. Album podzielono na piętnaście epizodów, uformowanych w siedem rozdziałów, a literacką inspiracją uczyniono poezje Roberta Desnosa. Definitywnie warto wczytać się w to nagranie!

Spektrum możliwości głosowych Belga zdaje się być równie rozlegle, jak jego kreatywność. I co może najistotniejsze, co sytuuje artystę poza standardem głosowych improwizatorów, to jego niebywałe poczucie humoru, dystans do siebie, artystyczna frywolność. Muzyk wydaje dźwięki całym ciałem, którego gardło i struny głosowe są ledwie efektownym zwieńczeniem. Mówi do nas, śmieje się, parodiuje, gdacze niczym Kaczor Donald, rzęzi, rży, zdolny jest naśladować każde zwierze. Sepleni, mruczy, podśpiewuje przy goleniu, buduje ambientowe wokalizy, intensywnie wącha zapachy przyrody i bzyczy niczym pszczoła. W tym szaleństwie świetnie odnajduje się Casserley, który wydaje się muzykiem wprost stworzonym do elektronicznej dekonstrukcji głosu. Świetnie wiemy, że Brytyjczyk snuje także swoje, separatywne opowieści - delikatne, ulotne, równie oniryczne, jak tajemnicze. Pozostaje jeszcze warstwa literacka tego smakowitego albumu, której eksplorację pozostawiam bardziej zaawansowanym, tudzież dysponującym czasem słuchaczom.




Ilia Belorukov & Sara Zlanabitnig Binus (kuda-org, DL 2024)

Novi Sad/ Sremski Karlovci, Serbia, czerwiec 2024: Ilia Belorukov – syntezator modularny, fluteophone oraz Sara Zlanabitnig – flety (inside & feedback), field recordings. Pięć utworów, 31 minut.

Instrumenty dęte, na ogół preparowane, garść nagrań terenowych i umiejętnie wykorzystywana elektronika analogowa, to elementy składowe tego albumu. Krótkiego, świetnie skonstruowanego, pokazującego, iż łączenie brzmień akustycznych i syntetycznych może być niebywale przyjemne dla ucha. Owe pięć improwizacji nagrano w trakcie aż trzech spotkań, w różnych okolicznościach przestrzennych. Nie zmienia to faktu, iż wszystko tu do siebie pasuje.

Pierwsza opowieść formuje się w dron inicjowany przez syntezator, ale lepiony także z odgłosów miasta, bijącego dzwona i flecich kołysanek. Czy tak mógłby brzmieć post-nowoczesny, wielkomiejski folk? W kolejnej części panuje oniryczna flauta, którą buduje zarówno subtelny modular i preparacje na flecim korpusie. Z czasem ta upiorna kołysanka zdaje się szukać warstwy rytmicznej. W opowieści trzeciej flet wpada w mantrę, z kolei syntetyka z drobnego pyłku na żakiecie staje się zgrzebnym inicjatorem rosnącej intensywności. Czwarta część, to nerwowa rytmika, zadziorne frazowanie i kojąca puenta poprzedzona flecią akupunkturą. Na starcie finałowej improwizacji można odnieść wrażenie, iż znajdujemy w kaczym stawie. Głosy natury są tak swojskie, a śpiew fletu kojący, iż akcja modularnego na etapie rozwinięcia wydaje się zupełnie zbyteczna.




Ilia Belorukov & Lauri Hyvärinen Fix it if it ain't Broken (NUNC.,DL 2024)

Novi Sad, Serbia, październik 2023: llia Belorukov – syntezator modularny, Lauri Hyvärinen – gitara elektryczna, przetworniki. Pięć utworów, 37 minut.

Kolejne spotkanie z improwizacjami Belorukova pozbawione jest brzmień akustycznych. Z jednej strony syntezator modularny, z drugiej gitara elektryczna, a raczej jej elektryczne i elektroniczne przetworzenia. Gęsty, muskularny i głośno dostrojony album.

Jeśli pierwszą improwizację moglibyśmy określić mianem swobodnej wymiany myśli, to drugą z pewnością bokserską wymianą ciosów. Gitarowe pick-upy vs. gęsto okablowany modular - ów pojedynek znamionuje moc niszczenia narracyjnych subtelności. Bywa, jak w części trzeciej, iż w tej walce syntezator może znaleźć się na pozycjach silnie defensywnych. Szczęśliwie dla mniej przygotowanego odbiorcy, jeszcze w tej odsłonie albumu jesteśmy w stanie dosłyszeć frazy definitywnie gitarowe, które stanowią udane wprowadzenie do czwartej improwizacji. Ta pulsuje głębią mroku, a drobne zgrzyty i ukąszenia łączą się w jednolity strumień narracji, który z czasem intrygująco stygnie, nabierając niemal akustycznego brzmienia. Końcowy epizod sprawia wrażenie albumowe résumé. Muzycy pokazują tu zarówno swojego subtelne oblicze, jak i pazury prawdziwych noise’ killerów.



 

Anna Gadt, Michał Giżycki & Cyprian Pakuła Just Friends (TORF Records, DL 2024)

SPATiF, Warszawa, lipiec 2024: Anna Gadt – głos, efekty, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon sopranowy oraz Cyprian Pakuła – perkusja. Trzy improwizacje, 46 minut.

To pierwsze spotkanie artystów w tym składzie i już wiemy, że nie ostatnie! Swobodnie improwizowana opowieść, dramaturgicznie skoncentrowana na dialogu wokalistki i klarnecisty basowego (w ostatniej opowieści – saksofonisty sopranowego), a zgrabnie osadzona na pulsie jazzowej perkusji. Album, to trzy historie, z których ta środkowa konsumuje dokładnie połowę koncertu. 

Po chwilach typowej dla formacji skleconych ad hoc gry inicjacyjnej, trio bierze się do pracy i formuje linearną opowieść, która szczególnego blasku nabiera w sytuacjach bardziej dynamicznych. Dodajmy, iż w fazach leniwego spowolnienia także nie przestaje przykuwać uwagi. Szerokie spektrum wokalistyki odnajduje tu doskonałego partnera w równie horyzontalnej kreatywności klarnecisty. O dobry nastrój obojga dba drummer, który trzyma rytm i udanie zdobi momenty artystycznego zawahania. W chwilach, w których wokalistka sięga po tzw. efekty, narracja nabiera posmaku fussion. Druga, najbardziej rozbudowana improwizacja zaczyna się od ekspozycji solowej Anny, którą na jazzowe ścieżki naprowadza Cyprian, a dętego błysku dodaje Michał. Po efektownym spiętrzeniu, mniej więcej w połowie utworu muzycy wchodzą do strefy leniwych eksperymentów, by ten fragment koncertu spuentować porcją zmyślnych, na poły melodyjnych interakcji. W końcowej odsłonie pojawia się anonsowany saksofon sopranowy. Tu opowieść najpierw kołysze się na falach wystudzonego oceanu, potem niesiona mocą wokalnych efektów osiąga stadium free, by zwieńczyć koncert perkusyjną solówką.



 

Piotr Damasiewicz & Kuba Wójcik Krew (L.A.S., CD 2023)

OFFCZART, maj 2023: Piotr Damasiewicz – trąbka, głos oraz Kuba Wójcik – gitara, elektronika. Trzy utwory, 34 minuty.

Potraficie wyobrazić sobie dźwięk, jaki wydaje krew krążąca w naszych żyłach? Czy to struga szeleszczącej wilgoci, czy raczej demoniczny, masywny dron jakże żywej syntetyczności? Damasiewicz i Wójcik postarali się wyjść naprzeciw naszym niezdefiniowanym wyobrażeniom.

Barwiony elektroniką, drżący strumień fonii nadpływa z mrocznej strony. W jego wnętrzu kłębi się mnóstwo mikrozdarzeń – czasami przypominają one frazy gitary, zdeformowanej trąbki, czy głosu, być może ludzkiego. Warstwy syntetyczne także wiodą tu aktywne życie. Opowieść systematycznie narasta, a pod koniec pierwszej części zostaje przyozdobiona elektroakustycznymi wtrętami, które prawdopodobnie są dźwiękami szpitalnej aparatury do przetaczania krwi. Po krótkim interludium z ciszą, dźwiękami rzeczonej aparatury i smyczka (?) narracja śmiało wchodzi w drugą, decydującą fazę. Oniryczne tło wypycha na front silnie syntetyczną strugę fonii. Zza mgły elektroniki po czasie wyłania się nerwowa gitara, głos i trąbka. Ta ostatnia najpierw charczy jak kołujący śmigłowiec, potem ucieka w echo i śpiewa. Zakończenie śmiało zasługuje na miano demonicznego. Oto nasze największe dobro, które pachnie mrokiem i strachem.



 

Piotr Damasiewicz Into the Roots Świtanie (L.A.S., CD 2024)

Polskie Radio Studio S4, Warszawa, marzec 2023: Piotr Damasiewicz – trąbka, organy, głos, instrumenty perkusyjne, Zbigniew Kozera – kontrabas, guimbri, Paweł Szpura – perkusja, Michał Żak – shawm, drewniany flet poprzeczny, hammered dulcimer, Katarzyna Karpowicz – koto, Alicja Krzeszowiak i Kamila Krzeszowiak – głosy, Paulina Kaźmierczak – głos, skrzypce, Krzysztof Ryt – pięciostrunowa altówka, Marek Ryt – bagpipes, fife, rożek francuski. Siedem utworów, 40 minut.

Damasiewicz zostaje z nami, ale jak to bywa w przypadku tego muzyka, gatunkowy klimat zmieniamy o sto osiemdziesiąt stopni. Uciekamy w estetyką folkową, które jest tu raczej metodą twórczą, a nie celem samym w sobie, raczej inspiracją do odbywania improwizowanych podróży niż budowaniem kolejnych jazzowych edycji folkowych evergreenów.  

Pierwsze trzy utwory stanowią dramaturgiczną całość. Od folkowej, melodyjnej introdukcji z psychodeliczną puentą, po świat transowej narracji bazującej na intensywnym brzmieniu organów. Do tego swobodne wokalizy i soczyste, dęte inkrustacje. Jeśli flet rozrywa tu początkową ludyczność, to trąbka koi emocje i szuka integracji. W warstwie etnicznej nie trudno dosłyszeć, iż dziarskie Tarty spoglądają tu w stronę dalekiej Japonii i równie odleglej Afryki. Kolejne dwa utwory kojarzą folkowy blask porannej zorzy i post-jazzową, improwizowaną opowieść. Ostatnie dwie części przenoszą nas w klimat transowej, ponadgatunkowej ekspozycji. Szóstą odsłonę świetnie unerwia perkusista, siódmą z kolei buduje niskie brzmienie organów i kontrabasowy groove. Finał pełen jest taneczności i melodyki, bystrze kontrapunktowanej psychodelicznym spleenem organów.




Dead Neanderthals Other Worlds (Bandcamp’ self-released, LP/DL 2024)

White Noise Studio, Holandia, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator, saksofon oraz Rene Aquarius – perkusja. Siedem utworów, 32 minuty.

Dokonania tej pary Holendrów śledzimy od zawsze, szczególnie ich tradycyjne, sylwestrowe ep-ki. Ostatnia z nich, nad wyraz rozbudowana jak na krótki metraż, doczekała się nawet edycji winylowej. Nagranie to z pewnością zaliczyć możemy do … najłagodniejszych przejawów brutalnego, brzmieniowego konceptualizmu, jaki uprawiają Kokke i Aquarius już od półtorej dekady. Cieszy jak zawsze, tym razem zaprasza także do tańca i gry w skojarzenia z muzyką … dyskotekową lat 70. i 80. ubiegłego stulecia.

Album jest tu nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, podzielonym na odcinki dyktowane tempem frazowania perkusji. Syntezatorowe otwarcie jest ciepłe, melodyjne, choć mroczne. Potem do akcji wkracza 2stepowa perkusja, który szyje ścieg godny zarówno ekspresji rocka, jak i dynamicznego electro. Oto new death disco, które smakuje estetyką muzyki tanecznej sprzed pół wieku. Kolejne, mroczne interludium poprzedza perkusyjny step, który jest spokojniejszy, jeszcze bardziej uwypuklający melodykę syntezatora, niespodziewanie wtłaczającą nas do kolejnej, tu już definitywnie noworomantycznej dekady. W czwartej części muzycy podkręcają tempo, a brzmienie syntezatora czynią bardziej szorstkim. W kolejnej puentę dyskusji narracyjnej stanowi melodyjna ekspozycja saksofonu, delikatnie schowanego w pogłosie. Ostatni epizod tego szaleństwa przynosi pasmo basowe, które nadaje całości silnie rockowy posmak, mimo braku gitarowego instrumentarium.

 

 

poniedziałek, 16 marca 2020

Clarke, Willberg & Karlsen! Tavares, Trocado & Ward! Gadt & Olak! Arszyn & Gadecki! Trio_Io! The Crazy March’ Virus!


W marcu, jak w garncu! Dzisiejsza zbiorówka recenzji bez wątku głównego, równie nieprzewidywalna, jak słynny wirus za oknem! Płyty nowe, płyty nieco starsze, wykonawcy krajowi i światowi, oczywiście znów kilka nowych nazwisk do zapamiętania! Od Sasa do lasa! A jeśli już koniecznie potrzebujecie jakiegoś hasła przewodniego – Improwizacja Nie Jedno Ma Imię!




Martin Clarke/ Otto Willberg/ Emil Karlsen  Shopping For Images  (Open Ear Music, CD 2020)

Martin Clarke na saksofonie altowym, Otto Willberg na kontrabasie oraz Emil Karlsen na perkusji – trio bez nazwy własnej, w miejscy zwanym Music Room, Londyn, wrzesień 2019. Trzy swobodne, kilkunastominutowe improwizacje, które skończą się tuż przed upływem trzech kwadransów.

Na wejściu małe, improwizacyjne gierki, trochę akcji i reakcji, nasze ulubione, dźwiękowe obmacywanki, które precyzyjnie kreślą nam ramy tego, co doświadczymy w trakcie najbliższych minut. Swobodna, niczym nieskrępowana improwizacja, czyniona aż do samej mety na sporym luzie, bez pośpiechu, z dużą ilością powietrza pomiędzy poszczególnymi frazami. Opowieść dobrze skonstruowana dramaturgicznie, zgodnie z zasadą – im dalej, tym lepiej. Precyzyjna, bogata w wydarzenia perkusjonalistyka, mistrzowski kontrabas, najczęściej traktowany smyczkiem, który stanowi tu prawa i bystrze je egzekwuje, wreszcie śpiewny, skromny saksofon altowy, który woli rolę komentatora niż tygrysa, który wchodzi w szranki rywalizacji.

Pierwsza improwizacja dba o rys ogólny, pokazuje, iż muzycy dobrze radzą sobie zarówno w kompulsywnych ekspozycjach free, jak i w cichszych, kameralnych zabawach w selektywne dźwięki. Druga część podtrzymuje klimat, dodatkowo stanowiąc dla wszystkich uczestników w pełni demokratyczne prawa w dostępie do czasoprzestrzeni nagrania. Nie zmienia tego faktu krótki odcinek bystrej, solowej ekspozycji altu na tle zmysłowego percussion. Narracja stawia na lekko kołyszący rytm, nie stroni również od półgalopu, dyktowanego mocnym pizzicato kontrabasu. Metoda muzycznej kooperacji zwana call & response także tu ma swoje miejsce i czas.

Zgodnie z zarysowaną ideą dramaturgiczną, najciekawiej dzieje się w ostatniej, trzeciej improwizacji. Muzycy zaczynają ją na poziomie ciszy - dźwięk w odpowiedzi na dźwięk. Pierwszy zaczyna fermentować kontrabas – pojedyncze szarpnięcia strun, niczym zwoływanie na rytualny spektakl. Potem powrót do ciszy, rezonans talerzy, parsknięcia smyka i drony saksofonu. Po trzeciej minucie artyści kwieciście wchodzą w dynamiczną fazę, dla której dobrym komentarzem okaże się krótka, solowa ekspozycja kontrabasu. Być może najpiękniejszym fragmentem płyty jest jednak jego zakończenie – wielominutowe, jakże stylowe wygaszanie płomienia narracji. Akcenty preparacji saksofonu, brzask talerzy i smyczek, który decyduje tu o każdym niuansie. Cisza po ostatnim dźwięku smakuje wyjątkowo dobrze.




Sérgio Tavares/ Nuno Trocado/ Tom Ward ‎ Vestiges  (self-released, CD 2019)

Kolejne trio, to Sérgio Tavares - kontrabas, Nuno Trocado – gitara i elektronika oraz Tom Ward – flet, saksofon altowy i klarnet basowy. Spotkali się w grudniu 2018 roku, w Nosso Estúdio, Maia, Portugalia. Dziewięć improwizacji, zapewne poprzedzonych drobnymi scenariuszami, prawie 48 minut.

Vestiges, to płyta bogata w wydarzenia, obfitująca w zwroty akcji, pełna zaskoczeń, także odrobinę, w drugiej części, przegadana i być może zbyt długa. Pełna gatunkowych niespodzianek, naładowana pomysłami młodych artystów, których stać na wiele. Zaczyna się w klimatach post-jazzowych, a o takiej definicji gatunkowej decyduje przede wszystkim dynamiczny, lekko swingujący walking kontrabasu. Klarnet też wydaje się być chętny do tańca i swawolenia, może jedynie gitara, od czasu do czasu, zgłasza zdanie odrębne i schodzi na bok, by szukać odrobiny psychodelii. Drugi fragment przesuwa zainteresowanie muzyków w kierunku kameralistyki, nie bez udziału dość wyważonej i nieinwazyjnej elektroniki. Przy okazji Ward gra kilka ciekawych pasaży na flecie.

Trzecia, najdłuższa improwizacja jest przy okazji chyba kluczowym dla odbioru całości utworem. Klarnet basowy, smyczek na kontrabasie i przesiąknięta elektroniką gitara budują zmysłowy flow. Nie brakuje preparacji i delikatnego przesteru na amplifikatorze. Zmiana zdaje się tu gonić zmianę, a wszystkie one wydają się trafione. Gitara wciąż dba o emocje, elektronika pozostaje w klasie, nawet, gdy przychodzi jej zostać na chwilę samej na scenie (po siódmej minucie). Tuż potem robi się jeszcze piękniej – trochę sonorystyki w tubie dęciaka, rozbujany smyczek i garść gitarowego post-psycho. Utwór czwarty zaczyna się dość sztampowo – jazzy as well – ale z czasem zdecydowanie zyskuje na wartości. Ostre, free jazzowe expo odnotowuje Ward, a ornamenty elektroniki na gryfie gitary, pełnej prądu i dobrze repetujący smyczek, dopełniają obrazu całości. W piątej części powraca klimat chamber, smyczek na kontrabasie smakuje barokiem, a saksofon śpiewa w niebogłosy. Ów delikatny chill-out skomentowany zostaje na sam koniec bystrymi parsknięciami saksofonu. Krótki, szósty epizod dobrze podsumowuje najbardziej udaną, środkową część płyty, pasażami preparowanych dźwięków, której zlewają się w ambientowy strumień.

Ostatnie trzy utwory na płycie nieco mącą obraz całości propozycji tria Portugalczyków i Brytyjczyka. Muzycy stawiają kategorycznie na kameralistykę, dobrze się w niej czują, instrumenty są im niebywale posłuszne, ale emocje siadają. Brakuje ognia, zadziorności i artystycznej czupurności. O ile w części ósmej możemy jeszcze docenić dobre momenty saksofonu i skowyczącej prądem gitary, o tyle ostatni odcinek, który daje się być hybrydą rocka, rytmicznej kameralistyki i całkiem zagubionej elektroniki, śmiało moglibyśmy sobie już podarować. Dziwny finał płyty, która do 35 minuty broni się doskonale pod względem artystycznym.




Anna Gadt & Marcin Olak  Gombrowicz  (Hevhetia , CD 2019)

Witold Gombrowicz, krew dobrej literatury w języku nam ojczystym, bywał już nie jednokrotnie inspiracją dla muzyki, także jazzowej i improwizowanej. Dziś powraca w wersji wyjątkowo kameralnej, jedynie na głos kobiecy i gitarę akustyczną, czasami także elektryczną. Anna Gadt i Marcin Olak w nagraniu koncertowym z maja ubiegłego roku. Dwanaście części z długimi tytułami (będącymi, co oczywiste, cytatami z Gombrowicza), trwających 56 minut i 12 sekund.

Gombrowicz, to opowieść z jednej strony bardzo swobodna, improwizowana, z drugiej skupiona wokół niebanalnych słów pisarza. Dźwięki równie rozwichrzone, bystre i ironiczne, jak słowa, którym towarzyszą. Czasami leją się w jeden strumień, czasami stanowią wobec słów ciekawy dysonans estetyczny i dramaturgiczny. Być może całość jest odrobinę zbyt długa, być może w kilku momentach warto było postawić na jeszcze większą ekspresję, ale całość broni się artystycznie od pierwszego do ostatniego dźwięku.

Dobre otwarcie płyty dobrze rokuje na przyszłość - kanciasta, niemal bailey'owska gitara akustyczna i kobiecy, szumiąco-szemrzący pół scat, który mówi, gada, czasami podśpiewuje, a potem cedzi zwodniczo, namiętnym głosem, słowa Gombrowicza. W drugiej opowieści gitara Marcina łagodnieje, ale nie stroni od zadziorów, przy okazji inspiruje Annę do wydawania dźwięków niemal każdą częścią ciała. W trzeciej gitara pulsuje post-rockiem, ciekawie korelując z półśpiewem. Słowa wydają się być równie dosadne i precyzyjne, jak towarzyszące im dźwięki. W kolejnej gitara mantruje, a głos Anny brzmi jak … wysoko zestrojony puzon. Dobrze wchodzą w bystrą imitację. W piątej opowieści znów duch Dereka Baileya zawiesza się nad narracją. Recytacja Anny z dramaturgicznym suspensem, intrygująco przechodzi w fazę swobodnej improwizacji. Szósta część przynosi kolejne nowe elementy - Marcin piłuje struny, a Anna sięga po beatboxowe środki narracji. Głęboki oddech i perkusjonalne dziąsła! Nie brakuje rezonansu i dalekowschodniego zaśpiewu. Piękny moment!

Siódma opowieść, najdłuższa na płycie, otwiera drugą część improwizowanego Gombrowicza – gitara z prądem i recytacja – wszystko pulsuje i kusi literalnie. Anna wchodzi w fazę śpiewu, a gombrowiczowska ironia świetnie zazębia się z drżącymi strunami gitary. W dalszej kolejności - faza eskalacji, faza imitacji, a na sam finał garść jazzu i scatu. Kolejna część, to miniatura – dźwięk za dźwiękiem, litera po literze. Na starcie dziewiątej części Anna pochrapuje, przeciąga się, szepcze bystry tekst. Gitara plecie post-jazzowe pasaże. Akcenty beatboxu i gitarowych flażoletów, które pachną barokiem. Dziesiąta i jedenasta piosenka bazują na bluesie. Słowa Gombrowicza kłują i inspirują wyjątkowo dosadnie. Anna, wyluzowana nad wyraz, dobrze to wszystko układa w ciąg przyczynowo-skutkowy. Całość nabiera rytmu, można tupać nogą i podśpiewywać przy goleniu. Wreszcie finał, w konwencji balladowej – oddechy, półdźwięki gitary, szept jakby po … japońsku, flażolety i dźwięki, które przypominają trąbkę (Anna!). Zmysłowe zwieńczenie dźwiękowego Gombrowicza. I znów nie daliśmy się upupić!




Arszyn/ Gadecki  Choroby Pszczół  (Don't Sit On My Vinyl! ‎LP 2019) *)

Czas na kolejny duet - Tomek Gadecki na saksofonie tenorowym i Krzysztof Topolski Arszyn) na perkusji, używający także przedmiotu o nazwie Buchla 200 oraz korzystający z nagrań terenowych. Rejestracja ze Studia Elektryków - Gdańsk, luty 2017 roku - trzy utwory, 26 i pół minuty. Odpalamy jedną z 66 sztuk limitowanego winyla - w ramach serii Don't Sit On My Vinyl Wujka Gusstaffa - dwunastocalówkę wyciętą w prędkości 45 obr/min. Zapraszamy na elektroakustyczną podróż w estetyce dość swobodnej improwizacji, która po pewnym czasie zaczyna smakować dobrym, starym free jazzem!

Ruszamy w tę podróż z dobrze rozgrzanym saksofonem tenorowym i perkusją, która zdaje się być nieźle okablowana i połączona z dystrybutorem dźwięków elektronicznych. Rodzaj free jazzu silnie stymulowanego dobrej jakości LSD. Saksofon płynie niezwykle zwinnie, perkusja zaś buduje swój flow silnie naznaczając go jazzowymi parametrami. Elektronika funkcjonuje tu jakby mimochodem, ale to ona sieje ferment, czasami kreuje dźwiękowy dysonans poznawczy, nie pozwalając przy okazji żywym foniom na choćby moment dramaturgicznej nieuwagi. Gdy w 5 minucie na kilka chwil tuba milknie, syntetyka ciekawie koegzystuje z mocnym, żywym drummingiem. Szybki powrót tenoru otwiera wielką księgę pamięci Johna Coltrane’a – jakże piękny to moment. Ostatnie dwie minuty pieśni otwarcia zostają oddane we władanie elektroniki, co wnikliwy recenzent dość szybko obwieszcza mianem czasu delikatnie straconego w kontekście zawartości całej, krótszej niż 30 minut płyty.

Druga opowieść toczy się już wyłącznie z wykorzystaniem akustycznych atrybutów tej duetowej improwizacji. Bystrze i stylowo budowana, free jazzowa narracja z nieśpiesznym, ale pewnym oddechem tenoru i niemal hardbopową perkusją. W drugiej części utworu Gadecki płynie wyjątkowo precyzyjnym pasażem dźwięków wyłącznie udanych. Arszyn podażą za nim jak cień, nie umyka mu choćby ćwierćnutka. Płytę kończy krótki encore, gdzie przy dźwiękach tajemniczego głosu z innej rzeczywistości (field recordings!), płynie do nas dynamiczny, niemal rockowy drumming. W dalszym tle słychać posuwiste pasaże saksofonu, które z czasem włączają się w główny nurt narracji. Odrobinę zaskakujący finał całkiem ciekawej płyty, której zakończenie niechybnie karze prosić o więcej minut duetu Arszyn/ Gadecki.




Trio_Io  Waves  (Bôłt, CD 2019) *) ‎

Trójka młodych, polskich muzyków (Zofia Ilnicka – flet, Łukasz Marciniak – gitara elektryczna oraz Jakub Wosik – skrzypce) proponuje intrygujący melanż post-gatunkowej, inteligentnie zdefiniowanej improwizacji. Radzą sobie z tą pokrętną materią niezwykle przebiegle, a nic, co boskie, nie jest im obce. Niemal trzy kwadranse zmysłowej zabawy w dźwięk, w dziewięciu częściach, opatrzonych tytułami. Zapraszam koniecznie!

Wita nas fonia amplifikatora, który cicho pracuje. Dźwięki snują się płaskim dronem, pełnym niepokoju, mroku, pewnej analogowej niepewności, co do ciągu dalszego.  Po niedługiej chwili wiemy już, że na scenie są trzy instrumenty. Sustained piece as well! Roztańczone fale radiowe na końcu świata rzeczywistego! – podpowiada wyobraźnia recenzenta. Skrzypce i flet jakby śpiewały, gitara rozdziera szaty pod nimi, a aura oniryzmu zmysłowo pożera narrację. Druga pieśń stawia na suchą akustykę. Bukiet dźwięków najrozmaitszych – drżenie struny, tuba fletu, gryf gitary, przedmioty. Wolna kameralistyka na otwartej przestrzeni. Garść mikrofaz, pytania i odpowiedzi.

Na starcie trzeciej opowieści flet śpiewa o porzuconej miłości. Ckliwe pasaże o semickim posmaku, w towarzystwie depresyjnego smyczka. Delikatność i drapieżność w tym samym niemal momencie. Szczypta rytmicznej inspiracji ze strony łagodnej gitary. Taniec, który wyzbywa się smutku, ale nie do końca.  Czwarta część, podobnie jak druga, budowana trochę na zasadzie kontrastu – ucieczka od harmonii, pląsy, akcje i reakcje, twórczy chaos swobodnej improwizacji z elementami elektroakustyki. Post-gitarowy rezonans i płacz na strunach skrzypiec. Śpiew fletu i basowe pulsacje u samego dołu. Piąta historia - matowe skrzypce, akcenty percussion na gryfie gitary i flet, który szuka zaczepki. Dobra szkoła brytyjskiego free improv z wyważoną dawką preparacji! – podpowiada google research.

Szósta piosenka i wolt stylistycznych ciąg dalszy – electro pulsar, harmonia, melodia i metaforyczny śpiew na nieistniejących ustach fletu. Gitara frazuje wręcz post-jazzowo, skrzypce odrabiają zadanie domowe z free chamber, aura zagubionej, rockowej estetyki także staje się udziałem muzyków. Po małej kulminacji, narracja gaśnie magią potencjometru. Po szóstej czas na siódmą opowieść, którą na wejściu kreuje modulowany ambient gitary. Struny stroszą pióra, flet buduje mikro dron. Znów posmak kameralistyki, stylowy, ładny i intensywnie niepokojący.

Ósma część i drobna zabawa improwizacyjna, czyniona metodą call & responce! Akord gitary, pląsy fletu, cisza skrzypiec. Po chwili temperatura narracji rośnie, cała trójka rusza w imitacyjne tango, które wieńczy rockowa niemalże kipiel. Tuż po niej ślad ciszy i basowy przester gitary. Repetycja w kierunku dobrego zakończenia. Ostatnia część Waves zdaje się kontynuować pomysł części ósmej – taneczna repetycja gitary, małe śpiewy po góralsku. Rytm, bijące serce, zwarty półgalop. Free after rock with chamber taste! – językiem Szekspira recenzent puentuje tę wyjątkowo smakowitą płytę.


*) recenzja pierwotnie opublikowana na portalu polish-jazz.blogspot.com