Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Górczyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Górczyński. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 lipca 2025

The July’ Round-up: Sveið! Clouds! Transmission! Beryllium! Serries! Berre! Cigana! Läng!


W tradycyjnej, comiesięcznej zbiorówce świeżych recenzji jeszcze świeższych płyt z muzyką improwizowaną (i nie tylko) prawdziwa jazda bez trzymanki! Osiem albumów, rzadko spotykany tygiel gatunkowy i ogrom najprzeróżniejszych emocji!

Zaczniemy w Zjednoczonym Królestwie, potem Serbia, pewien kraj bez flagi, Polska, Belgia, Norwegia, Włochy i Szwajcaria. Będzie trochę zespołowego post-jazzu i post-kameralistyki, oba wątki wzmocnione kreatywną elektroniką, semi-akustyczny duet strunowy, instrumenty dęte skąpane nie tylko w elektronice, wreszcie aż cztery ekspozycje solowe – gitarowy ambient, dwa razy perkusja i … preparowane harfy szczękowe. What a game! Welcome to heaven and hell of improvisations and … compositions!

 


Sveið Latent Imprints (577 Records, CD 2025)

York, Wielka Brytania, maj 2024: James Mainwaring – saksofon, Federico Reuben – laptop/ live coding oraz Emil Karlsen – perkusja. Jedenaście improwizacji, 43 minuty.

Nie dalej jak tydzień temu zachwycaliśmy się innym albumem Karlsena (duetem z live procesorem Casserleyem), dziś czas na spotkanie jego kreatywnej perkusji z elektroniką określoną mianem live coding. W ramach deseru dostajemy jeszcze jazzowy saksofon. Dzieje się zatem wiele, emocji i jakości nie brakuje.

Trio od startu nie szczędzi nam akcji zaczepnych. Szczególną uwagę przykuwa aktywna elektronika, która zarówno kreuje, jak i efektownie procesuje, to co dostarczają żywe instrumenty. Sporo free jazzowych emocji płynie ze strony saksofonu, ale także partii śmiało kultywujących tradycję i wykorzystujących swingujące synkopy. W wielu momentach perkusja brzmi bardzo syntetycznie, bywa wspomagana w procesie kreowania rytmu masywnymi pasmami electro. W momentach spokojniejszych (choćby w drugiej, na początku czwartej, czy też w dziesiątej partii) muzycy dostarczają sporo brzmieniowych smaczków, subtelnych preparacji i nieoczywistych rozwiązań dramaturgicznych. W szóstej odsłonie elektronika i perkusja tworzą intrygującą sieć polirytmii, wynosząc saksofon na nieznane terytoria. Dodajmy, iż w trakcie całego albumu akustyczne instrumenty są zmyślnie procesowane, tworząc niekiedy całkiem nowy wymiar ekspozycji. Finał jest nerwowy, rozgadany, electro jazzowy.

 


 

Biliana Voutchkova, Marina Džukljev, Milana Zarić & Richard Barrett Clouds in a Cloudless Sky (Scatter Archive, DL 2025)

Cultural Centre of Vojvodina Miloš Crnjanski, Nowy Sad, Serbia, maj 2022: Biliana Voutchkova – skrzypce, głos, Marina Džukljev - fortepian, Milana Zarić – harfa, instrumenty perkusyjne oraz Richard Barrett – elektronika. Trzy improwizacje, 60 minut.

Przed nami koedukacyjny kwartet, który żeni instrumenty akustyczne z subtelną, nieinwazyjną elektroniką (zapewne też live processingiem), upleciony przez świetnie nam znanych artystów (poza harfistką) i uformowany w trzy rozległe improwizacje. Od wyważonej, dalekowschodniej medytacji po nerwowe, jakże europejskie sploty niebezpiecznych zdarzeń. Bezwzględnie warto poświęcić godzinę, by dogłębnie poznać Chmury na Bezchmurnym Niebie.  

Pierwsza i trzecia improwizacja trwają tu po kilkanaście minut i zdają się mieć cechy wspólne. To mroczne, rozkołysane, post-kameralne opowieści budowane frazami preparowanymi skrzypiec i piana, czystymi, okazjonalnie melodyjnymi akcjami harfy oraz niemal nieistniejącą elektroniką, która ledwie podkreśla wagę niektórych zdarzeń akustycznych. Rodzaj neurotycznej relaksacji, która mieni się tysiącem tajemnic. Całość śmiało mogłaby stanowić soundtrack do filmów mistrzów dalekowschodniej kinematografii (ale nie tych od walk samurajskich). Na tle obu tych narracji, część główna albumu, trwająca ponad dwa kwadranse, to wulkan emocji, nerwowych akcji i elektroakustycznych zgrzytów. Ta akurat historia ma wiele faz, czasami nasączone są one rodzajem subtelnej dynamiki. Nie brakuje też chwil wyjątkowo pięknej grozy, gdy pianistka po raz pierwszy sięga po klawiaturę. Wszakże najbardziej ekspresyjnym, emocjonalnym fragmentem tego albumu jest samo zakończenie. Tu mroczna kołysanka nabiera rumieńców i wspaniale puentuje ów smakowity album.

 


Vitaliy Ovchinnikov & Andrey Popovskiy Transmission (Extra Notes, DL 2025)

Vavilov Loft, kwiecień 2022: Vitaliy Ovchinnikov – gitara semi-akustyczna (utwór 1), gitara elektryczna (2) oraz Andrey Popovskiy - skrzypce, obiekty (1), gitara akustyczna (2). Dwie improwizacje, 27 minut.

Nagrania labelu Extra Notes i jej naczelnego wodzireja Vitaliya Ovchinnikova śledzimy na bieżąco. Zatem śmiało możemy skonstatować, iż najnowsze dzieło gitarzysty, to jedno z jego bardziej doniosłych dokonań artystycznych. Swobodne, niekiedy minimalistyczne improwizacje na dwa instrumenty dęte, garść obiektów i subtelnych preparacji. I co najważniejsze, nad nagraniem definitywnie unosi się posmak strunowej edycji Spontaneous Music Ensemble. Wszyscy wiemy, że na tych łamach to komplement najcięższego kalibru.

Pierwszą odsłonę kreują semi-akustyczna gitara i skrzypce wraz z bliżej nieokreślonymi obiektami. Odrobina amplifikacji i ocean akustycznych dźwięków. Narracja jest skupiona, każdy ruch artystów wyważony, a dbałość o szczegóły wysoce zaawansowana. Nie brakuje flażoletów, drobnych obcierek i post-perkusyjnych zdobień. Muzycy w trakcie kilkunastominutowej opowieści znajdują także chwilę, by eksplorować ciszę, jaka spowija ich improwizację. W drugiej części towarzyszy nam gitara elektryczna i akustyczna. Elektryczność tej pierwszej wydaje się dość iluzoryczna, delikatna, na poły akustyczna. Sama narracja jest bardziej zwarta i energetyczna, choć wciąż trudno ją określić mianem intensywnej. Znów doświadczamy obcowania z ciszą, jest także moment na poły dynamiczny, kreowany zwinną przebieżką po strunach i ekspresyjnym szorowaniem gryfu drugiej z gitar. W samej końcówce słyszymy trzeci wątek gitarowy, odrobinę bluesowy. Nie znamy źródła jego pochodzenia. Tak, czy inaczej, duch Johna Stevensa czuwa i zdaje się uśmiechać z zadowolenia.

 


 

Beryllium & Paweł Szulik Kumonosu-jō (Antenna Non Grata, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Paweł Szulik – shakuhachi, Michał Górczyński – klarnet kontrabasowy, elektronika oraz Andrzej Izdebski – syntezatory, gitary, field recordings, elektronika. Dziewięć utworów, 54 minuty.

Zapraszamy na seans filmowy! Przeniesiemy się do odległych, nie tylko amazońskich dżungli, tudzież równie peryferyjnych i dzikich przestworzy dalekiego wschodu. Obejrzymy sequel kultowego Imienia Róży, a potem dojmujący encore do jedynego i niepowtarzalnego Czasu Apokalipsy. Za ścieżkę dźwiękową odpowiadać będzie najcięższy kaliber klarnetu, lekki, japoński flet i zmasowany, wielowątkowy background elektroniki, gitar i adekwatnych do sytuacji dramaturgicznej nagrań terenowych.

Początek inwokuje klarnet kontrabasowy zanurzony w dark ambiencie. Rekontra fletu i elektronicznego beatu narzuca jednak inną optykę utworu. W kolejnej opowieści znajdujemy się o kilka pięter wyżej w bujnej, amazońskiej roślinności. Towarzyszą nam łagodne śpiewy fletu i klarnetowe pomrukiwanie. W trzeciej odsłonie rozwiązujemy zagadkę kryminalną, której emocje potęguje stepujący rytm. Flet znów woli melodie, a klarnet drony. Po wspinaczce jaką oferuje czwarty epizod, tu zdaje się wprost do Jądra Ciemności, w kolejnym zatrzymujemy się pełni trwogi, albowiem drogę tarasują nam ludożercy. Szczególnie rozhisteryzowany jest teraz flet. Szczęśliwe w szóstej opowieści rytuał dnia pozwala na wznowienie podróży. Zdaje się, że idziemy wprost do nieba. Gonieni strzępami melodii, stąpając po ostrych kamieniach, niesieni afrykańską polirytmią docieramy na skraj świata. Dwie końcowe opowieści niosą źdźbła nadziei. Brzmią szczególnie urokliwie. Klarnet wciąż budzi trwogę, flet nie skąpi bardziej wyszukanej melodyki, a gitara i elektronika perfekcyjnie dopełniają obraz dramatu. Jest ukojenie, ale nie ma zadośćuczynienia. Kres wyprawy, to nie radosne podskoki, to grzęzawisko.

 


 

Dirk Serries The Might Of Stars Sublime (Audiophob, CD 2025).

Studio domowe, Belgia, lato 2024: Dirk Serries – gitara elektryczna, efekty. Pięć utworów, 45 minut.

Tego artystę i dark ambientowy wątek jego twórczości nie trzeba na tych łamach komukolwiek przedstawiać. Muzyk, który kilka lat temu twierdził, że ambient to przeszłość, zdaje się w ostatnim czasie dostarczać coraz więcej nagrań w zadanej estetyce. Wszystkie je namiętnie śledzimy i rekomendujemy trybunowym fanom. Dziś produkcja domowa z lata ubiegłego roku. W kategorii dark ambientu taka, którą zwykliśmy określać mianem wzorcowej dla tej stylistyki.

Pośród pięciu opowieści żadna nie ma oczywiście początku ani końca, płynie soczystą strugą gitarowego ambientu. Pierwszą z nich tworzą trzy wątki – krystaliczny ambient, warstwa codziennego kurzu i brudu, wreszcie basowa struga o zaskakująco kojącym zabarwieniu. W drugiej odsłonie narracja zdaje się być bardziej mroczna, płynie z głębin bezkresnego oceanu. Z czasem rozmywa się, odsuwa w cień. Otwarcie trzeciej historii jest ciepłe, niemal relaksacyjne. Rozbudowana warstwa szumu stawia jednak znak zapytania i skutecznie dominuje w dalszej części utworu. Czwarta część wydaje się sprasowana, matowa, przefiltrowana przez grubą kotarę teatralną. Szorstki flow ma jednak nieoczywistą intensywność. Wreszcie finałowa, łagodna, pożegnalna meta ballada, z nowym wątkiem, który brzmi jak nagie struny gitary. Smutna opowieść jednocześnie narasta i rozlewa się coraz szerszym korytem. Potem umiera w dalece metafizyczny sposób.

 


Håkon Berre Mirror Matter (Barefoot Records, CD 2025)

Ishøj Kulturskole, listopad 2024: Håkon Berre – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty, elektronika. Trzynaście utworów, 51 minut.

Tego norweskiego perkusistę znamy doskonale z wielu płyt i jeszcze większej liczby wyśmienitych koncertów, choćby w poznańskim Dragonie. Ale z nagraniem solowym Håkona spotykamy się po raz pierwszy. Perkusja, tajemnicze obiekty, elektronika, otwarta głowa i duża kreatywność, to elementy składowe tego albumu. Definitywnie jest na czym zawiesić ucho.

Dramaturgiczną osią albumu jest aktywny drumming, przeplatany preparacjami na werblu, czy talerzach. Metodą pracy elektroniczna dekonstrukcja brzmień akustycznych, celem zaś niejednej podróży noise’owy szczyt. Berre lubi hałas, ale dla niego to jedna z możliwych opcji rozwoju narracji. Muzyk często wprawia swój zestaw perkusyjny w jednostajny rytm, który podrasowuje elektroniką, a ozdabia niemal dubową przestrzenią. Bywa, że osią opowiadania jest praca nad dźwiękiem, a faktura rytmiczna jedynie backgroundem, a nawet zjawiskiem lokalnie nieobecnym. W tych pozornie spokojniejszych, mniej dynamicznych ekspozycjach także dzieje się wiele dobrego. Tu odpowiednim przykładem mogą być utwory trzeci, szósty, ósmy, czy też jedenasty. Opowieść Berre potrafi także zahaczyć o ciężkie, post-industrialne brzmienia – tak dzieje się w piątej opowieści. Sam finał albumu zdaje się brać w nawias ironii elektroakustyczne wojny perkusyjne. Słyszymy dziecięce cymbałki, które wpadają w delikatny taniec, nasączony mroczną poświatą. Zaraz potem Berre nadaje im nieco dubowej mocy, a wszystko okrasza elektronicznym beatem, który doprowadza historię do szczęśliwego zakończenia.

 


Francesco Cigana Sacro (Bandcamp’ self-release, CD 2025)

Stria, styczeń 2023: Francesco Cigana – instrumenty perkusyjne, conduction oraz Nina Baietta – głos, Gli antenori – chór męski (utwór 1) i Mirio Cosottini – trąbka (utwór 8). Osiem utworów, 43 minuty.

Kolejna solowa płyta perkusisty, to nieco inny świat. W pełni akustyczny, udramatyzowany w kilka wątków – z jednej strony ekspozycje typowo drummerskie, z drugiej poematy preparacji różnych elementów zestawu perkusyjnego. Do tego goście – w utworze otwarcia kobiecy głos i męski chór, w odsłonie zamknięcia – multiplikującą się trąbka. Reasumując – mnóstwo wrażeń, i to wyłącznie pozytywnych.

Pieśń otwarcia buduje recytacja i zawieszony w czasie i przestrzeni chór, który brzmi jakby wykonywał wiekopomne Sustained Piece Johna Stevensa. Perkusja kreuje tymczasem meta rytmiczną narrację, którą wieńczy sekwencja dynamicznych powtórzeń. Kolejne utwory (szczególnie parzyste) oparte są na konstrukcji perkusyjnej. Raz są to tajemnicze podskoki w połamanym metrum, innym razem dynamiczna akcja full drums, wreszcie perkusyjna ekspozycja, która generuje intrygujący pogłos. Utwory nieparzyste budowane są na ogół na strumieniach dźwięków preparowanych. Efekt bywa chwilami monumentalny, jak w części piątej, czy rytualny i definitywnie sakralny, jak w części siódmej. Ostatni utwór trwa ponad dziesięć minut i wspaniale reasumuje cały album. Początek to rytualny drumming, rodzaj tańca do końca świata i jeszcze dłużej. W połowie nagrania pojawia się dęty dron, który może być efektem preparacji werbla, może być także początkiem trębackiej ekspozycji. W końcu z tego tygla tajemnic wydobywa się śpiew trąbki, która zawłaszcza scenę i efektownie rysuje kilka wątków jednocześnie.

 


 

Antoine Läng Lâcher les chiens tant qu’on y est (Insub Records, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Antoine Läng - preparowana harfa szczękowa (jaw harp). Sześć utworów, 43 minuty.

Na koniec dzisiejszego korowodu różnorodności garść konceptualnej muzyki współczesnej, jaką na ogół gwarantuje szwajcarski Insub. Tym razem album pełen tajemnic – któż bowiem wie, co to harfa szczękowa, a tym bardziej jak należy preparować ten instrument, by uzyskać tak intrygujący efekt … elektroakustyczny. Cały album jest jednym wielkim drganiem, które przybiera najprzeróżniejsze formy i odcienie brzmienia, a kończy się niebywałą, pulsującą, ponad dziesięciominutową medytacją.

Nagranie składa się z sześciu wariacji na temat drgającej struny, a zarejestrowane zostało jednym podejściem, bez jakichkolwiek dodatkowych efektów, tudzież czynności post-produkcyjnych. Ważnym elementem gry otwarcia jest cisza, która zdaje się komentować pierwsze drgania. W kolejnych epizodach proces drgania i jego pokrętna meta melodyka ulegają systematycznemu zagęszczaniu, ale rzadko zjawisko medytacji ustępuje tu miejsca nerwowym drgawkom. Artysta moduluje brzmienie. W trzeciej części dobywa dźwięki z głębokiej krypty (podobnie czyni w piątej), w czwartej z kolei prasuje, ugniata dźwięk, uzyskując bardzo matowy sound. Przy okazji drgania zdają się być zasilane foniami, które przypominają dźwięki … ludzkiego gardła. Czasami drgania są lekkie, ulotne, niczym mucha, która uciążliwie krąży nam nad głową. Wreszcie anonsowany finał, którego początek lepiony jest z filigranowych drgań podanych w gęstej sekwencji. Skojarzenie z elektroniczną stylistyką click’n’cuts sprzed ćwierćwieku wcale nie bezzasadne. Efektem końcowym jest pulsująca, urocza medytacja, która zdaje się nie mieć końca.



piątek, 3 grudnia 2021

Ritual Habitual! Glow! Alex Ward! cr-ow tr-io! Giżycki & Müller! William’s Things! The overgenre december’ round-up!


Czas ucieka w postępie geometrycznym! Całkiem niedawno witaliśmy ciepłą jesień (był jakże piękny Festiwal!), a już za moment trzeba będzie wziąć się na poważnie za podsumowanie kolejnego szalonego roku na scenie muzyki improwizowanej! Rok temu doceniliśmy na tych łamach całe 66 tytułów. Ilu trzeba będzie pozycji, by podsumować kolejne dwanaście miesięcy gigantycznej nadprodukcji cudownych dźwięków granych wprost z otwartej głowy, na ogół bez użycia pożółkłych pięciolinii? 77? 100? 666?

Dość tych dywagacji! Bez zbędnej zwłoki wrzucamy na ruszt sześć absolutnych nowości z muzyką improwizowaną! Mała zbiorówka bez specjalnej myśli przewodniej, ot, po prostu zestaw dobrych lub bardzo dobrych albumów, które warto bezwzględnie poznać. Najpierw dużo smakowitego free jazzu z istotnym posmakiem iberyjskim (!), potem dwa strzały ze Zjednoczonego Królestwa - pewna solowa multiprodukcja jednego z naszych ulubionych gitarzystów (lockdown ma swoje prawa!) oraz tajemnicze, ekstremalnie swobodne trio, w dalszej zaś kolejności całkiem nowy duet na dwa rozhuśtane dęciaki - polski i niemiecki, a na finał garść ładnych piosenek w edycji krajowej, z klarnetem kontrabasowym w roli głównej!

 


Ritual Habitual  Pagan Chant (Clean Feed Records, CD 2021)

Zwyczajowe Rytuały, to nowy pomysł portugalskiego kontrabasisty Gonçalo Almeidy na konstruktywne mierzenie się z dziedzictwem free jazzu. Do tria dobrał sobie perkusistę Philippa Ernstinga (z którym grywa bardzo ekstremalne formy free w formacji Albatre) oraz saksofonistę tenorowego i klarnecistę basowego Riccardo Marognę, który – to istotne – używa też w procesie improwizacji syntezatorów. Na potrzeby krążka, zmyślnie zatytułowanego Pogański Chór, muzycy przygotowali sześć improwizacji, które trwają łącznie prawie 49 minut. Nagranie studyjne powstało w Rotterdamie (Sante Boutique Studio) w bliżej nieokreślonym czasie.

Almeida proponuje nam pozornie typowe, free jazzowe trio. Ale jego (ich) podejście do gatunku zdaje się być ciekawie uwspółcześnione. Bezwzględnie szukają ognistego ptaka, rytualnych powtórzeń i swobodnych emocji. Ale osią kreatywnego fermentu czynią tu być może akcesoria elektroniczne, które skutecznie łamią rygory fire music. Pozostające w tle, funkcjonujące w sposób dalece nieinwazyjny syntezatory rozsiewają tu na prawo i lewo obłoki ambientu, podkreślają precyzyjnie niektórych schematy dramaturgiczne, a czasami wgryzają się w zębatki żywych instrumentów i zdają się dekonstruować ich tradycyjne brzmienie.

Najczęściej narrację prowadzi tu kontrabasista. Szuka rytmicznego punktu oparcia i stwarza przestrzeń dla repetytywnych rytuałów perkusisty. Ten ostatni lubi trans, medytacyjne pętle i nie szuka specjalnych udziwnień. Stawia na prostotę, ale i silę swego drummerskiego przekazu. Saksofonista i klarnecista basowy najczęściej przyjmuje na siebie rolę kreatora melodyjnego komponentu narracji, jakkolwiek uczynienie kilku kroków w kierunku ognistej improwizacji nie stanowi dla niego najmniejszego problemu. Opowieść tria płynie szeroką doliną free jazzowych skojarzeń, którym Coltrane zdaje się dodawać rytualnego rytmu, Ayler zaś hymnicznej śpiewności. Pierwsza, trwająca niemal kwadrans improwizacja świetnie wypełnia zamierzenia artystów, co do ich meta gatunkowego przekazu. W drugiej części pojawia się smyczek, ale i tu flow po kilku pętlach łapie trans i gna przed siebie ze śpiewem na ustach. Kolejna część, to niemal solowe interludium basu, który na tle silnego pogłosu buduje post-barokową improwizację. Ciekawie jest na początku czwartej części, która rusza free jazzowym klasykiem sax & drums i dopiero pojawienie się rozśpiewanego basu rzuca nowe spojrzenie na zamierzenia muzyków. Echo buduje tu emocje, a mistrzowska maszyna drum’n’bass wiezie nas kolejnym wysokim wzgórzem. Dwie ostatnie improwizacje kultywują rytuał free jazzowego powtórzenia. Muzycy fantastycznie panują nad dynamiką, rysują plejady dźwięków, których świetnie się słucha, ale też mantrycznie chłonie całym ciałem. Być może sam finał płyty wydaje się być najsilniej osadzony w gatunku, ale nam to w ogóle nie przeszkadza. W uszach wciąż szeleści nam przecież mgła elektroniki, która przez całe nagranie stawiała ponadgatunkowe znaki zapytania i sprawiła, iż historia fire music na powrót zdaje się nie mieć końca.

 


François Carrier, Pablo Schvarzman, Diego Caicedo and Michel Lambert  Glow (FMR Records, CD 2021)

Soda Acústic w pięknej Barcelonie, początek czerwca 2019 roku i ad hoc sklecony kwartet kanadyjsko-latynoski: François Carrier – saksofon altowy, Pablo Schvarzman i Diego Caicedo – gitary elektryczne oraz Michel Lambert – perkusja. Dokumentacja koncertu składa się z pięciu części, które trwają niespełna 50 minut.  

Kanadyjczycy z Quebecu niemal rok rocznie podróżują po Europie i w wielu ciekawych miejscach grywają koncerty z lokalnymi muzyki. Ponad dwa lata temu trafili w Katalonii na szalony duet gitar elektrycznych. Free jazzowe schematy, nieco przewidywalne kreacje alcisty i perkusisty, które znamy z wielu płyt, zostały tu wrzucone do tygla pełnego post-rocka, free rocka i jakże zmysłowej, niemal metafizycznej psychodelii. Powstały w efekcie tego wywar zadowolić winien fanów wszystkich wyżej wymienionych gatunków i estetyk. Nic wszakże nie ujmując bardzo dobrze usposobionym tego dnia Kanadyjczykom, to dwie gitary w rękach Argentyńczyka i Kolumbijczyka stanowią tu o wyjątkowości całego nagrania. Poniżej kilka dowodów rzeczowych w sprawie!

Od początku koncertu zalotnie zaintonowanego przez alt i small drumming, narracja skrzy się w dużej mierze dzięki bardzo różnorodnie pracującym gitarom – jedna frazuje post-jazzem, potrafi załadować armatę hard-rockowymi pociskami, druga wyczulona na niuanse, szuka inspiracji na obrzeżach improwizacji, raz za razem zmysłowo uciekając w psychodelię i chwilami niemal syntetyczne brzmienia. Wystarczy tu ledwie kilka minut, by wyczuleni na detale dramaturgiczne Kanadyjczycy wypuścili obie gitary na pierwszą, duetową ekspozycję. Tempo samej improwizacji bywa tu zmiennie (stylowy up and down!). Alcista zdaje się trzymać wiele pod kontrolą, a jak to ma w zwyczaju, lubi milknąć from time to time, czym w tej akurat konfiguracji udanie stymuluje obu gitarzystów. Druga opowieść znów zaczyna się na warunkach altu i perkusji. Gitary zaczynają z pozycji mikro dźwięków, by po kilku pętlach przejąć inicjatywę i prowadzić narrację w coraz ciekawsze rejony. W trzeciej części podoba nam się nieco wywrotowa dynamika. Akcja posuwa się zgrabnie do przodu, ale muzycy zdają się kołysać na wietrze i dodatkowo wzajemnie stymulować do bardziej karkołomnych pomysłów. Najciekawiej dzieje się chyba w czwartej improwizacji, którą rozpoczyna dla odmiany gitara Caicedo. Schvarzman snuje chmury post-electro, Carrier śpiewa pod nosem, a Lambert dba o dobre parametry rytmiczne. Kłębowisko pomysłów, znów bystry duet gitar i całkiem ognisty finał. Ostatni epizod koncertu nie trwa nawet pięciu minut. Prawa gitara frazuje tu niczym basówka, a cała narracja wisi w powietrzu i szuka kwaśnej metody na dobre zakończenie - dubowe echa, swoboda myśli i niespieszność dźwięków.

 


Alex Ward  Gated (Discus Music, CD 2021)

Covidowy lockdown zmienił nasze życie na wielu płaszczyznach. Zredefiniował wiele pojęć, także z zakresu muzyki. Choćby określenie płyta solowa… Zapraszamy na odczyt i odsłuch … solowej płyty Alexa Warda, nad którą muzyk w domowych pieleszach pracował całe osiem miesięcy (od lipca ubiegłego roku do marca bieżącego). Zagrał na niej na tysiącu instrumentów, których dźwięki skomponował/ skleił/ przykroił do rozmiaru dziesięciu utworów, które trwają blisko pięć kwadransów. Oto duża orkiestra spod ręki jednego muzyka!

Efekt wielomiesięcznej pracy Warda winien budzić nasz szacunek, ale także artystyczny podziw! Muzyk gra tu na gitarze elektrycznej, gitarze basowej, kontrabasie, fortepianie, electric piano, perkusji, klarnecie, a także na innych instrumentach dętych, ale na ogół w wielowątkowych akcjach granych unisono, zatem trudno je wszystkie rozpoznać. Całość skrzy się niemal epickim rozmachem, balansuje na krawędzi wielu gatunków, goni emocjami od skrajnego, post-metalowego mięcha, przez jazzowe i fussion-jazzowe improwizacje, aż po kameralne, niemal trzecionurtowe ekspozycje. Wszystko jest tu precyzyjnie zaplanowane (obleczone w ramy pełnokrwistych kompozycji), ale oczywiście przestrzeni dla improwizacji – głównie na gitarze i klarnecie, of course – jest tu cały, niezmierzony ocean.

Utwory otwarcia stawiają na rockowe emocje. Ten pierwszy zdobią dęte kontrapunkty, ten drugi ocieka ekspresją godną dobrego hc-punk sprzed kilku dekad. Trzecia część stawia odważny krok w kierunku post-jazzu przefiltrowanego post-klasyką. Bogata, orkiestrowa narracja tętni tu trzecionurtowym życiem. Czwarty odcinek powraca do emocji z początku płyty – hard-rockowy riff i połamana rytmika. Kolejna część, najdłuższa, ponad 18-minutowa, wydaje się stanowić opus magnum tego albumu. Budują ją gitary, skomplikowana struktura wewnętrzna, posmak rock in opposition, a nawet post-metalowe galopy. Część szósta stawia intrygujący znak zapytania - pachnie mrocznym ambientem, który zmącony zostaje brzmieniem piana i perkusji, czyniąc ów utwór być może pierwszym w dziejach nagraniem … czwartonurtowym. Narracja siódemki zaczyna się bardzo kameralnie (piano, klarnet, kontrabas), ale zostaje w połowie złamana kwaśnym brzmieniem electric piano, wiodąc ekspozycję w otchłań fussion jazz dance! Kolejne dwie części brną w nastroje hard & fussion rock, nasycone dużą porcją psychodelii. No i sam finał, znów wielominutowa, epicka opowieść o losach gitary w historii kreatywnej improwizacji. Gitarowe solówki, dramaturgiczne spiętrzenia, niekończące się zmiany w zakresie dynamiki dalece wielowątkowej narracji. Na ostatniej prostej wymowa całości zostaje podkreślona efektownymi pasmami syntetycznych brzmień.

 


cr-ow-tr-io  Hold Music (Luminous Records, CD 2021)

Cofamy się na osi czasu i lądujemy w Londynie, w samym środku lata 2019 roku. Trio o tajemniczej nazwie (ułożonej wszakże z inicjałów muzyków) tworzą tu nasi dobrzy znajomi: Cath Roberts – saksofon barytonowy oraz Otto Willberg – kontrabas i postać debiutująca na tych łamach: Tullis Rennie – puzon. Każdy z muzyków ma też do dyspozycji dodatkowe akcesoria dźwiękowe: piszczałki, dzwonki i wiele innych obiektów. Całość niedługiej płyty (mniej niż 40 minut) składa się aż z siedemnastu improwizacji.

Albumowe credits zawiera ciekawe sformułowanie – nagrane dźwięki zostały pokrojone na kawałki. Recenzent nie ukrywa, iż ma z nagraniem krowiego tria pewien problem. Jak domniemujemy, muzycy nagrali dużą porcję dźwięków, po czym pocięli je na chwilami bardzo krótkie, kilkudziesięciosekundowe odcinki. Niektóre spokojne, zadumane, inne nerwowe, szyte gęstym ściegiem i pokrojone wyjątkowo ostrym skalpelem. Zdania urywane w pół słowa, dźwięki wydarte instrumentom i zadeptane ciszą. Artyści nie zlepili tych mikro dramatów w całość, każdy z nich oddzielony został zwyczajową ciszą. Efekt takiej edycji swobodnej improwizacji daje niestety efekt dramaturgicznego chaosu. Trudno nam dotrzeć do intelektualnego jądra tego jakże konceptualnego pomysłu, zwłaszcza, że w tym tyglu małej formy uchowało się kilka dłuższych (nawet 5-minutowych!) improwizacji, które pokazują naprawdę duży potencjał tria dwóch dęciaków, kontrabasu i całej masy przeszkadzajek.

Naszą albumową egzegezę ograniczamy zatem do wskazania tych improwizacji, które z racji swej długości uznać możemy za pewną zamkniętą całość. W trzecim odcinku intrygująco frazuje bardzo brudnym brzmieniem puzon, a kontrabas snuje tajemniczy rytm rysowany trybem pizzicato. Utwory dziesiąty i jedenasty, to najdłuższe epizody na albumie. Oba mają wyraźnie zarysowaną narrację, zmyślną dramaturgię i ciekawie uwypuklają brzmienia zastosowanego instrumentarium. Dęciaki śpiewają, jurny kontrabas kreśli im szlak podróży, pojawia się też smyk i oddech niemal kameralnej zadumy. Zaraz potem czeka na nas duża porcja naszych ulubionych preparacji, upstrzona garścią post-perkusjonalnych dźwięków. Całość przypomina zdekonstruowaną wersję My Life In The Bush Of Ghosts! Trzynasta improwizacja stawia na urywane, niemal field recordingowe dźwięki, zarówno instrumentalne, jak i płynące wprost z gardeł muzyków. Piętnasta historia lepi się w ciekawe drony, dyskutuje z ciszą i buduje niebanalny suspens. Na jej zakończenie mamy wrażenie, iż muzycy chodzą po scenie i zbierają instrumenty. Wreszcie finał, prawie cztery minuty – teatr komedii, slapstickowe grepsy, szeleszczące przedmioty, półdźwięki i oddechy czerstwej ciszy. Muzycy definitywnie schodzą ze sceny. A my nie wiemy, czy klaskać, czy może też już iść do domu.

 


Michał Giżycki & Matthias Müller  +Q (Bandcamp’ self-released, DL 2021)

Po brytyjskich bezeceństwach czas na chwilę freely improvised music w wykonaniu dwóch skromnych instrumentów dętych – klarnetu basowego (Giżycki) i puzonu (Müller). Muzycy poznali się w trakcie ubiegłorocznej edycji Spontanicznego Festiwalu. Swą muzyczną przyjaźń gruntowali na edycji tegorocznej i w tak zwanym międzyczasie (dokładnie 3 października 2021) zarejestrowali niewielkich rozmiarów sesję nagraniową, której efekty, to dwie improwizacje, trwające 29 minut.

Muzykę otwarcia tworzą tu dwa drony dźwięków, płynących wprost z głębokiej ciszy. Przemieszczają się mrocznym korytarzem, łapią się wilgotnych ścian, konsekwentnie brną jednak do przodu. Słyszymy pracę wentyli i dysz, ich oddechy i chwile trwogi. Paleta dźwięków systematycznie się powiększa, jakby instrumenty nadymały się kolejnymi porcjami powietrza, jakby przybywało kratek wentylacyjnych w tym długim tunelu. Oddechy cyrkulacyjne, bezgraniczne płuca i prosta mechanika instrumentów stworzonych z blachy i drewna. Te ostatnie też oddychają i łączą się z ciałami muzyków. Puzon podąża jednośladem, klarnet faluje jak na huśtawce. W obu tubach zaczyna powali gotować się woda. Nim upłynie 10 minuta muzycy zdają się pokonywać pierwsze wyraźne wzniesienie. Zaczynają śpiewać i wzdychać, pełni romantycznej autorefleksji. Kolejne dwie minuty decydują o tym, iż stają w obliczu ciszy niemal zupełnej. Rezonują, szumią, szeleszczą. Puzon tańczy na falach radiowych, klarnet kołysze się na wietrze. Nowy wątek tworzą z innego budulca - szukają ukrytych fraz pełnych metafizycznej melodyki, ale i subtelnych refleksji. Na finał łapią kolejną cyrkulację w rozgrzane już płuca.

Na starcie drugiej, nieco krótszej improwizacji, muzycy proponują mały konkurs – kto zagra delikatniejszy dźwięk. Ale w tej grze nie ma zwycięzców. Przedechy, pomruki, szumy. Gadają ze sobą jak borsuki na popołudniowej przechadzce, syczą jak węże w gorącym słońcu. Zdaje się, że celebrują każdy oddech – swój i instrumentu. Gdy zbyt blisko podchodzą do ciszy, zaczynają nagle podśpiewywać i śmiać się od ucha do ucha. Szukają detali, z drobiazgów budują cały swój świat. Mikro-parsknięcia i nano-salwy ekspresji. Krótsze i dłuższe narracje, zdania urywane w pół słowa i szelmowskie przeciągnięcia. Na zakończenie definitywnie śpiewają, wszak spędzili ze sobą urocze pół godziny.

 


William's Things: Michał Górczyński, Sean Palmer, Tomasz Wiracki  The Robots Are Coming (Multikulti Project, CD 2021)

Na zakończenie naszego dzisiejszego, wielogatunkowego przeglądu nowości jedenaście piosenek do śpiewania! Wiliam’s Things, to trio, które znamy już z dwóch poprzednich płyt, intrygująco łączące klarnet kontrabasowy, minimalistyczny fortepian oraz doskonały głos aktorski, po prawdzie także piosenkarski. Dla przypomnienia, to Michał Górczyński, który odpowiada tu także za kompozycje, Tomasz Wiracki oraz Sean Palmer. W nagraniach tej płyty wykorzystano testy literackie Kyle’a Dargana oraz M. Vincenta van Mechelena. Całość odsłuchu zajmuje 46 minut.

Wydaje się, że po raz kolejny kardynalną wartością tria William’s Things jest sposób zachowania się klarnetu kontrabasowego. Ów ogromny dęciak we władaniu Górczyńskiego staje się bowiem nade wszystko instrumentem melodycznym, dalece rytmicznym, efektownie rozśpiewanym, no i frywolnie tanecznym. Z kolei ważnym elementem dramaturgicznym tej akurat płyty są tytułowe roboty. W trakcie całego nagrania towarzyszy nam charakterystyczny chrobot, chwilami szelest, czyli dźwięki mechanicznej pracy robotów. Efekt ten bierze w nawias całą piosenkową warstwę albumu i zdaje się kierować nasze zainteresowania ku tekstom śpiewanym lub recytowanym przez Palmera. Warto je śledzić, zwłaszcza, iż perfekcyjna dykcja muzyka pomaga w zrozumieniu angielskiej poezji.

The Robots Are Coming, to melanż masy, delikatności, rytmicznej konsekwencji i dramaturgicznej determinacji muzyków. Rodzaj kołysanki dla niezbyt grzecznych dzieci, która bardziej podoba się rodzicom niż latoroślom. Opowieść balansuje tu między oniryczną delikatnością, a marszowymi, zadziornymi frazami, pełnymi emocji. Dyktat rytmu zdaje się świetnie konweniować z robotyczną tematyką całego przedsięwzięcia. Najciekawsze fragmenty płyty, to być może środkowe kompozycje. Czwarta stawia na delikatne eksperymenty brzmieniowe. Piąta łączy mroczny klimat z głosem, który rzęzi niczym Tom Waits. Filigranowe piano i mruczący klarnet budują tu intrygujący dysonans. Szósta piosenka do mrocznej aury dodaje pewną narracyjną nerwowość, z kolei siódemka sprawia wrażenie wystudzonej ballady, w trakcie której niepodziewanie klarnet i wokalista zaczynają na siebie krzyczeć! Kolejne utwory nie stronią od tanecznych fraz, ale także uciekają w bardziej refleksyjne rejony. Niebanalny jest sam finał nagrania. Głos Palmera jest tu elektronicznie zniekształcony (wokoder?), a całość smakuje prawdziwe robotycznym, syntetycznym brzmieniem.

 

 

wtorek, 2 marca 2021

Mikołaj Trzaska! Full detailed in the air, as quartet in literature’ flow and finally solo!


Niniejszy tekst powstał na potrzeby portalu polish-jazz i tamże został pierwotnie opublikowany w formie trzech separatywnych recenzji

 

Zapraszamy na spotkanie z Mikołajem Trzaską, muzykiem, który nie wymaga specjalnych rekomendacji, ani introdukcji na jakichkolwiek łamach, które choć trochę interesują się muzyką kreatywną, nawet bez zagłębiania się w niuanse gatunkowe, czy stylistyczne.

Trzy nagrania, które ukazały się w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, pokazujące, jak wszechstronnym muzykiem jest Trzaska. Zapewne, gdybyśmy do tego zestawu dodali jeszcze muzykę skomponowaną do filmy Kler, obraz współczesnych dokonań artysty byłby kompletny.

Najpierw swobodna improwizacji w zacnym trio, które zdaje się mieć swoje korzenie zarówno we free jazzie, jak i dalece wyzwolonej kameralistyce. Potem dwa dokonania … literackie – potężne tomisko ze słowami Andrzeja Stasiuka oraz artystyczny drobiazg solowy na … ośmiocalowej płycie, ręcznie wycinanej, pracującej na różnych obrotach. W ramach pracy domowej sięgnijcie jeszcze po książkę w realu – wywiad rzekę z Trzaską, która nie mogła się lepiej nazywać – Wrzeszcz!

 


Details in the air (Górczyński/ Trzaska/ Vandermark)  Totaal (Kilogram, CD 2019)

To intrygujące, dęte trio znamy już z bardzo udanej, debiutanckiej płyty Open Containers. Ich druga płyta zdaje się osiągać już totaalnie wysoki poziom. W przeciwieństwie do debiutu bardziej uporządkowana dramaturgicznie, świetnie brzmiąca i pokazująca jeszcze lepiej skomunikowanych wzajemnie muzyków. Dodatkowo mamy wrażenie, iż trio, które swą przygodę osadzało dotychczas bardziej w tradycji free jazzu, teraz coraz chętniej zapuszcza się w rejony swobodnej kameralistyki. Niewątpliwe duża w tym zasługa obytego w tego rodzaju świecie muzycznym Michała Górczyńskiego. Wskażmy najbardziej udane fragmenty totaalnej improwizacji (bez wątpienia w pewnym stopniu predefiniowanej).

Już samo otwarcie płyty daje szansę tezie recenzenta o rosnącym posmaku kameralistyki w improwizacjach Detail In The Air. Łagodnie frazy, klarnety, saksofon i dużo powietrza pomiędzy dźwiękami. Opowieść przypomina spacer po coraz gęstszym lesie. Emocje zdają się rosnąć z każdą sekundą, a masywne klarnety pięknie śpiewają w bardzo wysokich rejestrach. Druga opowieść pełna jest egzystencjalnej trwogi, metafizycznego wręcz smutku – zbudowana z samych klarnetowych fraz, które świetnie się uzupełniają, a sami artyści wciąż potrafią nas czymś zaskakiwać. Równie zmysłowe jest samo zakończenie, które konstruują dronowe ekspozycje wszystkich instrumentów.

Piąta improwizacja tkana jest niemal z samych drobiazgów. Na poły rytmiczne szumy, mikro frazy pijanych dysz saksofonu i masywna baza klarnetu kontrabasowego – świetnie skomunikowana opowieść, po czasie pełna dynamicznych szczegółów. Szósta część kipi free jazzem, to informacja ważna dla tych, którzy na tej płycie szukają nade wszystko ognia. Wreszcie sam totaalny finał, który znów zdaje się startować z samego dna ciszy. Dźwięki, które rodzą się w bólach, tworzące mgławice szeleszczących fonii, szumów i głębokich oddechów, z której po kilku narracyjnych pętlach zaczynają wykluwać się zadziorne i całkiem dynamiczne frazy.

 


Andrzej Stasiuk/ Raphael Rogiński/ Mikołaj Trzaska/ Paweł Szpura  Grochów głosem (Kilogram, 2CD 2020)

Grochów głosem, to nie pierwsze już spotkanie Trzaski z szorstką, męską, w wielu momentach genialną prozą Andrzeja Stasiuka (ze zbioru opowiadań Grochów i jego felietonów prasowych), tym razem jednak obudowaną bardzo poważnym aparatem muzycznym. Stasiuk recytuje leniwym, chwilami niechlujnym, niestroniącym od kantów, ale jakże aktorskim głosem, a trzech zasłuchanych (niezasłuchanych) muzyków buduje … no właśnie, wcale nie tło. Buduje swobodną, luźną, ale całkowicie samodzielną narrację muzyczną. Niemal dwie godziny z Grochowem Głosem jest zatem nie tylko niebywałą przygodą literacką, ale także świetnym, muzycznym albumem. Być może każdy z tych elementów (tekst i muzyka) świetnie radziłby sobie osobno, ale to właśnie połączenie obu strumieni dźwięków powoduje, iż efekt pracy tej czwórki artystów godny jest wielokrotnego z nim obcowania. Aż dziwne, że na upublicznienie tej sesji literacko-muzycznej czekać musieliśmy osiem długich lat.

To, co szczególnie wartościowe na tej płycie, to utwory najdłuższe. Z jednej strony pozwalają fantastycznie wybrzmieć tekstowym potokom świadomości (oczywiście osadzonych w realiach świata, jak tylko to jest możliwie), z drugiej strony stwarzają mnóstwo wolnej przestrzeni dla muzyków, którzy biegli w improwizacji, dają wspaniały upust swoim temperamentom. Z oczywistych względów poniżej skupimy się głównie na muzycznych aspektach nagrania.

W nocy patrzyłem przez okno buduje slajsowa, płynąca szerokim korytem gitara. Saksofon z zabrudzonym brzmieniem pojawia się jako drugi, a swing perkusyjnych szczoteczek jako ostatni. Czarny blues zdaje się rosnąć razem z tekstem Stasiuka. W części środkowej jest czas na prawdziwie free jazzową eksplozję saksofonu, a w części końcowej na przeszywające trzewia frazy klarnetu basowego, żyjące wraz z tekstem, który zdaje się być równie intensywny, jak same dźwięki muzyki. W warstwie literackiej najciekawszy wydaje się być tekst Jaka to męka. Ponad 17-minutowa, chyba kluczowa część Grochowa jest bystrze komentowana przez muzykę. Ta snuje się leniwie, stawia na mikro improwizacje akustycznej gitary i rzewnego, na poły semicko brzmiącego klarnetu.

I jeszcze kilka perełek z tej słowno-muzycznej epopei. Co dzieje się z czasem, który minął, to prawdziwy, drogowy blues. Tyle razy jechałem w stronę tego miasta, to z kolei zmysłowa ekspozycja klarnetu basowego. Zimowy chłód w listopadzie, to lekka, niemal frywolna narracja dźwiękowa, która podpina się pod tekst o obozie koncentracyjnym. Słyszał, ale nie słuchał, to prosta piosenka z akcją równie leniwą, jak wymuszona pamięć o zmarłych. Ziąb na Manhattanie, to kolejna tekstowa petarda, którą zdobi jedynie improwizująca perkusja. Staliśmy w martwym wnętrzu opowiada (nie tylko) o piekarni. Tekstowi towarzyszą drobne, urywane fonie, niczym field recordings skradzione z realnej rzeczywistości. Wreszcie Mamy tutaj domy z drewna – chyba najbardziej przejmujący tekst Stasiuka, zdobiony narracją, która najpierw stawia na gitarowy chill-out, a potem snuje się temperamentnym, post-rockowym strumieniem, który narasta wraz z dramaturgią słowa.

 


Mikołaj Trzaska  Nie Promised Land (Don't Sit On My Vinyl!, 8”EP 2020)

Trzecie dziś spotkanie z Mikołajem, to absolutnie bezpretensjonalna, zwiewna, uroczo skonstruowana, solowa ekspozycja na … kilka instrumentów dętych, małe perkusjonalia i mgławice ambientowej elektroniki, która snuje się w tle i maci spokój narratora. Tak, narratora, albowiem Trzaska w dwóch utworach recytuje swoje proste, ale bardzo zgrabne, delikatnie metafizyczne teksty o … przyrodzie i próbach jej zrozumienia, czasami nie do końca skutecznych.

Pierwsza opowieść, to dwa dęte wątki, skromny drumming i huczące knieje ambientu, siejącego niepokój i czerstwe emocje. W drugiej i trzeciej opowieści pojawia się tekst, który płynie wraz z muzyką, czasami wbrew muzyce. One man orchestra, która ma dużo do powiedzenia, dużo do zagrania, ale nie czuje wobec siebie i otoczenia jakiejkolwiek presji. Intrygujące słowa tej jakże specyficznej etno-psychotyki jednocześnie bawią, inspirują i nade wszystko pytają o ciąg dalszy, którego nie ma i nie będzie. Gdy tekst milknie, powstaje dodatkowa przestrzeń, która zdaje się wzbudzać więcej emocji w tubach dętych przedmiotów codziennego użytku muzyka. Na koniec pojawia się także kilka akcentów elektroakustycznych, kolejny zalążek, tego, co mogłoby się na tej płycie dokonać, ale na razie, w ciągu tych dziesięciu minut z okładem, jeszcze się nie dokonało. Będziemy wyjątkowo cierpliwie czekać na tak zwany dalszy ciąg.


 

piątek, 15 listopada 2019

Kassap & Duboc! Landscapes! Trigger! Advent! I love you SDSS…! William’s Thing! Wachtelaer! Vasquez & Sama! Remember this November, what a summary!


Music! Music! Music! Improwizowany przewodnik w czasach nadprodukcji dźwięków pracuje nieprzerwanie z pełną mocą.

Dziś kolejna porcja nowych nagrań i znów garść nowych nazwisk do zapamiętania. Listopadowa zbiorówka aż kipi od emocji, jest bezczelnie wielogatunkowa, a każdy jej fragment naznaczony wielką muzyczną wolą improwizowania. Zaczniemy od Francji i nowości Dark Tree Records, potem kameralny wątek brytyjski, trochę awangardy krajowego Bociana, w jak najbardziej międzynarodowym towarzystwie, nowości Multikulti Project, wyjątkowo psychodeliczny wątek w twórczości belgijskiego perkusisty Dirka Wachtelaera, a na finał swobodna improwizacja z Argentyny. What a game!




Sylvain Kassap/ Benjamin Duboc  Le Funambule (Dark Tree, CD 2019)

Styczeń bieżącego roku, miejsce zwane Le Comptoir, Fontenay-sous-Bois, Francja. Na scenie: Sylvain Kassap na klarnecie i klarnecie basowym oraz Benjamin Duboc na kontrabasie, używał będzie także głosu. Pięć swobodnych improwizacji, 48 minut i kilkanaście sekund.

Le Funambule, to niebanalna, bardzo kameralna opowieść na klarnet i kontrabas. Dwie dłuższe improwizacje i trzy drobne, zmysłowe perełki. Wszystkie one zdają się być podszyte dramaturgicznym niepokojem oczekiwania na nadejście niemożliwego. Wybitny kontrabasista Duboc, która długo kazał sobie czekać na nowe nagrania, tu każdym dźwiękiem potwierdza klasę i wysoki poziom kreatywności. Gra głównie smyczkiem, szuka najniższych częstotliwości, buduje dramaturgię nagrania od pierwszej do ostatniej minuty. Towarzyszący mu klarnecista Kassap niestrudzenie stara się dotrzymywać mu kroku, nie rzadko z sukcesem, zwłaszcza wtedy, gdy sięga po klarnet basowy.

Pierwszą (długą) improwizację zdobi melorecytacja Duboca, która przysparza nagraniu dodatkowej porcji tajemniczości. Narracja toczy się w niemalże ślimaczym tempie, pełna jest kameralnej zadumy, minimalistycznej kontemplacji. Kolejna długa improwizacja (trzecia) bazuje na ciemnym brzmieniu klarnetu basowego. Muzycy nieustannie szukają kontaktu z ciszą, nie brakuje brzmieniowych niuansów, flażoletów, klarnetowych półdronów, tanecznych przebieżek smyczka. Duża zmienność akcji, użytych technik i poziomu emocji. Gdy Duboc proponuje bardziej oczywiste frazowanie pizzicato, czar delikatnie pryska, jakkolwiek takie momenty na płycie, to jedynie incydenty.  W krótszych improwizacjach warto wsłuchać się w minimalistyczną repetycję kontrabasu i preparacje klarnetu, czynione na dużej wysokości (drugi fragment), akcenty sonorystyczne plecione na tle wyjątkowo masywnego kontrabasu (czwarty fragment), wreszcie – w być może najciekawszym, piątym fragmencie płyty - moment stosunkowo intensywnej improwizacji, gdy klarnet basowy smakuje wschodnimi skalami, kontrabas tańczy z całkiem południowym temperamentem, a całość grzmi i łomoce, jakby muzycy tracili zmysły w opętańczym powtarzaniu fraz.




Dunmall/ Gibbs/ Taylor/ John Long  Landscapes  (FMR Records, CD 2019)

Brytyjska, piorunującą mieszanka doświadczenia i młodości, w kameralnym kwartecie bez instrumentu perkusyjnego - Paul Dunmall na saksofonie sopranowym i flecie, Philip Gibbs na gitarze, Benedict Taylor na altówce i Ashley John Long na kontrabasie. Opowieść w sześciu częściach, 56 minut i 8 sekund (Bristol, Victoria Rooms, wrzesień 2018r.).

Swobodna improwizacja w wydaniu brytyjskim, to na ogół klasa sama w sobie. Nie inaczej jest na płycie Landscapes. Z jednej strony weteran free jazzu, z drugiej trójka młodszych, głodnych wrażeń i jakże bystrych partnerów. Na płycie prezentują trzy dłuższe improwizacje w kwartecie i trzy krótsze w tak zwanych podgrupach (duet i dwa tria). Dunmall zostawia kolegom dużo przestrzeni. Gdy sięga po sopran czasami wypełnia jedynie tło. Tak, jak w pierwszej części – śpiewa na wezgłowiu, podczas gdy gitara kreśli zmyślne pętle, kontrabas drży pizzicato lub płynie umiarkowanie wysokim smyczkiem, a altówka rysuje bruzdy w ziemi i na ogół cudownie preparuje (Taylor trzyma klasę mistrzowską od pierwszego ostatniego dźwięku!). W drugiej dłuższej improwizacji (piąty trak), napięcie budowane jest stopniowo. Najpierw kameralny niepokój sieją kontrabas i altówka. Gitara włącza się po niespełna dwóch minutach i niesie na gryfie sporą garść psychodelii. Sopran, ze śpiewem na ustach, pojawia się po kolejnych dwóch minutach. Muzycy budują zmysłową opowieść często reagując w parach: gitara z saksofonem, kontrabas z altówką. Po znaczącym spowolnieniu, w środku prawie 17 minutowego utworu, ster narracji przejmuje Dunmall i pozostaje szefem ekspozycji do samego jej końca. W ostatnim utworze dużo dobrego robi też mając flet pomiędzy zębami, szczególnie gdy przez kilka chwil płynie tylko w towarzystwie Taylora.

W tak zwanych mniejszych składach muzycy również ślą do nas wyłącznie smakowite pozdrowienia dźwiękowe. Druga część, to duet saksofonu i kontrabasu, który siłą rzeczy najbliższy staje się estetyce free jazzowej. Wyśmienita jest część trzecia, gdy sceną rządzą trzy strunowce – świetne reakcje, na ogół metodą call & responce! Czwarta część to trio fletu, gitary i altówki – stylowa, umiarkowanie emocjonalna zabawa w wyłącznie udane preparacje, innymi słowy kameralistyczny szczyt jakże udanej Landscapes.




Trigger plus Jérôme Noetinger  Camera Obscura (Bocian, CD 2019)

Nils Ostendorf na trąbce, Matthias Müller ma puzonie i Chris Heenan na klarnecie kontrabasowym, czyli trio Trigger oraz Jérôme Noetinger - wg opisu na okładce płyty revox tape recorder, czyli po naszemu, coś na kształt … live proccesing, reel to reel time sound deconstructions. Nagranie koncertowe z grudnia 2014 roku (NK, Berlin), cztery akustyczne improwizacje dewastowane soczystą syntetyką – łącznie 44 minuty i 9 sekund.

Prychające, skrzeczące, drżące i syczące tuby trzech instrumentów dętych, których brzmienie filtrowane jest na kablach i tamże zwinnie dekonstruowane - reeds’ slow dancing in electroacoustic environment, notuje recenzent językiem Szekspira. Jakby nowy wymiar akustyki puzonu, trąbki i muskularnego klarnetu kontrabasowego. Dronowe ekspozycje z akustycznymi zdobieniami, modulowane sercem skwierczącej syntetyki. Gdy potokiem fonicznych wydarzeń rządzi największy z klarnetów, jakość narracji rośnie wymiernie. Gdy władzę przejmuje syntetyka, a chwilami potrafi czynić to bardzo niewybrednie, czar opowieści delikatnie pryska (choćby druga część pierwszej opowieści, a także fragmenty drugiej). Free chamber podłączone pod prąd wysokiego napięcia zdecydowanie lepiej radzi sobie w momentach dramaturgicznej równowagi akustyczno-elektronicznej, jak choćby w początkowej fazie utworu drugiego i w całym piątym. Bywa także, iż syntetyka dominuje, ale nie jest nadmiernie inwazyjna i udanie kooperuje z akustyką, jak ma to miejsce w utworze czwartym.

Zdecydowanie najciekawiej na całej płycie walka dobra ze złem wypada w trzeciej, najdłuższej improwizacji, która trwa niemal 19 minut. Na wejściu odnotowujemy sporo dźwięków akustycznych. Po podłączeniu pasm grzmiącej syntetyki, flow opowieści lepi się w jeden potok zmysłowej elektroakustyki. Crème de la crème tej części ma miejsce w momencie, gdy przestrzeń, jaką stwarza live proccesing nabiera wręcz dubowej głębi. Równie smakowite są ostatnie dźwięki tej improwizacji, które snują się zwinną post- akustyką, po czym łapią kilka dronowych pocisków, by po chwili zgasić płomień narracji w pełni akustycznymi dźwiękami.




Phil Minton/ David Maranha/ Gerard Lebik  Advent (Bocian, LP 2019)

Pozostajemy w szponach Bocianiej post-awangardy. Znów nagranie, które czekało na edycję całe pięć lat, ale definitywnie było warto! Phil Minton – głos, David Maranha – organy i Gerard Lebik – generators. Koncert w obiekcie sakralnym w Warszawie trwa 34 minuty i 44 sekundy.

Pulsująca ciszą, duża, oddychająca przestrzeń Kościoła, charkot ust i gardła – tak oto rozpoczyna się intrygująca, płynna, na poły ambientowa, post-elektroniczna podróż w nieznane z głosem ludzkim, jedynym w swoim rodzaju, rzec można – post-głosem! Dobra dramaturgia całości, mimo pewnej teatralności spektaklu i ilustracyjności niektórych partii instrumentalnych, z zaszytą w głębinach narracji swoistą epickością. Wraz z upływem czasu pierwszej strony winyla, pozorna kraina łagodności ustępuje elektro-akustycznym zadziorom. Minton, mistrz wokalny wszystkich epok w historii improwizacji, z każdą sekundą koncertu wnosi do narracji coraz więcej nowych, niespodziewanych fonii. Po chwili wyciszenia, w drugiej części pierwszego seta, przebiegle napędza spiralę improwizacji, a całość zaczyna brzmieć niczym Dead Can Dance na sterydach. Muzycy sięgają granicy hałasu, a przestrzeń wokół pachnie harshem i wonią upalonego kadzidła. Gaszenie płomienia soczystym ambientem, który wybrzmiewa niczym deszcz padający na aluminiowy parapet.

Druga opowieść nieco tłumi emocje na wejściu, by po odpowiedniej dawce rozgrzewki wyeksplodować pięknem głosowych szaleństw Mintona – muzyk krzyczy, śpiewa operowym głosem, nawet falsetem, śmieje się, wydmuchuje nos, używa scatu, beatboxingu, gwiździe i rechocze. W tle organy plotą zwinną opowieść inside/ outside. Tło instrumentalno-elektroniczne koncertu, które czasami zdaje się być odrobinę monotonne, na ostatniej prostej nabiera wiatru w żagle i niesie Mintona na sam szczyt najwyższej góry.




Strycharski/ Kacperczyk/ Szpura  I love you SDSS J124043​.​01​+​671034​.​68 (Multikulti Project, CD 2019)

Czas na rozwinięcie w pełni krajowego wątku naszej dzisiejszej zbiorówki i zaprezentowanie płyty, która z pewnością dzierży palmę pierwszeństwa w kategorii Najdłuższy Tytuł Nowoczesnej Europy. Dominik Strycharski – flety proste (Soprano C, Soprano B, Alto E, Tenor C, Bass F), Łukasz Kacperczyk – syntezatory modularne oraz Paweł Szpura – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie z grudnia 2017 roku (Ladom), pięć dalece swobodnych improwizacji, 36 minut i 20 sekund.

Szelest i szum drummerskich szczoteczek, flet wydający puste dźwięki i pomruk rozgrzewającej się maszynerii syntezatorowej – w ten oto sposób budzi się do życia mała, zgrabna improwizacja, kreowana w skupieniu, z pewnym artystycznym wyrachowaniem, napędzana bez brawury, ze świetną komunikacją wewnętrzną. Pełne równouprawnienie dźwięków żywych i syntetycznych, to kolejna konstytuanta tego nagrania, podobnie jak zasada kolektywnego tworzenia wszelkich opowieści na nim zawartych, gdyż obraz całości jest dla każdego z muzyków ważniejszy niż indywidualna, choćby najbardziej swobodna ekspozycja.

Każdy z utworów ma tu swoją dramaturgię, na ogół budowany jest nieśpiesznie, często bazuje na zwinnych repetycjach, w czym prym wiedzie Kacperczyk, który w kilku momentach płyty stwarza aurę czegoś, co moglibyśmy określić mianem post-techno. Czyni to często zwłaszcza w dwóch końcowych improwizacjach, które zresztą nie tylko dzięki temu zabiegowi, śmiało uznać możemy za najlepsze na płycie. Czwarty fragment na wejściu jest bardzo oniryczny, flet śpiewa czystym tembrem, jest ciekawie wyeksponowany, a post-syntetyka buduje zmysłowe tło. Pogłos tworzy nastrój permanentnie, dobrą robotę czyni perkusja. Pod koniec tej części flet brzmi bardzo bogato, niemal barokowo, frywolnie płynąc po nieboskłonie. Finałowa improwizacja rodzi się w leśnych gęstwinach, pleciona jest z intrygująco brzmiących pasm elektroakustyki. Bije żywy beat post-techno, a każdemu dźwiękowi towarzyszy pewien niepokój, aura tajemniczości. Syntetyka brzmi inaczej niż dotychczas, flet brudzi swoje brzmienie, perkusja stawia stemple niczym certyfikaty jakości - mamy wrażenie, że każdy z muzyków chciałby jeszcze w tym nagraniu podokazywać! Do ostatniego dźwięku trio prowadzone jest przez repetującą syntetykę.




William's Things (Michał Górczyński, Sean Palmer, Tomasz Wiracki)  A Soul Not All of Wood (Multikulti Project, CD 2019)

Zapraszamy na spektakl poezji śpiewanej! Po intrygującej przygodzie ze słowem William Blake’a, Michał Górczyński (klarnet kontrabasowy, kompozytor), Sean Palmer (śpiew) i Tomasz Wiracki (fortepian) biorą na warsztat lirykę Henry’ego Davida Thoreau’a. Nagranie powstałe w … lesie, w czerwcu ubiegłego roku, składa się z jedenastu piosenek, które trwają 38 minut i 41 sekund.

Płyta ukazała się w ramach serii Outer Limits, co dobrze oddaje jej wymiar stylistyczny. Warto jednak dodać, iż w przeciwieństwie do pierwszej płyty formacji, którą od tego czasu nazywamy Williams’ Things, nowe nagranie usytuowało się także w kategorii Outer Improvisations. Z punktu widzenia recenzenta Trybuny stanowi to pewną niedogodność, ale absolutnie nie odbiera uroku temu nagraniu i nie deprecjonuje świetnej muzycznej roboty każdego z jego twórców. Piosenki z dużą klasą – to dobry epitet!

Muzykom w trakcie nagrania towarzyszy nieprzerwanie dźwięk lasu i śpiewających ptaków. Cała płyta jest jednym trakiem i płynie przez nasze uszy wyjątkowo przyjemnym strumieniem dźwiękowym. Głos aktora, który potrafi zaśpiewać wszystko, klarnet kontrabasowy, który zawsze brzmi wyjątkowo dobitnie i fortepian, który w tej konfiguracji ma zadania głównie rytmiczne. Zwróćmy zatem uwagę na najciekawsze fragmenty A Soul Not All of Wood. Druga piosenka budowana jest wrzaskiem, krzykiem, wręcz szczekaniem, a w role interlokutorów wcielają się wokalista i klarnecista. Równie ekspresyjna jest także część ósma. Trzecią piosenkę buduje przeszywający nasze zwoje nerwowe dron klarnetu. Tenże sam instrument w piątej pięknie grzmi i łomocze, podając zwinnie nobliwą melodię. W siódmej narracja budowana jest przez rytmiczne klaskanie, a całość pachnie zmysłowym gospel. Równie emocjonalna jest część dziewiąta, bardzo taneczna, pełna wdechów i wydechów, nawet z elementami funk i wokalnego scatu. Dwie ostatnie piosenki, to niemalże kołysanki, zdobione czerstwym, ale i niepowtarzalnym brzmieniem klarnetu kontrabasowego.




Jonas van den Bossche/ Alec Ilyine/ Dirk Wachtelaer  Double Threat (DW bandcamp, DL 2019)

Przenosimy się do Belgii na dwa spotkania ze stałym gościem naszych cyklicznych zbiorówek, perkusistą Dirkiem Wachtelaerem. Dodajmy – oba niezwykłe, skąpane w gitarowej psychodelii! Chwilami będzie bardzo kwaśno, czasami także bardzo energetycznie! Najpierw Podwójne Zagrożenie: Jonas van den Bossche i Alec Ilyine na gitarach elektrycznych oraz nasz bohater, oczywiście na perkusji. Nagranie studyjne z marca br., pięć swobodnych improwizacji, 42 i pół minuty.

Opowieść budują dwie gitary posadowione na przeciwległych flankach. Ta lewa lubi rockowe zagrywki, przestery, jest w ciągłym ruchu, sieje ferment, brudzi brzmienie, dekonstruuje niemal każdy napotkany dźwięk. Ta druga, usytuowana na prawej stronie, częściej sięga po dłuższe wypowiedzi, z ogromną przyjemnością zanurza się w ambiencie, który w jej wykonaniu przyjmuje najróżniejsze barwy, od głuchego dark po ulotne blue. Dwie gitary, jakby dwa odmienne spojrzenia na swobodną improwizację, kipiącą psychodelią i post-rockiem. Środkiem narracji pędzi (choć czasami także efektownie stopuje) wrażliwy i jednocześnie temperamentny perkusista. Zwinnie trzyma obu szalejących gitarzystów w pionie, dba o dramaturgię całości, ale nie stroni też od indywidualnych, bardzo swobodnych ekspozycji.

Trudno wskazać w tym doskonałym nagraniu lepsze momenty – każda minuta zasługuje tu na nasze uznanie.  Krew krąży w naszych żyłach być może najszybciej w trakcie drugiej, najdłuższej improwizacji. Budowana jest ona z mozołem, na starcie pełna małych, zwinnych, gitarowych spiętrzeń, świetnie komentowanych przez perkusję. Narracja rodzi się na brudnych, czerstwych plamach post-gitarowego zgiełku. Po pewnym czasie obie gitary tańczą i swawolą, perkusja zaś płynie masywnym, dominującym strumieniem. Po stadium full power, opowieść długo wybrzmiewa pięknymi, gitarowymi pętlami. Trzeci fragment kreowany jest na jeszcze silniejszym dysonansie – lewa gitara preparuje post-rockowo, prawa zanurza się w czystym deep blue ambiencie. Mały drumming dopełnia obrazu całości. Oddychająca post-cisza, która z czasem nabiera niebywałej mocy i przekształca się w coś, co zgrabnie można by określić jako full psychodelic disaster! Wreszcie finałowa improwizacja, budowana na rockowym drummingu, pełna gitarowych fuzzów i zrogowaceń na obu gryfach. Mantra rytualnych powtórzeń, która doprowadza opowieść pod ścianę dźwięku, tworzoną już przez wszystkich uczestników szalonego Double Threat. Na ostatniej prostej na scenie zostają już tylko samotne gitary. Ta lewa sprzęga się w konwulsjach, ta druga lewituje ciszą.




Farida Amadou/ Cécile Broché/ Alec Ilyine/ Dirk Wachtelaer  Face Dial (DW bandcamp, DL 2019)

Pozostaje z nami dwie-trzecie Double Threat (Ilyine, Wachtelaer), dochodzą: Farida Amadou na basie elektrycznym i Cécile Broché na skrzypcach oraz elektronice (nie zagra w pierwszym utworze). Luty br., to samo studio, znów pięć improwizacji, tym razem jednak prawie 80 minut muzyki.

Face Dial, choć nagrane miesiąc wcześniej niż Double Threat, możemy potraktować jako pewnego rodzaju rozwinięcie wątków podjętych na płycie, którą omówiliśmy piętro wyżej. Elektryczny bas i rozchełstane elektroniką skrzypce bardzo udanie zastępują lewego gitarzystę. Ten prawy, ambientowy, wciąż jest z nami, nadal czyni niemal same cuda. Równie dobrą robotę wykonuje perkusista. Jeśli mielibyśmy wskazać mankament Face Dial, to z pewnością jest nią … długość nagrania. Jak za chwilę wykażemy, omawiając płytę bardziej szczegółowo, całkiem śmiało mogłaby się ona zakończyć po trzeciej improwizacji, czyli mniej więcej po 52 minutach.

Face Dial otwiera aura intensywnej stagnacji – warkot basu, brudna pulsacja gitary, okrężny, aktywny drumming. Prawdziwie post-rockowa rzeźnia, narracja pełna psychodelicznych wdechów i wydechów bardzo swobodnej improwizacji. Bas rysuje pętle, bywa, że frazuje na jazzowo, gitara stawia płaszczyzny ambientu o niezliczonej ilości barw, dodaje narracji przestrzeni i odpowiedniego pogłosu. Od drugiego utworu do gry włączają się skrzypce, raz za razem ciekawie rozwijane przez nienachalną elektronikę. Opowieść toczy się gęstym, masywnym ściegiem. Kind of psycho acid fussion as well! Muzycy często osiągają stan ognistej erupcji, ale bez problemu łapią też oddech w rejonach bliższych ciszy. Wiele doskonałych momentów odnotowuje gitarzysta, drummer zaś trzyma wszystko w dramaturgicznych ryzach. Trzecia improwizacja startuje z poziomu intrygujących, małych preparacji. Ze strzępów dźwięków muzycy budują bardzo zwinną i gęstą opowieść. Umiejętność symbiotycznego łączenia się czterech instrumentów w potok swobodnej improwizacji, to niewątpliwie siła tej płyty. No i właśnie, od czwartej improwizacji, ta przywara kwartetu zaczyna słabej działać, jakby formuła dotychczasowej improwizacji delikatnie się wyczerpała. Nie brakuje indywidualnych, bardzo udanych fraz, ale całość nie lepi się już tak zgrabnie w spójną opowieść. Sam finał łapie wszakże ognistą poświatę i w 80 minucie nie czujemy się znużeni Face Dial. Co nie zmienia faktu, iż płyta jest odrobinę zbyt długa.




Pablo Vazquez/ Hernan Sama  El Nombre Del Ritual (Creative Sources, CD 2019)

Na finał dzisiejszych zbiorowych szaleństw zaglądamy do Buenos Aires. Kwiecień 2018 roku, Estudio Libres, a w nim Pablo Vazquez na kontrabasie i Hernan Sama na saksofonie. Trzynaście improwizacji, łącznie 47 i pół minuty.

Nazwa Rytuału, to absolutnie bezpretensjonalna, swobodna improwizacja, silnie zakorzeniona w jazzie. Niektóre utwory są bardzo krótkie, inne, dłuższe mają nieco ponad 5 minut. Różne techniki gry, melodyjne frazy open jazzu, ale i sonorystyczne zabawy czynione w świetnej komunikacji wzajemnej. Gdy trzeba muzycy z Argentyny śmiało wchodzą w świat zawsze bardzo udanych preparacji. Oto kolejny dowód na to, iż świetna muzyka powstaje w każdej części świata i mówi nieskończoną ilością języków.

Choćby klimat otwarcia – proste akordy kontrabasu, ogrywane przez suchy tembr saksofonu. Wyrazista narracja, świetna akustyka studia, czyste, wyzwolone ze schematów brzmienie, dobry warsztat muzyczny. Gdy trzeba saksofon brudzi swój sound, a palce kontrabasisty zwinnie tańczą na gryfie (drugi odcinek). Już tylko krok, by utonąć we wzajemnej imitacji i płynąć jednym, zwartym strumieniem. W kolejnej części bystre preparacje obu instrumentów, wspierane są głosami muzyków, którzy burczą i melorecytują teksty w nieznanym języku. W piątym utworze pięknie trzeszczy tuba saksofonu, a w ósmym pojawia się wysoko zestrojony smyczek na gryfie kontrabasu, który zmysłowo śpiewa na tle saksofonowych dronów. Podobna sytuacja ma miejsce w utworze dziesiątym, dwunastym i trzynastym. Ale przed nimi, w utworze dziewiątym, dzieją się chyba rzeczy najpiękniejsze – najpierw garść preparacji, także z użyciem gardła, potem zabrudzony walking kontrabasu i saksofon, który szuka dna tuby, wreszcie gardłowe melorecytacje, jakby żywcem przeniesione z dalekiego wschodu, z jakiejś tybetańskiej wioski zasypanej śniegiem. Piękny moment! Płytę uzupełnia kilka bardziej jazzowych fragmentów, które są okazją do wykazania się przez obu instrumentalistów, iż w tej, bardziej melodyjnej dziedzinie życia, radzą sobie równie doskonale.



wtorek, 3 września 2019

New Wave Of Impromptu! 3.Spontaneous Music Festival 2019! Kick Off at October 3rd!



Trzecia edycja Spontaneous Music Festival – z tytułem własnym „New Wave Of Impromptu” - kontynuuje eksplorację najciekawszych zjawisk muzyki swobodnie improwizowanej na Starym Kontynencie. Tegoroczna edycja rozszerza jednak ów programowy krąg zainteresowań o muzykę improwizowaną, budowaną na bazie wcześniej zdefiniowanych notacji graficznych, a także estetykę dark ambient! Festiwal odbędzie się w Poznaniu do 3 do 6 października br. w klubach Dragon i Pawilon.





Wyżej wspomniane, nowe zjawiska festiwalowe dostarczy główny rezydent wydarzenia, belgijski gitarzysta Dirk Serries. Artysta legenda w obszarze muzyki elektronicznej i ambientowej (jako VidmaObmana i Fear Falls Burning), od lat także ważna postać europejskiej muzyki improwizowanej, szef artystyczny wydawnictwa „A New Wave Of Jazz”. Muzyk zagra w trakcie festiwalu aż czterokrotnie – w ramach swobodnie improwizujących Kodian Trio i duetu z altówką, przewodzić będzie dużemu składowi Tonus Ensemble, który improwizować będzie w estetyce minimal music przy użyciu wcześniej przygotowanego scenariusza (notyfikacji graficznej gitarzysty, powstałej specjalnie na potrzeby festiwalu), wreszcie zaprezentuje solowy, gitarowy set muzyki ambient. Ten ostatni, ekskluzywny występ, uświetni urodziny muzyka, które przypadają dokładnie w dniu 4 października.

Doskonałym uzupełnieniem prezentacji dorobku Serriesa na poznańskim Festiwalu będą koncerty uznanych w Polsce i na świecie gwiazd muzyki jazzowej i improwizowanej. Na festiwalowych scenach zagrają m.in. niemiecki trębacz Axel Dörner (pierwsza wizyta w Poznaniu) z kwartetem The Electrics (z udziałem szwedzkich przyjaciół - Sture Ericsona, Joe Williamsona i Raymonda Strida), amerykański saksofonista Ken Vandermark w trio z absolutną ekstraklasą polską - Mikołajem Trzaską i Michałem Górczyńskim (jako Details In The Air), wreszcie kataloński saksofonista Albert Cirera w duecie z Ramonem Pratsem.  W ramach formacji z udziałem Dirka Serriesa, na scenie poznańskich klubów zaprezentują się także młode lwy z Wielkiej Brytanii – znani z poprzedniej edycji Festiwalu, saksofonista Colin Webster i perkusista Andrew Lisle oraz – po raz pierwszy w Polsce – altowiolista Benedict Taylor.  Ostatni z wymienionych muzyków zagra także set solowy.

W gronie uczestników Festiwalu nie zabraknie muzyków improwizujących z Poznania i Wielkopolski – zagra, co jest już tradycją spontanicznych festiwali, Poznańska Orkiestra Improwizowana, a w mniejszych składach oraz w ramach Tonus Ensemble zaprezentują się także - Witold Oleszak, Paweł Doskocz, Ostap Mańko i Anna Szmatoła.

Obok zaprezentowanych wyżej składów, które funkcjonują artystycznie na scenach Europy i świata od dawien dawna, widzowi będą mogli obejrzeć konfiguracje personalne złożone z muzyków, którzy zagrają ze sobą po raz pierwszy. To także cenna i kultywowana od pierwszej edycji zasada Spontaneous Music Festival w Poznaniu.

Szczegółowy program Festiwalu

3.10, czwartek
Dragon Social Club
19.00 – Otwarcie festiwalu, Intro solo (Witold Oleszak fortepian)
20.00 - The Electrics (Sture Ericson saksofon, Axel Dörner trąbka, Joe Williamson kontrabas, Raymond Strid perkusja)
21.00 - Kodian Trio (Colin Webster saksofon, Dirk Serries gitara elektryczna, Andrew Lisle perkusja)

4.10, piątek
Dragon Social Club
19.00 – Ad Hoc Quartet (Colin Webster saksofon, Witold Oleszak organy Hammonda, Paweł Doskocz gitara elektryczna, Andrew Lisle perkusja)
Pawilon
21.00 – Benedict Taylor solo (altówka)
22.00 – Dirk Serries solo ambient (gitara elektryczna)
Dragon Social Club
23.30 – Jam Session, Urodziny Dirka

5.10, sobota
Dragon Social Club
18.00 – Ad Hoc Duo (Colin Webster saksofon, Albert Cirera saksofon)
19.00 – Dirk Serries / Benedict Taylor Duo (gitara akustyczna, altówka)
20.00 – Duot (Albert Cirera saksofon, Ramon Prats perkusja)
21.00 – Tonus Ensemble (Dirk Serries gitara akustyczna, Paweł Doskocz gitara akustyczna, Witold Oleszak fortepian, Colin Webster saksofon, Benedict Taylor altówka, Ostap Mańko skrzypce, Andrew Lisle perkusja, Anna Szmatoła wiolonczela)

6.10, niedziela
Miejsce TBA
18.30 - Poznan Improvisers Orchestra/ Poznańska Orkiestra Improwizowana (m.in. z gościnnym udziałem Benedicta Taylora)
Dragon Social Club
20.00 - Details In The Air (Michał Górczyński, Mikołaj Trzaska, Ken Vandermark – klarnety)

Organizatorzy:
Trybuna Muzyki Spontanicznej / Dragon Social Club
Współorganizator: LAS, Partner: Pawilon
Patronat:
Dwójka - Program 2 Polskiego Radia / PopUpMusic.pl / Jazzarium.pl / Zoharum - new experimental art / Maciej Lewenstein


Oficjalna strona Festiwalu: