Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cory Smythe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cory Smythe. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 czerwca 2021

Nate Wooley! Mutual Aid Music has a history!


W oceanie muzycznych pomysłów amerykańskiego trębacza Nate’a Wooleya kwartet Battle Pieces zajmuje miejsce dość szczególne. Jest bowiem pomysłem na improwizację, tu istotnie predefiniowaną, najbliżej posadowionym muzyki kameralnej. Skład na trąbkę, fortepian, wibrafon i saksofon buduje swoje opowieści nieśpiesznie, dba o niuanse brzmieniowe i nade wszystko dramaturgiczne. Kwartet Battle Pieces ma swym dorobku edycję pierwszą, drugą i … czwartą. Nic nam nie wiadomo o upublicznieniu edycji trzeciej, ale ona istnieje, przynajmniej na papierze, a jej dalekim odgłosem mogą być intuitywne instrukcje, jakimi posługuje się … rozbudowana do oktetu wersja Battle Pieces, jaką odnajdujemy na najnowszej płycie Wooleya, nazwanej dość buńczucznie Mutual Aid Music, czyli muzyka pomocy wzajemnej, tłumacząc z angielskiego najprostszym sposobem.

Na dwupłytowym wydawnictwie (Pleasure Of The Text Records, CD 2021) odnajdujemy osiem improwizacji, dla których rozpisano dość szczegółowe, ale jednak bardzo swobodne instrukcje, o szczegółach których napiszemy za kilka chwil. Na razie poznajmy line-up, na który składają się rdzenni członkowie Battle Pieces: Nate Wooley – trąbka, Ingrid Laubrock – saksofon, Sylvie Courvoisier – fortepian i Matt Moran oraz doproszeni do oktetu: Mariel Roberts – wiolonczela, Joshua Modney – skrzypce, Cory Smythe – fortepian i Russell Greenberg – wibrafon i instrumenty perkusyjne. Całość nagrania trwa 91 i pół minuty.



 

Każdy z utworów zamieszczonych na płycie zdaje się być inaczej skonstruowany, toczy się z inną dramaturgią, dostarcza także bardzo zróżnicowanych emocji. Każdy z muzyków w trakcie wykonywania danego utworu ma dwa rozwiązania do wyboru: albo improwizuje całkiem swobodnie, albo korzysta z przygotowanych koncepcji kompozytorskich, które nie są wszakże ścisłymi wytycznymi zapisanymi na pięciolinii, to raczej opis technik gry, zasad harmonii, czy też tonacji oraz innych atrybutów dźwiękowych, jakimi winien się dany muzyk kierować realizując swoją improwizację. Kardynalną wszakże wytyczną dla każdego muzyka w trakcie każdego utworu jest intensywne słuchanie partnerów i wchodzenie z nimi w interakcje, określane tu jako tzw. pomoc wzajemna. Przy okazji tychże wytycznych kłania nam się nieśmiertelny duch koncepcji improwizatorskich Johna Stevensa, realizowanych zarówno w ramach mniejszych składów Spontaneous Music Ensemble, jak i większych, tych pod szyldem Spontaneous Music Orchestra.

Opowieść zaczyna się bardzo kolektywnie budowanym strumieniem dźwiękowym, ale nie wychodzącym poza obszar estetyczny, który śmiało możemy określić mianem post-chamber. Molowe, rzewne zaśpiewy, a na czele pochodu wyrazista, czysta w brzmieniu trąbka. Narracja powolna, silnie zadekretowana, niemal post-romantyczna, doposażona wszakże w drobne kanty i efektowne, zadziorne frazy. Emocje koi wibrafon, ciepła dodaje piano, a małe intrygi snują instrumenty dęte. Ciekawiej robi się w kolejnej części, którą zaczyna duet saksofonu i trąbki. Tuż po wejściu w ich szyk narracyjny wibrafonu i piana (być może należy użyć tu liczby mnogiej!), opowieść wtacza się na niemal free jazzowy szczyt. Po wystudzeniu muzycy koncentrują się na bystrych interakcjach, po czym za sprawą agresywnego piana cała opowieść narasta i marszowym krokiem, już zapewne pełną ławą instrumentalną, osiąga całkiem spektakularne zakończenie.

Zapewne to koncepcje autorskie sprawiają, iż po porcji dużych emocji czeka nas istotne ich wytłumienie. Trzecia część budowana jest delikatnymi, bardzo skrupulatnie skonstruowanymi frazami. Zaczynają wibrafon i skrzypce, potem do gry wchodzi minimalistyczne piano i łagodne dźwięki dęciaków. Trochę zamieszania wprowadza ostre cello, ale dźwięk percussion znów studzi emocje. Muzycy zdają się celebrować dramaturgiczne zaniechanie, czekają na to, co wydarzy się w dalszej części nagrania. Tym najmniej cierpliwym jest chyba łobuzujący na boku wibrafon. Część czwarta w pełni rekompensuje nam pewne ambiwalencje, wynikające z dramaturgii utworów nieparzystych. Najlepsza część pierwszego dysku zaczyna się garścią tajemniczych fraz wibrafonu, nerwowymi preparacjami trąbki i strunowymi boleściami. Dirty free chamber w pełnej krasie, które z każdą sekundą zdaje się nabierać mocy, a nawet hałasu! Muzycy odbywają długą podróż od preparowanych brzmień ciszy po eksplozywne wzgórza emocji. Każda akcja może tu liczyć na bystrą reakcję, a koncepcja mutual aid zdaje się perfekcyjnie funkcjonować w tej ośmioosobowej grupie społecznej. W ramach efektownej wisienki na torcie dostajemy jeszcze kompulsywny duet fortepianów, z których jeden proponuje dźwięki preparowane, drugi zaś efektowne palcówki po klawiaturze. Równie dosadny zdaje się być komentarz obu dęciaków. Finałowe wzniesienie ma pełne walory freejazzowe, a wieńczą je piękne dźwięki inside piano ze strunowymi ornamentami.

Otwarcie drugiej płyty jest dalece ceremonialne, ogłasza je bowiem masywne uderzenie w gong. Riposta strunowych instrumentów jest nagła i szyje nerw dla całej ekspozycji. Hałaśliwy chamber zbiera plony niemal przy każdej pętli narracyjnej. Masywne frazy fortepianów i leniwe oddechy dętych budują kontrapunkt, a całość narracji wykonuje wyboistą drogę od dłuższych do krótszych fraz. Znów dużo dobrego dostarczają oba fortepiany, które ponownie bawią się w Dawida i Goliata. Finał należy wszakże do skrzypiec, które kończą utwór równie efektowną łobuzerką, jaką go zaczynały. Kolejna opowieść definitywnie rozgrywa się w podgrupie fortepianów i strunowców. Pozostałe instrumenty, nawet jeśli zdolne są wydać jakikolwiek dźwięk, stanowią jedynie tło. Znów dużo kameralistyki i post-barokowych smyczków. Na koniec najwięcej werwy wykazują dęciaki i to właśnie one ciągną formację na stosunkowo efektowne spiętrzenie, kończące utwór.

Trzecia część wydaje się być nad wyraz konkretna. Niezbyt długa, z nerwem życia, nastawiona na bystre akcje i takież reakcje. Zaczyna piano, potem strunowe drony, kilka dźwięków wibrafonowych. Cała opowieść trzyma się dolnych rejestrów, zdaje się być smutna i zrezygnowana. O zmianę klimatu dba tym razem agresywne, preparowane piano, ale skontrapunktowane zostaje strumieniem słodyczy płynącym ze strony wiolonczeli i skrzypiec. Saksofon i trąbka przypominają o sobie na samym końcu, ewidentnie przespały bowiem ten numer. Czas na finał, aż 15-minutowy, oferujący dużo zdarzeń, wiele akcji, ale także momentów dramaturgicznego rozdroża, gdy pytanie o dalszą drogę zdaje się być głównym zajęciem większości muzyków. Zaczynają dęciaki, potem strunowce, wreszcie wibrafony. Są kanty i zadziory, ale i chwile nostalgicznej zadumy i trywialnej nudy. Dużo zabawy w podgrupach, mało emocji na scenie głównej. Leniwa dynamika zyskuje na parametrach dopiero po dziesiątej minucie, ale nie na długo. Kilka chwil ubarwionych metodą call & responce, bystre expo fortepianu i finałowe, całkiem udane na tle całości utworu, nerwowe podrygi niemal wszystkich instrumentów. Nagranie milknie w poświacie dźwięków preparowanych.

 

 

czwartek, 14 lipca 2016

Nate Wooley – lekcja argonautyki i sylabizowania


Nate Wooley jest na tyle częstym gościem na Trybunie, że każdorazowe przytaczanie jego dorobku i pozycji na współczesnej scenie muzyki improwizowanej, możemy uznać za całkowicie zbyteczne. Jakkolwiek pamiętamy, iż obok wielu wyśmienitych dokonań na polu free improv, paru nudnych autorskich płyt z materiałem komponowanym, lubi on także zapuszczać się w świat muzyki bezwzględnie improwizowanej, jednak umoczonej w elektronice, multiamplifikowanych urządzeniach generujących dźwięk, czy zapisanej na starych, pociętych taśmach zalegających śmietnik na jego prywatnej posesji. Ten ostatni wątek w twórczości Nate’a omawialiśmy już kilkakrotnie na tej stronie, a zasadniczą do tego inspiracją był cykl muzycznych ekscesów pod nazwą Seven Storey Mountain.

Dziś czas na najnowszą płytę Wooleya Argonautica (Firehouse 12 Records, 2016), która dość sprawnie wpisuje się w powyższy kontekst stylistyczny. Dodatkowo, wrażenia z jej odsłuchu uzupełnimy o nowy cykl produkcji solowych, który także winien być przypisany do formuły Jazz Is Dead! … czyli Improwizacja Inaczej.





Lekcja argonautyki

Cytując luźno za opisem zawartym na stronie muzyka, Argonautica to swoiste połączenie aleatorycznej i minimalistycznej estetyki kompozytorskiej, wtłoczonej w idiom wczesnego fussion, gdy określenie jazz/rock było niemile widziane. To także hołd Nate’a dla bohatera lat swej młodości, trębacza Rona Milesa i jego płyty My Cruel Heart z roku 1996.

Miles, trębacz i kornecista, ledwie dekadę starszy od Wooleya, kojarzony jest przez nas właśnie z muzyką fussion, a także z niekoniecznie ambitnymi kolaboracjami z elektroniką, a nawet muzyką taneczną, wszakże z silnym, jazzowym feelingiem. Osoba Rona nie jest tu zatem bogiem na firmamencie, a jedynie postacią, która tak silnie zainspirowała młodego Nate’a do uprawiania muzyki, że z tych oczywistych wspomnień zrodził się argonautyczny koncept.




Na potrzeby interesującego nas dziś pomysłu, Nate powołał do służby podwójne trio. Obok siebie i …Rona Milesa na trąbkach, w nagraniu wzięli udział – pianista akustyczny, z doświadczeniem na polu muzyki współczesnej, Cory Smythe, elektryczny klawiszowiec rodem ze sceny avant-rockowej, Jozef Dumoulin, na pianie fendera i elektronice (Wooley gra z nim w takim zwichrowanym w kierunku improwizacji, rock-bandzie o uroczej nazwie Biuro Turystyki Atomowej!) oraz dwaj perkusiści, Rudy Royston i Devin Gray (na półkach przygotowanych na ich dyskografie na razie zalega kurz).

Argonautica, określona na wydawnictwie jako kompozycja, została zarejestrowana w Klubie Firehouse 12, w grudniu 2014r. Trwa blisko 43 minuty i jest nieprzerwanym, zwartym ciągiem dźwięków. Trębacze grają w zasadzie w parze i często unisono prowadzą całą muzyczną machinę do przodu. Wooley gra dość prosto i z reguły daruje sobie sonorystyczne skoki w bok. Na ogół operuje czystym dźwiękiem z lekkim pogłosem, który w trakcie trwania utworu zdecydowanie się nasila. Miles czyni podobnie i na tym polu nie liczymy na jakieś szczególne urozmaicenia. Co innego pianiści – Smythe mimo rodowodu new music potrafi nieźle pohałasować. Dynamicznie inspiruje pozostałych do improwizacyjnego szaleństwa, pikując w dół lub wznosząc się w bardzo freejazzowej estetyce. Dumoulin, po prawdzie kluczowa postać w tej zabawie, jest doprawdy wszędzie. Pięknie prowadzi typowy dla fussion walking niskich częstotliwości, śmiało też plami przestrzeń udanymi pasażami klawiszy. W kluczowych momentach potrafi być zadziorny, a jego fender lubi przejąć pałeczkę i zarysować kołyszący rytm, wedle którego reszta muzyków biegnie do utraty tchu. Perkusiści robią swoje, trzymają rytm jak trzeba, paskudzą klimat zmyślnymi zakrętasami, gdy sytuacja tego wymaga. Momenty spokojnej narracji, podkreślanej nieskomplikowanym dwugłosem trąbek, z lekką amplifikacją w ważnych dramaturgicznie chwilach, bywają w nieoczywisty sposób komplikowane przez zwarcia i zgrzyty, ciekawe niuanse brzmieniowe, pozytywne dysonanse i bardziej już tradycyjne kontrapunkty. Niespełna trzy kwadransie śmiało trwać mogłyby dłużej.




Oceniając Argonautykę na tle Siedmiopiętrowej Góry, z oczywistych względów sytuujemy ją w hierarchii dokonań Nate’a nieco niżej, wszakże słucha się jej wyśmienicie, w zasadzie z każdego punktu widzenia. Ciekawa reanimacja fussion, połączona z jego drobną dekonstrukcją, niemniej frapujące zderzenie różnych muzycznych osobowości, no i zapewne jedyna okazja, by muzyk sortu Rona Milesa mógł zaistnieć na łamach mojego improwizowanego bloga.


Lekcja sylabizowania

Tu wcale nie chodzi o kontrolę ustnika, języka, gardła czy ust. Raczej zależy mi na tym, by pozwolić im pracować w naturalnym środowisku, jednakże w separacji od typowych ról, jakie mają w produkowaniu dźwięku (Nate Wooley o idei powstania muzyki na trąbkę solo).

Sylaby (Syllables) to nowy pomysł Nate’a Wooleya na solowy występ z trąbką, stosownie amplifikowaną (czyli docierającą do naszych uszu ze wzmocnionym sygnałem – zatem głośniej i z lekkim przesterem). Po materiale ciętym tępymi nożyczkami przez lekko upalonego designera (Wrong Shape To Be A Storyteller) czy choćby jednostajnym, katorżniczym dronie, gotowym zabijać w okopach każdej wojny światowej (The Almond), czas na wysublimowany koncept, prowadzący do zadziwiającego efektu finalnego.




Proces generowania dźwięku w tymże koncepcie jest tylko pozornie skomplikowany. W sumie… jest banalnie prosty. Usta muzyka układane są na ustniku instrumentu wg wzoru, jaki dyktują mu … sylaby. Innymi słowy – mając ułożone usta do wypowiedzenia danej sylaby, muzyk generuje dźwięk trąbką. Potem, te już całkiem muzyczne sylaby, wpadają do maszyny losującej (komputera) i są przez muzyka nakładane na siebie, ścieżka po ścieżce, także multiplikowane i rozciągane w czasie. Powstaje swoisty trębacki wielogłos, który często przyjmuje postać dźwiękowego drona, który zawisa nad nami, niczym miecz Demoklesa. Łączenia, klejenia i szwy są na tyle precyzyjne, iż w procesie odsłuchu funkcjonujemy absolutnie komfortowo i delektować się możemy nieomal pojedynczym dźwiękiem. Bywają momenty, iż posklejane pasaże trąbki są powtarzane z tak dużą częstotliwości, iż zaczynają tworzyć rytm, który potrafi skowyczeć i rozszarpywać rzeczywistość dźwiękową.

Incydent pierwszy nazywa się (8) Syllables (Peira, 2011) i zawiera muzyczną transpozycję … ośmiu sylab. Incydent drugi, to (9) Syllables (MNOAD, 2013) i … tak, tak, zgadliście – dziewięć sylab. Ta muzyka trafia do nas w formacie pięknie wydanych CD-rów i każde z nich zawiera po jednym traku, wszakże stanowiącym kompilację tych trębackich wielogłosów. W tak zwanym międzyczasie, na płycie słyszymy oddech muzyka i ciszę, funkcjonującą jako samodzielna jednostka muzyczna (Cage?). Pochłaniają nas samoistne połacie niepokojącego oczekiwania. Nie wiemy, co zdarzy się za chwilę. Mamy wrażenie, że zza naszych pleców za moment wyskoczy ktoś równie szalony i diabelski, jak Bob z lynchowego Twin Peeks.




Osiem sylab może zaskoczyć poziomem głośności, zatem lojalnie ostrzegam przed zbyt wysokim stanem potencjometrów. Dziewiątki wydają się w tym zestawieniu nieco spokojniejsze i bardziej zwarte, jako całość kompozycji. Dramaturgicznie poszarpane Ósemki (bywają momenty, gdy moje bezprzewodowe słuchawki tracą łączność, z uwagi na długotrwały brak dźwięku) wieńczy modulowana, upita syrena alarmowa, która wcale nie wzywa do ucieczki, raczej zakleszcza nas w tej przedziwnej rzeczywistości fonicznej. Seven Storey Mountain solo? Ciekawe, co Nate myśli o takim tropie w interpretacji Sylab?


Eskalacja niespodzianek, gruba kurtyna nieoczywistości i nasz otwarty na nowe doznania mózg! To nie może się nie udać!

Ps. Zdjęcia z koncertu promującego płytę Argonautica, Nowy Jork, 30 maja br.