Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francois Carrier. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francois Carrier. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 stycznia 2023

Francois Carrier, Alexander von Schlippenbach, John Edwards & Michel Lambert! Unwalled!


Kanadyjska para improwizujących obieżyświatów – Carrier i Lambert – co roku wizytuje Stary Kontynent (z incydentalną, covidową pauzą) i grywa koncerty z muzykami lokalnymi, każdy z nich rejestrując, a potem, po starannej selekcji, niektóre z nich kierując do zaprzyjaźnionych wydawców. Bywa, iż cykliczne wizyty muzyków z Quebecu kończą się poważniejszym wydarzeniem w postaci rejestracji studyjnej. Z takim przypadkiem mamy właśnie do czynienia. Wiosną roku ubiegłego, w stolicy Niemiec do alcisty i perkusisty zza Wielkiej Wody dołączyli muzycy tak istotni dla historii gatunku, iż powstała z tegoż spotkania dokumentacja fonograficzna nie mogła ujść uwadze czujnego krajowego wydawcy. A w roli zaproszonych – pianista Alexander von Schlippenbach i kontrabasista John Edwards! No, to mamy super kwartet!

Kwietniowe spotkanie ułożone zostało edytorsko w pięć kilkunastominutowych improwizacji i dwie miniatury, które zdają się być częściami tej samej, nieco innej od pozostałych, kolektywnej zabawy w dźwięki. Każdy z muzyków tkwi tu głęboko w historii jazzu i free jazzu, jakkolwiek w trakcie prawie 80-minutowej podróży nade wszystko swobodnie improwizuje.



Pierwsza improwizacja startuje dalece kolektywnym strumieniem dźwiękowym – swobodnym, nieśpiesznym, z odrobiną melodii, jazzowym pulsem i szczyptą swingu na fortepianowej klawiaturze. Artyści łapią dynamikę, zdają się balansować na granicy free jazzu. Gdy w grze pojawia się kontrabasowy smyczek wcale nie tracą atrybutów tempa, wręcz ich działania zyskują na ekspresji. W toku wymiany improwizowanych myśli chętnie pracują w podgrupach – trio bez altu czy duet kontrabasu i perkusji. Z kolei w wolnych tempach opowiadają piękne historie osadzeni na wyjątkowo nisko frazującym smyczku. Po chwilach ujmującej nostalgii chwytają free jazz za gardło i plotą kolejne bystre opowieści. Ciekawie frazuje w ich trakcie pianista – raz jest ostry niczym brzytwa, innym razem rzewny i romantyczny, post-klasycznie usposobiony. Narracja syci się tu ciągłą zmianę, a tym, który niemal na każdej pętli kąsa jakością jest kontrabasista.

Druga opowieść w swej fazie początkowej szyta jest kameralnym ściegiem – rozmarzony alt, ciepłe klawisze piana, post-barokowy smyczek i szeleszczące talerze. Z tych drobnych, niekiedy minimalistycznych fraz muzycy budują całkiem zgrabną i dynamiczną intrygę. Narracja łyka tu kolejne kilometry dzięki ekspresji saksofonu, potem tańczy na skrzydłach kontrabasu. Trzecia historia, to pierwsza z anonsowanych miniatur. Niewiele ponad dwie minuty altowych śpiewów, fraz inside piano i smyczkowych pojękiwań. Kolejna, na powrót dłuższa forma rodzi się na klawiaturze i w tubie altu, wspierana ponownie smyczkiem i bystrą robotą perkusji. Znów dynamika pojawia się niejako samoczynnie, w cudzie kolektywnej improwizacji. W fazie końcowej szczególnie podobać się może zejście w tryb duetowy fortepianu i smyczka, ckliwie komentowany perkusyjnymi talerzami.

Piąta narracja początkowo snuje się niczym metafizyczna ballada o mglistym poranku. Ciepłe oddechy saksofonu, drobne preparacje piana i smyczka. Mający miejsce tuż potem spacer we czterech ma charakter bardziej spokojny, zdaje się być podszyty wewnętrznym nerwem kontrabasu i kojącym śpiewem dęciaka. Tym razem tempo dyktuje drummer, a kąśliwe uwagi w poprzek szyku narracji zgłasza pianista. Emocje rosną na koniec opowieści, gdy alcista zaciska zęby i wiedzie kolegów na drobne wzniesienie. Kolejna wielominutowa narracja też startuje w pozycji chill-outowej. Najpierw duet saksofonu i piana, potem dystyngowany krok pizzicato kontrabasu, który przez moment dyskutuje jedynie z rzeczonym pianem, a przez kolejny snuje samotną opowieść. Narracja kwartetowa formuje się tu po długich przygotowaniach, a oparta jest głównie na kolejnej eksplozji kreatywności kontrabasisty. Samo rozwinięcie realizowane jest już na dużej dynamice, ale przy milczącej aprobacie alcisty. Album wieńczy druga miniatura, która snuje się brudnymi, ale spokojnymi frazami każdego z muzyków, po czym intrygująco gęstnieje i nabiera końcowego wigoru.

 

Francois Carrier, Alexander von Schlippenbach, John Edwards & Michel Lambert Unwalled (Fundacja Słuchaj!, CD 2022). Francois Carrier – saksofon altowy, Alexander von Schlippenbach – fortepian, John Edwards – kontrabas oraz Michel Lambert – perkusja. Nagrane w Studio ZentriFuge, Berlin, 27 kwietnia 2022. Siedem improwizacji, 78:30.

 

 

piątek, 3 grudnia 2021

Ritual Habitual! Glow! Alex Ward! cr-ow tr-io! Giżycki & Müller! William’s Things! The overgenre december’ round-up!


Czas ucieka w postępie geometrycznym! Całkiem niedawno witaliśmy ciepłą jesień (był jakże piękny Festiwal!), a już za moment trzeba będzie wziąć się na poważnie za podsumowanie kolejnego szalonego roku na scenie muzyki improwizowanej! Rok temu doceniliśmy na tych łamach całe 66 tytułów. Ilu trzeba będzie pozycji, by podsumować kolejne dwanaście miesięcy gigantycznej nadprodukcji cudownych dźwięków granych wprost z otwartej głowy, na ogół bez użycia pożółkłych pięciolinii? 77? 100? 666?

Dość tych dywagacji! Bez zbędnej zwłoki wrzucamy na ruszt sześć absolutnych nowości z muzyką improwizowaną! Mała zbiorówka bez specjalnej myśli przewodniej, ot, po prostu zestaw dobrych lub bardzo dobrych albumów, które warto bezwzględnie poznać. Najpierw dużo smakowitego free jazzu z istotnym posmakiem iberyjskim (!), potem dwa strzały ze Zjednoczonego Królestwa - pewna solowa multiprodukcja jednego z naszych ulubionych gitarzystów (lockdown ma swoje prawa!) oraz tajemnicze, ekstremalnie swobodne trio, w dalszej zaś kolejności całkiem nowy duet na dwa rozhuśtane dęciaki - polski i niemiecki, a na finał garść ładnych piosenek w edycji krajowej, z klarnetem kontrabasowym w roli głównej!

 


Ritual Habitual  Pagan Chant (Clean Feed Records, CD 2021)

Zwyczajowe Rytuały, to nowy pomysł portugalskiego kontrabasisty Gonçalo Almeidy na konstruktywne mierzenie się z dziedzictwem free jazzu. Do tria dobrał sobie perkusistę Philippa Ernstinga (z którym grywa bardzo ekstremalne formy free w formacji Albatre) oraz saksofonistę tenorowego i klarnecistę basowego Riccardo Marognę, który – to istotne – używa też w procesie improwizacji syntezatorów. Na potrzeby krążka, zmyślnie zatytułowanego Pogański Chór, muzycy przygotowali sześć improwizacji, które trwają łącznie prawie 49 minut. Nagranie studyjne powstało w Rotterdamie (Sante Boutique Studio) w bliżej nieokreślonym czasie.

Almeida proponuje nam pozornie typowe, free jazzowe trio. Ale jego (ich) podejście do gatunku zdaje się być ciekawie uwspółcześnione. Bezwzględnie szukają ognistego ptaka, rytualnych powtórzeń i swobodnych emocji. Ale osią kreatywnego fermentu czynią tu być może akcesoria elektroniczne, które skutecznie łamią rygory fire music. Pozostające w tle, funkcjonujące w sposób dalece nieinwazyjny syntezatory rozsiewają tu na prawo i lewo obłoki ambientu, podkreślają precyzyjnie niektórych schematy dramaturgiczne, a czasami wgryzają się w zębatki żywych instrumentów i zdają się dekonstruować ich tradycyjne brzmienie.

Najczęściej narrację prowadzi tu kontrabasista. Szuka rytmicznego punktu oparcia i stwarza przestrzeń dla repetytywnych rytuałów perkusisty. Ten ostatni lubi trans, medytacyjne pętle i nie szuka specjalnych udziwnień. Stawia na prostotę, ale i silę swego drummerskiego przekazu. Saksofonista i klarnecista basowy najczęściej przyjmuje na siebie rolę kreatora melodyjnego komponentu narracji, jakkolwiek uczynienie kilku kroków w kierunku ognistej improwizacji nie stanowi dla niego najmniejszego problemu. Opowieść tria płynie szeroką doliną free jazzowych skojarzeń, którym Coltrane zdaje się dodawać rytualnego rytmu, Ayler zaś hymnicznej śpiewności. Pierwsza, trwająca niemal kwadrans improwizacja świetnie wypełnia zamierzenia artystów, co do ich meta gatunkowego przekazu. W drugiej części pojawia się smyczek, ale i tu flow po kilku pętlach łapie trans i gna przed siebie ze śpiewem na ustach. Kolejna część, to niemal solowe interludium basu, który na tle silnego pogłosu buduje post-barokową improwizację. Ciekawie jest na początku czwartej części, która rusza free jazzowym klasykiem sax & drums i dopiero pojawienie się rozśpiewanego basu rzuca nowe spojrzenie na zamierzenia muzyków. Echo buduje tu emocje, a mistrzowska maszyna drum’n’bass wiezie nas kolejnym wysokim wzgórzem. Dwie ostatnie improwizacje kultywują rytuał free jazzowego powtórzenia. Muzycy fantastycznie panują nad dynamiką, rysują plejady dźwięków, których świetnie się słucha, ale też mantrycznie chłonie całym ciałem. Być może sam finał płyty wydaje się być najsilniej osadzony w gatunku, ale nam to w ogóle nie przeszkadza. W uszach wciąż szeleści nam przecież mgła elektroniki, która przez całe nagranie stawiała ponadgatunkowe znaki zapytania i sprawiła, iż historia fire music na powrót zdaje się nie mieć końca.

 


François Carrier, Pablo Schvarzman, Diego Caicedo and Michel Lambert  Glow (FMR Records, CD 2021)

Soda Acústic w pięknej Barcelonie, początek czerwca 2019 roku i ad hoc sklecony kwartet kanadyjsko-latynoski: François Carrier – saksofon altowy, Pablo Schvarzman i Diego Caicedo – gitary elektryczne oraz Michel Lambert – perkusja. Dokumentacja koncertu składa się z pięciu części, które trwają niespełna 50 minut.  

Kanadyjczycy z Quebecu niemal rok rocznie podróżują po Europie i w wielu ciekawych miejscach grywają koncerty z lokalnymi muzyki. Ponad dwa lata temu trafili w Katalonii na szalony duet gitar elektrycznych. Free jazzowe schematy, nieco przewidywalne kreacje alcisty i perkusisty, które znamy z wielu płyt, zostały tu wrzucone do tygla pełnego post-rocka, free rocka i jakże zmysłowej, niemal metafizycznej psychodelii. Powstały w efekcie tego wywar zadowolić winien fanów wszystkich wyżej wymienionych gatunków i estetyk. Nic wszakże nie ujmując bardzo dobrze usposobionym tego dnia Kanadyjczykom, to dwie gitary w rękach Argentyńczyka i Kolumbijczyka stanowią tu o wyjątkowości całego nagrania. Poniżej kilka dowodów rzeczowych w sprawie!

Od początku koncertu zalotnie zaintonowanego przez alt i small drumming, narracja skrzy się w dużej mierze dzięki bardzo różnorodnie pracującym gitarom – jedna frazuje post-jazzem, potrafi załadować armatę hard-rockowymi pociskami, druga wyczulona na niuanse, szuka inspiracji na obrzeżach improwizacji, raz za razem zmysłowo uciekając w psychodelię i chwilami niemal syntetyczne brzmienia. Wystarczy tu ledwie kilka minut, by wyczuleni na detale dramaturgiczne Kanadyjczycy wypuścili obie gitary na pierwszą, duetową ekspozycję. Tempo samej improwizacji bywa tu zmiennie (stylowy up and down!). Alcista zdaje się trzymać wiele pod kontrolą, a jak to ma w zwyczaju, lubi milknąć from time to time, czym w tej akurat konfiguracji udanie stymuluje obu gitarzystów. Druga opowieść znów zaczyna się na warunkach altu i perkusji. Gitary zaczynają z pozycji mikro dźwięków, by po kilku pętlach przejąć inicjatywę i prowadzić narrację w coraz ciekawsze rejony. W trzeciej części podoba nam się nieco wywrotowa dynamika. Akcja posuwa się zgrabnie do przodu, ale muzycy zdają się kołysać na wietrze i dodatkowo wzajemnie stymulować do bardziej karkołomnych pomysłów. Najciekawiej dzieje się chyba w czwartej improwizacji, którą rozpoczyna dla odmiany gitara Caicedo. Schvarzman snuje chmury post-electro, Carrier śpiewa pod nosem, a Lambert dba o dobre parametry rytmiczne. Kłębowisko pomysłów, znów bystry duet gitar i całkiem ognisty finał. Ostatni epizod koncertu nie trwa nawet pięciu minut. Prawa gitara frazuje tu niczym basówka, a cała narracja wisi w powietrzu i szuka kwaśnej metody na dobre zakończenie - dubowe echa, swoboda myśli i niespieszność dźwięków.

 


Alex Ward  Gated (Discus Music, CD 2021)

Covidowy lockdown zmienił nasze życie na wielu płaszczyznach. Zredefiniował wiele pojęć, także z zakresu muzyki. Choćby określenie płyta solowa… Zapraszamy na odczyt i odsłuch … solowej płyty Alexa Warda, nad którą muzyk w domowych pieleszach pracował całe osiem miesięcy (od lipca ubiegłego roku do marca bieżącego). Zagrał na niej na tysiącu instrumentów, których dźwięki skomponował/ skleił/ przykroił do rozmiaru dziesięciu utworów, które trwają blisko pięć kwadransów. Oto duża orkiestra spod ręki jednego muzyka!

Efekt wielomiesięcznej pracy Warda winien budzić nasz szacunek, ale także artystyczny podziw! Muzyk gra tu na gitarze elektrycznej, gitarze basowej, kontrabasie, fortepianie, electric piano, perkusji, klarnecie, a także na innych instrumentach dętych, ale na ogół w wielowątkowych akcjach granych unisono, zatem trudno je wszystkie rozpoznać. Całość skrzy się niemal epickim rozmachem, balansuje na krawędzi wielu gatunków, goni emocjami od skrajnego, post-metalowego mięcha, przez jazzowe i fussion-jazzowe improwizacje, aż po kameralne, niemal trzecionurtowe ekspozycje. Wszystko jest tu precyzyjnie zaplanowane (obleczone w ramy pełnokrwistych kompozycji), ale oczywiście przestrzeni dla improwizacji – głównie na gitarze i klarnecie, of course – jest tu cały, niezmierzony ocean.

Utwory otwarcia stawiają na rockowe emocje. Ten pierwszy zdobią dęte kontrapunkty, ten drugi ocieka ekspresją godną dobrego hc-punk sprzed kilku dekad. Trzecia część stawia odważny krok w kierunku post-jazzu przefiltrowanego post-klasyką. Bogata, orkiestrowa narracja tętni tu trzecionurtowym życiem. Czwarty odcinek powraca do emocji z początku płyty – hard-rockowy riff i połamana rytmika. Kolejna część, najdłuższa, ponad 18-minutowa, wydaje się stanowić opus magnum tego albumu. Budują ją gitary, skomplikowana struktura wewnętrzna, posmak rock in opposition, a nawet post-metalowe galopy. Część szósta stawia intrygujący znak zapytania - pachnie mrocznym ambientem, który zmącony zostaje brzmieniem piana i perkusji, czyniąc ów utwór być może pierwszym w dziejach nagraniem … czwartonurtowym. Narracja siódemki zaczyna się bardzo kameralnie (piano, klarnet, kontrabas), ale zostaje w połowie złamana kwaśnym brzmieniem electric piano, wiodąc ekspozycję w otchłań fussion jazz dance! Kolejne dwie części brną w nastroje hard & fussion rock, nasycone dużą porcją psychodelii. No i sam finał, znów wielominutowa, epicka opowieść o losach gitary w historii kreatywnej improwizacji. Gitarowe solówki, dramaturgiczne spiętrzenia, niekończące się zmiany w zakresie dynamiki dalece wielowątkowej narracji. Na ostatniej prostej wymowa całości zostaje podkreślona efektownymi pasmami syntetycznych brzmień.

 


cr-ow-tr-io  Hold Music (Luminous Records, CD 2021)

Cofamy się na osi czasu i lądujemy w Londynie, w samym środku lata 2019 roku. Trio o tajemniczej nazwie (ułożonej wszakże z inicjałów muzyków) tworzą tu nasi dobrzy znajomi: Cath Roberts – saksofon barytonowy oraz Otto Willberg – kontrabas i postać debiutująca na tych łamach: Tullis Rennie – puzon. Każdy z muzyków ma też do dyspozycji dodatkowe akcesoria dźwiękowe: piszczałki, dzwonki i wiele innych obiektów. Całość niedługiej płyty (mniej niż 40 minut) składa się aż z siedemnastu improwizacji.

Albumowe credits zawiera ciekawe sformułowanie – nagrane dźwięki zostały pokrojone na kawałki. Recenzent nie ukrywa, iż ma z nagraniem krowiego tria pewien problem. Jak domniemujemy, muzycy nagrali dużą porcję dźwięków, po czym pocięli je na chwilami bardzo krótkie, kilkudziesięciosekundowe odcinki. Niektóre spokojne, zadumane, inne nerwowe, szyte gęstym ściegiem i pokrojone wyjątkowo ostrym skalpelem. Zdania urywane w pół słowa, dźwięki wydarte instrumentom i zadeptane ciszą. Artyści nie zlepili tych mikro dramatów w całość, każdy z nich oddzielony został zwyczajową ciszą. Efekt takiej edycji swobodnej improwizacji daje niestety efekt dramaturgicznego chaosu. Trudno nam dotrzeć do intelektualnego jądra tego jakże konceptualnego pomysłu, zwłaszcza, że w tym tyglu małej formy uchowało się kilka dłuższych (nawet 5-minutowych!) improwizacji, które pokazują naprawdę duży potencjał tria dwóch dęciaków, kontrabasu i całej masy przeszkadzajek.

Naszą albumową egzegezę ograniczamy zatem do wskazania tych improwizacji, które z racji swej długości uznać możemy za pewną zamkniętą całość. W trzecim odcinku intrygująco frazuje bardzo brudnym brzmieniem puzon, a kontrabas snuje tajemniczy rytm rysowany trybem pizzicato. Utwory dziesiąty i jedenasty, to najdłuższe epizody na albumie. Oba mają wyraźnie zarysowaną narrację, zmyślną dramaturgię i ciekawie uwypuklają brzmienia zastosowanego instrumentarium. Dęciaki śpiewają, jurny kontrabas kreśli im szlak podróży, pojawia się też smyk i oddech niemal kameralnej zadumy. Zaraz potem czeka na nas duża porcja naszych ulubionych preparacji, upstrzona garścią post-perkusjonalnych dźwięków. Całość przypomina zdekonstruowaną wersję My Life In The Bush Of Ghosts! Trzynasta improwizacja stawia na urywane, niemal field recordingowe dźwięki, zarówno instrumentalne, jak i płynące wprost z gardeł muzyków. Piętnasta historia lepi się w ciekawe drony, dyskutuje z ciszą i buduje niebanalny suspens. Na jej zakończenie mamy wrażenie, iż muzycy chodzą po scenie i zbierają instrumenty. Wreszcie finał, prawie cztery minuty – teatr komedii, slapstickowe grepsy, szeleszczące przedmioty, półdźwięki i oddechy czerstwej ciszy. Muzycy definitywnie schodzą ze sceny. A my nie wiemy, czy klaskać, czy może też już iść do domu.

 


Michał Giżycki & Matthias Müller  +Q (Bandcamp’ self-released, DL 2021)

Po brytyjskich bezeceństwach czas na chwilę freely improvised music w wykonaniu dwóch skromnych instrumentów dętych – klarnetu basowego (Giżycki) i puzonu (Müller). Muzycy poznali się w trakcie ubiegłorocznej edycji Spontanicznego Festiwalu. Swą muzyczną przyjaźń gruntowali na edycji tegorocznej i w tak zwanym międzyczasie (dokładnie 3 października 2021) zarejestrowali niewielkich rozmiarów sesję nagraniową, której efekty, to dwie improwizacje, trwające 29 minut.

Muzykę otwarcia tworzą tu dwa drony dźwięków, płynących wprost z głębokiej ciszy. Przemieszczają się mrocznym korytarzem, łapią się wilgotnych ścian, konsekwentnie brną jednak do przodu. Słyszymy pracę wentyli i dysz, ich oddechy i chwile trwogi. Paleta dźwięków systematycznie się powiększa, jakby instrumenty nadymały się kolejnymi porcjami powietrza, jakby przybywało kratek wentylacyjnych w tym długim tunelu. Oddechy cyrkulacyjne, bezgraniczne płuca i prosta mechanika instrumentów stworzonych z blachy i drewna. Te ostatnie też oddychają i łączą się z ciałami muzyków. Puzon podąża jednośladem, klarnet faluje jak na huśtawce. W obu tubach zaczyna powali gotować się woda. Nim upłynie 10 minuta muzycy zdają się pokonywać pierwsze wyraźne wzniesienie. Zaczynają śpiewać i wzdychać, pełni romantycznej autorefleksji. Kolejne dwie minuty decydują o tym, iż stają w obliczu ciszy niemal zupełnej. Rezonują, szumią, szeleszczą. Puzon tańczy na falach radiowych, klarnet kołysze się na wietrze. Nowy wątek tworzą z innego budulca - szukają ukrytych fraz pełnych metafizycznej melodyki, ale i subtelnych refleksji. Na finał łapią kolejną cyrkulację w rozgrzane już płuca.

Na starcie drugiej, nieco krótszej improwizacji, muzycy proponują mały konkurs – kto zagra delikatniejszy dźwięk. Ale w tej grze nie ma zwycięzców. Przedechy, pomruki, szumy. Gadają ze sobą jak borsuki na popołudniowej przechadzce, syczą jak węże w gorącym słońcu. Zdaje się, że celebrują każdy oddech – swój i instrumentu. Gdy zbyt blisko podchodzą do ciszy, zaczynają nagle podśpiewywać i śmiać się od ucha do ucha. Szukają detali, z drobiazgów budują cały swój świat. Mikro-parsknięcia i nano-salwy ekspresji. Krótsze i dłuższe narracje, zdania urywane w pół słowa i szelmowskie przeciągnięcia. Na zakończenie definitywnie śpiewają, wszak spędzili ze sobą urocze pół godziny.

 


William's Things: Michał Górczyński, Sean Palmer, Tomasz Wiracki  The Robots Are Coming (Multikulti Project, CD 2021)

Na zakończenie naszego dzisiejszego, wielogatunkowego przeglądu nowości jedenaście piosenek do śpiewania! Wiliam’s Things, to trio, które znamy już z dwóch poprzednich płyt, intrygująco łączące klarnet kontrabasowy, minimalistyczny fortepian oraz doskonały głos aktorski, po prawdzie także piosenkarski. Dla przypomnienia, to Michał Górczyński, który odpowiada tu także za kompozycje, Tomasz Wiracki oraz Sean Palmer. W nagraniach tej płyty wykorzystano testy literackie Kyle’a Dargana oraz M. Vincenta van Mechelena. Całość odsłuchu zajmuje 46 minut.

Wydaje się, że po raz kolejny kardynalną wartością tria William’s Things jest sposób zachowania się klarnetu kontrabasowego. Ów ogromny dęciak we władaniu Górczyńskiego staje się bowiem nade wszystko instrumentem melodycznym, dalece rytmicznym, efektownie rozśpiewanym, no i frywolnie tanecznym. Z kolei ważnym elementem dramaturgicznym tej akurat płyty są tytułowe roboty. W trakcie całego nagrania towarzyszy nam charakterystyczny chrobot, chwilami szelest, czyli dźwięki mechanicznej pracy robotów. Efekt ten bierze w nawias całą piosenkową warstwę albumu i zdaje się kierować nasze zainteresowania ku tekstom śpiewanym lub recytowanym przez Palmera. Warto je śledzić, zwłaszcza, iż perfekcyjna dykcja muzyka pomaga w zrozumieniu angielskiej poezji.

The Robots Are Coming, to melanż masy, delikatności, rytmicznej konsekwencji i dramaturgicznej determinacji muzyków. Rodzaj kołysanki dla niezbyt grzecznych dzieci, która bardziej podoba się rodzicom niż latoroślom. Opowieść balansuje tu między oniryczną delikatnością, a marszowymi, zadziornymi frazami, pełnymi emocji. Dyktat rytmu zdaje się świetnie konweniować z robotyczną tematyką całego przedsięwzięcia. Najciekawsze fragmenty płyty, to być może środkowe kompozycje. Czwarta stawia na delikatne eksperymenty brzmieniowe. Piąta łączy mroczny klimat z głosem, który rzęzi niczym Tom Waits. Filigranowe piano i mruczący klarnet budują tu intrygujący dysonans. Szósta piosenka do mrocznej aury dodaje pewną narracyjną nerwowość, z kolei siódemka sprawia wrażenie wystudzonej ballady, w trakcie której niepodziewanie klarnet i wokalista zaczynają na siebie krzyczeć! Kolejne utwory nie stronią od tanecznych fraz, ale także uciekają w bardziej refleksyjne rejony. Niebanalny jest sam finał nagrania. Głos Palmera jest tu elektronicznie zniekształcony (wokoder?), a całość smakuje prawdziwe robotycznym, syntetycznym brzmieniem.

 

 

wtorek, 7 maja 2019

François Carrier! Alexander Hawkins! John Edwards! Michel Lambert! Nirguna!


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże pierwotnie opublikowana


François Carrier i Michel Lambert - kanadyjscy muzycy-podróżnicy - nie ustają w swoich aktywnościach! Każdej wiosny powracają do Europy, by w pięknych okolicznościach przyrody grać pełnokrwiste koncert free jazzu. W każdej z destynacji saksofonista i perkusista zdają się mieć już swoich stałych partnerów. W Polsce jest nim Rafał Mazur, w Zjednoczonym Królestwie na ogół John Edwards.

Dwie wiosny temu (dokładnie 7 czerwca 2017 roku), do grona brytyjskich partnerów, dołączył także Aleksander Hawkins. Powstały w ten sposób kwartet zagrał prawdziwie ognisty koncert w londyńskim Klubie Vortex, a my dziś – za pośrednictwem Fundacji Słuchaj – możemy cały ów spektakl, pomieszczony na dwóch dyskach, śmiało i w komfortowych warunkach odsłuchać. Dwa sety, cztery fragmenty z tytułami, łącznie blisko 102 minuty! François Carrier na saksofonie altowym, Alexander Hawkins na fortepianie, John Edwards na kontrabasie oraz Michel Lambert na perkusja. Krążek zwie się Nirguna.




Saguna. Set pierwszy koncertu otwiera spokojnym tembrem alcista. Po paru oddechach do gry wchodzi rozbudowana sekcja, który brzmi niczym hard & heavy bop masters. Narracja od początku szyta jest gęstym ściegiem i wynosi śpiewny alt na wysokie wzgórze. Szlak podróży kwartetu zdaje się tyczyć przede wszystkim Hawkins, który jest niewątpliwym nerwem całej opowieści, głównym kreatorem zmian, naczelnym stymulatorem iskrzących się urodą, jakże swobodnych improwizacji, budowanych na bazie bystrego, w pełni otwartego jazzu. Szczególnie dobrze obecność pianisty wpływa na sposób kreowania improwizacji przez Carriera, który mimo wysokich i wielokrotnie dokumentowanych kompetencji w tym zakresie, miewa skłonność do zawieszania narracji lub milknięcia w momentach nie do końca dramaturgicznie uzasadnionych. Tu, w obecności Hawkinsa, nie dość, że unika tego typu zachowań, to jeśli już się na nie decyduje, partner na klawiaturze ciągnie flow, a cała historia toczy się dalej w równie ekspresyjnym stylu. Tu, w trakcie pierwszej części kwartet pełną zdolność do generowania free jazzowej kipieli osiąga już po 120 sekundach. Po kolejnych kilka minutach, muzycy decydują się na pierwszy tego dnia stopping, który staje się okazją do nieostatniej tego wieczoru, pięknej ekspozycji pianisty, który zdaje się czuć w tych okolicznościach koncertowych, niczym ryba w wodzie. Kwartetowa maszyna jak trzeba to zwalnia, jak trzeba przyspiesza bez zbędnej zwłoki, fundując nam - raz po raz - błyskotliwe indywidualne popisy każdego z muzyków, zawsze wszakże czynione przy wsparciu dwóch, a nawet trzech partnerów. Choćby piękne solo kontrabasu na tle repetującego piana i okrężnego drummingu. Narracja charakteryzuje się dużą zmiennością tempa, rozłożenia akcentów, kreowania lidera sytuacyjnego, wzajemnego stymulowania się wszystkich muzyków. W 18 minucie odnotowujemy zwinne zejście do poziomu ciszy, dokonane na barkach kontrabasisty. Po 20 minucie – garść jazzowej nostalgii, zadumy, także klasycystycznych akcentów na klawiaturze. So what ever you want! Pod koniec pierwszej części także kilka łyków wody ognistej pod wezwaniem Coltrane’a, czy Aylera. Wybrzmiewanie ubarwia solo Hawkinsa, intrygująco wspierane mocnymi akcentami kontrabasu i perkusji.

Jivatma. Druga część pierwszego seta, rodzaj kilkunastominutowego encore: rytmiczne, bardzo kolektywne intro, w dobrej komunikacji, bez zbędnych dźwięków – zadziorne akcje, celne riposty, trochę wzajemnych imitacji, dialogów, a nawet pyskówek w podgrupach. Kwaśny flow kontrabasu, kolejne świetne ekspozycje pianisty. W 7-8 minucie frywolne duo piano-alt, potem bardzo bystrze rozwinięte we free jazzowy galop.

Paramatma. Po przerwie muzycy proponują nam ciąg dalszy, znów programowany kolektywnie, realizowany bardzo swobodnie, z uroczym wdziękiem rasowego free jazzu. Kanadyjczycy być może grają jeden ze swoich najlepszych koncertów, wszak z tymi Brytyjczykami, śmiało można konie kraść! Po kilku chwilach ponownego rozpoznania, muzycy wchodzą bardziej zdecydowanie w interakcje, znów dobrze na siebie reagują. Między 6 a 8 minutą proponują nam free power trio (Hawkins milczy), by po chwili, na grzbiecie smyka zawieszonego na kontrabasie, przejść do fazy sonorystycznych czułości. Muzycy zdają się w tym fragmencie mniej koncentrować na ekspresyjnych erupcjach mocy, bardziej zaś prowadzą narrację w formule otwartego jazzu i jedynie dobrych reakcji na poczynania współpartnerów – prawdziwie oświecony kolektywizm! Stylistycznie i dramaturgicznie najwięcej wciąż miesza tu bystry pianista, w każdej sekundzie opowieści mający dobry pomysł na ciąg dalszy. Nad odpowiednim zaś poziomem dynamiki całości czuwa terminator Edwards. W 27 minucie kreatywność kwartetu prowadzi nas w kierunku słodkiej ballady z dużą dawką poczucia humoru. Muzycy czują się świetnie na scenie, wiedzą, że mogą sobie na wiele pozwolić. Na finał tej części seta drugiego – nie wiadomo już który tego wieczoru, piękny pasaż wprost z rozgrzanej klawiatury fortepianu, a w tle bystra i czujna sekcja bass’n'drums. Ten ostatni element układanki, krótkim, ale precyzyjnym solo wieńczy improwizację (brawo Lambert!).

Nirguna. Finałowy odcinek koncertu, przy okazji pieśń tytułowa, wita nas szczyptą perkusyjnego swingu, wspieranego smyczkiem na kontrabasie i klasycyzującym piano ze śpiewnym altem. Muzycy wychodzą z tego wstępu wprost we free jazzowy galop z saksofonem na lekkim delayu. Po 10 minucie zmysłowo tłumią emocje, tym razem na bazie wysokiego pizzicato, serwują nam kolejną perełkę na fortepianie i zwinnie szukają napisów końcowych. Ostatnia prosta pełna jest aylerowskiego uniesienia, tak czułego w dotyku, jak i pikantnego w smaku.




sobota, 13 października 2018

Carrier! Lambert! Mazur! Beyond Dimensions of Being!


Poniższe recenzje powstały na zlecenie portalu polish-jazz.blog i tamże zostały pierwotnie opublikowane.


Kanadyjskich free jazzowych podróżników opowieść z datą 2016! Francois Carrier i Michel Lambert każdej wiosny odwiedzają Europę. Grają koncerty, robią zdjęcia (polecam), potem europejscy wydawcy produkują ich płyty!

Polskim partnerem Kanadyjczyków od lat jest Rafał Mazur. Pisaliśmy już na tych łamach o ich wspólnych płytach, choćby o dwóch kolejnych koncertach w krakowskiej Alchemii, wydanych w dużym odstępie czasowym, przez dwa niezależne od siebie labele (FMR, NoBusiness).

Tej wiosny saksofonista i perkusista także gościli w Europie i Polsce. W nasze ręce zaś trafił koncert nagrany z Rafałem Mazurem…w Rumunii. Maj 2016 roku, na prawie 78 minut (!) przenosimy się do Timisoary.




Zaczynamy klasycznym dla tego tria flow – gęstym, dobrze skonstruowanym akustyczną gitarą basową Mazura, pozostawiającym dużo przestrzeni dla alcisty, który lubi zawieszać narrację, popadać w zadumę i czekać na to, co uczynią partnerzy. Pasaże altu są płynne, z lekkim zadziorem w brzmieniu, nie stronią od płaczliwości, bywają pyskate i niejednorodne stylistycznie. Perkusista idzie krok w krok za Rafałem, je mu z ręki, nie zrobi niczego bez przyzwolenia basisty. Sam Mazur zdaje się czuć w tym gronie coraz pewniej. Powiedziałbym, że z płyty na płytę zaczyna w tym trio liderować. Tę sugestię – jeśli mnie pamięć nie myli – zawarłem już w recenzji ich poprzedniej płyty. Dowodem choćby błyskotliwe pasaże w okolicach 8-9 minuty pierwszej części, gdzie delikatnie wspierany small drummingiem Lamberta, rządzi i dzieli na scenie. Zaznaczyć też trzeba dobry moment altu pomiędzy 13 i 15 minutą.

Drugi utwór jest nieco bardziej balladowy, półtonu cichszy, o krok wolniejszy. Mazur oczywiście wkłada tu kij w szprychy i bezcelnie zaczyna napędzać trio. Lambert opukuje mu plecy, a narracja toczy się swoim torem, bez specjalnej ekscytacji po stronie recenzenta (publiczność w backgroundzie także nieco rozgadana). W 9 minucie Carrier dmie nieco intensywniej, dzięki czemu jakość nagrania natychmiast rośnie. Nie trwa to jednak zbyt długo (po jego stronie także bez zaskoczeń).

Intro odcinka trzeciego jest chytrze poszarpane. Alt kreśli krótkie, urywane frazy, bas jest skupiony na sobie i myśli o dwa okrążenia do przodu. A one touch drummer swinguje tu na potęgę (why not?). Jakby cała trójka grała znany, nieistniejący standard jazzowy. Bez trudu napotykamy też na kolejny, jak zwykle udany, solowy pasaż Mazura.

Czwarty odcinek, finałowy rozpoczyna krzyk altu. Zdaje się, że to najlepszy tego dnia moment Kanadyjczyka. Sekcja dobiega do niego w podskokach. Euforia recenzenta trwa aż … cztery minuty, do momentu kolejnego zawieszenia narracji przez saksofonistę. Po chwili przerwy orszak ponownie rusza jednak w galop (Brawo Rafał!)., dzięki czemu ta część koncertu i tak zasługuje na miano najlepszej. Choćby 16 minuta i znów dwie, trzy frazy Mazura, które powodują, iż wciąż jesteśmy z tą płytą. Docieramy, mimo licznych ambiwalencji, do 77 minuty koncertu. Nie mamy pewności czy jest z nami tak samo liczna publiczność, jak na początku.

Być może nic tak nie szkodzi sztuce, jak nadmiar. Po czwartej historycznie płycie Rafała Mazura z Kanadyjczykami, definitywnie prosimy jednak o nowe rozdanie personalne.


François Carrier, Michel Lambert, Rafal Mazur ‎ Beyond Dimensions (FMR Records, 2018)

_____________


Jeśli pamiętacie płytę „Oneness” tego samego tria, wydaną w roku ubiegłym przez FMR Records, to wiedzieć winniście, że płyta, która w tej właśnie chwili krąży w naszym odtwarzaczu została nagrana w tej samej krakowskiej Alchemii, dokładnie … 24 godziny wcześniej!

Koncert zaczyna się w obecności delikatnego tembru saksofonu altowego, niezwykle precyzyjnej marszruty akustycznej gitary basowej i zmienno-okrężnego bębnienia. Płyta „Radość Istnienia” to jakby kolejna pocztówka z wiecznej podróży Carriera i Lamberta po świecie muzyki improwizowanej. Dwóch dzielnych kanadyjskich muzyków, którzy zgodnie z zapisami swojego czarownego, zapewne czerwonego kajeciku, w każdej destynacji ma swojego człowieka do wspólnego grania. W Polsce tym kimś jest Rafał Mazur.

Muzyka tria, to swobodna, luźna, ale wyważona i jakże konsekwentna improwizacja. Płynny flow basu akustycznego Mazura dobrze robi kanadyjskiemu duetowi – spaja, podpowiada, gwarantuje ciągłość narracji na wypadek zawieszenia opowieści bez podania jasnej przyczyny, co temu akurat saksofoniście zdarza się raz po raz. Co zdaje się być stałym elementem jego pomysłu na jazzową improwizację, a co nie koniecznie kreuje entuzjazm recenzenta. Tu dzieje się tak choćby w trakcie 6 minuty pieśni otwarcia. Z drugiej strony wszelkie próby eskalacji napięcia dramaturgicznego, generowania dodatkowych porcji emocji na scenie świetnie budują jakość całego nagrania. Carrier większość czasu operuje na alcie, ale gdy okazjonalnie sięga po obój w dynamicznych pasażach (z ciekawym, matowym brzmieniem), dodaje błysku swej muzyce. A Mazur, niczym precyzyjna maszyna, która napędza drummera, stymulując kolejne galopady całego tria.




Drugi odcinek zaczyna się stosunkowo spokojnie, z odrobiną cytatów z hymnicznego Aylera. Kunszt i wyobraźnia są bez wątpienia zaletami saksofonisty, ale bodaj największym jego atutem jest poziom dobrze rozumianego rzemiosła artystycznego. Lambert goni za jego pomysłami, a Mazur jakby tkał pajęczynę powiązań między Kanadyjczykami – gęstą, soczystą, wielobarwną sieć. Z drugiej strony każdy podmuch w tubie saksofonu dodatkowo napędza poszczególne fazy improwizacji, Choć ona sama nie zawsze jest jakoś szczególnie ognista. Dużo w niej przestrzeni, swoistego, artystycznego stoicyzmu, ogłady i wyrafinowania. Free improv z dużą dawką rozwagi!  Na finał szczypta dynamizmu na werblach i tomach.

Trzeci epizod tryska dynamizmem, ekspresją, ogniem wysoko zawieszonego altu. Choć amplituda emocji na scenie zdaje się być nieco przewidywalna. Po każdym ataku niezwłocznie przechodzi czas na tłumienie emocji i gojenie ran. Tu świetnie odnajdujemy – po raz kolejny – robotę Mazura. Jakby ustawiał partnerów po kątach. Regularne zawieszanie narracji przez Carriera stwarza polskiemu muzykowi dodatkową przestrzeń na śmiałe popisy instrumentalne i dodajmy – ani jeden centymetr sześcienny tejże nie jest tu trwoniony.

Czwarty, na zasadzie kontrastu, znów płynie na starcie spokojnym altem. Spirala narracji nakręca się dość ślamazarnie, jakkolwiek wszystko dzieje się w aurze świetnej komunikacji pomiędzy muzykami. Narracja całej płyty zdaje się być dość jednorodna, ale to wcale nie ujmuje jej jakości. Muzyka płynie bowiem na tyle wartkim strumieniem, że recenzent nie potrafiłby wskazać fragmentów koncertu, które na etapie produkcji można byłoby pominąć bez szwanku dla obrazu całości. Ten akurat odcinek nagrania ewidentnie ciągnie do przodu para Mazur-Lambert, która wytycza cel i nie spuszcza z tonu ani na moment. Alt biegnie za nimi w podskokach.

Muzycy wciąż opowiadają nam jakby tę samą historię (właśnie wystartował odcinek piąty). Poszczególne epizody różnią się detalami, poziomem intensywności, czy też rozkładem akcentów solowych, proporcjami natężenia altowego zaśpiewu i chwilami zmysłowej gry sekcji rytmicznej. Niedopowiedzenia Carriera, często w estetyce późnego Joe McPhee, z jednej strony czasami burzą ład improwizacji, z drugiej zaś prowokują sekcję do ciekawych wycieczek. Suma plusów dodatnich i ujemnych czyni jednak całość w pełni akceptowalną dla recenzenta. Tu, w okolicach 8 minuty dzieją się wyłącznie dobre rzeczy. Choćby doskonała ekspozycja oboju, czyniona na bazie solowych popisów Mazura.

Wreszcie sam finał koncertu. Powraca blask Aylera, także trochę zbyt mocno tłumionych emocji w tubie altu. Szczęśliwie sekcja nie jest w nastroju do marudzenia. Drobne zaczyny transu na gryfie basu, celny drumming, wreszcie wykwintne pasaze saksofonu sprawiają, iż to właśnie finał koncertu uznać należy za jego najlepszy fragment. Na ostatniej prostej balladowe, kołyszące niemal wybrzmiewanie.

François Carrier, Michel Lambert, Rafal Mazur ‎The Joy Of Being (NoBusiness Records, 2016) ‎



sobota, 3 czerwca 2017

Sehnaoui & Gołębiewski! Quebec i reszta świata czyli Polska! – poznański maj w wymiarze koncertowym


Ważny element współuczestniczenia w świecie muzyki improwizowanej stanowią koncerty. Są muzycy, są organizatorzy, bywają także widzowie. Matczyny mi Poznań nie jest już od dawna mekką muzyki improwizowanej, do której podążają pielgrzymki fanów. A jeszcze w ubiegłej dekadzie lat można było odnieść takie wrażenie.

Rzeczywistość ciągłej sprzedaży jest jednak okrutna, zatem i miejsc, i okazji do delektowania się dobrą muzyką improwizowaną raczej ubywa, niż przybywa. Jednakże miniony miesiąc (maj!) jakby delikatnie przeczył tym ponurym wizjom Pana Redaktora. Odbyło się kilka ciekawych koncertów, był nawet pewien festiwal. Czas, by zebrać majowe refleksje, trochę się pozachwycać, odrobinę pomarudzić. Przewrotność, która zdaje się być ważną cechą Trybuny Muzyki Spontanicznej, znów zbierze swoje żniwo, albowiem opis wydarzeń koncertowych prowadzić będziemy w odwróconej chronologii.






Ostatni dzień maja, jesteśmy w Lesie!

Klub Las. Krzesła dla widzów zostały rozstawione wokół muzyków i ich instrumentów. Utworzyły eliptyczny kształt, który mógłby zacisnąć krwiożerczą pętlę na fizyczności muzyków.

Sharif Sehnaoui. Krzesło, by na nim siedzieć w trakcie występu. Stoliczek, by nam nim ułożyć trzydzieści tysięcy drobnych przedmiotów, których muzyk będzie używał w trakcie występu: pałeczki, patyczki, obiekty o mniej oczywistych kształtach. Zapomniałem dodać – jeszcze oczywiście gitara akustyczna. Przyda się – muzyk będzie dzięki niej drugim perkusistą tego wieczoru.

Adam Gołębiewski. Taboret perkusisty, pojedynczy boczny tom (?), talerze i czterdzieści tysięcy innych, małych i dużych przedmiotów, głównie do pocierania o membranę instrumentu zasadniczego. Plastik i metal. Kubki, sztućce, ostre przedmioty. Dwa instrumenty strunowe, które torturowane będą za pomocą tych ostatnich. Gumowa rurka, w którą będzie dmuchał. Zakończona drobnym, owalnym, metalowym przedmiotem, który uznamy wspólnie za zakończenie instrumentu dętego. Perkusista, który postanawia zostać wielkim sonorystą tego spektaklu. Zupełnie nie przeszkadza mu fakt, iż nie ma przy sobie jakiegokolwiek klasycznego instrumentu dętego.

Trzy kwadranse akustycznego misterium. Dwa potężne zestawy perkusjonalne w intensywnej turbulencji. Postawione w stan drgania permanentnego, śmiertelnie ze sobą rezonujące. Narracja najeżona zakrętami, tajemniczymi zakamarkami, otworami bez dna, pełnymi wygłodniałych smoków. Wielkie emocje. Trans. Medytacja. Iluminacja. Dalekowschodni zaśpiew gitary, która tylko na ułamki sekund przestaje być konstrukcją perkusyjną. Zatracenie źródła dźwięku – na szczęście jesteśmy na koncercie i widzimy muzyków. Jedno wytłumione źródło światła, ustawione pomiędzy muzykami, nie ułatwia jednak procesu inwigilacji spektaklu. Oddech muzyków czujemy na skroniach, oni nasz - bardziej na plecach. Kawałki plastiku tańczą wokół muzyków i trafiają nas w nogi. Siła diabelskiego kręgu działa w obie strony. Oklaski na koniec nie są w stanie oddać tej porcji sztuki dźwięku, jaką dostaliśmy prosto w twarz, zupełnie niepytani o zgodę.

Teraz, gdy piszę te słowa, ich muzyka siedzi mi w uszach i dyszy. Sharif i Adam nagrali płytę Meet The Dragon, która była dostępna po koncercie. O niej kilka słów, jak już doszczętnie ochłonę z wrażeń po tym niezwykłym koncercie. Ciągle mam wrażenie, że dostaliśmy coś więcej niż te kilkadziesiąt tysięcy dźwięków w trakcie czterdziestu kilku minut występu.


23 maja, Dragon, w poszukiwaniu publiczności!

Dwaj wędrowcy z dalekiego Quebecu – Francois Carrier (saksofon altowy) i Michel Lambert (perkusja) – w trakcie przystanku Polska. Zaraz potem Barcelona i Lizbona (fajnie mają!). Tu, w krajowej edycji, w towarzystwie Olbrzyma i Kurdupla, czyli Tomka Gadeckiego (saksofon tenorowy) i Marcina Bożka (akustyczna gitara basowa, w zastępstwie Rafała Mazura, lekko kontuzjowanego). Klub Dragon, wtorkowy wieczór. Muzyków czterech, publiczności dwa razy więcej (naliczyłem nas ośmioro, nie wliczyłem akustyka). Tym razem bez komentarza – ewentualnie wróć do preambuły tego tekstu.




Duża dawka bardzo kompetentnego free jazzu. Swoboda, kreacja, świetna komunikacja pomiędzy muzykami (kilka dni są już w trasie!). Naliczyłem bodaj cztery odcinki improwizacji. Dużo emocji na scenie, 120%-owa koncentracja i takiż wysiłek artystyczny, choć po drugiej stronie sceny garstka ludzi. Dynamiczne dialogi, szczypta indywidualnych popisów. Świetny Gadecki, taki trochę lekko zapowietrzony, późny Coltrane w dużym gazie. Carrier dosadny, nienapastliwy, konkretny. Były wszak chwile, że i on musiał przystanąć, by zachwycić się grą kolegi saksofonisty i po prawdzie.. złapać głębszy oddech, by nadążyć (a w bodaj najsilniej ekscytującym momencie, w trakcie szalonego dialogu dęciaków, postanawił … wymienić ustnik). Bożek wyrazisty do bólu, perfekcyjny, zarówno w momentach akompaniowania solistom, jak w tych, gdy on stawał się centrum improwizacyjnej eskalacji. Lambert odrobinę jednostronny (głównie dręczył werbel), jakkolwiek czujny i doskonale kooperujący z gitarzystą basowym.

Masywny, bardzo dobry koncert. Jeśli takie koncerty ogląda osiem osób, to coś jest nie tak z rzeczywistością tego świata. Ale to nie mój problem – jak tam byłem!


12 maja, Dragon, ekscesy w wymiarze krajowym!

Piątek. Zimno za oknem, tu w Dragonie odrobinę cieplej. Będą dwa koncerty. Na start Hubert Zemler – perkusja solo, muzyka … komponowana. Dwa kwadranse ćwiczeń akademickich, w trakcie których poziom magii i emocji przyjmował wartości ujemne. Bywały chwile, gdy dramaturgia drummingu intrygująco się nawarstwiała, ale były one niezwłocznie dewastowane przez zamysł kompozytora. Próby włączenia w ten incydent artystyczny analogowej elektroniki pominę milczeniem.




Zemler po chwili odpoczynku wraca na scenę. Będzie miał interlokutora w postaci drugiego perkusisty, Pawła Szpury. A na froncie sceny trio Bachorze w składzie: Michał Biel – saksofon barytonowy, Paweł Doskocz – gitara elektryczna, Maciej Maciągowski – syntezator, dużo kabli i potencjometrów. Od startu dostajemy na twarz dużo dźwięków, być nie rzec – hałasu (możemy go nazwać na potrzeby tej recenzji noise’em). I garść refleksji w głowie recenzenta – być może hałas w muzyce improwizowanej jest dowodem na niedoskonałą komunikację w zespole. I jeszcze maksyma Evana Parkera, świetnie opisująca filozofię improwizowania Johna Stevensa: jeśli nie słyszysz muzyka, z którym grasz, to dowód na to, że grasz za głośno! Ciekawa, intrygująca gitara, z dużą dozą bystrych preparacji, nieco ilustracyjny saksofonista (ale też trudno było mu się przebić przez ścianę nie dość subtelnych bębniarzy i piętrzących się eskalacji elektronicznych - muzyk od kabli, przynajmniej tego wieczoru, słyszał tylko siebie). Szpura często wcielał się (udanie!) we free jazzowe zwierzę i czuło się, że to jest jego bajka. Akademicki na pierwszym koncercie Zemler, tu dał z siebie nieco ognia, ale dramaturgicznie nie ciągnął kwintetu za sobą (raczej zgrywał się z drugim drummerem). Koncert chwilami ciekawy, ale bardzo nierówny, toczony od eskalacji do eskalacji. Pomiędzy nimi, gdy dynamika koncertu drastycznie spadała, a muzycy zdejmowali nogę z gazu (z wyłączeniem Maciągowskiego), robiło się bardziej niż intrygująco. Ale te momenty były zbyt krótkie, by recenzent mógł się choćby szczyptę zachwycić.

****


Nie sposób nie zauważyć, iż w maju odbyła się także kolejna edycja jazzowych, chicagowskich dożynek, która od lat funkcjonuje pod nazwą handlową Made In Chicago. Nie wiem, czy publiczność tym razem dopisała, bo ja sam… nie dopisałem. Choć nie miałem specjalnych powodów, by nie uczestniczyć w tym incydencie kulturalnym. Byłem zdrowy, miałem trochę wolnego czasu. Gorzej było …. z samym programem festiwalu. Wnikliwa analiza zawartości line-up-u doprowadziła mnie do zastosowania w praktyce idei zaniechania. Po prostu nie poszedłem na jakikolwiek koncert, bo nie było na co… pójść.