Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karoline Leblanc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karoline Leblanc. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 września 2024

The September’ Round-up: Dooom Orchestra! SANTA! SYNC! García & Reviriego! Michalowski & Smith! Ekotonika! Doskocz & Kurek! Lencastre! Leblanc & Ferreira! Yamauchi & Kahn!


Wrześniowa zbiorówka recenzji świeżych płyt z muzyką improwizowaną przed nami! Dziesięć świeżynek, moc różnorodnych wrażeń, dźwięki z niemal całego świata!

Pośród tytułów wykonawczych sporo świetnie znanych nam postaci, ale też niemałe grono nowych nazwisk do bezwzględnego zapamiętania. Gatunkowy misz-masz jak zwykle na ekstremalnie wysokim poziomie – rozbudowany skład uprawiający predefiniowaną improwizację, dużo tej ostatniej w wersji jak najbardziej swobodnej, trochę jazzu, zarówno free, jak i kameralnego, a także z etykietą fussion, elektroniczne eksperymenty, zmysłowy dark ambient, post-rockowa polirytmia, czy lewitująca elektroakustyka. What ever you want!

Nasza podróż rozpocznie się we Włoszech, potem odwiedzimy Szwajcarię, Hiszpanię, Stany Zjednoczone, Polskę, Portugalię, Kanadę, a także daleką Japonię. Welcome to improvised heaven & hell!



 

Dooom Orchestra Our Sea Lies Within (Aut Records, CD 2024)

Onara Swamp Hall, Tombolo, Włochy, lipiec 2023: Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty, Nina Baietta – głos, Jacopo Giacomoni – saksofon altowy, Francesco Salmaso – saksofon tenorowy, Agnese Amico – skrzypce, Francesca Baldo – skrzypce, Enrico Milani – wiolonczela, Sirio Nagro – gitara elektryczna, obiekty, Andrea Zerbetto – fortepian, Riccardo Matetich - tabla, obiekty, instrumenty perksyjne, Marco Valerio – bas elektryczny, Andrea Davì – perkusja. Osiem utworów, 45 minut.

Tą włoską orkiestrą o jakże intrygującej nazwie dowodzi perkusista Francesco Cigana, który na tych łamach nie jest postacią anonimową. Dwunastoosobowy skład kleci tu dla nas osiem opowieści, które sycą się zarówno estetyką post-jazzu, jak i swobodnej, ale niekiedy przesłodzonej i nazbyt wystudiowanej kameralistyki. W trakcie trzech kwadransów dzieje się dużo dobrego, ale wraz z upływem czasu ekspresja, jaka towarzyszyła artystom na starcie, zdaje się rozpływać w mocno kontrolowanej narracji.

Start, co się zowie! Saksofonista i wokalistka, z okrzykami na ustach, płyną post-jazzowym tembrem niesieni strugą bogatej instrumentacji, kreowanej zapewne pełnym dooom składem. Druga opowieść jest nerwowa, szyta prądem gitary i strunową akustyką skrzypiec. Wokalistka dodaje tu trochę czystego, bardziej kameralnego śpiewu. W następnych dwóch częściach poznajemy kolejne elementy tej gry – niemal molekularne otwarcie, rytmiczne piano, garść basowych dźwięków z prądem, jazzowe frazy dęte i nieco oniryczne wokalizy. Piąta część niepokojąco zbliża się do estetyki pop, z kolei szósta sieje sporo rockowego zamętu (wreszcie słyszymy tu perkusję!), ale ginie w kameralnej melodyce. W części siódmej napotykamy na rytmiczną, bardziej dynamiczną opowieść, zrodzoną wszakże w klimacie definitywnie kameralnym. Finał dostarcza nerwową kołysankę, zreasumowaną dialogiem wokalistki i saksofonisty, którzy ów album tak pięknie otwierali kilkadziesiąt minut wcześniej.



 

SANTA III (Santa Recordz, DL 2024)

Czas i miejsce nagrania nieokreślone: Andrea Cherchi – syntezator, sample, miksowanie, Giacomo Salis – instrumenty perkusyjne, obiekty oraz Antonio Pinna - perkusja, metallophone. Trzy utwory, 16 minut. 

Perkusjonalista Giacomo Salis, to kolejny włoski improwizator często goszczący na naszych łamach. Tym razem spotykamy go w trio, które od pewnego czasu wydaje w formie bezfizycznej kilkunastominutowe ep-ki, które przenoszą perkusjonalne i drummingowe ekspozycje do świata fussion – tak elektronicznego, jak i po części post-jazzowego. Tu pochylamy się nad trzecim epizodem serii.

Pierwszą opowieść tworzą migotliwe, rwane frazy elektroniki, syntetycznie brzmiąca warstwa basowa i frazy perkusji, których akcje z czasem łapią niemal polirytmiczny drive. W drugiej części pojawia się więcej perkusjonalnych fraz, kreowanych głównie na talerzach i plamy syntetycznego ambientu. Beat perkusji jest tu dość nerwowy i udanie kołysze narracją, nadając jej ponownie posmaku polirytmii, a także taneczności i melodyjności. Finałowa ekspozycja tonie w mrocznym ambiencie, barwiona frazami o brzmieniu wibrafonowym, formując się ostatecznie w kształtną balladę.



 

SYNC Catacryptico (Aut Records, CD 2024)

Spazio Panelle, Locarno, lato 2022: Sebastian Strinning - saksofon tenorowy i klarnet basowy, Natalie Peters - głos, Yara Li Mennel - skrzypce, głos oraz Jacek Chmiel – cytra, elektronika. Cztery improwizacje, 47 minut.

Międzynarodowy kwartet w znoju świetnie brzmiącej, nad wyraz swobodnej kameralistyki, buduje swoje narracje na ogół środkami akustycznymi, a incydentalne plamy elektroniki tylko dodają im urody. Muzycy frazują na ogół dość minimalistycznie, ale w momentach, gdy ów minimalizm gubią, ich kreatywność sprawia, że emocje płyną naprawdę szerokim strumieniem. Poza Chmielem członkowie SYNC, to dla tych łamów nowe nazwiska, zatem skrzętnie je zapisujemy i czekamy na tzw. ciąg dalszy.

Pierwsza i czwarta improwizacja, to formy rozbudowane, dwie środkowe są nieco bardziej zwarte w formie. Sucho brzmiący saksofon, delikatnie drgające strun skrzypiec, głos, który najpierw cmoka, potem melodyjnie zawodzi niczym kolejny dęciak, wreszcie minimalistyczne frazy cytry i incydentalne plamy elektroniki – to w ujęciu dźwiękowym aktorzy fazy otwarcia. Emocje są nam tu należycie dawkowane (buzują, gdy do gry wkracza klarnet basowy), w środku tli się ponadgatunkowa różnorodność i niemałe pokłady ciszy, a sam finał zdaje się być żałobną mantrą. Druga część, to plejady drobnych, niekiedy nerwowych fraz, preparacje i okrzyki. Z kolei trzecia odsłona syci się programowym minimalizmem, blisko posadowiona jest ciszy, pracuje elektronika, śpiewają metaliczne przedmioty. Z jednej strony plamy post-jazzu, z drugiej oniryczny ambient. Finał płyty jest anonsowanym wcześniej wybuchem kreatywności i pomysłowości, chwilami aż nazbyt bogatym w wydarzenia. Początek jest leniwy, dronowy, środek rozgadany, wsparty elektroniką, finał wielogatunkowy, nie bez akcentów zdecydowanie dynamicznych. Ostatnie cztery minuty, to nowy wątek, swoisty encore, zainicjowany przez elektronikę, a skomentowany onirycznym głosem saksofonu i wokalem z tekstem.




Miguel A. García/ Àlex Reviriego Heralds de l'hivern (Hera Corp., Kaseta 2024)

Czas i miejsce nagrania nieokreślone: Miguel A. García – elektronika, dźwiękowe manipulacje, miksowanie oraz Àlex Reviriego - no input mixer, elektronika (feedback), urządzenia różne, syntezator. Cztery utwory, 38 minut.

W ramach wątku północno-iberyjskiego proponujemy spotkanie starych dobrych znajomych. Kooperacja baskijsko-katalońska tym razem odbywa się wyłącznie w sferze elektroniki, tu wyjątkowo oryginalnej i naznaczonej piętnem niebanalnego konceptu. Większość dźwięków, jakie generuje Reviriego są bowiem efektem działania feedbacku, w czym pomaga także mikser, który zdaje się być fonicznym perpetuum mobile, albowiem daje coś od siebie, choć sam nie ma nic na wejściu. Prace Garcii bazują na bardziej konwencjonalnym oprzyrządowaniu elektronicznym.

Pierwszy utwór budują syntetyczne drony i plejady elektroakustycznych short-cuts – usterki i skwierczenia. Całość wydaje się dość mroczna, osadzona na dużej przestrzeni, która łapie także ochłapy dźwięków akustycznych. W kolejnej części muzycy rozbudowują arsenał artystycznych środków wyrazu – narracja nabiera gęstości, syntetyczności, brudnego, pokancerowanego brzmienia. W rezultacie licznych akcji dramaturgicznych opowieść staje się chropowatym dark ambientem. Trzecia odsłona trwa tu prawie trzynaście minut i zdaje się być kluczowym momentem albumu. Rodzi się w poświacie mrocznych szelestów, które formują się w wyjątkowo czarny ambient. Opowieść nabiera rozmachu, gdy na mrocznym tle pojawiać się zaczynają post-akustyczne frazy, będące zapewne efektem owego cudownego feedbacku. Sam finał przynosi melodyjne ukojenie. Ostatnia część jest równie bardzo bogata w wydarzenia. Od fraz rezonujących, rozbłysków elektro-akustycznej delikatności, poprzez drony i post-melodie, aż po kosmiczne brzmienia i na poły akustyczne zgrzytanie zębami. Flow nie przestaje być jednak wystudzony, czyżbyśmy mogli użyć tu określenia electronic chamber? W końcowej fazie opowieść narasta jak wielka orkiestra symfoniczna, po czym popada w długotrwały falling down.



 

Piotr Michalowski/ Damon Smith How to Ripen in Ice (Balance Point Acoustic, CD 2024)

Ziggy's Ypsilanti, USA, czas nieokreślony: Piotr Michalowski - klarnet basowy i kontraltowy, saksofon sopranowy i sopranino, flet japoński Shinobbue oraz Damon Smith - kontrabas. Siedem improwizacji, 46 minut.

Swobodna improwizacja, która intrygująco balansuje pomiędzy post-jazzem, a free chamber, zbudowana arsenałem brzmień dętych i kontrabasem, który zdolny jest do każdej ponadgatunkowej akcji, to treść polsko-amerykańskiego albumu, nad którym się pochylamy.

Artyści zaczynają z wysokiego C! Kompulsywne pizzicato & arco w jednym strumieniu kontrabasowego flow i dęte wyziewy realizowane na sporym pogłosie. Kameralna opowieść zakorzeniona w swobodnym jazzie zdaje się tu być równie błyskotliwa w pobliżu ciszy, jak i na drobnym, free jazzowym wzniesieniu. Na koniec zostaje okraszona dronem i śpiewem saksofonu. Drugą część muzycy kreują na nisko ugiętych kolanach. Klarnet i post-jazzowe pizzicato nie stronią od kameralnych dygresji, potem opowieścią kołysze nostalgiczny smyczek. Trzecia część skłania się ku swobodzie jazzu, a realizowana jest saksofonem sopranowym i kontrabasem, który studzi emocje szarpaniem za struny, a definitywnie je pobudza smyczkowym tańcem. W części czwartej pojawia się flet, a potem klarnet, w piątek powraca lekki saksofon, ale ma wyjątkowe ostre pazury. Oba fragmenty płyną jazzową strugą, ta druga, choć rodzi się kameralnie, śmiało zasługuje na miano ognistej. Szósta opowięśc jest ekspozycją solową kontrabasisty (piękny smyczek w bardzo niskich rejestrach!), która na sam koniec zostaje delikatnie skomentowana przez saksofonistę. Ostatnia narracja udanie reasumuje wyczyny artystów. Skrzy się jazzem sopranu i kontrabasowym wszędobylstwem, początkowo sprawia wrażenie pożegnalnej ballady, z czasem staje się kolejną żwawą, ognistą akcją.




Ekotonika To Get Lost (Antenna Non Grata, CD 2024)

Łódź, Kraków, 2023: Mat Barski – gitara elektryczna, sampler oraz Marcin Karton Karczewski – syntezator, kontrabas, stomp boxes. Pięć utworów, 30 minut.

Na tych łamach definitywnie lubimy dark ambient! Zwłaszcza, gdy lepiony jest z wielu nieoczywistych, niejednorodnych strumieni nie tylko mrocznych dźwięków. Krajowa Ekotonika nam to gwarantuje, budując zwartą, dość krótką opowieść zarówno foniami żywymi, jak i syntetycznymi. Piękny, depresyjny tytuł albumu podkreśla ładunek emocji, jaki niesie całe nagranie.

Pierwszą opowieść otwiera mroczna pulsacja gitary, basowy background i strunowe zdobienia. Dolina narracji trzeszczy, góra wznosi się ku zachmurzonemu niebu. Finałowy ambient zdaje się rozbłyskiwać w chmurze industrialnego pyłu. W kolejnych odcinkach muzycy dodają nowe elementy sprawiając, iż ich dark ambient mieni się nadzwyczaj obfitą paletą kolorów. Słyszymy brzmienia przypominające sakralne organy, wszędzie panoszą się gitarowe chroboty i akustyczne zgrzyty z nieznanego źródła, a w części trzeciej niepodziewanie dajemy się ponieść pewnej wewnętrznej, nerwowej dynamice. Czwarta opowieść trwa dziesięć minut i jest przeto najatrakcyjniejsza pod względem dramaturgicznym. Na czele rozhuśtanego orszaku maszeruje gitara, w tle pulsuje basowa, mroczna otchłań, a dalece zaskakujący finał puentuje dźwięk nadlatujących Ptaków Hitchcocka. Z kolei końcowa ekspozycja nie szczędzi nam dźwięków preparowanych, połamanych fraz post-perkusyjnych i plejady drobnych, elektroakustycznych usterek.



 

Doskocz/ Kurek Wrrr (Antenna Non Grata, CD 2024)

Beskid Mały, luty 2023: Paweł Doskocz – gitara elektryczna oraz Wojtek Kurek – perkusja. Dziesięć utworów, 33 minuty.

Doskocz i Kurek grają razem od lat, ale takiej petardy dźwięków wcześniej nam nie dowozili. Dziesięć krótkich wiadomości wprost z ponadgatunkowego piekła. To improwizowany post-rock zaplątany w gęstą, psychodeliczną polirytmię, to muzyka, która rządzi nami od pierwszej do ostatniej sekundy, no i na koniec, oczywiście, nie bierze jeńców.

Przesterowany wyziew gitary i dynamiczny drumming po ostrych krawędziach lepią tu start, który sieje popłoch, przypomina wykrwawiający się drum’n’bass. Druga odsłona zabiera nas w bezmiar afrykańskiej polirytmii, czyniąc niemal etniczne rytuały, okraszone poszukiwaniem hard-rockowych korzeni gitary. Zaraz potem muzycy z drobiazgów, strzępów fonii klecą połamaną strukturę, która pęcznieje jak ciasto na dobrą pizzę. W czwartej części opętani rytmem niszczyciele czystości gatunkowej doładowują nas hałasem, by wszystko spuentować dudniącym 2stepem. W piątej części króluje zdewastowany rock, który wpada w rytualny taniec, z kolei w szóstej wracamy do afrykańskiej polirytmii. W dwóch kolejnych short-trackach dominuje rozdygotana z emocji gitara. Jej pick-upy stają w płomieniach, ale wsparte rytmem zabierają nas na psychotrip po bezdrożach kompletnie pijanej Luizjany. Zaraz potem pojawia się kojąca post-melodyka, która mości się rytmicznie na grzęzawisku umierającego robactwa. Dziewiąty numer, to już jazda bez trzymanki. Let’s go to India, krzyczą artyści, a ich drum’n’bassowy flow zdaje się być sycony brzmieniem zdezelowanej drumli. Taniec nie ma tu końca, a wokół panoszy się swąd przypalonego curry. Albumowa puenta toczy się już spokojnym strumieniem umiarkowanie hałaśliwego rocka, który puszcza do nas oko, bo wie, że i tak rządzi wszechświatem. Gęsty, instynktowny finał, bez zbędnego dźwięku.  



João Lencastre Free Celebration (Robalo, CD 2024)

Louva-a-Deus Studio, marzec 2024: Ricardo Toscano - saksofon altowy, Pedro Branco - gitara, João Bernardo - instrumenty klawiszowe, syntezator, Nelson Cascais - bas, João Pereira – perkusja oraz João Lencastre – perkusja. Dwanaście kompozycji, 50 minut.

Czas na jazz! Kompozycje Ornette Colemana, Theloniousa Monka, Herbie Nicolsa i dwie improwizacje własne sekstetu – wszystko zgrabnie zaaranżowane, dynamicznie wykonane, bez słodyczy jazzowych ballad, z zaszytym nerwem free. Szefem bandu jest świetnie nam znany portugalski perkusista, który – co nie jest częste - do składu zaprosil także drugiego perkusistę. Muzyka zwinna, swobodna, do tańca, i do różańca, ze znakiem synkopowanej jakości.

Utwory pierwszy i dziesiąty, to improwizacje. Ta pierwsza syci się prawdziwie kameralnym urokiem, ta druga nie szczędzi nam preparacji i małych melodii. Cała reszta należy już do trzech legend jazzu! Muzyka swinguje, jest ekspresyjna, a po szybkiej ekspozycji tematu następuje rozbudowana faza kolektywnych improwizacji, niemal każdorazowo nasączona jakością instrumentalną i kreatywnością. Szczególnie efektownie wypadają songi Colemana, pełne zrywnej melodyki i fantastycznie połamanej rytmiki, świetnie podkreślanej podwójnym zestawem perkusyjnym. No i nieśmiertelna Kathelyn Gray! W utworach Monka i Nicolsa słyszymy więcej jazzowego ładu, a także intrygujące akcje pięknie brzmiących organów Hammonda. Muzykom starcza też czasu, by jazzowe evergreeny nasączać dużą dawką całkiem swobodnych improwizacji, jak choćby w introdukcji utworu siódmego, monkowskiego Shuffle Boil. Z kolei w ósmej odsłonie i colemanowskim Toy Dance zwracają uwagę smakowite preparacje gitarzysty. Jedenasta część, to colemanowski Forerunner, który staje się okazją do popisów dla perkusistów, zarówno solowych, jak i w duecie.  Wieńczy go efektowna galopada, definitywnie ostro przyprawiona.




Karoline Leblanc & Paulo J Ferreira Lopes Edged Once Fractured (atrito-afeito, CD 2024)

Montreal, 2019-2023: Karoline Leblanc - harpsichord, fortepian, pipe organ, instrumenty różne oraz Paulo J Ferreira Lopes – gongi, dzwony, talerze, instrumenty różne. Jeden utwór, 33 minuty.

Kanadyjską pianistkę Leblanc gościliśmy na Trybunie wielokrotnie, ale w czasach pandemii jej aktywność artystyczna nieco przyhamowała. Teraz powraca w ekspozycji duetowej ze swoim stałym partnerem (nie tylko muzycznym), portugalskim perkusistą Ferreirą Lopesem. Muzycy proponują nam kolaż improwizacji, jakie nagrali głównie w okresie rzeczonej pandemii w Kanadzie. Muzyka mieni się tu wszelkimi kolorami tęczy, albowiem artyści generują dźwięki nie tylko na swoich podstawowych instrumentach (pełne dane powyżej).

Jednotrakowa Improwizacja składa się z trzech części, które łączą drobne, niemal niedostrzegalne w ujęciu dramaturgicznym pauzy. Początek budują frazy inside piano i nerwowe, perksyjne talerze. W strumieniu narracji raz za razem pojawiają się foniczne niespodzianki, dźwięki preparowane z samego dna pudla rezonansowego, czy też drżące akcje na glazurze werbla. Pierwsza część albumu ma kilka faz, zgrabnie sklejonych zwinnymi palcami miksującego - akcje perkusjonalne z obu stronach, passus brzmienia organowego, czy wreszcie moment dalece kreatywnego minimalizmu. Pierwszy definitywny restart improwizacji ma miejsce w okolicach 10 minuty i dość szybko wprowadza nas w stadium soczystego post-industrialu, który komentują fonie przypominające watahę owadów w locie wnoszącym, a także garść dętych podmuchów. Kolejna porcja ciszy ma miejsce w okolicach 25 minuty. Finałowy wątek lepi się z drobnych fraz strunowych i blaszanych. Niektóre z nich są mroczne, zamglone, inne dość hałaśliwe i rezonujące. Ostatnia prosta, to zawieszony w czasie i przestrzeni minimal.



 

Katsura Yamauchi & Jason Kahn Time Between (Ftarri Label, CD 2024)

At Hall, Oita (pierwsze dwa utwory), IAF Shop, Hakata (dwa kolejne), październik 2023: Katsura Yamauchi – saksofon oraz Jason Kahn – elektronika. Cztery utwory, 57 minut.

Jasona Kahna gościliśmy ostatnio z koreańskim nagraniem wokalnym, ale świetnie wiemy, że domeną jego artystycznego życia jest elektronika. Powracamy teraz do niej i zapraszamy na spotkanie z japońskim saksofonistą Katsurą Yamauchim. Album zawiera rejestracje z dwóch koncertów. Muzyka toczy się tu na ogół leniwie, bazuje na dętych dźwiękach preparowanych i nieinwazyjnych porcjach wytrawnej elektroniki. Warto się wybrać w tę prawie godzinną podróż.

Każdy z koncertów składa się z części głównej i znacznie krótszej dogrywki. Minimalistyczny początek dobrze wróży tu całości. Dominuje wyrafinowana elektroakustyka - szmery z tuby i plamy stojącej syntetyki, a potem wystudiowane preparacje, pojękiwania, zgrzyty i strumienie harshowych szumów. Jeszcze ciekawiej jest w chmurze rozkołysanego rezonansu, a potem w trakcie słuchowiska wprost z radiowych fal definitywnie długich częstotliwości. Dogrywka przypomina post-industrialną lewitację, doposażoną w martwą, dętą melodykę. Drugi koncert rodzi się w jeszcze bardziej minimalistycznym środowisku. Pomiędzy muzykami panoszy się dużo zabłąkanej ciszy. W dalszej fazie nagrania Jason i Katsura budzą się jednak do życia i efektownie interferują, a pod koniec lewitują i repetują. Dogrywka drugiego koncertu jest chyba najgłośniejszym fragmentem albumu. Oszczędny początek jest tu dalece zwodniczy. Kahn zdecydowanie dokłada do ognia, Yamauchi powtarza ulubione melodie. 

 

 

poniedziałek, 21 października 2019

Lencastre’ Brothers! Lopes! Leblanc in Lisbon! Rodrigues with Cirera! The Portuguese impro is still in heaven!


Płyty z muzyką improwizowaną z naszego ulubionego końca Europy, wietrznej i słonecznej Portugalii, dość obficie pojawiały się w redakcyjnych odtwarzaczach w trakcie ostatnich kilku tygodni. Zatem bez zbędnych wstępów przystępujemy do ich wnikliwego omówienia. Sześć płyt, pięć z nich zarejestrowanych w Portugalii, jedna w Holandii, muzycy z różnych zakątków świata, ale oczywiście Portugalczycy w istotnej przewadze liczebnej. Nie zabraknie naszego ulubionego katalońskiego saksofonisty, jego brazylijskiego kolegi, a także pewnej równie cenionej, kanadyjskiej pianistki. Do dzieła!




José Lencastre/ Raoul Van der Weide/ Onno Govaert  ‎Spirit In Spirit Live At Zaal 100  (FMR Records, CD 2019)

Naszą portugalską podróż zaczynamy w … Amsterdamie i świetnie nam znanym klubie Zaal 100. Na scenie José Lencastre na saksofonie altowym i jego holenderscy przyjaciele - Raoul Van der Weide na kontrabasie (jak zawsze wspomaganym dodatkowymi urządzeniami) i Onno Govaert na perkusji. Koncertowy Duch w Duchu potrwa niespełna 40 minut, składa się z sześciu części opatrzonych tytułami, a zarejestrowany został niemal dokładnie rok temu.

Koncert zaczyna się dość wysokimi, wręcz piskliwymi dźwiękami – frywolne pizzicato, świst rezonujących talerzy drummerskich, repetujący, filigranowy alt. Skupiona, niebanalna opowieść zanurzona w jazzowej estetyce, silnie naznaczona piętnem dalece swobodnej improwizacji. Najzwinniejszy perkusista tej części świata, zawsze grający w punkt, równie wyrazisty kontrabasista, który zawsze potrafi zaskoczyć niebanalnym dźwiękiem, wreszcie lekki jak pawie pióro, alcista kolorysta. Już w 3 minucie ten pierwszy ma krótką ekspozycję solową, która unerwia krwioobieg improwizacji. Swoje trzy grosze dokłada quasi elektronika podpięta pod struny kontrabasu. Podobnie czyni swobodny alt, który od czasu do czasu brudzi swoje brzmienie. Piękną pieśń otwarcia puentuje solowa opowieść kontrabasu z komentarzem drummerskim.

Kolejne opowieści, jakby drobne epizody doskonale wyseparowane z większej całości (koncert w rzeczywistości trwał niemal 80 minut), to małe perełki free improv, która zna całą historię open jazzu od jego zarania. Druga część zaczyna się w rezonującej ciszy, by po pewnym czasie osiągnąć stan zwiewnej taneczności (brawo alt!), po raz kolejny, acz nie ostatni, podkreślając świetny poziom komunikacji w obrębie tria. Trzecią opowieść ciągnie kontrabas z perkusją, alt często operuje tu ciszą, milknie w dobrych momentach, świetnie budując dramaturgię całości. Ostatnią rzeczą, jaką można zatem powiedzieć o grze Lencastre, to konstatacja, iż wydaje on zbyt dużo dźwięków. W kolejnym epizodzie do gry w większej skali wchodzi zmysłowy smyczek Raoula. Kompresowany bystrym drummingiem i kontrapunktowany śpiewnym, wysokim altem, czyni ten odcinek jednym z najpiękniejszych na płycie. W piątej części kontrabasista sięga po coś, co brzmi jak mały flet, dzięki czemu cała narracja nabiera nowych, świeżych barw. Gdy powraca ze smykiem, cała opowieść najpierw zyskuje na dynamice, a po chwili zmysłowo ją traci. Wreszcie pieśń finałowa, wyważona, być może najspokojniejsza – smyczek, cichy alt, przyczajona perkusja, wszystko w kolektywnej podróży w kierunku finałowego dźwięku koncertu. Na ostatniej prostej bystre pizzicato kontrabasu i skrzeczący, z podziwu nad efektem całości, saksofon altowy.




João Lencastre  ‎Parallel Realities (FMR Records, CD 2019)

Czas na drugiego z braci Lencastre, perkusistę João. Definitywnie, i już do końca dzisiejszej opowieści, przenosimy się do pięknej Lizbony. Kwintet, którym dowodzi João zwie się Parallel Realities i proponuje nagranie z grudnia ubiegłego roku, pod takim właśnie tytułem. Wtedy to, w studiu Timbuktu, zameldowali się także: Albert Cirera na saksofonie tenorowym i sopranowym, Rodrigo Pinheiro na fortepianie, João Hasselberg na basie, kontrabasie i elektronice oraz Pedro Branco na gitarze (dodajmy, iż na okładce widnieją nazwiska wszystkich muzyków). Osiem części (kompozycji, improwizacji predefiniowanych – tego jedynie się domyślamy), 52 minuty i 53 sekundy.

Nagranie budzi się do życia w głuchej, brzęczącej ciepłem amplifikatora, ciszy, w okolicznościach elektroakustycznego szumu pierwszych dźwięków. Szczypta gitarowego ambientu, sucha tuba saksofonu, skupiony, drobny drumming, minimalistyczne i repetytywne piano. Całość ciekawie narasta i przekształca się w … spokojną balladę, rodzaj open jazzu z elektronicznymi inkrustacjami. Długa, dziesięciominutowa pieśń otwarcia gaśnie przy miłym dla ucha ambiencie gitary. Druga odsłona skrzy się elektroakustycznie, zdaje się być znacznie żwawsza, z płynnym piano i śpiewnym saksofonem sopranowym. Narrację buduje mnogość dźwięków i moc jedynie dobrych interakcji pomiędzy muzykami. Swoboda improwizacji budzi szacunek, z pewnością jednak niektóre jej elementy były wcześniej zapisane w nieistniejącym scenariuszu. Dobrą zmianę ponownie daje gitarzysta, którego ekspozycja smakuje post-rockiem przyprawionym odrobiną psychodelii. Nie próżnuje też elektronika, a całość dostarcza nam sporo tzw. fake sounds, dźwięków, które udają … inne dźwięki. Nie brakuje też ognistych fraz roztańczonego sopranu. Trzecią opowieść zaczyna właśnie Cirera, ale preparacjom poddaje już saksofon tenorowy. Reszta muzyków podłącza się po 45 sekundach i rysuje coś na kształt jazzowej ballady, która jednak permanentnie fermentuje dzięki zmyślnym zabiegom katalońskiego saksofonisty. Po czasie za gęsty flow tej akurat opowieści odpowiedzialność biorą wszyscy muzycy. Te same atrybuty możemy śmiało przypisać czwartej części, na dobre słowo zasługuje w niej także pianista i ponownie gitarzysta.

Piąta część startuje wyjątkowo kolektywnie, z dużą porcją emocji, ładnie wystudzonej saksofonem w roli głównej. Szósta historia stawia na preparacje, a w tym niecnym dziele biorą udział wszyscy muzycy. Po fazie wstępnej, narracja przechodzi w długą, wielobarwną, ale i zmysłowo wystudzoną część, którą komentuje post-ambient z pojedynczymi akordami piana. Na finał muzycy znajdują jeszcze dość sił, by zwinnie pogalopować – ognisty saksofon i bystra gitara wieńczą najdłuższy, niemal 14 minutowy, z pewnością najciekawszy fragment płyty. Dwa ostatnie epizody na krążku, to niemal miniatury. Pierwsza, choć kolektywna, toczy się pod dyktando perkusji, druga stawia na mroczny i przepiękny chaos całkowicie wyswobodzonej improwizacji. Finał płyty stawia istotnie wartościową kropkę nad ”i”. Brawo!




João Lencastre's Communion 3  Song(s) Of Hope  (Clean Feed, CD 2019)

Pozostajemy w obecności drugiego z braci Lencastre, perkusisty João i sięgamy do formacji Communion 3. Bezdyskusyjnie zasłużyliśmy na chwilę dramaturgicznego oddechu! Perkusiście, który incydentalnie skorzysta także z syntezatora analogowego, w okolicznościach studyjnych Timbuktu (marzec bieżącego roku) towarzyszą – norweski kontrabasista Eivind Opsvik oraz amerykański pianista Jacob Sacks. Odsłuch dziesięciu kompozycji (!) – sześciu lidera i czterech jak najbardziej kolektywnych – zajmie nam 42 minuty bez dwóch sekund.

Pieśni Nadziei, to w pełni kolektywna, dobrze skomunikowana, budowana w oparciu o przygotowane kompozycje, dość swobodna … improwizacja, czyli to, co na tych łamach lubimy najbardziej. Określenie open jazz też winno być w trakcie tej introdukcji wskazane, jako kierunek poznawczy. Narracja budowana przez skupiony, bardzo precyzyjny drumming, czyste, zwinne piano z wieloma klasycyzującymi ornamentami, and last but not least, kontrabas, zatopiony w otwartej przestrzeni narracji, wyrazisty, zdolny samodzielnie prowadzić opowieść bez narażania jej na mielizny dramaturgiczne. Przestrzeń, duch wolności, skrupulatność i duże porcje zadumy, szczęśliwie bardzo dalekie od nudy, którą zwykliśmy kojarzyć z monachijskim ECM.

Wskażmy najbardziej wartościowe momenty tej historii. Szczególnie udany zdaje się być odcinek pierwszy, niemal 10 minutowy, świetnie wprowadzający nas w szczegóły. W drugim warto zawiesić ucho na zabrudzonym tembrem smyka na strunach kontrabasu i pianem, które buduje opowieść z mikro fraz wprost z klawiatury. Także narracja piątej opowieści zgrabnie wisi na zmysłowym smyczku, a pikanterii całości nadaje skromna, syntezatorowa inkrustacja perkusisty. W kolejnej części usłyszeć można także drobinki dźwięków budowanych z wykorzystaniem prądu, a dodatkowo garść nostalgii i bardzo efektownego drummingu w ramach puenty. Siódma część pachnie barokowym smutkiem, a pianista znów stawia na minimalizm, jako ulubioną metodę twórczą. Wreszcie finałowa opowieść, ze smykiem, który złowieszczo syczy, budując przy tym zwinne chamber. Piękny finał niemal relaksującej płyty, przynajmniej w obliczu tego, co słuchaliśmy parę chwil temu i tego, co usłyszymy w drugiej części dzisiejszej zbiorówki.




Luís Lopes  Love Song: Post-Ruins (Shhpuma, CD 2019)

Nim znów uderzymy w mocne tony, jeszcze jedna nieco stonowana opowieść, choć estetycznie daleka od poprzedniej. Okoliczności koncertowe, nawet teatralne i one man show – Luis Lopes na gitarze elektrycznej, w ramach kontynuacji cyklu solowych występów pod tytułem własnym Love Song, tu nazwanej dodatkowo … Post-Ruins. Nagranie z roku 2016 z Teatro Maria Matos trwa 37 i pół minuty.

Pojedynczy akord, szum i garść ciszy, pierwsze stadium minimalizmu. Potem akord podwójny, może nawet potrójny. Step by step w opowieści Lopesa jakby przybywało dźwięków, ale narracja toczy się w wyjątkowo żółwim tempie. W 6 minucie mały rezonans basowy na prawej flance, a w tle życie sali koncertowej/ teatralnej rozkwita – ktoś oddycha, inny szeleści włosami, małe akcenty pogłosu, mikro pulsacje na gryfie.

Od mniej więcej 12 minuty gitarowa narracja nabiera pewnej płynności, obok brzęczy amplifikator, wciąż wszakże akcje dźwiękowe ubogacane są antraktami maksymalnie wyciszonej zadumy. W 21 minucie, na krótki moment, narracja nabiera post-rockowej zadziorności, zakleszcza się w zmysłowej gęstwinie powolnych dźwięków. Po 25 minucie następuje dystyngowany powrót do aktywnego minimalizmu. W 28 minucie recenzent odnotowuje ciekawe, basowe pulsary, które rezonująco wybrzmiewają. Po 30 minucie muzyk już zdecydowanie zarządza odwrót – proponuje smukłe meta ballady, budowane z dużą oszczędnością sił i środków. Gaszenie płomienia koncertu czynione jest pojedynczymi dźwiękami.




Leblanc/ Gibson/ Vicente/ Mira/ Ferreira Lopes ‎ Double On The Brim (atrito-afeito, CD 2019)

Po krótkim odpoczynku, czas wrócić do ognistej muzyki. Free jazz pełną gębą, pięknie zatopiony w tradycji gatunku, nawet hard-bopowego, proponuje nam kwintet pod nieśmiałym przewodnictwem kanadyjskiej pianistki Karoline Leblanc, której wydawnictwa, sygnowane nazwą własnego labelu, są stałym gościem tych łamów. A towarzystwo dobrała sobie pianistka doprawdy wyśmienite – Yedo Gibson na saksofonach, Luís Vicente na trąbce, Miguel Mira na wiolonczeli i Paulo J Ferreira Lopes na perkusji. Nagranie z Namouche Studio, z lutego br., składa się z sześciu części, a trwa 58 minut i 42 sekundy.

Już pierwsze dźwięki nagrania mówią nam wszystko to, co winniśmy wiedzieć o intencjach muzyków – strong jazz, bardzo swobodna, masywnie podawana narracja, która brzmi jak temat, który zostaje natychmiast i po wielokroć rozimprowizowany. Kolektywizm, moc i gracja, a u stóp muzyków leży cała historia wolnego jazzu. Gęsta opowieść, co chwila zdobiona solowymi, krótkimi ekspozycjami, które barwią opowieść w takim tempie, iż recenzent nie nadąża z odnotowywaniem wszystkich ważnych epizodów. Ostra jak brzytwa sekcja rytmiczna z wiolonczelą, która nieustannie kąsa, saksofon i trąbka rozstawione na przeciwległych flankach, cios za cios! Brudne, szorstkie brzmienie wszystkich instrumentów, jakbyśmy nie spotkali muzyków w najlepiej brzmiącym studiu całego zachodniego Półwyspu Iberyjskiego, a raczej w przydrożnej oberży. Druga część próbuje przez moment tłumić emocje po obu stronach nieistniejącej sceny. Szczypta nostalgii, oczekiwanie na płomień życia. Nie trwa ono zbyt długo – kolektywna jazda zaczyna się już po niedługiej chwili. Odnotujmy świetny komentarz wiolonczeli wypuszczonej na smyku, tu w towarzystwie bystrego expo pianisty. W 9 minucie muzycy podejmują pierwszą próbę szukania ciszy – piękny dialog saksofonu sopranowego i wspomnianej wiolonczeli, jakże bystra imitacja! Po chwili cały … kwartet wpada jednak do ognia (z Gibsonem na czele!), a milczenie zachowuje jedynie trębacz.

Trzecia historia, to skromne, wyciszone interludium, pełne niebezpiecznego smutku. Czwartą część otwiera Mira, Gibson preparuje, a Karoline używa tylko czarnych klawiszy. Wreszcie Vicente przerywa wielominutowe milczenie i wgryza się w narrację, niczym doświadczony borsuk. Brawo! Piąta część płyty startuje bardzo kolektywnie, z saksofonem tenorowym, jako głównym zaborcą czasoprzestrzeni. Znów kwintet połyka czas na pełnym gazie. Ostre piano, kanciaste dialogi saksofonu i trąbki, krew leje się strumieniami. Muzycy zdają się być w tej free jazzowej jatce dramaturgicznie przewidywalni, ale jakość ich reakcji i solowych ekspozycji znamionuje klasę światową. Ta uwaga tyczy się przede wszystkim brazylijskiego saksofonisty. Yedo, what a game! Czas na pieśń finałową – bystra free narracja budowana na rozgrzanym do czerwoności smyku wiolonczeli. Dęciaki pięknie preparują na dużej dynamice. Na finał fortepianowe fajerwerki, galopada sekcji i czyste szaleństwo w tubie saksofonu! Jego gorące podmuchy wieńczą tę niezwykle energetyczną podróż w znane-nieznane.




Ernesto Rodrigues/ Albert Cirera/ Rodrigo Pinheiro/ Carlos Santos  Three Phases ① White (Creative Sources, CD 2018)

Na naszą wyimaginowaną scenę powracają Albert Cirera (tym razem tylko saksofon tenorowy) i Rodrigo Pinheiro na fortepianie, a dołączają do nich przedstawiciele starszego pokolenia portugalskich improwizatorów – Ernesto Rodrigues na altówce i Carlos Santos – field recordings i elektronika … fal radiowych. Koncert z O'Culto da Ajuda, kwiecień 2018 roku. Jeden trak, prawie 42 minuty.

Suche frazy zaspanych jeszcze instrumentów, akordy z klawiszy, prychy tuby, liczenie strun w niemal zupełnej ciszy, okruchy świergoczącego field recordings, jakbyśmy odbywali właśnie spacer po wiosennej łące. Skromne preparacje, pojękiwanie naciąganych małym palcem strun, cykady tańczące za oknem – classical silent free improv from Creative Sources! Molekularna, niezwykle skupiona narracja – fale radiowe szeleszczą na wietrze, tuba saksofonu drży, podobnie jak pudło rezonansowe fortepianu. Trzy pięknie brzmiące instrumenty akustyczne i żyjące w stanie ciągłej zmiany field-recordingowe tło, jakże zmysłowa koegzystencja.

Pierwsza próba wyjścia ze strefy ciszy ma miejsce w 11 minucie, czyniona jest z inicjatywy pianisty, z akcentami klasycznego piękna brzmienia altówki. Pod koniec pierwszego kwadransa muzyka rozbrzmiewa pełnią niemal filharmoniczną (świetna akustyka pomieszczenia!), by po ułamku sekundy powrócić do tłumionego minimalizmu, zdobionego partycją fake sounds – saksofon brzmi jak perkusja, altówka jak huragan chrząszczy, klawisze fortepianu niczym rozstrojona gitara, a wokół śpiewają ptaki elektroniki. W kolejnym etapie, znów odrobina żwawszej narracji, tu za przyczyną Cirery i Pinheiro, którzy sieją nieustanny ferment. Po 27 minucie na chwilę opowieść robi się naprawdę głośna! Nawet Ernesto, zwykle chłodny w reakcjach scenicznych, tryska emocjami! Po 33 minucie każdy z muzyków dokłada coś nowego do palety dźwiękowej - kreacja muzyków buzuje, a nasze uszy tańczą z radości. Preparacje, stylizacje, emanacje – nie ma chwili nudy w tym strumieniu dźwiękowym! Pod koniec nagrania, na moment, elektronika przejmuje władanie sceną, śląc posuwiste pulsary energii. Po 40 minucie wszyscy jednak, z należytą pieczołowitością, przystępują do gaszenia płomienia opowieści. Czynią to po mistrzowsku, aż do ostatniego dźwięku.

środa, 19 grudnia 2018

Lencastre! Ikizukuri! Child Of Illusion! Autoschediasm! Reviriego! Hati & Piernik! Lines Of Flux! Kurek! Voutchkova! Schindler! The December's walk to the future!


Drodzy Czytelnicy, podsumowania najlepszych płyt mijającego roku 2018 oczekujcie, jak to mamy w zwyczaju, dokładnie w ostatnim dniu roku. Dziś uchylić możemy jedynie rąbka tajemnicy i na ucho wyszeptać, iż wyróżnionych płyt będzie tym razem … prawdopodobnie aż czterdzieści cztery.

Wszakże nowych płyt z muzyką improwizowaną ciągle przybywa, zatem w ramach przygotowań do rocznego resume, prezentujemy poniżej pokaźną zbiorówkę świeżych recenzji. Pierwsza jej część będzie silnie osadzona na naszym ulubionym półwyspie Iberyjskim, druga zaś zaakcentuje polski świat improwizacji, nie unikając wątków z państw ościennych.




José Lencastre Nau Quartet  ‎Eudaimonia  (FMR Records, CD 2018) ‎

Grudniowy spacer rozpoczynamy w Lizbonie (Timbuktu Studios). Przy instrumentach meldują się: José Lencastre – saksofon altowy, Hernani Faustino – kontrabas, Rodrigo Pinheiro – fortepian i João Lencastre – perkusja. Odsłuch sześcioczęściowej opowieści, która powstała w kwietniu br., zajmie nam trzy kwadranse.

Nau Quartet, pod światłym przewodnictwem portugalskiego saksofonisty wciąż młodego pokolenia, zabiera nas w podróż do samego środka wysokogatunkowego jazzu, który śmiało możemy określić mianem bardzo swobodnego, dla którego bazą wszelkich działań artystycznych jest improwizacja. A duch Johna Coltrane’a nie opuści nas choćby na moment.

Pierwszą połowę płyty wypełnia rodzaj rozbudowanej suity (w dwóch częściach), która startuje z poziomu ciszy (z głębi piana, z dna tuby, delikatnie, w pełnym skupieniu), by w drodze kilku spektakularnych zwrotów akcji, osiągnąć stan free jazzowej ekstazy. Niczym przywoływanie ducha wielkich przodków, prekursorów gatunku, w tym także tego największego. Swoisty powrót do korzeni, do duchowego rdzenia wolnego jazzu. Proces ten realizowany jest przez bardzo demokratyczny kwartet, w którym saksofonista, od czasu do czasu, świadomie schodzi na dalszy plan. Bardzo skupiony narrator, który równie często opowiada w pierwszej, jak i trzeciej osobie. Konsekwencja w budowaniu dramaturgii spektaklu, nieśpieszność i skrupulatność, sprawiają, iż pierwsza erupcja emocji dopada nas dopiero po kwadransie nagrania.

Od trzeciego utworu muzycy zaspokajają nasze potrzeby poznawcze kilkoma nowymi wątkami. W tymże trzecim, alt Jose zdaje się być bardziej kanciasty, niepokorny, wręcz buńczuczny, a sama narracja lepiona jest z szorstkiej gliny. W czwartym kwartet znów robi krok w przeszłość, która w tym wypadku oznacza akustyczną wersję Return to Forever Chicka Corea. Punktem zapalnym jest tu doskonałe expose saksofonu altowego W piątym do głosu dochodzi strukturalna … matematyka. Ducha m-base przywołuje zatopiony w rytmie Faustino, a wspiera go doskonałą pianistyką Pinheiro. Sam finał płyty jest niezwykle dynamiczny, reasumując jakość całego nagrania – dobrze przemyślanego dramaturgicznie i świetnie zrealizowanego.




Ikizukuri  Hexum (Zona Watusa, Kaseta 2018)

W ramach kontrapunktu, przez kolejne 37 minut zanurzymy się w intrygującym hałasie! Pod tajemniczą nazwą Ikizukuri ukrywają się nasi dobrzy znajomi: Julius Gabriel na saksofonie tenorowym i elektronice, Goncalo Almeida na gitarze basowej i Gustavo Costa na perkusji. Pierwsza strona kasety Hexum zawiera dziesięć szybkich, hardcorowych miniatur, zarejestrowanych w studiu, druga zaś - blisko 19 minutowy koncert, który stanowi jeden utwór, w trakcie którego zabójcze trio na moment temperuje swój thrash metalowy temperament i … wbija słuchaczy w fotel poziomem artystycznej kreacji. Przy okazji udowadnia, iż w każdym muzyku improwizującym siedzi mały szaleniec.

Bass & drums w estetyce mocnego, amerykańskiego hc/ punk sprzed dwóch, trzech dekad i rytmicznie halucynogenny saksofon, tworzą trio pełne prawdziwego, gitarowego zgiełku … bez gitary. Na pierwszej stronie kasety mamy 2 i pół minutową pieśń otwarcia, która określa warunki działania tego składu i … poziom oczekiwań wobec słuchacza, a także ósmy fragment, ponad pięciominutowy, który stawia nas na baczność czystym, dobitnym brzmieniem basu, progresywnym drummingiem i saksofonem, który bada granice przesteru. Pozostałe osiem odcinków, to niespełna minutowe uderzenia piorunów – fast noise, speed and thrash, protest punk, industrial z połamanym rytmem, furia rockowego dronu, heavy and noise w rozmytej perspektywie, wreszcie - w estetyce polskiej czarnej Siekiery - speedowy numer pełen brudu, krwi i potu.

Koncert, zawarty na drugiej stronie kasety, pokazuje nam inne oblicze Ikizukuri. Kind of living electronic – piękny, spokojny i głęboki tembr basu, saksofon, który zwinnie płynie po kablu amplifikacji, perkusja, która posiada szerszy wachlarz obowiązków, niż wybijanie śmiertelnego rytmu. Uroda psychodelii, rockowego transu i improwizacyjnego zawieszania narracji. Po 10 minutach muzycy włączają drugi bieg, a dynamika narracji strzela po sam sufit. Na finiszu szalony peak saksofonu i galopada zagotowanej sekcji rytmicznej. Samo wybrzmiewanie bardzo swobodne, pełne improwizacyjnego zgiełku.




Chris Pitsiokos/ Susana Santos Silva/ Torbjörn Zetterberg  Child Of Illusion (Clean Feed, CD 2018)

Czas na łagodne spowolnienie naszej narracji. Studyjne spotkanie na improwizowanym szczycie: na lewej flance amerykański Chris Pitsiokos na saksofonie altowym, po środku szwedzki Torbjörn Zetterberg na kontrabasie i po prawej – portugalska Susana Santos Silva na trąbce. Cztery dość swobodne improwizacje, nagrane w grudniu ubiegłego roku w The House Of The Lord (gdzie to jest?) - niepełna godzina muzyki.

Child of Illusion, to nieśpieszna podróż po obrzeżach sonorystyki, często zahaczająca o estetykę współczesnej kameralistyki. Narracja ma na ogół dwa zasadnicze strumienie – osadzony centralnie kontrabas, który przy użyciu rozmaitych sił i środków, pilnie strzeże ram swobodnej improwizacji i umiejscowione na przeciwległych flankach instrumenty dęte, które nieustannie wchodzą w dialog, imitują się lub wzajemnie napędzają. Sama temperatura improwizacji i emocje buzujące w głowach muzyków nieustannie falują. Chwile temperamentnych wybuchów przedzielają wielominutowe połacie tłumienia narracji i trzymania zabawy na zaciągniętym ręcznym. W ocenie wymagającego recenzenta, po ekspozycjach takiego personelu możnaby oczekiwać nieco więcej. Szczególnie osoba najmłodszego w tym gronie saksofonisty winna stanowczo częściej gotować przebieg improwizacji. Chwilami mamy wrażenie, iż muzykom brakuje odwagi, nie chcą zaryzykować, wolą okopać się na flankach i czekać na to, co zagra partner.

Oczywiście bez trudu wskazać można momenty, gdy trio buduje świetny flow, gdy kreatywność muzyków nie napotyka na bariery stylistyczne i charakterologiczne. Choćby finał pierwszego utworu, gdy dron z kontrabasu płynie samym dołem, a nad nim odbywa się wyjątkowo bystry dialog suchej trąbki i soczystego altu, pełen zadziorności, artystycznych nieuprzejmości, a nawet ognistych pyskówek. Niezwykle pieczołowicie budowany jest start drugiej opowieści, gdy monolog kontrabasu uroczo komentowany jest przez mikro ekspozycje saksofonu i trąbki, które głaskają się z ciszą, niczym wychłodzone kocięta. W trzeciej części, w okolicach 9 minuty, trio włącza drugi bieg, a emocje błyskotliwie narastają. Po czterech kolejnych minutach, dęciaki ciepło wybrzmiewają przy grzmotach kontrabasu. Bardzo efektowna jest także ostatnia prosta na tej płycie. Muzycy, którzy zdają się nie mieć nic do stracenia, ochoczo eksplodują wyłącznie udanymi dźwiękami.




Karoline Leblanc/ Ernesto Rodrigues/ Nicolas Caloia   Autoschediasm  (atrito-afeito, CD 2018) ‎

Kontynuujemy wątek improwizacji, tworzonej z dużą rozwagą I odpowiedzialnością za pojedynczy dźwięk. Przenosimy się do Montrealu, w scenie tamtejszego Konserwatorium Muzycznego meldują się, w roli gospodarzy - Karoline Leblanc na fortepianie, także preparowanym oraz Nicolas Caloia na kontrabasie, a w roli gościa – Ernesto Rodrigues na altówce, przy okazji wartościowy kontynuator wątku iberyjskiego dzisiejszej zbiorówki. Na płytę składają się trzy wątki - najdłuższy, krótszy i najkrótszy. Całość, zarejestrowana tego lata, trwa niespełna trzy kwadranse.

Pierwsza opowieść, stanowiąca niemal połowę nagrania, upływa nam na wyważonej, improwizowanej kameralistyce. Szumiące, chwilami wręcz taneczne pasaże na strunach altówki, kontrabas traktowany naprzemiennie pizzicato i arco, wreszcie skupiona pianistyka na klawiszach. Wszystko odbywa się w atmosferze świetnej komunikacji, jakakolwiek akcja nie pozostaje bez reakcji. Liryka i dynamika, szeroki wachlarz wrażeń estetycznych. Szczególnie urokliwe chwile, to 11-13 minuta, gdy muzycy decydują się na filigranowe rozmowy z akcentami preparacji na fortepianie i altówce, a także chamber bowed bass tuż pod nimi. Pod koniec trio dzieli się na następujące po sobie duety, które ubarwiają całą narrację. Precyzja, styl, dystynkcja, to elementy konstytuujące jakość tego nagrania.

Dwie krótsze improwizacje bardziej stawiają na sonorystykę, zmienność akcji i moc intrygujących inspiracji ze strony każdego z muzyków. W drugim fragmencie smakowity jest moment, gdy małe gierki toczą się niemal na poziomie podłogi, cisza wokół skwierczy, a muzycy stawiają na stylowe zaniechanie i przeurocze szuranie po strunach, także na dnie fortepianu. Jeszcze atrakcyjniejsza akustycznie zdaje się być finałowa opowieść. Szumiąca altówka, kontrabas, który trzeszczy niczym stara szafa w samym środku ciszy. Molekularna zabawa w wyłącznie udane koincydencje. Na ostatniej prostej muzycy czynią ciekawą pętlę narracyjną i wracają do kameralistycznej estetyki początku nagrania, czyli free chamber with meta jazz roots!




Àlex Reviriego  ‎Blaue Tauben (Sirulita Records, CD 2018)

Kontrabas solo, okoliczności studyjne, Barcelona ubiegłej zimy. Osiem swobodnie zaplanowanych improwizacji, 40 minut i parę chwil. Àlex Reviriego, kataloński improwizator, być może tym właśnie nagraniem, wchodzi do grona najbardziej wartościowych emancypatorów największego z instrumentów strunowych.

Blaue Tauben – opowieść o uderzaniu w półżywe struny, szarpaniu ich, przyciskaniu do gryfu. Smyczek, który płynie w brytfannie ciekłego ołowiu, zdziera szkliwo strun, buduje powykręcaną na wszystkie możliwe strony melodię i śpiewa krwawiąc obficie. Drżenie, tarcie, rzężenie, spięcie, ból - sonorystyka maltretowanych strun. Akustyka, która brzmi jak analogowa elektronika odcięta od zasilania, przykład brutalnego poszerzenia brzmieniowych granic instrumentu. Faktura samego dźwięku jest siarczysta, lśni cierpkim złotem, niczym elektroakustyka bez amplifikacji. To doprawdy niebywałe, ale dźwięki, jakie do nas płyną, zdają się balansować na granicy harsh-noise! Tarcie przedmiotu o przedmiot powoduje, iż kontrabas brzmi niczym upalony instrument dęty z policzalną ilością złamanych dysz. Pogłos elektrycznego pulsu, wypuszczania zbędnych gazów ze skrupulatnie zamkniętej przestrzeni, tajemniczego szemrania wewnątrz pudła rezonansowego. 

Narracja, wraz z rosnącą dramaturgią całości, przybiera strukturę wielowarstwowego drona. Piski, szmery, skowyt wiotkiej akustyki. To muzyka, która jest równie dużym wyzwaniem dla muzyka, jak i słuchacza, a także wytrzymałości fizycznej samego instrumentu. Próba werbalnego skatalogowania dźwięków, jakie generuje Alex na kontrabasie, z pewnością przerasta możliwości każdego z języków świata, ale nie poddawajmy się – szumiący stukot, kacze gęganie, tłuste przestery i lepkie wodogrzmoty.

Siódmy fragment na krótką chwilę zabiera nas do świata bardziej oczywistych dla kontrabasu dźwięków. Suchy smyczek, rodzaj akustycznego zwarcia. Narracja multiplikuje się, warstwa kładzie się na warstwie. Niżej i wyżej, wyżej i niżej. Smyk stawia warunki i nie akceptuje zdania odrębnego. Sam finał tej niezwykłej płyty brnie śpiewnym tonem, repetuje, tańczy zgodnie z formułą dźwięk-cisza, cisza-dźwięk i pomyślnie dociera do zakończenia.




Hati & Zdzisław Piernik  Avant–garde out of Poland (Requiem Records, CD 2018)

Na początek wątku krajowego, niezwykłe spotkanie legendy awangardy muzyki współczesnej Zdzisława Piernika z nieco młodszą, ale już z pewnością legendą trans-ambientowych perkusjonalii i dźwięków nieoczywistych - duetem Hati. Tuba, także preparowana, perkusjonalia i obiekty w rękach tego pierwszego oraz rozbudowany arsenał gongów, dzwonków, talerzy, obiektów drewnianych i plastikowych, fletów, piszczałek, także innych perkusjonalii  – w rękach i sercach Rafała Iwańskiego i Rafała Kołackiego. Nagranie z lata 2017, udostępnione nam w siedmiu odcinkach z tytułami, trwające 41 minut.

Wyjątkowo dźwięczna, bogata w wydarzenia, przestrzeń foniczna. Potok perkusjonalii, jakby delikatnie podrasowanych elektroakustyką. Zwarta, tłusta tekstura, zdobiona czymś na kształt meta rytmu. Wreszcie tuba brzmiąca donośnie, jak w niemych filmach grozy początków kinematografii. Oto obraz wstępu do tej awangardowej przygody. Tuba zdaje się być elementem ponadgatunkowym, niejednoznacznym, tajemniczym i pięknym. Czasami gada ludzkim głosem, śle drony jakby z drugiej strony rzeczywistości. W tle brudny ambient, szorstkie, wielowarstwowe powierzchnie płaskie. Rezonujące talerze, dęte mikrodźwięki z różnych źródeł.

W trzecim fragmencie krzyk elektroniki, deep dron z samego dna życia tej muzyki. W czwartym zwarty strumień dźwiękowej metafizyki, która rodzi się jakby pomiędzy, szuka swojego miejsca na ziemi. Bogactwo sił i środków, paleta dźwięków trudnych do zdiagnozowania. Definitywnie, to muzyka do słuchania, a nie czytania o niej.

W piątej części tuba gra marsza na silnym pogłosie, diametralnie zmieniając sytuację sceniczną. W ramach kontrapunktu załoga Hati buduje dwa rytmiczne, niezależne od siebie scenariusze. W kolejnym utworze muzycy zagłębiają się w temat. Tuba szuka bazy rytmicznej i dostaje, to czego chciała, z każdej zresztą strony sceny. Na wybrzmieniu moc świecidełek, złoty orszak z dalekiej Persji. Finał tej bogato zdobionej płyty czyni dramaturgiczną pętlę. Wracamy do świata mikrodźwięków, posuwistych dronów tuby, czegoś na kształt meta relaksacji. Na ostatniej prostej dęte zdobienia z fletu i piszczałek, poranny śpiew tuby i kosmiczny rezonans, w ramach punktu odniesienia.




Maciej Garbowski/ Ivann Cruz/ Peter Orins  Lines Of Flux (Circum-Disk, CD 2018)

Polsko-francuska przyjaźń w służbie całkiem swobodnej improwizacji: Maciej Garbowski – kontrabas, Ivann Cruz - gitara elektryczna i Peter Orins – perkusja. Dwanaście opusów, blisko 55 minut świetnej studyjnej roboty.

Przykład znacząco niebanalnej, osadzonej w idiomie swobodnego jazzu, opowieści na sumienny i stylowy kontrabas, zwinną perkusję i prawdziwie błyskotliwą gitarę z niedużym prądem. Muzycy bardzo rozważnie odsłaniają przed nami swój pomysł na improwizację w trio. Snują drobne, intrygujące opowieści, sygnalizują potencjał, czasami delikatnie tłumią emocje, by w drugiej części płyty, z pewnością od dziewiątego opusa, zabrać nas w podróż, którą komentować można już w samych superlatywach.

Gitara Cruza lubi ambientowy posmak, nie stroni od rockowej ekspresji, zna też na pamięć wszystkie dokonania fussion jazzu, te z najwyższej półki. Kontrabas Garbowskiego doskonale pilnuje ładu i porządku. Dba o wygląd zewnętrzny, zwartą strukturę, wreszcie demokratyczny układ wewnętrzny. Raz po raz zdrowym walkingiem prowadzi trio przez zakamarki zawiłej improwizacji. Perkusja Orinsa w każdej chwili gotowa jest na kąśliwy komentarz, uzupełnianie popisów kolegów, czy akustyczny balans na talerzach (szkoła Paula Lovensa!) lub galopujący small drumming.

Czasu zabraknie, by wymienić wszystkie udane momenty tej płyty. Skupmy się zatem na samym jej finiszu. W ósmej części dobrą robotę robi, trochę zbyt rzadko używany, smyczek. Gitara wspomina dobre czasu indie rocka i brzmi tak uroczo, jakby wieńczyć miała kolejną świetną płytę nowojorskiego Interpol. W dziesiątym pole walki oddane zostaje kontrabasowi traktowanemu pizzicato i talerzom. Napięcie buduje zaś gitara, która w zasadzie milczy na stronie. Jedenasty eksploduje urodą! Skromny smyczek, brzęk i chrobot gitarowych przetworników, tudzież perkusjonalnych zabawek – repetycja, szmery, rodzaj filigranowej ekspozycji nasączonej ledwie sugerowanym z oddali rytmem. Niemal sonorystyczna polirytmia. Ostatni opus pachnie elektroniką, która sączy się po kablach, skwierczy i rezonuje. Gitara dobywa ostatni już dziś płat psychodelii, a finał płyty osiągamy zanurzeni po pachy w półpłynnym ambiencie.




Wojtek Kurek & Anna Jędrzejewska Copy Of Pianodrum (Plaża Zachodnia, CD 2018)

Tytuł płyty mówi nam wiele o składzie instrumentalnym, zatem Anna na fortepianie, a Wojtek na perkusji, by dopełnić szczegółów. Sześć improwizacji (41 min). Kwiat krajowej młodzieży improwizującej przed nami i tylko jedna wątpliwość. Copy or master, that is the main question!

Oto, i kolejna w naszym zestawie istotnie swobodna improwizacja, silnie zakorzeniona we free jazzie i czerpiąca pełnymi garściami z historii gatunku, acz przy tym ożywcza, świeża, niebanalna i doskonale przyswajalna nawet dla mniej obytych. Zwinny, aktywny perkusista i perkusjonalista, stopa, która wybija rytm świat, kocia przebiegłość. Obok pianistka, która mieści się w każdym niemal idiomie współczesnej pianistyki. Wyczulona na niuanse minimalistyki, obyta na salonach pełnych kameralnych incydentów, ale także pełnokrwista, free jazzowa torpeda, której obawiać się mógłby nawet Alex von Schlippenbach, i to w kwiecie wieku. Pomiędzy zaś muzykami dobra komunikacja, wyczulenie na narracyjne drobiazgi i fura radości ze wspólnego grania.

Jeśli w pierwszym fragmencie szukamy korelacji między jazzem a kameralistyką, to w drugim płoniemy już prawdziwym ogniem free. W trzecim dokładamy duży stelaż preparacji, w których bogactwo Wojtka kontrapunktowane jest skromnością Anny. W czwartym muzycy realizują się w krótkich, nerwowych frazach, gonią za skrawkami szczęścia i często je odnajdują. Fajerwerki i kocie pląsy na płocie. Emocje w fazie silnego wzrostu, a z twarzy recenzenta nie znika uśmiech zadowolenia. W piątym muzycy ślą moc pozdrowień dla wspomnianego już wcześniej niemieckiego pianisty, ogień buzuje, werbel wrze, a klawiatura piana skacze pod sam sufit. 

Wreszcie rozbudowany, niemal epicki finał. Fortepianowe preparacje z samego dna pudła rezonansowego, echo po nieboskłon i cisza, jako ważny element dramaturgiczny. Obok szmery i małe dźwięki perkusji, która aż boi się odezwać. Prawdziwe królestwo mikrobiologii dźwięków. Anna czyni honory gospodarza domu, Wojtek skromnie łyżeczkuje. Narracja nadyma się i wygasa, pulsuje i stawia stemple jakości w każdym zakamarku sceny. Na ostatniej prostej zmysły kipią, a dźwięki tańczą aż do nagłej śmierci całej płyty. Definitely Master Copy of Pianodrum!




Biliana Voutchkova & Vardan Ovsepian  The Archaic Present (iTunes, download 2018)

Kontynuujemy damsko-męskie duety! Nasza absolutna faworytka w branży improwizujących skrzypiec, Biliana Voutchkova, spotyka na swej drodze pianistę Vardana Ovsepiana. Dziewięć fragmentów granych z serca i głowy, być może delikatnie przed występem zaplanowanych. 43 minuty muzycznej przygody, w trakcie której wątki improwizowane wplatać będziemy w zmysłową, kameralną pianistykę.

Na starcie taniec po strunach skrzypiec, czyste brzmienie, ale i odrobiona skrupulatnego zadzioru. Piano sunie bezboleśnie po klawiszach, choć na brzegach fonii słychać jakby mikro amplifikacje. Sytuacja dramaturgiczna zdaje się osadzać na skrzypcach, które rozrabiają, szukają artystycznej zaczepki i fortepianie, który łagodzi obyczaje i przypomina o obowiązkach wobec mniej doświadczonych na polu free improve słuchaczy. Biliana błyskotliwa, pełna werwy i akustycznej urody, świetnie reaguje na podpowiedzi i komentarze Vardana. Ten ostatni świetnie czuje się w swojej roli, jeśli nawet delikatnie służebnej, to wyrazistej i stylowej. 

W drugim fragmencie skrzypce śpiewają na tle ledwie sugerowanego rytmu. W trzecim coś na kształt hinduskich pląsów na mokrych strunach, zmysłowe, niemal taneczne łamanie dźwięku w relacji do minimalistycznego, ale melodyjnego klawisza. W piątym ślizgom po strunach towarzyszy bukiet harmonii, ładu i porządku ze strony fortepianu. Kolejny utwór, to prawdziwa perła – ledwie 150 sekund swoistej polirytmii strun i głębokich klawiszy. Kind of drum&bass in sonore! W szóstym odcinku muzykom towarzyszy cisza, która zdaje się determinować ich decyzje. Molekularny dialog późną nocą.

Jak to często bywa w wypadku naprawdę doskonałych płyt, finał skrzy się dźwiękowymi fajerwerkami. Instrument Vardana brzmi tu niczym piano Fendera odcięte od zasilania. Biliana kroi powietrze i przeciska się przez las pianistycznych stempli. W ósmym odcinku narracja wisi na strunie i pojękuje. Skrzypaczka używa też głosu, a pianista spaceruje się po ciemnej stronie klawiatury. Kameralistyczny dialog w ramach puenty. Muzycy kołyszą się, jak nietoperze w trakcie zamglonego poranka.




Franziska Baumann &  Udo Schindler  ‎Blue Sonic Vibrations (The Improx#3 Concert)  Creative Sources, CD 2018)

Najwyższy czas domykać przedświąteczną zbiorówkę. Znów duet damsko-męski: klasycznie kształcona, z wielką skalą głosu, dziś już prawdziwie wybuchowa improwizatorka Franziska Baumann (głos i elektronika) i Udo Schindler (kornet, klarnet basowy, saksofon sopranowy), wieczny poszukiwacz nowych punktów odniesienia dla brzmienia instrumentów dętych, często w kontakcie z elektroniką. Na płytę składa się koncert duetu (cztery epizody) i trzy odcinki solo, umieszczone pomiędzy fragmentami części zasadniczej. Trzy kwadranse z minutami ośmiu improwizacji, które nazwane zostały przez muzyków kompozycjami.

Utwory nieparzyste, to koncert duetu. Spokojny saksofon sopranowy, obok dźwięki z kobiecego gardła, lekki bulgot, który płynie ciekłą elektroniką, multiplikuje się i śpiewa niczym chór penitencjariuszek zakładu zamkniętego. Schindler, który zdaje się przyjmować tu rolę komentatora, doskonale słucha tego, co czyni partnerka i w mig świetnie ją imituje na dęciaku. Baumann nie stroni od wycieczek w wysokie rejestry (chwilami czujemy się jak w operze!), przy okazji umiejętnie łączy głos z elektroniką. Jest widowiskowa, zmysłowa, choć recenzent nie kupuje tu każdego dźwięku. W kolejnych utworach ciekawie brzmi kornet, który nie unika sytuacji sonorystycznych, co intrygująco koreluje z niemal beat-boxingiem wokalistki, tworząc duet … brzęczących chrząszczy. W piątym muzycy całują się z ciszą i tworzą niebanalne sytuacje elektroakustyczne - podmuchy wiatru, szelest liści, skowyt płoszonej zwierzyny. Nie gorzej dzieje się w trakcie finału całej płyty – prychanie z tuby saksofonu, elektroniczny ambient w tle, piski i pomruki fauny i flory. Przykład bardzo dobrej improwizacji, silnie naznaczonej niemiecką szkołą kameralistyki współczesnej.

Płytę uzupełniają trzy ekspozycje solowe. Odcinek Baumann budowany na radiowych samplach, zdominowany jest przez syntetykę, zaś oba odcinki Schindlera bazują na akustyce saksofonu sopranowego i klarnetu basowego, wspomaganego kornetem.




piątek, 14 września 2018

El Pricto! Triplezero! Anticlan! Sly & The Family Drone! Peixe Frito! Wasteland! MIA! Kern! Total Improvisation Troop! Dalibert! The summary for last days of summer - big excitement guaranted!


Kalendarzowa jesień za pasem, szczęśliwie lato jednak nie odpuszcza. Trudno doświadczyć nudy. Także, w muzyce improwizowanej!

Dziś dziesięć płyt do odczytania. Jak zwykle mieszanka prawdziwie piorunująca – od grind rocka i doom metalu, po elektroakustykę i kojące dźwięki wprost z klawiatury fortepianu. A wszystko naznaczone piętnem improwizacji! Także kolejna porcja nowych nazwisk do zapamiętania. Dzień, jak co dzień na Trybunie!

Katalonia w prawdziwie demonicznym wydaniu, niebanalna Holandia, takaż Anglia, kwiecista Portugalia, szczypta Niemiec, Kanady i Francji. Let’s go and crazy!




El Pricto/ Diego Caicedo/ Javier Garrabella/ Vasco Trilla  Demonology (Discordian Records, 2018)

Wenezuelski saksofonista El Pricto, to prawdziwie renesansowa postać. Szef najważniejszego dla muzyki improwizowanej labelu Barcelony, Discordian Records, uwielbia literackie i artystyczne inspiracje dla muzyki, którą tworzy. Najnowsza pozycja w katalogu zwie się Demonology i jest kompozycją będącą pokłosiem … 72 demonów Ars Goetia, zaczerpniętych z siedemnastowiecznego dzieła The Lesser Key Of Salomon The King. Składa się z tyluż fragmentów, trwających od … 1 do 3 sekund. Muzycy układają z tych mikrofraz dłuższe, muzyczne wypowiedzi. Repetycje, permutacje, skróty i rozwinięcia – gęsta, usiana zasiekami, zdyscyplinowana improwizacja, prowadzona wg precyzyjnych wskazówek kompozytora.

Efekt kipi emocjami, a także precyzją i determinacją w zakresie wykonania koncepcji kompozytora. Dostajemy 25 minutową, dynamiczną, poszarpaną, multigatunkową ekspozycję, budowaną w estetyce, będącej krwistą mieszanką grind-core punk, noise rocka i free jazzu. Polecam szczególnej uwadze graficzny zapis tych mikrokompozycji! Zresztą same tytułu mówią już wiele: black metal, thrash metal, death metal, free, solo, slow doom metal, broken rhythm, blast, beat, grind core, hard core, short loops, latin, epic, extended technique, ha-ha-ha, short growl, drum fill i …żagań (pisane z polskimi znakami diakrytycznymi!).

Historia muzyki zwichrowanej w pigułce! Postmodernistyczna moc wielkiej kreacji - strzelisty saksofon altowy El Pricto, ostra, niemal doom metalowa gitara Diego Caicedo, elektryczny bas Javiera Garrabelli i mocna, zmysłowa perkusja Vasco Trilli. Gdybyśmy zechcieli poszukać całkiem współczesnej, muzycznej inspiracji dla Demonology, to trop może być tylko jeden – Naked City Johna Zorna.




Triplezero 000 (Binary Sorrow/ Antinomia Records, 2016)

Pozostajemy w stolicy Katalonii, ciągle jest z nami Vasco Trilla (perkusja, a także tabla). Obok niego Pablo Selnik na fletach (silnie amplifikowanych) i Denys Sans, odpowiedzialny za elektronikę. Muzyków wspomaga głosem Eric Baule. Formacja zwie się Triplezero. Płyta 000 nie jest może najświeższą pozycją edytorską, dotarła do nas jednak dopiero tego lata. Zawiera, bazująca na skomponowanym materiale, improwizowaną muzykę … death/doom metalową, tworzoną dokładnie przy pomocy instrumentarium, wymienionego wyżej. Przedrostka post możemy w odniesieniu do tej muzyki używać bez ograniczeń. Zajrzyjmy głębiej do tego szalonego przedsięwzięcia artystycznego.

Zaczynamy ścianą post-black metalowego hałasu. Atak dźwięków serwowany naprzemiennie z  pasmami niskiej, złej elektroniki, zdobionymi głosem typowym dla trawestowanego gatunku (teksty Selnika, inspirowane literaturą H.P. Lovercrafta, nie dla osób mniej tolerancyjnych obyczajowo i światopoglądowo). Rodzaj plemiennego rytuału inicjacyjnego. Być może także rodzaj gigantycznego żartu stylistycznego. Kolejne siedem utworów, to krótkie, niekiedy lapidarne perełki noise’ elektroniki z demonicznym głosem i doskonałą perkusjonalistyką Vasco. Slow metal drums, zgiełk fletu na dużym prądzie, brzmiący jak armia gitar elektrycznych, ołowiana elektronika, post-techno zasklepione w krypcie grobowca, interludia noise and industrial, robotyka wirtualnych maszyn, także minuta z czystym dźwiękiem … tabli. What ever you want! Kolejny żywy (i syntetyczny) dowód na monstrualny eklektyzm barcelońskiej sceny muzycznej.

Płytę wieńczy 17 minutowa pieśń tytułowa. Epicka w rozmachu, chwilami genialna w doborze artystycznych środków wyrazu. Pulsujący dron, repetycje, brudny, tłusty sound post-techno. Flet pod wysokim napięciem, elektroakustyka spod dłoni i stóp Trilli, bogata, ciągle zmieniająca się narracja. Wreszcie multiplikująca się tabla, która po 13 minucie, wspierana oniryczną elektroniką, prowadzi nas na pola niemal metafizycznego chill-outu. Na sam finał siarczysta post-elektronika w formie śmiercionośnej mantry. Płyta jedyna w swoim rodzaju, nagrana za pierwszym podejściem, bez post-produkcji!




Anticlan  Volcano Hour (Creative Sources, 2018)

Przenosimy się do Holandii. Na studiu nagraniowym 2/3 power improv trio Albatre (Hugo Costa na saksofonie altowym, Philipp Ernsting na perkusji) w towarzystwie gitarzysty Josué Amadora. Swobodna improwizacja pod nie byle jakim szyldem Anticlan i prawdziwie eksplozywnym tytułem. Dodajmy, obok wybuchów wulkanu, czekają nas także powolne strumienie stygnącej lawy.

Sześć niebywale intrygujących opowieści, zbudowanych przez dobry, uważny, gęsty drumming, gitarę z prądem, lontem do silnie avant-rockowego brzmienia i ze szczyptą zdrowej psychodelii pomiędzy strunami, wreszcie saksofon altowy, który świetnie się z nimi komponuje, choć nie ma zwyczaju wychodzenia przed szereg. Dalece swobodna wymiana dźwięków, lekko zaczepiona w estetyce free jazzu, niestroniąca od rockowych emocji, płynąca szerokim strumieniem od ciszy do hałasu i z powrotem.

Drugi i trzeci fragment skrzy się pięknym, wręcz medytacyjnym klimatem. Uroda gitary eksploduje – minimal deep improve! Amador nie waha się wkraczać w post-industrialną estetykę. W czwartym rośnie poziom decybeli, kind of true power trio. Znów gitara wywołuje wytrysk endorfin u recenzenta. Gdy zamilknie, para sax & drums pięknie ucieka we free jazzowy galop. Costa ma tu swoje pięć minut i perfekcyjnie z tego korzysta. W kolejnej piosence powraca quite stream, zdobiony ornamentami pulsujących strun, przedmuchanych dysz i konwulsyjnej pracy werbla i tomów. Sporo rockowej ekspresji, tu zbyt gwałtownie wyciszonej. Finał umila nam aktywny drumming, wokół którego koncentruje się niespokojny alt i szklista gitara. Świetna płyta!




Sly & The Family Drone  Live at Café Oto (Bandcamp?, 2018)

Mokry od potu karnawał chaosu! To nie jest bynajmniej epitet recenzenta, ale konstruktywna samoocena muzyków. Lubimy na tych łamach stylistyczną egzotykę, niepokorność i zdrowy hałas, zatem czym prędzej odkrywamy karty. Formacja Sly and The Family Drone, to na ogół duet: Matt Cargill – głos, efekty, elektronika i Callum Joshua Buckland – perkusja. Parę dni temu pisaliśmy o ich wspólnej płycie z Dead Neanderthals. Tym razem ich osobna, najnowsza produkcja – koncert z londyńskiej mekki free improve, czyli klubu Cafe Oto! Dwa półgodzinne sety.

Drapieżny, gęsty i bezkompromisowy melanż żywej perkusji i elektronicznych, hałaśliwych pasaży w dalece punkowej estetyce. Równie żywiołowa publiczność w klubie, zdecydowanie podnosi temperaturę spektaklu. Rock and noise improvised as well! Gorący temperament muzyków i główny parametr podlegający procesowi improwizacji, czyli natężenie dźwięku. Triumf artystycznej swobody i naprawdę bezczelnego wykraczania poza dostępne gatunki. Ekstremalizm wyniesiony do rangi sztuki. Prawdziwie chocholi taniec till to death. Ciekawy moment pod koniec pierwszego seta – solowe expose perkusji, na tle drona niskich częstotliwości i zapach upalonego electro!

Choć trudno to sobie wyobrazić, drugi set jest jeszcze gorętszy. Elektronika wsparta samplami płonie dalece intensywniej (żadna gitara nie byłaby chyba w stanie generować takiego przekazu fonicznego!). Pedał gazu wciśnięty maksymalnie. Na finał drummer włącza turbodoładowanie, a na scenie pojawia się wiele przypadkowych instrumentów dętych (wedle słów naocznych świadków, przyjaciele grupy podłączyli się pod występ!). Zgiełk i znój. Cierpienie i odkupienie. Doprawdy, efekt jest frapujący!




Peixe Frito  Jazz From Here. 11.02.1918 (Last Pork Records, 2018)

Zdecydowanie zasłużyliśmy na moment oddechu! Doskonałym wyborem będzie zatem portugalski kwintet Peixe Frito (po naszemu – smażona ryba): Paulo Chagas - flet i saksofony, Luís Guerreiro – trąbka, elektronika, tibetan blow, Paulo Duarte – gitara elektryczna, Alvaro Rosso – kontrabas i Pedro Santo – perkusja. Sześć krótszych opowieści na początek, potem trzy dłuższe.

Zaczynamy od Coltrane’a na delikatnym speadzie, z dobrą ekspozycją gitary elektrycznej. Cała zresztą płyta, budowana jest na ciekawym kontraście akustycznych ekspozycji i dźwięków elektronicznych/ elektrycznych (gitary). Dominują spokojne, nieśpieszne improwizacje (poza jednym wyjątkiem). Oniryzm często wykorzystywanej ciszy, stemple nieinwazyjnej psychodelii, intrygujące dźwięki dęte, precyzyjna sekcja rytmiczna. Żmudna, skupiona narracja, przykład skrupulatnego rzeźbienia w skale improwizacji. Z jednej strony szczypta kameralistycznego zadęcia (szczególnie Chagas na flecie!), z drugiej - niebanalny posmak fussion, gdy trąbka łączy się w procesie generowania dźwięków z elektroniką.

Siódmy fragment, Swing From The Zone, bodaj najdłuższy na płycie, jest też fragmentem najbardziej dynamicznym. Rasowy free jazz tryska po ścianach! Quasi semicki taniec, rozbujała, wyzwolona porcja dobrze upalonego fussion jazzu. Chwilami nawet z elementami funky. Na finał tej naprawdę udanej płyty, kolejne dwa utwory w delirycznym, spokojnym, acz naładowanym dobrą psychodelią klimacie. Powabna sonorystyka kontrabasu, zwinna elektronika i wyraziste ekspozycje dęte.




Parlato/ Chagas/ Lenglet/ Gibbs  Wasteland (Setola Di Maiale, 2018)

Paulo Chagas zostaje z nami (flet, obój, zabawki dźwiękowe, … woda), ale tym razem towarzyszyć mu będzie bardziej międzynarodowe towarzystwo: Rosa Parlato – flet, elektronika, głos, Philippe Lenglet – gitara elektryczna, obiekty oraz Steve Gibbs – gitara klasyczna, 8-strunowa, głos. Siedem rozbudowanych, dość swobodnych improwizacji elektroakustycznych.

Wasteland, to kolejny i nie ostatni dziś przykład łączenia dźwięku żywego z syntetycznym, tu z delikatną przewagą tych pierwszych. Flet, obój, dwie dychotomiczne gitary i kilka zwojów kabli. Szczypta egzotyki, nieco kontrowersyjne wokale, zabawy dźwiękowe, ale i poważne dyskusje na temat. Płyta długa (ponad 70 minut), nie w każdym momencie aż tak intrygująca, by nadstawiać ucha (mało kompromisu na etapie selekcji materiału). Także kilka momentów akceptujących zbyt łatwe dźwięki, jak na wymagania recenzenta.

Skoncentrujmy się wszakże na plusach. W drugim utworze niebanalna ekspozycja fletu, na tle … lejącej się wody. W kolejnym, udany pasus klasycyzującej improwizacji z dobrze tłumionymi emocjami (obój w roli głównej). W czwartym intrygujący, nowy dźwięk (hichiriki?) na tle dość pasywnych gitar. Sonorystyka dętych daje punkty dodatkowe do oceny końcowej. W piątym - sekwencja naprawdę udanych interakcji elektroakustycznych. Także dobry dialog gitary akustycznej i sonoryzującego oboju. A w utworze finałowym zdaje się, że wreszcie cały kwartet dramaturgicznie trybi! Akademickie naleciałości idą w odstawkę, rośnie kreacja i pomysły na rozwój narracji. Ciekawy przykład minimalizmu w procesie improwizacji. Szczypta psychodelii na gryfie gitary elektrycznej, kilka dobrych dźwięków z kabli i nieoczywistych zachowań dęciaków.




Ensemble MIA ‎Live 2016 (Creative Sources, 2017)

Portugalska scena muzyki improwizowanej zdaję się specjalizować w dużych składach, zwinnie poruszających się po oceanie swobodnej muzyki bez scenariusza. Ensemble MIA, to kolejny przykład. Rejestracja z Festiwalu Encontro de Musica Improvisada de Atouguia de Baleia, z roku 2016. Aparat wykonawczy jest ogromny – ponad 60 muzyków, podzielonych na sześć improwizujących składów, każdy z innym przewodnikiem/ dyrygentem. Nie będziemy ich wszystkich wymieniać (każdy z uczestników przedsięwzięcia pojawia się na scenie maksymalnie dwukrotnie), zainteresowanych odsyłamy do sieci globalnej. Może jedynie wskażmy personalia kilku bliższych nam muzyków, takich, jak Luiz Rocha, Alvaro Rosso, Sarah Claman, Miguel Mira, Karoline Leblanc, Bruno Parrinha, Jean-Marc Foussat, Mia Zabelka czy po raz kolejny goszczący w tej zbiorówce Paulo Chagas.

Pierwsza historia, dyrygowana zwinnie właśnie przez Zabelkę, toczy się w atmosferze elektroakustycznego rezonansu, z ciekawą ekspozycją instrumentów strunowych, a w dalszej części perkusjonalnych. Druga – pod przewodnictwem Marka Lotza – eksponuje dęciaki na tle elektrycznych gitar, zawiera także niebanalne preparacje piana i moc przeróżnych głosów obojga płci. Trzecia (F. Choiselat) funkcjonuje na zasadzie kontrastu – z jednej strony rytm, melodia i bystry puzon, z drugiej rozwichrzone eksplozje werbalne, wszystko zaś bogato zinstrumentalizowane. Czwarta (N.Taylor) startuje kameralistyką akustycznych gitar, by po pewnym czasie napotkać hałaśliwe symfoniczne interludia. Sam finał tej akurat improwizacji jest wyjątkowo dynamiczny, przynajmniej na tle pozostałych wydarzeń spektaklu. Początek piątej opowieści (S.Corda) także smakuje dobrą kameralistyką, która płynnie przechodzi w rytualny taniec godowy z okrzykami i wrzaskami (może także publiczności). Wreszcie finał (F.Simoes) – triumfalny powrót elektroakustyki, przy wtórze nadpobudliwych dęciaków, zadziornych strunowców i kolejnych rytualnych śpiewów, czynionych w asyście puzonu.

Mnóstwo intrygujących improwizacji nieco traci na wartości z uwagi na jakość samej rejestracji koncertu. Dźwięk jest mało selektywny, niemal monofoniczny, a brzmienie całości pozostawia wiele do życzenia. Bardzo szkoda. 




Kern  Mittendrin (Creative Sources, 2017)

Przystanek Niemcy i studyjna rejestracja tria Kern: Edith Steyer – saksofon altowy i klarnet, Yorgos Dimitriadis – perkusja oraz Matthias Müller – puzon. Dziesięć improwizowanych opowieści, mających na wejściu status composed by.

Przykład wyjątkowo zgrabnej i świetnie wykonanej improwizacji ustrukturyzowanej. Rodzaj free jazzu delikatnie zakotwiczonego. Średnie pokolenie europejskich improwizatorów, kariery w trakcie stabilnego wzrostu. Czegóż chcieć więcej? Tempo, emocje, sonorystyka – genialny puzon (dla Matthiasa to już norma, patrz: poprzednie recenzje na tych łamach), idący za nim krok w krok dobry, wyrazisty, niebanalny saksofon altowy (na dwa krótkie fragmenty zamieniony na klarnet) i precyzyjny, niezachowawczy drumming. Różnorodne, intrygujące, akceptowalne na każdym poziomie percepcji opowieści, niepozbawione także szczypty klasycyzującego zadęcia, charakterystycznego dla wykształconych akademicko muzyków niemieckich. Szczególnie udane zdają się być dłuższe fragmenty, bardzo swobodnie improwizowane. Trzeci odcinek serwuje nam zwinne synkopy, przykład dobrego jazzu bez niskich częstotliwości. Piąty zdaje się być wyjątkowo śpiewny, szczególnie dotyczy to puzonu, który błyskotliwie mutuje brzmienie. W kolejnym, puzon swoim wyjątkowym tembrem sprawia wrażenie, jakby muzyk korzystał ze wsparcia elektronicznego.

Finałowe odcinki Mittendrin konstytuują wysoką jakość całego nagrania. W siódmym muzycy improwizują w estetyce call & response, są czujni i świetnie na siebie reagują. W ósmym utworze, o jakże adekwatnej nazwie Polar, dają przykład pięknego deep sonore. Czujemy prawdziwy chłód arktyczny. Brawo! Tuż po nim kolejna perła sonorystycznego slow motion. Na sam już finał temat grany z kartki, ale wyjątkowo stylowy.




Total Improvisation Troop  Karma Moxie (atrito-afeito, 2018)

Wracamy do poszukującej elektroakustyki. Kanadyjska pianistka Karoline Leblanc i kolejna pozycja w katalogu labelu, przez nią prowadzonego. Septet zwie się dość buńczucznie Total Improvisation Troop, personalnie zaś to: Alexandre St-Onge – bas elektryczny z asystą komputera, Anne-Françoise Jacques – amplifikowane obiekty rotujące, Karoline Leblanc – fortepian i taal, Lawrence Joseph – gitara elektryczna, efekty, Paulo J Ferreira Lopes - talerze, Peter Burton - kontrabas, Vergil Sharkya – syntezator, efekty. Pięć dość zwartych, w formie i czasie, swobodnych improwizacji.

Troje muzyków odpowiada tu głównie za dźwięki akustyczne, czworo zaś za elektroniczne lub elektryczne. Ta wojna sprzymierzonych nie do końca prowadzona jest na równych prawach. Innym słowy, świat syntetycznych dźwięków jest tu w przewadze, nie tylko ilościowej, ale także dramaturgicznej. Przykład skupionej, uważnej narracji, chwilami nieco akademickiej. Kind of contemporary improve. Wiele udanych preludiów ze strony piana, kontrabasu czy perkusjonalii zdaje się gubić trop w trakcie konfrontacji z dość natarczywym i inwazyjnym światem syntetyki. Choćby w drugim utworze, gdy zwinna improwizacja inside piano natrafia na zgrzyty i plamy nieznoszącej sprzeciwu elektroakustyki. Karolina dzielnie trzyma stery improwizacji, jednak orszak obiektów, płaszczyzn i kabli nie odpuszcza choćby na moment. Wszystko brzmi trochę, jak soundtrack do polskich filmów fantastycznych z lat 70. ubiegłego stulecia.

Nieco ciekawsza zdaje się tu być druga część płyty, choćby fragment czwarty, gdy niebanalne piano snuje wartościowe opowieści, a elektroakustyka ogranicza się do kreślenia tła narracji. W części finałowej druga strona medalu proponuje coś na kształt syntetycznej perkusji w dalekim planie. Żywe instrumenty odnajdują wtedy skrawek przestrzeni dla siebie i nie marnują czasu.




Melaine Dalibert ‎ Musique Pour Le Lever Du Jour (Elsewhere Records, 2018) ‎

Na finał dzisiejszej zbiorówki płyta niezwykła. Niemal idealne zwieńczenie karkołomnych opowieści o dziwnych płytach. Komponowana muzyka na fortepian, godna wszelkich kanonów muzyki, którą zwykliśmy określać mianem minimalistyczej. Kompozytor i wykonawca pochodzi z Francji, nazywa się Melaine Dalibert. Jedna godzina i jedna minuta strukturyzowanego chill-outu!

Music for the daybreak. Czyli dźwięki na czas odpoczynku. Muzyk stosując dwa, trzy algorytmy, sekwencje dźwięków, buduje niebywały klimat nagrania. Bez zbędnej intelektualnej głębi, czy rozbudowanego słowa pisanego w zakresie ideologii, tak charakterystycznego dla muzyki współczesnej, pianista proponuje nam podróż jedyną w swoim rodzaju. Długie dźwięki, miękki rezonans, cisza i ukojenie. Pokonywany dystans czasowy buduje jakość. Jedyne, co możemy stwierdzić na temat przebiegu narracji, to fakt, iż zdaje się, że w drugiej połowie nagrania przerwy pomiędzy dźwiękami są nieco dłuższe, jeszcze silniej akcentując minimalistyczny i relaksacyjny charakter całości. Piękna muzyka!