Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luis Lopes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Luis Lopes. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 maja 2025

The May’ Round-up: Minton & Solberg! BonBon Flame! Léandre & Karałow! Wallace! Bagnasco! Arpyies! Nóbrega! Manna! Trzaska & Daktyle!


Na majową zbiorówkę czas najwyższy! Dziewięć nowych albumów obleczonych czerstwymi metaforami redakcji czeka już na Wasz odczyt, odsłuch, a potem zakupy! Śpieszcie się kupować muzykę improwizowaną, tak szybko odchodzi!

Dziś prawdziwie wrzący tygiel nazwisk, emocji, gatunków i nieoczywistych atrakcji. Zaczynamy w Oslo w bardzo gwiazdorskim zestawie personalnym, potem podwojona Francja, ta druga z akcentem krajowym, Ameryka zmieszana z Argentyną, ale albo z Berlina, albo z Hiszpanii, niebanalny i dość nietypowy, podwójny wątek portugalski, wreszcie krajowe albumy z dużą dawką post-akustycznej elektroniki.

So, welcome to heaven and hell of improvised music!



 

Phil Minton & Ståle Liavik Solberg True (Nice Things Records, CD 2025).

Blow Out, Kafe Hærverk, Oslo, listopad 2023: Phil Minton – głos oraz Ståle Liavik Solberg – perkusja, instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 38 minut.

Głos jedyny w swoim rodzaju, podobnie perkusja i perkusjonalia – oba źródła fonii w strumieniu sugestywnej, świetnie skomunikowanej interakcji. To nagranie koncertowe z dalekiej Norwegii nie mogło nie rozpocząć naszej comiesięcznej zbiorówki. I to z wysokiego c! Definitywnie True!

Filigranowy drumming Solberga i gardłowe modlitwy Mintona otwierają spektakl, w którym nie będzie pustych przebiegów. Brytyjczyk, jak zawsze, ma tu tysiące twarzy - bywa leniwym kociskiem, czupurnym przedstawicielem klanu naczelnych, mówi, śpiewa, gdacze, piszczy, skomle i sepleni. Myje zęby, płucze gardło i mruczy przy goleniu. Na każdą akcję, tudzież ripostę czujnego Norwega, wyczulonego na niuanse, mistrza małych dramatów, ma swoją odpowiedź, tudzież zaczyn nowej fabuły. Razem są w stanie wzniecić ogień w ułamku sekundy, równie wiele czasu potrzebują, by sięgać po pojedyncze farzy, strzępy dźwięków. Ich ekspresja jest tu takim samym narzędziem zbrodni, jak liryzm i głęboko ukryta melodyka, a nawet pokrętna taneczność. W okolicach dziesiątej minuty Minton gwiżdże jak ptak, a towarzyszą mu perkusyjne szczoteczki. Do tego motywu powraca pod koniec improwizacji, mając do dyspozycji talerzowy akompaniament. Po upływie kwadransa gdacze jak kura na grzędzie, świszcze niczym czmiele w locie krzyżowym. W dalszej fazie improwizacji nie brakuje teatralnych inscenizacji, partii kabaretowych, tudzież pijackich dyskusji i ulicznych histerii o zmierzchu. Solberg trzyma dramaturgię w każdym momencie, ma też kilka krótkich epizodów solowych. Finał koncertu jest bardzo ekspresyjny, podrasowany kocią melodią. A potem już tylko standing ovation!



 

BonBon Flamme Calaveras Y Boom Boom Chupitos (BMC Records, CD 2025)

BMC Studio, Budapeszt, luty 2024: Valentin Ceccaldi – wiolonczela, syntezator, Luis Lopes – gitara, syntezator, Fulco Ottervanger – pianino, syntezator, głos oraz Éthienne Ziemniak – perkusja, syntezator. Dziesięć kompozycji, 45 minut.

Pierwsza płyta międzynarodowego kwartetu francuskiego wiolonczelisty była wulkanem emocji, karkołomnych zdarzeń i temperamentnych interakcji. Ta druga nosi wszelkie znamiona debiutu, dodatkowo podlana jest prawdziwie meksykańskim chili. Muzyka do zabawy i tańca na tym albumie zyskuje także pewien ilustracyjny blask, świetnie nadawałaby się bowiem do wypełnienia soundtracku niejednego filmu Jima Jarmuscha, szczególnie umiejscowionego na osi czasu w odległych latach 80. i 90. zabawnego dwudziestego stulecia.

Pierwsza piosenka jest mroczna, ale melodyjna, niemal post-bluesowa, druga i trzecia sięgają po latynoska taneczność i nieprzewidywalność. Całość kąszona jest wokalem wprost z Moulin Rogue, space-rockową, eksplodującą gitarą i odrobiną delikatnej kwasowości. Czwarta historia żywcem wyjęta została z klasycznego filmu noir, zdaje się ilustrować wieczorny spacer złą stroną ulicy. W piątej części cała załoga przesiada się na syntezatory i bawi rytmem. Szósta część, to ragtime’owy klasyk Joplina zagrany po wariacku – noise rock łamany kołem zębatym, slapstickowa melodia do tupania nogą, krok w kierunku oryginału na pianie i finałowy pokaz fajerwerków. W kolejnych utworach tej szalonej płyty mamy jeszcze wystudzoną piosenkę z amerykańskiej prerii, rockową nawałnicę wspartą na brudnym flow syntezatora, a także przykład jak tłuste new romantic zamienia się w post-rockowy walec. Album wieńczy coś na kształt pożegnalnej ballady, której nie brakuje typowej dla BonBon Flamme dramaturgicznej brawury. 



 

Joëlle Léandre & Andrzej Karałow Flint (Fundacja Ensemblage, CD 2025)

Studio S4, Polskie Radio, Warszawa, listopad 2023: Joëlle Léandre – kontrabas oraz Andrzej Karałow – fortepian. Dziewięć improwizacji, 38 minut.

Francuska legenda improwizowanego kontrabasu wydała w Polsce wiele płyt, ale tylko incydentalnie są to nagrania z udziałem krajowych wykonawców. Tym bardziej zatem cieszy płyta z warszawskim pianistą, poczyniona wedle wszelkich reguł swobodnej improwizacji. Muzycy postawili na krótkie formy, kameralną wstrzemięźliwość w zakresie dawkowania ekspresji i siłę czystego, niemal krystalicznego brzmienia. W ich opowieściach nie brakuje niedopowiedzeń, dramaturgicznego zaniechania. To, czego nie zagrali zdaje się tu być równie istotne, jak to, co zagrali.

Léandre frazuje, jak to ma w zwyczaju, częściej techniką arco, a jej akcje pizzicato, to co najwyżej intrygujące interludia. Karałow pracuje zarówno na klawiaturze – tu bywa niekiedy dość ekspresyjny, jak i w pudle rezonansowym - tu raczej oszczędny i wstrzemięźliwy. Pośród dziewięciu na ogół dobrze unerwionych opowieści szczególnie podobać się mogą cztery z nich. Trzecia improwizacja szyta jest szmerami inside piano i pomrukami kontrabasowego smyczka. Minimalistyczna w formie, pięknie rozkwita na etapie rozwinięcia. Czwartą opowieść buduje rytm, jaki Francuzka wystukuje na pudle swego instrumentu. Akcja pianisty pachnie dla odmiany bluesem. Całość zostaje efektownie rozkołysana śpiewnym smyczkiem i siłą klawiatury. Część ósmą, podobnie jak szóstą, śmiało możemy zaliczyć do bardziej dynamicznych fragmentów albumu. Tu emocje kreują głośne frazy z samego dna fortepianu i wyjątkowo twardo brzmiący smyczek. Finałowa ekspozycja budowana z mozołem, początkowo sprawia wrażenia umiarkowanie spokojnej, z czasem nabiera jednak mocy i wynosi artystów, pracujących wszelkimi dostępnymi technikami, na efektowny szczyt.



 

Eli Wallace, Pablo Vazquez & Marcelo von Schultz Siesta (577 Records, CD 2025)

Kühlspot Social Club, Berlin, maj 2024: Eli Wallace: fortepian, obiekty, Pablo Vazquez – kontrabas oraz Marcelo von Schultz – perkusja. Osiem improwizacji, 45 minut.

Spotkanie amerykańskiego pianisty i argentyńskich kontrabasisty i perkusisty odbyło się w … stolicy Niemiec. Tak, świat to naprawdę mała wioska, zwłaszcza ta improwizowana. Znamy całą trójkę doskonale z niejednego nagrania, zatem i bez słuchania tego albumu wiedzieliśmy, że to musi być naprawdę dobre granie. A po wysłuchaniu? Jesteśmy pewni, to więcej niż dobre granie. Swobodny jazz wymieszany z kreatywną post-kameralistyką, świetnie zinstrumentalizowany i dramaturgicznie spójny. Trio grało w ubiegłym roku w Polsce, niech żałują ci, co nie widzieli (patrz: niżej podpisany).

Muzyczna Siesta w tym wypadku, to osiem improwizacji - niektóre krótkie, ledwie 2-3 minutowe, inne dłuższe 8-9 minutowe. Samo otwarcie trwa nawet krócej niż dwie minuty. Kreśli ją aktywna perkusja, surowo brzmiące klawisze fortepianu i matowy kontrabas, który równie chętnie pracuje jazzowym pizzicato, jak i ponadgatunkowym, dalece intrygującym arco. W kolejnych odsłonach artyści z gracją zawiązują narrację, odważnie sięgają po dźwięki preparowane, a na etapie rozwinięcia nie szczędzą sobie ekspresji i wyrafinowanych interakcji. Ciekawie prezentuje się trzeci epizod, który muzycy zaczynają w trybie leniwego post-bluesa, ale dość szybko osiągają wysoki poziom kreacji szyty rytmem i dobrze dawkowana dynamiką. Świetnie pracuje tu drummer i nie jest to odosobniony przypadek na tym albumie. W utworach piątym i siódmym improwizacja na ogół kołysze się na wietrze dostarczając mnóstwo brzmieniowych subtelności – wysmakowanych preparacji i niebanalnej post-dynamiki. Szósta historia, to pełnokrwisty jazz, znów świetnie posadowiony na drive’ie perkusji. Finałowa ekspozycja łączy dysonujące sfery - nostalgiczny tembr piana z klawiatury oraz plejady szumów i szmerów nasiąkniętych podskórnym rytmem, generowanym przez stronę argentyńską.




Luciano Bagnasco Diaphanous (Plus Timbre, DL 2025)

Okoliczności domowe (?), luty 2025: Luciano Bagnasco – gitara. Sześć utworów, 25 minut.

Artystyczne losy tego osiadłego w Hiszpanii argentyńskiego gitarzysty śledzimy na bieżąco i nie ma w tym fakcie odrobiny przypadku. Muzyk to bowiem niebywale intrygujący, zawsze mający coś ciekawego do zaprezentowania w jakże ogranym idiomie gitary elektrycznej. Nie inaczej jest w przypadku jego nowego, krótkometrażowego albumu solowego.

W krótkim gemie otwarcia Luciano proponuje garść gitarowych sprzężeń, które giną w mroku niedopowiedzenia. W drugiej odsłonie strzępy fonii spływające z tłustego gryfu zaczynają nabierać dubowej poświaty, filtrowane delikatnym delayem. Pokancerowane, jak znaczki pocztowe ze starego klasera, hałaśliwie pulsują, tańczą niczym wróble na rozgrzanym dachu. Trzeci epizod, to czerstwy post-industrial, który w ostatecznym rozrachunku rozpływa się w strudze ciepłej krwi. W kolejnej części muzyk kreuje mikrotonalne farzy, które wpuszcza w pogłos, a potem lepi z nich ogniste pasmo rockowego hałasu, na koniec brzmiące niczym przepalony syntezator. W piątym utworze muzyk serwuje nam wystudzone, technoidalne farzy, które w ułamku sekundy stają się rozbujanymi, czystymi, gitarowymi akordami. Wreszcie ostatni epizod - silnie sfuzzowany gitarowy wyziew nabiera tu z czasem zarówno mocy, jak i podstępnej melodyki. Jakby tłuste robaki wydobywały się z plastra krowiego łajna. Puentą albumu jest sprasowany, matowy ambient, który niczego nie obiecuje.



 

Arpyies Iridescente (Whatever Profound, CD 2025)

O’culto da Ajuda, Chinfrim Estúdios and Miradouro de Santo Amaro, Portugalia, czas nieznany: Ana Gonçalves Albino – gitara elektryczna, elektronika, syntezator, instrumenty perkusyjne, kompozycja, Catarina Custódio Silva – rożek francuski, kalimba oraz Maria do Mar – skrzypce, elektronika, instrumenty perkusyjne. Trzy utwory, 41 minut.

Czas na portugalską przygodę elektroakustyczną, tkaną wyłącznie kobiecymi rękoma, przeto delikatną, pełną dramaturgicznych niuansów i brzmieniowych smaczków generowanych całkiem rozbudowanym instrumentarium. Na album składa się krótkie intro, takież resume i zasadnicza, trwająca ponad dwa kwadranse opowieść główna. Album ekscytuje tylko w niektórych momentach. Postaramy się precyzyjnie je wskazać.

Początek pleciony jest niemal wyłącznie brzmieniami nieakustycznymi, mroczny, pełen głosów i równie tajemniczych … odgłosów. Część główna budowana jest na ogół żywym instrumentarium – słyszymy kalimbę, perkusjonalne zdobienia, pobłysk post-ambientowej gitary, farzy dęte, które brzmią jak trąbka, choć albumowe credits wskazują na rożek francuski, no i przed wszystkim skrzypce, które niosą tu największy ładunek kreacji, skutecznie trzymają ciągle chwiejącą się, dość nielinearną opowieść w ryzach narracyjnych. Zdecydowanie najciekawsze momenty seta, to chwile, gdy z wystudzonej medytacji artystki przechodzą do narracyjnych spiętrzeń, drobnych eskalacji i kontrolowanych, krótkotrwałych wybuchów ekspresji. Półgodzinna jazda ma dwie takie chwile, tuż przed dziesiąta minutą i tuż po minucie dwudziestej. Na tle nieco przegadanej części zasadniczej smakowicie prezentuje się albumowa koda. Skrzypce płyną tu z ciszy, elektronika delikatnie pulsuje, gitara topi się w pogłosie, a wysamplowany (?) głos buduje zanurzone w ambiencie zakończenie.



 

João de Nóbrega Pupo Ao Ser Sereno (Colectivo Casa Amarela, Kaseta 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: João de Nóbrega Pupo – wszystkie dźwięki. Pięć utworów, 44 minuty.

Pozostajemy w Portugalii, tym razem toniemy jednak w odmętach kreatywnego, dobrze sformatowanego ambientu. Opowieść jest zwarta, nieprzegadana (o co bywa trudno w gatunku), podzielona na pięć zgrabnych odcinków, z których ten środkowy trwa prawie dwadzieścia minut, co nie zmienia faktu, iż cały album jest jednym, nieprzerwanym ciągiem dźwięków. Nie pozostaje nam nic innego, jak bezceremonialnie zasłuchać się w tej opowieści.

Album ma spokoje otwarcie zanurzone w mrocznej poświacie, czasami bogacone dźwiękami miasta i delikatnymi skwierczeniami na flankach. Narracja płynie szerokim strumieniem i zdaje się dawać wytchnienie po ciężkim dniu. To jednak pozór, bowiem już po chwili mamy intrygujące interludium, które syci opowieść post-perkusyjnym, elektronicznym stukotem. Ambient wraca w czerstwej, matowej, niemal stojącej w miejscu postaci. Owa mroczna medytacja dostaje dubowej poświaty, co świetnie buduje dramaturgię kolejnych chwil. Raz po raz w grze pojawiają się nowe, niekiedy bardzo żywe fonie (choćby piana), ale giną one w strudze gęstego wątku głównego. Narracja nabiera molowych barw i pewnej post-organowej melodyki. Nie brakuje odgłosów życia, co tylko unerwia i tak już emocjonalną opowieść – słyszymy zarówno przelatujące ptactwo, jak i dźwięk silników odrzutowych, tudzież bijące dzwony i głos, który recytuje. Końcowa partia albumu znów jest bardzo mroczna, dronowa, upstrzona frazami, które moglibyśmy odebrać jako ludzki krzyk.



 

Sokołowski, Stasiewicz & Leszoski Manna (Antenna Non Grata, CD 2025)  

Czas i miejsce akcji nieznane: Kuba Sokołowski - inner piano, obiekty, Paweł Stasiewicz - inner piano, obiekty, głos oraz Paweł Leszoski – programowanie. Cztery utwory, 41 minut.

Jak należy domniemywać, dramat improwizacji zawiązuje się tu we wnętrzach pudeł rezonansowych fortepianów i jest konsumowany/ przeredagowywany procesem programowania. Nagranie, którego bazą są frazy akustyczne zdaje się być poematem syntetycznego, szorstkiego ambientu. Naprawdę niewiele wiemy o istocie dźwięku, a zwłaszcza procesie jego powstawania. Oto przed nami kolejna lekcja.

Otwarcie albumu szyte jest żywym dźwiękiem uderzania, pocierania, ugniatania i rozciągania obiektów i strun. Rytmika upside down, ukryta melodyka cierpiącej materii. Całość nabiera post-industrialnej mocy, zapewne nie bez udziału zjawisk pozakustycznych, pulsuje i w końcu ginie w strudze ambientu. W drugiej odsłonie dronowa ekspozycja zgrzyta niczym piasek między zębami. Rośnie w niej udział fraz syntetycznych, post-akustycznych. Woda zamieci się tu w wino bez udziału sprawczego sił nadprzyrodzonych. Finałowe ukojenie, to tylko pozór. W kolejnej opowieści do kontrataku przystępują zjednoczone siły akustyki. Słyszymy struny, które tańczą w post-rytmie, delektujemy się tajemniczą meldoyka, która łapie równie zagadkowy pogłos. Walka żywego z syntetycznym idzie na całego! Kształt ostatniej historii sugeruje, iż akustyka przeszła do głębokiej defensywy. Modulowany, zgrzytliwy dron, głośny, niemal progresywny step, zaczyna pulsować jak mroczna impreza deep techno. Na finał wraca melodia, brudna, zniekształcona, wyciągnięta chyba wprost z laptopa Fennesza, oczywiście przy blasku zachodzącego słońca. Manna z gorejącego nieba.




Mikołaj Trzaska & Daktyle Transient Riot (Antenna Non Grata, CD 2025)

Laboratory of Culture Adebar, Kołobrzeg, maj 2024: Mikołaj Trzaska – saksofony, Marek Sadowski – perkusja, instrumenty perkusyjne, elektronika oraz Maciej Jaciuk – elektronika, bass-box, sidrax, daxophone, loops. Dziewięć utworów, 45 minut.

Na zakończenie majowej zbiorówki pozostaniemy z syntetycznym, tajemniczym akcesorium, które stanie w szranki improwizacji z bardzo realnym saksofonem, perkusją i całą armią przedmiotów i urządzeń, których jedynym celem jest wydawanie zaskakujących dźwięków. Trójka artystów, mnóstwo pomysłów (niektórych nazbyt wcześnie porzucanych) w trakcie temperamentnego koncertu na polskim wybrzeżu. Nie ma nudy!

Nagranie jest nieprzerywanym ciągiem dźwiękowym, co świetnie buduje jego dramaturgię. Elektroakustyczny, post-perkusjonalny początek inwokuje tu swobodną podróż saksofonu barytonowego w zgrabnie zarysowanej przestrzeni kosmicznej, posadowioną na utrzymującej linearność narracji perkusji. Gdy dęciak łapie rytm, elektronika ucieka w didaskalia, a konsensus osiągnięty zostaje w strumieniu urokliwej melodii. W kolejnych fazach koncertu artyści dość często piętrzą narrację, nadają jej dynamikę, sycą intrygującą ekspresją, ale także mnóstwem brzmieniowych smaczków. Sypią pomysłami jak z rogu obfitości. Toną w onirycznym świecie elektroniki, by za moment wspinać się na efektowne, free jazzowe wzgórze. Ukojeniem bywa medytacja, czyniona z tajemniczą, niemal etniczna melodyką, jak w trakcie odcinka szóstego. Zaraz po nim improwizacja nabiera rytmu, adekwatnej dynamiki i wpada w niemal kompulsywny taniec. I znów melodia zdaje się koić to, co zszargały emocje. Finał w fazie początkowej wydaje się leniwą post-balladą melodyjnego saksofonu, łapiącej rytm perkusji i wyważonej, smakowitej elektroniki w tle. Nim koncert dobiegnie końca czeka nas drobne spiętrzenie i stonowana, dobrze skonstruowana, nieco oniryczna finalizacja.

 

 


wtorek, 8 kwietnia 2025

Verhoeven, Lopes & Serries have Invincible Time!


Belgijski gitarzysta Dirk Serries, stały bywalec tych łamów, kontynuuje współpracę z muzykami portugalskimi. Tym razem proponuje spotkanie z gitarzystą Luisem Lopesem, którego również nie trzeba przedstawiać w zadanych okolicznościach gatunkowych. W zgrabnie zaaranżowanym trio spotykamy także Martinę Verhoeven, która dopełnia obrazu nagrania poczynionego w gronie dobrych znajomych trybunowej socjety.

Belgijka grywała onegdaj na kontrabasie i wiolonczeli, od pewnego czasu jest już na stałe pianistką, okazjonalnie sięgającą po instrument klawiszowy zwany crumar piano, który w omawianym dziś przypadku swym niepowtarzalnym brzmieniem stawia obu gitarzystów w intrygującej sytuacji dramaturgicznej i estetycznej.



 

Muzyków odnajdujemy w doskonale nam znanej, koncertowej … kaplicy w Brechcie. Dokumentacja fonograficzna ulepiona jest w jeden trak, ale śmiało w rozbudowanej, pięćdziesięciominutowej ekspozycji możemy wyróżnić trzy, a nawet cztery epizody. Nagranie inicjuje jazzowa gitara, która po niedługiej chwili liczyć może na wsparcie drugiej gitary. Ciepłe, delikatne piano pojawia się w grze po półtorej minuty. Bardzo ciekawie brzmiące otwarcie kojarzyć się może z debiutanckim nagraniem … Return To Forever sprzed ponad półwiecza. Tymczasem opowieść nabiera masy, ale nie tempa. Bardziej energiczne ruchy, szczególnie na klawiaturze, odnotowujemy po mniej więcej siedmiu minutach, z kolej po dwunastu frazy każdego z muzyków stają się bardziej zadziorne, a tempo wreszcie nabiera rumieńców. Nie brakuje dobrych reakcji, a brzmienie wszystkich instrumentów wydaje się w tym momencie dość podobne. Improwizacja staje się rytmiczna, tłusta, z delikatnym posmakiem intrygującej kwasowości. Po upływie siedemnastej minuty gaśnie wprost w niczym niezmąconą ciszę.

Nowy wątek budowany jest bardzo pieczołowicie. Na gryfie gitary Dirka pojawia się smyczek, piano Martiny brzmi wyjątkowo onirycznie, a gitara Luisa cedzi drobne frazy przez zaciśnięte zęby. Martwa ballada trwa kilka chwil, budowana zarówno w niskich partiach gitarowych, jak i wyższych, klawiszowych. Opowieść nabiera odrobiny tempa, pęcznieje też na szerokość. Brzmienie staje się mięsiste, szczególnie piana, niemal post-industrialne i niedalekie od hałasu. W okolicach dwudziestej szóstej minuty następuje kolejne tego wieczorku wystudzenie, tym razem nieoparte na chwili ciszy. Przez pewien czas na scenie panuje wystudzona, leniwa flauta, bez ogniska zapalnego, bez skłonności do podejmowania nowych decyzji dramaturgicznych. Ów martwy taniec przez moment staje się duetem bez Lopesa, opartym na plamach klawisza i gitarowych, suchych akordach. Powrót do tria okraszony jest porcją pick-up’owej elektroniki, ale nie trwa długo, gdyż na kolejne kilka chwil spektakl staje się samotnym udziałem Portugalczyka. Potem wspomaga go Belg.

Belgijka wraca do rozgrywki wysoko zawieszonymi frazami, a improwizacja w mgnieniu oka nabiera bardziej dynamicznego kształtu. Spiętrzenie jest o tyle intrygujące, iż tym razem każdy z artystów frazuje inaczej, niosąc indywidualną jakość. Po osiągnięciu szczytu flow opada na samo dno ciszy, zgaszony do pojedynczego dźwięku piana. Na końcowe minuty powraca formuła arco, który staje się chyba udziałem obu gitarzystów. Refleksyjne, mroczne oddechy i westchnienia oblepione subtelnym ambientem towarzyszą nam już do samego końca. Na ostatniej prostej trudno nie dostrzec delikatnego, pięknie uformowanego wzniesienia.

 

Martina Verhoeven, Luis Lopes & Dirk Serries Invincible Time (Raw Tonk Records, CD 2025). Martina Verhoeven - crumar piano, Luis Lopes – gitara oraz Dirk Serries – gitara. Nagrane w Oude Klooster Chapel, Brecht, Belgia, maj 2023. Jedna improwizacja, 50 minut.



wtorek, 25 marca 2025

Misanthrope in Gut Liver!


Doprawdy trudno dociec, jak to się mogło stać, że album Gut Liver, wydany prawie rok temu, uszedł uwadze naszego recenzenckiego pióra. Ale lepiej późno niż wcale!

Rzeczony krążek, to drugie wydawnictwo tria Misanthrope, które tworzą nasi doskonali znajomi – Portugalczycy, gitarzysta Luis Lopes i basista Gonçalo Almeida oraz holenderski perkusista Philipp Ernsting. I jak świetnie pamiętamy, grają ostrą, psychodeliczną, jazz-rockową improwizację. Jeśli termin power trio potrzebuje we współczesnym świecie nowego wzorca, to jest nim z pewnością owo mizantropijne trio. Zapraszamy na trwającą prawie godzinę zegarową, niesamowitą podróż po kwaśnych zakamarkach jakże tłustych improwizacji! Startujemy!




Album zawiera dwie rozbudowane improwizacje, zarejestrowane na dwóch kolejnych koncertach. Ta pierwsza trwa prawie czterdzieści minut, ta druga z trudem przekracza dwadzieścia. Strumień pieśni otwarcia śmiało wskazuje stylistyczne tropy – fussion, post-jazz, rockowa psychodelia. Muzycy z nieudawanym spokojem kręcą pierwszą tego wieczoru spiralę narracji. Drummer dba o cyrkulacyjną dynamikę, świetnie wtóruje mu basista, a gitarzysta, początkowo delikatnie wycofany, z lubością rzuca się w wir coraz gęstszej opowieści. Każdy z muzyków swobodnie improwizuje, nie szczędzi nam szorstkich melodii i wykoślawionych figur rytmicznych. Pierwsza zmiana ma miejsca w okolicach 8 minuty. Muzycy strzygą uszami, na moment biorą głęboki oddech i bez zbędnej zwłoki aranżują nowe ujęcie. Już bardziej taneczne, rozhuśtane mocą power rockowej energii. Nie brakuje zakrętów, masywnych przełomów i zwinnych galopad. Po upływie kwadransa improwizacja jeszcze bardziej gęstnieje, zaczyna obrastać grubą warstwą kwasu i systematycznie spowalnia aż do momentu, gdy przepoczwarza się w mroczną i niebezpieczną post-balladę. Po kilkuminutowym stand-by basista zaczyna mącić brudną wodę i inicjować nową, jeszcze bardziej demoniczną spiralę przy wydatnym wsparciu perkusisty. Gitarzysta chwilę milczy, po czym wraca z porcją mięsistych sprzężeń. Narracja w mgnieniu oka nabiera wielokolorowej kwasowości i silnej dynamiki. Tuż przed upływem drugiego kwadransa opowieść znacząco spowalnia, a Portugalczycy sprawiają wrażenie, jakby zamienili się rolami – gitara pracuje jak bas, bas zaczyna snuć oniryczną melodię na dewastowanych pick-up’ach. Nim całość obumrze, artyści zdążą jeszcze raz intrygująco zapętlić się, by ostatecznie dokonać żywota na martwej melodii dogasającego basu.

Druga historia, choć w swej początkowej fazie bardzo leniwa, zdaje się mieć flow kroczący. Głęboko skrywany hałas, pewna nieostrożna refleksyjność, oniryczna flauta charakterystyczna dla ciszy przed burzą, pełna suchych melodii i drobnych sprzężeń. Ale spirala zła nakręca się niejako samoczynnie! Bas wpada w kompulsywną repetycję, perkusja obraca się wokół własnej osi, ale mimowolnie dynamizuje strumień narracji, a gitara tonie w sosie gęstniejącej psychodelii. Opowieść nabiera tempa, sztywnieje, przechodzi w stan dramaturgicznej erekcji. W połowie utworu tempo na moment siada, ale w sukurs przychodzą wtedy mocne, rockowe przełomy. Przez kilka chwil sekcja rytmu pracuje samodzielnie. Gitara powraca w post-jazzowym tańcu, potykając się o drum’n’bassowe zasieki. Tymczasem w okolicach 18 minuty muzycy postanawiają zacząć przygotowania się do snu. Leniwe, oniryczne post-melodie gitary, syntetyczne plamy basu i zgliszcza drummingu. Aż po ostatni dźwięk, znów wprost z basowego gryfu.

 

Misanthrope Trio Gut Liver (Cylinder Recordings, CD 2024). Luis Lopes – gitara elektryczna, Gonçalo Almeida – gitara basowa oraz Philipp Ernsting – perkusja. Nagrane w Koffie & Ambacht, Rotterdam (utwór 1) oraz JazzBlazzt, Neeritter (2), Holandia, dwa kolejne dni lutego 2023. Łącznie 58 minut.




wtorek, 18 lutego 2025

The February’ Round-up: Saarbrücken! Hémisphère! Confidence of One! Corps et Biens! Binus! Fix it! Just Friends! Krew! Świtanie! Other Worlds!


Minęła połowa lutego, a my wciąż nie zdołaliśmy wygrzebać się z albumów, jakie ujrzały światło dzienne w dawno minionym roku 2024. Na potrzeby kolejnej, comiesięcznej zbiorówki recenzji nazbieraliśmy dziesięć świeżynek z muzyką improwizowaną - od free jazzu poczynając na kompulsywnym synth&drums kończąc.

W tak zwany międzyczasie czeka ogrom swobodnej improwizacji, która lubi brudne i tłuste dźwięki, trochę eksperymentów i ekspozycji na poły konceptualnych, wreszcie garść jazzu i nuta folku. Wystartujemy w niemieckim Saarbrücken, ale po portugalsku i amerykańsku, potem przeniesiemy się do Szwecji, pobędziemy czas jakiś na ziemi niczyjej, kolejne tropy odnajdziemy w Zjednoczonym Królestwie oraz Serbii, wreszcie kilka istotnych chwil spędzimy w okopach matki-polki, by dokonać żywota w całkiem nam bliskiej Holandii.

So, welcome to heaven and hell of improvised music!



 

Luís Lopes Humanization 4tet Saarbrücken (Clean Feed, CD 2024)

Saar Free Jazz Fest, Saarbrucken, październik 2021: Luís Lopes – gitara elektryczna, Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Aaron Gonzalez – kontrabas oraz Stefan Gonzalez – perkusja. Trzy utwory, 44 minuty.

Piąta płyta Humanization 4tet niczym nie zaskakuje, ale to być może największa jej siła. Zawiera trzy kilkunastominutowe ekspozycje, z których każda jest sumą kilku wątków, zarówno tematów podpisanych przez Lopesa, jak i barwnych, świetnie wkomponowanych w to melodii Arthura Blythe’a. Wszystko polepione w dynamiczne, pełne ekspresji, free jazzowe songi, których naczelną wartością są doskonałe improwizacje, zarówno solowe, jak i kolektywne (te drugie w przewadze). Mieliśmy okazję gościć ten kwartet w Dragonie, w trakcie tej samej trasy. Zdaje się, że niemiecki koncert jest jeszcze lepszy.

Otwarcie albumu jest dynamiczne, usiane szorstkimi, ekspresyjnymi akcjami gitary i saksofonu, pięknie osadzonymi na gęstej, tłustej sekcji rytmu, która nie notuje pustych przebiegów. Coś na kształt tematu pojawia się tu dopiero po pięciu minutach. Improwizacje są krótkie, świetnie posadowione w dramaturgii całości. Gitarzysta nie szczędzi nam rocka, saksofonista ekspresji fire music. Drugi utwór w fazie początkowej bazuje na dysonansie dynamiki – leniwy marsz saksofonu i gitary, nieco bardziej żwawa akcja basu i perkusji. Ekspresja faluje – od delikatnych, balladowych fraz, po wybuchy soczystego free. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty muzycy wchodzą w dynamiczny tryb posiłkując się tematem Blythe’a, a improwizację do poziomu nieba wynosi saksofonista. Trzecią odsłonę koncertu inicjuje urocza, free jazzowa melodia klasyka. Swoje kilka chwil ma basista, który soczyste solo okrasza głosem i ponownie ekspresyjny saksofonista. Finał albumu należy do gitarzysty, który spowalnia opowieść, łapie mnóstwo psychodelii i wprowadza kwartet w dubowe, rozhuśtane klimaty.




Paul Jarret, Karin Johansson & Donovan Von Martens Hémisphère (Havtorn Records, CD 2024)

Skogen Studio, Österbymo, Szwecja, czas nieznany: Paul Jarret – gitara, także preparowana, Karin Johansson – fortepian, także preparowany oraz Donovan Von Martens — kontrabas. Trzynaście utworów, 52 minut.

Na ten francusko-szwedzki album warto zwrócić szczególną uwagę. Sytuacja jest tu z trybunowego punktu widzenia ulubiona – bliżej nam nieznani artyści (poza pianistką) serwują prawdziwy improwizowany smakołyk. Trzynaście swobodnych akcji, ogrom barwionych mrokiem dźwięków preparowanych, a wszystko szyte intrygującą dramaturgią, każdorazowo nasączoną wewnętrzną, nerwową rytmiką. Nie sposób przy tej muzyce zmrużyć oko.

Rozdygotane akcenty percussion (zapewne ze strun), zapracowany smyczek, frazy z klawiatury i wnętrza pudła rezonansowego, wreszcie wybudzająca się z głębokiego snu gitara, to elementy składowe, które łapią wspólny, rytmiczny mianownik i w pocie czoła budują zgrabną opowieść. W jej kolejnych epizodach pojawiają się filigranowe, gitarowe sprzężenia, rezonujące, metaliczne zgrzyty, akustyczne trzaski, tudzież minimalistyczne plamy piana. Szmer dramaturgicznego niedopowiedzenia zdaje się wszystko spajać w naturalny ciąg przyczynowo-skutkowy. Okazjonalnie artyści frazują czystym tembrem (w czwartej, siódmej i ósmej odsłonie), niekiedy łapią w szprychy drobiny amplifikacji (gitara w dziewiątej części?). Zdaje się, że szczególnym pięknem emanują w dwunastej opowieści – struny rezonują, z dna piano dochodzą mroczne westchnienia, a smyczek lepi wszystko w nisko osadzony dron. Album wieńczy szemrana ballada, szyta dźwiękami dobywanymi z przestrachem, drżącymi powtórzeniami i klarownie wypowiedzianymi słowami pożegnania.



 

Mia Zabelka, Tungu & Stefan Strasser The Confidence of One Swimming Against the Current (FMR Records, CD 2024)

Czas i miejsca akcji nieznane: Mia Zabelka – skrzypce, głos, elektronika, Stefan Strasser – syntezator, piano, gitara elektronika oraz Tungu/ Sergiy Senchuk - field recordings, bas akustyczny, głos, sample. Siedemnaście utworów, 58 minut.

Wszystko wskazuje na to, iż nagranie to powstało w trzech różnych miejscach i momentach naszej ciężkiej rzeczywistości. Każdy z artystów wyprodukował spore porcje dźwięków, a całość polepiono i zmasterowano w Ukrainie. Efekt końcowy wydaje się przedziwny. Pierwsza połowa albumu definitywnie przeładowana jest treścią, a ponadgatunkowy tygiel zdarzeń przyprawiać może o zawrót głowy. Jednakże po dziesiątym utworze muzycy zdejmują nogę z gazu, tłumią emocje, ograniczają artystyczne środki wyrazu i nagle nagranie łapie klimat, intrygującą dramaturgię i zdaje się zadowalać nawet najbardziej wybredne gusta.

Pośród pierwszych kilku utworów po brzegi nasyconych elektroniką, pulsem syntetycznej perkusji i niemal post-industrialnym zgrzytaniem zębami uwagę przekuć może nade wszystko szósta opowieść. W jej centralnym punkcie posadowiona zostaje skrzypaczka i jej niepowtarzalne, silnie preparowane frazy. Dobrze konstruowane, oniryczne tło tylko wzmaga efekt końcowy. Rzeczone, wytłumione, post-ambientowe tło powraca w utworze dziesiątym, zdominowanym jeszcze przez rozbrykaną elektronikę i elektrykę. W kolejnych częściach znów pojawiają się preparowane skrzypce, słyszymy coraz więcej intrygujących wątków elektroakustycznych. Jeśli nawet pasma syntetyczne wracają na front, podawane są z umiarem i dbałością o relacje z pozostałymi dźwiękami. Szczególnie podobać się może odcinek piętnasty, szyty ze strzępów fonii i doposażony minimalistycznym pianem. W kolejnej odsłonie akcje kreują pijackie śpiewy, które zdają się przedrzeźniać syntetyczną rzeczywistość. Finał albumu jest delikatny, w dużej mierze akustyczny, urokliwie repetytywny.



 

MouthWind Corps et Biens - Hommage à Robert Desnos (Creative Sources, CD 2024)

Lawrence’s studio, Oxford, listopad 2023: Jean-Michel Van Schouwburg – głos oraz Lawrence Casserley - signal processing instrument. Piętnaście utworów w siedmiu rozdziałach, 55 minut.

Corps et Biens, to album szczególny. Brytyjczyk Lawrence Casserley w swoim długim i jakże legendarnym życiu artystycznym performował dźwięki live processing wielu instrumentów i formacji, ale niezwykle rzadko czynił to mając na pulpicie wyłącznie ludzki głos. Ten ostatni dostarcza tu belgijski wokalista, artysta głosowy Jean-Michel Van Schouwburg, który także pretendować może do miana legendy gatunku, przynajmniej w wymiarze kontynentalnym. Album podzielono na piętnaście epizodów, uformowanych w siedem rozdziałów, a literacką inspiracją uczyniono poezje Roberta Desnosa. Definitywnie warto wczytać się w to nagranie!

Spektrum możliwości głosowych Belga zdaje się być równie rozlegle, jak jego kreatywność. I co może najistotniejsze, co sytuuje artystę poza standardem głosowych improwizatorów, to jego niebywałe poczucie humoru, dystans do siebie, artystyczna frywolność. Muzyk wydaje dźwięki całym ciałem, którego gardło i struny głosowe są ledwie efektownym zwieńczeniem. Mówi do nas, śmieje się, parodiuje, gdacze niczym Kaczor Donald, rzęzi, rży, zdolny jest naśladować każde zwierze. Sepleni, mruczy, podśpiewuje przy goleniu, buduje ambientowe wokalizy, intensywnie wącha zapachy przyrody i bzyczy niczym pszczoła. W tym szaleństwie świetnie odnajduje się Casserley, który wydaje się muzykiem wprost stworzonym do elektronicznej dekonstrukcji głosu. Świetnie wiemy, że Brytyjczyk snuje także swoje, separatywne opowieści - delikatne, ulotne, równie oniryczne, jak tajemnicze. Pozostaje jeszcze warstwa literacka tego smakowitego albumu, której eksplorację pozostawiam bardziej zaawansowanym, tudzież dysponującym czasem słuchaczom.




Ilia Belorukov & Sara Zlanabitnig Binus (kuda-org, DL 2024)

Novi Sad/ Sremski Karlovci, Serbia, czerwiec 2024: Ilia Belorukov – syntezator modularny, fluteophone oraz Sara Zlanabitnig – flety (inside & feedback), field recordings. Pięć utworów, 31 minut.

Instrumenty dęte, na ogół preparowane, garść nagrań terenowych i umiejętnie wykorzystywana elektronika analogowa, to elementy składowe tego albumu. Krótkiego, świetnie skonstruowanego, pokazującego, iż łączenie brzmień akustycznych i syntetycznych może być niebywale przyjemne dla ucha. Owe pięć improwizacji nagrano w trakcie aż trzech spotkań, w różnych okolicznościach przestrzennych. Nie zmienia to faktu, iż wszystko tu do siebie pasuje.

Pierwsza opowieść formuje się w dron inicjowany przez syntezator, ale lepiony także z odgłosów miasta, bijącego dzwona i flecich kołysanek. Czy tak mógłby brzmieć post-nowoczesny, wielkomiejski folk? W kolejnej części panuje oniryczna flauta, którą buduje zarówno subtelny modular i preparacje na flecim korpusie. Z czasem ta upiorna kołysanka zdaje się szukać warstwy rytmicznej. W opowieści trzeciej flet wpada w mantrę, z kolei syntetyka z drobnego pyłku na żakiecie staje się zgrzebnym inicjatorem rosnącej intensywności. Czwarta część, to nerwowa rytmika, zadziorne frazowanie i kojąca puenta poprzedzona flecią akupunkturą. Na starcie finałowej improwizacji można odnieść wrażenie, iż znajdujemy w kaczym stawie. Głosy natury są tak swojskie, a śpiew fletu kojący, iż akcja modularnego na etapie rozwinięcia wydaje się zupełnie zbyteczna.




Ilia Belorukov & Lauri Hyvärinen Fix it if it ain't Broken (NUNC.,DL 2024)

Novi Sad, Serbia, październik 2023: llia Belorukov – syntezator modularny, Lauri Hyvärinen – gitara elektryczna, przetworniki. Pięć utworów, 37 minut.

Kolejne spotkanie z improwizacjami Belorukova pozbawione jest brzmień akustycznych. Z jednej strony syntezator modularny, z drugiej gitara elektryczna, a raczej jej elektryczne i elektroniczne przetworzenia. Gęsty, muskularny i głośno dostrojony album.

Jeśli pierwszą improwizację moglibyśmy określić mianem swobodnej wymiany myśli, to drugą z pewnością bokserską wymianą ciosów. Gitarowe pick-upy vs. gęsto okablowany modular - ów pojedynek znamionuje moc niszczenia narracyjnych subtelności. Bywa, jak w części trzeciej, iż w tej walce syntezator może znaleźć się na pozycjach silnie defensywnych. Szczęśliwie dla mniej przygotowanego odbiorcy, jeszcze w tej odsłonie albumu jesteśmy w stanie dosłyszeć frazy definitywnie gitarowe, które stanowią udane wprowadzenie do czwartej improwizacji. Ta pulsuje głębią mroku, a drobne zgrzyty i ukąszenia łączą się w jednolity strumień narracji, który z czasem intrygująco stygnie, nabierając niemal akustycznego brzmienia. Końcowy epizod sprawia wrażenie albumowe résumé. Muzycy pokazują tu zarówno swojego subtelne oblicze, jak i pazury prawdziwych noise’ killerów.



 

Anna Gadt, Michał Giżycki & Cyprian Pakuła Just Friends (TORF Records, DL 2024)

SPATiF, Warszawa, lipiec 2024: Anna Gadt – głos, efekty, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon sopranowy oraz Cyprian Pakuła – perkusja. Trzy improwizacje, 46 minut.

To pierwsze spotkanie artystów w tym składzie i już wiemy, że nie ostatnie! Swobodnie improwizowana opowieść, dramaturgicznie skoncentrowana na dialogu wokalistki i klarnecisty basowego (w ostatniej opowieści – saksofonisty sopranowego), a zgrabnie osadzona na pulsie jazzowej perkusji. Album, to trzy historie, z których ta środkowa konsumuje dokładnie połowę koncertu. 

Po chwilach typowej dla formacji skleconych ad hoc gry inicjacyjnej, trio bierze się do pracy i formuje linearną opowieść, która szczególnego blasku nabiera w sytuacjach bardziej dynamicznych. Dodajmy, iż w fazach leniwego spowolnienia także nie przestaje przykuwać uwagi. Szerokie spektrum wokalistyki odnajduje tu doskonałego partnera w równie horyzontalnej kreatywności klarnecisty. O dobry nastrój obojga dba drummer, który trzyma rytm i udanie zdobi momenty artystycznego zawahania. W chwilach, w których wokalistka sięga po tzw. efekty, narracja nabiera posmaku fussion. Druga, najbardziej rozbudowana improwizacja zaczyna się od ekspozycji solowej Anny, którą na jazzowe ścieżki naprowadza Cyprian, a dętego błysku dodaje Michał. Po efektownym spiętrzeniu, mniej więcej w połowie utworu muzycy wchodzą do strefy leniwych eksperymentów, by ten fragment koncertu spuentować porcją zmyślnych, na poły melodyjnych interakcji. W końcowej odsłonie pojawia się anonsowany saksofon sopranowy. Tu opowieść najpierw kołysze się na falach wystudzonego oceanu, potem niesiona mocą wokalnych efektów osiąga stadium free, by zwieńczyć koncert perkusyjną solówką.



 

Piotr Damasiewicz & Kuba Wójcik Krew (L.A.S., CD 2023)

OFFCZART, maj 2023: Piotr Damasiewicz – trąbka, głos oraz Kuba Wójcik – gitara, elektronika. Trzy utwory, 34 minuty.

Potraficie wyobrazić sobie dźwięk, jaki wydaje krew krążąca w naszych żyłach? Czy to struga szeleszczącej wilgoci, czy raczej demoniczny, masywny dron jakże żywej syntetyczności? Damasiewicz i Wójcik postarali się wyjść naprzeciw naszym niezdefiniowanym wyobrażeniom.

Barwiony elektroniką, drżący strumień fonii nadpływa z mrocznej strony. W jego wnętrzu kłębi się mnóstwo mikrozdarzeń – czasami przypominają one frazy gitary, zdeformowanej trąbki, czy głosu, być może ludzkiego. Warstwy syntetyczne także wiodą tu aktywne życie. Opowieść systematycznie narasta, a pod koniec pierwszej części zostaje przyozdobiona elektroakustycznymi wtrętami, które prawdopodobnie są dźwiękami szpitalnej aparatury do przetaczania krwi. Po krótkim interludium z ciszą, dźwiękami rzeczonej aparatury i smyczka (?) narracja śmiało wchodzi w drugą, decydującą fazę. Oniryczne tło wypycha na front silnie syntetyczną strugę fonii. Zza mgły elektroniki po czasie wyłania się nerwowa gitara, głos i trąbka. Ta ostatnia najpierw charczy jak kołujący śmigłowiec, potem ucieka w echo i śpiewa. Zakończenie śmiało zasługuje na miano demonicznego. Oto nasze największe dobro, które pachnie mrokiem i strachem.



 

Piotr Damasiewicz Into the Roots Świtanie (L.A.S., CD 2024)

Polskie Radio Studio S4, Warszawa, marzec 2023: Piotr Damasiewicz – trąbka, organy, głos, instrumenty perkusyjne, Zbigniew Kozera – kontrabas, guimbri, Paweł Szpura – perkusja, Michał Żak – shawm, drewniany flet poprzeczny, hammered dulcimer, Katarzyna Karpowicz – koto, Alicja Krzeszowiak i Kamila Krzeszowiak – głosy, Paulina Kaźmierczak – głos, skrzypce, Krzysztof Ryt – pięciostrunowa altówka, Marek Ryt – bagpipes, fife, rożek francuski. Siedem utworów, 40 minut.

Damasiewicz zostaje z nami, ale jak to bywa w przypadku tego muzyka, gatunkowy klimat zmieniamy o sto osiemdziesiąt stopni. Uciekamy w estetyką folkową, które jest tu raczej metodą twórczą, a nie celem samym w sobie, raczej inspiracją do odbywania improwizowanych podróży niż budowaniem kolejnych jazzowych edycji folkowych evergreenów.  

Pierwsze trzy utwory stanowią dramaturgiczną całość. Od folkowej, melodyjnej introdukcji z psychodeliczną puentą, po świat transowej narracji bazującej na intensywnym brzmieniu organów. Do tego swobodne wokalizy i soczyste, dęte inkrustacje. Jeśli flet rozrywa tu początkową ludyczność, to trąbka koi emocje i szuka integracji. W warstwie etnicznej nie trudno dosłyszeć, iż dziarskie Tarty spoglądają tu w stronę dalekiej Japonii i równie odleglej Afryki. Kolejne dwa utwory kojarzą folkowy blask porannej zorzy i post-jazzową, improwizowaną opowieść. Ostatnie dwie części przenoszą nas w klimat transowej, ponadgatunkowej ekspozycji. Szóstą odsłonę świetnie unerwia perkusista, siódmą z kolei buduje niskie brzmienie organów i kontrabasowy groove. Finał pełen jest taneczności i melodyki, bystrze kontrapunktowanej psychodelicznym spleenem organów.




Dead Neanderthals Other Worlds (Bandcamp’ self-released, LP/DL 2024)

White Noise Studio, Holandia, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator, saksofon oraz Rene Aquarius – perkusja. Siedem utworów, 32 minuty.

Dokonania tej pary Holendrów śledzimy od zawsze, szczególnie ich tradycyjne, sylwestrowe ep-ki. Ostatnia z nich, nad wyraz rozbudowana jak na krótki metraż, doczekała się nawet edycji winylowej. Nagranie to z pewnością zaliczyć możemy do … najłagodniejszych przejawów brutalnego, brzmieniowego konceptualizmu, jaki uprawiają Kokke i Aquarius już od półtorej dekady. Cieszy jak zawsze, tym razem zaprasza także do tańca i gry w skojarzenia z muzyką … dyskotekową lat 70. i 80. ubiegłego stulecia.

Album jest tu nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, podzielonym na odcinki dyktowane tempem frazowania perkusji. Syntezatorowe otwarcie jest ciepłe, melodyjne, choć mroczne. Potem do akcji wkracza 2stepowa perkusja, który szyje ścieg godny zarówno ekspresji rocka, jak i dynamicznego electro. Oto new death disco, które smakuje estetyką muzyki tanecznej sprzed pół wieku. Kolejne, mroczne interludium poprzedza perkusyjny step, który jest spokojniejszy, jeszcze bardziej uwypuklający melodykę syntezatora, niespodziewanie wtłaczającą nas do kolejnej, tu już definitywnie noworomantycznej dekady. W czwartej części muzycy podkręcają tempo, a brzmienie syntezatora czynią bardziej szorstkim. W kolejnej puentę dyskusji narracyjnej stanowi melodyjna ekspozycja saksofonu, delikatnie schowanego w pogłosie. Ostatni epizod tego szaleństwa przynosi pasmo basowe, które nadaje całości silnie rockowy posmak, mimo braku gitarowego instrumentarium.

 

 

poniedziałek, 16 stycznia 2023

Evan Parker X-Jazz Ensemble! A Schist Story!


Nie stawaj przed innymi, graj tylko wtedy, gdy masz coś ważnego do dodania w kontekście tego, co jest właśnie grane; nie rób niczego na siłę, sprawiaj, by całość swobodnie płynęła. Zmieniaj kierunek tylko wtedy, gdy sytuacja sceniczna wydaje się niezdefiniowana, ale nie z twojego punktu widzenia, ale kolektywu. (…) Nie myśl za dużo, wykazuj atencję i słuchaj. Słuchanie jest priorytetem. (…) Pilnuj natężenia dźwięku i dynamiki, używaj tylko koniecznych fraz, ani więcej, ani mniej, jesteś tylko drobnym elementem globalnej koncepcji; działaj w korespondencji z innymi, ze świadomością, że jesteś istotnym fragmentem całości *).

Mniej więcej tymi słowami Evan Parker rozpoczynał każdy dzień tygodniowego warsztatu, jaki realizował z improwizującymi muzykami z Portugalii, latem 2012 roku w górzystych okolicznościach iberyjskiej przyrody. Zwieńczeniem tygodnia pracy był finałowy koncert, którego dokumentacja fonograficzna właśnie do nas trafiła. Pytanie, czy warto było na nią czekać całą dekadę, jest oczywiście jedynie retoryczne. Z dzisiejszego punktu widzenia nie sposób nie skonstatować, iż dla portugalskiej sceny muzyki improwizowanej było to jedno z ważniejszych wydarzeń w definitywnie historycznym wymiarze. Bez zatem dalszych introdukcji sprawdźmy, cóż działo się w trakcie spektaklu, który trwał niewiele ponad trzy kwadranse, a na scenie jednoczył brytyjską ikonę improwizującego saksofonu (tu także w roli dyrygenta) i piętnastu portugalskich adeptów, zarówno tych bardzo już wtedy doświadczonych artystycznie, jak i niemal młokosów. Zauważmy, iż większość z tych lokalnych muzyków, to dziś czołowe postacie europejskiej muzyki improwizowanej.



Improwizowana opowieść ma zdecydowanie kameralną introdukcję. Altówka kreśli melodyjny flow, który komentowany jest innymi dźwiękami strunowymi (w tym gitary akustycznej) oraz spokojnymi frazami trąbki. Krok za krokiem narracja delikatnie nadyma się i rozrasta, by po wybiciu 5 minuty utonąć w elektronicznym backgroundzie i blasku rezonujących talerzy. Pierwsze dźwięki dostarczają teraz gitary elektryczne, które udanie konweniują z elektroniką. Opowieść gęstnieje i w okolicach 10 minuty chłonie pierwsze dźwięki saksofonów – najpierw sopranowego, potem tenorowych. Nie wspina się jednak na szczyt, ale wpada w objęcia śpiewnych, spokojnych podmuchów saksofonu, inkrustowanych strunowymi i perkusjonalnymi drobiazgami. Jedna z gitar elektrycznych kreśli teraz dźwięki, pod które podłącza się saksofon. Jazzowy posmak zachęca inne instrumenty do włączania się w budowanie gęstego, po chwili już ogniście free jazzowego łańcucha zdarzeń. Zakończenie pierwszego kwadransa koncertu grane jest już chyba całą orkiestrą i kipi od emocji.

Po osiągnieciu punktu przegięcia improwizacja rozlewa się szerokim korytem wyłącznie intrygujących fraz. Strunowce fermentują, trąbka dmie na wszystkie strony, swoje dokłada też elektronika. Ale po kilku minutach flow przygasa i wielka orkiestra przystępuje do kreowania nowego wątku. Bazy rytmicznej szuka tu gitara akustyczna, wytrwale pracuje harfa i delikatna elektronika. Powrót saksofonów oznacza tu duży zastrzyk energii. Tempo jest jednak umiarkowane, co sprzyja podłączaniu się kolejnych ośrodków dźwiękowych. Intensywność rodzi się tu wszakże na flankach, kreowanych przez dobrze już rozgrzane perkusje. W mgnieniu oka narracja osiąga stadium Orchestra Tutti! Piękny szczyt w ułamku sekundy przekształca się w … jazzowe trio z saksofonem tenorowym, bystrze doposażone w emocje kontrabasowym smyczkiem.

W okolicy 25 minuty koncert zaczyna się jakby od nowa. Znów altówka, garść strunowych zdobień i trąbka. Kilka brudniejszych fraz dokłada teraz cello, reszta pracuje w trybie short-cuts, umoczona w elektronicznym sosie. Kilka bystrych fraz ślą także saksofony, przy czym każdy z nich zdaje się pracować w innym trybie. Kolejne wzniesienie pokonywane jest głównie dzięki inicjatywie watahy instrumentów strunowych, a udane lądowanie następuje wprost w objęcia małych perkusjonalii i gitar z prądem. Narracja znów zatem szuka nowych rozwiązań, leniwie nadyma się i rośnie w siłę serią wzajemnych kontrapunktów. Wszystko sprzyja teraz ekspozycji saksofonu sopranowego. Ten z energią przystępuje do dzieła, tło zaś pęcznieje dzięki gitarom i perkusjom. Prawdziwie free jazzowe uniesienie wieńczy tu swój żywot po 34 minucie.

Improwizację czeka teraz drobne wytłumienie, ale odbywa się ono w inny niż dotychczas sposób. Gitara akustyczna buduje bowiem delikatne, ale definitywnie rytmiczne tło, które z jednej strony pozwala na chwile wytchnienia dla każdego, z drugiej nie pozwala umrzeć całej opowieści. Kilka urokliwych fraz harfy, dużo kreacji ze strony elektroniki i wielobarwne pochody gitar elektrycznych, to elementy składowe nowego wątku. Gdy do piętrzenia narracji przystępują także perkusje, wiemy już doskonale, iż orkiestra zaczyna wznosić się na finałowe wzgórze. Swoje dokładają teraz saksofony, a w grze uczestniczą już na pewno wszyscy zgromadzeni na scenie. Całość niesie się sporym hałasem, ma niemal post-industrialny posmak i pięknie gaśnie wraz z wybiciem 40 minuty, wprost w ramiona melodyjnych fraz strunowych. Słyszymy trąbkę, gitarę akustyczną (ze smyczkiem!) i wszystko to, co budowało improwizację na samym początku koncertu, a także w jego środkowej części. Kameralne rozchełstanie jest teraz efektem zwinnych onomatopei wiolonczeli i altówki, dźwięków elektrycznych gitar, harfy, trąbki i nisko zawieszonych, kontrabasowych smyczków. Kolektywny strumień emocji, tuż po wybiciu pełnych trzech kwadransów, wpada w objęcia rzęsistych oklasków.

 

Evan Parker X-Jazz Ensemble A Schist Story (JACC Records, CD 2022). Evan Parker – dyrygentura i saksofon, Miguel Mira – wiolonczela, João Camões – altówka, Angelica Salvi - harfa, Luís Vicente – trąbka, Marcelo dos Reis – gitara akustyczna, Hugo Antunes i José Miguel – kontrabasy, Miguel Carvalhais i Travassos – elektronika, Luis Lopes i Gonçalo Falcão – gitary elektryczne, João Lobo, João Pais Filipe i Gabriel Ferrandini – perkusje, Rodrigo Amado, João Martins i Pedro Sousa – saksofony. Nagranie koncertowe, 18 sierpnia 2012 roku, Casa da Cultura da Sertã, Schist Villages, Portugalia. Jedna improwizacja, 46:04.

 

*) cytuję za słowami albumowego credits



piątek, 18 marca 2022

Gonçalo Almeida in trio, duo and solo! The Fire Walks With Him!


Portugalski kontrabasista i basista Gonçalo Almeida należy do coraz szerszego grona muzyków improwizujących, którzy … mają na łamach Trybuny zrecenzowane niemal każde nagranie! Muzyk od czasu do czasu koncertuje w Polsce, ma tu kilka płyt wydanych w pewnej iberyjskiej serii, ale w realiach krajowych nie jest jeszcze gwiazdą pokroju Rodrigo Amado, czy Vasco Trilli, o Agusti Fernándezie nie wspominając. A to duży błąd, drodzy umiłowani w improwizacji rodacy!

Trzy najnowsze płyty z udziałem Almeidy przynoszą nam wiele wspaniałych dźwięków i po raz kolejny pokazują, jak wszechstronnym muzykiem jest Portugalczyk. Najpierw z gitarą basową u boku zaprosi nas na psychodeliczny trip, którym zakręci nas wokół własnej osi i nie wypuści z rąk do ostatniej sekundy nagrania. W kolejnym nagraniu będzie medytującym kontrabasistą, który plecie niekończące się historie w towarzystwie akustycznego gitarzysty. Wreszcie na koniec dzisiejszego mini przeglądu wróci do basówki i zabierze nas w czarną otchłań niekończącego się mroku.

Oto i On, Pan Gonçalo! Welcome!

 


Almeida/ Lopes/ Ernsting  Misanthrope (Subcontinental Records, CD 2021)

Na otwierające dzisiejszy zbiór recenzji muzyczne trzęsienie ziemi wybieramy się do miasta, w którym Almeida pomieszkuje od wielu lat. To Rotterdam, a miejsce zwie się Soundport. Na hipnotyczny, meta rockowy, w pełni improwizowany, mizantropiczny spektakl dźwiękowy, wyposażony w gitarę basową Portugalczyk zabiera swego rodaka Luisa Lopesa (gitara elektryczna) i lokalnego drummera, z którym muzykuje w wielu składach – Philippa Ernstinga. Muzycy grają tu dla nas przez 55 minut z sekundami, a swoją podróż dzielą na sześć odcinków specjalnych. Uwaga, wydawcą płyty jest label z … Indii!

Początkowa faza koncertu zdaje się stać w miejscu, niczym zastygła lawa po niedawnej erupcji. Szklista, niemal niewidoczna gołym okiem gitara, burczący bas, zdobiony mikro ornamentami i leniwy doom drumming pozostają w meta rockowej repetycji, czekając na kolejny krok, którego kierunek nie jest jeszcze znany. Almeida i Lopes pętlą się w sobie, ich głowy pełne są pomysłów i niezdecydowania, Ernsting zaś oplata ich obu pajęczyną perkusyjnych incydentów. Opowieść trwa, a jej tempo wytrąca się w rezultacie tajemniczych reakcji chemicznych. Każdy z muzyków zdaje się mieć swoje indywidualne tempo, każdy z nich jest tu królem i może pozwolić sobie na wszystko. Punk & jazzy w pokręconych metrach, fikuśnie zapętlone, coraz gęstsze, aż do momentu przełomu. Spowolnienie pcha muzyków w mrok, zdobiony zaprogowymi, gitarowymi dźwiękami i basowymi flażoletami. Drugi odcinek otwiera bas, który tonie w dubowym echu. Szorstka perkusja bije spokojny rytm, a gitara w stadium stand by preparuje i czeka na moment, by uciec w psychodelicznym kierunku. Strumień narracji nadyma się jak balon, tempo zaś ponownie wytrąca się w wyniku zderzenia cząsteczek masy. Tu idzie ono wprost z perkusyjnego werbla. Bas dodaje tymczasem rockowe przełomy, a gitara kilka post-jazzowych frazowań. Kłębowisko emocji pcha narrację ku górze, coraz szybszymi, nerwowymi ruchami. Improwizacja znów gaśnie powoli, jakby muzycy nie chcieli dziś skończyć tej szalonej sesji. Trzecią część otwiera perkusja doposażona w dobrą energię. Bas studzi się w dubie, a gitara efektownie sprzęga. High voltage on lazy fire! Po kilku chwilach na czele orszaku staje gitara o stu twarzach, bas schowany na backgroundzie szyje masywną chmurę dubu, perkusja zaś destymuluje narrację częstymi zmianami dynamiki.

Początek czwartej części znów stoi po kolana w mazistej brei. Perkusja drży, gitara leniwe muska struny, a lekko spóźniony bas czeka na reprymendę. Zdaje się, że teraz wszyscy już mogą tkać lepką pajęczynę wystudzonych powiązań. Tempo rośnie jakby przy okazji, głównie z intrygi perkusisty. Psychodelia leje się za ścian dość leniwymi strugami, ale systematycznie gęstnieje. Bas ucieka ku górze i sieje ferment zmyślnymi improwizacjami. Narracja skrzy się fajerwerkami, niczym wiejski lunapark i znów gaśnie na długim dystansie, z prawdziwie portugalską zadumą. Początek przedostatniej historii wybudza nas z pozornego letargu. Bas rysuje punkowe pętle, gitara najpierw sprzęga się silnym prądem, a potem odlatuje bardzo wysoko, perkusja zaś stawia zasieki i dopełnia czarę zachwytu! Improwizacja znów jest gęsta, lepka od potu i słodka od krwi. Gitara ucieka do nieba, bas chowa się w piekle. Tempo najpierw rośnie, potem raptownie spada. Ostatnia prosta pachnie soczystym, starym Black Sabbath! Finałowy odcinek specjalny trzyma klimat poprzedniego epizodu. Bas żłobi bruzdę w ziemi, gitara płynie wysokim wzniesieniem, perkusja zaś twardo stąpa po ziemi i kreśli ramy tej niebywałej impro dramy ugotowanego rocka! Kwaśne pętle gitary, stabilne tempo basu i perkusji, które z czasem wzrasta, wreszcie efektownie spowolniony, gęsty finisz, który zdaje się być nade wszystko udziałem pulsującej emocjami gitary basowej. What a game!

 


Almeida/ Serries  Live at OZO Land (Cylinder Recordings, CD 2022)

Nastrój zmieniamy dość radykalnie, oto bowiem przed nami skupiona, chwilami medytacyjna improwizacja w wykonaniu naszego bohatera (kontrabas) i Dirka Serriesa (gitara akustyczna). Czerwiec ubiegłego roku, koncert w holenderskim Hunsel (OZO Land) w ramach serii JazzBlazzt. Muzyka płynie do nas nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, który na potrzeby płyty został podzielony aż na dwanaście części. Odsłuch całości zajmie nam prawie pięć kwadransów.

Początek koncertu swobodnie improwizowanego, to tradycyjnie mała gra rozpoznawcza. Dodajmy, iż muzykom towarzyszą odgłosy ptaków, które zapewne posadowiły się nieopodal salki koncertowej. Narrację tworzą tu pulsujące pizzicato kontrabasisty i skupienie gitarzysty, który ślęczy nad strunami. Obaj szukają punktu zaczepienia, szarpią za struny, ugniatają je, a tym który pierwszy sięga po smyczek jest Almeida. Wypuszcza garść gruboziarnistego baroku i przez moment, w ramach trzeciej części prowadzi koncert w pełni samotnie. W czwartej części znów słyszymy ptaki i nowy zasób energii, jaka pojawia się na gryfie gitary. Reakcja kontrabasu zdaje się być jednak dość leniwa. Muzycy szorują wytrwale struny swoich instrumentów, po czym ich flow narasta, kreując bardziej melodyjne, ale i niepokojące frazy. Piąty odcinek, to pierwsza perełka w zestawie. Najpierw Dirk z kłębowiska dźwięków buduje małą opowieść solo, a potem do gry włącza się mroczny, nisko zawieszony smyczek kontrabasu. Narracja szuka ciszy, w czym pomaga drugi smyczek, jaki pojawia się na gryfie gitary. Nim koncert dobrnie do połowy (przynajmniej w zakresie numeracji jego podczęści), muzycy wrzucają jeszcze do tygla narracji kilka bardziej energicznych szarpnięć za struny. Akcenty percussion także dobrze wpływają na dramaturgię tej fazy koncertu.

Kolejny epizod kreowany jest przez przeciwieństwa. Gitarowe riffy i rezonujące struny kontrabasu, dźwięki krótkie i długie, grane wolno i szybko, zapętlone frazy gitary i westchnienia smyczka. Zaraz potem znów swoje dokłada ptasia rodzina, a tuż po tych drobnych pląsach obaj muzycy zamieniają się w perkusjonalistów. Improwizacja ciekawie się pętli i szuka nowych dróg. Najpierw krótki, ale popisowy epizod solowy Almeidy. Muzyk kreśli post-barokowe frazy używając chyba dwóch smyczków jednocześnie. Piękny moment, niepozbawiony zmysłowej dynamiki! Wreszcie czas na dwa finałowe fragmenty, bardziej rozbudowane czasowo. Najpierw bystre otwarcie ze strony gitarzysty, pełne narracyjnych kantów, zdobiących zaczepną ekspozycję. Po dwóch minutach odzywa się kontrabasista, który leniwie szarpie za struny. Narracja rozkręca się niczym spirala zegara, ale i tak jest odrobinę przegadana. Wiele rekompensuje sam finał koncertu, początkowo budowany w skupieniu, małymi, urywanymi frazami, z oddechem ciszy na plecach. Przypomina balansowanie na linie, kreowanie z mantryczną konsekwencją wyważonego emocjonalnie strumienia dźwiękowego. W połowie tej opowieści muzycy sięgają po smyczki, ich struny delikatnie rezonują, a całość zdaje się schodzić coraz niżej na kolanach, tak, by ostatni dźwięk mógł być wydany już w pozycji leżącej.

 


Goz  Domus (Zona Watusa, Kaseta 2022)

Wracamy do mocy i siły kreacji, jaka płynie z faktu improwizowania na gitarze basowej! Tym razem Almeida w wersji solowej - tylko on, jego instrument i zapewne cała, świetnie uzbrojona armia gitarowych pick-upów. Nie znamy szczegółów, ale prawdopodobnie dla uzyskania frontalnego brzmienia, muzyk użył też innych narzędzi do torturowania basowych strun, a szczególnie dźwięków, jakie wydają. W każdym razie przygotował nam trzy utwory - jeden krótszy, dwa znacznie dłuższe. W przypadku trzeciego z nich w procesie dekonstrukcji żywych dźwięków pomogła mu lokalna, rotterdamska załoga o jakże urocze nazwie Torture Corpse. Reasumując: trzy utwory, 41 minut i niezliczone pokłady dobrych i złych emocji! Uwaga, wydawca jest tym razem kataloński! Brak dokładnych danych o miejscu i czasie rejestracji tej muzyki.

Pierwsza część tej szalonej płyty zdaje się być skromnym do niej wprowadzeniem. Ma formę ambientowego drona, który wypełniony jest stygnącym napalmem – pulsuje, drga, toczy się niczym walec. Śmiertelny i mroczny demon czai się tuż za rogiem, ale sceną rządzi Czarnoksiężnik z krainy Goz! Druga, zasadnicza część opowieści pulsuje już definitywnie basowymi, ciężkimi, doom metalowymi riffami basu, uderzającymi w nasze zwoje mózgowe niczym młot pneumatyczny. Wokół wątku głównego rozbudowuje się warstwa backgroundu, która z czasem także nabiera intensywności. To wielowymiarowy krzyk fonii, płynący z gitarowych przetworników. Owo tło zdaje się mieć silnie zapętlony zwój mikro melodii, który też na swój sposób zdziera gardło. Całość przypomina ogniste wyziewy wprost z paszczy bliżej niezidentyfikowanego stwora. Efekt wzmaga dubowe echo, jakie snuje się pod gitarowymi riffami, bezskutecznie starające się przebić przez skorupę siarczystego drona. W połowie utworu następuje drobna korekta drive ’u. Pojawia się nowy strzęp melodii, który wije się wokół zasadniczego nurtu opowieści, potem pętli się, narasta albo ginie w nicości, wszystko wedle woli dudniącej śmiercią, basowej ekspozycji. Przez moment mamy wrażenie, że w potoku hałasu słyszymy zmutowany śpiew Beduina. Bywa, że formujący się w tle ambient na moment przejmuje dowodzenie, ale i on po paru pętlach przepoczwarza się w kolejny dron.

Trzecia część Domusa, to w dużej mierze elektroniczna dekonstrukcja dźwięków żywego instrumentu, otulana echem zagubionego kosmosu. Owe żywe kultury dźwiękowe towarzyszą nam przez długi czas, czasami mają nawet dość czyste, prawdziwie basowe brzmienie. Narracja jako całość w pierwszej części prawie 19-minutowej ekspozycji zdaje się być rwana na strzępy mocą nieznanej siły. Słyszymy gitarowe sprzężenia i inne pozornie realne frazy, które giną w potoku coraz bardziej siarczystego ambientu. Z czasem ów mroczny, poszarpany, elektroakustyczny flow zaczyna formować się w gęsty, jednorodny strumień brudnego hałasu. Do końca nagrania wybija on nas w fotel, czasami przyjmując formę bardziej zwartej ekspozycji ambientowej.

 


piątek, 31 grudnia 2021

50 Reasons to Remember the Year 2021! Pięćdziesiąt Powodów, by Zapamiętać Rok 2021!


Albums are presented in alphabetic order! Please notice that picture below doesn’t feature all honoured recordings!

Albumy prezentowane są w kolejności alfabetycznej! Proszę zauważyć, iż zdjęcie poniżej nie przedstawia wszystkich wyróżnionych nagrań! 

 


Adoct  Ouvre-Glace

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/04/peter-orins-and-other-tall-and-fresh.html

Agustí Fernández & Sarah Claman  Dandelion

(not reviewed yet)

AMM  Industria

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/04/amm-in-museu-industrial-da-baia-do-tejo.html

Barre Phillips/ John Butcher/ Ståle Liavik Solberg  We met - and then

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/06/phillips-butcher-solberg-we-met-and-then.html

Benedict Taylor & Dirk Serries  Live Offerings 2019

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/03/benedict-taylor-dirk-serries-three-live.html

Chamber 4  Dawn to Dusk

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/08/chamber-4-dawn-to-dusk.html

Cirera/Oswald/Nästesjö  I'm a Biker

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/04/cirera-oswald-nastesjo-granular.html

Consorts  Distinctions

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/06/dominic-lash-spoonhunt-and-three-new.html

Cranes: Matthias Müller/ Eve Risser/ Christian Marien  Formation < Deviation

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/05/cranes-filamental-mrs-quartet-ensemble.html

Cyclone Trio  The Clear Revolution

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/04/cyclone-trio-bothen-3-nimitta-hackett.html

Daniel Thompson & Colin Webster hakons ea

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/12/daniel-thompson-colin-webster-hakons-ea.html

Dog Star (Almeida, Gibson, Melo Alves, Trilla, Vicente)  Dog Star

(not reviewed yet)

Edwards/ Lisle/ Serries & Webster  Peck and Fleet

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/05/edwards-lisle-serries-webster-in-strong.html

El Pricto/ Discordian Community Ensemble  Live At Mixtur Festival

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/10/discordian-community-ensemble-builder.html

El Pricto/Discordian Community Ensemble  Three Poems By Aleister Crowley​/​Tzim​-​Tzum

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/03/discordian-community-ensemble-in-audio.html

El Pricto - Electric Guitar Quintet (version 2020), Spontaneous Live Series 007  Live at 4th Spontaneous Music Festival

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/search?updated-max=2021-10-05T08:48:00-07:00&max-results=5&start=20&by-date=false

El Pricto & Degenerative Spontaneous Orchestra, Spontaneous Live Series 008  Live at 4th Spontaneous Music Festival

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/search?updated-max=2021-10-05T08:48:00-07:00&max-results=5&start=20&by-date=false

Evan Parker Electro-Acoustic Ensemble  Warszawa 2019

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/06/evan-parker-electro-acoustic-ensemble.html

Fail Better!  The Fall

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/03/fail-better-during-fall.html

George Hadow & Dirk Serries  Chapel

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/11/serries-in-two-fresh-duos-acoustic-with.html

Hung Mung  The Art Of Chaos

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/05/the-barcelona-art-of-chaos-hung-mung.html

Ikizukuri + Susana Santos Silva  Suicide Underground Orchid

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/04/ikizukuri-susana-santos-silva-in.html

Jane In Ether  Spoken/ Unspoken

(not reviewed yet)

João Madeira/ Mário Rua/ Luís Vicente  Trio

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/07/this-is-our-portuguese-language-amado.html

John Edwards & Dirk Serries  Melancholia

(not reviewed yet)

Kodian Trio  Live at BRÅKFest

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/02/colin-webster-in-three-bodies-as-kodian.html

Le GGRIL  Sommes

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/12/le-ggril-sommes-birthday-postcard.html

Light Machina (Valinho, Vicente, dos Reis, Lucifora)  Light Machina

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/05/valinho-vicente-dos-reis-and-lucifora.html

Luís Lopes Lisbon Berlin Quartet  Sinister Hypnotization

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/07/luis-lopes-quartet-from-lisbon-berlin.html

Luis Vicente & Vasco Trilla  Made of Mist

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/08/vicente-trilla-made-of-mist.html

Magda Mayas' Filamental  Confluence

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/05/cranes-filamental-mrs-quartet-ensemble.html

Matthias Müller/ El Pricto/ Vasco Trilla/ Wojtek Kurek/ Witold Oleszak/ Jasper Stadhouders,  Spontaneous Live Series 006 Live at 4th Spontaneous Music Festival

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/search?updated-max=2021-10-05T08:48:00-07:00&max-results=5&start=20&by-date=false

Mia Zabelka & Glen Hall  The Quantum Violin

(not reviewed yet)

Michel Doneda, Frederic Blondy & Tetsu Saitoh  Spring Road 16

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/11/michel-doneda-frederic-blondy-tetsu.html

Nate Wooley  Mutual Aid Music

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/06/nate-wooley-mutual-aid-music-has-history.html

Nuits (Clor, Lesecq, Malmendier & Škrijelj)  Latitudes

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/05/clor-lesecq-malmendier-skrijelj-nuits.html

Paulina Owczarek & Aleksander Wnuk  Komentarz eufemistyczny

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/12/antenna-non-grata-three-very-fresh.html

Paulina Owczarek & Peter Orins  You Never Know

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/09/paulina-owczarek-peter-orins-you-never.html

Paulina Owczarek & Witold Oleszak  Mono No Aware

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/10/paulina-owczarek-witold-oleszak-mono-no.html

Rodrigo Amado Nothern Liberties  We Are Electric

(not reviewed yet)

Stefan Keune/ Erhard Hirt/ Hans Schneider/ Paul Lytton  XPACT II

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/06/keune-hirt-schneider-and-lytton-as.html

Superimpose with John Butcher, Sofia Jernberg & Nate Wooley

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/08/superimpose-with-john-butcher-sofia.html

Tàlveg  As it fades

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/04/cirera-oswald-nastesjo-granular.html

Timothée Quost  Flatten The Curve

(not reviewed yet)

Tom Jackson & Colin Webster  The Other Lies

(not reviewed yet)

Vasco Furtado/ Salome Amend/ Luise Volkmann  Aforismos

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/12/phonogram-unit-three-trios-aforismos.html

Vasco Trilla  Unmoved Mover

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/03/the-liquid-phicus-reviriego-and-trilla.html

Voltaic Trio  290421

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/12/phonogram-unit-three-trios-aforismos.html

Yves Charuest & Benedict Taylor  Knotted Threads

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/07/yves-charuest-benedict-taylor-knotted.html

Ytterlandet  66°33′48.7″ N

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2021/11/ytterlandet-from-6633487-n.html