Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zlatko Kaucić. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zlatko Kaucić. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 czerwca 2026

The June’ Round-up: Amado! Transition Unit! Xatarata! Westgaard & Maneri! Sonic Waves! Bagnasco! Safiullin! Devereaux! Kaučič & Cigana!


Najwyższy czas rozpętać czerwcową zbiorówkę recenzji! W tyglu ognistych recenzji równie groźnych improwizacji odnajdziecie dziewięć nowych albumów, jak zawsze z całego świata!

Zaczynamy bardzo jazzowo, po portugalsku - dwa konkretne ciosy nie bez udziału gości zagranicznych. A w dalszej kolejności - krakowski baryton zanurzony w latynoamerykańskiej elektronice, dwa wątki skandynawskie, pierwszy kameralny, drugi dronowo-ambientowy, spora garść gitarowych eksperymentów z różnych zakątków globu - akustycznych, elektrycznych, a nawet nieco bardziej hałaśliwych, bo z domieszką krwi japońskiej, wreszcie na finał tańce perkusjonalne z bliskiego południa Europy, co by ukoić nasze zszargane nerwy.

Zapraszamy do nieba i piekła muzyki improwizowanej!

  


Rodrigo Amado/ Joe McPhee/ Kent Kessler/ Chris Corsano Wailers (European Echoes Archive Series, CD 2026)

Namouche Studios, Lizbona, październik 2019: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy i altowy, bird water whistle (kanał lewy), Joe McPhee – saksofon tenorowy (kanał prawy), Kent Kessler – kontrabas oraz Chris Corsano – perkusja. Sześć utworów, 49 minut.

Kwartet This Is Our Language, który konsumuje wymienione w tytule recenzji nazwiska czterech wybitnych postaci sceny free jazzowej, to jedno z najciekawszych zjawisk gatunku drugiej dekady bieżącego millenium. Z racji wieku jednego z nich nie jest już aktywną formacją, szczęśliwie Amado, główny organizator tego przedsięwzięcia, doszukał się w swoich archiwach niepublikowanej wcześniej sesji kwartetu, jak miała miejsce siedem lat temu w najbardziej znanym lizbońskim studiu nagraniowym.

Na krążku odnajdujemy sześć utworów, które trwają od sześciu do dziesięciu minut. Klamrą nagrania jest dynamiczne, kwartetowe otwarcie z uroczymi dialogami tenorzystów i takież zakończenie z nutą aylerowskiej melodyki. W utworach pomiędzy formacja bardzo często rozbija się na tria w konwencji tenor plus sekcja rytmu, a utwór czwarty grany jest wyłącznie przez Amado, Kesslera i Corsano. Tu Portugalczyk inauguruje improwizację na gwizdku, a soczyste expo prezentuje wyjątkowo na saksofonie altowym. Co by się wszakże nie działo pod sklepieniem studia nagraniowego, jakość narracji i poszczególnych improwizacji budzić winna respekt każdego fana free jazzowych, ognistych przebieżek. Szczególnie dobrze udramatyzowany jest odcinek piąty. Otwiera McPhee, dołączą Corsano, potem szybka kontra Amado z Kesslerem na smyczku. W połowie ekspozycji intrygujące solo perkusisty, a potem wystudzony, prawdziwie kameralny finał osnuty wokół smutnej melodii.

  


Transition Unit Sheets of Sound (Phonogram Unit, DL 2026)

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, Belgia, grudzień 2024: José Lencastre – saksofon altowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Dirk Serries - archtop guitar. Siedem improwizacji, 39 minut.

Portugalskie trio z nazwą własną powraca albumem, który zdaje się być nakierowany na publiczność kształconą w historii jazzu i swingu, nie koniecznie zaś w paradygmatach swobodnej improwizacji nasyconej adekwatną dawką ekspresji. Mimo wielkiego szacunku dla dokonań tych artystów, nie możemy zataić faktu, iż nowy album Transition Unit zanudził grono redakcyjne niemal do bólu.

Pierwsza improwizacja sadowi się w okolicach wystudzonej kameralistyki, dla odmiany ta druga sięga po atrybuty jazzu i nie boi się delikatnie swingować. Artyści dobrze czują się w estetyce leniwej ballady, a w trzecim utworze wręcz chłoną medytujący charakter całej narracji. Pod koniec tej odsłony albumu, a także w kolejnej muzycy przypominają sobie, że dobre tempo i ekspresja frazowania potrafią służyć każdej opowieści. Niestety dwie kolejne improwizacje tego nie potwierdzają. Album wieńczy najdłuższa, ponad 8-minutowa historia, która stawia na minimalizm, nawet post-klasycyzm, ale przewrotnie niesie w sobie dużo jakości zaszytej w nerwie trwogi, jaka zdaje się drążyć ten wątek płyty.

 


Xatarata Kiss and Drum (Antenna Non Grata, LP 2026)

DTS Studio, Kraków, grudzień 2022: Paulina Owczarek – saksofon barytonowy oraz Federico Reuben - laptop/ live coding. Jedenaście utworów, 40 minut.

Improwizowane spotkania instrumentu dętego i elektroniki, to zjawiska występujące from time to time w ekosystemie gatunku. Ten duet, to jednak sytuacja wyjątkowa – z jednej strony moc saksofonu barytonowego, z drugiej nieograniczony świat elektroniki, tu generowanej z poziomu akademickiego, zarówno z racji naukowych proweniencji artysty, jak i zastosowanych metod badawczych (kodowanie, live processing, systemy interaktywne i algorytmiczne etc.). Zwał, jak zwał Xatarata, to produkt osobny.

Jak już dojdziemy do tego, która strona winyla jest pierwsza, a która druga, zagłębiamy się w jedenastu krótkich formach improwizowanych, trwających od trzech do sześciu minut. Każda z nich ma swoją dynamikę, narracyjną szorstkość, ale też dziką niekiedy taneczność i fikuśnie pokręconą melodykę. To rodzaj intensywnego spaceru po zgliszczach tradycyjnych narracji. Owczarek buduje melodie, czasami krzyczy, preparuje instrument, a gdy trzeba śpiewa niczym pijany słowik na pierwszej randce. Ze strony Reubena mamy stan permanentnej zmiany. Jest drum’n’bassowy rytm, są krótkie strzały spod ramienia, post-perkusjonalne erupcje, wreszcie niekończące się drobne frazy układające się w jakże logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy. Muzyk nie wkracza do jaskini hałasu, ale jest obecny na każdym etapie tej muzycznej łamigłówki. Paulina i Federico grają razem od lat i wbrew teoriom klasyków ich kolektywne improwizacje ciągle zyskują na jakości, a poziom interakcji osiąga kosmiczny poziom.

  


Hein Westgaard & Mat Maneri Chamber (Gotta Let It Out, LP 2025)

Kopenhaga, lipiec 2024: Hein Westgaard – gitara elektryczna (1-4), akustyczna (5-7) oraz Mat Maneri – altówka. Siedem improwizacji, 58 min.

W naszej dzisiejszej opowieści czas na kameralne wystudzenie. Znamienity nowojorski altowiolinista Mat Maneri lubi improwizować w Europie, a zwłaszcza w Danii pod sztandarami Gotta Let It Out, labelu prowadzonego przez Tomo Jacobsona. Tu dobieramy go do pary z duńskim gitarzystą Heinem Westgaardem, którego inne nagranie opisywaliśmy nie dalej, jak w majowej zbiorówce.

Album zwie się po prostu Chamber i zdaje się, że trudno o bardziej adekwatną nazwę. Jego początek obiecuje bardzo wiele – frazy szarpane ze strun i wyskubywane z samego dna pudeł rezonansowych lepią się w post-melodyjne, niekiedy rzewne opowieści z drobną kulminacją pod koniec utworu. W kolejnych odsłonach albumu króluje tytułowa kameralistyka, emocje trzymane są na uwięzi i nie brakuje fraz niemal klasycznych, które świetnie sprawdziłyby się na urodzinowym przyjęciu znanej persony lokalnej socjety. Szczęśliwie w dwóch ostatnich utworach muzycy odnajdują w sobie więcej energii, woli życia, wchodzą w ciekawsze interakcje, nawet w trakcie finałowej, dogorywającej pieśni niesionej szumem otaczającego świata.

  


Nils Wohlrabe/ Karin Johansson/ Hasse Westling Sonic Waves (Outer Disk, CD 2026)

Elementstudion, Gothenburg, czas nieznany: Nils Wohlrabe – gitara, elektronika, Karin Johansson – fortepian, także preparowany, toy piano oraz Hasse Westling – kontrabas. Pięć utworów, 46 minut.

Pozostajemy w Skandynawii, kierujemy się na północ i dość radykalnie zmieniamy estetykę. Przed nami mroczna przygoda dziergana dark ambientową gitarą podrasowaną elektroniką, preparowanym na ogół fortepianem i kontrabasem traktowanym w skończonej liczbie przypadków smyczkiem. Opowieść jest więcej niż smakowita, ujmująco trzyma klimat pozornie rozmarzonej, ale bardzo groźnej eskapady. Miewa drobne chwile słabości, gdy piano i kontrabas szukają jazzu. Szczęśliwie dość szybko porzucają ten mętny trop.

Szum szorstkiego ambientu, dron basu i hałaśliwe niekiedy akcje inside piano tworzą gęstą, mulistą narrację, która udanie inicjuje album. W kolejnej części pojawiają się rezonujące frazy, które lepią się do świergoczącej, filigranowej elektroniki. Na strunach piana odbywają się rytualne tańce, które zostają spuentowane dźwiękami wprost z klawiatury, ale umoczonymi w gęstym pogłosie. W części trzeciej anonsowane próby jazzowego frazowania, które mroczne, ambientowe tło dusi w zarodku. Część kolejna jest bardzo intensywna, przypomina kołowanie śmigłowca nad wojenną pożogą. Trzy instrumenty budują tu wyjątkowo jednorodną strugę złych mocy. Sam finał płyty jest odrobinę delikatniejszy. Frazy gitary są wyjątkowo lekkie, słyszymy także akustyczne dźwięki, dla których nie jesteśmy w stanie wskazać źródła pochodzenia. Pianistka zaczyna wewnątrz, kończy na zewnątrz, kontrabasista snuje mięsiste preparacje, a gitarzysta tonie w błękitnym ambiencie.

  


Luciano Bagnasco Momentos en el absurdo (dForma_discos, DL 2026)

Argentyna, luty 2026: Luciano Bagnasco – gitara akustyczna. Trzy improwizacje, 30 minut.

Dokonania tego argentyńskiego gitarzysty śledzimy na bieżąco, wiemy zatem, iż onegdaj preferował on raczej gitarowe szaleństwa skąpane w dużej dawce prądu, a od pewnego czasu bliżej mu do suchych, preparowanych brzmień akustycznych. I taka jest też jego najnowsza solowa płyta. Jedna długa i dwie krótkie improwizacje, a w nich moc kreacji i improwizowanego piękna.  

Pierwsza odsłona albumu trwa prawie siedemnaście minut i mamy w niej wszystko – od niemal post-klasycznego otwarcia, przez fazę abstrakcyjnego impro, po wielowątkowe preparacje, gdy obcierki na pudle rezonansowym aż śpiewają. Muzyk brnie tu od szczegółu do ogółu, a galopada na finał dowodzi nie tylko wspaniałej kreatywności, ale także niemal wirtuozerskich umiejętności technicznych. W drugiej części, ledwie czterominutowej, muzyk zgłębia tajniki gitarowej ballady, której enigmatyczność i matowe brzmienie przypominają chill-outowe akcje Dereka Baileya. Ostatnia historia pachnie tumanami kurzu z westernowych historii kowbojskich. Od delikatnych flażoletów, przez taniec upstrzony drobnymi ornamentami, realizowanymi także na sporej dynamice, po puentę, która wraca do metod artykulacji zapoczątkowanych na starcie improwizacji.

  


Salavat Safiullin Step By Step (Extra Notes, DL 2026)

Miejsce nieznane, 2023: Salavat Safiullin – gitary elektryczne, elektronika, samplery, syntezatory. Jeden utwór, 33 minuty.

Tym razem na dźwiękowej wokandzie stawiamy dwie gitary elektryczne, dwa samplery i sporą garść kabli. Za ich sterami ledwie jeden artysta. Jego mroczna, dronowa, definitywnie niebanalna opowieść trwa niewiele ponad dwa kwadranse, choć śmiało mogłaby sycić naszą potrzebę fonicznego niepokoju dalece dłużej i nic nie straciłaby na atrakcyjności.

Na starcie nagrania wita nas elektroakustyczny dron, który migocze na skraju długiego tunelu. Narrację stanowią tu dwa, nawet trzy wątki, które wzajemnie się uzupełniają. Pulsacje, drobne zgrzyty i usterki, wreszcie mroczne plamy czegoś zdecydowanie nieprzyjaznego z odrobiną zdewastowanej melodyki. Opowieść nie ma płycizn, nie eskaluje też do poziomu hałasu. Sączy się, jak krew z głębokiej rany. W połowie na dłuższą chwilę przepoczwarza się w stojący, migotliwy dron. Ważnym wydarzeniem dramaturgicznym drugiej części albumu jest pojawienie się elektrycznego smyczka, który drażni glazurę gitarowego gryfu. Po fazie elektronicznych pulsacji narracja sięga po mroczny ambient, a w swej schyłkowej fazie zdobiona jest akustycznym dźwiękiem szorowanych strun.

  


Max Devereaux, hayashipooo & nameBYnames Live at Environmentog, Osaka – 04.10.2024 (New Wave of Jazz, DL 2026)

Environmentog, Osaka, październik 2024: Max Devereaux – gitara elektryczna, przetworniki, efekty, radio, hayashipooo – elektronika, głos oraz nameBYnames – elektronika, wizualizacje. Dwa utwory, 38 minut.

Dalece nietypowe nagranie, jak na estetykę oraz gatunkowe i personalne konotacje labelu Dirka Serriesa. Pewien amerykański gitarzysta oprzyrządowany w dodatkowe, elektryczne i elektroakustyczne akcesoria w towarzystwie dwóch japońskich elektroników pod pseudonimami koncertuje w tamtejszej Osace. Nie jest to album, które zostanie z nami na dłużej, ale jak ktoś lubi gitarę uwikłaną w duże porcje prądu i kabli, tudzież elektronikę, która podsyła akcenty rytmiczne i post-rytmiczne, ten jest w domu i czeka go należna porcja przyjemności z odsłuchu.

Nagranie składa się z dwóch kilkunastominutowych improwizacji, ale zdaje się, że w formule na żywo stanowiły one jedną ścieżkę. Pierwsza z nich wydaje się ciekawsza w fazie początkowej, szytej okruchami ledwie co inicjowanych akcji, szmerami, odgłosami otoczenia i mikro slajsami delikatnie pijanej gitary. Potem improwizacja wchodzi w stadium rytmiczne, a do obrazu całości dokładają się wszyscy uczestnicy spektaklu. W trakcie drugiej części koncertu muzycy nade wszystko szukają potencjalnych źródeł hałasu. W opowieści mniej jest rytmu, więcej metalicznych zgrzytów, elektronicznych usterek i gitarowych zapętleń. Klimat dubowy miesza się tu z post-rockowymi implozjami gitarzysty. Finałem jest pełna zgoda osiągnięta w chmurze urokliwego zgiełku.

  


Zlatko Kaučič & Francesco Cigana Kako Klicati Zmaja (Dissipatio, CD 2026)

Circolo Nadir, Padwa, styczeń 2023: Zlatko Kaučič i Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty. Dziesięć improwizacji, 48 minut.

Na finał naszej zbiorówki perkusjonalne łaskotki! Słoweńsko-włoski szczyt perkusyjno-perkusjonalny, w trakcie którego muzycy korzystają z podobnego arsenału artystycznych środków wyrazu. Dbają o perfekcyjne brzmienie, budują spójną, duetową opowieść z rozwagą i zachowaniem narracyjnego umiaru. Przez pół albumu sycą nasze uszy drobiazgami i dramaturgicznymi detalami, czyniąc swoisty rytuał pojednania. W drugiej części przepoczwarzają się w bystrych drummerów, którzy znów wspólnymi siłami sięgają po afrykańską polirytmię, a nawet rockową ekspresję. Stuprocentowy chill-out dla wymagających.

Perkusjonalny rytuał rozpoczyna się od pojedynczych uderzeń w metalicznie brzmiące akcesoria perkusjonalne. Toczy się gra na małe pola, w pełnej symbiozie dramaturgicznej. Czasami tyka zegar, czasami zaśpiewa ptak. Delikatnie rezonujące talerze, subtelnie drżące werble, filigranowe tańce po krawędziach. W piątej odsłonie artyści zaczynają stawiać na drumming i w kolejnych epizodach będą ów trend kontynuować i rozwijać. Ostatnie trzy opowieści, to już swobodny taniec, z rytmem i melodią, którą sami nucimy pod groove dostarczany przez obu. Szukamy afrykańskich korzeni, nie zapominamy o spuściźnie rockowego bębnienia. Kres osiągamy przy pełnej akceptacji i ponadgatunkowej refleksji.




 

wtorek, 29 lipca 2025

Léandre, Harnik & Kaučič in St. Johann!


Free jazzowe super-grupy, to ostatnimi czasy specjalność zakładu spod szyldu FSR Records, zwanej także Fundacją Słuchaj! Uczestniczy koncertowego wydarzenia w austriackim Tyrolu doskonale nam znami – dwie Panie, jeden Pan, wszyscy bezwzględnie temperamentni, pełni nadludzkiej wręcz kreatywności, tu w locie definitywnie wnoszącym, choć dramaturgicznie niezaskakującym, to jednak sprawiającym gigantyczną radochę w trakcie nawet mniej skupionego odsłuchu. 

 


Pierwsza odsłona koncertu trwa grubo ponad kwadrans i zdaje się mówić wszystko o dyspozycji dnia artystów. Otwarcie jest bardzo swobodne, podane z klawiatury, dobrze naoliwionych strun basu i rozbudowanych perkusjonalii. Narracja szybko nabiera tu post-jazzowych manier, jak zwykle brawurowo prowadzona przez francuską kontrabasistkę. Jej niemal rockowy drive świetnie konweniuje z kameralistyką austriackiej pianistki i jazzowymi kontrapunktami słoweńskiego drummera. Opowieść bywa posadawiana zarówno w pobliżu ciszy, jak i kompulsywnego, niemal free jazzowego hałasu. Jest dynamika, ale i post-kameralne rozkołysanie, leniwe poszukiwanie reakcji, jak i wybuchy ekspresji. W to wszystko odnotowujemy ledwie w początkowych czterech minutach koncertu! Co jeszcze bardziej intrygujące, pierwszy naprawdę imponujący szczyt artyści osiągają przy pomocy smyczka, dramaturgii inside piano i szeleszczących talerzy. Po kilku minutach pianistka dorzuca jeszcze frazy post-classic, niemal domykając szeroki wachlarz gatunkowych konotacji tego koncertu. Nim pierwszy epizod zgaśnie przy recytacji Léandre, dostajemy jeszcze efektowne duo bez piana oraz pokaźną garść ekspresyjnych okrzyków.

Dwie kolejne części koncertu trwają ledwie po kilka minut. Ta pierwsza eksploduje free jazzem fortepianu i rozgrzanego smyczka, ta druga skupia się na wielowymiarowych preparacjach, w trakcie których wszyscy artyści intensywnie pracują nad gramaturą strun (także perkusjonalista). Ten ostatni otwiera część czwartą, która syci się zarówno urodą chamber, jak i ekspresją jazzu. To rodzaj rozkołysanego tanga, gdzie odnajdziemy zarówno nostalgiczne melodie, jak i nadekspresję fire music.

Finałowa improwizacja trwa ponad dziesięć minut, a otwiera ją rozbudowana introdukcja Léandre. Preparowane arco, zalotne pizzicato, pomruki i westchnienia – klasyk gatunku! Partnerzy podłączają się do gry z pewną nieśmiałością. Kaučič stuka po krawędziach, Harnik drży strunami z niemal dalekowschodnią poświatą. Ta rozhuśtana, nieco szalona ballada szybko nabiera rumieńców. Kontrabasistka śmiało wiedzie teraz trio na kompulsywny szczyt emocji. Trzeba przyznać, iż nie jest ona skłonna oddać inicjatywę choćby na ułamek sekundy! Pianistka sugeruje rozwiązania bardziej taneczne, perkusjonalista wskoczy tu w ogień każdego pomysłu. Na etapie końcowego wytłumienia muzycy serwują nam dużo brzmieniowych subtelności. Koncert wieńczy burza oklasków.

 

Joëlle Léandre/ Elisabeth Harnik/ Zlatko Kaučič Live in St. Johann (FSR Records, CD 2024). Joëlle Léandre – kontrabas, głos, Elisabeth Harnik – fortepian, obiekty oraz Zlatko Kaučič – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, ARTACTS Festival, Alte Gerberei, St. Johann, Tirol, Austria, marzec 2023. Pięć improwizacji, 47 minut.

 

*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana

piątek, 28 lutego 2025

Zlatko Kaučič celebrates ‘70 by Inklings


Czas na kolejny urodzinowy box w ofercie krajowej Fundacja Słuchaj! Gdy piszę te słowa, słoweński perkusista i perkusjonalista Zlatko Kaučič kończy już 72 lata, ale to ciągle doskonały czas, by wsłuchać się w cztery albumy wydane z okazji jego 70. urodzin, a upublicznione pod koniec grudnia ubiegłego roku w pudełku o nazwie Inklings.

Rzeczony wielopak zawiera cztery nagrania koncertowe, wszystkie zarejestrowane w rodzinnej dla jubilata Słowenii. Trzy pierwsze, to fonograficzne pamiątki z festiwalu BCMF, który odbywa się corocznie na słoweńskiej prowincji, ostatni zaś to rejestracja z 64. edycji Festiwalu Jazzowego ze stołecznej Ljubljany. Na liście płac same znane postaci, choć nie wszystkie wydają się oczywiste w kontekście artystycznego portfolio Zlatko. Z tym większą zatem ochotą sięgamy po nagrania, czyniąc to w delikatnie zaburzonej chronologii, albowiem odsłuchamy koncertów odpowiednio z lat 2019, 2023, 2020 i ponownie 2023.



 

Na pierwszym dysku zwanym Venčko partnerem jubilata jest norweski saksofonista Torben Snekkestad. Koncert składa się z czterech separatywnych części. W tej pierwszej Norweg sięga po saksofon tenorowy i buduje jazzową narrację. Zlatko zaczyna na drżących talerzach i po kreatywnej introdukcji przechodzi w stan pełnowymiarowego, silnie pobudzonego drummingu. Opowieść formuje się z drobnych wybuchów ekspresji i stylowych, długich fraz nasyconych zadziornymi niekiedy melodiami, a nabiera szczególnej jakości w partiach dynamicznych. W drugiej odsłonie Torben przesiada się na saksofon sopranowy, a introdukcja Zlatko znów koncertuje się na talerzach. Narracja budowana jest skrupulatnie, na ogół długimi frazami, a po przejściu przez fazę obustronnych preparacji intrygująco rozkwita. Trzecia część przynosi kolejną garść preparacji, doposażonych głosem, a jej balladowy charakter kreuje nade wszystko melancholijny saksofon tenorowy. W ostatniej improwizacji, zgodnie z prawej serii, w dłoniach saksofonisty ląduje sopran, z kolei perkusista od startu pracuje w pełnym rynsztunku. Improwizacja płynie swobodnym strumieniem open jazzu, zdobi ją solowa ekspozycja jubilata i zmysłowy, cyrkulacyjny lot sopranisty.  

Nagranie zamieszczone na drugim dysku zwie się Tiha Misel Zablestela – suita, jest jednym strumieniem dźwiękowym, a partnerzy Kaučiča, to niemiecki trębacz Axel Dörner i słoweński kontrabasista Tomaž Grom. Aurę otwarcia kreują preparowane drony trąbki, delikatny smyczek i plejady short-cuts z bogatego instrumentarium perkusjonalnego. Nie brakuje dźwięków, których źródła pochodzenia możemy się jedynie domyślać. Kolejne kilkanaście minut nagrania definiuje stan permanentnej zmiany. Muzycy stosują najprzeróżniejsze techniki frazowania, ekspresja ich wypowiedzi faluje niczym zburzony ocean, zdają się wykorzystywać całą przestrzeń foniczną pomiędzy ciszą a hałasem. Swobodna kameralistyka miesza się z post-jazzem, eksperyment z czystym frazowaniem. Na poziomie kreatywności najwięcej zdaje się tu wnosić kontrabasista, choć jego narracja bywa niekiedy przeładowana pomysłami. Ostatnie kilkanaście minut koncertu przypomina dramaturgiczne rozdroże, szczęśliwie ekspresyjny finał sporo rekompensuje.

Kolejnym gościem Zlatko jest portugalski saksofonista Rodrigo Amado, spotkanie z którym wypełnia trzeci dysk o jakże jazzowej nazwie Free Fall. Album zawiera jeden strumień dźwiękowy, ale podzielony na cztery epizody, adekwatne do dramaturgii koncertu. Pierwsze trzy z nich trwają po kilka minut, ten ostatni wypełnia dokładnie połowę koncertu. Start jest dynamiczny, modelowo free jazzowy, okraszony dość masywnym jak na Zlatko drummingiem i melodyjnym, drapieżnym, post-aylerowskim soundem Amado. Krótkie spowolnienie jest okazją do rozpoczęcia drugiej części koncertu, zaczerpnięcia powietrza i inauguracji kolejnego wątku, który z czasem melodyjną balladę przepoczwarza w ognistą kulę ekspresji. Początek trzeciej części wyznacza perkusyjne solo, a zaraz po nim muzycy wpadają w samonakręcającą się spirale wyzwolonego jazzu. Ostatnia, najdłuższa odsłona rozpoczyna się w smudze cienia – talerze rezonują, saksofon śpiewa smutną melodię. Artyści potrzebują tu prawie siedmiu minut, by ruszyć w tango wyjątkowo ekspresyjnego free jazzu, czyniąc ów moment najpiękniejszym momentem wieczoru! Po osiągnięciu szczytu czeka nas kolejne solo Kaučiča, po czym muzycy przystępują do długotrwałej finalizacji. Dużo w niej wyważonej melodyki, umiarkowanego tempa i jakże zawsze soczystych interakcji.



 

Jubileuszowy box wieńczy koncert stałego tria Kaučiča z udziałem hiszpańskiego pianisty Agustí Fernándeza i brytyjskiego kontrabasisty Barry’ego Guya. Nosi tytuł jak cały box, czyli Inklings. Przenosimy się na trasę koncertową, jaka miała miejsce półtora roku temu, a która obejmowała także koncert zamieszczony na jubileuszowym boxie … Fernándeza, wydanym w tym samym miejscu i czasie, jak ten dziś omawiany. Tu jesteśmy z muzykami dokładnie dwa dni wcześniej, w stolicy Słowieni. Nagranie znów składa się ze swobodnych improwizacji okraszonych klasycznymi kompozycjami pianisty, które znamy z debiutanckiej płyty tria Aurora. Ma jednak inną dramaturgię. Składa się z sześciu epizodów stanowiących nieprzerwany ciąg dźwięków i bisu, w trakcie którego wybrzmiewa druga ze wspomnianych melodii Fernándeza. Z kolei pierwszy z klasyków pojawia się po wyjątkowo smakowitej trzyczęściowej, swobodnej improwizacji, która śmiało pretendować może do punktu głównego całego boxu. Otwarcie jest swobodne, jazzowe, z każdą sekundą nabiera jednak dynamiki, aż po stadium kompulsywnego fire music. Kolejne dwa epizody, to chyba crème de la crème tego składu! Najpierw otrzymujemy niebywały pokaz dramaturgicznych i brzmieniowych subtelności, a zaraz po nim zejście w mrok niedopowiedzenia i skrupulatne budowanie narracji opartej na granych niemal jednocześnie frazach inside & outside piano. Podczas, gdy anonsowana, czwarta odsłona przynosi melodyjne, nostalgiczne wystudzenie, w piątej eksplozja kreatywności trwa w najlepsze – szczególnie na linii piano-kontrabas, gdy trudno jest wskazać, który z artystów odpowiada za dany dźwięk. Szósta odsłona, czyli finał seta zasadniczego, to kolejna torpeda odpalona przez muzyków. What a game, to jedyny rozsądny komentarz! No i zapowiadany bis, usnuty wokół przepięknej melodii Agustiego, niebywałej niczym cud narodzenia, wyśpiewanej nie tylko z klawiatury fortepianu, ale także gryfu kontrabasu i rozgrzanego werbla perkusyjnego.

 

CD 1. Venčko: Torben Snekkestad – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Zlatko Kaučič – perkusja, instrumenty perkusyjne. BCMF Festival, Šmartno-Brda, Słowenia, wrzesień 2019. Cztery utwory, 40 minut.

CD 2. Tiha Misel Zablestela - suita: Axel Dörner – trąbka, Tomaž Grom – kontrabas, freeze oraz Zlatko Kaučič – perkusja, instrumenty perkusyjne. BCMF Festival, Šmartno-Brda, Słowenia, wrzesień 2023. Jeden utwór, 36 minut.

CD 3. Free Fall: Zlatko Kaučič – perkusja oraz Rodrigo Amado – saksofon tenorowy. BCMF Festival, Šmartno-Brda, Słowenia, wrzesień 2020. Cztery utwory, 48 minut.

CD 4. Inklings: Agustí Fernández – fortepian, Barry Guy – kontrabas pięciostrunowy oraz Zlatko Kaučič – perkusja, instrumenty perkusyjne. 64. Jazz Festival, Ljubljana, Słowenia, lipiec 2023. Siedem utworów, 49 minut.


*) Niniejszy tekst powstał na potrzeby portalu Jazzarium.pl i tamże został pierwotnie opublikowany





wtorek, 25 lutego 2025

Agustí Fernández celebrates ‘70 by Aesthetic of Prisms!


Wybitny kataloński pianista Agustí Fernández dziewiętnastego grudnia ubiegłego roku obchodził 70 urodziny i dokładnie tego samego dnia, w dalekiej Polsce, ukazał się siedmiopłytowy box z jego najnowszymi nagraniami. Zwie się Aesthetic of Prisms i przynosi mnóstwo wspaniałej muzyki improwizowanej, i tyleż radości z jej wielogodzinnego odsłuchu.

Zebrane nagrania pochodzą z lat 2019-2024 (dominują sety z ostatnich dwóch lat), zawierają rejestracje zarówno studyjne, jak i koncertowe, a w roli partnerów zacnego jubilata występują: brytyjski kontrabasista Barry Guy i jego rodak, saksofonista John Butcher, norweski saksofonista i trębacz Torben Snekkestad, litewski saksofonista Liudas Mockūnas, słoweński perkusjonalista Zlatko Kaučič oraz rodzimi z punktu widzenia jubilata – pianistka Jordina Millà, perkusistka Lucia Martínez i saksofonista Don Malfon.



 

Box Aesthetic of Prisms zawiera trzy nagrania poczynione przez Agustí Fernándeza ze swoim muzycznym bratem, kontrabasistą Barry Guyem. Ich studyjne spotkanie duetowe w całości wypełnia pierwszy dysk zestawu. Panowie mają za sobą mnóstwo wspólnych rejestracji w najprzeróżniejszych formacjach, także dwuosobowych, znają się doskonale, ale wciąż potrafią wzajemnie zaskakiwać. Album Blue Rose zdaje się być usłany takimi właśnie zaskoczeniami. Jego pierwsza połowa, to niewyczerpalne pokłady dynamiki i ekspresji ze strony obu artystów. W szranki temperamentnej improwizacji staje kolosalna siła fortepianu, niezależnie, czy traktowanego wprost z klawiatury, czy jego gołych strun i takaż moc kontrabasu, który w trybie arco bywa równie agresywny i mięsisty, jak w trybie pizzicato. Na każdym kroku muzyków rozpiera kreatywność i radość ze wspólnego muzykowania. Nie sposób nie zauważyć, iż szczególnie wiele dzieje się tu na klawiaturze fortepianu, a także bez udziału kontrabasowego smyczka. Pierwsze chwile ukojenie przynosi dopiero szósta improwizacja. W kolejnych trzech muzycy ponownie wystawiają pazury artystycznej drapieżności, by ostatecznie wystudzić emocje w końcowej improwizacji, uformowanej w wyrazistą balladę.

Nagranie Live in Barcelona, pomieszczone na drugim dysku, to spotkanie pianisty z saksofonistami. Pierwszy z nich, John Butcher, to legenda gatunku, muzyk z tego samego rocznika, co Fernandez, ten drugi, Don Malfon, młodszy o ponad dwie dekady, nie występuje tu w roli aspiranta, bez trudu udowadnia, iż przypisywanie mu roli jednego z najciekawszych twórców współczesnej sceny muzyki improwizowanej jest dalece uzasadnione. Większość improwizacji bazuje na dźwiękach preparowanych Malfona i frazach Butchera, który umiejętnie wykorzystuje całą fizykę saksofonowej tuby i metalowego korpusu. Pianista zdaje się przyjmować rolę demiurga, która dba o dramaturgię, kierunkuje narrację, podpowiada tropy. Muzycy chętnie wpadają w szpony free jazzu, świetnie panują nad ekspresją i są niebywale precyzyjni. Okazjonalnie Malfon frazuje czystym tembrem i jest wtedy doskonałym partnerem dla podobnie zachowującego się Butchera. W szóstej części saksofoniści prowadzą ekscytujący dialog bez wsparcia pianisty. Ten ostatni ma tylko dla siebie kolejną odsłonę, gdy zanurzony w pudle rezonansowym piana dokonuje samych cudów. Szczególnie ciekawą dramaturgię ma ostatni utwór. Zaczyna go Malfon, potem dołącza Butcher, a wejście Fernándeza stanowi wspaniałą reasumpcję.

Studyjny album Ritual z udziałem perkusistki Lucíi Martínez jest najstarszym nagraniem w zestawie i przy okazji najdłuższym. Na jego starcie artyści pokonują intrygującą drogę od post-klasyki do ognistego free jazzu. W kolejnych improwizacjach udowadniają, iż razem są w stanie podążać każdym szlakiem, zawsze dostarczając odpowiednią jakość. Gdy wspólnie preparują swoje instrumenty, bywa, że fortepian staje się perkusją, a glazura werbla potrafi śpiewać. Po pasażach pełnych soczystej ekspresji, artyści lubią na moment zanurzyć się w post-jazowej balladzie, ale traktują ją jedynie jako dysonujące interludium, tudzież sadowią w roli albumowego resume. Atrybutem ich kreacji jest równie często hałas, jak i mroczna cisza. Ich opowieść trwa aż pięć kwadransów, ale nie znajdziemy w ich trakcie ani jednego momentu, który przestałby intrygować.

Czwarty dysk, to Live in Oslo, nagranie z udziałem Torbena Snekkestada (saksofony, trąbka) i Barry Guya (kontrabas). To trio ma w dorobku dwa albumy, a także kilka improwizacji zamieszczonych na wielopakach zawierających muzykę z krakowskich rezydencji formacji Blue Shroud Band, która dała triu artystyczne życie. Tu słuchamy dwóch koncertów ze stolicy Norwegii, które na osi czasu dzielą dwa lata. Pierwszy rozpoczyna się w klimatach open jazzowych, potem toczy się w estetyce kameralnej (nie bez intrygujących preparacji), a nawet post-klasycznej (szczególnie na klawiaturze fortepianu), by w decydującej fazie przeobrazić się w imponującą, free jazzową kulminację (z zadziornym saksofonem sopranowym). Drugi koncert rodzi się w aurze nerwowej filigranowości. Nim opowieść nabierze odpowiedniej intensywności, lepi się z drobnych, kameralnych epizodów. W fazie rozwinięcia muzycy tanecznym krokiem, pełni free jazzowej waleczności, z błyskiem geniuszu osiągają ogniste zakończenie. Nie byliby jednak sobą, gdyby w drodze na szczyt nie popełnili post-jazzowej ballady. 




Piąty album w boxie, zatytułowany Four Hands, to ekscytujące zwarcie dwóch fortepianów (przy drugim z nich Jordina Millà), których zakres działania został określony bardzo szeroko – klawiatura na cztery ręce, inside, prepared and expanded piano. Początek nagrania jest bardzo delikatny, przypomina soundtrack do filmu baletowego. Potem spod klawiszowej narracji zaczynają wydobywać się dźwięki preparowane, niczym robactwo wypełzające z mułu bagiennego. W trakcie kolejnych opowieści artyści prezentują niebywale bogate spektrum dźwiękowe. Bywa, że akcje inside piano realizują wspólnie (jak w części drugiej), bywa, że dają się ponieść ekspresji soczystego free jazzu (w piątej, czy siódmej), ale najpiękniej jest wtedy, gdy obie te estetyki lepią w jedną strugę dźwiękowych wspaniałości, sycąc narrację porcjami fonii, których procesu powstawania nie jesteśmy sobie w stanie zwizualizować. W odsłonach czwartej i szóstej lądujemy na samym dnie pudel rezonansowych, gdzie króluje minimalistyczny rezonans. W ostatnich dwóch opowieściach pojawiają się kolejne wątki – stukające młoteczki, drżący stelaż utrzymujący w razach struny, czy trzeszczące obudowy instrumentów.

Kolejny w zestawie koncert pochodzi z Austrii, zwie się adekwatnie do miejsca rejestracji Live in Glanegg, a firmuje go trio, które, obok bohatera jubileuszowego boxu, współtworzą Barry Guy na kontrabas i Zlatko Kaučič na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Nagranie estetyką i faktem wykorzystania trzech kompozycji Fernándeza definitywnie nawiązuje do dokonań tria Aurora (tam perkusistą był Ramon Lopez). W pozostałych fragmentach koncertu artyści prezentują trzy swobodne improwizacje, a całość łączą w jeden strumień smakowitych dźwięków. Koncert otwiera improwizacja, ale jej melodyjny posmak od razu przywołuje w pamięci nagrania tria Aurora. Nerwowy, kompulsywny drive perkusisty sprawia jednak, iż blask dawnej formacji urokliwe tonie w ogniu freejazzowych zagrywek. Muzycy mają także mnóstwo czasu na kameralne interwały, ale temperament gna ich przed siebie. Parzyste utwory, czyli kompozycje, z których dwie pierwsze pochodzą z debiutanckiej płyty tria Aurora, budują klimat nostalgicznej ballady. Pięknie rozwijane w improwizacje powracają do tematu utworu dopiero w zgrabnie skonstruowanej kodzie. Pozostałe dwa improwizowane epizody także niosą ze sobą mnóstwo śmiałych i zaskakujących akcji. Trzecia część koncertu mieni się plejadą preparowanych fraz realizowanych na imponującej dynamice, z kolei piąta sięga po filigranowe, rozedrgane, postrzępione dźwięki, które z czasem formują się we free jazzowy tygiel emocji.

Urodzinowy box wieńczy studyjna rejestracja, zatytułowana Neris, nagrana w Wilnie w towarzystwie Liudasa Mockūnasa, który korzysta z sopranino, saksofonu sopranowego, tenorowego i basowego. Godzinny album zawiera trzynaście krótkich, doskonale skonstruowanych improwizacji. Muzycy wspinają się tu na szczyty kreatywności i wrażliwości artystycznej, prezentując nagranie, które samo mógłby być rozwinięte w wielkopłytowy box urodzinowy i budziłoby zachwyt każdą swoją sekundą. Ideą tej szalonej improwizacji jest ciągła zmiana – Agustí zdolny jest wykorzystywać każdą część swego instrumentarium, a metody frazowania zmieniać raz na kilkadziesiąt sekund. Liudas czyni to samo, mając do dyspozycji aż cztery saksofony. Pierwsza faza płyty zdaje się być generowana tuż nad podłogą. Saksofon basowy wchodzi w zwarcia zarówno z czarną częścią klawiatury, jak i drżącymi strunami. Muzycy sprawiają wrażenie spokojnych, ale wystarczy jedno spojrzenie, by tonęli w mule post-industrialu lub tańczyli niesieni freejazzowym ogniem. W środkowej części albumu Liudas chętnie korzysta z lżejszych odmian saksofonu. W tej fazie szczególnie zachwyca część szósta (drony formujące się efektowne crescendo) i siódma (masywne inside piano w opozycji do delikatnego sopranino). Saksofon basowy powraca w końcowej części albumu, ale tu dominują akcje saksofonu tenorowego i sopranowego, także w formie czysto fazowanych melodii, efektownie wspieranych rozgrzaną klawiaturą fortepianu. Finałowa post-jazzowa ballada niesie ukojenie, ale pod jej skórą czai się brud, który tak bardzo kochamy.  


Agustí Fernández @70 Aesthetic of Prisms (FSR Records, 7CD 2024)

CD1: Blue Rose (+ Barry Guy – kontrabas). Dziesięć utworów, 46 min, luty 2024, Estudi Rosazul, Barcelona. CD2: Live in Barcelona (+ Don Malfon, John Butcher – saksofony). Dziewięć utworów, 48 min, październik 2023, Nota79, Barcelona. CD3: Ritual (+ Lucía Martínez – perkusja, instrumenty perkusyjne, głos). Jedenaście utworów, 76 min, czerwiec 2019, Bonello Studio, Berlin. CD4: Live in Oslo (+ Torben Snekkestad – saksofony, trąbka, Barry Guy – kontrabas). Dwa utwory, 57 min, sierpień 2024, Blow Out Festival - MIR, Oslo (1), październik 2022, Nasjonal Jazzscene Viktoria, Oslo (2). CD5: Four Hands (+ Jordina Millà – klawiatura na cztery ręce, inside, prepared and expanded piano). Dziewięć utworów, 50 min, lipiec 2024, Estudi Rosazul, Barcelona. CD6: Live in Glanegg (+ Barry Guy – kontrabas, Zlatko Kaučič – perkusja, instrumenty perkusyjne). Sześć utworów, 49 min, lipiec 2023, Glanegg, Austria. CD7: Neris (+ Liudas Mockūnas - sopranino, saksofon sopranowy, tenorowy, basowy). Trzynaście utworów, 61 min, czerwiec 2024, MAMA Studios, Vilnius.


*) niniejszy tekst powstał na potrzeby portlau Jazzarium.pl i tamże został pierwotnie opublikowany


 

wtorek, 25 lipca 2023

Disorder at the Border! Kataklisma!


Pewne włosko-słoweńskie trio debiutowało fonograficznie kilka lat temu dzięki inicjatywie wydawniczej krajowego Not Two Records. Dziś powraca z drugą płytą, znów pod krajowymi sztandarami (tu akurat Fundacja Słuchaj!), tym razem z udziałem gościa (o jakże ponadgranicznej proweniencji paszportowej) i ponownie śle nam moc ciekawych, improwizowanych doznań. Ale jedno nie podlega dyskusji! Nazwa formacji jest doprawdy mistrzowska (tytuł albumu także!) i wciąż świetnie oddaje pokrętną rzeczywistość epoki VUCA/ szatańskiej/ name as you want, choć wymyślona została w czasach zdaje się nieco prostszych w ujęciu geopolitycznym.

Na nowym albumie D’Agaro, Maier, Delius i Kaučič zabierają nas do Słowieni, do roku 2017 i proponują swobodnie improwizowaną przygodę (tu nawet odyseję, patrz albumowe liner notes), w trakcie której sycą się free-jazzowymi namiętnościami, ale równie dobrze zachowują w sytuacjach dalece kameralnych. Koncert składa się z seta zasadniczego (40-minutowego) i trzech kilkuminutowych dodatków (zapewne bisów).



 

Dwaj łagodnie brzmiący saksofoniści, zawieszony w próżni kontrabasista, który dość szybko sięga po smyczek i perkusjonalista, który swoim rozbudowanym śmietniskiem metalowych przedmiotów ubarwia wstępną fazę improwizacji - oto podmioty wykonawcze narracji, która bez trudu łapie kolektywnego bakcyla, ale jej twórcy zdecydowanie donikąd się nie spieszą. Równie chętnie budują na poły dynamiczny flow, jak sięgają po solowe pizzicato, tudzież kameralny duet smyczka i klarnetu. Pierwsze dziesięć minut koncertu reasumuje krótki półgalop zainicjowany buchającym temperamentem słoweńskiego drummera (tu pracującego na różnych wysokościach). Kolejna faza koncertu, już po stłumieniu ekspresji, zdaje się być nad wyraz kameralna i wyciszona. Odrobina post-jazzu, ballada o bluesowym posmaku, kolejna solowa ekspozycja kontrabasu, wreszcie duet tego ostatniego z saksofonem. Nowa intryga zostaje uruchomiana dopiero po dwudziestej minucie. Saksofony wybierają tu free jazzowy tryb, z kolei smyczek kontrabasu przyjmuje na siebie rolę cerbera kameralnego porządku. Całość oddycha dynamiką perkusisty i brnie ku kolejnemu szczytowi. Ten następuje już po pięciu minutach i znów wywraca emocje do góry nogami - najpierw dostajemy duet syczących tub, potem trochę smyczkowych westchnień, wreszcie zakotwiczenie całego już kwartetu w bezpiecznej dolinie. Po kilku minutach zostaje podjęta decyzja o budowaniu kolejnego wzniesienia – tym razem bukietem radosnych zaśpiewów, gęstym drive’em kontrabasu i odrobiną bardziej przyziemnych perkusjonalii. Tempo rośnie, ale muzycy nie skaczą w ogień free jazzu, inteligentnie zwalniają, przechodzą w tryb rwanych, krótkich fraz i bez trudu, jakże kameralną ścieżką, docierają do końca zasadniczej części koncertu.

Pierwszą dogrywkę inicjują perkusjonalia. Leniwy start okazuje się być tu zaczynem dynamicznej, post-jazzowej ekspozycji. Uformowana w szeroki, kolektywny strumień dźwięków pozwala na prezentację ciekawych fraz każdego z uczestników podróży. Z kolei druga dogrywka stawia na kameralny suspens. Znów zaczyna ją Zlatko, pomaga mu smyczek Giovanniego i plejady dętych szumów Daniele i Tobiasa. W zwartej opowieści odnajdujemy sporo brzmieniowych subtelności, zwłaszcza ze strony kontrabasu. Wreszcie ostatnia dogrywka i kolejna zmiana klimatu. Ostra, niemal free jazzowa jazda z wysoko postawionym klarnetem i saksofonem, która pracuje w niższym rejestrze. Do tego twarda sekcja rytmu, która wiedzie kwartet aż do ściany burzliwych oklasków.

 

Disorder at the Border special guest Tobias Delius Kataklisma (Fundacja Słuchaj!, CD 2022). Tobias Delius – saksofon i klarnet, Daniele D’Agaro – saksofon i klarnet, Giovanni Maier – kontrabas oraz Zlatko Kaučič – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, Brda Contemporary Music Festival w Šmartno, Słowenia, sierpień 2017. Cztery improwizacje, 56:55.


*) niniejsza receznja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została wieki temu opublikowana



wtorek, 21 czerwca 2022

Küchen, Fernández & Kaučič in The Steps That Resonate!


W pierwszy dzień lata zapraszamy na koncert do całkiem bliskiej Słowenii, na jeden z licznych festiwali muzyki improwizowanej, jakie ten niewielki kraj skutecznie od lat organizuje. Na scenie trzy pomnikowe już postaci europejskiej, swobodnej improwizacji, po których doskonale wiemy, czego się spodziewać, ale którzy to artyści za każdym razem potrafią nas zaskoczyć! Kataloński pianista wyznacza trendy gatunku od zarania Półwyspu Iberyjskiego, szwedzki saksofonistka, choć kocha jazz, w kategorii wolnej gry dźwiękowej zdaje się nie mieć na północy Europy od dawna godnej konkurencji, wreszcie słoweński perkusjonalista, znany z tak zwanego podłogowego drummingu, tu nagle, na scenie festiwalowej weźmie w posiadanie full drumset, co nie pozostanie bez konsekwencji dla obrazy całego koncertu. Set zasadniczy potrwa tu trochę ponad dwa kwadranse, a skromny encore z trudem pięć minut. Ale ani sekunda ich muzykowania nie będzie zmarnowana. Tylko delicje!

 


Muzycy na scenie znają się doskonale, choć po prawdzie notatki recenzenta nie wskazują, by grali przedtem w takim dokładnie składzie trzyosobowym. Od pierwszego dźwięku rozumieją się jednak niczym syjamskie kocięta. Mały, po prawdzie filuterny saksofon kwili jak sroczka, piano płynie wprost z klawiatury i bliskie jest rysowania pierwszych elementów rytmicznych, z kolei na garkuchni perkusjonalisty naczynia zgłaszają już pełną gotowość do pichcenia pierwszego posiłku. Wszyscy płyną tu na pełnym wydechu i dużej swobodzie, ale każdy zdaje się podążać w podobnym kierunku. Saksofonista jest pierwszym, który decyduje się na dźwięki preparowane, tembr jego instrumentu przypomina odgłosy zarzynanego pisklęcia. Natychmiast dostaje ciętą ripostę. Pianista płynie surowym post-ragtime’em, a na płaskich powierzchniach perkusjonalisty zaczynają grasować pierwsze pluskwy. Narracja szybko wbiega na szczyt całkiem stromym zboczem, by po chwili utonąć w mgławicy ciszy. Powrót do meritum następuje chyba jeszcze szybciej. Polirytmiczne skoki w bok, kilka ukradkowych spojrzeń i ponownie efektowne wzniesienie. Po kolejnym zmysłowym wytłumieniu muzycy zaczynają nowy podrozdział swego szaleństwa. Na niekrótki moment każdy z nich zostaje perkusjonalistą - Agusti maltretuje struny piana, Martin sięga po swój podręczny werbel, a Zlatko poznaje kolejne uroki wypasionego drumsetu. Każdy preparuje, każdy syci improwizację kolejnymi niemożliwymi dźwiękami. Tyle już za nami, a zegar nie dobrnął jeszcze do końca pierwszej dziesiątki minut!

Saksofon powraca z fanfarami, wyje niczym syrena alarmowa! Czarne klawisze budują suspens! Kuchenny rozgardiasz znów świeci triumfy! Muzycy improwizują niemalże na raz, jakby grali z pięciolinii podczepionej pod lekko już upocone czoła. Poziom głośności rośnie, choć każdy z artystów daleki jest od czystych, tudzież bardziej ekspresyjnych fraz. Raz za razem flow przygasa, by za moment wyeksplodować na powrót. Nim upłynie pierwszy kwadrans artyści knują już nową intrygę, znów baraszkując w pobliżu ciszy. Suche klawisze, szczoteczki na werblu (Martina!) i garść drobnych przedmiotów na kolejnym werblu (Zlatko!). Tym razem muzycy frazują długimi dźwiękami, tworzą wyjątkowo efektowny, akustyczny ambient.

Kolejny szczyt osiągają w okolicach 20 minuty. Tu kreują go śpiewem, krzykiem i perkusjonalnymi zdobieniami. Przez moment piano milczy, ale to tylko cisza przed burzą. Artyści znów przekazują sobie role - perkusjonalistą może tu być każdy, czasami można się zagubić w trybie przekazywania pałeczki. Preparacje i kąśliwe riposty zdobią niemal każdą pętlę narracyjną. Na ostatnie wzniesienie muzycy postanawiają wyruszyć tuż przed upływem 30 minuty. Piano dyktuje nową dynamikę, znów płynie brudami z pudła rezonansowego, saksofon zalotnie podśpiewuje, a full drumset dopełnia dzieła cudownej katastrofy. Ogniste monstrum o trzech sercach dobija do brzegu w połowie 32 minuty. Potem zalega intrygująca cisza, którą przerywają gromkie oklaski. Powrót na scenę następuje niemal niezwłocznie. Oto encore frazowany na raz, z delikatnie zaciągniętym hamulcem ręcznym, z ekspresją, która nie zostaje do końca uwalniana, wszak to finał koncertu. Skupione emocje czarnych klawiszy, tłumione mikro eksplozje w tubie saksofonu, nerwowe podrygi perkusjonalii. Ów szalony dyliżans hamuje z piskiem opon pozostawiając na rozgrzanej ziemi mikroślady swojej obecności.

 

Küchen/ Fernández/ Kaučič The Steps That Resonate (Not Two Records, CD 2022). Martin Küchen – saksofon sopranowy i sopranino, instrumenty perkusyjne, Agustí Fernandez – fortepian i obiekty, Zlatko Kaučič – perkusja, instrumenty perkusyjne. Zarejestrowane w trakcie BUMF Festival Šmartno - Goriška Brda, Słowenia, 9 września, 2021. Dwie improwizacje, 38:43.

 

 

piątek, 27 grudnia 2019

Zlatko Kaucic, Michael Moore, Silvia Bolognesi, Marco Colonna & Albert Cirera! Morning Patches


Recenzja powstała na potrzeby portalu Jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana


Smakowitej muzyki swobodnie improwizowanej nigdy dość! By posłuchać kolejnej z jesiennych nowości Fundacji Słuchaj!, przenieść się musimy do obiektu sakralnego w dalekiej/ niedalekiej Słowenii (St. Martin's Church) i uczestniczyć w imprezie pod nazwą BCMF (Brda Contemporary Music Festival). Kwintet pod wodzą świetnie nam znanego perkusjonalisty ziemnego Zlatko Kaucica, w pysznym międzynarodowym składzie amerykańsko-katalońsko-włoskim, proponuje trwający niespełna trzy kwadranse spektakl dźwiękowy, podzielony na dziesięć fragmentów z tytułami.




Przygodę z dźwiękiem Morning Patches zaczynamy pogłosem płynącym z … nieistniejącego fortepianu. Do życia budzą się fonie trzech instrumentów dętych, obok szelest bogatego zestawu przedmiotów Kaucica, umieszczonych na rezonującej podłodze, wreszcie drżenie smyczka na gryfie kontrabasu. Skupienie muzyków jest niemalże sakralne, pierwsze dźwięku budują prawdziwie molekularną, filigranową improwizację, naznaczoną sznytem swobodnej kameralistyki. Narracja jest płynna, muzycy lubią długie frazy, całość toczy się na delikatnie zaciągniętym ręcznym, jakże typowym dla ekspresji chamber music. Druga część kontynuuje delikatną i wyważoną dramaturgicznie opowieść, klejoną z małych fraz, ale i także z dłuższych pociągnięć pędzlem. Pogłos obiektu sakralnego sprawia, iż wiele dźwięków owianych jest tajemnicą i pytaniem o miejsce ich powstawania. Kontrabasistka, która na ogół operuje smyczkiem, czasami sięga po technikę pizzicato, czym burzy nieco podniosły nastrój improwizacji, szczęśliwie jednak nie czyni tego zbyt często.

Po pierwszych dwóch, dość rozbudowanych czasowo improwizacjach, w dalszej części nagrania muzycy proponują nieco krótsze impresje foniczne. Trzecia historia bazuje na dźwiękach saksofonów, które bywają preparowane (za ten obszar odpowiada głównie Albert Cirera). Podobny klimat mają kolejne dwa odcinki, kreowane przeważnie przez dęciaki, wspierane ornamentyką perkusjonalii. Dramaturgia spektaklu od czasu do czasu nieco przysiada, trochę brakuje w nim emocji i bardziej bystrych interakcji pomiędzy muzykami. Bywa to jednak rekompensowane przez piękną akustykę przestrzeni kościoła i brzmienie poszczególnych fraz. Siódma część wydaje się w początkowej fazie nadmiernie zapętlona, jednak inicjatywę przejmuje smyczek i wyprowadza narrację na bardziej interesujące tory, gdzie budzą się emocje, a tembr saksofonu i klarnetu intrygująco się zabrudzają.

Ostatnie trzy historie wynoszą całość koncertu na bardziej spektakularny poziom. W ósmej części warto zawiesić ucha na krótkiej, ciekawie rwanej rozmowie saksofonu i klarnetu basowego. W dziewiątej oś opowieści spoczywa na preparacjach Cirery, świetnie komentowanych talerzami Kaucica. W sukurs idą też smyczek kontrabasu i klarnet, czyniąc ten epizod być może najbardziej frapującym na całej płycie. Finałowa improwizacji dużo czerpie z pulsującego kontrabasu, któremu wtórują dęciaki, płynące dłuższymi frazami. W ostatnich dźwiękach nie brakuje pokrętnej słodyczy, snutej na bazie wewnętrznego rytmu saksofonu i klarnetu basowego.


Morning Patches by Zlatko Kaucic Quintet feat. Michael Moore (saksofon altowy, klarnet), Silvia Bolognesi (kontrabas), Marco Colonna (klarnet, klarnet basowy), Albert Cirera (saksofon tenorowy). Wydawca: Fundacja Słuchaj! CD, 2019.

sobota, 28 stycznia 2017

Joëlle Léandre – kobiece robótki ręczne, wersja długodystansowa


Uprawianie muzyki improwizowanej jest dość skomplikowanym przedsięwzięciem. Przynajmniej z artystycznego punktu widzenia. Słuchanie – w sumie także, zwłaszcza, gdy weźmie się pod uwagę reakcję nieprzystosowanego akustycznie otoczenia w postaci rodziny, kota lub sąsiadów (to jest w ogóle muzyka????).

Jeszcze bardziej karkołomnym przedsięwzięciem zdaje się zaś wydawanie tej muzyki, jej upublicznianie, wprowadzanie do powszechnego obiegu na różnorakich nośnikach dźwięku. Jak niejednokrotnie i istotnie ironicznie na tych łamach wspominaliśmy, każdy koncert, czy rejestracja studyjna z muzyką improwizowaną jest już powodem, by wydać nową płytę. Równie homeryckie problemy pojawiają się na etapie edycji samego nagrania. Czy zarejestrowany zestaw dźwięków z muzyką improwizowaną należy traktować jako samoistne dzieło sztuki wypuszczone z rąk świadomego artysty i ze wszelkimi niedoskonałościami, tak akustycznymi, jak i dramaturgicznymi, wydawać tylko i wyłącznie w całości? Czy też mamy moralne prawo, by je ciąć, sklejać i wydawać tylko te fragmenty, które z dowolnego punktu widzenia uznamy za najbardziej wartościowe?

I ostatni już dziś poruszany problem. Czy istnieje w muzyce improwizowanej nadpodaż muzyki? Czy przesyt i nadmiar są takim samym udziałem muzyków, wydawców i słuchaczy, jak niedosyt i niedobór?

Bodaj dekadę temu, na zacnym i nieodżałowanym portalu jazzowym Diapazon.pl, miałem czelność popełnić tekst istotnie krytykujący zarówno pewnego muzyka, jak i jego wydawców, którzy zalewają skromny rynek muzyki improwizowanej kolejnymi nowymi wydawnictwami z jego personaliami. Rzecz dotyczyła wtedy Kena Vandermarka. Być może część z Was zgodzi się ze mną, iż historia pokazała, że miałem dużo racji. Rynek jest przesycony jego muzyką, a on sam w pewnym stopniu wypalił się artystycznie.

Dziś zderzam się emocjonalnie ze wszystkimi wyżej wymienionymi dylematami, gdy przed oczyma stawiam sobie ośmiopłytowe wydawnictwo Joëlle Léandre …A Woman’s Work, wydane przez krakowskie Not Two Records na okoliczność 40-lecia pracy artystycznej tej wybitnej francuskiej kontrabasistki.




Uspokoję potencjalnych nabywców tego dość drogiego wydawnictwa. Muzyka zawarta na ośmiu dyskach jest wyśmienita i godna prezentacji w każdych warunkach. Pytanie jest jednak jedno i to zasadnicze – czy należało wydać je wszystkie razem, w tym samym momencie dramatycznej historii ludzkości, wypełniając przy okazji wszystkie sprawne odtwarzacze CD w tej części galaktyki płytami z muzyką Joëlle?

Zapewne idea powstania tego wydawnictwa związana jest z kilkudniową rezydencją Leandre w Krakowie, w trakcie Jesieni Jazzowej roku 2015. Wtedy to zarejestrowano intrygujące koncerty w kwartecie i w kilku duetach, które dziś odnajdziemy na dyskach 7 i 8 wielopaku. Być może w zderzeniu z rocznicą, o której już wspomniałem, do tychże koncertów doczepiono… sześć kolejnych, nie zawsze już tak nowych, jakkolwiek zawsze premierowych. Powstał duży box, z którym teraz przyjdzie się nam zmierzyć. Omówmy wszystkie nagrania, płyta po płycie.



Pierwszy dysk: Les Diaboliques (Moskwa, 2015r., sześć fragmentów, 54 minuty).

Feminizm w kontrkulturowej walce z patriarchalnym oglądem rzeczywistości, czyli trzy starsze Panie *) w kolektywnej, moralnie wyuzdanej, szalonej i pełnokrwistej improwizacji na fortepian (Irene Schweizer), głos (Maggie Nicols – czasami piszemy Nichols, bo rzeczona dama jest Szkotką, co generuje rozliczne niuanse w zakresie pisowni jej nazwiska) i kontrabas, także głos ludzki (Joëlle Leandre). Wydawnictwa płytowe Diabełków, to zamierzchła epoka (jeszcze przed rokiem 2000), zatem ten moskiewski koncert śmiało możemy zapisać na plus boxu, jak i asumpt do rozbudowy dorobku artystycznego starszych Pań. Brawura, autoironia i eklektyzm wpisane są w strukturę tego emancypacyjnego free improv. Joëlle – niewątpliwie mistrzyni ceremonii - gra pięknie i zdecydowanie lubieżnie. Irene jest wstrzemięźliwa, oszczędna, non-barokowa i lubi cytaty z popularnych melodii, które my także ubóstwiamy. Maggie precyzyjnie mierzy siły na zamiary, albowiem wie, że w pewnym wieku człowiekowi dane są ograniczenia w zakresie artykułowania dźwięków. Szczędzi nam zatem atrakcji fonicznych w wysokich rejestrach. Fragmenty solowe i chwile genialnej, improwizacyjnej koegzystencji we trójkę. Te drugie swoje apogeum osiągają we fragmencie czwartym, gdy w zwarciu, jakkolwiek nieśpiesznie, starsze Panie prowadzą nas onirycznym trójgłosem nad uroczą przepaść, która bynajmniej nie stanowi kresu ich artystycznych możliwości. Potem wszyscy … robimy ogromny krok do przodu! Doskonały koncert!


Drugi Dysk: Duet z Matem Manerim (Paryż, 2011, sześć fragmentów, 41 minut).

Konstruktywnie, kolektywnie, wręcz… kognitywnie. Czułe i intelektualnie dotkliwe zwarcie dwóch nastroszonych złotymi piórkami strunowców (kontrabas vs. skrzypce). Bitwa akustyczna toczona jest na warunkach dyktowanych przez większy z instrumentów. Jednolita, zwarta narracja bez specjalnych zwrotów dramaturgicznych. Udanie udrożnia nasze narządy słuchu, intensywnie masując wystawione na hałas membrany uszne, czystym i bezpretensjonalnym brzmieniem. Wokalne mruczando Leandre w piątym fragmencie dodaje smaczku temu, już i tak dość pikantnemu nagraniu.


Trzeci Dysk: Duet z Lauren Newton (Besancon, 2016, osiem fragmentów, 47 minut).

Wzajemne przekomarzania się dwóch artystek w oparach gęstniejącej groteski. Dialogi, monologi, głosy separatywne i zaśpiewy. Swobodna improwizacja na głos ludzki, poruszający się w wielu stylistykach, łagodny i drapieżny jednocześnie, pozostający w silnie konfrontacyjnym zwarciu z miękkim i melodyjnym kontrabasem, traktowanym, rzecz jasna, smykiem nie mającym końca, ani początku. Nastrój odrobinę kameralistyczny, szczególnie w momentach, gdy Lauren szuka biletu na koncert operowy. Narracja jest nieprzegadana, chwilami tłusta i brawurowa (zwłaszcza, gdy Leandre jest przy głosie!). Na finał anegdota by english, nie do końca uzasadniona dramaturgiczne (wypełniacz?). Ich duet wydany przez Not Two kilka lat temu (Conversations), zdał mi się bardziej pasjonujący.


Czwarty dysk: Duet z Jean-Luc Cappozzo (Besancon, 2015, siedem fragmentów, 44 minuty).

Niezwykle skupiona i wyważona narracja na trąbkę i kontrabas. Surowe, mroczne (noir?) klimaty, oszczędna ornamentyka. Permanentne rozrywanie strun kontrabasu, tym upiornym smykiem, który niczym wygłodniały samiec, czeka u progu nocy na swoją kolejną ofiarę. Cappozzo zwinny jak kot, nie ustaje w zalotach i szuka zwady. Jest cierpliwy, dzięki czemu na sam finał dana mu będzie nagroda. Jego minimalistyczna i czujna sonorystycznie melodyka, pięknie puentuje szorstkość i nieobliczalność tego duetowego spotkania.





Piąty Dysk: Duet z Fredem Frithem (Montreuil, 2016, trzy fragmenty, 40 minut).

Dysonans non-akustyczny, czyli starcie kontrabasu z gitarą elektryczną. Wbrew oczekiwaniom, to akustyczny instrument robi tu więcej hałasu i co rusz ma sprawkę do interlokutora. Frith jest spokojny, czuły i nie szuka problemów. Jego sprzężenia, zgrzyty i szarpanki generowane są z dużą rozwagą, dbałością o brzmienie całości i na ogół skutecznie odnajdują kontekst dramaturgiczny. Leandre nie byłaby sobą, gdyby głosem nie wspierała swoich akustycznych pyskówek. Okazuje się, że i ona potrafi grać na gitarze elektrycznej, mimo, iż w dłoniach … ciągle dzierży jurny kontrabas i ostry, jak brzytwa smyczek. Z oczywistych względów na tym koncercie dominują niskie częstotliwości. Stanowi to poważny atut nagrania.


Szósty Dysk: Solo (Paryż, 2005, pięć fragmentów, 46 minut).

Szamańskie zaśpiewy, stosunkowo zdyscyplinowany kontrabas (choć bez ustanku zmieniają się techniki artykulacyjne Joëlle), przekomarzania i szyderstwa z języka francuskiego (podobnie, jak na jej warszawskim koncercie ostatniej jesieni). Jest szczypta agresji, jest melodia i delikatnie smętne, kameralistyczne zadęcie (bywa piękne na całkiem barokowy sposób). Ferria brzmień, stylistyk, min i wokalnych anegdot. Cała Joëlle!


Siódmy Dysk: Kwartet z Agusti Fernendezem, Evanem Parkerem i Zlatko Kauciciem (Kraków, 2015, trzy fragmenty, 46 minut).
Ósmy Dysk: Duety z w/w muzykami z Kwartetu (Kraków, 2015, cztery fragmenty, 49 minut)

Docieramy, upoceni i umorusani dźwiękami, do kluczowych w tym gigantycznym zestawie dysków nr 7 i 8 – czyli dokumentacji rezydencyjnych koncertów Leandre, jakie miały miejsce jesienią 2015r. w Krakowie. Na początek dwa obszerne fragmenty w kwartecie  - Evan Parker (saksofon tenorowy), Agusti Fernandez (fortepian), Zlatko Kaucić (perkusja i perkusjonalia) i Joëlle Leandre (kontrabas, głos – tym razem, stosunkowo rzadko w użyciu). Przez ponad 32 minuty muzycy grają urocze i jakże kompetentne free improv o istotnie jazzowych konotacjach, jakkolwiek absolutnie niczym nas nie zaskakują (zwłaszcza tenor Parkera). Pierwszy fragment jest w sumie zwartą galopadą i nieustającą eskalacją emocji, przez co – choć dramaturgicznie smakowity – nie może nie zostać skwitowany drobną ambiwalencją. Kaucić – ewidentnie wybitny improwizator  - nie koniecznie dobrze się odnajduje w nagraniach wysoce dynamicznych, co jest raczej skutkiem jego skromnego drum kitu, któremu trudno generować niskie dźwięki (zwykliśmy przy innych okazjach zwać jego instrumentarium jako ground-drums) niż problemów natury artystycznej. Jak pięknie potrafi wieść tenże sam kwartet w spokojniej narracji, gdy dbałość o akustyczny szczegół jest ważna, pokazuje drugi z fragmentów. Leandre i Fernandez fechtują tu tak dobrze, że efekty ich działań nie wymagają specjalnego komentarza. Co ciekawe – trzeci fragment na płycie kwartetowej jest … duetem Leandre i Parkera (miód, malina!).

Dysk ostatni wypełniają już wyłącznie duety. Dwa (pierwszy i trzeci) są spotkaniem kontrabasistki z Kauciciem (ferria barw, ulotnych mikroarcydzieł akustycznych – tak a propos wyobraźni improwizatorskiej tego drugiego). Równie konkretny i artystycznie dobitny jest duet z Fernandezem (co ciekawe, fortepianowe preparacje Hiszpana są tak silnie osadzone w estetyce perkusyjnej, że momentami trudno odróżnić je od tych, które generuje Kaucić – występujący tuż przed tym duetem i tuż po nim). Finał dysku, jak i całego wielopaku, jest udziałem Leandre i Parkera. Ostatnie siedem minut mija spokojnie, w pięknych akustycznie okolicznościach krakowskiej Alchemii i udanie puentuje kilkudniową rezydencję Jubilatki.


Coming Through! – by zacytować tytuł jednego z najlepszych dzieł literackich D.H. Lawrence’a. Tak, zdecydowanie przetrwaliśmy!!!

Pakujemy grzecznie osiem zielonych kopert do zmyślnego pudełka (w międzyczasie czytając rozbudowany dwugłos hymnów pochwalnych na temat Jubilatki), odkładamy owo pudełko na półkę i kwitujemy całą dzisiejszą opowieść dalece retorycznym pytaniem: kiedy – po tej ponad sześciogodzinnej dawce nagrań Joëlle Leandre  – znów sięgnę po ten box lub jakiekolwiek inne nagranie kontrabasistki?


*) nieprawdą jest, że Kobiety nie lubią, jak wypomina im się ich wiek.




poniedziałek, 24 października 2016

Mózg Ad Libitum – improwizowana trzydniówka warszawska


Trybuna Muzyki Spontanicznej, gnana nieustannymi porywami szaleństwa, uciekła w kolejną muzyczną delegację! Tym razem celem jej podróżniczej pasji okazała się nasza rubaszna Stolica i aż dwie artystyczne okoliczności.

Pierwszą – drugie z cyklu spotkanie Super Sam +1, organizowane przez Mózg Powszechny, czyli warszawski oddział bydgoskiej korporacji artystycznej Mózg. Drugą – jedenasta edycja wyjątkowego festiwalu muzyki improwizowanej Ad Libitum, tym razem jedynie dwudniowa, ale za to piorunująca intensywnością muzycznych doznań.

Bez zbędnych ceregieli przenosimy się do enklawy warszawskiego Teatru Powszechnego, gdzie od jakiegoś już czasu rezyduje klub Mózg. Jest czwartek wieczór, jesteśmy gotowi na wszystko. Cykl spotkań improwizatorskich nazywa się Super Sam +1, a jego idea jest prosta jak konstrukcja cepa. Najpierw dwa występy solowe, potem duet. Z jednej strony uznany gość zagraniczny, z drugiej postać krajowa, bywa, że także uznana i ceniona. Tu, dziś, artystyczna konfrontacja Evana Parkera i Jerzego Mazzolla.  





Jerzy ubrany na żółto, z klarnetem basowym postawionym na skromnym postumencie. Gra zwinne palcówki. Niczym dostojny karabinier, chlaszcze manetki instrumentu z intensywnością znamionującą wysoki poziom autodeterminacji. Szuka brzmienia, okoliczności do sonorystycznej igraszki z samym sobą. Zamiast ustnika, wkłada gołą rurę do ..ust i zadziwia. Niczym romantyczny beduin wygrywa rytm i wije się jak wąż. Rozgadany muzycznie na wszystkie strony świata, na sam koniec, na małym klarnecie śpiewa pieśń żałobną i czeka, co wydarzy się dalej. Evan wyważony, precyzyjny i skupiony na swoim oddechu okrężnym. Nie idzie na całość, czeka na uspokojenie się wentylatora. Momenty popadania w genialną w jego wykonaniu, ekstatyczną przestrzeń sopranowego misterium, przeplata spokojnymi pasażami, cytując Monka, Dolphy’ego i Lacy’ego. Mniej jadowity niż onegdaj, ale może dzięki temu jeszcze piękniejszy w barwie i klimacie. A potem duetowy finał – Jerzy naprzemienne z klarnetem i klarnetem basowym, Evan wyłącznie na sopranie. Ich zgrabna, symultaniczna opowieść nie trwa długo. Grają jednym głosem, niemal jednym oddechem, jakby ich spotkanie – bezwzględnie pierwsze – wcale pierwszym nie było, jakby się znali od kołyski, dwa zwinne kocury z tej samej matki. Pięknie, wymownie, cieliście. Na bis urocza perełka – wyważona, nienatarczywa, delikatna, acz dosadna. Uciekamy w czarną noc wypełnieni chmielem i artystycznym spełnieniem.




Dzień drugi i trzeci mojej trzydniówki spędzam już w Centrum Sztuki Współczesnej Zamku Ujazdowskiego. Dwa wieczory, siedem koncertów i taka mnogość wrażeń, że jeszcze dziś, w kilkadziesiąt godzin po wybrzmieniu ostatniego występu, nie wiem, który z nich zagotował mi potylicę w stopniu najwyższym. Innymi słowy - doszczętnie zrył mi beret.



Może AMM? Niewątpliwie dla szaleńca zakochanego w idei tej muzyki, koncert Eddie Prevosta i Johna Tilbury’ego musiał być wydarzeń ekscytującym. I był, bez słowa zawahania. Fortepian, wielki bęben, takiż talerz, zawieszony na obszernym stojaku, smyczek i kilka instrumentów, wspomagających fizycznie wyobraźnię artysty. Niewymownie piękne jest TRWANIE tej muzyki. Artystyczny minimalizm wyniesiony do rangi ekscytującego wydarzenia. Ta muzyka płynie niczym okręt bezzałogowy po bezkresnych wodach niekończącego się oceanu. Brak zwrotów dramaturgicznych jedynie eskaluje genialność tej muzycznej narracji. Tilbury pieści każdy dźwięk, dobywa go czasami z wnętrza fortepianu, jest precyzyjny i konweniuje z wybrykami akustycznymi Prevosta w sposób ponadnormalny. Że zacytuję program festiwalu i słowa muzyków – my nie produkujemy nowych dźwięków, my tylko sprawdzamy, jak te, już istniejące, mogą ze sobą rezonować. Prevost traktuje każdy przedmiot smyczkiem, te jelitowe dłuto jest podstawowym narzędziem jego kreacji. Perkusjonalia w jego rękach stają się wielkim, brzmiącym na tysiąc sposobów, instrumentem strunowym. Dźwięki przypominające o podstawowych funkcjach perkusyjnych prędzej dotrą do nas od strony pianisty. Godzinne misterium, sześćdziesiąt minut rytuału ISTNIENIA dźwięku. Jedność, szczelność, transparentność, anarchistyczna wręcz bezkompromisowość przekazu. Gdy muzyka milknie, muzycy jakby zdziwieni tym faktem, lekko oszołomieni, wystawieni na ścianę oklasków, wstają spokojnie z miejsc (razem wszak mają już 154 lata…) i próbują łapać kontakt z realną rzeczywistością. Przed chwilą przebywali w artystycznym niebycie, magicznej chwili tworzenia. Po stronie z krzesełkami niektórym ten stan także się udzielił.




Może Phil Minton i Warsaw Improvisers Orchestra? Tu dramaturgia, zwroty akcji i kolektywny wrzący tygiel pomysłów był naszym permanentnym udziałem od pierwszej do ostatniej minuty koncertu. Na scenie kilkunastoosobowy kwiat polskiej młodzieży improwizującej, pod światłym przewodnictwem polskiego Brytyjczyka Raya Dickaty’ego i najważniejszy męski głos europejskiego free improvisation – Phil Minton. Zapachniało londyńskim Freedom Of The City na kilka kwadransów. A wydarzenia przebiegały mniej więcej tak: na początek w rolę organizatora przestrzeni dźwiękowej wcielił się Minton. Rwaną, ekspresyjną narracją zmieniał kierunki improwizacji i udział w niej poszczególnych muzyków, jakby chciał rozgrzać ich zmysły i wzniecić poziom kosmicznej wręcz koncentracji. Zamierzony efekt osiągnął prawie natychmiastowo. Szczególnie doceniał w tym procesie liczną sekcję wokalną WIO. Na wykonanie kolejnego fragmentu koncertu muzycy... porzucili swoje instrumenty i stanęli w rzędzie. A Minton, mając do dyspozycji kilkanaście młodych i silnych gardeł, zbudował z tego wokalne misterium. Muzycy podzieleni na mniejsze grupy (kryterium podziału stanowiła technika wokalna), co rusz skakali sobie do gardeł i zapełniali przestrzeń dźwiękową lawiną mikrokrzyków, sapnięć, westchnień i chrząknięć, nie brakowało także prób wydawania odgłosów na bardziej konwencjonalny sposób (śpiew!?!). Ten drapieżny chór uciekinierów z zakładu dla pozytywnie obłąkanych do czerwoności rozgrzał atmosferę po obu stronach sceny. Gdy muzycy wrócili do instrumentów, Minton przesiadł się na stanowisko z mikrofonem, a ster przejął Ray Dickaty. Płynnie, dyrygując całym ciałem, przeprowadził muzyków przez dalszą część koncertu. Muzycy złączeni pępowiną z eskalującym wielodźwięk dyrygentem, w watasze, głodni, nienasyceni, pełnokrwiści improwizatorzy w wolnym tańcu, tak pięknym, że aż bolało w trzewiach, udanie zwieńczyli dzień koncertowy festiwalu.




Może Charlotte Hug i Lucas Niggli? Tuż przed epopeją WIO, sceną zawładnął szwajcarski duet. Altowiolinistka, wokalistka vs. perkusista i perkusjonalista z rozbudowanym arsenałem zabawek do wydawania dźwięków bitych i szarpanych. Być może postać Charlotte nie jest centralną na europejskiej scenie free improv, ale znajdźcie w ostatnich latach jakąkolwiek płytę Emanem Records ze skrzypcami, na której nie grałaby właśnie Hug. Lucasa też lubimy i cenimy, a na tym festiwalu grał choćby rok temu w bandzie Barry’ego Guya. Trzy kwadranse ich konwulsyjnego występu potwierdziły w pełni to, czego mogliśmy się spodziewać. Ów brak zaskoczenia nie stanowi wszakże jakiegokolwiek zarzutu – wręcz przeciwnie, duetowe, szwajcarskie popisy trzymały klasę tej edycji AL. Ekspresja obu muzyków, dynamika ich improwizacji, świetna komunikacja nie pozwalały umknąć naszej widzowskiej koncentracji choćby na ułamek sekundy. Ostre pazury i lśniące muskuły. Temperament Charlotte co chwilę wzniecał pożary, a Lucas nawet nie próbował ich gasić i sam jeszcze dorzucał do ognia. Niektóre fragmenty byłoby wręcz genialne, gdyby Niggli używał od czasu do czasu zmysłu zaniechania. Muzycy w wyjątkowo uroczy sposób potrafili kończyć każdy fragment improwizacji, co przy poziomie emocji tego występu, nie było zadaniem prostym. Nadprodukcja kokieterii Charlotte i widowiskowości Lucasa (innym słowy, bywało, że altowiolinistkę nieco zagłuszał), być może stanowić mogłaby powód do lekkich dąsów recenzenta, ale chemia całości (wynikająca także z fantastycznego brzmienia instrumentów) spowodowała, iż stawiam koncert szwajcarskiego duetu na piedestale nie niższym niż dwa wcześniej omówione występy.




Może Joëlle Leandre i Bogdan Mizerski? Na scenie dwa potężne kontrabasy, a my czuliśmy się na tym występie, niczym polne koniki na lekko zroszonej łące. Francuska mistrzyni improwizacji we wczesno wieczornej pogawędce z polskim improwizatorem, z którym do tej pory nie miałem okazji się zetknąć (jeśli powinienem, to chętnie posypię głowę popiołem!). Muzycy operowali głównie smykiem, świetnie się ze sobą komunikowali (choć jak mówią dobrze poinformowani, grali ze sobą po raz pierwszy) i delikatnie unosili się nad powierzchnią sceny. Ten niespodziewany efekt osiągali dzięki miękkiej i stosunkowo spokojnej narracji, a także dzięki silnie empatycznej, wzajemnej relacji (słuchali się jak dwa koty na kradzieży!). Energia i humor. Konwulsyjna, piękna drapieżność brzmienia. Rubaszne czapki na głowach i kpiny z francuskości w werbalnych igraszkach Leandre. Ten krótki (w każdym razie minął momentalnie) duet kontrabasowy wyniósł wszakże nasze emocje na nieistniejące drugie piętro budynku Laboratorium.




Może Saadet Turkoz i Zlatko Kaucić? To być może była największa zagadka tego festiwalu. Kaucić ma oczywiście swoją niezaprzeczalną renomę i przynajmniej dwie świetne płyty w katalogu rodzimego Not Two, ale już osoba tureckiej (bardzo wschodnio tureckiej) wokalistki, to karta w tej części improwizowanego świata raczej nie odkryta. Tym większa była zatem nasza oczywista radość słuchania tego koncertu od pierwszej do ostatniej minuty. Eksplozja wyobraźni, talentu i odczuwania kontekstu dramaturgicznego improwizacji stała się udziałem każdego z muzyków. Zlatko improwizował każdym przedmiotem, jaki napotkał na swojej drodze (był drukowany program festiwalu, była woda przelewana z butelki do miski i chlapanie nią po zestawie perkusyjnym). Saadet, choć używała tylko głosu (nie potrzebowała sekwensera!) w ten wielodźwięk perkusjonalny wpisywała się niezmiernie bogatym arsenałem wokalnych środków wyrazu. Choć skala jej głosu nie stanowiła jakiegoś wyjątkowego atutu, to pomysł, wspomniana artystyczna wyobraźnia, wreszcie istotnie teatralne i ekspresyjne zachowanie na scenie, sprawiały, iż dla Kaucicia była tego dnia partnerem wręcz idealnym. A przy okazji trudno było od niej oderwać wzrok.




Z pewnością jednak w stan upojenia artystycznego nie wprowadziły mnie pozostałe dwa koncerty festiwalu. Mógłbym oczywiście popaść w wielosłów i szczegółowo uzasadnić mój, oczywisty w tym wypadku, brak entuzjazmu, ale myślę, że szkoda zarówno czasu mojego, jak i Waszego, na ten proceder. Zatem tylko jedno, dwa słowa o każdym z nich. Występ wokalno-perkusyjny Elmy i Bartłomieja Olesia dobrze podsumowuje rzeczownik pretensjonalność, zaś występ (w tymże samym zestawie instrumentalnym) Jorgosa Skoliasa (ojca) i Antonisa Skoliasa (syna), dwa inne, skromne rzeczowniki – megalomania i nepotyzm.

Za rok rzecz jasna melduję się tu ponownie, z otwartą głową na wiele kolejnych sonicznych szaleństw. Przy okazji - pomysł ze smacznym domowym winem i nieoczywistym ciastem równie udany, jak cała impreza.


A wcześniej, jeszcze tej jesieni, jeśli historia teraźniejszości pozwoli, w warszawskim Mózgu solowe duety z udziałem m.in. Sylvie Courvoisier, Barry’ego Guya i Toshinori Kondo. Wielkie wydarzenia przed nami!