Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tobias Klein. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tobias Klein. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 stycznia 2026

The December/ January’ Round-up: Quartetics! Dooom Orchestra! Schneider & Serries! Marien! A Part! Nästy Lips! Carbon! Spinifex! Ternoy!


Grudniowa zbiorówka recenzji tym razem delikatnie opóźniona, ale początek stycznia to równie dobry moment, by poczytać co tam w muzyce improwizowanej piszczy. A tu, jak zwykle, dzieje się bardzo dużo dobrego!

Dziś dziewięć albumów, oczywiście datowanych jeszcze na rok 2025 (a jedna nawet na 2024), każdy z porcją dźwięków, które z pewnością znajdą swoich admiratorów. Naszą muzyczną podróż zaczynamy w Zjednoczonym Królestwie porcją post-jazzu podrasowanego live electronics, potem czeka na nas mocna orkiestra z Włoch, a w dalszej kolejności wrzący tygiel klimatów niemieckich, belgijskich, francuskich, skandynawskich, austriacko-polskich, także holenderskich, na finał wreszcie szczypta francuskiego, jazzowego main-streamu. Od koloru do wyboru, niech nam żyje Nowy Rok i stara muzyka!

 


Reuben/ Hanslip/ Lash/ Hession Quartetics (Bead records, CD 2025)

York, Anglia, maj 2019: Federico Reuben - laptop improvisation/ live coding, Mark Hanslip – saksofon tenorowy, Dominic Lash – kontrabas oraz Paul Hession – perkusja. Pięć utworów, 33 minuty.

Swobodnie improwizujące, jazzowe trio na saksofon, bas i perkusję, świetnie rozpoznawalne facjaty artystów z UK i … latynoska szczypta post-akustycznej tajemniczości. Laptop dekonstruuje (dekoduje?) frazy żywych instrumentów, kreując nieoczywiste rozwiązania dramaturgiczne i brzmieniowe, a typowe dla gatunku muzykowanie dostaje się w zupełnie nowy wymiar dźwiękowej czaso-przestrzeni.  

Pierwsze trzy utwory, to krótkie formy, przy czym te nieparzyste bazują na dynamice, a ta parzysta na smyczkowej flaucie. Brzmienie basu i perkusji jest rozmyte, permanentnie dekonstruowane, z kolei saksofon płynie na ogół czystym, akustycznym strumieniem. Ciekawym uzupełnieniem swingujących wątków są frazy barowego piano (zapewne rozsyłane z laptopa). Otwarcie trzeciej części brzmi niczym rasowe drum’n’bass. Dwie ostatnie improwizacje, to bardziej rozbudowane formy. Pierwsza z nich przypomina pijanego walczyka, granego rwanymi dźwiękami, gdzie dużo dobrego wnosi nieoczywiste frazowanie kontrabasowego smyczka. W ostatniej odsłonie powraca tajemnicze piano, z którym duet tworzy rozochocony saksofon. Rozhuśtane zakończenie, to także dzieło dobrze usposobionej sekcji rytmu, znów łaskotanej po piętach niebanalną elektroniką.

  



Dooom Orchestra Our Sea Lies Within II (Aut Records, CD 2025)

Onara Swamp Hall, Tombolo, lipiec 2023: Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty, Nina Baietta – głos, Jacopo Giacomoni – saksofon altowy, Francesco Salmaso – saksofon tenorowy, Agnese Amico – skrzypce, Francesca Baldo – skrzypce, Enrico Milani – wiolonczela, Sirio Nagro – gitara elektryczna, obiekty, Andrea Zerbetto – fortepian, Riccardo Matetich - tabla, obiekty, instrumenty perkusyjne, Marco Valerio – bas elektryczny oraz Andrea Davì – perkusja. Osiem utworów, 35 minut.

Z włoską orkiestrą o jakże intrygującej nazwie spotykamy się po raz drugi, ale sięgamy po nagrania dokładnie z tej samej sesji poczynionej w roku 2023. Znów to więcej niż ciekawa porcja dźwięków podana przez dwunastoosobowy ansambl, w którym dominują instrumenty strunowe, zarówno te z prądem, jak i akustyczne. Szefem przedsięwzięcia jest tu perkusista, zatem nie dziwi także znaczący udział drums & percussions. Osiem zgrabnie udramatyzowanych opowieści trwa niewiele ponad dwa kwadranse, warto zatem pochylić się nad każdą frazą.

Otwarcie albumu grane jest kolektywnie, niemal rytualnie, z dużą dozą aylerowskiej melodyki. Kolejne dwa utwory są połączone i pokazują jak duży skład płynnie przechodzi od post-kameralnej pianistyki i dętych westchnień do free jazzowego hałasu. Podobna sytuacja ma miejsce w łączonych utworach szóstym i siódmym. Tu muzycy najpierw skrupulatnie budują soczyście brzmiący, strunowo-wokalny dron, który smakuje wręcz balladowo, a potem po kolejny raz popadają w sidła free jazzu i cytują radosne, ale jakże elegijne frazy Alberta Aylera. W obraz całości świetnie wpisują się pozostałe utwory, bardziej filigranowe, budowane z troską o każdą frazę. Z kolei samo zakończenie przypomina męczeńską modlitwę i smakuje muzyką dawną. Ostatnia prosta, to jednak masywny … dooom!

 


Schneider Serries Schneider Serries #2 (Schneider Collaborations, CD 2025)

The Loundry Room, Hückelhoven, Niemcy, sierpień 2024: Dirk Serries - gitara oraz Jörg A. Schneider – perkusja. Sześć utworów, 33 minuty.

Najwyższy czas trochę pohałasować! I to w dobrym towarzystwie! Jak świetnie wiemy, belgijski gitarzysta Dirk Serries ma tysiące artystycznych twarzy, ale dość rzadko używa swego instrumentu, by zgłębiać niuanse soczystego … impro noise’ rocka! Najlepszym partnerem w tych niecnych zabawach bywa niemiecki drummer Jörg A. Schneider. Zgodnie z tytułem albumu, to ich drugie spotkanie, tym razem studyjne. Przynosi sześć muzycznych petard w sam raz na post-sylwestrowe rozkołysanie.

Schemat poszczególnych utworów jest podobny – wątek inicjuje sfuzzowana, charcząca gitara, która zdaje się stać w miejscu i wyć z dna piekła po dżdżysty nieboskłon. Wokół niej tańczy perkusja, silna, masywna, kłębiąca się w sobie, rzadziej wpadająca w typowy, rockowy galop. Brzmienie jest szorstkie, niekiedy wręcz siarczyste, a w toku narracji nie brakuje fałszywych fraz i nietonalnych sprzężeń. Najciekawiej jest chyba w trzeciej odsłonie, gdy introdukcja gitary przypomina gęsty dark ambient, a cała opowieść wydaje się dzięki temu nieco lżejsza. Po czwartej, definitywnie dynamicznej przebieżce, w piątej muzycy znów toną w mrocznej mgle. Gitara frazuje tu chyba najgłośniej, ale jej flow ucieka w silny pogłos. Na plamach siarczystego ambientu bazuje też ostatnia opowieść. Dużo w niej perkusyjnych przełomów i wyrafinowanej psychodelii. Jest też kilka istotnych zagęszczeń i drobnych eksplozji.

 


Christian Marien Quartett Beyond the Fingertips (MarMade Records, CD 2025)

Emil Berliner Studios, Berlin, maj 2025: Tobias Delius – saksofon tenorowy, klarnet, Jasper Stadhouders – gitara, Antonio Borghini – kontrabas oraz Christian Marien – perkusja. Jedem utwór łaczący kilka wątków, 33 minuty.

Jeśli mamy ochotę na rasowy jazz ze zgrabnie zarysowanymi tematami i wytrawnymi improwizacjami splątanymi soczystymi, swingującymi synkopami, to kwartet Mariena zaspokaja te potrzeby w stopniu zdecydowanie ponadnormatywnym. Osiem opowieści połączono tu w dwie long-distance story i nagrano za pierwszym podejściem w niewiele ponad dwa kwadranse.

Muzycy rozpoczynają swoją podróż dalece tanecznym krokiem. Pierwszy temat wydaje się radosny, podszyty funkującą gitarą, upstrzony okruchami swingu. W dalszej fazie ów temat jest ogrywany rytmicznie, a potem następuje faza rozwichrzonych, bardzo swobodnych improwizacji, zarówno kolektywnych, jak i solowych. W tak zwanym międzyczasie mamy kameralne interludia, pozbawione na ogół warstwy perkusyjnej oraz wyjątkowo smakowite preparacje, szczególnie kontrabasu i gitary. Druga historia, także podzielona na cztery odcinki, zaczyna się dość spokojnie ze znaczącym udziałem kontrabasowego smyczka. W tej części albumu gitara brzmi akustycznie, a frazy perkusji łapią niebanalne metra. Fazy improwizacji są więcej niż udane, niekiedy szyte plejadą drobnych, niemal filigranowych fraz. Sam finał płyty bogaty jest w interakcje, ale nie emanuje nadmiernymi wybuchami ekspresji. Szczególnie podobać się może tanecznie frazujący smyczek.

 


A Part (Thierry Waziniak, Marie Takahashi, Baptiste Vayer) Muted Songs (Intrication Label, CD 2024)

Czas i miejsce akcji nieznane: Thierry Waziniak – perkusja, elektronika, Marie Takahashi – altówka oraz Baptiste Vayer – głos, gitara. Cztery utwory, 45 minut.

Losy tego francuskiego labelu śledzimy na bieżąco, także dokonania perkusisty, który owe wydawnictwo koordynuje artystycznie. Tym razem trafiamy na nagranie definitywnie niezwykłe. Stanowi o tym zarówno skrzętna robota drummerska, jak i ta strunowa, czyniona na altówce i gitarze, w pierwszym utworze wparta także głosowo. Album zawiera cztery improwizacje – każda jest inna, na ich bazie bez trudu zbudować można cztery oddzielne albumy.

Pierwsza opowieść pleciona jest ze strzępów dźwięków - prawdziwie filigranowa, bazująca na interakcjach, śmiała kontynuacja wielkiej spuścizny Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa. W fazie schyłkowej, wsparta elektroniką i prądem, staje się masywna, smakuje rockiem na drobnym przesterze. Druga historia osnuta jest wokół dark ambientowej bazy. Pięknie narasta, jeszcze efektowniej popada w medytację. Ale i tu fala elektroniki niweczy niuanse dotychczasowej narracji. Trzecią opowieść otwierają zgrzytające z zimna struny altówki. Z czasem w potoku coraz powabniejszych fonii pojawia się zarówno gitarowa ekspresja, jak i wystudzone zdobienia. Jeśli którykolwiek z wątków tego wielobarwnego albumu niekoniecznie winien być rozwijany, to czwarta część, której w początkowej fazie brakuje dramaturgii. Szczęśliwie pod koniec flow zyskuje pewną linearność, co sprawia, że finał płyty także wart jest skupionego odsłuchu.

 


Jon Lipscomb & Johannes Nästesjö Nästy Lips Vol III (Bandcamp’ self-release, DL 2025)

Czas i miejsce akcji nieznane: Jon Lipscomb – gitara oraz Johannes Nästesjö - upright bass. Dwie improwizacje, 32 minuty.

Jedni z naszych faworytów na szwedzkiej scenie free impro (choć ten pierwszy, to Amerykanin) w duetowym, niekiedy dość eksplozywnym starciu. Nie wiemy, gdzie powstało nagranie i jakimi metodami zostało zarejestrowane, brzmi wszakże definitywnie punkowo, dzięki czemu przykuwa naszą uwagę w stopniu podwójnym. Dwa kwadranse takiego impro mięcha nie mogą ujść niczyjej uwadze.

Początek nagrania jest spokojny, szyty minimalistycznym pizzicato basu i plamami prądu z nagrzewającej się gitary. Muzykom najbliżej chyba do swobodnej kameralistyki inspirowanej post-jazzem. Dobrze czują się w sytuacji dynamicznej, ale i w leniwym pochodzie prezentują się okazale. W ósmej minucie na scenie pojawia się smyczek i staje się od razu elementem najbardziej kreatywnym. Narracja nabiera wewnętrznego rytmu, wpada w delikatny trans, a z gitary leje się stonowana psychodelia. Po krótkiej fazie zadumy artyści zagłębiają się w ciszy i być może ten moment, to ich najlepsze chwile tamtego wieczoru. Na starcie drugiej części szarpią za struny, popadają w kameralne boleści, ale też skowyczą mocą post-jazzu. Smyczek znów rozdaje karty, a całość zdaje się być równie post-barokowa, jak i krwiście … rockowa. Po niedługiej fazie brzmieniowych eksperymentów, w okolicach dziewiątej minuty, muzycy stopują i rozglądają się wokół, jakby szukali tablicy z napisem koniec. Gitarowe flażolety i szum z gryfu basu, to ostatnie fonie ich spektaklu.

 


Trio Carbon (Mia Zabelka/ Ola Rzepka/ Łukasz Marciniak) Black Heart (Setola di Maiale, CD 2025)

Przestrzeń Muzyki Współczesnej Hashtag Lab, Festiwal Ad Libitum, Warszawa, wrzesień 2024: Mia Zabelka – skrzypce, głos, Ola Rzepka – preparowane piano oraz Łukasz Marciniak – gitara elektryczna. Jeden utwór, 29 minut.

Niezmiernie miło jest wspominać udany koncert odsłuchując jego dokumentację fonograficzną na trwałym nośniku fizycznym. Taka sytuacja ma miejsce w przypadku nagrania pewnej austriackiej skrzypaczki i polskiego duetu, który zwykł używać nazwy handlowej Perforto. Koncert był krótki, takaż jest ta płyta, warto zatem skupić się na każdej frazie.

Artyści pierwsze akcje kleją z filigranowych dźwięków. Każdy zdaje się w coś uderzać, razem tworzą perkusjonalną symfonię otwarcia. Pojawiają się pierwsze preparacje piana i skrzypiec, z gitary sączy się strużka prądu, a całość przypomina brudne, jakże grzeszne post-chamber. Po sześciu minutach muzycy łykają porcję gorącego powietrza i nabierają masy. Wciąż skupiają się na drobiazgach, ale produkują coraz więcej dźwięków w jednostce czasu. W okolicach trzynastej minuty pojawia się głos, a gitara komentuje ów fakt porcją post-rockowej psychodelii. Na chwile schodzą w mrok, po czym znów wystawiają gorejące twarze ku słońcu. Kołyszą się na wdechu, medytują, ale cały czas dorzucają do ognia zaskakujące frazy. Już po upływie dwudziestej minuty dają kilka razy do wiwatu, po czym zaczynają spoglądać w stronę napisów końcowych. Jeszcze tylko mocny, kilkudziesięciosekundowy wydech i czas na zasłużone oklaski.

 


Spinifex Maxximus (TryTone Records, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Tobias Klein – klarnet basowy, saksofon altowy, Bart Maris - trąbka, John Dikeman – saksofon tenorowy, Jasper Stadhouders - gitara, Gonçalo Almeida - kontrabas, Philipp Moser – perkusja oraz gościnnie Jessica Pavone - altówka, Elisabeth Coudoux – wiolonczela, Evi Filippou – wibrafon, instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 70 minut.

Ze Spinifexem jesteśmy na dobre i na złe od lat, zwłaszcza od momentu ich fantastycznego koncertu na spontanicznym wydarzeniu w zachodniej Polsce. Albumy wydają regularnie, czasami poszerzając skład i nazywając się Spinifex Maxximus. Do nagrania najnowszej płyty doprosili dalece kameralnie usposobione towarzystwo, stąd i muzyka formacji uległa pewnemu przeobrażeniu. Nie jest krwiście jazz-rockowa, bywa częściej zadumana i melancholijna. No i nasz ulubiony portugalski artysta gra tym razem na kontrabasie, nie zaś na gitarze basowej.

Album zawiera wyłącznie wielominutowe kompozycje, które usiane są narracyjnymi i improwizacyjnymi zdobieniami, niczym komnaty Wersalu za czasów Ludwika XIV. Utwór otwarcia pachnie nawet trzecim nurtem, ale puenta zdaje się być free jazzowa. Na etapie dojścia podobać się mogą mnożące się, jakże kolektywne improwizacje. W drugim utworze warto zwrócić uwagę na dynamiczny, funkowy początek, z kolei w trzecim na świetnie wypolerowane ostrze kontrabasowego smyczka. W czwartej szczególnie lśni finałowy galop ozdobiony świetną ekspozycją gitary, a w piątej, odrobinę zbyt długiej opowieści, introdukcja smakuje wyrafinowanym dark chamber. Wreszcie finałowa kompozycja, tu kontrabasisty, dająca przewrotnym tytułem przyzwolenie na granie fałszywych nut, udanie podsumowuje ten niekiedy przeładowany pomysłami album. Szczególnie podobać się może jego zakończenie, które przywołuje w pamięci uroczo pogmatwaną rytmikę Ghost Trance Music Anthony’ego Braxtona.

  


Jérémie Ternoy Trio Survol à basse altitude (Circum-Disc, CD 2025)

Studio-Ronchin, maj 2025: Jérémie Ternoy – fortepian, Nicolas Mahieux – kontrabas oraz Charles Duytschaever – perkusja. Sześć utworów, 43 minuty.

Na koniec dzisiejszej przygody z nowościami album artysty, który od lat współtworzy wyśmienite trio TOC, gdzie na ogół grywa na elektrycznych instrumentach klawiszowych, siejąc psychodeliczne spustoszenie. Tu zaglądamy do albumu jego autorskiego tria, które stylistycznie sadowi się na obrzeżach jazzu środka. Z punktu widzenia wielbicieli soczystego free impro, to pozycja trochę zbyt przewidywalna, jakkolwiek może ona zadowolić fanów The Necks, do którego udanie nawiązuje szczególnie w dwóch pierwszych utworach.

Rzeczony początek albumu, to rytm szyty perkusyjnymi szczoteczkami, neoklasyczną melodyką piana i czupurnym kontrabasem, który chętnie staje w poprzek narracyjnej praworządności. Zdaje się, że często stosowana tu progresywna motoryka basu i perkusji, to jeden z ciekawszych walorów tego tria. Zdecydowanie więcej oczekiwalibyśmy od lidera, kompozytora i pianisty. Ten zdaje się czerpać radość z pławienia się w odmętach łagodnych melodii i niewyczerpujących, solowych ekspozycji. Dwa pierwsze utwory budzą tu doprawdy duże nadzieje, z kolei dwie ostatnie post-ballady grzebią je w muzycznym banale.

 

 


piątek, 10 stycznia 2025

The January’ Round-up: Spinifex! Dos Reis! Acqua Pesante! Costa! Gold Mother! Cume! Sã Bernardo! Talagbusao! Orquesta Inorgánica! Conflations! H.u.M.o! Suter & Chmiel!


Zapraszamy na pierwszą w nowym roku zbiorówkę świeżutkich recenzji, czyli na odczyt, tudzież odsłuch całego mnóstwa pachnących nowością albumów, wydanych – co oczywiste – jeszcze w starym, zapleśniałym roku 2024.

W ujęciu stylistycznym będziemy jak zwykle balansować na linie – jazz-rockowy downtown funk, post-melodyjna, gitarowa podróż w nieznane, sonorystyczne, dronowe i elektroakustyczne eksperymenty, loftowy free jazz, gitarowe post-fussion-psycho, ponadgatunkowa orkiestra, filmowy soundtrack i radiowe słuchowisko, wreszcie klasyka kreatywnego jazzu podana w nowoczesnej oprawie. Artyści znani i lubiani, ale też sporo nowych nazwisk do zapamiętania.

Zaczniemy od międzynarodowej i niepowtarzalnej formacji Spinifex, napotkanej tym razem w Brukseli. Potem wiele godzin spędzimy w Portugalii, albowiem aż siedem albumów będzie z tą piękną krainą związanych (nie bez akcentów włoskich i holenderskich). Nasz trip kontynuować będziemy w dalekiej Argentynie, skąd pochodzą kolejne trzy wydawnictwa (nie bez akcentów szwajcarsko-niemieckich). Zbiorówkę domkniemy zaś elektroakustycznym ujawnieniem krajowym, poczynionym w międzynarodowym towarzystwie.

Zabawa będzie przednia! Bądźcie tego pewni! Welcome to heaven & hell of improvised music!



 

Spinifex Undrilling the Hole (Tone Records, CD 2024)

Werkplaats Walter, Bruksela, luty 2024: Tobias Klein – saksofon altowy, kompozycje, Bart Maris – trąbka, John Dikeman – saksofon tenorowy, Jasper Stadhouders – gitara, Gonçalo Almeida – bas elektryczny, Philipp Moser – perkusja. Siedem utworów, 55 minut.

Do już dziewiąty album, związanej z Holandią, międzynarodowej załogi Spinifex! Tym razem materiał kompozytorski dostarcza wyłącznie niemiecki alcista, a nagranie skrzy się od emocji, zadziornych, jazz-rockowych fraz, funkowego drive’u i mnóstwa skojarzeń z najlepszymi dokonaniami nowojorskiego Downtown z zabawnych lat 90. ubiegłego stulecia. Nade wszystko zaś sekstet niesie nam jakość – to po prostu doskonałe granie!

Nasączone rockiem, energetyczne otwarcie stawia nas do pionu! Dęty wykop soczystej melodii i intrygujący passus gitary wplątany w rozbudowaną ekspozycję tematu. Faza improwizacji jest gęsta, realizowana kolektywnym strumieniem. Druga opowieść, chyba jako jedyna na płycie, zasługuje na miano spokojniejszej wycieczki. Mroczne otwarcie, smutne melodie, ciekawe akcje w podgrupach. Trzecia odsłona trwa ponad dwanaście minut i nieodwołalnie pachnie jazz-rockowym, nowojorskim graniem. Rodzaj obsesyjnego tańca, który na etapie ledwie odczuwalnego spowolnienia staje się niemal heavy metalową ekspozycją. Kolejne dwa epizody przynoszą dodatkowe atrakcje – gitarowe preparacje, masywny riff basu, który podrywa sekstet do efektownego lotu, wreszcie rozhuśtane, funkowe spiętrzenie. Szósta opowieść nie stroni od taneczności, ale realizowanej ze szczególną swobodą. Muzycy świetnie się bawią, puszczają do nas oko i zachęcają do tego samego. Finałowa kompozycja rodzi się w tumulcie pick-up’owych zgrzytów, dętych pokrzykiwań i masywnych stempli sekcji rytmu. Znów stawia na rockowe emocje, nie dając chwili wytchnienia. Funk is not dead! Tańczmy do utraty tchu!



 

Marcelo dos Reis Life...Repeat!!! (Miria Records, CD 2024)

Academia de Música CNM, maj 2024: Marcelo Dos Reis – gitara, gitara preparowana, głos. Cztery utwory, 47 minut.

Trzeci solowy album naszego ulubionego portugalskiego gitarzysty zdaje się być kolejnym ważnym krokiem na jego artystycznej drodze. Ten wątek w twórczości Marcelo ma od początku bardzo osobisty charakter. Debiut był rodzajem uporządkowanej improwizacji, drugi album koncentrował się na formie i kompozycji, ten trzeci wydaje się łączyć oba wątki i pokazywać to, co najlepsze w samotnej podróży Portugalczyka. Długa, ponad 25-minutowa pieśń otwarcia decyduje tu o wszystkim, ale trzy kolejne, znacznie krótsze historie, także budują wartość całego przedsięwzięcia.

Dos Reis od startu prezentuje nam dwie warstwy narracji. Jedną z nich jest puls rytmu, pozostający w tle, ale obecny w trakcie całego utworu. Na jego bazie artysta buduje wątek główny, który inicjuje spokojnym, delikatnym fazowaniem. Ta opowieść ma wielowątkową intrygę i bogatą dramaturgię z kilkoma punktami zwrotnymi. Po siódmej minucie w grze pojawia się smyczek, który nadaje historii post-barokowy sznyt. Towarzyszy mu ekspozycja wokalna, niesiona wysokim tembrem, nasycona melancholijną melodyką. W dalszej części muzyk dokłada akcenty jazzu, post-klasyki, a nawet rockowe ornamenty. Samo zaś zakończenie przepełnione jest smutkiem, niepozbawione wszakże na poły radosnych refleksji. Druga opowieść znów pełna jest melodii, która sączy się na ambientowym tle. Wątki pętlą się, pudło rezonansowe gitary trzeszczy, uroda chwili zdaje się eksplodować. Kolejna historia sięga po nisko posadowione frazy, które budują nowy puls opowieści, osadzony w mrocznej poświacie. Górą snuje się zaś melodia, którą intrygująco dewastuje pojawienie się nerwowego smyczka. Końcowy utwór na starcie jest strugą minimalistycznych flażoletów. Wydaje się tęskną balladą, we wnętrzu której tli się bardziej energiczne życie, ale nie jest nam dane tego doświadczyć.



 

Acqua Pesante Shaping the Time (Phonogram Unit, DL 2024)

Waveahead Studio, Monopoli, Włochy, styczeń 2024: Carlo Mascolo – puzon no-input, Hernâni Faustino – kontrabas oraz Giacomo Mongelli – perkusja. Siedem utworów, 45 minut.

Spotkanie z nowościami portugalskiego Phonogram Unit zaczynamy od tria z udziałem dwóch muzyków włoskich. To wyjątkowe nagranie – nietypowo brzmiący, zdekonstruowany puzon, silnie zrytmizowana dramaturgia, wreszcie inspiracja malarstwem na etapie komponowania/ predefiniowania improwizacji. To ostatnie, to tzw. spacjalizm, czyli poszukiwanie dodatkowego wymiaru. Koncepcja w kontekście całości tego wyśmienitego nagrania, zdecydowanie w punkt.

Kształtowanie Czasu zaskakuje na każdym etapie podróży! Nagranie ma post-jazzowy sznyt, lubi powtarzające się frazy, ale nade wszystko hołubi rytm, który nie zawsze sytuowany jest w głównym nurcie narracji. Króluje puzon, który brzmi tu na tysiące sposobów. Czasami przypomina zepsuty silnik elektryczny, innym razem piszczy jak przepalony amplifikator – charczy, rzęzi, dusi się własnym oddechem. Czysto frazuje w zasadzie dopiero pod koniec albumu, jakby brał w nawias wszelkie dotychczasowe szaleństwa. Jego brzmienie determinuje często dramaturgię całej improwizacji, ale wraz z minimalistycznie usposobioną perkusją bywa też rytmicznym tłem dla kontrabasu. Ten ostatni frazuje w najszerszym możliwym spektrum, od jazzowego pizzicato do barokowego arco, raz za razem zdobiąc opowieść doskonałymi ekspozycjami. Trudno w tak udanie skonstruowanym i zbilansowanym albumie wskazywać momenty szczególnie zasługujące na wyróżnienie. Utwór czwarty sprawia wrażenie akcji free chamber, ale rosnąca gramatura rytmu karze ten trop gatunkowy porzucić. W części szóstej wszystko pachnie czerstwym bluesem, a dodatkową atrakcją jest głos. Z kolei w ostatnim odcinku pojawia się brzmienie fletu, ale autorem tych dźwięków nie jest puzonista. So, suprice by suprice.



 

Hugo Costa/ Aaron Lumley/ Aleksandar Škorić Inne Graasj (Phonogram Unit, CD 2024)

Jazzblazzt, Neeritter, Holandia, grudzień 2023: Hugo Costa – saksofon altowy, Aaron Lumley – kontrabas oraz Aleksandar Škorić – perkusja. Cztery utwory, 48 minut.

Tym razem wątek jest zdecydowanie holenderski, choć kraje pochodzenia artystów, to niemalże cały świat. Spotkanie o definitywnie free jazzowym zabarwieniu, tkane wszakże z gracją, niemasywne, jakby zatopione w starej, dobrej estetyce nowojorskiego, loftowego jazzu lat 70. ubiegłego stulecia. Nie ma specjalnych zaskoczeń, po prostu dobrze się tego słucha – czasami to wystarcza.

Otwarcie koncertu, który jest nieprzerwanym strumieniem dźwięków, jest spokojne, osadzone na kontrabasowym smyczku. Naturalny, żywiołowy drumming i melodyjny, lubiący pętle powtórzeń saksofon altowy zgrabnie uzupełniają trzyosobową narrację. Wspomniany smyczek często decyduje tu o dramaturgii, a jego barwne, niekiedy post-barokowe interludia stanowią choćby o … zmianie traku na dysku. Improwizacja prowadzona jest na dużej swobodzie, ale muzycy trzymają ekspresję pod pełną kontrolą. Szczególnie urokliwy zdaje się być start trzeciego epizodu – najpierw szyty wyjątkowo zmysłowym smyczkiem, potem doprawiony dęciakiem, który brzmi niczym rosyjska bałałajka. Po udanej introdukcji artyści brną w dobrze zbilansowany taniec, w akcjach dynamicznych czują się bowiem najlepiej. Ostatni fragment koncertu otwiera nieco przesłodzony alt, ale opowieść na etapie rozwinięcia znów nabiera loftowego posmaku, uczepiona matowej melodyki, zatopiona w tumanach post-jazzowego kurzu.



 

Gold Mother Pecado (Phonogram Unit, DL 2024)

Alfarim, Portugalia, czas nieznany: Margarida Azevedo – głos, Luís Guerreiro – trąbka, elektronika, Jorge Nuno – gitara, Hernâni Faustino – kontrabas oraz Flak – perkusja. Cztery utwory, 29 minut.

Ostatnia z nowości Phonogram Unit sprawia wrażenie soundtracku do nienakręconego filmu. Na jego obraz składa się melorecytacja, równy, rockowy rytm kontrabasu i perkusji, wreszcie roztańczone na pogłosie, nie bez elementów psychodelii, gitara i trąbka. Kolejne odcinki tej opowieści rosną w czasie. Ta pierwsza jest ledwie zajawką, ta ostatnia trwa ponad dwanaście minut. Dramaturgia budowana jest bardzo powoli. Gdy w końcu dopada nas wartka akcja, a film naprawdę nabiera rumieńców, album kończy się zgrabnym ruchem edytorskiego skalpela.

Po krótkim gemie otwarcia, w trakcie drugiej odsłony zdaje się, że odbywamy spacer mrocznym nadbrzeżem. Historia jest zdecydowanie niewesoła, pachnie miejskim bluesem zdobionym gitarą i trąbką. W części trzeciej pojawiają się pierwsze, intrygujące komplikacje. Swawoli kontrabasowy smyczek, gitara nabiera sfuzzowanego brzmienia i łyka spore porcje kwasu, perkusja zagęszcza ścieg, trąbka płynie coraz masywniejszym pogłosem, a głos uderza w bardziej dramatyczne tony. W ostatniej części muzycy upraszczają fakturę rytmu, ale łamią go bezustannie, gitara preparuje, a zatubowana trąbka sączy cool-jazzowe melodie. Głos na chwile milknie. Mglista atmosfera poranka po kolejnej trudnej nocy daje się wszystkim we znaki, ale tempo i poziom kwasowości ekspozycji niespodziewanie rosną. Finał, jako się rzekło, sprawia wrażenie nagłej śmierci.



 

João Clemente, Jorge Nuno & Nuno Santos Dias Cume (Profound Whatever, DL 2024)

Profound Whatever Studio, październik 2024: João Clemente – gitara elektryczna (kanał prawy), instrumenty perkusyjne i elektronika, Jorge Nuno – gitara elektryczna (kanał lewy) oraz Nuno Santos Dias – instrumenty klawiszowe. Dziesięć utworów, 41 minut.

Czas na opowieść z cyklu Muzyka improwizowana z Portugalii nie jedno ma imię! Zapraszamy do świata elektrycznych gitar i instrumentów klawiszowych, których narracja daleka jest od jazz-rockowego fussion – lubi hałas, zabawy na gitarowych przetwornikach, a także oniryczną ciszę dogorywających wzmacniaczy. Od razu zaznaczmy, iż nagranie nie w każdej sekundzie powala nas na kolana, ale te chwile, gdy muzycy dają się ponieść noise’owemu temperamentowi, zdecydowanie dają się lubić. Z pewnością mogłoby być ich zdecydowanie więcej.

Owe chwile hałaśliwego uniesienia muzycy serwują nade wszystko w utworach drugim i siódmym. Najpierw jest nim potok silnie sfuzzowanych, gitarowych riffów, nasączonych nutą psychodelii, która zapewne niesie się z klawiatury instrumentu o nazwie własnej waldorf. W drugim przypadku brzmienie jest podobne, a całość intrygująco pulsuje, podsycana elektroniką i przewrotną melodyką. Pozostałe utwory na płycie płyną dość leniwym strumieniem, tylko incydentalnie zdobionym mikro zgrzytami, czy pick-up’owymi niespodziankami. W ich trakcie słyszymy bicie zegara, albo frazy akustycznego piana. Muzycy dobrze czują się w onirycznej post-psychodelii, ale bywa, że złoża ich improwizatorskiej kreatywności wyczerpują się, jak choćby w pożegnalnej, dziesiątej odsłonie.



 

Sã Bernardo Variações Poses Petros (Colectivo Casa Amarela, Kaseta/DL 2024)

Czas i miejsce akcji nieokreślone: Violeta Azevedo – flet, Yaw Tembe – trąbka, Nuno Torres – saksofon altowy, Mestre André – no-input mixer oraz Bá Alvares – kontrabas. Sześć utworów, 42 minuty.

Sytuacja dramaturgiczna tego albumu zasługuje na szczególną uwagę. Z jednej strony akustyczny strumień dętych, minimalistycznych powiewów fletu, trąbki i saksofonu altowego, z drugiej narzędzia akustycznego feedbacku – mikser, który nic nie ma na wejściu i kontrabas, a może bardziej jego pudło rezonansowe. Nagranie składa się z sześciu odcinków, które są do siebie na tyle podobne, iż po prawdzie nie wiemy, czy nie są przypadkiem sześcioma feedbackowymi wariacjami na temat akustycznego materiału bazowego. Efekt jest więcej niż intrygujący, lokowany raczej w eksperymentalnej muzyce współczesnej niż improwizowanej, ale to tylko wzmacnia naszą ciekawość.

To opowieść budowana z niebywałą powściągliwością i pieczołowitością. Separatywnie płynące strumienie dętych dźwięków lepią się po fazie introdukcji w jednorodny dron, który zdaje się być budowany stevensowską metodą improwizacji w dużej grupie zwaną sustained piece. Ów dron żyje, coś się w nim nieustannie rodzi, ale też permanentnie umiera. Wokół niego formuje się warstwa feedbacku – na początku, to delikatna mgiełka, pod koniec syntetyczna powłoka nieprzepuszczająca powietrza, sprawiająca, iż akustyczna baza zostaje zbita w jeden matowo brzmiący, dęty wyziew nieokreślonego pochodzenia. W kolejnych częściach/ mutacjach mamy wrażenie, iż strona akustyczna zaczyna przeważać, odzyskiwać wigor, ale zaraz potem to samo myślimy o warstwie feedbacku. Niekiedy miota nami uczucie klaustrofobii, choć w tym samym momencie dopada nostalgia chwili. Z czasem faktura feedbackowa zaczyna basowo pulsować niczym dogorywający syntezator. Ostatnia minuta, to już tylko umierające echo dźwięków, które od dawna nie istnieją. Definitywnie dysonans poznawczy jest tu naszym stałym partnerem, podobnie jak ogromna przyjemność z faktu obcowania z tak oryginalną produkcją. 




Talagbusao Talagbusao (Robalo Music, CD 2024)

Timbuktu Studios, Lizbona, lipiec 2023: João Carreiro – gitara, João Gato – saksofon altowy, Margaux Oswald – fortepian oraz João Valinho – perkusja. Pięć utworów, 34 minuty.

Przed nami nie pierwszy dziś projekt portugalski ze znaczącym akcentem międzynarodowym – w tym wypadku bardzo lubianą przez nas pianistką związaną ze sceną kopenhaską. Bazą dla tego swobodnie improwizującego kwartetu jest z pewnością post-jazz, ale nie brakuje tu śladów wytrwanej kameralistyki. Każdy z artystów wnosi wiele do obrazu całości, każdy potrafi zaskoczyć zarówno pomysłem dramaturgicznym, jak i brzmieniem instrumentu. Zdaje się, że dla wszystkich uczestników kwartetu, to ważny album w dotychczasowym dorobku artystycznym.

Inicjacja albumu jest definitywnie kolektywna i tak będzie się działo w trakcie całego, niezbyt długiego nagrania. Pianistka frazuje marszowym krokiem, gitarzysta i saksofonista pozostają w ciągłym dialogu, a ramy improwizacji, wyznaczane przez precyzyjnie punktującego drummera, stymulują kreatywność w każdym obszarze. Artyści dbają o emocje, a ich droga ku wyzwolonemu free jazzowi wydaje się na tym etapie otwarta. Dla przeciwwagi druga improwizacja usłana jest kameralnymi zdobieniami. Z jednej strony post-klasyczna zaduma pianistki, z drugiej intrygujące zgrzytanie gitary. Trzecia opowieść nie trwa nawet trzech minut, ale jakości w niej mnóstwo, zwłaszcza w obszarze inside piano. Czwarta odsłona jest tą najbardziej agresywną, dynamiczną, doposażoną świetnymi interakcjami. Ale i tu nie brakuje zaskoczeń – choćby piękna faza spowolnienia z intrygującą ekspozycją deep piano with cymbals. Finałowa improwizacja, to mroczne, wystudzone otwarcie, wyśmienite post-jazzowe small games na etapie rozwinięcia, wreszcie barwne zakłócenia gitary i mnóstwo kreatywności ze strony perkusisty na etapie zakończenia.



 

Orquesta Inorgánica Viaje hacia lo inesperado (Neue Numeral, DL 2024)

Studio Haciendo Discos, Tandil, Argentyna, lipiec 2024: Maria Eugenia Irianni - flety, Ana Vocaturo – klarnet, Sandra Chariatti – saksofon altowy, klarnet, Fabian Bullotti – flet, saksofon sopranowy i tenorowy, Juan Pantusa – puzon, Enrique Sarraquigne – saksofon tenorowy, Jorge Torrecillas – saksofon tenorowy i altowy, kompozycje, dyrygentura, Anibal Tobos – saksofon tenorowy, Karina Altamiranda – głos, Ezequiel Lavayen – fortepian, elektronika, Juanita Flores Arce – głos, Mario Alba – kontrabas, Daiana Grierson – perkusja oraz gościnnie śpiewająca Guillermina Moroder. Sześć kompozycji, 70 minut.

Wątek argentyński naszej zbiorówki rozpoczynamy z wysokiego C! Ten duży skład, wiedziony kreatywnością i zwinnymi kompozycjami Jorge Torrecillasa, znamy już z płyty debiutanckiej, a samego lidera z albumów dla Discordian Records, a także koncertów w naszym pięknym kraju. Nowa edycja Organicznej Załogi przynosi prawdziwie epicką opowieść, która zaczyna się w oparach swingującego jazzu, przechodzi przez wszystkie stadia kreatywnej kameralistyki, by dotrzeć nawet do wariacji operowych. Nagranie niezwykłe, absolutnie warte każdej z siedemdziesięciu minut, które trwa.

W ujęciu instrumentalnym OI, to osiem pełnokrwistych dęciaków, trzy powabne, wielojęzyczne głosy kobiece i rozbudowana sekcja rytmu z fortepianem, kontrabasem i perkusją. Słowo się rzekło, album rozpoczyna się w swingujących klimatach swobodnego post-jazzu, który nasycony jest ekspresyjnymi, na ogół kolektywnymi akcjami. Druga opowieść przenosi nas do świata braxtonowskich łamańców rytmicznych. Po imponującej introdukcji zmysł dramaturgiczny Torrecillasa zaprasza do krainy kreatywnej kameralistyki, pełnej urokliwych drobiazgów wytrawnej orkiestracji. W trzeciej odsłonie na froncie opowieści sytuują się wokalistki – od mruczenia i wzdychania po arie niemal operowe. Narracja sięga tu po wszystko, co najlepsze – jest orkiestrowy rozmach, kameralne interludia i post-jazzowe puenty. Dużo ciekawego dzieje się w podgrupach, szczególnie wokół głosów i kontrabasu, nie brakuje nawet post-klasycznej ekspozycji piana. Czwarty utwór zdaje się kontynuować rozmach poprzedniczki - dodatkowo doposażony zostaje w rytmiczne, bardzo ekspresyjne rozwinięcie i puentę wypowiedzianą w języku francuskim. W ostatnich dwóch kompozycjach powraca w większym wymiarze post-jazz. Znów trochę rytmicznej gimnastyki, kameralne zdobienia, wreszcie udane akcje fletu i wokalistek, barwione mnóstwem dętych komentarzy. W finałowej części piękna klamra dramaturgiczna - powraca swingując flow, bystre synkopy i jakże smakowite, jazzowe solówki.



 

Morelli/ Moser/ Neumann/ Zimmerlin Conflations (Neue Numeral, DL 2024)

Jazzcampus, Bazylea, marzec 2023: Luciana Morelli – głos i pomysł (inspirowany poezją Robina Myersa), Christian Moser - oud i głos, Andrea Neumann - inside piano i głos oraz Alfred Zimmerlin – wiolonczela i głos. Dziewięć utworów, 35 minut.

Oglądaliśmy już dziś film, może teraz czas na słuchowisko radiowe? Album Conflations jest zdominowany przez recytowaną poezję, oprawioną w misterną plecionkę akustycznych dźwięków strun, zatem żartobliwy ton poprzedniego zdania wcale nie jest bezzasadny. Tym razem argentyński jest tylko wydawca i artystka, która odpowiada za dramaturgiczny zamysł albumu.

Nagranie otwierają szmery, szepty, słowa wypowiadane półsłówkami i drobne, post-kameralne zdobienia instrumentalne. Całość charakteryzuje się pewną teatralnością i z góry zadekretowaną nerwowością. Można odnieść wrażenie, że znajdujemy się w stogu siana, a dźwięk przelatującego owada znamionuje burzę z piorunami. Dominująca w nagraniu akustyka od czasu do czasu zdobiona jest plamami brzmienia na poły syntetycznego. W czwartej odsłonie doświadczamy czegoś na kształt kulminacji - opowieść napina mięśnie i zrywa minimalistyczną powłokę. W części piątej muzycy szyją narrację bardziej linearnym ściegiem, dzięki czeku zyskuje ona na atrakcyjności. Kolejny odcinek także niesie garść emocji, a zaraz po nim słyszymy dźwięki amplifikowanych strun, co ciekawie dysonansuje przestrzeń dramaturgiczną dzieła. Album wieńczy trzydziestosekundowa ekspozycja, która zdaje się być najbardziej ekspresyjnym momentem zdarzenia. Być może powinniśmy wsłuchać się w słowa, ale to wymagałoby lepszej znajomości języka i większego skupienia.



 

Formica/ Albarracín/ Macchioli/ Maggiori/ Bustamante/ Mingrino H​.​u​.​M​.​o (dForma, DL 2024)

Mirífico Estudio, Buenos Aires (?), Czerwiec 2024: Lucas Albarracín – rożek, Juan Ignacio Macchioli – saksofon altowy, Matías Formica – saksofon barytonowy, klarnet basowy, Lisandro Maggiori – gitara, Ramiro Bustamante – kontrabas oraz Lucas Mingrino – perkusja. Cztery kompozycje (dwie własne, Lacy, Hemphill), 35 minut.

Przed nami argentyński sekstet w przestrzeni wysokogatunkowego jazzu. Precyzyjnie zadekretowane kompozycje, soczyste improwizacje i dużo dobrej zabawy. Na tapecie dwa utwory własne i dwie kompozycje jazzowych legend. Świetnie słucha się tego nagrania, zwłaszcza, że wzorem niemal każdej propozycji z tamtej części świata, szczególnie z udziałem Matíasa Formici, opowieść jest wstrzemięźliwa w formie i nieprzegadana choćby przez sekundę.

Pierwszy temat doskonale konsumuje cechy albumu, jakie nakreśliliśmy powyżej – roztańczona, melodyjna kompozycja podana gęstym tembrem trzech dęciaków i mięsistej sekcji rytmu. Tonacja delikatnie molowa, rytm intrygująco pokomplikowany i mnóstwo jakości na etapie improwizacji (szczególne brawa dla barytonisty!), prowadzonych zarówno kolektywnie, jak i w podgrupach. Nie bez znaczenia jest także drobny, rockowy dysonans gitarzysty. Druga opowieść silniej trzyma się swingującej historii gatunku, zdobiona urokliwymi interludiami realizowanymi na wydechu. W trzeciej odsłonie króluje Steve Lacy, a kameralna narracja prowadzona jest pod dyktando klarnetu basowego. Wreszcie efektowny finał płyty, czyli blues Juliusa Hemphilla. Marszowe tempo, rozśpiewane dęciaki, dużo gitary i nieskrępowanej zabawy. Prowadzoną na ogół kolektywnie akcję intrygująco wzbogacają dęte dialogi. Ostatnia prosta, pełna dynamiki, doskonale reasumuje cały album.




Sheldon Suter & Jacek Chmiel Zooréalism (Synergetic Sonance, DL 2024)

Czas i miejsce akcji nieokreślone: Sheldon Suter – instrumenty perkusyjne, cytra, gramofon oraz Jacek Chmiel - elektronika, field recordings, singing bowls. Sześć utworów, 46 minut.

Czas na kolejną na tych łamach elektroakustyczną przygodę Jacka Chmiela. Tym razem poczyniona ona została w towarzystwie artysty skoncentrowanego na instrumentach perkusyjnych, zatem Polak, zapewne bez słowa sprzeciwu, objął tu nade wszystko rolę konstruktywnego elektronika, który wspiera się nagraniami z miasta i garścią śpiewających miseczek. Cała mikstura smakuje nam od pierwszej do ostatniej minuty, a w ważnych dla dramaturgii momentach potrafi nabierać zaskakującej intensywności. Wtedy, niejako przy okazji, zdaje się nawiązywać estetycznie do wczesnych, post-industrialnych eksploracji brytyjskiego AMM.

Pierwsza z sześciu opowieści ma dość perkusjonalny anturaż, wzmagany biciem metronomu, a bogacony elektrycznymi zgrzytami, które śmiało mogłyby pochodzić z table guitar. Mroczny, oniryczny dron zdaje się tu być idealnym puentą. Dwie kolejne ekspozycje tkane są z fraz najmniejszych z możliwych. Pomiędzy plamami szumów i szelestów snują się zagubione post-melodie, niekiedy brzmiące niczym zdezelowane pozytywki. Słyszymy także odgłosy stołu bilardowego i bijące dzwony. W czwartej części porcja nagrań terenowych wydaje się wyjątkowo masywna, przytłacza opowieść ciężarem miejskiej, zgrzebnej rzeczywistości. Klimat post-industrialny rodzi się tu niejako samoczynnie, przepoczwarzając najlepszy fragment albumu w mantrę zła, grozę opresji bez wyjścia. Ratunkiem okazują się … zabawne sample. W piątej historii powraca perkusjonalna faktura, jaką poznaliśmy w pierwszej odsłonie. Tu sytuacja sceniczna robi się dalece dynamiczna, a jej podsumowaniem okazuje się strumień fonii przypominający warkot silnika elektrycznego. Finałowa ekspozycja drga i pulsuje, syci się akustyką, którą zakłócają elektroniczne usterki na łączach. Definitywnie głośna narracja na zakończenie zwija się w mroczny, posępny kokon elektrokaustyki.




piątek, 2 sierpnia 2024

Marta Warelis in two Relative’ shots!


Polska pianistka Marta Warelis nie wymaga na tych łamach jakichkolwiek introdukcji, zatem bez zbędnych wstępów z radością donosimy, iż zacny nowojorski The Relative Pitch Records wydał kolejne (po solo i trio Omawi) płyty artystki.

Marta, jak doskonale wiemy, na stale wrośnięta jest w pejzaż sceny amsterdamskiej, zatem zupełnie nie dziwi nas fakt, iż jej obie nowe produkcje powstały w klubach stolicy Holandii. Także jej partnerzy są stałymi uczestnikami improwizowanego życia tamtych ziem. Choć jeden z nich jest Niemcem, drugi Amerykaninem, a trzeci Szkotem. One World is enough for all of us!

Zapraszamy do odczytów i odsłuchów!



 

Klein/ Rosaly/ Warelis Tendresse

Splendor, Amsterdam, marzec 2022: Tobias Klein – klarnet basowy i kontrabasowy, Frank Rosaly – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Marta Warelis – fortepian. Cztery improwizacje, 63 minuty.

Spotkanie zwinnej, post-jazzowej perkusji Rosaly’ego, ciężkich odmian klarnetu Kleina i ulotnej, wielowymiarowej pianistyki Warelis zapowiadało się ekscytująco już po samej lekturze albumowego credits. Rzeczywistość foniczna przerosła jednak te oczekiwania. Płyta mieni się wszystkimi kolorami jakości, ma swoje chwile ognia, ma chwile cierpliwej medytacji. Brzmi wspaniale, toczy się wartko mimo wielu wystudzonych fragmentów, pokazuje kunszt każdego z artystów, szczególnie Marty, która po raz kolejny udowadnia, iż jest w stanie zagrać wszystko i dokonuje niemal bezbłędnych wyborów.

Pierwsza odsłona albumu trwa kilkanaście minut i udanie wprowadza nas w klimat nagrania. Skupiony, zawieszony w próżni kameralistyki początek, to perkusyjne talerze, minimalistyczne frazy z klawiatury i pociągłe westchnienia klarnetu. Marta dość szybko wchodzi w tryb inside piano, Frank syci coraz bardziej linearną opowieść granulatem post-jazzu, akcje Tobiasa nabierają matowej melodyki. Improwizacja ma tu swój epizod duetowy barwiony post-klasyką pianistki, a także intrygujący powrót perkusisty, który zaczyna szukać opcji nierytmicznych. Opowieść w dalszej fazie ciekawie narasta, by na etapie finalizacji pokazać prawdziwie lwi pazur.

Druga historia trwa niemal dwa kwadranse. Introdukcja przypada w udziale post-melodyjnemu klarnetowi i szeleszczącym talerzom. Piano wchodzi do gry dopiero w czwartej minucie. Narracja toczy się w strefie bezpośredniego oddziaływania ciszy, przybiera postać rozkołysanej medytacji. Po upływie 10 minuty w strumieniu improwizacji pojawiają się zalążki bardziej energicznego post-jazzu. Moc płynie szczególnie ze strony klarnecisty, który zdaje się, że teraz właśnie korzysta z kontrabasowej wersji swojego instrumentarium. Muzycy reagują na siebie nie bez udziału zacnej metody call and response. Po upływie 17 minuty akcja wystudza się w splot post-perkusyjnych akcji każdego z artystów. Po krótkim solo perkusji, mamy duet z klarnetem, który nabiera tajemniczej taneczności. Marta wraca na palcach, tłumiąc zapędy partnerów i generując definitywnie filigranowe frazy. Zakończenie tej epopei jest lekkie jak puch.

Kolejna opowieść nie trwa nawet dziesięciu minut, zatem w kontekście całości możemy ja nazwać niemal miniaturą. Muzycy skupiają się tu na pojedynczych dźwiękach, pięknie brną w preparacje, drżą, oddychają i płyną melodyką wystudzonego piana. Narracja znów jakby unosiła się w powietrzu, ale jest mroczna, niepokojąca. Dla podmiany początek czwartej improwizacji bucha życiową energią. Zalotny klarnet, nerwowy rytm perkusji i całkiem imitacyjna w stosunku do tej ostatniej aktywność inside piano. Opowieść gęstnieje w mgnieniu oka i staje się bodaj najbardziej dynamicznym fragmentem albumu. Na spowolnieniu improwizacja nabiera głębi – wszystkie frazy płyną nisko, niczym chmury burzowe, ale podskórny rytm wcale nie umiera. Na zakończenie nagranie przybiera postać niemal rytualnego wystudzenia. Głębokie, dęte oddechy, filigranowe post-percussions, rezonujące talerze i struny fortepianu.



 

Andy Moor & Marta Warelis Escape

ZAAL100, Amsterdam, czerwiec 2022: Andy Moor – gitara oraz Marta Warelis – fortepian. Siedem improwizacji, 43 minuty.

Druga z nowości Relative Pitch z udziałem Mary Warelis, to duet z rockowym gitarzystą Andy Moorem, który – jak doskonale wiemy – uwielbia także improwizować. Artyści chętnie bywają tu w bezkresnych obszarach nasączonych sporymi porcjami zdrowego hałasu, rzadziej tarzają się w odmętach ciszy, ale jeśli to czynią, efekt jest więcej niż smakowity.

Jakby na przekór opinii z poprzedniego akapitu album rozpoczyna się nad wyraz spokojnie – na strunach obu instrumentów biją bowiem … dzwony. Oniryczne, rytualne otwarcie dość szybko nabiera rumieńców. Tango post-rockowej gitary i fortepianu w formule zarówno inside, jak i outside wieńczy swój żywot w pozie wystudzonego rozhuśtania. Druga opowieść zdaje się kontynuować myśl przewodnią jedynki, ale poczynania artystów nasączone są jeszcze większą energią. Gitara brzmi basowo i szuka hałasu, piano ucieka w bezkres ekspresji. Trzecia część przypomina połamany taniec, który rodzi się pomiędzy rozedrganymi strunami gitary, a szmerami z pudła rezonansowego piana, kończy zaś na rozgrzanej klawiaturze i dygoczących z emocji strunach gitary.

Czwarta improwizacja śmiało pretenduje do miana tej najbardziej smakowitej. Początek spokojny, wystudzony, budowany gitarowymi flażoletami i tajemniczym szmerem inside piano. Po niedługim czasie na klawiaturze pojawia się nuta nostalgii, na gitarowym gryfie szczypta rezonansu. Moc drzemiąca w muzykach nie pozwala jednak na akcje balladowe. Opowieść rozbłyska niczym burzowe pioruny na mrocznym niebie. Gdy emocje stygną, wszystko tonie w bezkresnym mroku. Kolejna historia trwa ledwie dwie minuty i jest porcją kompulsywnego, dobrze udramatyzowanego hałasu.  Zgrzyty, sprzężenia, drobne eksplozje. Jeśli jakikolwiek fragment Escape zasługuje na miano odrobinę spokojniejszego, mniej dynamicznego, to jest nim szósta opowieść. Dużo tu wszakże dźwięków preparowanych i prób dewastowania strun obu instrumentów. Finałowy epizod trwa siedem minut i jest niebywale ekspresyjny. Nerwowa dynamika towarzyszy nam już od samego startu. Na klawiaturze piana nie brakuje melodii, gitara tonie w kłębach post-rockowych emocji. Koniec jest nagły, definitywnie śmiertelny.

 

 

 

piątek, 2 lutego 2024

The January/ February’ Round-up: The Laws of William Bonney! Webster! Still Dancing! Standards Combustion! Brûlez les meubles! Lucifora! Ohlmeier & Klein! Kołodziejczyk & Mac! An-hoer! Dead Neanderthals!


Styczeń przeleciał w tempie Komety Haleya z turbodoładowaniem, wobec powyższego nasza ulubiona forma słownej interakcji, czyli comiesięczna zbiorówka świeżych recenzji płytowych, ujawnia się światu dopiero na początku kolejnego miesiąca. Cóż, nikt nie jest doskonały! Zapraszamy zatem na wydanie styczniowo-lutowe, które wcale nie wyklucza pojawienia się dodatkowej paczki recenzji pod koniec bieżącego miejsca. Bądźcie czujni!

Grudniową zbiorówkę rozpoczynaliśmy dwoma albumami holenderskich freaków spod ciemnej gwiazdy zwanej Dead Neanderthals. Dziś dla odmiany masywni, i jak zwykle groźni, Kokke i Aquarius tradycyjną ep-ką sylwestrową zakończą naszą opowieść. Nim to jednak nastąpi czeka nas ogląd pozostałych dziewięciu piorunujących realizacji, tych nieco bardziej skoncentrowanych na procesie improwizacji.

Zaczniemy amerykańsko-niemieckim kwartetem saksofonowym, który przez lata nagrywał na kaseciaku swoje nielegalne sesje, a teraz postanowił je niespodziewanie upublicznić. Potem czekają nas dwie swobodne improwizacje ze Zjednoczonego Królestwa, personalnie w niezwykle imponującej komitywie. W dalszej części zbiorówki duża porcja jazzu: francuskie, ogniste eksploracje klasyków free (Dark Tree Records powraca!), kanadyjski kwartet zrównoważonego post-fussion, dwa nagrania kategorii open wydane w Holandii – międzynarodowy kwartet i niemiecki duet, wreszcie duet krajowy, który zaczyna bardzo eksperymentalnie, ale kończy w jazzie. A nim załomocą wspomniani na wstępie Dead Neanderthals, czeka nas jeszcze zaskakująca historia elektroniczna ze słowem mówionym wprost z Gdańska.

So, welcome to heaven and hell of free improvisation!



 

Joachim Zoepf/ Stefan Keune/ Martin Speicher/ Jeffrey Morgan The Laws of William Bonney Saxophone Quartet 1993-2007 (Acheulian Handaxe Records, CD 2023)

Lokalizacje nieznane, 1993-2007: Stefan Keune – sopranino, saksofon tenorowy, Jeffrey Morgan – saksofon altowy, Martin Speicher – sopranino, saksofon altowy oraz Joachim Zoepf – saksofon sopranowy, barytowy. Jedenaście improwizacji, 46 minut.

Czterech saksofonistów, trzech Niemców i Amerykanin, przez kilkanaście lat okazjonalnie improwizowało w warunkach domowych, a jeden z nich – ten najmłodszy, Stefan Keune - rejestrował owe dzikie sesje na magnetofonie kasetowym. Przyjęli nazwę, która jest prawdziwym nazwiskiem znanej postaci świata masowej rozrywki, czyli Billa The Kida. Po latach odkryli owe taśmy i postanowili je wydać. Nagrania mają chwilami sub-doskonałe, wręcz punkowe brzmienie, zwłaszcza te najstarsze, sycą się wszakże gigantycznymi emocjami i są na tyle wyśmienite, iż bez trudu trafiły na naszą listę 50 powodów, dla których warto było zapamiętać rok ubiegły.

W wielu utworach tego wspominkowego albumu, zwłaszcza tych najstarszych, dominują brzmienia najlżejszych saksofonów (sopranino i sopranowego), których szczebioty, krzyki i post-melodyjne zaśpiewy generują niebywałe porcje ekspresji. Kwartet startuje z pozycji free jazzu, ucieka w zakamarki swobodnej improwizacji, ale tez bez trudu łapie też kameralny oddech. Bywa, że każdy z saksofonistów pracuje tu w innym tempie, prezentuje odmienny temperament, stosuje inne techniki artykulacji, także te rozszerzone, ale ich ekspozycje zawsze znajdują wspólny mianownik. W secie nagrań z roku 1993 najciekawiej wypada trzeci utwór, w trakcie którego muzycy odbywają długą podróż od mrocznych preparacji po wrzask free jazzu, czasami przyjmując formę efektownego, ptasiego wielogłosu. Nagrania z lat 1998 i 2006, to raczej krótsze formy, czasami sprawiające wrażenie ekstraktów z większych ekspozycji. By nasycić ucho dłuższymi formami sięgać trzeba po dwie końcowe improwizacje z roku 2007, które zdają się stanowić crème de la crème całego albumu. Muzycy powściągają tu swoją ekspresję, koncertują się na budowaniu mrocznego klimatu post-egzystencjalnej zadumy.



 

Colin Webster Textural Studies (A New Wave Of Jazz, LP/DL 2023)

Oude Klooster, Brecht, Belgia, luty 2023: Colin Webster – saksofon altowy. Dwanaście improwizacji, 34 minuty.

Nasz ulubiony brytyjski saksofonista popełnił już wiele płyt solowych. Grywał na nich zarówno na barytonie, jak alcie, i wydaje się, że zeksplorował wszystkie dostępne światu techniki preparacji instrumentu dętego, drewnianego. W najnowszych studiach nad teksturą dźwięku – tu altowego – muzyk stawia na pewną dramaturgiczną prostotę. Webster nie tyle pracuje tu nad brzmieniem, ile bawi się formą. A efekt jest co najmniej doskonały.

Pierwsza i czwarta improwizacja, to zdaje się ta sama bajka – zwierzęcy ryk saksofonu na gęstym pogłosie, konsumujący mięsisty wydech i chwile strwożonej ciszy. W drugiej opowieści narracja dla odmiany sprawia wrażenie niezwykle lekkiej, niczym łabędzi śpiew o poranku, formując się w dron sycony oddechem cyrkulacyjnym. W trzeciej części tańczą gołe dysze, zaś w piątej znów wita nas oddychający, tu nieco melodyjny dron. W kolejnych odsłonach słyszymy świt zimnego powietrza dobywający się przez dziurkę od klucza i syrenę statku parowego - rodzaj leniwego drona w wysokim rejestrze, który łapie rezonans. W części ósmej muzyk zbliża do granicy hałasu, kreując niemal folkowo brzmiący skowyt. W kolejnych utworach dostajemy rezonującą porcję melodii, rodzaj ceremonialnej zabawy w dźwięk i ciszę, wreszcie dronową post-kołysankę, która przypomina borowanie zęba. Finałowa, dwunasta improwizacja także przyjmuje formę drona – tu definitywnie pożegnalnego, tęskliwego, rozkołysanego, ale nie sennego.



 

Kraabel/ Reed/ Thompson Still Dancing (Empty Birdcage Records, CD 2023)

Iklectik, Londyn, maj 2019: Caroline Kraabel – saksofon altowy, głos, szuranie po podłodze (surface sounds), Max Reed – taniec, głos, surface sounds oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Dwie improwizacje, 52 minuty.

Wciąż tańcząc, to performatywny spektakl na oszczędne dźwięki saksofonu i gitary, dźwięki przesuwania stóp pod podłodze, wreszcie okazjonalnie używane głosy ludzkie. Definitywnie nieprzeładowany ekspresją, budujący wątki narracyjne, które szybko tracą żywot, skupiony na nieco teatralnym kreowaniu sytuacji dramaturgicznej. Być może ów koncert (bez publiczności?) byłby ciekawszy, gdyby można go było zobaczyć. Dyktat minimalizmu zaprzysiężony przez artystów powoduje też, iż słuchacz preferujący instrumentalne, silniej interakcyjne improwizacje może się czuć w takim środowisku akustycznym nieco znużony.  

Pierwsza improwizacja trwa dwanaście minut, w trakcie których zjawisko wartkiej akcji zdaje się nie występować. Momenty, w których gitara inicjuje repetycją bardziej aktywne działania, a saksofon śle na raz więcej niż jeden wydech należą tu do rzadkości. Gdy takie sytuacje mają jednak miejsce poziom naszego zadowolenia z odsłuchu zdecydowanie rośnie. Rola tancerza, performera, który interferuje z podłożem stanowi tu tło i nie wydaje się kreować specjalnych interakcji z dźwiękami instrumentalnymi. W trakcie drugiej, prawie 40 minutowej opowieści schemat jest podobny. Dominują krótkie frazy, zdania urywane w pół słowa i dźwięki ginące w ciszy. Muzycy sprawiają wrażenie, jakby dobrze czuli się w swoim towarzystwie, ale to, co trafia do uszu słuchacza wydaje się być ledwie namiastką akcji dramaturgicznej. Narracja często osiąga tu poziom ciszy (choćby w 12 minucie), ale miewa też fazy bardziej intrygujących spiętrzeń. Choćby tych kilka chwil po 30 minucie, które śmiało możemy uznać za najciekawszy moment spektaklu. Samo zakończenie także dostarcza kilku instrumentalnych akcji w duecie gitara-saksofon. Z kolei ostatnia prosta usłana jest dźwiękami stóp przemieszczających się po podłodze otwartej przestrzeni Iklectik.



 

Daunik Lazro/ Benjamin Duboc/ Mathieu Bec Standards Combustion (Dark Tree Records, CD 2023)

Les Instants Chavirés, Montreuil, Francja, listopad 2022: Daunik Lazro – saksofon tenorowy, Benjamin Duboc kontrabas oraz Mathieu Bec – perkusja. Dziewięć kompozycji (Ayler, Lacy, Shorter, Coltrane, Lazro i dwie wspólne tria), 42 minuty.

Z radością odnotowujemy powrót do świata żywych naszego ulubionego francuskiego labelu, a nasze szczęście jest tym większe, iż na zgrabnym, kompaktowym dysku odnajdujemy mocarzy francuskiego free impro i post-jazzu, Lazro i Duboca, tu muzykujących z wyjątkowo bystrym drummerem Bec’iem. Okazja spotkania jest definitywnie koncertowa, a na warsztacie muzyków wspaniałe evergreeny amerykańskiego free jazzu (z drobnym uzupełnieniem w postaci twórczości własnej Francuzów)! Dodajmy jeszcze, iż Lazro gra tu na saksofonie tenorowym (zwykliśmy go słuchać na barytonowym), a czyni to z gracją młodzieńca, któremu jakże daleko do prawie osiemdziesięciu wiosen, jakie ma obecnie francuski saksofonista.

Album otwiera nieśmiertelne Ghosts Aylera. Saksofon zdaje się tu być wyjątkowo rozśpiewany, a wtóruje mu matowo brzmiąca sekcja rytmu, która ma także kilka chwil tylko dla siebie. Na drugi strzał nerwowa post-ballada Lacy’ego Deadline. Odnotujmy w niej akcję na smyczku oraz świetną robotę drummera. Kolejny Ayler, to Mothers, który płynie tu rozhuśtaną sekcją i nad wyraz nostalgicznym saksofonem. Świetnie improwizuje Lazro, choć zdaje się, że pracuje na wdechu. Nefertiti Shortera grane jest wyważonym, marszowym krokiem. Temat wraz z saksofonem śpiewa także smyczek. W wydaniu francuskim, to wyjątkowo cool-jazzowa jazda. W dalszej kolejności kompozycja Lazro, która dodaje albumowi niespodziewanie kameralny, by nie rzec post-barokowy sznyt. Płytę uzupełniają dwa dynamiczne, niemal polirytmiczne utwory podpisane przez trójkę Francuzów oraz dwa klasyki Coltrane’a. Vigil grany jest jedynie w duecie, bez kontrabasu, z kolei Love pięknie reasumuje ów smakowity album - melodyjny saksofon osadzony tu został na wyjątkowo gęstym brzmieniu kontrabasu.

 


Brûlez les meubles Crayonnage (Circum-Disc, CD 2024)

Miejsce nieznane, luty 2023: Louis Beaudoin-de la Sablonnière – gitara, Éric Normand – bas elektryczny, Jonathan Huard – wibrafon oraz Tom Jacques – perkusja. Dwanaście utworów, 62 minuty.

Z formacją z Quebecu spotykaliśmy się na ogół w formule gitara-bas-perkusja, teraz dostajemy dodatkowo wibrafon, który wnosi do stonowanego post-fussion Kanadyjczyków element twórczego fermentu i okazjonalnie zaskakująco mroczne brzmienia. Album zdecydowanie dedykujemy słuchaczom usytuowanym bliżej jazzu środka, ale z dużą przyjemnością wskażemy poniżej fragmenty, które warte są zainteresowania również bardziej wymagającej publiki.

Na płycie odnajdujemy dziesięć rozbudowanych kompozycji i dwie niespełna minutowe, bardzo melodyjne miniatury. Dramaturgia całości zdaje się opierać na intrygującym początku (trzy pierwsze części), rozkołysanej, wręcz balladowej części środkowej, która śmiało mogłaby być poddana działaniu edytorskiego skalpela i najbardziej wartościowej części końcowej (ostatnie cztery części z wyłączeniem awizowanej miniatury), która nie szczędzi nam psycho-rockowych akcji i niebanalnych zdarzeń dźwiękowych. We wspomnianych utworach otwarcia podobać się może swoboda budowania narracji, pewna programowa niespieszność, melodyka gitary, precyzja basowych pętli narracyjnych, oniryczne plamy wibrafonu i łamane metra perkusji. Z kolei w utworach zawartych w drugiej części albumu docenić należy pewną gatunkową różnorodność, której stymulantem jest nade wszystko gitarzysta. Słyszymy dalekie echa americany, posmak bluesa, rozpylane w każdym zakamarku narracji ślady psychodelii i rockowego anturażu. Udanym podsumowaniem albumu jest najdłuższa, ostatnia część - od posmaku lekkiej kwasowości, porcje pogłosu i wibrafonowej nostalgii po prawdziwie rockowe emocje w trakcie dynamicznej finalizacji.

 


Salvoandrea Lucifora Quartet Drifters (TryTone Records, CD 2023)

Wisselord Studio1, Amsterdam, grudzień 2022: Marta Warelis – fortepian, Omer Govern – kontrabas, Marcos Baggiani – perkusja oraz Salvoandrea Lucifora – puzon, kompozycje. Dwa utwory, 55 minut.

Przed nami definitywnie międzynarodowy, ale jakże amsterdamski kwartet z udziałem m.in. naszej ulubionej polskiej pianistki, a także włoskiego puzonisty, którego świetnie pamiętamy z kwartetu Light Machina, a który jest tu szefem przedsięwzięcia. Rządzi w obszarze podmiotu wykonawczego, jest też autorem długich, interesująco rozbudowanych, silnie jazzowych opowieści. Na albumie kwartetu dzieje się wiele, ale też sporo jest konserwacją kompozytorskiej notyfikacji.

Pierwszy utwór trwa dwa kwadranse, drugi jest ledwie o kilka minut krótszy. W rolę introduktorki pieśni otwarcia wciela się pianistka. Reszta muzyków dołącza po dwóch minutach i wspólnie kreują swobodny open jazz bez pretensji do błądzenia po zakamarkach notyfikacji. Narracja prowadzona jest bardzo precyzyjnie, skrzy się zwinną dramaturgią, na etapie rozwinięcia nie szczędzi nam akcji w podgrupach. Pośród duetów szczególnie podobać się może dynamiczna akcja puzonu i perkusji. Nie mniej ciekawe jest trio bez puzonu, które sugeruje free jazz, ale ostatecznie ucieka w umiarkowanie mroczną opowieść spuentowaną solową ekspozycją pianistki. Druga narracja startuje na gryfie kontrabasu i dość szybko osiąga stadium całkiem energetycznej opowieści. Pojawienie się smyczka nadaje jej nieco kameralnego, czy nawet post-klasycznego sznytu. Tu opowieść ma dwa punkty przystankowe. Po pierwszym z nich artyści szukają harmonii i melodii, nawet pewnej taneczności, po drugim uciekają w otchłań dźwięków preparowanych, długich, posuwistych, szemrzących fraz. Album wieńczy wątek post-balladowy, znów doposażony w adekwatną porcję melodyki.



 

Lothar Ohlmeier & Tobias Klein Left Side Right (TryTone Records, CD 2024)

Berlin, 2022: Lothar Ohlmeier – klarnet basowy, saksofon tenorowy oraz Tobias Klein – klarnet basowy, saksofon altowy. Pięć improwizacji, 52 minuty.

Dęty front kwartetu Dalgoo, który znamy z koncertu w poznańskim Dragonie, prezentuje się tu w rozbudowanej ekspozycji duetowej na dwa klarnety basowe i nieco rzadziej wykorzystywane saksofony. Swobodne improwizacje, nieśpieszne, bazujące na jazzowym timingu, skoncentrowane na klarownym brzmieniu instrumentów i artyści sięgający po tzw. techniki rozszerzone ledwie w kilku mniej kluczowych momentach spektaklu. Sporo zadumy, pewnej pokoleniowej refleksji i po prostu ładnych dźwięków.

Trzy pierwsze improwizacje trwają po kilkanaście minut, być może są odrobinę przegadane, ale dzięki temu ich klimat pozostaje z nami na dłużej. Z kolei dwie końcowe, to łącznie ledwie siedem minut z sekundami. Pierwsza, trzecia i czwarta improwizacja, to dialog dwóch klarnetów basowych. Garść półsłówek, ale i morze długich, niemal dronowych ekspozycji. Spokój, melodia, rodzaj egzystencjalnej refleksji. Czasami akcja przypomina dwa leniwe słonie opalające się w słońcu, innym razem artyści brną na nisko ugiętych kolach przez gęste zarośla. W drugiej z klarnetowych opowieści pojawia się więcej nerwowych ruchów, trochę preparowanych fraz, ale i urokliwa, zwiewna taneczność. Puenta tej historii jest jednak mroczna, na poły kameralna. W ostatniej z klarnetowych części narracja zdaje się być wyjątkowo spokojna, a muzycy zrelaksowani. W trakcie drugiego utworu na płycie muzycy korzystają z saksofonów. Poruszają się dość żwawo, nie szczędząc nam kąśliwych uśmiechów i interakcji godnych miana free jazzowych. Finałowa koda trwa niewiele ponad dwie minuty i dla odmiany stanowi rozmowę klarnetu basowego z saksofonem. Tu tempo wydaje się być dość dziarskie, a miny artystów dalece roześmiane.

 


Malwina Kołodziejczyk & Sebastian Mac Wanderlust (Scatter Archive, DL 2023)

Quality Studio, Warszawa, październik 2022: Malwina Kołodziejczyk – saksofon, elektronika oraz Sebastian Mac – gitara elektryczna. Siedem improwizacji, 33 minuty.

Improwizowane spotkanie artystów związanych m.in. z Cracow Improvisers Orchestra zaczyna się w sposób bardziej niż intrygujący. Preparowany saksofon wspierany przez elektronikę i gitara swobodnie tańcząca na pick-up’ach tworzą narrację bogatą w dźwiękowe niespodzianki, nie stroniącą od medytacji budowanej powtarzanymi frazami instrumentu strunowego. W kolejnej odsłonie po stronie gitarzysty pojawiają się akcenty percussion, z kolei saksofonistka pogłębia swoje preparacje, znajdując w przestrzeni ustnika miejsce na dźwięki gardłowe. Opowieść płynie tu wysokim wzgórzem, a gitara szuka oparcia w rytmie.

Trzecia historia rodzi się w chmurze szumów, szmerów, dźwięków równie hydraulicznych, jak mechanicznych. Pracują saksofonowe dysze, skwierczą gitarowe przetworniki. Nagle w połowie improwizacji dostajemy się w smugę czystych fraz obu instrumentalistów, a opowieść zdecydowanie obiera kierunek na jazz! W kolejnych utworach artyści serwują nam intrygujące otwarcia, po czym, głównie z woli gitarzysty, przenoszą nas w obszar szeroko pojętego, improwizowanego jazzu. Piąty utwór przypomina piosenkę z tekstem, choć bez śpiewu, a kolejny, niespełna minutowy, zdaje się być pełnokrwistą eksplozją fire music. Spory dysonans niesie pieśń zamknięcia. Tu gitarowe sekwencje zostają skonfrontowane z rytmiczną, ale dość inwazyjną elektroniką. Jedynym ratunkiem dla gitarzysty staje się tedy … podsycona synkopą repetycja.



 

An-hoer Sepr.online.works (Kolokpo Records, LP 2023)

Gdańsk, czas nieznany: An-hoer (Wojciech Unterschuetz, Piotr Bratoszewski – wszelkie dźwięki elektroniczne, zapewne także głosy) oraz goście: Paweł Szamburski – bęben (A1), Adam Wika - akordeon, slide bass (A2), Piotr Żakowiecki - wokal (A2), Maria Bagińska - wokal (B1). Osiem utworów, 43 minuty.

W ramach kontynuacji wątków krajowych zapraszamy na … słuchowisko radiowe. Bazą muzyczną jest tu elektronika w dalece przyswajalnym, równie mrocznym, jak melodyjnym wydaniu. W jej otoczeniu pojawia się słowo mówione, które zdaje się pełnić rolę istotnego elementu dramaturgicznego. Recytacja w języku ukraińskim (?) oraz cytaty z Ericha Marii Remarque’a i Leszka Szumana, to definitywnie intrygujące punkty zapalne na ośmiotrakowym albumie. Sama ścieżka dźwiękowa raczej na to miano nie zasługuje, przynajmniej z punktu widzenia medium skoncentrowanego na muzyce improwizowanej.

Sam początek obiecuje wiele. Dubowo brzmiący rytm wybijany na akustycznym bębnie udanie prowadzi szczątkowe frazy strunowe, jakby doprawione odrobiną prądu. W drugiej części mamy ów domniemany język ukraiński i dość rozbudowane instrumentarium w postaci basu, akordeonu i syntezatorów. Pierwszą stronę żółtego winyla uzupełnia piosenka z wokalem w łagodnej estetce post-electro oraz długa ekspozycja elektroniczna, której głównym zdaniem jest chyba dotarcie do dwudziestej minuty na stronie. Po przewróceniu krążka na drugą stronę dostajemy się w strefę oddziaływania tekstu Remarque’a, który podany jest kobiecym głosem, a zlustrowany wojennie brzmiącą elektroniką. Kolejna część jest instrumentalna, a jej głównym daniem frazy przypominające piano. Zaraz potem cytat z Życia po śmierci, doposażony niepokojącym, nerwowym backgroundem fonicznym. Album domyka krótka koda w formie szemranego ambientu.



 

Dead Neanderthals Ordo Dracul Demo (Bandcamp’ self-released, Kaseta/DL 2023)

White Noise Studio, Nijmegen, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator, Rene Aquarius – perkusja oraz Marlon Wolterink – bas. Dwa utwory, 21 minut.

Słowo się rzekło, zatem na koniec wielkie boom! Nasi konceptualni, meta jazzowi post-punkowcy od pewnego czasu gustują w muzykowaniu z udziałem gościa. Tym razem w tej roli ich … stały producent, który w rękach dzierży masywną basówkę. Dwie petardy w umiarkowanie szybkim tempie i o umiarkowanie brudnym brzmieniu trwają tu dokładnie po 10 minut i 39 sekund (w kraju Dead Neanderthals nic nie jest pozostawione przypadkowi) i wypełniają dwie strony kasety. Ep-ka w pliku jak zawsze udostępniona została w ostatni dzień roku za darmo, a za wspomnianą kasetę trzeba było zapłacić pół euro (czas przeszły dokonany, nakład wyczerpał się niemal natychmiastowo!).

Sytuacja dramaturgiczna jest tu następująca - rockowe metrum cztery na cztery, delikatnie siarczyste brzmienie basu, który też krwawi rockiem i syntezator wyposażony w pewną ulotną, jak zwykle dość czerstwą, falującą melodykę. W połowie utworu następuje krótkie interludium z samotnym syntezatorem. Po restarcie linia basu wydaje się być delikatnie zmodyfikowana, po czym wraca do stanu początkowego. Drugi utwór jest wolniejszy, przypomina melodyjny i nieco … przyspieszony doom metal. Prosta figura rytmiczna basu, równie nieskomplikowany step perkusji i kolejna porcja melodyki syntezowa, tym razem jakby odrobinę bardziej molowa. W dalszej części nasze zasłuchane w jednostajny rytm uszy zdają się słyszeć drobne spowolnienie, może także dramaturgiczne ugięcie kolan. Nagranie kończy się prawdziwą burzą z piorunami i rzęsistą ulewą. To wszystko dzieje się wszakże po całkowitym wygaszeniu strumienia dźwiękowego.