Pokazywanie postów oznaczonych etykietą George Hadow. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą George Hadow. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 lutego 2022

Spontaneous Live Series zaprasza na lutowe i marcowe koncerty muzyki improwizowanej


(informacja prasowa)

 

Cykl koncertów muzyki improwizowanej, organizowany przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i poznański Dragon Social Club, zwie się „Spontaneous Live Series” i po przerwie świąteczno-noworocznej zaprasza na kolejne ekscytująco zapowiadające się wydarzenia muzyczne.

Na luty i marzec organizatorzy przygotowali cztery koncerty, które odbywać się będą niemal dokładnie w cyklach dwutygodniowych. Zaprezentują się na nich muzycy z całej Europy, zarówno ci dobrze już znani ze sceny Dragona, jak i absolutni debiutanci.

 


Zimowo-wiosenny cykl rozpocznie się już w sobotę 12 lutego i będzie to dwudziesty drugi koncert w historii tej serii. Do Dragona powróci wówczas najważniejsza postać trzeciej edycji Spontaneous Music Festiwal z roku 2019, belgijski gitarzysta Dirk Serries. Czołowy europejski improwizator, szef labelu „A New Wave OF Jazz”, także legenda muzyki dark ambient i industrial, zagra w towarzystwie młodego angielskiego perkusisty George’a Hadowa. Panowie mają w swoim dorobku dwie płyty – nagraną dla Raw Tonk Records „Outermission” i najnowszy krążek „Chapel” upubliczniony przez portugalski Creative Sources ubiegłej jesieni. Na pierwszej z nich Serries gra na gitarze elektrycznej, na drugiej zaś na akustycznej. I właśnie w tej drugiej wersji zaprezentuje się poznańskiej publiczności. Koncert w Dragonie jest jedynym polskim koncertem duetu w trakcie ich europejskiej trasy.

Dwanaście dni później, we czwartek 24 lutego na deskach Dragona zagra niemiecki kwartet Dalgoo. Formacja ma ponad 20-letnią historię, ale w aktualnym składzie personalnym nagrała jedynie krążek „Liberté Égalité Fraternité”, upubliczniony przez Jazzwerkstatt w roku ubiegłym. Układ instrumentalny kwartetu zdaje się być modelowym dla muzyki free jazzowej i świetnie koreluje to z muzyką, jaką uprawia. Muzycy z prawdziwie niemiecką precyzyjną budują tu improwizacje bazując w większości przypadków na kompozycjach członków grupy. Co oczywiste, nie stronią także od swobodnej improwizacji. W składzie Dalgoo odnajdujemy saksofonistę i klarnecistę Tobiasa Kleina, która grał już w Dragonie wraz z formacją Spinifex. W rolę drugiego saksofonisty i klarnecisty wciela się Lothar Ohlmeier, a na kontrabasie gra doskonały berliński muzyk Meinrad Kneer. Czwartym do brydża w Dalgoo jest z kolei jeden z bohaterów ostatniej edycji Spontaneous Music Festiwal, perkusista Christian Marien, połowa fantastycznego duetu Superimpose.

Druga połowa duetu Superimpose, czyli puzonista Matthias Müller, wystąpi w serii koncertowej już 12 marca w sobotę! Niemiec, to absolutny bohater dwóch ostatnich edycji Spontaneous Music Festival. Koncert odbędzie się tym razem w klubie SARP, młodszej siostrze Dragona, położonym także na Starym Rynku w Poznaniu. Puzonista wystąpi w duecie z poznańskim klarnecistą i saksofonistą Michałem Giżyckim. Muzycy poznali się na przedostatniej edycji Spontanicznego Festiwalu, gdy współtworzyli „zdegenerowane” wersje polskiej muzyki klasycznej pod przewodnictwem El Pricto. Berlińczyk i Poznaniak mają już w dorobku wspólny album, nagrany w trakcie … ubiegłorocznej edycji Festiwalu, ale nie w ramach regularnych koncertów, ale pomiędzy nimi, podczas pewnej niedzielnej, dopołudniowej sesji nagraniowej. Płyta nazywa się „Q” i jest dostępna na stronie bandcampowej polskiego muzyka.

Czwarty z zapowiadanych obecnie koncertów odbędzie się u progu wiosny, w sobotę 26 marca. Na scenie Dragona zagości wówczas prawdziwie międzynarodowe trio. Na saksofonie zagra Portugalczyk z Lizbony - José Lencastre, na gitarze basowej Urugwajczyk z … Amsterdamu - Miguel Petruccelli, a na perkusji Serb z … holenderskiego Groningen - Aleksandar Škorić. Dla każdego z tych muzyków będzie to debiut na dragonowej scenie. Stanowczo nastawiać się winniśmy na free jazzowe widowisko, jakkolwiek na pewno z wieloma improwizacyjnymi subtelnościami, z których słynie Portugalczyk, mający w dorobku płyty dla tak renomowanych wydawnictw, jak portugalski Clean Feed, czy angielski FMR Records.

 

Pełna lista zimowo-wiosennych koncertów Spontaneous Live Series, edycje 22-25:

 

12.02 George Hadow - perkusja & Dirk Serries – gitara akustyczna

https://dirkserries.bandcamp.com/album/chapel

24.02 Dalgoo: Tobias Klein – saksofon altowy i klarnety, Lothar Ohlmeier – saksofon tenorowy i klarnety, Meinrad Kneer – kontrabas, Christian Marien – perkusja

https://meinradkneer.bandcamp.com/album/dalgoo-libert-galit-fraternit

12.03 Matthias Müller  – puzon & Michał Giżycki – klarnet basowy

https://gizycki.bandcamp.com/album/q

https://matthiasmueller.bandcamp.com/

26.03 José Lencastre – saksofon altowy, Miguel Petruccelli – bas, Aleksandar Škorić – perkusja

https://joselencastre.bandcamp.com/

https://aleksandarsk0ric.bandcamp.com/

 

Wszystkie koncerty rozpoczynają się o godzinie 20.00. Bilety dostępne są na stronie kupbilecik.pl

 


piątek, 12 listopada 2021

Serries in two fresh duos! Full-acoustic with Hadow and semi-electric with Jacquemyn!


Belgijski gitarzysta Dirk Serries, jeden z absolutnych faworytów redakcji, nie dostarcza w roku 2021 szczególnie dużo nagrań (przynajmniej jak na kanony free impro w czasach pandemii), zatem z tym większą radością uprzejmie donosimy, iż ostatnie tygodnie przyniosły aż dwie premiery płytowe z udziałem Belga. Oba to duety, oba w dobrym towarzystwie – pierwszy z pewnym brytyjskim perkusistą, wydany w Portugalii*), drugi zaś z rodakiem kontrabasistą, wydany – dla odmiany – w Anglii. Obie płyty oczywiście nie wymagają jakichkolwiek rekomendacji, wszak to klasa światowa!

Zapraszamy na dwa odczyty i odsłuchy - oba nagrania zostały zarejestrowane w okolicznościach koncertowych. Dziś, co prawda piątek, nie wtorek, ale definitywnie jesteśmy w … Belgii!

 


George Hadow & Dirk Serries  Chapel (Creative Sources, CD 2021)

Początek września roku bieżącego (cóż za ekspresowa produkcja!), belgijskie Bocholt, miejsce zwane Groels Kapel, a na scenie George Hadow – perkusja oraz Dirk Serries – gitara akustyczna. Jedna improwizacja, 49 minut i 43 minuty.

Panowie mają za sobą wiele wspólnych nagrań, zatem do koncertowego incydentu przystępują bez zbędnej zwłoki, pełni energii, wewnętrznego dynamizmu i determinacji, by nie zanudzić nas choćby jedną frazą! Oczywiście uda im się! Tego jesteśmy pewni jeszcze przed odpaleniem srebrnego krążka! Kanciasta, akustyczna po baileyowsku gitara, jak to często bywa w przypadku Serriesa, z delikatną nutą post-bluesa, a naprzeciw niej aktywny, niezasypujący gruszek w popiele drumming z dużą ilością talerzy, efektownie brzmiącego werbla i tomów. Tu gra cała maszyna i para nie idzie w gwizdek! Muzycy rysują nam wartki strumień dźwiękowy, brną do przodu, jakby ich ktoś podłączył pod małą trafostację!

W trakcie niemal 50-minutowej eskapady artyści będę brać raz na jakiś czas chwilę oddechu, ale ich kompaktowe stop and rest trwać będą na ogół ledwie kilka pętli dramaturgicznych. Pierwszy taki break ma miejsce już po upływie trzech minut. Dirk zaczyna piłować struny, w tle zaś rezonują perkusyjne talerze. Kilka fraz pachnących czerstwym bluesem, równie efektownych flażoletów i można śmiało powracać do wątku głównego. George nie pozwala tu zresztą na dłuższe chwile refleksji. Bije zamaszysty, ale intrygująco abstrakcyjny rytm, a machina improwizacji trwa w najlepsze. Po krótkiej kipieli, w okolicach 13 minuty muzycy nieco aktywniej zanurzają się w ciszy. Preparują dźwięki, ciągną za struny, sprawdzają gibkość perkusyjnych naciągów, oddychają szklistym rezonansem. Szybki powrót do zjawisk dynamicznych znów smakuje błękitnymi frazami rocka. Muzycy widzą przed sobą kolejny szczyt, ale wcale ku niemu nie zmierzają. Kluczą po zagajnikach, a kierunki ich kreatywności potrafią mieć przeciwstawne groty. Nawet, gdy emocje rosną tu do czerwoności, muzycy nie eskalują tempa, raczej puchną i nadymają się emocjami, niż pozwalają sobie na bardziej banalne eksplozje mocy.

Nim wybije 20 minuta koncertu, znów stopping! Ale znów, to ledwie kilka łyków chłodnej wody i muzycy ruszają w dalszą drogę! Ten odcinek znaczą jednak, raz za razem, druciane zasieki. Narracja ma swoje zakręty, zbocza i drobne wzniesienia. Znów widać szczyt wysokiej góry, ale i tym razem muzycy nie szukają dróg na skróty. Najpierw garść post-rockowych grepsów i zejście na nisko ugiętych kolanach niemal do pojedynczego dźwięku, potem głębokie oddechy, small drumming na krawędzi werbla, a nawet parę pętli bez udziału gitary. Wystarczą jednak dwa, trzy mocniejsze pociągnięcia za struny (a jednak działają!) i śmiało można kontynuować podróż. W okolicach 30 minuty muzycy stawiają na bardziej agresywne frazy, które śmiało przypominają dynamiczny początek koncertu. Po chwili jednak tłumią zszargane nerwy i budują ciekawe interludium – gitara zaczyna modulować swoje brzmienie, perkusja zaś kręci się wokół własnej osi i nasłuchuje, co w trawie piszczy.

Kolejny przystanek – poprzedzony bardzo efektownym peakiem - ma miejsce tuż przed upływem 40 minuty koncertu. Gitarzysta sięga tu po smyczek, a perkusista ugniata przedmioty na werblu, korzysta też z perkusyjnych szczoteczek. Kilka szybkich spojrzeń, dwa, trzy oddechy i z mocy drummera opowieść po raz setny tego wieczoru wraca na dynamiczny szlak. Do końca tego efektownego koncertu muzycy będą budować narracją z dwóch podstawowych elementów – dynamiki perkusisty i narracyjnych meandrów gitarzysty. Ten ostatni jakby się delikatnie krygował, rysuje bruzdy w ziemi, uśmiecha się szelmowsko pod nosem, śle garść flażoletów na niezłej dynamice. Artyści wieńczą wszakże swe dzieło nie przy armatnich salwach, raczej w cieniu pojedynczych fraz, odgłosie trzeszczącego werbla i smudze rezonujących talerzy.

 


Peter Jacquemyn & Dirk Serries  Live At Lokerse Jazzclub (Raw Tonk Records, CD-r 2021)

Na osi czasu cofamy się dokładnie o rok, pozostając oczywiście w Belgii. Tym razem, to Lokeren i tamtejszy the Lokerse Jazzclub. Na scenie: Peter Jacquemyn – kontrabas i incydentalnie głos (gardło) oraz Dirk Serries – gitara elektryczna. Na płycie mamy wytłoczony jeden trak, ale koncert składa się z seta zasadniczego i kilkuminutowego encore. Odsłuch całości zajmie nam 54 minuty i 20 sekund.

Kolejne spotkanie Serriesa znów naznaczone jest piętnem permanentnej zmiany w procesie budowania improwizacji. Muzycy kipią pomysłami, niekiedy porzucają wątki niemal w pól zdania, a dodatkowo – zdają się intrygująco balansować na granicy wielu gatunków. Bywają kameralnymi smutasami, rockowymi zwierzętami, ale i pełnymi abstrakcyjnych fraz wyznawcami wolnego jazzu. W przeciwieństwie do poprzedniego nagrania, muzycy zaczynają swój spektakl dość spokojnie. Smyczek kontrabasu wysyła kontrolne strumienie piękna, a gitara podłączona pod niewielki prąd szuka śladów zagubionych dźwięków. Spokój artystów jest jednak pozorny. W ich głowach i sercach rodzi się bowiem niepokój, troska o rozwój improwizacji. Pojawiają się pierwsze rockowe plamy gitary, post-jazzowe akcje kontrabasu, a także frazy godne preparowanego post-baroku. Muzycy potrzebują ułamka sekundy, by znaleźć się w okolicach ciszy, kolejne dwa jej ułamki, by zlepić się w bardzo efektowny dron, a zaraz potem wyjść na prostą z okrzykiem na ustach i piskiem rozpędzonych strun. Koniec pierwszego kwadransa koncertu, to przeciąganie liny, małe przepychanki na stronie, drgania, uderzenia, pulsacje, jakby muzycy dotarli na rockowy koncert, ale nie byli pewni, czy po drugiej stronie sceny czeka na nich właściwa publiczność.

Po kilku kolejnych minutach artyści najpierw wymownie milczą, by po chwili dwoma trybami pizzicato ruszać niemal w półgalop. Na scenę szybko jednak powraca estetyka arco i zaczynają się ceremonialne lamenty. Dirk zaczyna szukać płynnych, ambientowych struktur, Peter skacze po strunach i rechocze z zadowolenia. Z tego ogniska stylowej fermentacji na moment przenosimy się nawet na koncert rockabilly! Muzycy nie mają tu żadnych zahamowań estetycznych i to naprawdę nam się w nich podoba! W tej fazie koncertu kontrabas zmienia oblicze sto razy na minutę, gitara dla odmiany zdaje się być stróżem dramaturgicznego porządku. Pomysłów wszakże przybywa z każdą sekundą. W 36 minucie rozpędzony smyczek lepi się do slajsującej gitary, która tonie w kłębowisku kolejnych koncepcji na rozwój narracji. Zaraz potem czeka na nas efektowne zagęszczenie, zmyślnie skomentowane gardłotokiem kontrabasisty. Za kolejne dwie minuty - zejście w cisze, rezonans nieistniejących talerzy, abstrakcyjny smyczek i gitara, która zaczyna szukać dalekowschodnich inspiracji. Trochę przez zaskoczenie koncert dobiega do końca, ale rzęsiste oklaski nie pozwalają muzykom wrócić do garderoby.

Dogrywka budowana jest w dużym skupieniu. Dirk preparuje gitarę, skupia się na niuansach brzmieniowych. Peter ślizga się smyczkiem po wilgotnych strunach kontrabasu. Ciekawy moment, sklecony na opozycji dirty barock vs. dirty post-rock! Muzycy szukają tempa jakby bez przekonania. Ale, i tak docierają do krótkiej fazy wrzasków i pisków. To, co ich jednoczy u kresu podróży, wydaje się mieć rockowy posmak, a może jednak, to post-jazzowy sposób myślenia.


*) Wg wstępnych ustaleń duet Hadow & Serries zagra koncert w Poznaniu, 12 lutego 2022 roku. Klub Dragon i niniejsze łamy serdecznie zapraszają!



wtorek, 16 października 2018

Colin Webster’ Raw Tonk! Ideal Principle & Static Garbled Dreams!


Londyński label Raw Tonk Records, prowadzony przez saksofonistę Colina Webstera, nie zwalnia tempa. Niemal każdy miesiąc przynosi premierę płytową, która nie pozostaje bez echa także na łamach Trybuny.

Dziś czas na premierę sierpniową i wrześniową. Muzyka na nich zawarta nie jest bynajmniej wakacyjna, ani wczesnojesienna, przynosi bowiem dwie porcje znakomitego free improve/ free jazz, zrealizowane przez muzyków doskonale nam znanych i lubianych. Nam czyli twórcom i czytelnikom tych łamów, bo reszta świata wciąż nie nazbyt silnie zdaje się doceniać wysiłki artystów, którzy maczali palce w powstaniu dwóch nowych nagrań Raw Tonk. A bez cienia wątpliwości, ósemka muzyków, którzy zostaną za moment wylistowani w roli podmiotów wykonawczych, to creme de la creme współczesnej europejskiej muzyki improwizowanej.




John Dikeman/ George Hadow/ Dirk Serries/ Martina Verhoeven/ Luis Vicente  Ideal Principle

Na początek trafiamy do Sunny Side Studio, w brukselskim Anderlechcie, jest luty 2016 roku. Muzycy: John Dikeman – saksofon tenorowy i altowy, George Hadow – perkusja, Dirk Serries – gitara elektryczna, Martina Verhoeven – kontrabas oraz Luis Vicente – trąbka. Odsłuch pięciu zwinnych improwizacji zajmie nam 48 minut i 22 sekundy.

One. Muzycy rozstawieniu w studio, od lewej do prawej, jak w tytule wykonawczym płyty. Intro stanowi cicha, sonorystyczna ekspozycja saksofonu i trąbki. W ramach subtelnego backgroundu, świetną robotę czynią od samego początku gitara i kontrabas. Nie sposób nie docenić także mikro drummingu. Skupienie, dokładność, precyzja i smyczek, który zdaje się siać na strunach coś na kształt rytmu. Na czele orszaku muzycznych ornamentów, błyskotliwy od samego startu Vicente. Jeśli poprzednią płytę tego kwintetu, która zawierała koncert z amsterdamskiego klubu Zaal 100, moglibyśmy zaliczyć do silnie free jazzowej wprawki, nastawionej na strukturalny kolektywizm, to nowa podróż zdaje się stąpać dalece odważniej po gruncie swobodnej, w pełni wyzwolonej improwizacji. Dodatkowo, indywidualna postawa każdego z instrumentalistów konstytuować może tezę o artystycznym progresie każdego z nich, na przestrzeni okresu, jaki upłynął od poprzedniego nagrania. By nie być gołosłownym – intrygujący, gęsty, zaplątany w struny flow Dirka (trochę jakby quasi rockowa wersja Baileya), mocny, męski tembr kontrabasu… Martiny (prawdziwa królowa tego instrumentu!), pasaże Johna i Luisa, które zdobią każdą minutę tego nagrania, wreszcie skrupulatność i pewność na stołku drummerskim George’a. W 6 minucie narracja jest już gęsta, jak ołów. Cała maszyna pięknie pracuje. Po kolejnych dwóch minutach muzycy fundują nam błyskotliwe wybrzmiewanie, tu czynione głównie za sprawą kontrabasu i trąbki, także przy udziale bystrego saksofonu i rezonujących talerzy. Oniryczny nastrój, z którego wykluwa się kolejna opowieść. Bardzo filigranowa, ze smykiem, który zdaje się ustawiać wszystkich po kątach. Brawo! A napięcie wciąż rośnie. W 13 minucie świetna ekspozycja saksofonu, a cały kwintet znów pędzi na pełnych obrotach. Na finał moc gitarowych akcentów i jęki kontrabasu. Jakże doskonałe 20 minut już za nami. Two. I ta introdukcja startuje z poziomu ciszy. Dęte prychania, mały sound kontrabasu, talerze i ambient wprost z gryfu gitary. Choć inna, to równie urocza, płynna narracja. Sonore z obu tub po prostu wyśmienite. Niespełna trzyminutowa perła! Three. Na wejściu skory do hałasowania saksofon, równie zadziorna gitara, rezonans talerzy i werbla, prychanie trąbki, kontrabas z palca, który stawia stemple - krocząca, dostojna improwizacja. Odcinek trzeci zdaje się szukać inspiracji w high quality jazz. Frazy Johna smakują wręcz krwistym bebopem. To on pełni tu rolę wiodącą. Oczywiście kierunek ekspozycji - jak najbardziej free. Po paru chwilach Martina chwyta za smyczek i ponownie stawia towarzystwo do pionu. W tle uroczy półambient Dirka. Na prawej flance, bardzo stylowo, choć dość separatywnie, zawłaszcza przestrzeń trąbka Luisa. Saksofon ponownie stawia stempel, a gitara drży rockowo. Prawdziwie wyzwolony powrót do klimatu pierwszej płyty kwintetu. Four. Na wejściu solowy, wysoki flow altu. Wsparcie od small drummingu (Hadow, mistrz w tej dziedzinie!). Spokojna gitara, kontrabas pizzicato, a sama opowieść znów pachnie dobrym jazzem. Vicente wchodzi dopiero w 3 minucie, tembr jego instrumentu jest czysty, dostosowany do sytuacji scenicznej. Muzycy (to zdaje się być ich znak rozpoznawczy w tej konfiguracji personalnej) zaczynają zmysłowo kleić się do siebie, a sama narracja gęstnieje już niemal samoczynnie. Uwalniają frazy, zamykają oczy i robią krok w przepaść. Znów wspólne pasaże Johna i Luisa smakują doskonałością. Na wybrzmieniu mieniące się złotem talerze George’a. Five. Jeśli mamy finał, to nogi muzyków delikatnie odpuszczają na pedale gazu. Saksofon i trąbka - papużki nierozłączki, deep drumming, gitara z pogłosem, szczypta psychodelii na dobre zakończenie. Piękne, długie strumienie dźwięków. Smyczek wyłania się z tej mocy, jak feniks z popiołów i wieńczy doskonałą płytę!




Colin Webster/ Andrew Lisle/ Otto Willberg  Static Garbled Dreams

Tym razem Londyn i miejsce zwane Soundsavers. Dokładna data spotkania nieznana. Colin Webster – saksofon altowy, Andrew Lisle – perkusja oraz Otto Willberg – kontrabas. Ponownie pięć improwizacji, czas trwania – 46 i pół minuty.

One. Z nagraniem wita nas szorstki, twardy, zaczepny tembr saksofonu altowego. Tuż obok równie wyrazisty, traktowany smyczkiem kontrabas. Wciśnięta pomiędzy nich perkusja, która od startu buduje zwinne pajęczyny i nici porozumienia. Strukturalnie bogata, swobodna narracja, prowadzona w dynamicznym tempie. Free jazz z barokowym smyczkiem na mocnym speadzie, wszystko czynione na poziomie artystycznym budzącym szacunek słuchacza. Ekspresja wciąż na krzywej wznoszącej! W 6 minucie napotykamy na solową ekspozycję kontrabasu. W komentarzu pierwsza sonorystyczna wycieczka altu. Wszystko, co dzieje się  pomiędzy tymi muzykami, doskonale jest ze sobą skomunikowane. Na takim bystrym interwale rodzi się nowa narracja, nieco mniej dynamiczna, nastawiona na  silne interakcje. Kontrabas brnie palcami, drumming na progresie, a alt pełen zaśpiewu. Two. Prychy z tuby, na stołku mały dobosz – duetowa introdukcja. Na dużej ekspresji, z turbodoładowaniem. Po 90 sekundach, dalece tanecznym krokiem podłącza się kontrabas. Free jazz tak gęsty, jakby świat miał się za chwilę skończyć! Brawo! Muzycy idą w zmysłowy galop. Po chwili, dobry moment na solo kontrabasu, nie bez wsparcia perkusji. Powracający, jakże płynny alt, wyhamowuje nieco narrację, błyskotliwie finalizuje cały odcinek i bez zbędnych przerw przechodzi do kolejnego... Three. Muzycy stają w jeszcze silniejszym zwarciu. Płynną intensywniej, kolektywniej, stawiając na 200% demokrację w zakresie podejmowania decyzji dramaturgicznych. Komunikacja osiąga stan telepatyczny. W 4 minucie alt wpada w ekstazę! What a game! Tuż po niej, chwila relaksu przy kontrabasie (co za brzmienie!), wspieranym perkusyjnie. Nie pytajcie, co dzieje się, gdy alt powraca. Power hot trio! Four. Czas na konstruktywny stopping! Zaśpiew altu, stemple kontrabasu, talerze w bojaźni i drżeniu. Smyczek szuka zaczepki i próbuje intensyfikować improwizację, ale ta pozostaje spokojna. Pojękiwania, grzmoty i mlaskania. Saksofon łagodny jak baranek. Na finał całusy z tuby, slajsy ze smyka – rodzaj uroczego akustycznie call & response. Znów brawo! Five. Razem, kolektywnie po finałowe złote runo! Alt znów śpiewa, kontrabas i perkusja kreują sytuację rytmiczną. Doskonały moment drummera! Potem chwila grozy z gryfu kontrabasu. Dynamika narracja rośnie, tekstura pęcznieje. Kolejny świetny dialog altu i kontrabasu, który za moment staje się już … trialogiem. Muzycy są już równie upoceni, jak na początku płyty. Znów kontrabas czyni cuda, znów podpiera się świetnym small drummingiem (7 minuta). Na to wszystko wchodzi rozszalały alt! Komentarz solowy kontrabasu i ponowny powrót altu. Recenzent nie nadąża z notowaniem wrażeń. Finał płyty zdominowany przez Webstera i Willberga. Wybrzmiewanie na ostatniej prostej pachnie geniuszem!



wtorek, 2 października 2018

Dirk Serries’ Tonus! A New Celebration Has Started!


Usually when someone says a thing is too simple, they’re saying that certain familiar things aren’t there. - Donald Judd (1965)

Tonus – literalnie: siła mięśni, ale także rodzaj systemu muzycznego, który w procesie tworzenia dźwięków przykłada takie samo znaczenie nutom, jak i przestrzeni pomiędzy nimi.


57:39, Intermediate Obscurities I

Miejsce i czas: Dommelhof, Neerpelt (Belgia), nagrane na żywo, 16 listopada, 2017. Muzycy: Jan Daelman – flet, George Hadow – perkusja, Dirk Serries – gitara akustyczna,  Martina Verhoeven – fortepian, Nils Vermeulen - kontrabas, Colin Webster – saksofon altowy.

Bazą dla prowadzenia rozbudowanej narracji, opartej na swobodnej improwizacji, ale także dyscyplinie, kontrolowaniu emocji i antycypowaniu zdarzeń na scenie, jest leitmotif grany przez pianistkę. Kluczem do zrozumienia przedsięwzięcia artystycznego zdaje się być przyjęta przez muzyków metoda twórcza, oparta na strukturalnym minimalizmie - akord piana, rezonans talerza, plusk gitary, szmer z tuby altu i fletu. Opowieść budowana jest z pojedynczych fraz instrumentów strunowych i fortepianu oraz nieco dłuższych interwałów instrumentów dętych. Misterna pajęczyna akustycznych dźwięków i duże porcje umiejętnie dozowanej ciszy. Rodzaj abstrakcyjnej kameralistyki, wtłoczonej w proces kolektywnej improwizacji. Narracja prowadzona w oparach dychotomicznego minimalizmu, który nie pęta jednak inwencji muzyków, ale wręcz ją kreuje. Pytanie recenzenta o zasięg i charakter predefinicji samego procesu improwizacji pozostaje na ten czas retoryczne.

Czas zdecydowanie pracuje na korzyść naszej percepcji, zwłaszcza, że struktura dźwięków generowanych przez szóstkę muzyków gęstnieje (choćby rozbudowany dron Webstera w 12 minucie), ma swoje punkty przegięcia, momenty stopowania i twórczego restartu. W sumie najmniej dźwięków zdaje się wydawać sam Serries, który dyskretnie czuwa nad przebiegiem spektaklu, być może także prowadzi małą dyrygenturę. Uroda długich dźwięków fletu i altu, ulotność fraz perkusisty (Hadow dużo wnosi do tej historii – drży, szeleści, kontrapunktuje), także kontrabasisty, konsekwentna repetycja pianistki. Saksofonista, co rusz zdobi przestrzeń drobinami swoich z trudem tłumionych emocji – małe drony i skrawki ekspresji. Jak na przyjętą konwencję minimalistyczną, opowieść toczy się wartko, ma wiele smaków i ozdobników. Oczywiście repetycja jest tu narzędziem dominującym. W 30 minucie na gryfie kontrabasu bodaj po raz pierwszy pojawia się smyczek. To nowy element, który zaczyna dominować w procesie improwizacji i będzie to czynić nad wyraz konsekwentnie już do końca koncertu. Dobrze wspomagają go coraz silniej rezonujące talerze. Druga część spektaklu obfituje w większą ilość sustained pieces. Jakość ekspozycji zdaje się rosnąć w oczach! Po 45 minucie dostrzegamy pierwsze symptomy wygaszania narracji, ale nie wszyscy muzycy są w tym dziele równie zdeterminowani. Interwały zdają się być dłuższe, a tworzenie dźwięków odbywa się w jeszcze większym skupieniu. Chyba tylko rozochocony smyczek kontrabasisty zgłasza tu zdanie odrębne. Złowieszczo grzmi choćby w 48 minucie. W samym finale rola Vermeulena jest również kluczowa. Dalece wyraziste pasaże fletu i altu. Oto, jak kameralistyka delikatnie wpada w ogień. Końcowa cisza zostaje wszakże osiągnięta bezkonfliktowo.




45:20, Intermediate Obscurities IV

Miejsce i czas: Hundred Years Gallery, Londyn, nagrane na żywo, 14 stycznia 2018. Muzycy: Cath Roberts – saksofon barytonowy, Dirk Serries – gitara akustyczna, Benedict Taylor – altówka, Tom Ward – klarnet basowy, Colin Webster – saksofon altowy, Otto Willberg – kontrabas.

Początkowa sekwencja dźwięków jest następująca – gitara, kontrabas i saksofon. Muzycy improwizują wedle wskazówek graficznych przygotowanych przez gitarzystę. Ponownie dyktat pojedynczych fraz, wspieranych minimalnie dłuższymi wypowiedziami klarnetu basowego. Onirycznie, tajemniczo, więcej odcinków sustained niż w trakcie pierwszej części Intermediate Obscurities. Serries stawia małe stemple, reszta płynie dość zwinnie, nie unikając wszakże punktów przystankowych. Struktura dronów, jakie wydają z siebie muzycy jest dalece interesująca – trzy wyraziste dęciaki i kontrabas ze smykiem mają swoją moc i dar przekonywania. Jakby mniej minimalizmu, więcej upiornej i nie rzadko błyskotliwej filharmonii. Baryton i klarnet basowy, niczym mur chiński, nie biorą tu jeńców. W 17 minucie cały sekstet staje w głębokiej ciszy. Serries pojedynczymi akordami nawołuje do nowych ekspozycji. Fragment niemal zatopiony w głuchej bezdźwięczności. Altówka – chyba o niej zapomnieliśmy! – gra tylko długie dźwięki i wtapia się w dęty obraz sytuacji scenicznej. Gdy nagle wszyscy muzycy wypuszczają oddech, ekspozycja potrafi być nawet głośna. W 24 minucie alt Webstera próbuje szarpać strukturę narracji, ale nie znajduje specjalnego posłuchu wśród pozostałych improwizatorów. Po chwili kolejny pasus ciszy wyznaczy start nowej opowieści. Okazuje się, że hałas potrafi być od tejże ciszy jedynie nieznacznie oddalony.

Podobnie, jak w trakcie pierwszej części sekstetowego Tonusa, w połowie koncertu bardziej aktywną postawę zaczyna prezentować kontrabas. Ryje głębokie bruzdy w ziemi, ostrym jak brzytwa smyczkiem. Faktura dronów gęstnieje, choć pojedyncze ich pasma wydają się bardziej separatywne. Bez problemu jesteśmy w stanie rozpoznać poszczególne instrumenty (zwłaszcza alt Webstera). Docenić należy urodę pasaży generowanych wspólnie przez altówkę i kontrabas. 40 minuta, to początek tłumienia emocji. Strunowce szukają inspiracji w okresie późnego baroku, dęciaki dmą niczym filharmonia w trakcie napisów końcowych. Na ostatniej prostej niespodziewanie tembr sekstetu ponownie gęstnieje, przypomina pomruk stada wygłodniałych niedźwiedzi. Finał opowieści jest definitywnie piękny, tak w wymiarze akustycznym, jak i dramaturgicznym. Trwały niepokój bardzo swobodnych dronów. Koniec jest nagły i dotkliwy.




54:42, Texture Point

Miejsce i czas: Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, 9 grudnia 2017. Muzycy: Dirk Serries – gitara akustyczna, Benedict Taylor – altówka, Martina Verhoeven – fortepian.

Texture I. Akord piana, szmer strun na gryfie altówki, akord gitary. Sekwencja działań jest przejrzysta i stała w trakcie całej, czteroczęściowej ekspozycji. Wracamy do punktu wyjścia Tonusowej przygody, czyli motywu wprost z klawiatury fortepianu. Piękna sonorystyka Taylora na tle punktów kierunkowych, generowanych metodą ultra minimalistyczną przez jego partnerów. W stosunku do nagrań koncertowych, tu w studiu, dźwięk piana osiada jakby głębiej w przestrzeni spektaklu, altówka szuka brudnych, wysokich, nieco szorstkich fonii, nie stroniąc od pizzicato, a gitara zdaje się pracować na niższych strunach. Na finał pierwszej części błyskotliwy pasaż Taylora, przykład sonorystyki, która znajduje swój blask w posmaku industrialu. Serries przeplata akordy – raz pojedyncze, innym razem bardziej rozbudowane.

Texture II. Piano o stopień niżej, ale jeszcze delikatniej. Altówka płaska, znów pełna sonore. Gitara szuka dźwięku pomiędzy strunami, jakby pozbawiona była stroju. Narracja zdaje się być nieco bardziej zwarta, muzycy czują swoje oddechy na plecach, choć sama formuła improwizacji pozostaje bez zmian. Pianistka from time to time gra nawet 2-3 akordy w jednej sekwencji. Taylor pozwala sobie na prawdziwie czyste dźwięki. Każdy jego antrakt pachnie akustycznym wyniesieniem.

Point A. Intro jest udziałem altówki, szum niczym kołowanie samolotu. Akord piana - tym razem bardziej basowy. Gitara bez zmian, gra głównie ciszą. Odrobina preparacji na strunach piana, za to altówka wręcz pogwizduje! Drży i niesie złe wieści! Pudło rezonansowe największego z instrumentów daje o sobie znać. Pasaże Taylora zdają się być nieco dłuższe niż poprzednim razem. Instrument Serriesa zrobił się zaś tak suchy, że aż trzeszczy. Ujmuje nas nad wyraz gęsta narracja, jak na formułę minimal improve, konstytuującą do tej pory działania Tonusa. Altówka ma ochotę pohałasować, piano wybrzmiewa tylko matowymi młoteczkami, gitara trzyma pion - bodaj najpiękniejszy moment tego dysku, może nawet całego czteropłytowego zestawu Tonusa.

Texture III. Na wejściu aż dwa akordy piana. Altówka startuje z poziomu ciszy. Gitara tuż obok. Narracja zdaje się być bardziej rozmyta, z dużą przestrzenią ciszy pomiędzy dźwiękami. Ta opowieść potrwa 20 minut, muzycy mają zatem naprawdę dużo czasu. Struny altówki śpiewają, a jej mała ekspozycja wręcz tryska urodą. Dużo echa, sporo pogłosu. Mikrobiologia dźwięków. Martina i Dirk, konsekwentni do upadłego, Benedict momentami nieco na przekór, szuka intrygi, jest czujny i wymagający. W 10 minucie stawia kolejny stempel doskonałości. Raz za razem wystawia frazy bliskie akustycznego geniuszu. Akompaniament piana i gitary znacząco podkreśla całe zjawisko. Na ostatniej prostej Taylor skrobie struny, gra suchy ambient. Piękne!




34:06, Cagean Morphology

Miejsce i czas: Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, 10 marca 2018. Muzycy: Dirk Serries – gitara akustyczna, Martina Verhoeven – fortepian.

Po dwóch sekstetach i jednym trio, na sam finał Tonusowej epopei, wracamy do bazy fonicznej całej koncepcji. Tylko akord piana i akord gitary, a pomiędzy nimi ogromne połacie białej, lekkiej jak puch ciszy. Cage przywołany w tytule tej części, nie wymaga uzasadnienia. Jakby muzycy wykonywali jego 4:33, przypadkiem podkreślając dramaturgię spektaklu pojedynczymi dźwiękami. Piano z dużym pogłosem, gitara zdana jedynie na swe niezbyt duże pudło rezonansowe. Akordy Martiny nieco dłużej wybrzmiewają, akordy Dirka giną w sekundę po ich ujawnieniu. Sporadycznie ta pierwsza pozwala sobie zagrać więcej niż jeden dźwięk w trakcie pojedynczej sekwencji. Ten drugi raczej stroni od takich ekstrawagancji. Ekspozycja pełna Morfologii Cage’a z pewnością dostarcza nam więcej ciszy niż samych dźwięków. Na poziomie konceptualnym – pełna akceptacja, na muzycznym – płyta do przetrwania.


Tonus Intermediate Obscurities I + IV  (2CD, A New Wave Of Jazz, 0015)
Tonus Texture Point (CD, A New Wave Of Jazz, 0016)
Tonus Cagean Morphology (CD, A New Wave Of Jazz, 0017).

Premiera wydawnictw będzie miała miejsce 13 października 2018 roku, na specjalnym koncercie TONUS Dirk Serries ‘50’ w klubie de Singer (Rijkervorsel, Belgia). Dwa tygodnie później podobne wydarzenie będzie miało miejsce w londyńskim Cafe Oto.

4 października Dirk Serries obchodzi 50 urodziny. Happy Birthday, Dirk!


wtorek, 18 września 2018

Zwerv! Music From Any Moment! Wandering Souls of Improve!


W dość swobodnym tłumaczeniu z niderlandzkiego określenie Zwerv, to rodzaj wędrówki, podczas której nietrudno zabłądzić, oznaczać może także błąkanie się bez celu. To także skrót od nazwiska Henka Zwervera, holenderskiego gitarzysty, który wspólnie z kolegami z kilku krajów, prowadzi improwizowany ansambl o nazwie… Zwerv.

W dorobku formacji odnajdujemy dwie pozycje. O pierwszej z nich już tu pisaliśmy (Live, 2017), nie szczędząc ciepłych słów recenzenckiej egzaltacji. Najnowsza zaś zwie się Music From Any Moment i za moment rozłożymy ją na czynniki pierwsze. 

Odsłuch/ odczyt nowej płyty jawi się tym ciekawiej, iż Zwerv rozrósł się, w stosunku do debiutanckiej płyty, z kwintetu do septetu. Zestaw instrumentalny uzupełniły bowiem puzon i fortepian.




Szybko zatem zaglądamy do środka! Doskonale nam znany amsterdamski klub Zaal 100, połowa grudnia ubiegłego roku, wiele wskazuje na to, iż incydent miał miejsce bez udziału publiczności. Na scenie: Ziv Taubenfeld – klarnet basowy, Luis Vicente - trąbka, Salvoandrea Lucifera – puzon, Henk Zwerver - gitara, Nico Chientaroli - fortepian, Raoul van der Weide – kontrabas i obiekty, George Hadow – perkusja.  Płytę od ubiegłego miesiąca udostępnia portugalski Creative Sources - 8 swobodnie improwizowanych opowieści, ponad 56 minut muzyki.

Pieśń otwarcia zdobi niebanalna introdukcja wprost ze strun gitary i klawiszy delikatnego piano. Tuż obok, jak zwykle niepowtarzalny van der Weide ze swym ogromnym kontrabasem i okablowanymi obiektami różnej proweniencji. Po około 2 minutach do gry wchodzi klarnet basowy, trąbka, puzon i perkusja. Swawolny septet pozwala sobie na skromny galop, ale w pełnym rynsztunku. Już gęsto, tudzież narowiście! Free jazz as well! Na finał ostro atakuje Vicente, a zaraz potem błyskotliwe hamowanie.

Kolejną opowieść rozpoczyna inny duet. Tym razem perkusja i trąbka droczą się ze sobą w estetyce small & slowly improve in sonore, silnie akcentując urodę minimalizmu. Po 3 minutach rozbłysk strun – jakże piękny kontrapunkt! Nie pierwszy przykład doskonałej komunikacji wewnętrznej. Narracja toczy się wedle zasady – jeden lub dwa instrumenty grają bardziej wyeksponowane quasi solowe pasaże, pozostali muzycy energicznie konweniują w tak zwanym tle. Bystry recenzent dostrzega znamiona swojej ulubionej metody call & response. W 8 minucie stemple jakości przystawia klarnet basowy! Reszta też już zagotowana – emocje ekspozycji w zenicie! Pod koniec piękny komentarz Zwervera, niczym Bailey w stadium multiplikacji.

Trzecia – słowo wstępne należy do trąbki i klarnetu basowego. Potem bardziej niż dotychczas wyrazisty puzon i bystre piano. W backgroundzie istotnie wartościowe skwierczenie obiektów, opartych o rozgrzane struny kontrabasu. Kolejna gęsta, choć tym razem mniej dynamiczna opowieść. Bezwarunkowy kolektywizm i zwinne reagowanie – to zdają się być najważniejsze atrybuty tego septetu. Recenzent zastanawia się, czy muzycy cokolwiek predefiniowali przed wejściem na scenę. 3 minuta i ostry pasaż piana w estetyce Schlippenbacha, także świetna kooperacja z gitarą. Ponownie mocna ekspozycja na finał i błyskotliwa kipiel w trąbce.

Czwarta piosenka jeszcze bardziej tłumi dynamizm płyty. Wstęp ze strony perkusjonalii i dronów z obiektów. Dzwonki, talerze, drżący kontrabas! Piękne! Reszta podłącza się nieśpiesznie, raz jeden, raz drugi. Doskonałe small deep sonore ze strony Vicente. Także ciekawe pląsy na gitarze. Jakże kwiecista, przykuwająca ucho narracja. Małe frazy, igraszki w podgrupach, słuchaj i reaguj. Tuż potem mocny, niski pasaż z kontrabasu, trwający moment klarnetu basowego i minimalistyczna gitara. Na finał dysząca trąbka i zwinne palce na gryfie kontrabasu.

Piąta improwizacja zaczyna się dość nietypowo – cały septet startuje na raz! Rytm, dynamika, szczypta jazzu dla złaknionych konwencji (czyżby z kartki?). Doskonałe mikro eskalacje każdego z muzyków. W 3 minucie tempo rośnie niebywale – rapid free! 4 minuta i klarnet basowy wrze w podstawach. Obok piano, kontrabas i perkusja, niczym jurna, hard-bopowa sekcja.  Szybkie zejście do finału, już w piątej minucie.

Szóstka, to struny i trąbka na wejściu, nie byle jaka sonorystyka! Udana sekwencja fortepianu, która porywa do marszu cały septet. Kanty, narożniki, zawijasy. Powolny w ruchach klarnet basowy. Kind of slide guitar, małe piano, bystry drumming, trąbka zaplątana w rytm. Gęsta, zwinna, jakże swawolna narracja. Klarnet ciągnie piękną ekspozycję, silnie wspiera go puzon. Także gitara i kontrabas. Doskonała kooperacja w każdym momencie!

Intro wprost z wnętrza fortepianu i szumy ze strony dęciaków – tak zaczyna się przedostatnia opowieść. Kolejny moment bardzo głębokiej sonorystyki. Piękna robota – klarnet basowy po lewej, trąbka po prawej! Smoliste struny kontrabasu. Dużo spokoju i metafizyki. W 8 minucie napięcie jednak rośnie. Interakcje w mgnieniu oka - puzon, gitara, chytre piano! Treściwa praca kontrabasu i perkusji. Na finał znów free jazz pełną gębą. Z przytupem!

Na ostatniej prostej sto dwadzieścia sekund zadziornej ekspozycji – dyszące tuby, głos ludzki, gitara, piano. Gęsto od dźwięków – siedem ognisk zapalnych. Prawdziwe trzęsienie ziemi.



środa, 14 marca 2018

Gonçalo Almeida and his black & white Cylinder! The label overview!


Znacie cały katalog netlabelu Cylinder Recordings? Nie? Spory błąd!

Konieczna staje się zatem ściągawka, zarówno dla tych, którzy nie wiedzą, cóż to za inicjatywa, jak i dla tych, którzy wiedzą, ale nie poznali jeszcze wszystkich elementów składowych.

Uważni Czytelnicy Trybuny oczywiście doskonale rozpoznają Gonçalo Almeidę. Wiedzą, iż gra na kontrabasie, gitarze basowej i wyśmienicie improwizuje. Że jest Portugalczykiem, ale mieszka w Rotterdamie. Że od kilku lat prowadzi Cylinder Recordings i publikuje tam swoje nagrania w przeróżnych konfiguracjach personalnych.

Dokonamy dziś przeglądu wydawnictw Cylinder Recordings, w ramach którego, od marca 2015 do lutego 2017 roku, ukazało się w sumie 16 tytułów. Omówienie katalogu zaczniemy od dwóch najświeższych pozycji. Pierwsza z nich, nie ukrywamy, jest ulubioną cylindrową płytą Pana Redaktora, tuż obok tej, którą przypomnimy na samym końcu. Nad drugą nowością także warto zwiesić nie jedno ucho! Potem zagłębimy się w kilka improwizacji z dęciakami, w przypadku których, wybór tych bardziej wartościowych nie będzie wcale tak oczywisty, jak wskazywałaby na to pobieżna lektura danych personalnych uczestników tychże spotkań. W dalszej kolejności posłuchamy muzyki zaplątanej w kable, przy czym – od razu zastrzegamy – być może, to najlepsze dawki improwizacji z udziałem elektroniki, jakie przewinęły się w ostatnich kwartałach przez odtwarzacze redakcji. Nadstawimy także ucha nad improwizacjami stricte strunowymi. Na finał zaś przypomnimy recenzje płyt CR już wcześniej publikowane.

  
Piętnastka i szesnastka na dobry początek

(CR015) Out Room  by Luis Lopes (gitara), Gonçalo Almeida (kontrabas) & Rogier Smal (perkusja). Nagranie studyjne z kwietnia 2016 roku (De Nieuwe Ruimte); 3 utwory, 33 minuty bez kilku sekund.




Wprowadzenie kontrabasu i perkusji charakteryzuje się spokojną poetyką, ma dość jazzowe flow. Gitara pojawia się, niezwykle nieśmiało, dopiero w 3 minucie improwizacji. Skupiona, precyzyjna ekspozycja talerzy w oparach ciszy. Lopes stawia drobne, gitarowe znaczniki na błyskotliwym walkingu Almeidy. Proces dynamizacji rozpoczyna się w 5 minucie. Zwarta narracja, w której udział rozgrzewającej się gitary rośnie z minuty na minutę. Pod koniec utworu smyczek na gryfie kontrabasu buduje artystyczny zadzior, który dodatkowo komplikuje strukturę narracji. W tle zmyślne repetycje Lopesa, dziergane mikroakordami. Fragment drugi (uprzedźmy wydarzenia – kluczowy dla jakości płyty i najdłuższy) rozpoczynają sonorystyczne igraszki – świst strun, polerowanie powierzchni płaskich, smyk i szczypta psychodelii wprost z dna morza. Drobny, ale niezwykle aktywny drumming. 3 minuta stawia na agresywny kontrabas. Tymczasem gitara ucieka w blue-ambient, błyskotliwie rezonuje na dużej przestrzeni. Wyjątkowo urocza ekspozycja całego tria – niski smyczek, symultaniczna gitara i precyzyjna perkusja (small like Smal!). Brawo! 6 minuta, solo Almeidy, znów niski i mocny tembr. Lopes ślizga się po strunach, background Smala znów wyśmienity! Gitarzysta eskaluje się na tle tłustego i sfuzzowanego kontrabasu. Power noise metal improve! Gdy zostaje na moment sam, rżnie niebywałe solo i stawia stempel doskonałości na 10 minucie tego nagrania. Tuż po nim, spokojny dialog drum & bass, snuty jednakże w dalece niepokojącym stylu. Wspaniała mantra z ornamentami gitary nie zwiastuje wcale końca utworu, lecz początek nowej, jeszcze bardziej ekscytującej narracji. Piękny surfing na gryfie sześciostrunowca. Pachnie zdrowym fussion! A prawdziwe wybrzmiewanie dopada nas dopiero po 15 minucie. Na finał płyty spora dawka rytmu z kontrabasu, pulsująca gitara w metalicznej repetycji i small drumming Smala. Almeida na przedzie orszaku, reszta tworzy zjawiskowy background. Rolę nadającego rytm przejmuje perkusista, co stwarza przestrzeń dla genialnych wprost improwizacji obu strunowców, silnie ze sobą skorelowanych, łeb w łeb. What a game! Dirty dancing! Szaleństwo na gitarowych przetwornikach pcha nas niechybnie ku finałowi. Na wybrzmieniu, perkusja i kontrabas podsumowują niezwykłą sesję nagraniową.


(CR016) Duas Margens  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Raoul van der Weide (kontrabas, obiekty). Koncert z Pletterij (Harlem), z marca 2016 roku; 1 utwór, 26 i pół minuty.




Spokojne pizzicato na obu gryfach miękko wprowadza nas w klimat koncertu na dwa duże strunowce. Odrobina wzajemnych imitacji, szczypta separatywnych ekspozycji. Głębokie, bardzo niskie brzmienie. Pierwszy przejaw bardziej dynamicznych działań, to 3 minuta. Trochę agresji, sporo technicznych fajerwerków, akcenty perkusjonalne. Szczera rozmowa starych przyjaciół, którzy ciągle mają sobie dużo do powiedzenia. 6 minuta, to gong, który obwieszcza zejście do strefy sonore. Kontrabas na lewej flance ma już smyczek w użyciu, tnie dźwięki na nierówne połowy. Prawy po chwili czyni dokładnie to samo. Ostra, swingująca polerka! Nawet perkusjonalne szczoteczkowanie i dźwięki imitujące dęciaki. Prawdziwa orkiestra! Taniec we dwóch – teraz jeden z nich płynie bardzo nisko, drugi zaś wysoko. Piękny dysonans! 14 minuta, fragment kropelkowej improwizacji, prowadzonej jednak przez obu muzyków bardzo energicznie. Kolejne zejście w sonorystyczną głębię ma smak i klasę, zwłaszcza, że wykluwa się z tego krótki pasaż wręcz noise’owy. Po chwili znów ostro, z przytupem, w poszukiwaniu nowych, nawet perkusyjnych dźwięków. Tembr obu kontrabasów aż skwierczy. Whaw! Like harsh electronic! Do samego już końca występu, dużo błyskotek technicznych, szczególnie ze strony kontrabasu grającego nieco wyżej (Almeida?). Acoustic power drum & bass drones! Panowie potrafią doprawdy wszystko! Koniecznie sięgnijcie po ich starszy duet! A o nim parę akapitów niżej.


Kwartet, trio i duet

(CR004) Down the Pipe  by Daniele Martini (saksofon tenorowy, pętle i efekty), Lukas Simonis (gitara, pętle i efekty), Gonçalo Almeida (bas, pętle i efekty) & Marco Franco (perkusja). Siedem lat temu w Rotterdamie; 6 improwizacji, 40 minut bez kilkunastu sekund.




Już pobieżna lektura składu instrumentalnego sugeruje odbiorcy, iż w trakcie tego nagrania naprawdę dużo działo się będzie w wymiarze sound & noise. Każda sekunda tej muzyki konstytuuje poprzednią tezę. Gęste, jazz-rockowe improwizacje z elektroniką u boku. Gitara gotuje się od startu, sfuzzowany bass jątrzy, trzeszczy i buzuje energią. Wprowadzenie, choć spokojne, nawet dostojne, pełne jest metalicznego szczebiotu gitary, psychodelii i hałasu, który czai się za rogiem. Saksofon przyczajony na trzecim plamie, tryska dronowymi ekspozycjami, ale nie wchodzi w interakcje z gitarą i basem (bo któż śmiałby). Ta para idzie po swoje, nie bierze jeńców i doprowadza pierwszą improwizację do stanu wrzenia w okolicach 6 minuty. Błyskotliwa ściana dźwięku, silnie akcentowana dobrym, rockowym drummingiem. Odcinek drugi zaczyna dron z piekła rodem. Narracja stoi w miejscu, jak lepka, tłusta maź, która klei się do butów. Rodzaj elektroakustyki w estetyce black metal, pozbawionej, szczególnie na początku tempa. Gdy dochodzi dynamika, gdy narracja narasta, do gry wchodzi saksofon i podpala lont. Gitara czyni szaleństwa na gryfie, to jakby zasada tej płyty. Power improve! Finał fragmentu z niebywałą pyskówką obu wioseł. Trzecia improwizacja rodzi się przy umiarkowanie spokojnym flow gitary i perkusji. Ta pierwsza szuka rozwiązań bez konieczności eskalowania poziomu hałasu. Saksofon podaje dźwięki, jakby z zaryglowanej tuby. Śpiewa i tańczy. Perkusja ocieka dobrym rockiem. Narracja kroczy i stroszy pióra. Rytm plącze się pomiędzy silnym fuzzem basu, a metalicznie brzmiącą gitarą. Po raz kolejny, precyzyjna dynamizacja zostawia nas w obliczu ściany dźwięku na wybrzmieniu. Czwarty fragment od startu odbywa się przy aktywnym udziale saksofonu. Sekcja pogrywa i komentuje zmutowany tembr dęciaka. Delikatnie upalone brzmienie – boxed sound! Wejście basu, jak prawdziwe trzęsienie ziemi! Obok post-rockowa, wytłumiona gitara szybko łapie pętlę za pętlą. Free Noise Jazz Rock! Black Doom Fussion! Piąty zaczyna gitarowa… synkopa! Nawet z odrobiną swingu! Dynamicznie, energicznie, kolektywnie, a jakze! Rytm, tonacja, melodia podszyte krzykiem, zlepione rockowym nerwem. Wszystko czynione tanecznym krokiem, z gitarą, która co chwila wypuszcza niespodziewane dźwięki (cuda na kablach!). Na finał gitarowa huśtawka, rockowy drive, tłusta sekcja (Almeida – hardcore punk!). Gitara, nie po raz pierwszy, eskaluje się nieco separatywnie, ale to ona jest tu języczkiem uwagi, wnosząc do tej niebywałej opowieści pierwiastek czystego szaleństwa i niebanalnego dysonansu estetycznego. Na ostatni dźwięk – dużo hałasu, brudu i smrodu niebywałej urody!

  
(CR009) The Creature  by John Dikeman (saksofon tenorowy) Goncalo Almeida (kontrabas) & George Hadow (perkusja). Koncert z klubu Zaal 100, Amsterdam; 3 traki, 32 minuty bez parunastu sekund.




Gęsta sekcja (nie może być inaczej w obecności Almeidy!), niski kontrabas, twardy tenor, żywiołowy drumming. Free jazz od startu kapie muzykom z czoła, nie ma zaskoczeń, myśl pędzi za myślą. Walking Almeidy tłusty, zawłaszcza dużo przestrzeni fonicznej (po części to także efekt nieperfekcyjnej jakości dźwięku). W 7 minucie kontrabasista zmienia sposób artykulacji, snuje dość separatywną opowieść. Saksofonista dba zaś głównie o siebie i nie traci czasu na bliższe interakcje. Po 120 sekundach kontrabas milknie, a duet sax-drums snuje nieco spokojniejszą narrację. Po kolejnych kilku chorusach Dikeman zostaje sam i to jemu przypada w udziale sfinalizowanie pierwszego odcinka. Jego smutne swingi nie czynią nieba, ale zwinnie doprowadzają do startu drugiej opowieści. Długo oczekiwany powrót sekcji raduje nie jedną duszyczkę. Almeida i Hadow plotą wyrafinowane septymy i stawiają saksofoniście dość wysoko poprzeczkę. Ten zaś nie do końca potrafi wyzbyć się free jazzowej sztampy. Wzrost dynamiki cieszy recenzenta, ale być może zaciemnia obraz sytuacji scenicznej. Finał koncertu odbywa się przy śpiewie smyczka na gryfie, w towarzystwie komentującego drummingu, przy milczącym saksofonie. Muzycy dość szybko schodzą w wolniejsze tempa. Narracja gęstnieje, toczy się jak walec. W 6 minucie eskalacja saksofonu w wysokim rejestrze, czemu nie towarzyszą szczególnie gorące westchnienia recenzenta. Te ostatnie, znów dedykowane głównie świetnej robocie Almeidy i Hadowa. Ostatnia prosta z samotnym smykiem, to jakby upalony, zapodziany fragment muzyki dawnej. Wyjątkowo zaskakująca puenta!

  
(CR006) Into the Grey Zone  by Henk Bakker (klarnet basowy) & Gonçalo Almeida (kontrabas). Rotterdam ponad siedem lat temu, studio; 5 utworów, 26 i pół minuty z sekundami.




Barokowy kontrabas ze smyczkiem, kameralistyczny klarnet basowy w spokojnej, nieśpiesznej narracji. Jeśli klarnet wysoko, to kontrabas nisko. Bywa także odwrotnie. Bakker płynie na swym dużym dęciaku bardzo szerokim pasmem (intrygujące!). Eskalacja na gryfie jątrzy spokój balladowo nastrojonego klarnetu, mającego delikatne inklinacje w kierunku sonore. Próby interakcji metodą call & response, głównie z inicjatywy Almeidy. Gdy ten ostatni brnie w ciszę, reakcje klarnetu są bardziej niż ciekawe. Dużo subtelności, niuansów dramaturgicznych. Co chwila jest na czym zawiesić ucho, dużo zmienności w procesie improwizacji. Trzy pierwsze utwory tej płyty są jednym strumieniem dźwiękowym, co dobrze służy tej opowieści. Rodzaj zadziornej, niebanalnej kamerylistyki, która z procesu improwizacji czyni wartość dodaną. Udane imitacje, bystre interakcje (z obu już stron). Pomruki niedźwiedzie na wybrzmieniu. Czwarty tytuł budowany jest już zupełnie inaczej. Muzycy eksponują się separatywnie. Najpierw solo kontrabasu pizzicato. Potem klarnet w szumie. Tuż po nim gęsty ścieg strun, a dla przeciwwagi bardzo melodyjny klarnet. I tak na przemian, raz jeden, raz drugi instrument, za każdym razem nieco inne artykulacje. Razem grają dopiero w 8 minucie! I jak pięknie wybrzmiewają! Finał – smyk, szczypta uderzeń w pudło rezonansowe, wysoki i znów melodyjny klarnet. Rodzaj dość tanecznej rozmowy przy herbatce. Na wybrzmieniu, dobra, nisko zawieszona kameralistyka współczesna.


Spętani w kable

(CR010) Doze Ruínas  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Rutger Zuydervelt (elektronika, dźwięki dodatkowe). Studyjne dokonania z września 2015 roku; 12 traków, 18 minut i kilkadziesiąt sekund.

(CR012) Jangadas  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Rutger Zuydervelt (elektronika, dźwięki dodatkowe). Koncert z lutego 2016 roku; 1 trak, równo 20 minut, z zegarkiem w ręku.




Dwa spotkania duetu - błyskotliwie spajającego żywe dźwięki kontrabasu i syntetyczne ekscesy foniczne szeroko rozumianej elektroniki (także sample, live processing etc.). Najpierw dwanaście miniatur, potem koncert. W sumie mniej niż 40 minut muzyki, zatem warto zagłębić się niemal w każdy dźwięk. Sam zbiór miniatur jest niezwykle pasjonujący, choć każde z wydarzeń sprawia wrażenie szkicu, próbki dźwięku, nie do końca edytorsko okrzesanej. Poszukująca elektronika i wulgarny tembr kontrabasu na sam początek. Już w drugim epizodzie symbioza elektroakustyczna zostaje w pełni osiągnięta. Lekki pogłos, delikatna, oniryczna poświata, szczypta gadających sampli. W trzecim harsh attack! A kontrabas w roli imitatora. Nie brakuje zapachu dobrego post-techno, a loopy i amplifikacje, zdaje się, że są także udziałem Almeidy. W szóstym odcinku mamy już chyba do czynienia z real time processing, albowiem recenzent słyszy aż trzy kontrabasy, a wszystko na tle intensywnego skwierczenia sterty kabli. W siódmym napotykamy na drony, które zdobione są pojedynczymi dźwiękami perkusyjnymi. Urocze, jakże niebanalne improwizowanie, w trakcie którego nie trudno zagubić źródło dźwięku, choć w zderzeniu realnego instrumentu z zaawansowaną elektroniką, wydawałoby się to mało realne. W ósmym, znów dekonstrukcja żywych dźwięków dostarcza nam ogromu dodatkowych przyjemności fonicznych. Kind of post-double bass music! W dziesiątym, nie pierwszy atak harsh noise! Stan permanentnego zaskoczenia elektroakustycznego w obrębie wydawnictwa, które jest krótsze niż standardowa zawartość jednej strony winyla. Na finał coś na kształt muzyki post-ancient. Piękne, błyskotliwe! Dekonstrukcja baroku! Noise post-baroque!




Wszelkie ekscytacje recenzenta znajdą swoje odzwierciedlenie w nagraniu koncertowym tegoż samego duetu. Na starcie żwawy walking kontrabasu inkrustowany doskonałą post-elektroniką, także processing, post-produkcja żywych ekspozycji, cały czas na zasadzie komentarza, twórczego rozwijania pomysłu kontrabasisty. W 3 minucie piękne drony strunowca, jakby z drugiego planu, na które nakładają się inne drony, te już bardziej syntetyczne. W 7 minucie doskonałe zejście w ciszę. Sonorystyka na gryfie i dźwięki like dirty percussions. Niebywała, głucha meta przestrzeń, rodzaj elektroakustycznej ciszy. 9 minuta – molekularna improwizacja, która zwinnie zagęszcza się i dynamizuje (znów doskonałe dźwięki z kabla). W 14 minucie – dla odmiany – wyważony, dostojny pasaż niezwykle żywego kontrabasu na tle post-radiowego pogłosu, szumów charakterystycznych dla post-techno, tego klasycznie berlińskiego, dwie i pół dekady temu. Eskalacja, która następuje po chwili, ma wymiar czysto akustyczny, choć wiemy, że to nie może być zgodne ze stanem faktycznym. 17 minuta – rytm prosto z kabla wyznacza ramy zmysłowej improwizacji na wysokich, miękkich strunach kontrabasu. Na wszystko opada chmura pogłosu, dźwięki mutują się i ulegają jakby … autoprocesowaniu. Potencjometry są już uwolnione, a nasze uszy wypełnia ostatni, nierozpoznawalny dźwięk. Brawo! Wybiła 20 minuta koncertu.


(CR005) Live at OCCii by Jasper Stadhouders (gitara) & PQ (elektronika). Koncert z Amsterdamu, kwiecień 2014; 1 trak, 17 i pół minuty.




Uwaga, jedyna pozycja w katalogu CR, w której nie maczał palców Almeida! Jakkolwiek dokładnie nie wiemy, kto ukrywa się pod pseudonimem PQ… Krótki epizod koncertowy na hard electronic i naładowaną ogromną dawką pozytywnej energii gitarę elektryczną. Konwulsyjna narracja, tworzona jakby przez dwa istotnie upalone wiosła z dużą ilością strun. Klincz w półdystansie, który multiplikuje emocje i determinuje poziom ekspresji. Interlokutorzy ledwie dyszą, ale jadowicie kąsają. Noise vs. noise! Elektronika nie oddaje pola na potencjometrze! 3 minuta, to pierwszy oddech, klimat elektrycznego oniryzmu, sytuacji, w której każdy z muzyków szuka powodu do kolejnej zaczepki, pretekstu do nowej eskalacji. Ta ostatnia zgrzytliwa, ale niezbyt dynamiczna. Czasami muzycy tak zwinnie się imitują, iż można zagubić w kwestii używanego przez nich instrumentarium. Dobrze się słuchają, prawidłowo reagują. 10 minuta, to spora porcja industrialnej wręcz psychodelii na obu flankach. Oj, chciałby się więcej niż te skromne 17 i pół minuty! Na finał gitarowe pasaże ala punkowy The Ex! A wszystko na tle metalizującej elektroniki. Same fajerwerki! Brawo!


Strings

(CR008) Duets  by Nina Hitz (wiolonczela) & Gonçalo Almeida (kontrabas). Rotterdam, studyjnie, brak daty; 6 utworów, 31 i pół minuty.




Od pierwszej sekundy, skowyt strunowców na pogorzelisku. Wysoko, pod górę, strzeliste smyki snują delikatnie imitujące się opowieści. Muzyka dawna, wersja piekielna. Drugi fragment, paluchami po strunach, także moc dźwięków nieoczywistych w tej sytuacji scenicznej – szmery i szumy, groźne opowieści z krypty, kind of death sonore. Całość perfekcyjna akustycznie! Uszy płoną endorfinami! Wiolonczela brzmi jak kontrabas, kontrabas brzmi jak wiolonczela. Trzeci odcinek, repryza skowytu. Teraz jednak niżej, bliżej podłogi. Popołudniowa, klasycyzująca herbatka we dwoje, ale smyki schodzą tak nisko, że czar pryska, a wielbiciele free ancient improve aż krzyczą z zachwytu! Dostojne tempo, ale groźne i mroczne. Tak wita nas czwarta część tej historii. Brudny tembr, zimny pot na czole. Gęsto i siarczyście. We fragmencie piątym jesteśmy już naprawdę pod ziemią. Piękna sonorystyka, niemal ucieczka od dźwięku. Pizzicato na kontrabasie na moment przypomina nam, że jednak jesteśmy po stronie żywych. Barokowy dialog z zaszytym mikrorytmem, raczej na zasadzie kontrapunktu. Błyskotliwe dźwięki, które zdają się multiplikować – śmiało można już rozpocząć chocholi taniec. Najdłuższa, prawie 10 minutowa opowieść, która na wybrzmieniu przeradza się w prawdziwy konkurs piękności. Co za pasaże! Na finał głos kobiecy, moc obiektów różnych, szczypta kąpieli w sonorystycznym sosie, dużo pozytywnego szaleństwa. No i pokrętny rytm na ostatniej prostej, który konstytuuje bardzo wysoka ocenę dla Duetów.


(CR003) Dialogues,Quarrels and other Conversations  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Friso van Wijck (perkusja, instrumenty perkusyjne). Rotterdam, kiedyś; 1 fragment; 22 minuty i 21 sekund.




Niski smyczek na gryfie i agresywne akustycznie incydenty na rozbudowanym instrumentarium perkusjonalnym (głównie dotkliwe talerze!). Skowyt kontrabasu w opozycji do strunowych zachowań interlokutora, który także szarpie, od czasu do czasu, za bliżej nieokreślone … struny. Wycieczka w poszukiwaniu harmonii, której wszakże nikt chyba nie utracił bezpowrotnie. 4 minuta, odrobina rytmu z gryfu, pleciona akordami, komentowana przez ścianę orkiestry talerzy, która nie jest jednak wyposażona w narząd słuchu. Trudna akustyka w wysokich rejestrach, którą bezskutecznie próbuje okiełznać bardzo aktywny i kreatywny kontrabasista. Gdy Almeida sięga ponownie po smyk, druga strona jakby na moment traci rezon, a narracja nabiera wartości. Każdy fragment opowieści, w którym kontrabasista oddaje pole perkusjonaliście nie kończy się szczęśliwie. W 12 minucie duży strunowiec cudownie śpiewa, ale perkusyjny stukot skutecznie go zagłusza. Nastrój pryska, narracja nabiera hałasu w usta. Huta szkła?! Na finał dynamiczny walking kontrabasu na tle zbyt wysoko zestrojonych cymbałów. Ostatni dźwięk, jak kościelne wyniesienie. Szybko przechodzimy do kolejnej płyty…


(CR001) Monologues Under Sea Level  by Gonçalo Almeida (kontrabas). Rotterdam, kiedyś; 8 utworów, 35 i pół minuty.




Kontrabasowe pizzicato z melodią, na jazzowo, z odrobiną zadumy, ukrytej pomiędzy strunami. Konstruktywna repetycja, ciekawe zmiany metrum, dronowe wybrzmiewanie. Drugi – hałaśliwy smyk, brudne brzmienie, barok smażony w piekle bez środków znieczulających – prawdziwe akustyczne cacko! Raz nisko, raz wysoko. Dynamicznie, konwulsyjnie, z ostrym zakończeniem. Trzeci – kontrabas w galopie. Niezbyt głośnym, ale niezwykle dynamicznym. Techniczne fajerwerki jako wartość dodana. Czwarty – szczypta minimalistyki, pojedyncze akordy i smyk z samego dna – mruczy, skowycze i trzeszczy. Piąty – znów smyk, ale jakby wyżej, niczym upalone cello. Dostojne schodzenie na poziom zero, a może już poniżej poziomu morza (under sea level!). Trochę agresji na gryfie. Szósty – powrót do minimalu, modulacja dźwięku, to w dół, to w górę. Gęstym ściegiem, bez smyka. Siódmy – wraca smyk, przychodzi z krypty, jeszcze wieko trzeszczy. Niski tren pogrzebowy. Kontrabasowa polifonia, jakże piękne! A na finał krok ku górze – opus magnum tej solowej perełki Almeidy. Ósmy – rezonujące struny, szarpane opuchniętymi palcami nieistniejącej dłoni. Pasaż z wewnętrznym rytmem, szerokim brzmieniem wiedzie nas na finałowe zatracenie. Brawo!


W ramach repryzy

Katalog CR uzupełnia kolejnych pięć wydawnictw, które były już na tych łamach recenzowane. Tym razem jednak, zamiast linkowych kierunkowskazów do starych tekstów, przypomnienie napisanych o nich słów niemal w całości. I ważna informacja – prezentowana na samym końcu płyta Buku trafiła na listę najlepszych płyt roku 2016, według skrajnie subiektywnych sądów Pana Redaktora.

(CR002) Dikeman/ Lonberg-Holm/ Almeida/ Hadow by John Dikeman (saksofon tenorowy), Fred Lonberg-Holm (wiolonczela, efekty), Gonçalo Almeida (kontrabas, efekty) & George Hadow (perkusja). Poortgebouw, Rotterdam, maj 2014; 2 części, niespełna 34 minuty.




(…) Koncert z Poortegebouw (Rotterdam), hałaśliwego i źle nagłośnionego kwartetu, z udziałem Johna Dikemana (…), kolejnego młodego, holenderskiego drummera George’a Hadowa i świetnie nam znanego wiolonczelisty Freda Lonberga-Holma. Skład uzupełnia oczywiście Almeida na kontrabasie. Panowie ze strunami używają także amplifikacji i elektronicznych przetworników, co przy niedobrych parametrach akustycznych koncertu, wzmaga odczucie hałasu i prowadzi do dość banalnego dyskomfortu. Koncert trwa niespełna 33 minuty i być może stanowi to główną zaletę tego nagrania (dostępnego, dodajmy, jedynie z plikach elektronicznych).

Oczywiście wiele fragmentów tej freejazzowej (pełną gębą!) opowieści trzyma się pionu i skutecznie przyciąga uwagę słuchacza (…). Jednocześnie zachęcam tych czterech gentelmanów do ponownego spotkania z oklaskami, w zdecydowanie lepszych warunkach akustycznych (a i może z lepszym reżyserem dźwięku).


(CR007) Live at ZAAL 100  by Goncalo Almeida (kontrabas), Fred Lonberg-Holm (wiolonczela) & Wilbert de Joode (kontrabas). Amsterdam, marzec 2012; 3 improwizacje, 41 minut z sekundami.




(…) Improwizacja trzech odpowiedzialnych muzyków ma bardzo gęsty, intensywny charakter. Na ogół tempo nadaje jeden z nich, delikatnie sugerując także rytm muzycznego przebiegu wydarzeń. W tym czasie dwaj pozostali rzeźbią smykami na gryfach swych akustycznych instrumentów. Bywa także w trakcie koncertu, że cała trójka szarpie wielkimi paluchami upocone do granic możliwości struny. Trzy niepełne kwadranse bez nanosekundy zbędnej nudy i momentów zawahania. Upalona filharmonia na skraju załamania nerwowego (…). Bywa, że trzy smyki intensywnością dźwiękowego przekazu dewastują nasz spokój i zapraszają na huczne obchody dnia konstruktywnego niepokoju ducha. Czupurne, nieznośne, urokliwie piękne!


(CR011) Earcinema  by Gonçalo Almeida (kontrabas) & Raoul van der Weide (kontrabas, wiolonczela, obiekty). Rotterdam, studio, kiedyś; 8 obrazków, 41 minut.




Czas na osiem obrazków z życia dwóch kontrabasów. Raoul van der Weide i Gonçalo Almeida ‎w roli operatorów największych instrumentów strunowych. Przy czym ten pierwszy, w istotnych dramaturgicznie momentach, będzie wspierał się wiolonczelą i manipulował obiektami różnymi. Nagranie studyjne, poczynione w 2015 roku w Rotterdamie, pierwotnie ukazało się pod tytułem Earcinema (Cylinder Recordings, 2015). Obecnie zatem mamy do czynienia z reedycją tego materiału. Płytę, która dostępna jest … jedynie w plikach, tym razem pod innym, jakże precyzyjnym tytułem 8 Pictures, dostarcza nam portugalski label Nachtstück Records (2017).

Mnogość stosowanych przez obu muzyków technik artykulacyjnych stanowić mogłaby bazę do pracy doktorskiej pracowitego muzykologa! Doskonałe brzmienie obu wioseł. Muzycy grają jakby naprzemiennie. Gdy pierwszy prowadzi jazzowy walking, drugi chwyta za smyczek i rżnie przepiękne pasaże w klimatach tak kameralnych, jak i psychodelicznych. Narracja jest niezwykle gęsta, a interakcje zadziorne. Muzycy stoją tak blisko siebie, że ich pot łączy się w jeden płyn ustrojowy (chwilami trudno zdiagnozować, który z nich wydaje, jakie dźwięki, albowiem potrafią scalać się w jeden ciąg zdarzeń akustycznych). Jeśli akurat w tym momencie nieco się popisują, to robią to z niebywała klasą! Już od czwartego obrazka ich dźwiękowe marszruty intrygująco się zazębiają, nie brakuje sonorystycznych incydentów, a improwizacja zdaje się być prawdziwie molekularna, szczegółowa, prowadzona w bardzo konkretnej dynamice. Dwugryfowe, kontrabasowe monstrum, podparte tylko odrobinę mniejszą wiolonczelą! Po precyzyjnym wytłumieniu, muzycy zwalniają tempo i brną w pasjonujący dialog w klimatach i estetyce muzyki dawnej. W trakcie piątego obrazka pasaż jednego strunowca wpada w sidła subtelnych akcji za progiem tego drugiego, ze znaczącymi akcentami perkusjonalnymi (z kajetu recenzenta: narracja obu muzyków jest niezwykle kompatybilna, obaj jadą środkowym pasmem i znów zlewają się w jeden potok dźwiękowy; mimo, że tworzą go głównie dwa kontrabasy, muzyka nie jest zdominowana przez niskie częstotliwości, przeciwnie – jest lekka, zwinna i przebiegła). Wciąż dominuje pewien narracyjny schemat – szybki walking vs. rozżarzony smyk na gryfie, który smaży wyraziste pasaże o niepoliczalnych połaciach piękna, z delikatnymi implikacjami w kierunku sonore. W siódmym obrazku muzycy dostarczają nam odrobinę innych dźwięków, być może będących skutkiem skromnych procesów amplifikacyjnych, czy też użycia obiektów różnych. Strój obu instrumentów pozostaje wszakże wysoki. Finałowy obrazek (najdłuższy) zaczyna się burczeniem, tarciem i szarpaniem nieposłusznych strun. Jakże intrygująca instrumentacja! Bogactwo wyobraźni! Tysiące pomysłów na sekundę! Dwa smyki w dawnej estetyce kreślą wyjątkowe płótno prawdziwie mistrzowskim pędzlem!


(CR013) Descanso Del Dopo Popo  by Tetterapadequ - Daniele Martini (saksofony), Giovanni di Domenico (fortepian), Gonçalo Almeida (kontrabas) & João Lobo (perkusja). Gdzieś, kiedyś; 6 utworów, 24 minuty z sekundami.




(…) Omawiane wydawnictwo to już trzeci krążek kwartetu o nazwie, który jest parafrazą nazwy haaskiego klubu jazzowego The Patter Quartet. Tym razem mamy przed sobą epkę, trwającą niespełna 25 minut.

Rozedrgany tembr kontrabasu i piana, niczym łydki dziewicy przed pierwszą nocą, niekoniecznie z ukochanym, zaczynają tę krótką przygodę. Almeida trzyma kontekst, jak tonący brzytwy. Rośnie niepokój, dając szansę na szczyptę przyzwoitości i choćby fragment… udanej improwizacji. Zaduma jednak nasila się, czyniąc nagranie godne jedynie... monachijskiego ECM. Wytrwali doczekają się na szczęście odrobiny konstruktywnej preparacji na fortepianie – spokojnej jak Bałtyk w trakcie upalnej końcówki lata, ale jakkolwiek wartościowej. Potem Almeida, ze smykiem w ręku, zapisuje się na lekcje muzycznej wstrzemięźliwości do Manfreda Eichera…(…).


(CR014) Buku  by Susana Santos Silva (trąbka), Jasper Stadhouders (gitara), Gonçalo Almeida (kontrabas) & Gustavo Costa (perkusja). Sonoscopia, Porto, kiedyś; 13 improwizacji, mniej więcej trzy kwadranse.




Pięćdziesięciominutowa rejestracja w trzynastu odcinkach muzycznych zarejestrowana została… w Porto (…). Susanę poznaliśmy już na Trybunie i myślę, że (…) Portugalka nie wymaga specjalnej introdukcji (…). Jasper zaś, to młody, jurny i konsekwentnie niepokorny gitarzysta z prądem stamtąd właśnie, który ma już w swoim portfolio dysk wydany w Polsce, przez Not Two (Cactus Truck Seizures Palace, z Johnem Dikemanem na saksofonach). Czwarty do brydża w tym zestawie, to wywodzący się ze sceny …trashmetalowej Gustavo, którego udane bębnienie dane mi było usłyszeć po raz pierwszy.

Agresywna, ale czysta jak łza, trąbka Susany i rozwichrzona, nieco hippisowska gitara na lekkim speadzie Jaspera, ewidentnie napędzają ten szalony kwartet. Dynamika, ekspresja, zwięzłość wypowiedzi, chwilami rubaszna dosłowność, to główne charakterystyki tej muzycznej opowieści. Trajektorie kolektywnych improwizacji trąbki i gitary próbuje okiełznać sekcja rytmiczna. Goncalo atakuje ostrym tembrem swego instrumentu, o delikatnie zabrudzonym soundzie. Gustavo też nie odpuszcza, choć jak na drummera z metalową przeszłością, potrafi zaskoczyć kolorystką brzmienia i różnorodnością środków wyrazu. Buku - krótkie, zwarte tematy (najdłuższy z trudem przekracza 6 minut), szybkie urywane frazy trąbki, w ścisłej korelacji z gitarowymi pasjansami o zaskakujących puentach. Gęsto, bardzo kolektywnie (dominują fragmenty grane przez wszystkich muzyków jednocześnie) i zdecydowanie na temat. Trzynaście dowodów na nieśmiertelność muzycznej anarchii. Co rusz pyskówki, pikantne zwarcia i nieoczywiste dysonanse. By zdążyć przed zachodem czegokolwiek, z odcieniem rockowej bezczelności i nie pytania o przyczynę zjawiska. Jeśli dotrwamy do spokojniejszej nuty, też jest ona masywna i bezdyskusyjnie karkołomna. Muzyka poniekąd piękna, zdecydowanie na sposób niedelikatny. Frenetycznie doskonała podróż w nieznane!



Muzykę wyżej opisaną słuchaj uważnie na www.cylinderecordings.bandcamp.com


Uwaga, kilka pozycji z katalogu jest dostępnych także na nośnikach fizycznych. Kupuj muzykę i płać za nią. Zarówno muzycy, jak i wydawcy także mają rachunki!