Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Petr Vrba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Petr Vrba. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 maja 2026

The May’ Round-up: Villavecchia! Shachar! Memphis Metaphysics! En Quartet! Totoabas! Suncuts! Serries! Gorokhov!


W kwietniu zabrakło na Trybunie miejsca na nasze ulubione danie – comiesięczną zbiorówkę recenzji płyt z całego świata. Szczęśliwie w maju taka przestrzeń pojawia się już w drugim tygodniu wiosennego periodu.

Na ruszt rzucamy osiem albumów, które nadspodziewanie silnie osadzone są w idiomie post-jazzowym. Aż cztery takie płyty staną się za chwilę naszym udziałem. Potem będziemy eksperymentować z dęciakami, zrobimy prawdziwy hard-punkowy łomot, a przygodę zakończymy w odmętach wielobarwnego ambientu.

W ujęciu geograficznym zaczniemy od naszej ukochanej Katalonii, w dalszej kolejności czekają nas wątki duńsko-amerykański i polski, które dopełnią optykę jazzową. Zapowiadany eksperyment będzie czeski, choć pod sztandarami francuskimi. Potem już tylko międzynarodowe power trio, belgijska gitara i wątek z kraju bez flagi w definitywnie nieoczywistej stylistyce.

Welcome to heaven and hell of improvised music!

 


Liba Villavecchia Trio Eclipse Aciago (Self-released, CD 2025)

La Casamurada, Barcelona, luty 2024: Liba Villavecchia – saksofon altowy, Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne oraz Alex Reviriego – kontrabas. Sześć utworów, 37 minut.

To czwarta już płyta tria, które nie przestaje zaskakiwać i intrygować. Free jazzowe kompozycje lidera są tu jak zawsze punktem wyjścia do swobodnych improwizacji, ale całość trzyma dramaturgię, jak najlepszy thriller, w którym nie ma zbędnych akcji, ani słów rzucanych na wiatr. Dodatkowo Liba udostępnia coraz więcej przestrzeni młodszym partnerom, dzięki czemu trio zyskuje na jakości z każdym kolejnym utworem. Zauważmy, iż połowa z nich tym razem wypełzła spod pióra Reviriego i to nie pierwsza dziś dobra wiadomość.

Saksofon altowy Liby lubi wysoko zawieszone, soczyste melodie. Kontrabas Alexa, który chętnie stawia masywne stemple, w mgnieniu oka, traktowany smyczkiem staje się narzędziem kameralnego suspensu. Perkusja Vasco idzie tuż obok, nie boi się prostego, niemal punkowego beatu (jak w części czwartej), a gdy trzeba eksploduje armią małych, chroboczących przedmiotów na werblu (w tejże samej historii). Większość utworów ma dość spokojną narrację, a free jazzowa erupcja realizuje się w jedynie w drugim z nich. Trzecia i szósta odsłona, to części tej samej pięknej, urokliwie martwej ballady smaganej batem doom stepu sekcji i rzewnym śpiewem altu. Szczególnie dużo emocji dostarcza piąta historia, początkowo rozedrgana, osnuta wokół dętej melodii, po przejściu kontrabasu w tryb arco staje się kameralną perełką z równie zaskakującą, bluesową puentą.  

  


Yeonathan Shachar Appli'd Motion (Discordian Records, DL 2026)

La Isla, Barcelona, wrzesień/ październik 2025: Yeonathan Shachar – gitara elektryczna, kompozycje, Luis Erades – saksofon altowy i tenorowy, Asaf Shchori – kontrabas oraz Soren Alcaraz – perkusja. Sześć utworów, 29 minut.

Kolejna jazzowa oferta ze stolicy Katalonii, znów autorski projekt i dobrze uformowane kompozycje. W warstwie estetycznej posadowione w kulturze fussion jazzu, jakże charakterystycznego dla nowojorskiego Downtown sprzed trzech dekad. Ale i dziś słucha się tego naprawdę dobrze. Dodatkowo album jest zwarty w formie, co sprzyja bezkonfliktowemu odsłuchowi.

Temat pierwszego utworu jest bardzo precyzyjnie zadekretowany i rozpisany na role, dodatkowo nasączony ekspresją i estetyką godną najntisowego Johna Zorna. Śpiewny saksofon, zwinna gitara i sekcja rytmu, która zawsze jest na czas. W kolejnych odsłonach albumu do gry chętnie wchodzi kontrabasowy smyczek, ale daleki jest od kameralnych zapędów, potrafi wzniecić ogień lub intrygująco poszarpać zbyt łagodnie uformowaną narrację. W części trzeciej podobać się mogą akcje duetowe – najpierw sax & bass, potem guitar & drums. Końcowe dwa utwory płyną pod dyktando lidera i kompozytora. W piątym intryguje ambientowe intro, z kolei utwór finałowy, to wyłącznie dzieło gitarzysty, którego instrument brzmi po raz pierwszy semi-akustycznie i udanie deformuje coś klasycznie gitarowego.

  


Oswald/ Cheli/ Moses/ Edmiston/ Westgaard Memphis Metaphysics (Sonic Transmissions, CD 2025).

Memphis, Tennessee, Grudzień 2023: Ra Kalam Bob Moses – perkusja, Hein Westgaard – gitara elektryczna, Margaux Oswald – fortepian, Art Edmaiston – saksofon tenorowy oraz Kevin Cheli – instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 46 minut.

Oto historia niemal z dzikiego zachodu. Przyjaciele z Danii, Oswald i Westgaard, ruszają w podróż po bezkresach Ameryki i trafiają do Memphis. Tam, w domowych pieleszach drummera i mistyka Ra Kalama Boba Mosesa, nagrywają album, w którego produkcji uczestniczą także dwaj inni lokalni muzycy. Tytuły pięciu utworów odwołują nas do filozofii starożytnego Egiptu. Jest zatem duchowość, nie brakuje też bardzo swobodnych, osadzonych w etyce rytualnego free jazzu improwizacji.

Pierwsze trzy utwory mają zbliżoną dramaturgię. Otwarcie spoczywa na barkach perkusisty i perkusjonalisty, okraszone głosem tego pierwszego. Gitarzysta najpierw buduje groove, potem dodaje stylowe, jazzowe improwizacje. Rolą saksofonisty jest inicjacja melodii, a w dalszej kolejności zgrabna eskalacja i wynoszenie kwintetu na free jazzowe wzniesienia. Najciekawsze są tu wszakże akcje pianistki, zarówno w zakresie brzmienia i jak estetyki jej bardzo swobodnych pasaży. W wielu momentach narracja prowadzona jest w trio - każdorazowa z udziałem perkusji i perkusjonalii. Ostatnie dwie improwizacje bazują na balladowym flow, zdają się być pretekstem do wytłumionych medytacji, niepozbawionych jednak nuty zaskakującej psychodelii.

 


En quartet i Kamil Piotrowicz Live in Poznan (Torf Records, LP/DL 2026)

SARP Social Club, Poznań, sierpień 2023: Adam Jełowicki – trąbka, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon tenorowy, Mikołaj Nowicki – kontrabas, Piotr Dąbrowski – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz gościnnie Kamil Piotrowicz – fortepian. Jedna improwizacja podzielona na dwie części, 43 minuty.

Kolejna porcja rasowego free jazzu, tym razem bez nadmiernej filozofii i powtarzalnych rytuałów, nastawiona na ekspresję i moc kolektywnych spazmów.  

Muzycy otwierają koncert gęstym strumieniem fonii, nie siląc się na zbędne wprowadzenia. Nieskomplikowany groove, swobodna, melodyjna wymiana uprzejmości pomiędzy trąbką i saksofonem, wreszcie delikatnie zdystansowane piano, które jakby czekało na rozwój wypadków scenicznych. Improwizacja prowadzona na ogół kolektywnie tylko incydentalnie przyjmuje formę zabaw w podgrupach. Ważnym zdarzeniem dramaturgicznym jest pojawienie się smyczka na gryfie kontrabasu, który wprowadza intrygujący ferment, ale nie zmienia kierunku podróży całego kwintetu. Bardziej zdecydowana zmiana ma miejsce już na drugiej stronie czarnego krążka, gdy muzycy istotnie studzą narrację. Pojawia się gwizdek, minimalistyczne piano i takiż kontrabas. W międzyczasie do gry wchodzi klarnet basowy, który nadaje opowieści delikatnie kameralny sznyt. Powrót do bardziej dynamicznych poczynań inicjuje pianista. Zakończenie koncertu jest silnie jazzowe, nawet lekko swingujące.

  


Totoabas Winter Spawning (Circum-Disc/ 13 Raw, CD 2026)

Divadlo 29, Pardubice: Petr Vrba – trąbka, elektronika oraz Zdenek Zavodny – klarnet kontraltowy, bagpipes. Dwa utwory, 26 minut.

Po pokaźnej porcji jazzu czas na zapowiadane eksperymenty. Trąbka, elektronika, klarnet kontraltowy i dudy, to narzędzia pracy, dzięki którym artyści z Czech upletli dwa intrygujące zwoje narracji. Album jest bardzo krótki, zatem warto tu pochylić się na każdym źdźbłem dźwięku.  

Pierwsza opowieść zbudowana jest z klarnetowego prychania, które multiplikuje się, poddawane czemuś na kształt live processingu. Ów dęty wielogłos kreuje gęsty strumień fonii, który zawłaszcza pełne spektrum nagrania. W połowie utworu zaczyna pojawiać się elektronika – nie jest wcale subtelna, nie stroni od usterek i drobnych przesterów, wije się wokół coraz brudniejszych, klarnetowych zgrzytów, niczym wąż boa wokół ofiary. Całość, podrasowana elektroniczną repetycją, z czasem staje się masywna, hałaśliwa i intensywna. Najpiękniejszy już tu wszakże finał, grany długim, pociągłym, dętym wydechem, otulony elektronicznym post-ambientem. Drugi utwór, to dron naznaczony piętnem stylistyki Philla Niblocka. Trąbka i dudy, skąpane w szorstkim ambiencie, kreują wielowarstwową opowieść, w której z czasem wyraźnie słyszymy frazy poszczególnych instrumentów. Intensywność przekazu rośnie do poziomu noise’owego krzyku. Ostatnia prosta, to gęsta, obumierająca flauta.

 


Suncuts Collective Heliophobic Dream (Unit Records, LP/DL)

Biel, Szwajcaria, grudzień 2023: Anton Ponomarev – saksofony, elektronika, Maxime Hänsenberger – perkusja oraz Felipe Zenicola – bas elektryczny. Pięć utworów, 44 minuty.

A teraz obiecany punkowy łomot! Będzie głośno, będzie dosadnie, z dużą ilością prądu i ekspresji. Ściana dźwięku potężnie brzmiącej gitary basowej, 2stepowy, dynamiczny drumming i rozwrzeszczany saksofon. Suncuts nie bierze jeńców, to chyba oczywiste!

Album składa się z pięciu ekspozycji w typie long-distance crash, trwających od siedmiu do jedenastu minut. Bas rusza w podróż w tumanach sprzęgającego się prądu wysokiego napięcia, perkusja bije stopą prosty beat i szybko osiąga kosmiczną prędkość, z kolei saksofon uderza w dzwon krzycząc pieśń złości i agresji. Otwarcia kolejnych utworów zdają się być nieco spokojniejsze, ale na etapie rozwinięcia każdorazowo dopada muzyków zew krwistej, świetnie unerwionej i udramatyzowanej galopady. W tym tyglu emocji słyszymy jednak dużo wirtuozerii, zwłaszcza ze strony świetnie nam znanego brazylijskiego basisty. Artyści znajdują chwilę oddechu dopiero w czwartej opowieści, która stwarza przestrzeń na ich wysublimowane popisy solowe. Finałowa pieśń ponownie wbija w fotel. Bas z perkusją szyją wyjątkowo gęsty rytm, dodatkowo wzmocniony elektroniką. Jeśli w tym kuble soczystych pomyj odnajdziemy brzmienie saksofonu, to musimy mieć wyjątkowo wytrawne ucho. To atak serca, którego prawdopodobnie nikt nie przeżyje.

  


Dirk Serries Live Oude Klooster Chapel 2025 (Bandcamp’ self-release, DL 2026)

Kapel Oude Klooster, Brecht, październik 2025: Dirk Serries – gitara elektryczna, efekty. Jeden utwór, 63 minuty.

Na tych łamach nie trzeba nikogo specjalnie zachęcać do odbywania sennych, mrocznych, ambientowych podróży w towarzystwie samotnej gitary tego belgijskiego artysty. Ta najnowsza jest nagraniem koncertowym, powstałym w świetnie nam znanym obiekcie w Brechcie. Ta akurat epopeja dźwiękowa Serriesa wydaje się wyjątkowo spokojna, dramaturgicznie wyważona, ale niesie też w sobie ziarno niemal egzystencjalnej wątpliwości, a nawet trwogi. Jest tradycyjnie piękna, niemal relaksacyjna, ale po ostatnim dźwięku pozostawia nas w stanie, który nie pozwala na spokojny sen.

Opowieść nadciąga z błogiej ciszy, leniwie płynie ciepłymi podmuchami powietrza, zdaje się koić nasze utrudzone zmysły mocą frasobliwej łagodności. Trwa, bo nie ma początku i nie będzie miała końca. Początkowo wydaje się lekka jak puch, z czasem zostaje doposażona dodatkowymi warstwami, niekiedy bardziej mrocznymi. W połowie zdaje się konać w kolejnej chmurze ciszy, ale odradza kroplami rozpaczy i strzępami tajemniczej nerwowości. Dopiero ostatni kwadrans niesie nadzieję, można bowiem odnieść wrażenie, że niektóre dźwięki stają się jakby bardziej jaskrawe.

 


Daniil Gorokhov Nocturne (Extra Notes, DL 2026)

Czas i miejsce akcji nieznane: Daniil Gorokhov - fortepian, sinewaves, dźwięki odnalezione, Marianna Domnikova – fortepian oraz Lada Uchaeva – ilustracje. Osiem utworów, 51 minut.

Na koniec naszej wielokolorowej zbiorówki na poły skomponowana, na poły improwizowana mroczna medytacja na fortepian, elektronikę analogową i garść tajemniczych, bliżej niezidentyfikowanych fonii. A wszystko z dużym znakiem jakości.

Album otwiera opowieść, która śmiało mogłaby stanowić soundtrack do horroru – mroczne frazy piana umoczone w strumieniu syczącej elektroniki. W kolejnych dwóch odsłonach rzeczona elektronika zdaje się dominować, ale zagubione frazy piana, zarówno z klawiatury, jak i wnętrza instrumentu, ciągle akcentują swoją obecność. W części czwartej, bodaj najciekawszej, odbywamy podróż od deep black ambient piano do niemal post-industrialnego rozgardiaszu. W piątym utworze intrygujący dysonans – stojący dron syntetyki i post-klasyczna melodia wprost z klawiatury. W części szóstej dźwięki piana opłukiwane są szumem przepływającej wody, z kolej w siódmej akcja opiera się wyłącznie na frazach akustycznych. Finałowa opowieść jest plejadą drobnych, szemrzących i skwierczących fonii, najpierw dość onirycznych, potem definitywnie mrocznych. Puentą utworu, jak i całego albumu jest tykający zegar. Nie wiemy tylko, komu jest tu odmierzany czas.

 

 

piątek, 28 marca 2025

The March’ Round-up: The Unreal Book! Ligand! Eyre! Wirksam! Into the Dark! Mutants In Siberia! Live in Bemma Bar! Transformations II!


Rzutem na taśmę zdążyliśmy z comiesięczną zbiorówką świeżych recenzji płytowych! Tym razem przed obliczem czytaczy i słuchaczy stawiamy osiem nowych albumów – siedem tegorocznych i jedną zgubę z końca roku poprzedniego. W ujęciu stylistycznym, jak zwykle lekkostrawny groch z kapustą, w wymiarze personalnym raczej bez specjalnych zaskoczeń – głównie dobrze nam znami i równie lubiani artyści i artystki z całego świata.

Podróż zaczniemy w ukochanej Barcelonie, potem czeka nas podwójna wizyta w Zjednoczonym Królestwie, takaż sama w Berlinie, a w dalszej kolejności – Praga, Wrocław i Toruń. W ujęciu gatunkowym na ogół będziemy swobodnie improwizować, choć zaczniemy od niekończącej się Nierealnej Księgi słynnego El Pricto. Będzie sporo elektroniki, trochę kameralistyki i szczypta spirytualnych post-perkusjonalii. What ever you want! Welcome to heaven and hell of improvised music!



 

El Pricto/ Discordian Community Ensemble The Unreal Book at LEM Festival (Discordian Records, DL 2025)

Nocturna Discordia #404, Soda Acústic, Barcelona, październik 2024: Ilona Schneider – głos, Pablo "Pope" Volt – trąbka, Edu Pons – saksofon sopranowy, Liba Villavecchia – saksofon altowy, Luis Erades – saksofon tenorowy, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – bas elektryczny, Vasco Trilla – perkusja oraz Prictopheles – dyrygentura, notacja graficzna. Dziesięć utworów, 46 minut.

Flagowy okręt barcelońskiej sceny muzyki kreatywnej na szerokich falach wzburzonego oceanu! Kolejny epizod neverending story spod pióra niesamowitego El Pricto. Kompozytor oczywiście w roli dyrygenta, a pod jego batutą soczysty oktet muzyków niemal trzech pokoleń barcelońskich improwizatorów – z głosem, silną frakcją dętych i bardzo elektryczną sekcją rytmu. Narracja, jak to często bywa w przypadku tej odnogi twórczości Wenezuelczyka, rozsypana na drobne kawałki, niczym pęknięta szyba, w klimatach bardzo zornowskich, takie Naked City z turbodoładowaniem. Dziesięć dobrze udramatyzowanych epizodów, tysiące akcji, mnóstwo zabawy i garść parateatralnych gagów z inwokacją do jedynej Eris! Nie sposób uronić tu choćby sekundy.

Radosne okrzyki i rockowe przełomy, dynamiczne zjazdy i efektowne podskoki, stempel na stemplu, ciało przy ciele – ognisty free jazz, która zna całą historię muzyki na pamięć, po prostu DCE! Klimat zmysłowej nadekspresji prezentuje tu większość utworów, które trwają na ogół od dwóch do czterech minut. W trakcie tych bardziej spokojnych epizodów (choćby drugi, czy siódmy) dominuje szemrana, preparowana rzeczywistość foniczna, dostojny krok i nad wyraz soczyste wydechy dętych i wokalistki o operowej skali głosu. Ale i tu zaskakująca porcja halsu nie jest zjawiskiem niemożliwym. Utwory czwarty i dziewiąty, to najdłuższe opowieści, ponad ośmiominutowe. Nie brakuje w nich zatem przestrzeni na ekspozycje saksofonistów, niekiedy jazzowe, a nawet swingujące, czy salwy heavy rockowej gitary i równie mięsistego basu. W siódmej opowieści po rozbudowanych akcjach instrumentalnych nagle odnajdujemy się na deskach teatralnych – muzycy rozmawiają, dyskutują, przekrzykują się, a perkusista wybucha charakterystycznym dla niego śmiechem. W dziewiątej odsłonie mamy werbalną inwokację do diskordiańskiej bogini w wykonaniu samego El Pricto. Warstwa muzyczna ma tu swoją repetytywną dramaturgię. Zwarte, soczyste ekspozycje saksofonistów, wokalistki i gitarzysty są efektownie kontrapunktowane podmuchem całej orkiestry. Końcowa opowieść, to rockowe resume – gęsta, radosna, zawadiacka opowieść cięta na drobne kawałki niewyczerpalną kreatywnością kompozytora i dyrygenta. Salve Eris!




Tom Ward & Adam Fairhall Ligand (Raw Tonk, Kaseta 2025)

Chestnut End, Anglia, czerwiec 2022: Tom Ward – saksofon altowy i tenorowy, klarnet basowy oraz Adam Fairhall - Hammond C3. Osiem improwizacji, 41 minut.

Pierwsza dziś brytyjska płyta, to opowieść z cyklu kreatywny jazz nie jedno ma imię. Saksofon i organy w jakże kompetentnych rękach artystów, których cenimy i o których lubimy pisać. Swobodne improwizacje tkane z różnym poziomem intensywności, dużo jakości i umiejętnie kreowanych splotów dramaturgicznych. Pierwsze cztery epizody trwają po 7-8 minut, cztery kolejne, to krótsze narracje.

W pierwszej fazie albumu w grze uczestniczy saksofon altowy. Samo otwarcie jest spokojne, wyważone, niemalże balladowe. Od drugiej opowieści zaczynają się prawdziwe emocje. Ciepły i wystudzony Hammond wchodzi teraz w intensywne zwarcia z dęciakiem, a muzycy zgrabnie dawkują nam kolejne stadia free jazzowego wtajemniczenia. Frazują na tym etapie zarówno krótkimi, zaczepnymi akcjami, jak i dronowymi, na poły ambientowym reasumpcjami. Te ostatnie dobitnie podkreślają urodę czwartej improwizacji, w trakcie której słyszymy brzmienie … klarnetu basowego (choć albumowe credits o tym nie wspomina). Cztery kolejne opowieści, te krótsze, to już królestwo saksofonu tenorowego. Najpierw półtorej minuty nerwowej, połamanej melodyki z obu stron, potem garść post-jazzowych zaczepek, lepionych zarówno z czystych, jak i delikatnie preparowanych fraz, podanych w dość leniwym tempie. Siódma improwizacja, to albumowy szczyt nasączony saksofonowymi skrzepami, siarczystym brzmieniem organów i adekwatnymi dla free jazzu emocjami. Końcowa opowieść, to oddech szumiącej ciszy. Łagodna, choć podszyta nerwowością, pożegnalna ballada.



 

light.box + Tom Challenger Eyre (Bead Records, CD 2025)

City University, luty 2024: Alex Bonney – trąbka, elektronika, Pierre Alexandre Tremblay – gitara basowa, elektronika oraz Tom Challenger – saksofon tenorowy. Sześć improwizacji, 48 minut.

Jazzowy, tudzież post-jazzowy saksofon skąpany w gęstym strumieniu elektroniki, z której incydentalnie wyłaniają się frazy trąbki i gitary basowej. Album na swoje otwarcie, niemal epickie zakończenie, a pomiędzy nimi treść główną, która podzielona na cztery podrozdziały stanowi przyczynek do dyskusji o walorach improwizacji zdominowanej przez brzmienia syntetyczne.

Słowo się rzekło, album otwiera strumień usterkowej elektroniki, budowany także basowymi sprzężeniami. W takich okolicznościach do życia budzi się saksofon, który płynie spokojnym, jazzowym tembrem. Z kolei otwarcie czteroczęściowej fazy zasadniczej, to być może najciekawsza odsłona albumu. Słyszymy czyste frazy trąbki, a po chwili saksofonu. Formuje się ciekawy dialog, który zostaje rozsiany po całym spektrum narracji bystrze redagowanym live processingiem i wspomagany frazami żywej basówki. Całość lepi się z czasem w gęsty, szorstki ambient, a emocje kreuje tu także bas, który topi się w narastającej fali elektroniki. Po trwającym niespełna sto sekund interludium, które przypomina tybetańską medytację, narracja osiąga fazę, którą definiuje zarówno posmak dekonstruowanego rocka, jak i post-jazzowe brzmienia syntetyczne, nieuchronnie kojarzące się z dokonaniami Nilsa Petera Molvaera. Wątek części głównej albumu uzupełniają czyste, melodyjne frazy saksofonu intrygująco skorelowane z basowym fuzzem. Albumowa puenta trwa dziesięć minut i przynosi sporo nowych elementów. Elektroakustyczne szmerowisko i mroczna poświata ambientu budują tło, na którym rozgrywa się akcja główna – dialog saksofonu i basu, który systematyczne nasączany jest elektroniką. Na ostatniej prostej nie brakuje melodii kontrapunktowanej elektronicznym zgrzytaniem zębami.



 

Niklas Fite & Axel Dörner Wirksam (Bandcamp’ self-released, CD 2025)

Studioboerne45, Berlin, luty 2019: Niklas Fite - gitara, banjo oraz Axel Dörner – trąbka, elektronika. Dwie improwizacje, 50 minut.

To nagranie przeleżało się na twardym dysku całe sześć lat, ale zdecydowanie warto było czekać. Młody Szwed i doświadczony Niemiec wchodzą tu w szranki intrygującego boju improwizacyjnego. W jego trakcie walka bywa niekiedy odrobinę nierówna, albowiem akustyczna gitara lub banjo w zetknięciu z trąbką podłączoną pod elektronikę dużej mocy nie ma wielu argumentów w bardziej zmasowanej akcji scenicznej. Gdy wszakże moc ustępuje miejsca kreatywności, wrażliwości na brzmienie i niuanse dramaturgii, improwizacja osiąga poziom godny naszej najwyższej uwagi.

Album składa się z dwóch ponad dwudziestominutowych opowieści. Spokojny początek, to banjo i czyste frazy trąbki uwikłane w elektroakustyczny rozgardiasz. Wyważone wymiany zdań i plamy … white noise. Drobne intensyfikacje i lubieżne rozkołysania. Nie brakuje brzmień preparowanych, zgrzytów, bolesnych obtarć i soczystych szorowanek – tu każdy dokłada adekwatne porcje emocji. Bywa, że muzycy patrzą sobie prosto w oczy, bywa, że giną na froncie dysonansu. Pierwszą historię wieńczy urokliwy passus solowy Szweda, pięknie spuentowany wystudzoną trąbką Niemca. Początek drugiej trzyma się owej zrównoważonej narracji. Tym razem słyszymy gitarę, a arsenał elektronicznych środków wyrazu zdaje się nieść sporo intrygujących niespodzianek. Opowieść ma swoją fazę rozdygotanego ambientu, a także momenty intensywnych zwarć i post-akustycznych pyskówek. Popada w dramaturgiczny umiar, ale i sięga po plastry hałasu, a nawet na poły taneczne electro. Znów podobać się może samo zakończenie, które bazuje na akustycznym konsensusie, pięknie obranym w repetującą narrację.



 

Evil Joe Into the Dark (Ma Records, CD 2024)

Kühlspot Social Club, Berlin, 2023: Edith Steyer – klarnet, Vojta Drnek – akordeon oraz Kellen Mills – gitara basowa. Sześć utworów, 33 minuty.

Owa niemiecko-czesko-amerykańska kooperacja definitywnie nosi znamiona oryginalnej. Niebanalny zestaw instrumentalny, kameralna estetyka, którą rozsadza ponadgatunkowa kreatywność, wreszcie intrygujące koincydencje brzmieniowe i dramaturgiczne. Bywa, że brakuje w niej nieco ekspresji, ale to zdaje się być zaplanowanym elementem tego muzycznego konceptu.

Pierwsza opowieść przypomina spacer po mrocznym lesie. Swobodne ruchy, głowy otwarte na nowe wyzwania, naturalna powolność w dobrze skomunikowanych akcjach zaczepnych. W drugiej odsłonie artyści dodają nieco melodii i dłuższych, bardziej rozkołysanych fraz, w trzeciej także samej radości ze wspólnego muzykowania i pewnej znów całkiem naturalnej taneczności. W kolejnych trzech opowieściach jest jeszcze ciekawiej. W czwartej mamy wrażenie obcowania z nagraniami terenowymi, które oplata smutna melodyka zastygłej chwili. Szmery, drżenia, powłóczyste dźwięki towarzyszą nam także w piątej opowieści, która przynosi garść bolesnych fraz, trochę nerwowych ruchów i zaskakująco melodyjną fazę rozwinięcia. Nie brakuje dźwięków preparowanych, szczególnie ze strony klarnecistki i ekspresji dynamicznego zakończenia. Ostatnia improwizacja zdaje się być jeszcze precyzyjniej … zaplanowana. Dużo brudnych dźwięków płynie tu z gitarowych pick-upów, sporo strwożonych śpiewności dostarcza klarnetu, wciąż dużo zaskakujących brzmień niesie semantyka akordeonu. Ostatnia prosta wynosi opowieść na efektowe wzgórze, stanowiąc zgrabną reasumpcję albumu.



 

Joke Lanz & Petr Vrba Mutants In Siberia (Circum-Disc, CD 2025)

Punctum, Praga, 2023: Joke Lanz - turntables, głos oraz Petr Vrba – trąbka, elektronika. Dwanaście utworów, 38 minut.

Gramofony, okazjonalny głos, trąbka i elektronika budują tu barwną, niekiedy power noise’ową ekspozycję, która śmiało pretenduje do miana eksperymentalnej, improwizowanej elektroniki, ale też zaskakująco często sięga po atrybuty … inteligentnej muzyki tanecznej, czyli estetyki wykutej na przełomie milenium i identyfikowanej świetnie rozpoznawalnym skrótem IDM.

Elektroakustyczny chaos, jaki towarzyszy muzykom na starcie dość szybko zostaje uformowany w ciąg zdarzeń, które mają odpowiednią ekspresję, swój rytm, nieco pokrętną linearność i dobrze ukonstytuowaną dramaturgię. Ekscesom fonicznym towarzyszy także głos, który czasami recytuje, innym razem krzyczy. Muzycy generują dużo fraz w jednostce czasu, pilnując by akcje zaziębiały się i wchodziły w dyskurs poznawczy. Raz po raz w grze pojawiają się akustyczne frazy trąbki, którym towarzyszy oniryczna, mglista narracja sfery syntetycznej, ciętej zazwyczaj ostrym skalpelem na wyjątkowo krótkie interwały, co przypomina kolejną estetykę kojarzoną z elektroniką millenialną, czyli słynne cięcia i klejenia. W połowie albumu muzycy wrzucają do tygla zdarzeń więcej akcentów rytmicznych, a zdefiniowane w preambule recenzji skojarzenie z IDM zaczyna nabierać rumieńców. Dodajmy, iż w ósmym epizodzie pojawia się wysamplowany głos, który recytuje polityczny tekst, jaki znamy z płyty … punkowego Dead Kennedys sprzed czterech dekad. Ostatnie trzy utwory wydają się nieco spokojniejsze, wciąż nerwowe i podszyte kreatywnością, ale bardziej swobodne, budowane ze świadomością, iż album dobiega końca. Dodajmy, iż poczucie pokrętnego rytmu i skłonność do repetycji nie opuszcza muzyków do ostatniej sekundy albumu.

 


Shepherds of Cats & Vj Pietrushka Live at Bemma Bar (Antenna Non Grata, CD 2025)

Bemma Bar, Wrocław, wrzesień 2023: Adam Webster – wiolonczela, głos, Aleksander Olszewski – etniczne instrumenty perkusyjne, Dariusz Błaszczak – syntezator modularny, sampler, Jan Fanfare – gitara, preparowane ukelele, looper oraz Vj Pietrushka - live cameras, video processing. Improwizacja w czterech częściach, 38 minut.

Brytyjsko-wrocławscy Pasterze Kotów, których dokonania śledzimy od zarania ich pomysłu na swobodną improwizację, czerpiącą inspirację z nieskończonej liczby gatunków, stylistyk i estetyk, dostarczają nam album koncertowy, ulepiony w jedną kompaktową ścieżkę, ale stworzoną z czterech opowieści połączonych prawdziwe punkowymi, nie do końca subtelnym metodami edytorskimi. Dodajmy, iż wrocławski koncert miał także, tradycyjnie dla Kotów, warstwę wizualna, ale tej na rzeczonym albumie możemy się jedynie domyślać.

Pierwsze osiemnaście minut koncertu, to linearna, uformowana w leniwą strugę reaktywnych improwizacji opowieść, osadzona na brzmieniu wiolonczeli i gitary, udanie uzupełniana poświatą nieinwazyjnego syntezatora modularnego i akcji perkusjonalnych, których raz po raz zmieniają szyk narracji. Nie brakuje brudnych i zakurzonych fraz, a tempo bywa zmienne. W trakcie drugiego epizodu muzycy dostarczają więcej ekspresji i tropów gatunkowych, które perfekcyjnie gubią, niczym zbieg uciekający przed obławą tłustych policjantów. Wokalno-instrumentalna, krocząca opowieść zdaje się wieść intrygująco taneczne życie wewnętrzne, okazjonalnie pachnie rockiem, niekiedy kameralną psychodelią, a po kolejnym stoppingu przepoczwarza się w bardziej mroczną, dość stonowaną pulsację. Po pewnym czasie narracja gęstnieje, a jej rockowa powłoka próbuje wyrwać się z uwięzi, ale grzęźnie w defensywnej motoryce upalonego post-bluesa. Pod finałową, oniryczną flautę podprowadza nas intrygujący fragment budowany skłębionymi perkusjonaliami i zaskakująco czysto frazami strunowymi, które łapią od dawna skrywaną melodykę. Pożegnalna opowieść gaśnie nagle, ucięta dość tępym skalpelem.



 

Rafał Iwański Transformations II (Antenna Non Grata, CD 2025)

Studio Eter, Toruń, lipiec - listopad 2024; Rafał Iwański – sanzas, kalimba, sanzula, grzechotki, patyki deszczowe, dzwonki, przedmioty metalowe, rurki sprężynowe, rura wah-wah, bęben obręczowy, okaryna, flety, piszczałki, automat perkusyjny, efekty, nagrania terenowe. Jedenaście utworów, 51 minut.

Rafał Iwański, multiinstrumentalista, którego słusznie kojarzymy z takimi formacjami, jak Innercity Orchestra, czy Alameda 5, dostarcza swoją kolejną solową płytę. Bazuje ona w równym stopniu na dźwiękach instrumentów perkusyjnych, jak i strunowych, udanie sięga także po brzmienia post-akustyczne i syntetyczne, budzące w głowie recenzenta, nie pierwsze w trakcie dzisiejszej zbiorówki, skojarzenia w dumną historią wartościowej elektroniki ostatnich trzech dekad.

Pierwszą opowieść buduje dysonans mrocznego tła i lżejszych od powietrza perkusjonalii i instrumentów strunowych. Pojawia się ledwie zasugerowana rytmika, która wszakże potęguje nastrój wyciszonej medytacji. W kolejnych utworach Iwański mnoży wątki, dodaje odrobinę dalekowschodniego posmaku i gamelanowej filigranowości, a w sferze kreowania warstwy rytmicznej sięga po atrybuty syntetyczne osiągając efekt, którym śmiało może wzbudzać skojarzenia z estetyką IDM. Nie stroni od onirycznych, wystudzonych interludiów, czy etnicznych naleciałości (niczym Samarpan Sławka Kulpowicza sprzed czterech dekad!), ale nie przestaje forsować estetyki tanecznej. Sięga po minimalistyczny deep beat charakterystyczny dla post-techno, który w utworze dziewiątym barwi dubową poświatą, dzięki czemu ów fragment definitywnie umieszczamy w roli albumowego crème de la crème. Przedostatni epizod nasączony zostaje mglistym, łagodnym ambientem, którego narodziny poprzedzone są dźwiękami żywej, czystej, medytującej przyrody. Album wieńczy dwuminutowa koda. Wieje zaskakująco mroźny wicher, szczęśliwie ciepły ambient zaczyna rozpościerać się na bezchmurnym niebie.

 

 

wtorek, 22 października 2024

The Circum Disc’ new outfit: Psychedelic Jelly! The Book of Pig!


Francuski label Circum-Disc, zawiadywany przez doskonałego perkusistę i perkusjonalistę Petera Orinsa, dawno temu osiągnął już kosmiczny poziom swoich produkcji, zatem bez cienia zdziwienia donosimy o dwóch kolejnych, improwizowanych petardach, pełnych jakości, zdrowych emocji i świetnych kooperacji. Na liście wykonawców same znane postaci związane z wydawnictwem. Cieszymy się, że w tym gronie – nie po raz pierwszy – odnajdujemy Paulinę Owczarek.

Dodajmy, iż nowe dźwięki z Francji docierają do nas dzięki tradycyjnej już kooperacji Circum-Disc z kanadyjskim Tour De Bras (a nie jest to jedyna kolaboracja w tym przypadku). Bez zupełnie w tym wypadku zbędnej zwłoki zapraszamy do odczytu/ odsłuchu dwóch nowych winylowych płyt w logotypem CD!



 

Psychodelic Jelly

Peter Orins, Ivann Cruz i Jérémie Ternoy muzykują pod szyldem Toc od wielu lat, świetne znamy wszystkie ich produkcje (zarówno w wersji akustycznej firmowanej samymi nazwiskami, jak i elektrycznej pod przywołaną nazwą własną). Muzycy niejednokrotnie grali w Polsce, nie ominęli jednej z edycji Spontaneous Music Festival, a onegdaj, na tych łamach, ich elektryczna odsłona została porównana do rockowej legendy The Doors, z nieco prowokacyjnym stwierdzeniem, iż tak oto graliby ci ostatni po śmierci Morrisona, gdyby postawili wyłącznie na improwizację. Jesienią ubiegłego roku do Toc dołączyła krakowska saksofonistka Paulina Owczarek, dzięki czemu powstało nagranie, nad którym obecnie pochylamy nasze uszy.

Toc, jak to ma w zwyczaju, zaczyna swój spektakl w ciszy, w pajęczynie mikro interakcji, w pozie drobnego rozhuśtania, by po procesie wielominutowego dojścia, skonać w ogniu psychodelicznej, gitarowo-fenderowo-perkusyjnej ekspozycji. W wersji kwartetowej nie ma specjalnych zaskoczeń, może jedynie droga do stanu kulminacji jest bardziej rozciągnięta w czasie, przyozdabiana wieloma brzmieniowymi niuansami, nie bez znaczącego udziału polskiej saksofonistki. Ta ostatnia pomiędzy typowe dla Toc frazy perkusjonalii, fenderowych plam i gitarowych półakordów wplata subtelne, saksofonowe preparacje. Muzycy osiągają bardziej zaawansowane stadium podróży mniej więcej wraz z upływem dziesiątej minuty improwizacji, która wypełnia pierwszą stronę czarnego krążka. Jak zwykle bazę rytmiczną kreuje tu perkusista, ale w tym obszarze zadania ma każdy z wykonawców, szczególnie pianista i jego niskie pasma. Ten ostatni z czasem daje improwizacji niemal rockowy drive, przy okazji nie zapominając o budowaniu psychodelicznego backgroundu. W stadium rytualnego szczytu, w pozie rytmicznej odnajdujemy już wszystkich. I zdaje się, iż każdemu, tudzież każdej w tej roli jest wyjątkowo po drodze.

Druga improwizacja zdaje się wymagać jeszcze bardziej żmudnych prac przygotowawczych. Na etapie rozruchu saksofonistka i perkusjonalista preparują, a o ambientowe tło dbają master of fender i gitarzysta. Powstaje z tego gęsta zawiesina, która zostaje systematyczne nasączana rytmem, najpierw perkusji, potem gitary i piana, na końcu saksofonu. W przeciwieństwie wszakże do części pierwszej dramaturgiczny suspens (ów moment błyskotliwego zawahania) trwa niemal do końca dwunastej minuty ekspozycji, która i tak jest o kilka chwil krótsza od pierwszej. Tym razem improwizacja narasta zdecydowanie wolniej i po prawdzie nie osiąga szczególnej intensywności - grana jest na wydechu, z dużą swobodą i nieskrywaną radością współtworzenia. Szczególnie urokliwa jest tu ambientowa finalizacja, która trwa więcej niż kilkadziesiąt sekund. Ostatnie słowo należy wszakże do Petera i Pauliny.



 

The Book of Pig

Spotkanie Petera Orinsa z czeskim trębaczem i elektronikiem Petrem Vrbą ukryte zostało pod zagadkową nazwą Kesherul Neg Pineg, a zatytułowane Księga Świni. Zawartość muzyczna jest jeszcze bardziej intrygująca, mimo drobnych ambiwalencji wynikających z faktu, iż Vrba dostarcza nam tu więcej dźwięków syntetycznych, tudzież elektroakustycznych niż fraz samej trąbki. Nasza podróż, i tym razem, rozciągnięta została na dwie strony czarnego krążka.

Nagranie otwiera plama delikatnego ambientu, obtoczona strumieniem szeleszczących talerzy. Wokół tworzy się natychmiast chmura onirycznego rezonansu, a całość przybiera mroczne barwy, tkana zarówno nieinwazyjnymi porcjami elektroniki, jak akustyką drżących, perkusjonalnych drobiazgów. Z czasem w zgrabnie uformowanym, elektroakustycznym dronie zaczynają pojawiać się pierwsze akcenty perkusyjnego rytmu. Akcja goni tu akcje, choć całość – definitywnie linearna -wydaje się dość leniwa i nie skora do eskalowania dynamiki. W drugiej połowie ponad 23-minutowej improwizacji po raz pierwszy słyszymy dźwięki kojarzące się z trąbką i jej akustyczną powłoką. Opowieść nabiera teraz jeszcze więcej rytmu w żagle, choć nadal wydaje się lekka, nieukorzeniona. Dopiero pulsujące pasma basowe w fazie finalizacji powodują, iż improwizacja nadyma się i nieznacznie gęstnieje. Choć kona pozbawiona znamion perkusyjnego rytmu.

Druga odsłona lepi się w fazie początkowej ze strzępów dźwięku, ledwie słyszalnych ochłapów fonii. Trąbka pulsuje elektroniką, skromny drumming po talerzach rozsiewa pierwsze zalążki struktury rytmicznej. Opowieść, mimo, iż cicha i ulotna, efektownie rozbudowuje się zawłaszczając coraz więcej potencjalnego spektrum dźwiękowego. Każdy element tej gry zdaje się być z jednej strony akustyczny, z drugiej nasączony wywarem syntetyki, bezwzględnie zaś każdy niesie w sobie źdźbło rytmu. W drugiej fazie improwizacji akcenty zostają na pewien czas przesunięte w kierunku akustyki. Trąbka tonie w spazmach, perkusja rozwarstwia się niczym skrzydła nietoperza. Flow traci na intensywności, ale nie gubi walorów rytmicznych. Z czasem znów nabiera syntetyczności - nawet efektowne obcierki na werblu brzmią jak z kabla. Przez moment wszystko przypomina odgłosy maszyny parowej. Po drobnym przesileniu improwizacja dogorywa w gęstej strudze ambientu, doposażanego sporą porcją fraz akustycznych. Końcowe słowo, a jakże, należy do tych ostatnich.

 

Toc & Paulina Owczarek Psychedelic Jelly (Circum-Disc, Tour de Bras, Do It Youssef & Les Clampins d’Abord, LP 2024). Paulina Owczarek – saksofon altowy, Jérémie Ternoy - Fender Rhodes, Piano Bass, Ivann Cruz – gitara oraz Peter Orins – perkusja. Nagranie koncertowe, Ronchin, Francja, grudzień 2023. Dwie improwizacje, 42 minuty.

Kesherul Neg Pineg The Book Of Pig (Circum-Disc, Tour de Bras & Do It Youssef, LP 2024). Petr Vrba – trąbka, elektronika oraz Peter Orins – perkusja. Nagrane w Ronchin, Francja, czas nieznany. Dwie improwizacje, 46 minut.

 



niedziela, 3 grudnia 2023

Petr Vrba, Paweł Doskocz i Wojtek Kurek na zakończenie tegorocznych koncertów Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Ostatnie w tym roku spotkanie z muzyką improwizowaną w ramach cyklu „Spontaneous Live Series”, to kolejna - po listopadowym wydarzeniu z udziałem muzyków z Lipska i Poznania - okazja na obcowanie z niewyczerpalnymi źródłami świeżości i artystycznej młodości. Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club zapraszają na koncert, który łączy to, co najlepsze w czeskiej i polskiej muzycznej spontaniczności, tej lubiącej zaskakiwać i wtłaczać widzów w strefę wspaniałego dyskomfortu fonicznego.



Dokładnie w piątek 8 grudnia w Poznaniu czekają na nas - najbardziej rozpoznawalny czeski improwizator i eksperymentator, trębacz Petr Vrba oraz gitarzysta Paweł Doskocz i perkusista Wojtek Kurek, którzy zaznaczyli już swoją obecność na scenie, nie tylko krajowej, wieloma znamienitymi faktami. Ten pierwszy bywa samotnym podróżnikiem po oceanie europejskiej sceny eksperymentalnej, równie ekspresyjny zdaje się być także w bardziej rozpoznawalnych konstelacjach, takich jak choćby free jazzowa „Malá Pardubická” z Mikołajem Trzaską, Markiem Tokarem i Balazsem Pándim. Ci drudzy są jak Trevor Watts i John Stevens pół wieku temu – jednym muzycznym ciałem, zdolnym zaskoczyć widzów intrygującą, ponadgatunkową układanką i swobodnie improwizować zarówno w oparach post-rocka, jak i post-jazzu.

Grudniowe spotkanie w Dragonie, to trąbka uwikłana w niebanalną elektronikę, kreatywna i nieunikająca preparacji gitara elektryczna, wreszcie perkusja z niepowtarzalnym, matowym brzmieniem. Vrba, Doskocz i Kurek gwarantują ciekawą sytuację już „na wejściu”. Mamy nieodparte wrażenie, iż zdolni są zaspokoić najbardziej nawet wyszukane potrzeby większości widzów także „na wyjściu”.

W drugi grudniowy piątek nie może nas zabraknąć w poznańskim Dragonie!

 

Spontaneous Live Series Vol. 54

8 grudnia 2023, Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3, godz. 20.00

Petr Vrba – trąbka, elektronika,

Paweł Doskocz – gitara elektryczna,

Wojtek Kurek – perkusja.

Bilety on-line: https://www.kupbilecik.pl/imprezy/113102/Pozna%C5%84/Spontaneous+Live+Series/?fbclid=IwAR2uPYT_b1450Spo8uyFACTjgFkRmhcUKJensh521jgiyUOhVjhSyhmdTaQ

 

*****

Petr Vrba

Jego niestrudzone poszukiwania, nieidiomatyczna improwizacja przy użyciu trąbki, klarnetu, syntezatora, elektroniki własnego montażu, głośników wibracyjnych itp., uczyniło go jednym z najaktywniejszych muzyków eksperymentalnych w Pradze. Jest założycielem (wraz z Georgem Cremaschi) Praskiej Orkiestry Improwizacyjnej i zespołów takich, jak Poisonous Frequequenes (Didi Kern i Tomislav Federsel), junk & the beast (Veronika Mayer), The MoND (Ken Ganfield i Pasi Mäkelä), NOIZ (Thomas Lehn i Tiziana Bertoncini), IQ+1 i inne. Petr regularnie współpracuje także z tancerzami i filmowcami (muzyka na żywo do filmów eksperymentalnych lub niemych, muzyka ilustracyjna do filmów animowanych itp.).

Jego dyskografia liczy ponad 40 albumów i obejmuje – wskazując tylko te najbardziej spektakularne - debiutancki, podwójny winyl Prague Improvisation Orchestra, Schallschatten (z Birgit Ulher), Malá Pardubická vol. 1-4 (Mikołaj Trzaska, Mark Tokar i Balazs Pándi), Resonators (George Cremaschi i Irene Kepl), czy też tegoroczny, podwójny winyl „Hotel Spoj​á​r” kwartetu Škvíry & Spoje (Michal Matejka, Jozef Krupa, Dalibor Kocian).

Petr grywał z muzykami takimi, jak Tony Buck, Xavier Charles, Angélica Castelló, Michel Doneda, Axel Dörner, Isabelle Duthoit, Kai Fagaschinski, Susanna Gartmayer, Franz Hautzinger, Agnes Hvizdalek, Mazen Kerbaj, Christof Kurzmann, Joke Lanz, ErikM, Magda Mayas, Ava Mendoza, Seijiro Murayama, Peter Orins, Maja Osojnik, Ryu Hankil, Matija Schellander, Burkhard Stangl, Michael Zerang i wielu innych.


*****

Duet Doskocz / Kurek, to fryta, preparacja, melodia, trans i piosenki - wszystko, wyjątkowo bez elektroniki. Energia gitary i perkusji osadzona w krótkich, skondensowanych formach. Brudne tematy, które dają się zanucić, żywiołowa perkusja, która nadaje wszystkiemu rozchwianego pulsu.

Album duetu: https://czaszka.bandcamp.com/album/npm

Paweł Doskocz – gitara, często preparowana. Używając preparacji szuka nowych możliwości brzmieniowych instrumentu. Skupia się na graniu muzyki improwizowanej, a inspiracje czerpie z wielu źródeł. Współtworzył Bachorze, Strętwę oraz Sumpf. Dotychczas miał okazję grywać z wieloma muzykami z kraju i zagranicy oraz zagrać na festiwalach poświęconych muzyce eksperymentalnej czy improwizowanej.

Grywał na: Ad Libitum, Nowy Wiek Awangardy Festival, Art of Improvisation Creative Festival, Jazz Ring, Musica Privata, Katowice JazzArt Festival, FRIV Festival, Avant Art Festival oraz Spontaneous Music Festival.

Współpracował m. in. z takimi artystami, jak Emilio Gordoa, Matthias Müller, Jasper Stadhouders, Paweł Szpura, Hubert Zemler, Wojtek Kurek, Vasco Trilla, Yedo Gibson, Onno Govaert, Seppe Gebruers, Andrew Lisle, Vasco Furtado, Colin Webster, Dirk Serries, Benedict Taylor, Diego Caicedo oraz El Pricto.

Współorganizator „Spontaneous Music Festival” w Poznaniu.

https://paweldoskocz.bandcamp.com


Wojtek Kurek – perkusista, improwizator, miłośnik muzyki elektroakustycznej i preparacji. Krowy, żuki, koty, rośliny. Czasem czuje się krową, czasem myśli jak kot, niezależnie potrafi rozróżnić charaktery u myszy polnych. Fascynacja owadami. W muzyce interesuje go trampolina do innych. Grywa także na małym zestawie perkusyjnym preparowanym przez patch w środowisku max/msp, który został przygotowany na seminarium i koncert w krakowskiej akademii muzycznej (2023). Patch inspirowany jest taśmą. Cyfrowe tape loop'y przekształcają dźwięk perkusji przyspieszając go lub spowalniając (ultimate retro style), wędruje on później przez szereg filtrów (np. formanty) i kolejne poziomy loop'ów i buforów. Wydał ponad 30 albumów, które ukazały się w Polsce, USA, Niemczech, Austrii, Włoszech, Portugalii i Szkocji. Jest nieoficjalnym rekordzistą świata w kategorii 'trasa solo mieszkańca polski' – 23 koncerty w 25 dni (2020).

www.wojtekkurek.com

 

 

piątek, 15 września 2023

Circum-Disc’ new outfit: Škvíry & Spoje! Trapeze!


Francuski label Circum-Disc i dwie jego absolutne nowości! Najpierw album (podwójny, winylowy), który premierę miał kilkanaście dni temu, potem srebrny dysk, który wejdzie w tryby rzeczywistości ciągłej sprzedaży na początku października. Francuska precyzja marketingowa może robić wrażenie.

Nas wszakże interesuje nade wszystko dobra muzyka, a tej na obu płytach nie brakuje. Rzec nawet można już dziś, że te dwa albumy z dużą dozą prawdopodobieństwa trafią na nasze roczne podsumowanie najlepszych krążków minionych dwunastu miesięcy. Bo oba są doprawdy wyśmienite!

W pierwszej kolejności kwartet czesko-słowacki o urokliwej nazwie, która w języku Szekspira brzmi Cracks and Joints i po prawdzie przynosi definitywnie psychodeliczną, kwaśną improwizację. Nazwa ponoć jest tu metaforą, ale kto tam wie, czym muzycy żyli w trakcie dwóch fantastycznych sesji nagraniowych.

W dalszej kolejności kwartet, który łączy akustyczne frazy naszych ulubionych muzyków europejskich (Abdou, Müller, Orins!) i wpuszcza pomiędzy nie gramofonowe pląsy. Wszystko czynione tu jest z taką gracją, precyzją, ale jednocześnie emocjami, iż efekt całości może zaskakiwać nawet w wypadku tak doskonałych improwizatorów.



Škvíry & Spoje

Gitara, trąbka naprzemiennie z klarnetem (oba instrumenty okazjonalnie zaplątane w elektronikę), wibrafon i perkusja, to narzędzia pracy dwóch Czechów i dwóch Słowaków pod jakże narkotyczną nazwą własną. Wedle dość zawiłego, ale jednak enigmatycznego liner notes pierwszy krążek albumu zawiera nowe nagrania kwartetu, drugi zaś nagrania, dla których inspiracją były pierwsze próby kwartetu mniej więcej sprzed dekady. Album zawiera trzy ponad dwudziestominutowe improwizacje, a na trzeciej stronie dokłada do tego trzy krótsze. Całość wszakże nie pomieściłaby się na jednym dysku kompaktowym, gdyby artyści mieli kaprys udostępnić nam swoją muzykę w tym poręcznym formacie.

Muzycy budują pierwszą improwizację od startu kolektywnie, ale dalece nieśpiesznie, jakby nie chcieli odkrywać w trakcie introdukcji wszystkich swoich kart. Klimat otwarcia, to swobodne, post-jazzowe fussion. Spokojny wibrafon, wytłumiona trąbka, stabilne rytmicznie drums i elektroniczne, na poły dubowe zdobienia, tu będące zapewne dziełem gitary. Narracja prowadzona jest linearnie, ale chętnie tonie w incydentalnych onomatopejach. Ów rozkołysany, delikatnie unerwiony suspens sprzyja zarówno dźwiękowym plamom, jak i posuwistym ich strumieniom. Jeśli flow jest spowolniony, całość nasączoną jest dużą kwasowością i zdaje się tracić energię do życia, gdy tempo rośnie, klimat bliższy jest post-jazzowi, nieco lounge’owy, bardzo luźno ubrany w ramy kontrolowanej improwizacji. Muzycy sycą opowieść całym mnóstwem mniejszych lub większych preparacji. Elektronika trębacza/klarnecisty, gitarowe pick-up’y czynią tu niekiedy pre-noise’owe spustoszenie, ale dramaturgia całości ani przez moment nie stawia pytań o kierunek dalszej drogi. Środkowa faza improwizacji skupia się detalach brzmieniowych, toczy się w wolnym tempie. Faza końcowa zyskuje na dynamice, między innymi dzięki większej aktywności perkusisty, który daje rytm i tempo, ale także porządkuje urokliwy rozgardiasz czyniony przez pozostałe instrumenty. Wówczas to dość konsekwentna dramaturgicznie opowieść zdaje się trawestować początkowy fragment i pięknie wpada w psychodelię, tudzież rockowe emocje. Zakończenie jest jednak niemal oniryczne, budowane szeleszczącymi perkusjonaliami, drżącym tembrem wibrafonu i ambientem tła.

Druga opowieść znów zaczyna się w post-jazzowym klimacie fussion, budowanym na dużej swobodzie, zdobionym dodatkowo hippisowskimi ornamentami. Pewna post-psychodeliczna powolność, delikatna kwasowość. W tle zmysłowo pracuje elektronika. Tymczasem gitara dorzuca rockowe niepokoje, potem zaś wchodzi w dyskurs poznawczy z trąbką. Nie bez dbałości o brzmieniowe subtelności akcja improwizacji nabiera dużej dynamiki i krwistej intensywności. Po efektownej eskalacji całość tonie w post-industrialnym spowolnieniu, które po niedługiej chwili zaczyna przypominać … post-electro, typowe dla millenialnego przesilenia. Muzyka zyskuje także pewną taneczność, ale pełna jest tajemniczego, onirycznego smutku. Na ostatniej prostej gitara wpada w repetycje, a trąbka krzyczy.

Trzecia strona winyla zawiera trzy krótsze improwizacje, które zdają się być mniej nasączone psychodelią. Drobne kwasy pojawiają się dopiero pod koniec ostatniej z nich. Najpierw mamy perkusyjne otwarcie, które wiedzie wprost w rozkołysane, dronowe ekspozycje każdego z muzyków. Najaktywniej pracuje tu perkusja, która ciągnie za uszy leniwe frazy gitary, wibrafonu i klarnetu. Czwarta improwizacja bazuje na post-jazzowym rytmie. Dużo emocji, nerwów, wszystko wszakże podane niemal akustycznym brzmieniem. Piątą odsłonę otwierają perkusja i wibrafon w braterskim, jakże rytmicznym uścisku. Gitara szuka tu hałasu, trąbka długich pociągnięć czystym brzmieniem. Bardzo energetyczne nagranie z czasem zyskuje lekko dubowe echo i łapie drobne cząstki psychodelii. 

Ostatnia improwizacja zajmuje tu całą czwartą stronę winyla i trwa ponad 22 minuty. Jest początek zdaje się być delikatnie lunatyczny, rozmarzony, nieco oniryczny. Muzycy czysto frazują i lepią się do zadanego przez perkusję rytmu. Nie stronią od post-rockowych powtórzeń. Tu czas działa na ich korzyść. Z mozołem, precyzją, ale i dużą swobodą budują mantryczną narrację, która z każdym okrążeniem zdaje się nabierać psychodelicznego posmaku. Wibrafon szklisty, manieryczny, gitara na poły taneczna, zwichrowana, ale i rozśpiewana trąbka. Na koniec kwartet wpada w prawdziwie opętańczy taniec. Wielkie emocje, gitarowe kwasy i hałaśliwa trąbka. Efektowne zakończenie doskonałej płyty!



 

Trapeze

Saksofon, puzon, gramofony i perkusja, to narzędzia fonicznych tortur użyte do produkcji albumu kwartetu Trapeze. Pięć zwartych improwizacji i długi, kilkunastominutowy poemat zamknięcia. Dzieje na tym albumie doprawdy wiele dobrego, także w zakresie zaskakujących sytuacji dramaturgicznych.

Początek pierwszej improwizacji spełnia kryteria gry rozpoznawczej. Drżące instrumenty dęte, drobne tajemniczości z gramofonów i rodzący się głęboko pod ziemią skromny drumming. Narracja gęstnieje i przypomina parostatek w fazie rozruchu. Dynamika rodzi się tu zarówno dzięki perkusji, jak i działaniom na gramofonach, których strzępy fonii kleją się w linearną opowieść. Na zakończenie improwizacja przyjmuje prawdziwie free jazzowe szaty. Druga część bazuje na rytmicznej ekspozycji perkusji. Reszta załoga prowadzi niezobowiązujące dialogi w podgrupach. Z jednej strony drobiny hałasu, z drugiej pewna zaskakująca, niemal folkowa taneczność. Tempo rośnie, emocje także, głównie dzięki spazmatyczności puzonu i saksofonu. Kolejna opowieść zabiera nas w mrok preparowanych fraz i dramaturgicznych niedopowiedzeń. Szumy, szmery, drżące talerze i mikro zdarzenia z gramofonów.

Czwartą narrację inauguruje saksofon i nadaje jej pewien jazzowy sznyt. Puzon rechocze, gramofony fermentują i brzmią niczym trzeci dęciak, a zwinny drumming zdaje się umiejętnie porządkować ów kreatywny chaos chwili. W takiej sytuacji wystarczy chwila, by bystry kwartet nabrał free jazzowej ekspresji. Muzycy świetnie panują tu na dramaturgią i na starcie kolejnej opowieści fundują nam moc wytłumionych szmerów i plejady innych, drobnych, preparowanych dźwięków. Z gracją baletnicy zyskują tu dynamikę, moc, ale i odrobinę niemal teatralnej groteski, głównie za sprawą dość rozhuśtanej ekspresji puzonu i saksofonu. Finał skrzy się niemal wybuchową tanecznością, znów nie bez udziału wyjątkowo kreatywnych gramofonów. Ostatnia opowieść, zgodnie z zapowiedzią, trwa tu wiele minut i budowana jest dalece nieśpiesznie. Od filigranowych, na poły preparowanych fraz i wyjątkowo urokliwych short-cuts, po finałowe eksplozje ekspresji. W tak zwanym międzyczasie mnóstwo efektownych zdarzeń fonicznych – trochę wulkanizacji, odrobina hydrauliki, perkusjonalne fajerwerki i niespodzianki spod winylowych igieł. Końcowa prosta syci się wyjątkowymi emocjami – dęte okrzyki, perkusja, która bije rytm, niczym serce świata i kilka kolejnych perełek od turntables.

 

Škvíry & Spoje Hotel Spojár (Circum-Disc, DL/2LP 2023). Michal Matejka – gitara, Petr Vrba – klarnet, trąbka, elektronika, Jozef Krupa – perkusja oraz Dalibor Kocián – wibrafon. Nagrane w Dom zvuku (strona pierwsza i druga) oraz Kamoo Studio (strona trzecia i czwarta), czas rejestracji nieznany. Sześć improwizacji, 85 minut.

Trapeze Level Crossing (Circum-Disc, CD 2023). Sakina Abdou – saksofon, Matthias Müller – puzon, Joke Lanz – gramofony oraz Peter Orins – perkusja. Nagrane w Lille i Ronchin, grudzień 2022. Sześć improwizacji, 50 minut.

 

 

piątek, 18 sierpnia 2023

Tour de Bras’ new outfit: Balises! Plaît-il?! L'horizon des événements! Vigiles! Interspace!


Tour de Bras, wydawnictwo z kanadyjskiego Quebecu nie gości u nas zbyt często, ale jak wiemy z niejednej opowieści, warte jest naszego permanentnego zainteresowania. Kilka płyt z przepastnego katalogu labelu, prowadzonego przez Érica Normanda, omawialiśmy tu niemal dokładnie rok temu. Dziś czas na kolejną prezentację.

Przed nami pięć albumów, które ukazały się w trakcie minionego roku. Jak to często bywa w przypadku TdB rozstrzał stylistyczny jest niebywały, zawsze wszakże gwarantujący jakość i wyłącznie dobre emocje płynące z odsłuchu.

Na początek duet szefa labelu z pewnym bardzo znanym w awangardowych szeregach francuskim klarnecistą, potem wielobarwny, niemal wodewilowy sekstet, a po nim dwie propozycje elektroniczne, z których pierwsza wsparta jest także pewną czeską trąbką. Wreszcie na finał konceptualny duet klarnetu i perkusji, który wiedzie żywot na zaciągniętym ręcznym i zdaje się kierować nasze zainteresowania na mniej eksplorowane na tych łamach przestrzenie świata doczesnej muzyki. 



 

Xavier Charles & Éric Normand  Balises (LP)

Rimouski, luty 2022: Xavier Charles – klarnet oraz Éric Normand – bas elektryczny. Siedem improwizacji, 35 minut.

Spotkanie z nowościami francuskojęzycznej Kanady rozpoczynamy z naprawdę wysokiego C. Z jednej strony wyśmienity klarnecista, który zdolny jest wydobyć z drobnego instrumentu dętego doprawdy każdy, nawet najbardziej niespodziewany dźwięk, a tzw. techniki rozszerzone ma w małym palcu, z drugiej strony niezwykle kreatywny basista, który traktuje swój instrument bardziej jako źródło budowania nieoczywistych sytuacji elektroakustycznych niż narzędzie do tworzenia linearnej narracji gitarowej.

Pierwsze dźwięki albumu idealnie wprowadzają nas w klimat nagrania - chmura zgrzytających fonii z basowych pick-upów i klarnetowe, post-hałaśliwe westchnienia. Z jednej strony o pół kroku od estetyki noise, z drugiej mnóstwo fonicznych drobiazgów i stylowa faza dronowa. W drugiej odsłonie dominują basowe sprzężenia i klarnetowe, nerwowe spazmy. Przez moment można odnieść wrażenie, że nad głowami kołują nam samoloty. W kolejnej części klarnet serwuje dronową ekspozycję z odrobiną melodii, a bas – co niezwykle rzadkie na tym albumie – frazuje gitarowym post-jazzem. Czwarta ekspozycja budowana jest elektroakustycznymi szumami i szmerami. Bas preferuje teraz dłuższe frazy, klarnet syczy na niego niczym tygrysica. Piąta improwizacja zdaje się przynosić chwile oddechu. Bas frazuje, jakby ktoś odłączył mu prąd, klarnet, nieco strwożony, wypuszcza wysuszone strumienie powietrza. W tle dzieją się już same cuda – definitywny spektakl fake sounds, zapewne głównie z basowego oprzyrządowania. Szósta narracja syci się mrokiem, zdaje się być kolejną odsłoną dźwięków preparowanych, na koniec pachnie zmysłowym post-industrialem. Jest odrobina rytmu i plejady niezdefiniowanych post-dźwięków. Ostatnia improwizacja sprawia wrażenie dość delikatnej. Rezonujące śpiewy klarnetu i drobne prace ręczne na gryfie basu, także kilka dalece czystych fraz. Długie, dogasające drony snują się w smudze delikatnych sprzężeń basówki.



Allochtone  Plaît-il? (CD)

Studio Desjardins du Camp, Saint-Alexandre, kwiecień 2022: Rémi Leclerc – perkusja, instrumenty perkusyjne, elektronika i inne urządzania, Cathy Heyden – saksofon, obiekty i efekty, Alexandre Dubuc – bas elektryczny, kontrabas, wokoder i elektronika, André Pelletier – fortepian, klawikord, melodica i programowanie, Robin Servant – akordeon i elektronika oraz Olivier D'Amours – gitara elektryczna. Osiem utworów, 44 minuty.

Bardzo bogate instrumentarium, głowy pełne pomysłów i zornowskich inspiracji, wreszcie odrobina szaleństwa, to elementy składowe, które budują sekstetową ekspozycję muzyków, z których część dobrze znamy z orkiestry Le GRRIL. Brawurowa, niekiedy groteskowa zabawa w dobrze uporządkowaną improwizację, w ramach której nie ma rzeczy zabronionych!

Dynamiczny, połamany rytm, kabaretowy retusz i gatunkowa żonglerka – od startu Allochtone ostrzega, że będzie się dużo działo. W momentach spokojniejszych nie brakuje tu post-francuskiej melancholii zatopionej w chmurze elektroakustycznych zdarzeń, a w trakcie finalizacji strzępów post-electro i ambientu. W drugim utworze elektronika serwuje tu sporo – sample, pulsujące plamy i szumiące strumienie mocy. Część akustyczna i elektryczna dokładają kolejne elementy, sprawiając, że gęste zakończenie pachnie zornowskim Naked City. Zaraz potem wracamy do na poły groteskowej dynamiki. Emocje kipią z każdego instrumentu, a bogata narracja nie skąpi rockowych emocji i bystrej ekspozycji akordeonowej. Czwarta opowieść trwa najdłużej, płynie ambientem i ciekawymi interakcjami pomiędzy fortepianem, gitarą i syntezatorem, nie brakuje w niej kolejnych rockowych wtrętów. W następnych trzech utworach muzycy do bogatego arsenału środków i stylistyk dokładają jeszcze elementy fussion-rocka i free jazzu. Znów wszystko toczy się wedle połamanej dynamiki, zasady ciągłej zmiany i permanentnego stymulowania emocji rockowymi zdobieniami. Finałowa odsłona zdaje się łączyć nostalgię zakończenia z nerwową dramaturgią. Z jednej strony ciepłe plamy akordeonu i piana, z drugiej swobodnie usposobiony sakaofon.



 

ErikM & vrrrbitch  L'horizon des événements (DL)

Rimouski, Punctum, grudzień 2021: ErikM - elektronika, urządzenia różne oraz vrrrbitch (Petr Vrba) – elektronika, trąbka. Siedem utworów, 24 minuty.

Doskonały francuski eksplorator brzmień elektronicznych i czeski trębacz, którego znamy zarówno z wyśmienitych improwizacji na akustycznym blaszaku, jak i ich kreatywnej dekonstrukcji za pomocą oceanu narzędzi elektronicznych - takie spotkanie intryguje już po przeczytaniu albumowego credits. Samo nagranie nie trwa nawet dwóch kwadransów, definitywnie wszakże zasługuje na wysoką ocenę. Także mimo nerwowej dramaturgii i wrażenia, że część utworów została tu powycinana z większej całości wyjątkowo tępym skalpelem.

Nagranie rodzi się w chmurze nerwowego ambientu, po której ślizga się elektronicznie przetworzona trąbka. Narracji towarzyszą ślady rytmu, zdaje się, że kreowane przez obu artystów i plejady drobnych dźwięków elektronicznych. Część druga stawia na moc elektroniki i niekiedy wręcz usterkowych, zgrzytliwych fraz, z kolei trzecia wraca do wątku początkowego i snuje się ambientem doposażonym w post-akustyczne dźwięki trąbki, niepozbawione dubowego echa. Część czwarta bazuje na pewnej dynamice, to prawie electro z jasno zarysowanym beatem. W części kolejnej napotykamy na dużą porcję mroku, a także dźwięków i post-dźwięków trąbki. Pojawiają się sample i elektroniczne zdobienia. Wszystko przypomina tu oniryczny taniec na bazie snujących się po podłodze zarysów rytmu. Szósta opowieść jest tu najdłuższa i przekracza sześć minut. Sporo w niej akcentów percussion i post-beatowych eksploracji. Bogato zrytmizowana narracja pachnie tu zarówno krautrockiem, jak i niemiecką elektroniką końca ubiegłego stulecia. Na tym tle harcuje rozśpiewana trąbka. Finałowa opowieść jest gęsta, ocieka hałasem, serwuje zmutowane głosy ludzkie, które przekazują nam nieznane treści.



 

Érick d'Orion & Martin Tétreault  Vigiles (CD)

Saint-Benoît-Labre, Beauce, wrzesień 2022: Érick d'Orion – elektronika, syntezatory, miksowanie oraz Martin Tétreault – turntable, płyty winylowe, syntezator, miksowanie. Trzy utwory (dwa studyjne, jeden koncertowy), 42 minuty.

Kolejna z elektronicznych propozycji TdB zrealizowana została za pomocą instrumentarium już w pełni syntetycznego. Bogata paleta dźwięków w niekiedy wyjątkowo bystrych koincydencjach uformowana tu została w dwa nagrania studyjne (krótsze i dłuższe) i ponad 20-minutowy odcinek koncertowy.

Podstawowymi elementami pierwszego utworu są głęboko osadzony, siarczyście brzmiący beat i plejady drobnych, usterkowych fonii, pełne zgrzytów i elektronicznych przepięć. W tle snuje się plama ambientu. Gęsta narracja nie wydaje się być jednak nadmiernie przeładowana pomysłami. Druga opowieść trwa tu więcej niż kwadrans, a zaczyna się suchym, matowym beatem, który płynie na powierzchni nerwowego, nieco hałaśliwego ambientu. Opowieść jest mroczna, czasem przybiera postać wielowarstwowych pulsacji o różnej masie krytycznej. Po śmierci beatu narracja lepi się w dron plamiony mikro usterkami. Epizod koncertowy w fazie początkowej formuje się z szumów, szmerów i wysamplowanych śpiewów sakralnych pod które podłącza się syntetyczny rytm. Narracja ma tu kilka faz – najpierw toczy się niczym mantra post-elektronicznych dźwięków, potem przybiera postać dronu, którego warstwa rytmiczna łamie się niemal na każdym zakręcie. Nie brakuje też definitywnie noise’owych incydentów. W połowie nagrania pojawia się gęsty, czerstwy ambient, a całość przepoczwarza się w połamany drum’n’bass. Na finał zostajemy w towarzystwie stojącego drona, który gaśnie w kolejnym, gęstym strumieniu szumów.



Philippe Lauzier & Carlo Costa  Interspace (CD)

Nieokreślone lokalizacje, październik-grudzień 2022: Philippe Lauzier – klarnety oraz Carlo Costa – perkusja, instrumenty perkusyjne. W nagraniu użyto także dźwięków syntetycznych oraz nakładano ścieżki w procesie post-produkcji. Pięć kompozycji, 49 minut.

Interspace, to spotkanie dwóch muzyków, którzy zagrali razem nie jedną improwizacje, a którzy w czasach covidowego lockdownu postanowili popracować nad kompozytorską wersją swojej współpracy. Na album przygotowali dwie kompozycje, z których ta pierwsza składa się z czterech części. Klarnet i perkusja w celebrowanym w najdrobniejszych szczegółach, minimalistycznym, wystudzonym marszu, w trakcie którego idea powtórzenia, czy twórczego rozwinięcia poprzedniej myśli zdaje się być ważniejsza od budowania emocjonalnej narracji. Muzycy są w swym dziele wyjątkowo konsekwentni i chwała im za to, choć po prawdzie ostatnia, wielominutowa ekspozycja, prawdopodobnie zawierająca post-produkcyjne nakładki (overlapped), mogłaby być odrobinę krótsza.

Suche brzmienie klarnetu i perkusjonalne zdobienia - rytuał kompozytorskiego zamysłu już na wejściu studzi emocje, ale rysuje obraz konsekwentnej, manierycznej, na swój sposób urokliwej narracji. Muzycy sięgają po techniki rozszerzone, ale i w tej materii trzymają wszystko pod absolutną kontrolą. Klarnet potrafi budować zmysłowe drony i szukać rezonansu, perkusjonalia od czasu do czasu sięgają po bogatszy arsenał artystycznych środków wyrazu. W kolejnej części ceremoniał generowania dźwięków zdaje się być jeszcze silnej zaprogramowany. Każdy z artystów z czasem wyciąga jednak zza pazuchy pogłębione oddechy, tudzież bardziej rozbudowane ekspozycje przedmiotów kołyszących się na werblu. W trzeciej części mamy wrażenie, że poziom interakcji pomiędzy artystami delikatnie się pogłębia, co niezmiernie cieszy nasze ucho. W ostatniej części pierwszej kompozycji w grze pojawiają się bliżej niezidentyfikowane dźwięki syntetyczne, który wprowadzają ciekawy dysonans do dotychczasowego świata stuprocentowej akustyki. Ostatnia część, czyli druga kompozycja albumu, szyta jest dość bogatym ściegiem. Na starcie dużo dętych szumów i kolejne nowe frazy wprost z dygoczącego werbla. Rytuał nagrania zdaje się teraz nabierać sakralnego wymiaru. Cisza huczy, a dźwięki instrumentalne wchodzą z nią w ciekawe interakcje. Jest odrobina melodii, jest siła tysiąckrotnego powtórzenia. Aż do ostatniej sekundy tej wystudzonej ponad miarę mantry.



wtorek, 9 sierpnia 2022

Mikołaj Trzaska, Petr Vrba, Mark Tokar & Balázs Pándi at Malá Pardubická!


Free jazzowa grupa wyszehradzka? No, prawie! Polak, Czech, Ukrainiec i Węgier zebrali się ubiegłej jesieni na dwa dni w czeskich Pardubicach i zgodnie z tamtejszą tradycją końskich gonitw nieźle sobie pokłusowali!

Muzycy nagrali całe mnóstwo bystrych dźwięków (zapewne więcej niż dwie godziny!), a potem do dzieła przystąpił dzielny wydawca krajowy, który z tego obszernego materiału wykroił (czasami dosłownie!) ponadgodzinny dysk kompaktowy, regularnego, dwunastocalowego winyla, a dla szczególnie potrzebujących także singla siedmiocalowego i pięciocalowego!

Dziś skupimy się na edycji kompaktowej, ale podkreślamy już na wejściu, iż z całą pewnością warto posiadać wszystko, co powstało w trakcie sesji nagraniowej! Powodów jest wiele, nie są one bynajmniej geopolityczne, tudzież antywojenne. Malá Pardubická, to nade wszystko wyśmienite, free jazzowe mięcho, do tego w wielu fragmentach bardziej niż oryginalnie podane.

Pardubickie dokonania kwartetu można śmiało podzielić na pewne podgrupy stylistyczne. Mamy zatem pakiet ognistego free jazzu na saksofon, trąbkę i masywną, tłustą sekcję rytmu, mamy niemniej obfity worek muzyki nieco stonowanej, poszukującej innych emocji, bazującej na brzmieniu temperamentnego klarnetu basowego i rozsądnie dawkowanej elektroniki, nierzadko z ambientowym posmakiem (także popartej fantastyczną robotą kontrabasu i perkusji), wreszcie utwory łączące wspomniane wyżej wątki, wyjątkowo udanie asymilujące akustyczne frazy z delikatnym, elektronicznym tłem. Innymi słowy – dla każdego coś miłego!

 


Pierwsze utwory albumu zdają się łagodnie wprowadzać nas do obiecanego piekła. Soczysty, twardy kontrabas, mglista perkusja, preparująca trąbka i podekscytowany klarnet basowy. Muzyka przypomina chłodny wiatr od północy, który dobrze wentyluje upalne powietrze środka lata. Mała elektronika kreuje strugi post-oniryzmu, a rozśpiewany alt nieśmiało zaprasza do zabawy. Ta ostatnia na dobre zaczyna się w drugiej fazie trzeciej improwizacji. Narracja wydaje się leniwa i ulotna, by w ułamku sekundy stać się gęstą i niezwykle masywną. Z jednej strony subtelności elektroniki i kontrabasowego smyczka, z drugiej siła wyrazu drummingu i gotowych na wszystko dęciaków. Czwarta historia, to urokliwe small talks, znów z klarnetem i wyjątkowo wesołą trąbką. Sekcja rytmu stawia zasieki i dobrze dba o nasze emocje. W kolejnej części masywności działań kontrabasu i perkusji sprzyja ognisty alt, który ciągnie narrację wysokim wzgórzem. Z kolei szósta część przypomina pokraczną balladę, pełną niuansów brzmieniowych i niemal modelowej koegzystencji saksofonu i smyczka.

Począwszy od siódmej historii mamy wrażenie, iż muzycy włączają free jazzowy tryb. Oczywiście znów nie robią tego od razu, trochę się z nami droczą, preparują dźwięki, grają leniwe introdukcje, ale jak już dają sygnał do ataku, z pewnością nie planują brać jeńców. W kolejnej części scenariusz wydaje się podobny. Trochę brudnych fraz i sygnał do dynamicznej akcji wprost z żelaznego gryfu kontrabsu i metalowej glazury werbla. Kwartet płynie free jazzem na alt, trąbkę, zamaszyste pizzicato i huraganowy drumming.

Sytuacja zmienia się dość zasadniczo począwszy od dziesiątego epizodu. Dwie kolejne improwizacje brzmią niczym dwa tejki tej samej narracji. Elektroniczny ambient, basowe drony i flażolety. W obu przypadkach narracja intrygująco zagęszcza ścieg i śle nam efektowne pozdrowienia, a zadania (milczącej) trąbki przyjmuje coraz aktywniejsza elektronika. Druga z bliźniaczych improwizacji ma tzw. ciąg dalszy. Po ułamku sekundy zawahania kwartet rusza w bój niesiony altowym zaśpiewem. Nie bez winy są tu także rozkołysane bębny! Kolejne dwie improwizacje kontynuują wątki dęto-elektroniczne. Trąbka obrasta kurzem, a muzycy raz za razem zaskakują nas fakturą dźwięków, czy też zmianami dramaturgii. Swoje dokłada tu dawno niesłyszany klarnet basowy. W trzynastej improwizacji dużo dysonansu - smyczek i saksofon, ale i masywne uderzenia po gryfie kontrabasu, werblu i tomach.

Przedostatnia improwizacja znów zaczyna się ambientem i basowymi zdobieniami, ale rozwija się inaczej niż jej poprzedniczki. Przede wszystkim wraca trąbka i to jest powrót niemalże tryumfalny! Gada z klarnetem i wiedzie opowieść intrygującymi zakamarkami. Finałowa część nie wycisza naszych emocji, ale wręcz je stymuluje. Kwartet wraca na free jazzowe ścieżki, które zdążyliśmy polubić w środkowej części płyty. Nim jednak nastąpi eksplozja, na starcie znów dostajemy porcję wykwintnych preparacji altu i trąbki. W tle snuje się elektronika, passing perkusji koncentruje się na talerzach, a dół basu łypie okiem, po czym bez zbędnej zwłoki podrywa wszystkich do tanga. Free Jazz Quartet still lives!

 

Mikołaj Trzaska, Petr Vrba, Mark Tokar, Balázs Pándi Malá Pardubická Vol. 4 (Gusstaff Records, CD 2022). Mikołaj Trzaska – saksofon altowy, klarnet basowy, Petr Vrba – trąbka, elektronika, Mark Tokar – kontrabas oraz Balázs Pándi – perkusja, instrumenty perkusyjne *). Nagrania zarejestrowano pod adresem Divadlo 29, w czeskich Pardubicach, w dniach 26 i 27 listopada 2021 roku. Płyta CD zawiera 15 improwizacji, które trwają łącznie 66 minut i 8 sekund. Na trzech edycjach winylowych (Vol. 1 - 12”, Vol. 2 - 5” oraz Vol. 3 - 7”) opublikowano kolejnych 14 improwizacji, nie były one jednak przedmiotem niniejszej recenzji.

 

*) opis instrumentalny został poszerzony w stosunku do albumowego credits, gdyż wedle tego, co słyszy recenzent, do generowania dźwięków w trakcie dwóch dni nagraniowych użyto większej liczby akcesoriów muzycznych niż wskazano na okładce płyty.