Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frank Rosaly. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frank Rosaly. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 maja 2026

The Relative Pitch’ fresh four: Warelis! Roberts & Brice! Quagmire & Bothen! Foster, Weber & Griener!


Cztery premiery w miesiącu to edytorski rytuał nowojorskiego The Relative Pitch Records. Na tych łamach, mimo usilnych starań całej jednoosobowej redakcji, nie dajemy rady opisać adekwatnymi słowami każdego wydawnictwa. Ale przynajmniej się staramy.

Dziś czas na trzy nowości majowe i jedną kwietniową. Przed nami duża porcja soczystego jazzu, zarówno komponowanego (Marta Warelis!), jak i swobodnie improwizowanego (uwaga szczególnie na Skandynawów!). Kilka znanych nazwisk, mnóstwo dobrego grania, a każdy album dostarczony w formie poręcznego dysku kompaktowego. Welcome bardzo gorąco!

  


Marta Warelis Still Life with Lemons

Bimhuis, Amsterdam, październik 2024: Marta Warelis – fortepian, syntezator, kompozycje, Ben LaMar Gay – trąbka, elektronika, Ab Baars – klarnet, saksofon tenorowy, Karen Ng – klarnet, saksofon altowy, Ingebrigt Håker Flaten – kontrabas oraz Frank Rosaly – perkusja, gongi. Sześć utworów, 49 minut.

Nasza ulubiona polska pianistka jest rezydentką amsterdamskiej sceny free jazz/ free impro od ponad dekady. Ale dopiero teraz zaprezentowała się jako band leaderka, kompozytorka, artystka, która wraz z piątką przyjaciół zagrała koncert firmowany jedynie swoim imieniem i nazwiskiem. Trzy instrumenty dęte incydentalnie inkrustowane elektroniką, kuta żelazem sekcja rytmu, wreszcie ona sama na fortepianie i syntezatorze. Opowieść w sześciu odcinkach warta każdej sekundy naszej wzmożonej uwagi.

Nagranie otwiera samotna, minimalistyczna ekspozycja Warelis na fortepianie, która zdaje się konsumować wszelkie walory jej twórczości w tym obszarze. Sekcja rytmu wchodzi do gry po trzech minutach, potem swoje dokładają radośnie i swobodnie usposobione dęciaki. Opowieść niesie basowy groove i wszechobecna melodia. Druga odsłona ma bardziej kameralny charakter, pojawia się smyczek i akcje inside piano. Trzecia silniej sytuuje się estetyce post-jazzu, a w momencie kulminacji godna jest miana fire music. W czwartym utworze otrzymujemy coś w rodzaju elektroakustycznej medytacji, w piątej zaś trzyminutowy dialog dwóch klarnetów. Album zamyka rozbudowana kompozycja inicjowana perkusjonaliami i inside piano, rozwijana smutną melodyką ballady, a finalizowana post-aylerowskim, free jazzowy tańcem, w wysokim, definitywnie bardziej optymistycznym locie.

  


Cath Roberts & Olie Brice Setpieces

s10c, SET Lewisham Retail Park, London, styczeń 2025: Cath Roberts – saksofon barytonowy i altowy oraz Olie Brice – kontrabas. Sześć, 37 minut.

Przed nami danie definitywnie pure jazzowe. Saksofon barytonowy do pary z kontrabasowym arco lub saksofon altowy z kontrabasowym pizzicato. Także drobna dawka wariantów mieszanych. Dwie świetnie nam znane postaci londyńskiej sceny jazzowej, tej szczególnie swobodnie improwizowanej. Bez specjalnych fajerwerków, z dbałością wszakże o odpowiednią dramaturgię i dobrą zabawę.

Jazzowy, zadziorny baryton w konfrontacji z kameralnie usposobionym, kontrabasowym smyczkiem otwiera album, a w części trzeciej zgrabnie go kontynuuje. Taki duet potrafi kąsać, a elementem dominującym bywa niespodziewanie drugi z instrumentów. Kolejna improwizacja baritone & arco wydaje się jeszcze ciekawsza, bardziej nasączona emocjami i zaskakująco melodyjna. W utworze drugim i piątym ma miejsce anonsowane spotkanie altu z jazzowym pizzicato. W tej konwencji angielski duet sprawie wrażenie mniej wyrazistego, bardziej przewidywalnego. W pozostałych dwóch odsłonach baryton zmaga się z szarpanym kontrabasem. Tu artyści generują jeszcze większą porcję melodii, szczególnie w tubie dużego dęciaka. Finałowa improwizacja jest balladą, w trakcie której barytonowe frazy na wdechu moszczą się na drgających strunach kontrabasu i kreują zaskakującą jakość.

 


Quagmire & Christer Bothén Rörane

Rörane Studio, Bottna, Szwecja, czas nieznany: Christer Bothén – klarnet basowy i kontrabasowy oraz Quagmire: Nina de Heney – kontrabas, Karin Johansson – fortepian, także preparowany, cytra oraz Henrik Wartel – perkusja. Pięć utworów, 38 minut.

Ten szwedzki impro meeting zdaje się przynosić największą w zestawie relatywnych nowości radość z odsłuchu. Preparowane piano i perkusjonalia, dużo dawka niskich, kontrabasowych częstotliwości, mroczne tło i zmysłowe westchnienia najcięższych odmian klarnetu. Śmiało wchodzimy do tej pieczary dźwięków i kompletnie nie mamy ochoty na drogę powrotną.

Pierwsza improwizacja trwa prawie dwadzieścia minut i definitywnie konstytuuje wartość artystyczną albumu. Pomruki klarnetu kontrabasowego, szorstkie plamy inside piano, matowy blask talerzy i dudniące struny kontrabasu lepią się w dron, nerwowo rozkołysany, incydentalnie unoszący się ku górze siłą narracji z fortepianowej klawiatury. W połowie nagrania improwizacja nabiera post-jazzowego, a potem kameralnego posmaku. I jeszcze wisienka na torcie – melodyjny dialog klarnetu i kontrabasowego smyczka w ramach wyrafinowanej puenty. O połowę krótsza druga improwizacja kontynuuje budowanie mrocznego, preparowanego post-ambientu. Całość drży, ale jest też doposażona w ulotną i zaskakującą dynamikę. Trzy kolejne odsłony albumu trwają po mniej więcej cztery minuty i stanowią kolejne dowody w sprawie. Dwa pierwsze utrzymane są w estetyce dronowej, ale wydają się jeszcze bardziej nerwowe – artyści dygoczą tu z zimna i trwogi (co udanie podkreśla brzmienie cytry). Ostatni utwór bardziej przypomina linearną, post-jazzową ekspozycję, z klarnetem basowym w roli wiodącej na etapie rozwinięcia i definitywnie samotnej (jakże minimalistycznej) na etapie finalizacji.

  


Michael Foster, Christian Weber, Michael Griener Selections from the Gutter

Alte Kita Schöneweide, Berlin, maj 2025: Michael Foster – saksofony, Christian Weber – kontrabas oraz Michael Griener – perkusja. Sześc utworów, 62 minuty.

Na zakończenie dzisiejszego przeglądu nowojorskich nowości czas na soczysty, swobodnie improwizowany jazz, któremu etykietę free przyszyć można bez ryzyka popełnienia błędu. Amerykański saksofonista w towarzystwie niemieckiego kontrabasisty i perkusisty (nazwiska świetne znane Czytelnikom tych łamów) snują sześć rozbudowanych opowieści, improwizując kolektywnie, stawiając dobro ogółu ponad partykularne interesy, niosąc dużą jakość niemal w każdej frazie. Wszystko tu świetnie trybi pod względem dramaturgicznym, może jedynie samo nagranie – biorąc pod uwagę jego intensywność – jest odrobinę zbyt długie.

Saksofonista najczęściej pokonuje tu drogę od szorstkiego, preparowanego otwarcia przez ekspozycję melodii, po niekiedy free jazzowy szczyt (jak choćby w czwartej, najbardziej intensywnej odsłonie). Kontrabasista z kolei sieje ferment niemal na każdym kroku. Frazuje jazzowym pizzicato, ale równie często sięga po smyczek czyniąc dużo dobrego zarówno w wymiarze kameralnym, jak i post-jazzowym. Jego styl gry znamionuje permanentna zmienność. Perkusista rzadziej wychodzi na front, ale zawsze jest na miejscu, świetnie trzyma flow, choć jego rola nie kończy się na budowaniu szkieletu drummingowego. Wyłączając trzecią, ledwie dwuminutową opowieść, wszystkie pozostałe to dramaty z intrygującą inauguracją, zwinnym rozwinięciem, post-kameralnym interludium i zmysłowym, niekiedy bardzo energetycznym zakończeniem. Na szczególną uwagę zasługuje piąta część, która początkowo szyta jest drobnym, niemal filigranowym ściegiem granym na wydechu, potem nabiera niezbędnego rozmachu, a spuentowana zostaje paradą selektywnych short-cuts.

 

 

 

piątek, 2 sierpnia 2024

Marta Warelis in two Relative’ shots!


Polska pianistka Marta Warelis nie wymaga na tych łamach jakichkolwiek introdukcji, zatem bez zbędnych wstępów z radością donosimy, iż zacny nowojorski The Relative Pitch Records wydał kolejne (po solo i trio Omawi) płyty artystki.

Marta, jak doskonale wiemy, na stale wrośnięta jest w pejzaż sceny amsterdamskiej, zatem zupełnie nie dziwi nas fakt, iż jej obie nowe produkcje powstały w klubach stolicy Holandii. Także jej partnerzy są stałymi uczestnikami improwizowanego życia tamtych ziem. Choć jeden z nich jest Niemcem, drugi Amerykaninem, a trzeci Szkotem. One World is enough for all of us!

Zapraszamy do odczytów i odsłuchów!



 

Klein/ Rosaly/ Warelis Tendresse

Splendor, Amsterdam, marzec 2022: Tobias Klein – klarnet basowy i kontrabasowy, Frank Rosaly – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Marta Warelis – fortepian. Cztery improwizacje, 63 minuty.

Spotkanie zwinnej, post-jazzowej perkusji Rosaly’ego, ciężkich odmian klarnetu Kleina i ulotnej, wielowymiarowej pianistyki Warelis zapowiadało się ekscytująco już po samej lekturze albumowego credits. Rzeczywistość foniczna przerosła jednak te oczekiwania. Płyta mieni się wszystkimi kolorami jakości, ma swoje chwile ognia, ma chwile cierpliwej medytacji. Brzmi wspaniale, toczy się wartko mimo wielu wystudzonych fragmentów, pokazuje kunszt każdego z artystów, szczególnie Marty, która po raz kolejny udowadnia, iż jest w stanie zagrać wszystko i dokonuje niemal bezbłędnych wyborów.

Pierwsza odsłona albumu trwa kilkanaście minut i udanie wprowadza nas w klimat nagrania. Skupiony, zawieszony w próżni kameralistyki początek, to perkusyjne talerze, minimalistyczne frazy z klawiatury i pociągłe westchnienia klarnetu. Marta dość szybko wchodzi w tryb inside piano, Frank syci coraz bardziej linearną opowieść granulatem post-jazzu, akcje Tobiasa nabierają matowej melodyki. Improwizacja ma tu swój epizod duetowy barwiony post-klasyką pianistki, a także intrygujący powrót perkusisty, który zaczyna szukać opcji nierytmicznych. Opowieść w dalszej fazie ciekawie narasta, by na etapie finalizacji pokazać prawdziwie lwi pazur.

Druga historia trwa niemal dwa kwadranse. Introdukcja przypada w udziale post-melodyjnemu klarnetowi i szeleszczącym talerzom. Piano wchodzi do gry dopiero w czwartej minucie. Narracja toczy się w strefie bezpośredniego oddziaływania ciszy, przybiera postać rozkołysanej medytacji. Po upływie 10 minuty w strumieniu improwizacji pojawiają się zalążki bardziej energicznego post-jazzu. Moc płynie szczególnie ze strony klarnecisty, który zdaje się, że teraz właśnie korzysta z kontrabasowej wersji swojego instrumentarium. Muzycy reagują na siebie nie bez udziału zacnej metody call and response. Po upływie 17 minuty akcja wystudza się w splot post-perkusyjnych akcji każdego z artystów. Po krótkim solo perkusji, mamy duet z klarnetem, który nabiera tajemniczej taneczności. Marta wraca na palcach, tłumiąc zapędy partnerów i generując definitywnie filigranowe frazy. Zakończenie tej epopei jest lekkie jak puch.

Kolejna opowieść nie trwa nawet dziesięciu minut, zatem w kontekście całości możemy ja nazwać niemal miniaturą. Muzycy skupiają się tu na pojedynczych dźwiękach, pięknie brną w preparacje, drżą, oddychają i płyną melodyką wystudzonego piana. Narracja znów jakby unosiła się w powietrzu, ale jest mroczna, niepokojąca. Dla podmiany początek czwartej improwizacji bucha życiową energią. Zalotny klarnet, nerwowy rytm perkusji i całkiem imitacyjna w stosunku do tej ostatniej aktywność inside piano. Opowieść gęstnieje w mgnieniu oka i staje się bodaj najbardziej dynamicznym fragmentem albumu. Na spowolnieniu improwizacja nabiera głębi – wszystkie frazy płyną nisko, niczym chmury burzowe, ale podskórny rytm wcale nie umiera. Na zakończenie nagranie przybiera postać niemal rytualnego wystudzenia. Głębokie, dęte oddechy, filigranowe post-percussions, rezonujące talerze i struny fortepianu.



 

Andy Moor & Marta Warelis Escape

ZAAL100, Amsterdam, czerwiec 2022: Andy Moor – gitara oraz Marta Warelis – fortepian. Siedem improwizacji, 43 minuty.

Druga z nowości Relative Pitch z udziałem Mary Warelis, to duet z rockowym gitarzystą Andy Moorem, który – jak doskonale wiemy – uwielbia także improwizować. Artyści chętnie bywają tu w bezkresnych obszarach nasączonych sporymi porcjami zdrowego hałasu, rzadziej tarzają się w odmętach ciszy, ale jeśli to czynią, efekt jest więcej niż smakowity.

Jakby na przekór opinii z poprzedniego akapitu album rozpoczyna się nad wyraz spokojnie – na strunach obu instrumentów biją bowiem … dzwony. Oniryczne, rytualne otwarcie dość szybko nabiera rumieńców. Tango post-rockowej gitary i fortepianu w formule zarówno inside, jak i outside wieńczy swój żywot w pozie wystudzonego rozhuśtania. Druga opowieść zdaje się kontynuować myśl przewodnią jedynki, ale poczynania artystów nasączone są jeszcze większą energią. Gitara brzmi basowo i szuka hałasu, piano ucieka w bezkres ekspresji. Trzecia część przypomina połamany taniec, który rodzi się pomiędzy rozedrganymi strunami gitary, a szmerami z pudła rezonansowego piana, kończy zaś na rozgrzanej klawiaturze i dygoczących z emocji strunach gitary.

Czwarta improwizacja śmiało pretenduje do miana tej najbardziej smakowitej. Początek spokojny, wystudzony, budowany gitarowymi flażoletami i tajemniczym szmerem inside piano. Po niedługim czasie na klawiaturze pojawia się nuta nostalgii, na gitarowym gryfie szczypta rezonansu. Moc drzemiąca w muzykach nie pozwala jednak na akcje balladowe. Opowieść rozbłyska niczym burzowe pioruny na mrocznym niebie. Gdy emocje stygną, wszystko tonie w bezkresnym mroku. Kolejna historia trwa ledwie dwie minuty i jest porcją kompulsywnego, dobrze udramatyzowanego hałasu.  Zgrzyty, sprzężenia, drobne eksplozje. Jeśli jakikolwiek fragment Escape zasługuje na miano odrobinę spokojniejszego, mniej dynamicznego, to jest nim szósta opowieść. Dużo tu wszakże dźwięków preparowanych i prób dewastowania strun obu instrumentów. Finałowy epizod trwa siedem minut i jest niebywale ekspresyjny. Nerwowa dynamika towarzyszy nam już od samego startu. Na klawiaturze piana nie brakuje melodii, gitara tonie w kłębach post-rockowych emocji. Koniec jest nagły, definitywnie śmiertelny.