Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tom Jackson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tom Jackson. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 stycznia 2026

The Confront Recordings’ fresh outfit: Dark Kitchen, Towers of Silence, Tapsalteerie, Be S-Mart and the other stories!


Brytyjski label Confront Recordings, dowodzony już trzecią dekadę lat przez wiolonczelistę i perkusjonalistę Marka Wastella, dostarczył w trakcie ostatnich trzech miesięcy ubiegłego roku aż siedem nowości. Zaglądamy dziś do nich wszystkich, niektórym poświęcając dużo uwagi, inne anonsując kilkoma rozbudowanymi zdaniami.

Dodajmy, iż pierwsza z omawianych płyt, podobnie jak trzy inne, wydane wcześniej, trafiła na trybunową listę 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025. Innymi słowy, ów rok był dla wydawnictwa i artystów z nim związanych wyjątkowo udany.

 


Tom Jackson & Daniel Thompson Dark Kitchen

Dark Kitchen Studios, Londyn, kwiecień 2023: Tom Jackson – klarnet oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Cztery improwizacje, 41 minut.

Zaczynamy od perły w koronie confrontowych nowości i dwóch brytyjskich muzyków (już) średniego pokolenia, których albumy wielbiliśmy na tych łamach nie jeden, nie dwa razy. Ich Ciemna Kuchnia, to akustyczna, skupiona, chwilami niezwykle minimalistyczna improwizacja, pełna brzmieniowych zdobień, świetnie unerwiona, dobrze ważąca każdą frazę, czy zwrot dramaturgiczny.

Pierwsza odsłona albumu trwa dwadzieścia minut, a jej spokojny, minimalistyczny początek inwokują delikatnie rezonująca tuba klarnetu i gitara, która stawia stemple obecności. Ważnym elementem tej fazy utworu jest także cisza. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty artyści zaczynają frazować nieco intensywniej, plotąc drobne, klarnetowe melodie i kreśląc wymyślne, gitarowe zygzaki. Nie unikają mrocznych zakamarków, ale potrafią też nieźle hałasować. Drugą część otwiera samotnie klarnecista, intrygująco brudząc brzmienie. Gitarzysta, choć wciąż minimalistyczny, zdaje się być teraz bardziej aktywny, a cała opowieść wpada w rozhuśtany rytm i nabiera interesującej dynamiki. W trzeciej improwizacji muzycy stoją na palcach i starają się nie mącić nadmiernie ciszy panującej wokół. Tuba oddycha, gitara śle filigranowe flażolety. Ale i w tej odsłonie albumu w końcu odnajdują dynamikę. Finałowa opowieść zaczyna się na samym dnie ciszy. Mikro melodie i delikatnie głaskane struny lepią się w pożegnalną narrację, niekiedy bolesną, a w dalszej fazie także specyficznie agresywną i zaskakująco taneczną.

 


Don Malfon & Vasco Trilla Towers of Silence

Thriller Underground Facilities, Barcelona, luty 2024: Don Malfon – saksofon altowy, barytonowy oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Sześć Improwizacji, 44 minuty.

Czas na spotkanie z naszymi bardzo dobrymi znajomymi z Barcelony. Malfon i Trilla grywali już razem tysiące razy (choćby na pewnej krajowej, czarno-czerwonej płycie), ale w duecie debiutują. Ich nagranie to wyjątkowa symfonia rezonansu. Nie znajdziecie tu fraz typowych dla saksofonu i perkusji, raczej zapadniecie się w mroczną pieczarę rytualnego lewitowania.

Pierwsza, dziesięciominutowa improwizacja idealnie wprowadza nas w klimat nagrania. Rezonują perkusyjne talerze i inne metalowe przedmioty - brzmienia dość typowe dla solowych ekspozycji Trilli w jego mistrzowskiej formule no drumming percussion. Z tuby saksofonu dochodzi mieszanka szumu i pisku, wszystko w niej drży i pulsuje mroczną, złowieszczą akustyką. Ów rytuał piekielnego wyniesienia bywa nawet śpiewny, ale to melodia umierania. Na koniec biją niebiańskie dzwony, a saksofon cicho lamentuje. W kolejnych pięciu improwizacjach muzycy pozostają w tym tajemniczym, niekiedy onirycznym klimacie. W drugiej części słyszymy wyjątkowo nisko osadzony drumming, ale to ledwie dalekie tło. Bardzo często narracja obu muzyków pnie się ku górze i krzyczy mocą coraz wyżej posadowionego, metalicznego rezonansu. W czwartej odsłonie ów krzyk wyłania z najgłębszych pokładów ciszy, z kolei w piątej zdaje się być pieśnią dogorywającego kojota. W tej części można odnieść wrażenie, że brzmienie instrumentów jest bardziej selektywne i bez trudu można wskazać, który z artystów odpowiedzialny jest za dany dźwięk. W finałowej improwizacji Trilla dodaje nowe, filigranowe, jakby strunowe akcenty, powracają monumentalne dzwony, a tuba saksofonu Malfona szumi niczym odrzutowiec przygotowujący się do ostatniego lotu.

 


Khabat Abas & Ivor Kallin Tapsalteerie, Depicted in Echo

Goldsmiths Electronic Music Studios, Londyn, czerwiec 2024: Khabat Abas – wiolonczela, obiekty oraz Ivor Kallin - altówka, głos. Jedna improwizacja, 40 minut.

Dwa instrumenty strunowe, obiekty, preparacje i tajemniczy, nieco zawadiacki głos – definitywnie lubimy takie sytuacje, zwłaszcza, gdy pośród podmiotów wykonawczych odnajdujemy artystów, z których sztuką improwizacji nie mieliśmy jeszcze do czynienia (przynajmniej w wymiarze fonograficznym).

Nagranie, to nieprzerwany ciąg zdarzeń dźwiękowych, na ogół z ciekawie zarysowaną dramaturgią, ale także momentami narracyjnej flauty. Początek syci się wyjątkowo suchymi dźwiękami z gryfów obu instrumentów. W toku opowieści bywa jednak, że frazy typowo strunowe stają się niejako dodatkiem do akcji z obiektami, preparacji i innych, dość tajemniczych zjawisk fonicznych, w tym anonsowanego głosu męskiego. Artyści okazjonalnie podnoszą tempo ekspozycji, ale lubią także zapadać się w medytującej, nieco poszarpanej, nielinearnej narracji, która kojarzy się z nagraniami brytyjskiej klasyki wolnej improwizacji, takiej jak choćby formacja People Band z końca lat 60. ubiegłego stulecia. Generalnie muzycy dobrze czują się w sytuacji ciągłej zmiany. Z ważniejszych wydarzeń spektaklu odnotujmy jeszcze udaną fazę smyczkowej melodyki po upływie pierwszego kwadransa, a także ewidentny wzrost aktywności po upływie kolejnego kwadransa. Ostatnie kilka minut improwizacji, to garść pożegnalnych pojękiwań, które lepią się w zaskakująco spójną końcową prostą.

 


Steve Beresford, Pierpaolo Martino & Mark Sanders Be S-Mart

Bari in Jazz Festival, Minareto di Fasano, sierpień 2024: Steve Beresford – piano, także preparowane, elektronika, obiekty, Pierpaolo Martino – kontrabas, elektronika oraz Mark Sanders – perkusja. Dwie improwizacje, 44 minuty.

Dwaj legendarni improwizatorzy ze Zjednoczonego Królestwa wylądowali poprzedniego lata na jazzowym festiwalu we włoskim Bari. We trio z tamtejszym kontrabasistą zagrali ciekawy set, który biorąc pod uwagę współczesne portfolio Londyńczyków wydać się może aż nazbyt jazzowy. Duża w tym zasługa Włocha, który z uporem godnym lepszej sprawy buduje tu linearną, melodyjną i permanentnie rytmiczną sytuację sceniczną. Jakkolwiek całości słucha się naprawdę dobrze!

Open jazzowa inauguracja koncertu szyta jest melodią z fortepianowej klawiatury z post-klasycznym zacięciem i energicznym groove sekcji rytmu w niebanalnym, nieco progresywnym metrum. Muzycy sprawiają wrażenie, jakby chcieli ten cały jazz rozszarpać na kawałki. Opamiętanie przychodzi już po kilku minutach, gdy pojawiają się pierwsze frazy inside piano, plamy elektroniki i drobne preparacje na werblu. Artyści raz za razem popadają tu w mrok post-jazzowej melancholii, ale każdorazowo, już po upływie kilku chwil, rytmicznie i melodyjnie usposobiony kontrabasista wywleka ich na powierzchnie jazzowej opowieści. Bywa, że basista prezentuje tu prawdziwie rockową ekspresję. W okolicach dwudziestej minuty mamy dłuższy, wystudzony interwał, po którym trio wpada w definitywnie dynamiczny tryb i sprawnie osiąga finał seta zasadniczego. Blisko dziesięciominutowy bis jeszcze mocniej osiada na jazzowej kanwie, a mistrzem ceremonii staje się tylko i wyłącznie gospodarz. Prezentuje ciekawą ekspozycję solową, ale nie przystaje budować rytmicznej i niekiedy bardzo ekspresyjnej narracji.

 

*****

 

Cztery wyżej omówione nowości ostatniego kwartału uzupełniają jeszcze trzy albumy - jeden dość nietypowy, dwa kolejne niemal bliźniacze, ale w sumie … bardzo od siebie różne.

  


Confront Recordings jest labelem skoncentrowanym na muzyce improwizowanej, ale od czasu do czasu w jego katalogu pojawiają się nagrania komponowanej muzyki współczesnej. Takim albumem jest podwójne wydawnictwo Within (2) / Appearance (2) zawierające dwie kompozycje Michaela Pisaro-Liu w wykonaniu kontrabasisty Michaela Francisa Ducha i samego kompozytora (na gitarze elektrycznej, na drugiej z nich). Dwie godzinne ekspozycje stanowić mogą spore wyzwanie dla słuchaczy nieczęsto obcujących z minimalistycznymi, redukcjonistycznymi, jakże konceptualnymi propozycjami dźwiękowymi, których ważnym i rozbudowanym w wymiarze czasowym elementem gry jest cisza. Dużo w tej muzyce matematyki i brzmieniowych, tudzież artykulacyjnych niuansów, zatem to trochę muzyka dla muzyków, ale warto się w nią zagłębić, choćby po to, by na dwie godziny skutecznie odpłynąć i nie myśleć o codziennych problemach improwizowanego świata realnego. Pomocna dla percepcji albumu jest rozmowa, jaką prowadzą kompozytor i kontrabasista, a która zamieszczona jest wewnątrz okładki kompaktowego wydania.

 


Kolejne dwie premiery, to albumy muzyków brytyjskich z tzw. dalszego planu niekończącej się gromady wyśmienitych improwizatorów tamtych ziem. Oba nagrania firmują duety, w obu mamy de facto spotkanie instrumentów perkusyjnych i klawiszowych.

Na albumie Metalurgia improwizują Francis Comyn na perkusji i instrumentach perkusyjnych oraz Adam Fairhall na instrumentach klawiszowych (elektrycznym, akustycznym, a także toy piano, w każdym przypadku z dopiskiem preparowane). Dziewięć improwizacji jest tu efektem kilku spotkań artystów na przestrzeni roku. Część nagrań jest niezwykle filigranowa, bazuje niemal wyłącznie na frazach akustycznych, głównie perkusjonalnych, niekiedy nabierając rytualnego, a nawet sakralnego charakteru. Ciekawiej wszakże prezentują się nagrania z udziałem preparowanego electric piano, które wnoszą do improwizacji więcej emocji, brzmieniowego brudu i pewnej narracyjnej dezynwoltury. Pod tym względem na szczególną uwagę zasługują utwory trzeci, siódmy i dziewiąty.

 


W przypadku albumu Apophony firmowanego przez Stuarta Wildinga i Mike’a Adcocka sytuacja instrumentalna jest zdecydowanie bardziej skomplikowana, albowiem wylistowanie wszystkich narzędzi, których użyto do stworzenia ośmiu improwizacji zajęło by zapewne pół tego tekstu – w sumie, to 22 różne instrumenty i obiekty mogące nosić takie miano (po szczegóły odsyłamy na stronę bandcampową CR). Co nie zmienia faktu, iż Wilding pełni tu nade wszystko rolę perkusjonalisty, a Adcock głównie pianisty i akordeonisty. Stylistyka albumu jest bardzo różnicowana, miewa posmak folkowy, bywa rytualna, czy wręcz medytacyjna. W utworach trzecim i piątym intrygująco matowo brzmi akustyczne piano, w dwóch ostatnich przestrzeń nagrania zawłaszczają szerokie pasma akordeonowych dronów. Spotkanie Stuarta i Mike’a bywa też dla obu dobrą zabawą, choć czasami brakuje w niej dramaturgii. Warto podkreślić, iż ów niemal godzinny album, to rejestracja jednego koncertu.

 

 

 

piątek, 25 października 2024

Martina Verhoeven Invites!


Ledwie tydzień temu omawialiśmy na tych łamach nagranie ośmioosobowego Large Ensemble Colina Webstera, zarejestrowane w londyńskim Cafe Oto w październiku ubiegłego roku. Teraz cofamy się w czasie o trzy miesiące i na tej samej scenie spotykamy tentet firmowany nazwiskiem belgijskiej pianistki Martiny Verhoeven.

Zauważmy, iż w ujęciu personalnym aż pięciu muzyków uczestniczyło w obu nagraniach – Colin Webster, Cath Roberts, Dirk Series, Charlotte Keeffe i Andrew Lisle. W tentecie Martiny poza nią samą spotykamy jeszcze Daniela Thompsona, Benedicta Taylora, Toma Warda i Toma Jacksona. Dobrze zapamiętany z zeszłotygodniowej pogadanki free jazzowy ansamble Webstera został tu poszerzony o zaciąg definitywnie free chamber (altówka, gitara akustyczna, klarnety, flet). I taka jest dwusetowa ekspozycja formacji Martiny – dużo w niej free jazzu, ale i pełne garście wysmakowanej kameralistyki. Na prawie 70 minut oddajmy się temu strumieniowi dźwiękowemu.



 

Zgodnie z nakreśloną w preambule recenzji dwubiegunowością, koncert otwarty zostaje w aurze kameralnej (drobne frazy w pobliżu ciszy, mroczne, acz leniwe i wystudzone), by już po kilku minutach płonąć ogniem free jazzu. Z jednej strony barytonistka i alcista w roli szalbierców ekspresji, z drugiej altowiolinista, klarnecista i flecista po stronie kojących emocje. Jakby po środku tych pozornie przeciwstawnych frakcji dwaj różnobarwni gitarzyści i pianistka, która czuwa nad dramaturgią, a jeśli trzeba dolać oliwy do ognia, czyni to z dalece post-klasyczną nutą. W fazie kameralnej narracja skrzy się ogromem akustycznej urody altówki, gitary, niekiedy także trąbki. W fazie free jazzowego wulkanu do ognia dokładają tu wszyscy, nie sposób wszakże nie podkreślić roli gitary elektrycznej i silnie unerwionej perkusji. Niezależnie wszakże od poziomu zadanej ekspresji, każdy z uczestników spektaklu wchodzi z partnerami w wyłącznie udane interakcje. Nim ponad 26-minutowy set pierwszy dokona swojego żywota, artyści dostarczą nam jeszcze moc różnorodnych zdarzeń – fazę cmokającej ciszy, ekstatyczny duet altówki i gitary akustycznej, wreszcie kilka kolejnych akcji piana, które w tym tyglu niekończących się akcji i reakcji zdaje się dysponować najbardziej rozbudowanym arsenałem środków wyrazu.

Drugi set trwa ponad 40 minut i przynosi jeszcze większą porcję emocji i silnie kontrastujących ze sobą faz. Ognisty, kompulsywny początek wydaje się pewnym zaskoczeniem. Piano pachnie tu Schlippenbachem, akcje dętych mocą kolejnej reinkarnacji Machine Gun. Równie zaskakujące jest szybkie wytłumienie wprost w objęcia permanentnie kreatywnej altówki. Chwila ballady, a zaraz potem struga post-aylerowskich melodii. W tej fazie koncertu pianistka powraca z post-klasycznym sznytem, z kolei gitarzyści raz po raz szyją ściegiem, którego byśmy się po nich nie spodziewali. Z tym ostatnimi często po drodze ma trębaczka, która chyba najczęściej staje okrakiem na najważniejszej tego wieczoru dychotomii – chamber/ free jazz! Po upływie kwadransa improwizacja wspina się na jeden z bardziej ekspresyjnych szczytów, a na etapie falling down przypomina watahę rannych kojotów po przedawkowaniu. I znów kilka chwili wystarczy, by z plejady separatywnych półokrzyków uformować free jazzowy lej gorącej lawy, który zastygnie po niedługiej chwili w martwej melodii. Ostatni kwadrans koncertu, to prawdziwa huśtawka nastrojów. Gdy już widać kameralną finalizację, nagle z szeregu wypada kolejny muzyk i rwie ansambl do lotu (brawo saksofon altowy!). Z kolei fazy kameralnych podmuchów zimnego powietrza (brawo altówka!) w ułamku sekundy potrafią skrzyć się nowymi emocjami. Ostatecznie tentet umiera po podwójnym pokonaniu dużego wzniesienia. Perfekcyjne ugaszony flow wpada wprost w deszcz rzęsistych oklasków, których na albumie jednak nie słyszymy.

 

Martina Verhoeven Invites (Bandcamp’ self-released, CD 2024). Andrew Lisle – perkusja, Benedict Taylor – altówka, Cath Roberts - saksofon barytonowy, Charlotte Keeffe – trąbka, Colin Webster – saksofon altowy, Daniel Thompson – gitara akustyczna, Dirk Serries – gitara elektryczna, Martina Verhoeven – fortepian, Tom Jackson – klarnet oraz Tom Ward – klarnet basowy, flet. Nagranie koncertowe, Cafe Oto, Londyn, lipiec 2023. Dwie improwizacje, 70 minut.




piątek, 1 grudnia 2023

Impetus Group and Density Dots!


Brytyjski saksofonista Colin Webster i obywatele Królestwa Belgii – pianistka Martina Verhoeven oraz gitarzysta Dirk Serries, to artyści na tych łamach przeczytani od deski do deski. Wiemy zatem doskonale, iż we trójkę stanowią - poza wszelkimi innymi swoimi aktywnościami muzycznymi - wyjątkowo zgrany kolektyw muzyków improwizujących.

Nie będziemy tu wyliczać wszystkich przedsięwzięć zrealizowanych przez tę trójkę, świetnie przecież pamiętamy choćby kameralne, minimalistyczne akcje pod szyldem Tonus. Colin, Martina i Dirk współtworzą także większe składy osobowe, takie jak kwintet Impetus Group, który fonograficznie debiutował kilka lat temu. To z kolei formacja, którą śmiało zaliczyć możemy do free jazzowych emanacji mocy. Tu naszych bohaterów wspierają klarnecista Tom Jackson oraz perkusista Teun Verbruggen, improwizatorzy także świetne rozpoznawalni na tych łamach. Śmiało zatem i bez zbędnej zwłoki zaglądamy na najnowszy krążek kwintetu!



 

Muzycy Impetusa znają się jak łyse konie, zatem bez zbędnych ceregieli, plejadą małych zagrywek, w pełni kolektywnie ruszają na free jazzową przebieżkę, niesieni szczególnie temperamentem i aktywnością drummera. Klarnet i saksofon posadowione na flankach, w środkowym kotle emocji piano, gitara i perkusja. Stuprocentowa demokracja w dostępie do ekspresji sprzyja interakcjom i budowaniu ściany dźwięku. Druga historia także nie sili się na zadumane introdukcje. Sygnał wymarszu dają dęciaki. Para w gwizdek, koła w ruch! W połowie trzeciej minuty parowóz free jazzu wyhamowuje, wprost w dęte drony i mikro pasaże piana. Odrobina mroku i deep drums budują nad wyraz urokliwy nastrój. Oto, jak post-chamber spotyka free jazz w dużym rozkroku. Improwizacja szybko wspina się tu na szczyt, po czym efektownie gaśnie pod batutą precyzyjnej gitary. Trzecią improwizację otwierają drobne frazy dęte, perkusyjne i strunowe. To z kolei opowieść o tym, jak ze zmysłowej kołysanki lepi się strumień bystrych, niekiedy agresywnych interakcji. Emocje rosną tu do poziomu godnego ekspresji epokowego Machine Gun!

Czwarta opowieść jest najdłuższa, trwa ponad jedenaście minut. Introdukuje ją saksofon, a chwilę potem zawieszone w próżni piano i perkusja. Piękne trio prowadzi orszak spokoju do momentu podłączenia się pozostałych instrumentów. Klarnet sprawia, że emocje sięgają incydentalnie prawdziwego piekła, z kolei gitara w rytmie… rockabilly gasi emocje i ustanawia nowe prawa. Po pełnym wyhamowaniu dźwiękowych atrakcji jeszcze przybywa. Najpierw to plejada subtelności, potem zaś skromna, finałowa eksplozja. Piąta i szósta improwizacja startują z poziomu szumów i szmerów. W pierwszej z nich konkluzją zmysłowych interakcji jest ogień free jazzu szyty serią kolektywnych spazmów, w drugiej sytuacja dramaturgiczna jest odrobinę bardziej zagmatwana. Tu po raz kolejny świetną robotę odstawia drummer. Improwizacja napina mięśnie, ale potem pracuje na dużym wydechu. Wieńczące całość tango mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Ostatnią improwizację otwiera gitara. Po niedługim czasie nad kształtem narracji pracuje już kwartet, ale wszystko czyni tym razem na wdechu. Piano wprost z klawiatury daje jednak sygnał do ataku. Perkusyjne adhd także sprzyja budowaniu kolejnych warstw emocji. No rest for all!

 

Impetus Group Density Dots (Klanggalerie, CD 2023). Tom Jackson – klarnet, Colin Webster – saksofon altowy, Martina Verhoeven – fortepian, Dirk Serries – amplifikowana gitara archtop oraz Teun Verbruggen – perkusja. Nagrane w Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, luty 2022. Siedem improwizacji, 50:08.



piątek, 3 listopada 2023

A New Wave of Jazz’ fresh outfit: Hunt At The Brook! Zwosch, Zwosch, Zwosch!


Wczesnojesienne premiery belgijskiego A New Wave Of Jazz przynoszą dwa albumy pomieszczone na trzech kompaktowych dyskach. Z jednej strony kwiat brytyjskiego free improv w wydaniu dalece międzypokoleniowym, z drugiej - pierwsze w pełni portugalskie nagranie w dziejach labelu.

Album londyński zawiera dwa nagrania z roku 2019 – kwietniowe, poczynione w trio uformowane przez często goszczących na tych łamach muzyków młodego-średniego pokolenia, czyli Toma Jacksona, Benedicta Taylora i Daniela Thompsona oraz majowe, zrealizowane w kwartecie, który skonsolidował się dzięki poszerzeniu rzeczonego tria o legendę gatunku, flecistę Neila Metcalfe’a. Nagranie portugalskie także łączy pokolenia – stworzyła je ikona improwizacji tamtej części świata, czyli Carlos Zingaro oraz młodsza i nieco starsza młodzież w osobach Guilherme Rodriguesa & José Oliveiry.

Swobodna improwizacja na najwyższym poziome, to norma labelu prowadzonego przez Dirka Serriesa. Zaglądamy zatem do środka!



Hunt At The Brook Again

Nagranie kwietniowe, to trio złożone z klarnetu, gitary akustycznej i altówki, posadowionych w takiej kolejności, od lewej do prawej strony naszego spektrum odsłuchowego. Na zagranie sześciu improwizacji muzycy potrzebują ponad 50 minut.

Początek, to swoiste small talks zalotnego klarnetu, na poły śpiewnej altówki i minimalistycznej gitary, która cedzi strzępy akordów. Muzycy dość szybko lepią z tego dalece emocjonalną narrację, świetnie na siebie reagują. Druga opowieść zdaje się być odrobinę mroczna, z jednej strony tworzą ją minimalistyczne szumy i szelesty, z drugiej post-melodyjne westchnienia. Improwizacja z każdym krokiem nabiera jednak mocy, a prawdziwie urokliwą ognistość osiąga po 10 minucie. Ekspresja nabiera tu niemal rockowych barw, szczególnie na strunach altówki. Trzecią opowieść zagaja gitara, altówka trzeszczy w szwach, a klarnet snuje kameralne melodie. Artyści przypominają teraz trzy gołębie usadowione na kolczastym drucie. Najpierw skaczą, potem gasną w obłoku post-melodii i strzępów dźwięku. W czwartej części muzycy serwują nam emocje od pierwszej sekundy. Altówka i klarnet niemal krzyczą, gitara z kolei stawia stemple. Improwizacja faluje niczym wzburzony ocean, bywa, że nabiera post-romantycznego powietrza w płuca, bywa, że śle nam grad drobnych, preparowanych fonii. Początek piątej części jest definitywnie minimalistyczny. Bardziej żwawa narracja rozpoczyna się w momencie, gdy na gryfie altówki pojawia się plama brudu. Emocje rosną tu w postępie geometrycznym, ale gdy zajdzie taka potrzeba, droga od fire music do post-classic chamber trwać może ledwie kilka sekund. Ostatnia improwizacja wydaje się być niezwykle delikatna. Małe melodie i filigranowe szarpnięcia za struny budują tu jednak całkiem dynamiczną ekspozycję, niepozbawioną przybrudzonych, zadziornych fraz.

Hunt At The Brook with Neil Metcalfe

W maju muzycy spotykają się już we czwórkę, a instrumentarium zostaje uzupełnione o flet. Tym razem improwizacja składa się z czterech części i trwa niewiele ponad trzy kwadranse.

Pierwsza improwizacja rodzi się z ciszy, wstaje z kolan wyjątkowo powoli. Altówka skrzypi, reszta załogi podśpiewuje pod nosem. Niektóre wątki zdają się tu brzmieć niemal klasycznie. Szczęśliwie opowieść nabiera jednak rumieńców i zaczyna toczyć się w estetyce, którą tak sobie cenimy. Dobre akcje, świetne interakcje, zadziorne frazy, wyłupiaste spojrzenia i uszy otwarte na każdy dźwięk. Narracja po kilku wzniesieniach tonie w mroku minimalizmu, ale to zdaje się jeszcze bardziej podkreślać urodę chwili. Po restarcie emocje zaczynają buzować, a improwizacja mienić się wszystkimi kolorami tęczy. Finał kilkunastominutowej opowieści, to morze wyjątkowo udanych interakcji. Kolejną część zaczynają samotne dęciaki, płynące bardzo kameralnym strumieniem. Strunowce w rekontrze ślą cięte riposty polepione w brudne frazy. Niewiele tu trzeba, by cały kwartet zatonął w ekspresyjnej, jakże kolektywnej akcji, nasyconej wszakże silnie molową melodyką. Opowieść ma jeszcze jedno efektowne spiętrzenie, zainicjowane przez nad wyraz aktywnego w tym akurat momencie gitarzystę. Trzecia improwizacja, równie leniwa na starcie, jak ta pierwsza, zdaje się wstawać z grobu. Brzmi mrocznie niczym surowa muzyka dawna. Dęciaki w żałobnych modlitwach, strunowce w roli pająków tkających coraz większą pajęczynę. Zdaje się, że każdy, nawet najdrobniejszy dźwięk znajduje tu swoje miejsce. Po fazie dramaturgicznego rozwinięcia następuje piękna finalizacja, która płynie korytem melodii i smutku. Nagranie wieńczy czterominutowa koda, która zdaje się konsumować urodę wszystkich poprzednich epizodów. Wstęp gitary i fletu, rozwinięcie w pełni kolektywne. Zróżnicowana dynamika i dużo emocji na ostatniej prostej.




Zwosch, Zwosch, Zwosch

Portugalskie spotkanie miało miejsce w sercu lizbońskiego lata roku 2021. Kameralne, strunowe (skrzypce i wiolonczela), ale pełne zaskakujących emocji, szczególnie dzięki bardzo aktywnej pracy perkusjonalisty, który nie stronił od rytmicznych, niekiedy całkiem dynamicznych akcji. Dodajmy, iż koncert jest nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym.

Już od startu perkusjonalista silnie akcentuje swoją obecność - zdaje się mieć w ręku mnóstwo przedmiotów, które jednocześnie wydają dźwięki, choćby miseczki wypełnione metalowymi kulkami. Wiolonczela budzi się do życia ze śpiewem na ustach, z kolei skrzypce naciągają wyjątkowo suche struny. Trochę akcji mechanicznych, garść rezonujących fraz i incydentalnie preparowane frazy ze strony każdego z muzyków. Perkusjonalista w tę różnorodną i wielogatunkową improwizację wkłada mnóstwo kreatywności, którą usytuować można w nieskończonych doświadczeniach free improv, z kolei skrzypek i wiolonczelista uzupełniają ów gatunkowy tygiel mnóstwem fraz post-barokowych, ale niekiedy wręcz bogactwem godnym renesansu. Narracja ma tu wiele faz, urokliwe skrzy się gęstymi porcjami ekspresji, innym razem chowa w ciszy i zdaje się wtedy produkować jeszcze piękniejsze frazy. Dużo mamy melodii, ale także zaskakujących sytuacji, gdy nagle wszystkie instrumenty brzmią niczym wataha dzikich perkusjonalii. Po 20 minucie napotykamy na szczególnie fascynujące wydarzenia – najpierw skrzypek i wiolonczelista siłują się ze strunowymi naciągami, a towarzyszy im nerwowy, szeleszczący perkusjonalista. Potem następuje skok w estetykę muzyki dawnej, bogaconej sekwencja gongów. Gdy cello niespodziewanie przechodzi w tryb pizzicato, improwizacja zaczyna nowe życie, przez moment stając się teatrem jednego aktora. Tuż potem, już w niedalekiej bliskości zakończenia, dostajemy porcję wyjątkowo pięknych, strunowych śpiewów, które doposaża w emocje niecierpliwy i znów niezwykle kreatywny perkusjonalista. Ta niebywała, choć jakże krótka podróż zwieńczona zostaje wspólnym, szczęśliwym dronowaniem.

 

Tom Jackson, Neil Metcalfe, Benedict Taylor & Daniel Thompson Hunt At The Brook with Neil Metcalfe (2CD 2023). Tom Jackson – klarnet, Neil Metcalfe – flet (tylko dysk drugi), Benedict Taylor – altówka oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Nagrane w Stamford Brook, Londyn, kwiecień 2019 (dysk pierwszy) i maj 2019 (dysk drugi). Łącznie dziesięć improwizacji, 97 minut.

Carlos Zingaro, Guilherme Rodrigues & José Oliveira Zwosch, Zwosch, Zwosch (CD 2023). Carlos Zíngaro – skrzypce, Guilherme Rodrigues – wiolonczela oraz José Oliveira – instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, Festival DME - Lisboa Incomum, Lizbona, lipiec 2021. Jedna improwizacja, 32 minuty.

 

 


wtorek, 20 czerwca 2023

Jackson, Serries, Taylor, Thompson & Webster! It used to be an elephant!


Od lewej do prawej: gitara akustyczna, saksofon altowy, altówka, klarnet i kolejna gitara akustyczna. Wszystko w rękach brytyjskiej młodzieży śmiało wkraczającej w wiek średni i belgijskiego gitarzysty, któremu do metrykalnej emerytury nieco bliżej niż kolegom z drugiej strony Kanału La Manche. Pięć personalnych perełek zdobiących londyńską koronę, w okolicznościach być może koncertowych, ale tego akurat nie jesteśmy pewni. Wszystkich znamy tu świetnie, powinno zatem obejść się bez zaskoczeń, co w tym wypadku oznacza artystyczną jakość osiągalną jedynie dla skończonej liczby śmiertelników.



 

Spektakl zaczyna się od kilku minimalistycznych fraz lewej gitary, za którą odpowiada Thompson. Zauważmy, że tak będzie się działo niemal każdorazowo, gdy kwintet po fali ekspresyjnych akcji studzić będzie emocje w oparach szumiącej ciszy. Pod mikro dźwięki gitary podłącza się szemrząca altówka i delikatnie parskające dęciaki. Slow silence - wolno nakręcająca się spirala mechanizmu swobodnej improwizacji. Szczebiot altu i klarnetu, filigranowe gitary i subtelne preparacje altówki kreują tu wyjątkowo skupioną edycję free chamber.

Klarnet jako pierwszy syci opowieść strzępami melodii, tymczasem gitarzyści zaczynają rysować paralelne pętle. Dynamika rodzi się niejako samoczynnie. Emocje rosną z każdą sekundą, tempo także, choć artyści donikąd nie gonią, zdają się cieszyć każdą chwilą wspólnego muzykowania. Gdy trzeba na moment zwalniają i gaworzą po ptasiemu, innym razem raczą nas okazjonalną porcją akustycznego hałasu. Nim ekspozycja stoczy się w pierwszą wyraźną strefę ciszy, ma kilka intrygujących faz. Najpierw to antrakt efektownych i dość dynamicznych preparacji, umilany melodią klarnetu, potem garść świstów, zgrzytów i strunowych lamentów. Po pewnym czasie władanie sceną przejmują dęciaki, które na tle skonfudowanej altówki i preparujących gitar serwują nam śpiewy i zdyszane drony. Improwizacja formuje się w efektowne crescendo, po czym tonie w ciszy, którą narusza jedynie minimalistyczna gitara na lewej flance.

Szumy, dęte oddechy, incydentalne szarpnięcia za struny - nowe rozdanie po raz kolejny udowadnia, iż muzycy świetnie uzupełniają się brzmieniowo i dramaturgicznie. W mgnieniu oka osiągają wysoki poziom głośności i intensywności. Przez moment prym wiodą tu samotne gitary, które bystrze komentuje altówka. Gra idzie wszakże na ostro, co podkreślają rozkrzyczane dęciaki. Po niedługim czasie opowieść znów tonie w ciszy, przy okazji wyznaczając połowę niemal godzinnego seta.

Kolejny wątek budują akustyczne drobiazgi, mała chmura short-cuts. Szmery strun, rezonujące pudła gitar i wystudzone tuby dęciaków. Wszyscy kolebią się teraz na delikatnym wietrze. Narracja dość szybko łapie intensywność, ale równie bezceremonialnie, po raz kolejny, ląduje w ciszy post-akustycznych pląsów lewej, jakże minimalistycznej gitary. Zaraz potem eksplodują dęte wyziewy, które … jeszcze bardziej zbliżają opowieść do poziomu ciszy. Żmudnie budowana nowa opowieść zdaje się tu smakować inaczej. To jakby radosne podskoki u progu nowego dnia i małe porcje zrównoważonego free jazzu, które dość energicznie … gasną w typowy dla tej improwizacji sposób. Przez moment flow dźwiga jedynie lewa gitara. Trochę zgrzyta zębami, chwilami snuje nieco dłuższe pasaże. Potem powraca druga gitara, także alt i klarnet serwujące szorstkie melodie. Improwizacja powoli wkracza w fazę finalizacji, ale co do jej trybu, w grupie pięciu artystów nie ma jeszcze pełnej zgody. Rozhuśtana, dość leniwa narracja nosi znamiona pożegnalnej. Ta grupa łobuzów nie byłaby jednak sobą, gdyby nie zaproponowała nam na ostatniej prostej emocji godnych free jazzu. Gęsty, soczysty finał doskonałego seta.

 

Tom Jackson/ Dirk Serries/ Benedict Taylor/ Daniel Thompson/ Colin Webster It used to be an elephant (Empty Birdcage Records, DL 2023). Tom Jackson – klarnet, Dirk Serries – gitara akustyczna, Benedict Taylor – altówka, Daniel Thompson – gitara akustyczna oraz Colin Webster – saksofon altowy. Nagrane w Stamford Brook, London, sierpień 2022. Jedna improwizacja, 55:15.

 

 

piątek, 13 stycznia 2023

A New Wave Of Jazz’ fresh outfit: Dandelion! The Art Of Crashing! Good To Be Back In Reality! Stochastic Regions!


Belgijski label A New Wave Of Jazz pracuje równo i wytrwale, każdego roku dostarczając miłośnikom wolnej improwizacji kilka łakomych kąsków. Dokonania stajni Dirka Serriesa śledzimy od początku jej istnienia, zatem nasi Czytelnicy znają każdą płytę wydaną z logo NWOJ.

Dzisiejsze spotkanie obejmie dwie jesienne premiery kompaktowe wydawnictwa, a także dwie kasetowe świeżynki, które światło dzienne ujrzały pod koniec lata zacnego roku ubiegłego. Na czterech albumach odnajdujemy jedno trio i aż cztery duety, albowiem druga z kaset ma charakter splitowy, zatem na każdej ze stron tego wyśmienicie nobliwego i jakże archaicznego, tudzież nieporęcznego nośnika pomieszczono różne nagrania. Szefa labelu znajdujemy na nagraniu trzyosobowym (tu definitywnie najciekawszym, które bez trudu trafiło na naszą coroczną listę rzeczy wartych zapamiętania) oraz na dwóch ostatnich duetach. Poza nim, na omawianych płytach zagrają dla nas sami dobrzy znajomi - z Wielkiej Brytanii, Belgii, Holandii i … Portugalii.



Dandelion by Jackson, Serries & Vanderstraeten

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, październik 2021: Tom Jackson – klarnet, Dirk Serries – gitara akustyczna oraz Kris Vanderstraeten – instrumenty perkusyjne, perkusja. Pięć improwizacji, 42 minuty.

Dość jeszcze młody Anglik i dwóch doświadczonych (nawet bardzo) Belgów proponuje nam nagranie niezwykłe. Na lewej flance bardzo kreatywny klarnecista, którego znamy z wielu ciekawych albumów, muzyk wszakże nie nastawiony na eskalowanie ekspresji, to raczej wyczulony na niuanse post-kameralista. Po prawej stronie gitarzysta, tu w wersji akustycznej, a zatem skory do intrygującego pętlenia narracji, nieustannie wystawiający partnerów na nowe i niełatwe zadania. Po środku zaś weteran swobodnego percussion & drums (dokładnie w tej kolejności), który zdaje się być głównym strategiem tej improwizacji, muzykiem, który permanentnie sieje zdrowy ferment i wtłacza narrację w coraz bardziej urokliwe sytuacje sceniczne. Dodajmy, iż album jest fantastycznie skonstruowany pod względem dramaturgicznym. Każda kolejna improwizacja zdaje się tu zagęszczać emocje i nieść nas coraz większym wzniesieniem.

Początek nagrania to gromada drobnych fraz – pisków, delikatnych obtarć, trzasków, szmerów i szelestów. Akustyczny mikro świat, który szybko gęstnieje i przyjmuje postać tzw. narracji właściwej, pełnej ciekawych zakamarków i zwinnie pokonywanych zakrętów. Wszystkie frazy, akcje i towarzyszące im bystre reakcje zdają się tu do siebie pasować niemal idealnie – od szczegółu do ogółu i z powrotem! Druga opowieść zaczyna się na stojąco – coś rezonuje, ktoś wzdycha. Po kilku głębszych oddechach narracja rusza jednak z kopyta i dość szybko zyskuje na dynamice. Zadziorne frazy gitary, wycofana melodyka klarnetu i wielopalczasty drummer, który z wyjątkową gracją pociąga za sznurki. Trzecia improwizacja faluje niczym wzburzony ocean. Najpierw budowana ze sprytnych short-cuts, potem oparta na zwinnych interakcjach. Pierwszym, który ciągnie narrację na wzniesienie jest dobrze już rozgrzany klarnet. Emocje rosną jak w dobrym filmie kryminalnym. Nie brakuje też fazy rezonująco-śpiewającej, szczególnie w parze klarnet-perkusja. Ten pierwszy ma tu nawet krótkie, w pełni samotne solo. Rozbudowana czasowo narracja wchodzi w fazę beauty falling down dopiero po dziesiątej minucie. Zdobi ją szczególnie garść tajemniczych, elektroakustycznych dźwięków, zapewne ze strony perkusjonalisty. Czwarta odsłona stawia na frazy permanentnie preparowane. Klarnetowe gwizdy, smyczkowe akcje na gryfie gitary i kacze gdakanie perkusjonalisty. Muzycy zaskakują nas tu na każdym korku – rozkołysane śpiewy, dynamiczne podskoki i stado koni w galopie – wszystko brzmi niczym soundtrack do filmu przygodowego. Na starcie ostatniej części albumu dostajemy dźwięki wprost z werbla, których pochodzenia możemy się jedynie domyślać. Rozrywane struny gitary i klarnecie popiskiwanie, to kolejne elementy tej układanki. Muzycy formują się w zwarty, na poły rytmiczny szyk. Emocje skaczą tu do samego nieba, tempo eskaluje, ekspresja eksploduje! Na moment zwalniają, by schylić się po drobne, niemal zjawiskowe dźwięki, po czym skaczą na powrót w piekło niekończących się, całkiem tanecznych podrygów. Po siódmej minucie zdejmują nogę z gazu i zaczynają preparować. Klarnecista śpiewa teraz na smutno, gitarzysta liczy struny, a perkusista przestawia przedmioty na werblu, obiera je ze skóry, zdaje się, że także … nakręca. Bardziej energetyczne frazy powracają tu na ostatniej prostej, genialnie reasumując całe spotkanie.



 

The Art Of Crashing by Costa & Ernsting

Studio SanteBoutique, Holandia (?), 2020: Hugo Costa – saksofon altowy oraz Philipp Ernsting – perkusja. Sześć improwizacji, 49 minut.

Portugalskiego saksofonistę i holenderskiego perkusistę znamy z dwóch formacji trzyosobowych – Albatre (z basem Gonçalo Almeidy) i Anticlan (z gitarą Josue Amadora). Tym razem postanowili pomuzykować jedynie w duecie, z góry zakładając, iż formuła free jazzu będzie dla nich najodpowiedniejsza. Świetnie sobie w zadanej estetyce poradzili, dodatkowo mając w zanadrzu sporo nie do końca jazzowych doświadczeń z obu wymienionych grup, wnieśli do tygla dość spodziewanych emocji fire music całe mnóstwo niuansów dramaturgicznych, brzmieniowych onomatopei, a nade wszystko dużo zwyczajnej, jakże bezcennej kreatywności.

Pierwsza odsłona albumu, to miniaturowa narracja budowana niemal wyłącznie frazami saksofonowymi. Costa oddycha, lekko rezonuje, śle kilka post-jazzowych pętli na tzw. dobry początek. Kolejne trzy improwizacje trwają po dziesięć i więcej minut, zdają się być prawdziwym mięsem tego ognistego splotu wydarzeń dźwiękowych. Narracja saksofonu budowana jest dość pieczołowicie, step by step ku niebu/ piekłu stylowej, jakże emocjonalnej opowieści. Z kolei perkusja od startu szyje gęstym, tłustym, niebywale ekspresyjnym ściegiem. W wielu momentach można odnieść wrażenie, jakby strugę rytmicznej, wielowarstwowej narracji prowadziły przynajmniej dwa zestawy perkusyjne. Muzycy idą tu w ogień free jazzu, jak w ramiona ulubionej kochanki, czują się komfortowo w gęstym strumieniu improwizacji. Aktywność drummera sprawia wszakże, iż to saksofonista ma tu więcej sposobności, by czasami zwolnić, zadąć w róg nieco bardziej zadumanym tembrem, czy wysłać w świat kilka rezonujących fonii. W tej akurat ekspozycji najciekawiej dzieje się chyba wtedy, gdy w dynamicznej narracji muzycy pozostawiają dźwiękom więcej przestrzeni, budują frazy na lekkim wydechu i mimo dynamicznej sytuacji, donikąd nie gnają. Improwizacja umiera tu pod ciężarem pustych, saksofonowych dysz i oddechu upoconej perkusji. Zresztą efektowna finalizacja, to silna strona także kolejnych improwizacji. Trzecią z nich otwiera perkusyjna introdukcja. Alt wkracza do gry soczystymi dronami po kilkudziesięciu sekundach. Tempo jest tym razem umiarkowane, a wiele saksofonowych fraz ma tu bardzo melodyjną bazę. Potem gęsty ścieg drummerski jeszcze się … zagęszcza i improwizacja zionie ogniem niczym wataha smoków. Czwarta opowieść trwa ponad kwadrans, jest zatem budowana bardzo nieśpiesznie i z dużą rozwagą dramaturgiczną. Saksofon zaczyna swingowym stepem, z kolei perkusista sprawia wrażenie konia, który ubija ziemię pod kopytami. Z tej nieoczywistej sytuacji scenicznej artyści kreują piękną opowieść. Znów to drummer jest tym, którego ciągnie do ognia, saksofonista skupia się raczej na leniwym czerpaniu radości z chwili obecnej. Narracja nabiera tu niemal rytualnego drive’u, cieszy ucho każdą frazą. Pod koniec najpierw zalewa nas ogniem ekspresji, potem doskonale tłumi się pod presją coraz wolniejszego stepu perkusji i dętego pisku opon. Dwie finałowe improwizacje trwają po kilka minut i pokazują duet w nieco innym świetle. Najpierw czeka nas meta ekspresyjna ballada z niemal coltrane’owskim sznytem. Drummer kręci tu pętle, saksofonista śpiewa z lekką zadumą, dronuje, nie stroni od drobnych preparacji. Narracja faluje, nadyma się i kurczy. Ostatnia improwizacja od pierwszego dźwięku stawia na dynamikę, dęte pokrzykiwania, ale i pewien perkusyjny suspens. Artyści tańczą wokół własnej osi i z gracją kończą swe dzieło.



Good To Be Back In Reality by Webster & Grigg

Peckham Road Studios, Londyn, styczeń 2022: Colin Webster – saksofon altowy oraz Matthew Grigg – gitara, amplifikator. Osiem improwizacji, 53 minuty.

Webster i Grigg znają się bardzo dobrze, ale nie nagrali jeszcze razem tysiąca płyt. Jednak ich nowa produkcja sprawia wrażenie, jakby całe życie grali tylko ze sobą. Upichcili nam bowiem bardzo zwarte, ciasne i gęste improwizacje, w trakcie których naczelnym celem stało się szukanie wzajemnych podobieństw, tudzież zachowań imitacyjnych, nie zaś eskalowanie brzmieniowych dysproporcji pomiędzy ognistym altem, a elektryczną gitarą zaplątaną w zwoje kabli i przetworników.

Otwarcie sesji nie trwa tu zbyt długo. Kilka drobnych westchnień z obu stron i od razu krok ku narracji usianej dźwiękami, realizowanej w tempie, nastawionej na szybkie interakcje. Strumienie fonii budowane są tu nie tyle ekspresyjnymi frazami, ile preparowanymi, które zdają się łatwiej odnajdować brzmieniowe podobieństwo. Z jednej strony trochę akustycznych trzasków i szmerów, z drugiej dużo hałaśliwych nutek wypełnionych prądem. Druga odsłona prowadzona jest początkowo w bardziej umiarkowanym tempie. Tu muzycy łapią kontakt na poziomie dramaturgicznych subtelności. Tkają samonakręcającą się narrację z drobinek rozbitego szkła. Potem chwytają więcej powietrza w płuca i gonią za ochłapami ekspresji, tu dość mrocznej i nieoczywistej, ale nasączonej pokrętną melodyką. W trzeciej części dyskutują w oparach ciszy za pomocą short-cuts – drobnych parsknięć tuby i zgrzytania strun. Z czasem nabierają jednak mocy, intensywności, lepią się w jedną strugę post-noise. Czwarta improwizacja wydaje się na tle poprzedniej niemal filigranowa. Dostajemy więcej czystych fraz, a niektóre figury narracyjne zdają się być niemal wirtuozerskie. W kolejnej części artyści stawiają na drony i szukają przeciwieństw - ciepły vs brudny, rezonujący vs sprzęgający. Dość sprawnie nabierają gęstości, ale w połowie utworu stają się tylko szumem w tubie i szelestem gitarowego amplifikatora. Potem serwują sobie bitwę na śnieżki – rwane, wychłodzone, ale ekspresyjne. Szósta część powraca do konwencji filigranowej. Trochę wytłumionych śpiewów, trochę polerowanych strun, jęki i zdrobnienia - wszystko przypomina tu upiorną kołysankę dla łobuzów. Siódma opowieść dowodzi, iż kontrast jest dobrą metodą budowania dramaturgii. To ostry skok w bezmiar ekspresji – charcząca tuba i silnie sfuzzowana gitara, a wszystko realizowane w imponującym tempie. Wreszcie końcowa improwizacja, dużo spokojniejsza, ale nasycona brudnymi, sprzęgającymi się dźwiękami obu instrumentów. Wielka, post-industrialna smuga cienia! Saksofon buduje drony, gitara szuka hałasu. W połowie ekspozycji delikatny stopping, oddech w chmurze rezonansu, a potem już tylko finałowe śpiewy altu i kilka zgrabnych, posuwistych ruchów na gryfie gitary.



Stochastic Regions by Serries, Mobin & Stokart

Border Lab, Orlean, Francja i domowe studio, Belgia, od marca do listopada 2021: Dirk Serries – gitara archtop oraz Anton Mobin – prepared chamber (strona pierwsza); Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, marzec 2022: Dirk Serries – amplifikowana gitara archtop oraz Quentin Stokart – gitara, amplifikator (strona druga). Łącznie piętnaście improwizacji, 52 minuty.

Angielskie określenie chamber ma bardzo wiele znaczeń. W muzyce zwykliśmy odnosić je do stylistyki kameralnej, jako wszakże rzeczownik może być rozumiane także jako pomieszczenie. Anton Mobin, to artysta, który swoje dźwiękowe spektakle zwie prepared chamber. Znamy już kilka jego ujawnień, po prawdzie do dziś jednak nie wiemy, jakimi metodami produkuje on dźwięki, z których konstruuje swoje improwizacje. Tu dostajemy jego dzieło, które jest efektem postprodukcyjnego zderzenia z akustycznymi improwizacjami gitary. Mobin znów czyni tu cuda, dodatkowo retorycznie pytając, gdzie kończy się dźwięk akustyczny, a gdzie zaczyna jego przetworzona, syntetyczna forma. Z kolei na drugiej stronie kasety … intelektualnie odpoczywamy. Tym razem gitara akustyczna zostaje delikatnie amplifikowana, a towarzyszy jej druga gitara, także korzystająca z drobnego wzmocnienia. Słuchajmy zatem obu opowieści nad wyraz uważnie!

Pierwsza strona kasety składa się dziewięciu na ogół krótkich epizodów. Każdy z nich jest gęsto naładowany dźwiękami zwanymi prepared chamber, pozornie akustycznymi, których pochodzenia możemy się jedynie domyślać oraz dźwiękami, które dość łatwo przypisać możemy gitarze akustycznej. Serries pracuje tu w typowy dla siebie sposób – rysuje fikuśne pętle, zgrzyta zębami, kreuje pół riffy, którym nie brak bluesowego posmaku. Cała reszta jest dziełem Mobilna, a ich opisanie zgrabnym, choć odrobinę zrozumiałym językiem graniczy niemal z cudem. Potok skojarzeń odbiorcy zdaje się nie mieć tu końca. Część dźwięków to rwane, wręcz szarpane fonie, inne płyną dłuższymi strumieniami, na poły kameralnymi (a jednak chamber!), jeszcze inne zakwalifikować możemy jako post-perkusyjne. Bardzo często mamy wrażenie, że przebywamy w zakładzie szlifierskim, w którym nie brakuje szumów, szelestów, zgrzytów i trzasków, przesuwających się suwnic, całych plejad rezonujących fraz, tudzież innych meta industrialnych fonii. Czasami słyszymy fale radiowe, innym razem ktoś przesuwa po podłodze ciężką donicę. Bywa, że rękach szaleńca znajduje się balon, który ugniatany z dużą siłą nie chce jednak pęknąć. Ów wielobarwny i nieskończony świat post-akustyki na ogół wchodzi w zdrowe interakcje z żywym instrumentem.  I to zdaje się być naczelną wartością pierwszej strony kasety.

Druga strona nie wymaga już od nas ciągłego nadstawiania uszu i zadawania pytań. To sześć zgrabnych improwizacji na dwie gitary. Początek tej historii jest dość filigranowy. Drobne frazy z gitar najpierw ledwie szumią mocą wzmacniacza, potem zdają się sycić nieco większą porcją prądu. Slajsy, mikro riffy i drobne zakręty, odrobina charczących preparacji i post-westernowe pasaże małych melodii. W kolejnej części dominują preparacje, w trzeciej zaś niemal rockowe riffowanie. W czwartej artyści wracają do wymiany dźwiękowych subtelności. Każdy z nich snuje tu dość linearną narrację, nie ma zatem potrzeby, by wchodzili w bardziej intensywne interakcje. Pod koniec tej części najpierw obie gitary nabierają siarczystości, potem zadumanego mroku. Piąta improwizacja wydaje się być szczególnie urokliwa. Serries szoruje tu struny, z kolei Stokart snuje akustyczne drony. W dalszej części nagrania pojawiają się smyczki, które generują dodatkowe porcje ekspresji. Finałowa improwizacja budowana jest z drobnych dźwięków, czasami zadziornych, czasami dość obłych, doposażonych w melodię i niekiedy sporą dawkę emocji. W połowie utworu muzycy odnajdują ciszę i na jej poziomie udanie finalizują opowieść.



piątek, 4 lutego 2022

A New Wave Of Jazz still strikes! Three fresh duets!


Belgijski label A New Wave Of Jazz, prowadzony od prawie dekady przez Dirka Serriesa, nie przesypia pandemii i regularnie dostarcza nam nowych nagrań. Na trzech nowych, zimowych płytach znajdujemy jak zawsze dużo Nowej Fali i mało Jazzu, co każdorazowo raduje nas niejako podwójnie. Mimo, iż na bandcampie nowości dostępne są już od października ub.r., nazywamy je zimowymi, albowiem ich światowa premiera (przynajmniej w formacie CD) została ustawiona na styczeń nowego roku.

Pośród trzech premier odnajdujemy same duety - kontrabasu z gitarą akustyczną, klarnetu z saksofonem, wreszcie tajemniczego prepared chamber (tu rzeczone chamber rozumiane chyba jako pomieszczenie) i fortepianu. Personalnie sami nasi dobrzy znajomi z Belgii i Zjednoczonego Królestwa. Dla przypomnienia dwie pierwsze płyty bez trudu znalazły się na naszej liście 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2021!

 


Melancholia

Na najlepszy z możliwych początków duet w składzie: John Edwards na kontrabasie i Dirk Serries na gitarze akustycznej. Dźwięki zarejestrowane 8 lutego 2020 roku w Londynie (Dave Hunt Studio) *).  Dwie rozbudowane, dalece swobodne improwizacje trwają tu łącznie 44 minuty i 56 sekund.

Muzycy zaczynają spektakl delikatnym wybudzaniem strun swoich instrumentów ze stanu uśpienia. Już tu jednak, na etapie dalece wstępnym, każda akcja może liczyć na bystrą reakcję. Dźwięki szukają się wzajemnie, łączą w małe plejady, syczą jak koty, rżą jak dziki w mrocznej gęstwinie lasu. Opowieść potrafi tu powstać z kolan w ułamku sekundy, ale równie szybko wpaść w ramiona ciszy. Już po 6 minucie słyszymy pierwsze głębokie oddechy akustycznego mroku, stymulowane frazowaniem smyczka na kontrabasie. Po chwili ze smyczków korzystają już obaj muzycy i wdają się w post-barokowe lamentowania. Niespodziewanie łapią ekspresję i już w trybie pizzicato & riffs udają się na niewielkie wzniesienie. Po 13 minucie znów stygną i oddają się leniwym zajęciom – preparują dźwięki i ślą sobie wzajemnie barokowe ukłony. Pod koniec pierwszego seta dopada ich kolejna porcja mocy – smyczki, riffy, bystre akordy idą w tango, czyniąc finał wyjątkowo urokliwym.

Drugi set długimi minutami zdaje się stawiać na bardziej refleksyjne emocje. Dużo gry ciszą, wystudzone, post-rockowe grepsy, tudzież leniwe smyczki. Te ostatnie potrzebują ledwie ułamka sekundy by skoczyć na głęboką wodę. Po kilku pętlach powracają jednak w odmęty ciszy i brzmią niczym akustyczny ambient! Jak to często bywa w swobodnej improwizacji, po interwale spokoju następuje prawdziwy wybuch emocji. Tym razem płyną one wprost z repetycji kontrabasu i echa rockowych skojarzeń gitary. Drugi set ma swój kardynalny stopping w okolicach 15 minuty, po którym artyści szukają nowego wątku, toną w mroku, ale widzą światełko na końcu tunelu. Smoliste kłęby gitary i akrobatyczne pizzi & arco kontrabasu tworzą tu pewien dramaturgiczny suspens. Muzycy zdają się ugniatać ciszę, polerować struny wilgotnymi smyczkami. Finałowa prosta, to kolektywny śpiew strun, boleśnie piękny, świetnie reasumujący to wyjątkowe nagranie.

 


The Other Lies

Kolejny nowofalowy duet powstał w lutym ubiegłego roku, znów po tamtej stronie Kanału, w miejscu zwanym Peckham Road Studios. Dwóch Brytyjczyków zwarło szeregi w dalece kameralnej improwizacji: Tom Jackson na klarnecie oraz Colin Webster na saksofonie altowym i barytonowym. Dodajmy, iż dla tego drugiego, to być może the most chamber event in his life! Sześć improwizacji rozciąga się w czasie niemal po widnokrąg, trwa bowiem 70 minut bez kwadransa sekund.

Pierwszą dętą dyskusję klarnet rozpoczyna w towarzystwie altu. Podobnie rzecz będzie się miała w pozostałych nieparzystych utworach. Z kolei w parzystych dudnił będzie saksofon barytonowy. Początek jest mroczny, niemal dronowy. Kameralna trwoga pospołu z kameralną zadumą realizują się tu zarówno w formie bystrych short-cuts, jak i rozciągniętych w czasie, chwilami wręcz klasycyzujących fraz. Muzycy sprawiają wrażenie, iż lepiej czują się w mglistych, zacienionych miejscach, ale i w post-swingowych przebieżkach nie dostrzegają nic zdrożnego. W drugiej, barytonowej części narracja nie przestaje być kameralna, ale oba instrumenty starają się tu pokazywać całe spektrum swoich możliwości brzmieniowych, zatem emocji i bardziej gęstych, głośnych dźwięków także tu nie brakuje. Początek kolejnej improwizacji wydaje się być wyjątkowo urokliwy. Alt i klarnet dyskutują drobnymi frazami w estetyce call & responce. Szukają zadziornych fraz, efektownie parskają i szczerzą zęby w zawadiackim uśmiechu. Przez moment kameralny posmak zdaje się tu ginąć w niemal free jazzowym ogniu.

Czwarta opowieść, zatem znów baryton, to kameralna, ale taneczna przygrywka. Także gra na małe pola - efektowne zaśpiewy klarnetu, kontrapunktowane czerstwym oddechem saksofonowych dysz. Wreszcie bystra faza preparacji – baryton chce charczeć, klarnet temperuje go jednak po swojemu. W piątej części dominuje nerwowa … melancholia. Szczypta melodii, garść dynamiki i próby poderwania się do bardziej wysokich lotów. Efektowne, taneczne podrygi i afektowane westchnienia, a na koniec odrobina imitacji. Finał tej przepięknej, choć odrobinę zbyt długiej płyty, pławi się w kameralnym samouspokojeniu. Baryton, co prawda jątrzy na każdym zakręcie, szuka dynamiki, preparuje, pracuje gołymi dyszami, ale klarnet zdaje się trzymać rękę na pulsie narracji, prowadząc oba instrumenty w piękną, znów dość nerwową fazę leniwych preparacji. Końcówka urokliwie ginie w poświacie zmysłowego dark chamber



Cure and Mound

Ostatni z dzisiejszych duetów, być może najbardziej tajemniczy: Anton Mobin określający swoje dźwiękowe ekspozycje jako prepared chamber (domniemujemy, iż wydobywa dźwięki ze wszystkiego, co znajduje się w danym pomieszczeniu) oraz Martina Verhoeven korzystająca z fortepianu, który na ogół preparuje. Ich opowieść jest bardzo długa (dwie improwizacje, 76 minut i 47 sekund), chwilami bardzo dotkliwa fonicznie, ale nieustannie intrygująca (większość odsłuchu spędzamy z pytaniem na ustach: cóż to za dźwięki ?!?). Zapraszamy do pieczary akustycznych zagadek, nagranych w … studiu Sunny Side w brukselskim Anderlechcie, w lutym 2020 roku.

Spektakl zaczyna się prawdziwą burzą z piorunami! Małe akustyczne katastrofy, całe morze fake sounds, okalające dźwięki preparowanego piana, ocean czegoś, co moglibyśmy określić mianem prepared acoustic reality! Fonia zdaje się tu być niemal przesterowana – burczy, brzęczy, charczy, szumi, szoruje, jęczy, oddycha niczym żywa materia, czasami smakuje wręcz elektroakustycznie. Ale już po chwili przestajemy zadawać sobie pytania o źródła pochodzenia danych dźwięków, dajemy się bowiem ponieść ekspresji tej małej wojny światów. Kostropate kształty, filigranowe eksplozje, suprice by suprice. Aura dewastujących nasze uszy fonii sprawia, iż pierwszy, czysty dźwięk z klawiatury fortepianu zdaje się brzmieć niczym intruz! Taki oto akustyczny horror trwa pełne dwadzieścia minut. Po upływie tego czasu łagodne dźwięki fortepianowych strun przenoszą nas w inny wymiar czasoprzestrzeni. Narracja oddycha mrokiem i pajęczynami! Definitywna obniżka poziomu hałasu zaczyna sprawiać, iż improwizacja nie dość, że staje się bardziej przyswajalna, to zaczyna intrygować niemal podwójnie. Coraz więcej brzmienia klawiszy, coraz więcej niuansów i dźwiękowych subtelności. Pod koniec 40-minutowego seta dominuje preparowane piano, które zdobione jest nieco bardziej hałaśliwymi ornamentami z drugiego ośrodka dowodzenia. Improwizacja śpiewa piskliwym głosem, doposażona frazami sugerującymi jakiś głęboko skrywany rytm.

Druga opowieść jest nieco krótsza, ale zdaje się kontynuować te wątki pierwszej części, które podobały nam się najbardziej. Mroczne piano zarówno z klawiatury, jak i bezpośrednio ze strun, post-basowe i post-perkusyjne frazy prepared chamber. Narracja znów nabiera pewnej rytmiki, pokręconej, niemal psychodelicznej, chwilami całkiem żwawej. Po niej następuje długa, efektowna ekspozycja solowa pianistki (jeśli czymś wzbogacona, to zawodzi ucho recenzenta). W połowie seta improwizacja znajduje ciszę i znów robi się nad wyraz smakowicie. Muzycy stawiają na drobne frazy, preparują z precyzją chirurgicznego skalpela, czyniąc ów fragment bodaj najciekawszym na całej płycie. Pod koniec pojawia się kilka bardziej hałaśliwych akcentów, ale chyba jedynie w ramach skromnej repryzy tego, co działo się na początku nagrania. Piano Martiny stawia piękne stemple czarnymi klawiszami, niemal podśpiewuje. Akcesoria Antona rzężą niczym zepsute urządzenie elektryczne.

 

*) warto zauważyć, iż tego samego dnia, w tym samym miejscu, zarejestrowano nagranie kwartetu Edwards/ Serries/ Webster/ Lisle, które jest dostępne na płycie Peck and Fleet (Raw Tonk Records)



wtorek, 18 maja 2021

Stadhouders, Serries, Marshall, Willberg, De Groote, Verhoeven & Tonus! A New Wave Of Jazz’ very short digital editions only for membership!


Czasy bezkresnej pandemii sprawiają, iż muzycy, pozbawieni możliwości koncertowania, skupiają swoją uwagę na dostarczaniu odbiorcom astronomicznych ilości nowej muzyki. Jakkolwiek nie psułoby to rynku muzycznego, zwłaszcza jego niszowych odmian, fakt taki należy zaaprobować i starać się z jego skutkami współegzystować, czy to jako potencjalny kupiec, czy jako … recenzent.

Belgijska oficyna A New Wave Of Jazz przygotowała właśnie cztery nowe nagrania koncertowe, które udostępnia jedynie w formie plików elektronicznych i jedynie … dla członków swojej grupy fanów i wielbicieli. Co to oznacza, w kontekście dostępności tej muzyki dla niestowarzyszonych, pokaże przyszłość. Zainteresowanych wszakże ewentualnym zakupem można z pewnością odesłać na stronę wydawnictwa, której adres przypominamy na końcu dzisiejszej opowieści.

Na najnowszych nagraniach NWOJ spotykamy niemal wyłącznie świetnie znanych nam artystów, związanych nie tylko z tym belgijskim wydawcą. Przy okazji możemy też przypomnieć sobie nagrania z trzech ostatnich edycji labelowego, corocznego Festiwalu, w tym także ostatniego, który odbył się w marcu br. jedynie w formie streamingowej.

 


Jasper Stadhouders & Dirk Serries  Live At Jazzblazzt 2019

Dzisiejszą prezentację rozpoczynamy od koncertu, jaki odbył się w znanym belgijskim klubie Jazzblazzt, wiosną 2019 roku. Dwóch fantastycznych gitarzystów zagrało w jego trakcie dwa sety – w pierwszym korzystali z gitar elektrycznych, w drugim z akustycznych. Całość trwała łącznie 40 minut i 11 sekund.

Artyści tej klasy, co Jasper i Dirk nie mogą nie zacząć koncertu w sposób spektakularny – kręcą spirale, rysują pętle i konstruują fikuśne zawijasy. Prezentują od startu dużą wolę walki i zbliżone techniki wydobywania dźwięku. Mimo wielu dynamicznych i zadziornych fraz dbają też o szczegóły, zdają się być wyczuleni na niuanse brzmieniowe, mimo, iż obaj mają w rękach prądobiorcze urządzenia. Ta lewa (Jaspera) ma go chyba więcej, ta prawa (Dirka) nadrabia wyszukaną melodyjnością. Gdy muzycy zdejmują nogą z gazu, bez trudu odnajdują w sobie drobinki post-jazzowej estetyki, choć całość ekspozycji realizują z niemal rockowym temperamentem. Zwinne koty, przebiegłe lisy! Zwróćmy uwagę na szczególnie udane fazy tego seta. Gdy lewa gitara dynamicznie riffuje, prawa maltretuje struny. Gdy prawa uprawia efektowne sprzężenia, lewa proponuje serię małych wybuchów. Nie brakuje momentów, gdy obie gitary serfują po wielkim oceanie, a wiatr chlaszcze im gryfy. Wreszcie sam finał – gdy lewa gitara łapie szalony rytm, prawa tapla się w rzeżącej psychodelii i stawia efektowne znaki zapytania.

Set akustyczny – co oczywiste – stawia na drobiazgi, większą czystość brzmienia, ale nie ogranicza ekspresji muzyków. Początek zdaje się być nad wyraz filigranowy, tkany ze strzępów dźwięków. Potem opowieść nabiera rozmachu, ale daleko jej do ognistych erupcji. Obaj artyści mają wyjątkowo zwinne palce oraz bardzo otwarte głowy! Bez trudu łapią spokojniejsze, czyste frazy i brzmią wtedy razem niczym para neoklasycznych kochanków na popołudniowej przebieżce. W drugiej fazie seta tłumią emocje i grają wiele fraz na wdechu. Trochę się imitują, nie stronią od zabawy w pytania i odpowiedzi. Na zakończenie schodzą do krypty i zatopieni w lepkich pajęczynach bawią się w dźwiękowe preparacje. Prawa gitara zaczyna nawet dziwnie popiskiwać. Another kind of fake sounds! Brawo!

 


Hannah Marshall/ Dirk Serries/ Otto Willberg  Live At A New Wave Of Jazz Festival 2020

Na osi czasu meldujemy się w roku 2020, tuż przed wybuchem pierwszej fali pandemii. Na scenie swobodnie improwizujące acoustic string trio: Hannah Marshall – wiolonczela, Dirk Serries – gitara akustyczna oraz Otto Willberg – kontrabas. Grają szybko i na temat, zatem cały set trwa ledwie 27 minut i 9 sekund.

Muzycy zaczynają koncert zwartym, dobrze konstruowanym strumieniem dźwiękowym, jakkolwiek każdy z nich używa innej techniki maltretowania strun. Jeden po rockowemu riffuje, drugi ma w ręku smyczek, trzeci zaś nieśmiało preparuje dźwięki. Całość nie daje się zakwalifikować do żadnego gatunku, choć do estetyki free chamber oczywiście jest tu najbliżej. Pojawiają się brudne frazy, akcje toczą się wszakże leniwie i raczej budowane są w skupieniu. Po czasie ów konglomerat wyłącznie intrygujących dźwięków łączy się jednak w bardziej dynamiczny flow. Bez mrugnięcia okiem muzycy równie szybko odnajdują się w oparach ciszy – skrzypią, pocierają się o siebie, miałczą, jak wygłodzone koty. W tych okolicznościach stosują na ogół podobne techniki gry. Choćby w okolicach 8 minuty, gdy trzy smyczki bawią się w efektowne, choć wytłumione piłowanie strun. Po kolejnych dwóch minutach dostajemy ekspozycję pod nazwą deep acoustic drone ambient.

Trzech wyśmienitych instrumentalistów świetnie reguluje tempo improwizacji, mistrzowsko panuje nad dramaturgią całości, często zmienia techniki gry - taniec od poziomu ciszy, po względny hałas. W okolicach 18 minuty muzycy fundują nam bardzo efektowne spiętrzenie, które rozlewa się szerokim korytem dłuższych, przeciągniętych fraz. Energia ich nie opuszcza, choćby na ułamek sekundy. Kilka zadziornych fraz i równie bezczelnych ripost, i już w okolicach 21 minuty pojawiają się pierwsze próby tłumienia ekspozycji, nawet do poziomu ciszy. Artyści schodzą głęboko w dół i tkają niemal molekularne drony, które sprawiają, iż finał koncertu śmiało możemy zaliczyć do jego najlepszych momentów. Zmysłowa bojaźń i afektowane drżenie – silent prepares in very long-cuts!

 


Patrick De Groote & Martina Verhoeven  Live At A New Wave Of Jazz Streaming Festival 2021

Tegoroczny marzec, białe ściany studia  Sunny Side Inc. w Anderlechcie i dwójka muzyków zachowująca dystans fizyczny, ale na szczęcie - nie ten muzyczny, wszak w uprawianiu swobodnej improwizacji kontakt między artystami stanowi fundament sukcesu. Streamingowy festiwal i jeden z jego pięciu aktów: Patrick De Groote – trąbka oraz Martina Verhoeven – fortepian. Jeden, zwarty set – 28 minut i 22 sekundy.

Koncert otwierają krótkie, czyste frazy trąbki, kontrapunktowane open-jazzowymi plastrami wprost z klawiatury fortepianu. Zabawa czyniona jest w formule call & responce, wszakże z miejsca pachnie sytuacją niemalże filmową - oto Miles Davis spotyka Cecila Taylora na paryskiej ulicy pod koniec szalonych lat 50. ubiegłego stulecia! Muzycy rozdają dynamiczne frazy na prawo i lewo, ale dzielą je pauzami pełnymi melancholijnego suspensu. Martina nie stroni od struktur rytmicznych pełnych ragtime’owej frywolności, Patrick stawia na czyste frazy, ale czasami pakuje w nie sporo agresji. Mamy więc pyskówki, zdania odrębne, ale także całą plejadę zachowań, których celem jest stabilizowanie napięcia pomiędzy muzykami.

Gdy pianistka na krótkie chwile zostaje sama na studyjnej scenie bez publiczności, zdaje się błyszczeć post-klasyczną estetyką, kreowaną wyjątkowo zwinnymi palcówkami po klawiaturze. Trębacz naznaczony jest piętnem cool jazzu, ale sprawia wrażenie, że w tej roli czuje się, jak ryba w wodzie. Jego opowieść tylko z rzadka zahacza o dźwięki bardziej zabrudzone, podobnie dzieje się z pianistką, która nie sięga do głębi swego instrumentu. Obu artystom bliżej do ekspresji free jazzu niż zakamarków swobodnej, kameralnej improwizacji. Na finał spod klawiatury wypadają nawet akcenty post-romantyczne, które są jednak świetnie kontrastowane trąbką, która zdaje się żłobić dziurę w niebie. Smakowity, stylowy set, silnie osadzony w tradycji wolnej muzyki.

 


Tonus  Live At A New Wave Of Jazz Festival 2019

W dwa tygodnie po fantastycznym koncercie w Polsce, na trzeciej edycji Festiwalu Spontanicznego w październiku 2019 roku, Dirk Serries zrealizował kolejną odsłonę swojej idei kompozytorsko-improwizacyjnej Tonus, w tym razem w bardzo kameralnym, ledwie czteroosobowym składzie: Antoine Beuger – flet, Colin Webster – saksofon altowy, Tom Jackson – klarnet oraz on sam – sopranowa melodica. Czas nagrania: 23 minuty i 56 sekund.

Tym razem tonusowa narracja ma wyjątkowo precyzyjną dramaturgię. Tworzy ją długi strumień dźwiękowy podawany przez cztery instrumenty niemalże unisono, kreowany w estetyce, którą możemy porównać do idei Sustained Piece Johna Stevensa. Drugim elementem składowym tej układanki jest oczywiście cisza. Narracja z biegiem kolejnych powtórzeń sekwencji dźwięk-cisza-dźwięk zdaje się narastać, ale na pewno nie rozwija się liniowo. Zmianom ulega raczej długość trwania poszczególnych elementów, nie zaś ich intensywność. Być może muzycy mają tu swobodę w kreowaniu interwałów, być może całość jest jednak konsekwencją niemalże matematycznych zapisów graphic score, które Serries stosuje w projekcie Tonus.

Strumień dźwiękowy sprawia wrażenie, jakby nie ulegał specjalnym zmianom w trakcie całej ekspozycji, może jedynie, od czasu do czasu, odrobina piasku dostaje się w szprychy czteroosobowej machiny. Cisza, jak to cisza, z samej swojej natury milczy, czasami jest długa, ciągnie się w nieskończoność, czasami bywa ulotna, brutalnie rozrywana przez kolejny strumień dźwiękowy. Oto Tonus – siła minimalizmu i wiecznej repryzy, metafizyka dźwięków, którym potrafią być ciszą.

 

*****

 

Zainteresowanych tymi dźwiękami odsyłamy do poniższego kontaktu.

https://newwaveofjazz.com/contact/



wtorek, 20 lutego 2018

Daniel Thompson! The United Kingdom of Free Improvisation’s another fresh breath! *)


Świat muzyki improwizowanej nie zna pustki. Trybuna Muzyki Spontanicznej, ustami Pana Redaktora, co rusz puszcza w eter nazwiska muzyków, które warte są zapamiętania. Katalog dobrych lub bardzo dobrych improwizatorów rośnie w tempie geometrycznym. Co gorsza, teksty tu zamieszczane nakazują także zachwycać się ich muzyką!

Daniel Thompson! To jest następna ofiara naszej polityki informacyjnej. Młody, wciąż na dorobku, brytyjski gitarzysta. Wykształcony, ambitny, i co z dzisiejszej perspektywy najistotniejsze, już doprawdy wyśmienity muzyk improwizujący. Po prawdzie nie ma jeszcze w pełni autorskiego dorobku, ale jego twórcza zabawa w kolektywną, swobodną improwizację, niemal od początku dekady, trwa w najlepsze.

W trakcie dość rozbudowanej epistoły padnie także kilka innych, nowych nazwisk. Na jedno już dziś redakcja nakazuje zwrócić baczną uwagę. To saksofonista Adrian Northover. Muzyk nieco starszego pokolenia, jakkolwiek jego większa aktywność na polu free improve ma miejsce dopiero w ostatnich latach, dodajmy, na ogół w towarzystwie Thompsona.

Prześledzimy notatki recenzenta z odsłuchu aż jedenastu płyt, w których istotny udział sprawczy przypisać możemy brytyjskiemu gitarzyście. Nie będziemy nadmiernie wymądrzać się w ich trakcie, snuć gatunkowych paralel, ani udowadniać, jak wielka jest nasza recepcja muzyki improwizowanej. Tylko fakty, tylko emocje. A po lekturze - marsz do kupowania i słuchania muzyki! Muzycy improwizujący i ich wydawcy także płacą rachunki!

Jeśli ktoś z zacnych Czytelników chciałby zadać pytanie, po które z wydawnictw sięgnąć od razu, a po które nieco później, odpowiedź musi być wymijająca, bo wszystkie one godne są naszej uwagi. Ale na ucho dodajmy – kolejność prezentacji płyt nie jest do końca przypadkowa.




The Runcible Quintet ‎ Five (FMR Records, 2017)

18 kwietnia 2016, Iklektic, Londyn: John Edwards – kontrabas, Marcello Magliocchi – perkusja, Neil Metcalfe – flet, Adrian Northover – saksofon sopranowy, Daniel Thompson – gitara akustyczna; 5 utworów, 44 minuty z sekundami.

One. Dokładna, molekularna rozbiegówka – pojedyncze struny gitary i kontrabasu, drżący talerz, westchnienie fletu, podmuch saksofonu. Muzycy poznają się wzajemnie przez dotyk. Two. Flet stąpa po strunach gitary. Akustyczna precyzja, która znamionuje tych, którzy potrafią czerpać ze wszelkich zdobyczy historycznych brytyjskiego free improv. Metcalfe grał z Johnem Stevensem naprawdę, reszta czyniła to w równie zaangażowany sposób, choć metodami bardziej wirtualnymi. Czujność i odpowiedzialność za pojedynczy dźwięk, to cechy, które konstytuują jakość narracji, która lubi pełzać do przodu przy wykorzystaniu klasycznej metody improwizacji, czyli search &reflect. Demokracja w czynie, demokracja w sukcesie, to kolejne warte podkreślania zjawisko na scenie w Iklektic. Szczypta kameralistyki w zaśpiewie fletu, programowy minimalizm w tubie sopranu, błyskotliwy, bardzo niski pasaż ze smyka na kontrabasie. Three. Flet w konfrontacji z kontrabasem. W tle drumming, który zaczyna zaznaczać swoją obecność. Jest zwinny, nerwowy, bardzo na temat, dzięki czemu cała ekspozycja skrzy się sporym ładunkiem energii. Od 5 minuty znów jakby spokojniej. Akustyczne mikro cuda wypadają z rąk każdego z muzyków kwintetu. Od 8 minuty rośnie dynamika, która prowadzi do kilkudziesięciosekundowej eskalacji. Zejście w ciszę, tuż potem – orkiestrowy majstersztyk, trochę wedle wskazań nieistniejącej batuty. Przynajmniej dęciaki sprawiają wrażenie lekko sterowanych. Four. Przeciąganie liny w estetyce call & response. Dźwięk za dźwięk. Wymiany uprzejmości na flankach w podgrupie dętej. Po dynamizacji, cała piątka płynie wyjątkowo wartkim strumieniem (smyk na kontrabasie stawia stempel akustycznej doskonałości). Tego ostatniego instrumentu zdaje się być w tej opowieści najwięcej. 8-9 minuta, to chwila, by zachwycić się sztuką gitarzysty – pięknie szoruje po strunach w poszukiwaniu nerwowego rytmu, a reszta muzyków jakby amplifikowała jego działania. Najdłuższy trak na płycie (ponad 17 minut) mieni się tysiącami pomysłów i rozwiązań dramaturgicznych. Jakże szeroki arsenał środków w dłoniach perkusisty. Niemal barokowy przepych. Od 15 minuty wyśmienite, dronowe wybrzmiewanie. What a game! Five. Outro na 150 sekund. Drapieżnie na strunach kontrabasu, obok dęte wymienianki, szczypta ciszy ze strony gitary. Drastycznie precyzyjny, ostatni dźwięk.




Adrian Northover & Daniel Thompson ‎ Mill Hill  (Raw Tonk, 2015)

26 czerwca 2014, The Red Shed Studio, Mill Hill, Londyn: Adrian Northover – saksofon sopranino, sopranowy i altowy, Daniel Thompson – gitara akustyczna; 5 utworów, 40 minut.

One. Saksonowy dron, drobne spiętrzenia na gryfie, kilka slajsów, suche, ascetyczne brzmienie. W tubie sopranu rodzaj mikro ballad, które snują się po ściankach, pomiędzy strunami gitary gęsta sieć dźwięków. Dobra komunikacja pomiędzy instrumentami, także pomiędzy ich dyspozytorami. Improwizacje obu muzyków płyną dość separatywnie, ale stale odnajdują punkty styczne i okazje do zmyślnych interakcji. 6 minuta, szczypta sonore z saksofonu, z którego wykluwa się piękna one breath ekspozycja. Adrian jest delikatny, precyzyjny, świadomy swoich wysokich kompetencji. W 9 minucie prowadzi z Danielem doskonały dialog na pograniczu ciszy. Muzycy świetnie dopasowują się poziomem ekspresji, ładunkami energii wkładanymi w improwizację. Two. Kolejny, kompatybilny, wyważony i skrupulatny dialog gitary i saksofonu. Dużo pytań, jeszcze więcej odpowiedzi i niebanalnych, wspólnych refrenów. Thompson tryska techniką gry, dokładnością swoich improwizacji. Pozostaje w stanie ciągłej zmiany, nie stroni od dekonstruowania riffów. Jego improwizacje są bardzo wyzwolone, ale mają uporządkowaną strukturę, pełne są zamysłu dramaturgicznego. Nie ma w nich przypadkowych dźwięków. Gitarzyście daleko do niechlujstwa Dereka Baileya, bliżej mu do wewnętrznej spójności Johna Russella. To samo można powiedzieć o grze Northovera, być może muzyk ten jest jeszcze większym odkryciem tego skromnego cd-ra. Three. Pętla w tubie, zaciska się na szyi słuchacza. Metaliczny jazgot rozszarpywanych strun gitary. Także ta improwizacja ma swój wewnętrzny rytm, z góry nadany przez muzyków kierunek rozwoju. Po paru minutach, obaj znów cudownie grzęzną w ciszy. Four. Adrian i Daniel czają się na siebie, jak dwa tygrysiątka w zaroślach. A potem skok w narowisty galop! Być może najbardziej dynamiczny fragment nagrania. Przy okazji, jakość ich improwizacji lokalnie eksploduje! Tuż potem mistrzowskie hamowanie, niczym kwiatuszek do kożuszka. A po kolejnej chwili… kolejny galop i … ponownie perfekcyjny stop! Wielominutowa perła free improve żarzy się ogniście!  7-9 minuta, szumy i szmery w tubie, tuż obok bulgocząca, strunowa, sucha symfonia. Jakby Daniel grał na samych strunach, a jego instrument pozbawiony był pudla rezonansowego. Dronowa cisza, jako komentarz, pachnie już niemal geniuszem, a konwulsyjna dekonstrukcja sytuacji zastanej znów gotuje pióro recenzenta. Diabelska historia! Five. Saksofon down and up, z drobinami melodycznego zaśpiewu. Gitara stawia akordowe zasieki. Czyżby rodzaj meta ballady na zakończenie? Wytwornie, kameralistycznie! Od 4 minuty wykluwa się z tego kolejna zmysłowa narracja. Dźwięk przy dźwięku, gęsto, dość głośno, jakby stempel doskonałości dla całej sesji. Nakład płyty? 75 sztuk. Biorę wszystkie!




Andrew Lisle/ Simon Rose/ Daniel Thompson  The Spring Trio ‎(CRAM, 2015)

10 kwietnia 2014, Foley Street improvised Music Concert Series, London: Andrew Lisle – perkusja, perkusjonalia, Simon Rose – saksofon altowy i barytonowy, Daniel Thompson – gitara akustyczna; 3 utwory, 54 minuty.

One. Mikrodrony altu z jednej strony, rozrywanie strun gitary, z drugiej. Obok drobne zdarzenia perkusyjne. Prawdziwie skupione free improve, zawieszona, plamista narracja. Rose bardzo oszczędny w słowach, krótkie, urywane frazy, dobitne emocjonalnie. Lisle, aktywny, wielowymiarowy, dynamiczny nawet w spokojnych partiach improwizacji. O Thompsonie można powiedzieć dokładnie to samo. Po paru minutach koncert intrygująco się dynamizuje, rośnie ilość dźwięków w jednostce czasu. Zwinne zejście w ciszę, wyjątkowo udane. Wymiany zdań w klimatach dobrej praktyki Watts-Stevens sprzed niemal pół wieku. Świetna kooperacja, muzycy doskonale się słuchają. Dramaturgia spektaklu jest niezwykle zmienna. Drobne, krótkotrwałe eskalacje przypominają punkty zapalne, które oddzielone są długimi godzinami spokojnych i nieśpiesznych dysput, czasami nawet na pojedyncze dźwięki. Thompson zdaje się być bardzo skrupulatny w swoich indywidualnych improwizacjach. Waży każde słowo, każdą porcję energii kinetycznej w spoiwach gitary. Lisle często stawia na rozwiązania sonorystyczne, dodając całej zabawie sporo pikanterii. Na finał części głównej koncertu muzycy fundują nam dotkliwą eskalację, z doskonałą ekspozycją Rose’a i dzikim, konwulsyjnym drummingiem. Gitara na moment pozostaje w tyle, ale to właśnie do niej należy ostatnie słowo. Piękne, solowe pasaże, delikatnie komentowane przez saksofon. Two. Zdaje się, że to dynamiczna dogrywka do części zasadniczej. Saksofon gotuje hektolitry wody w tubie, by po subtelnym stopowaniu, przejść w czupurne i niebanalne call & response z pozostałymi uczestnikami tej przygody muzycznej. Brawo! Three. Ta improwizacja jest jakby zawieszona w próżni, płynie leniwie intrygującymi pasażami w kierunku finałowego wybrzmienia. W ramach dysonansu, dynamiczna ekspozycja Thompsona na bardzo suchym gryfie. Ostatnie sekundy płyty są wyjątkowo piękne, narracja wpada w zmysłowy oniryzm, zdobiony rezonującymi talerzami, pełen repetycji i artystycznego lunatyzmu.




Steve Noble & Daniel Thompson  Sunday Afternoon (Live At The Hundred Years Gallery)  (Confront, 2015)

26 października 2014, Hundred Years Gallery, London: Steve Noble – instrumenty perkusyjne, Daniel Thompson – gitara akustyczna; 2 utwory, 33 i pół minuty.

One. Dzwonki i talerze wzywają na rytuał koncertu. Gitara wydaje pojedyncze meta akordy, selektywne, zanikające dźwięki. Narracja nosi znamiona minimalizmu, także kameralizmu. Muzycy trochę czają się na siebie, jak onegdaj Stevens i Watts w kompozycji-koncepcji Flower. Pierwsza wspólna podróż ma miejsce dopiero po ponad 200 sekundach. Jest jednak krótka. Ponowne call & response, trochę prowokująco, zdaje się dobrze stymulować kolektywną improwizację. 5 minuta, partia sonore, zadziornie, a nawet trochę wulgarnie. Muzycy broczą na granicy transu. Po stronie Thompsona kilka technicznych błyskotek. Narracja jest już stosunkowo intensywna, wet za wet, gęsto od dźwięków. Nie brakuje imitacji, zdań wypowiadanych wspólnie, wzajemnych przemyśleń – słychać, że muzycy dobrze się ze sobą czują. Sound gitary Daniela tradycyjnie dość suchy, metaliczny, trochę siarczysty. Robota Steve’a więcej niż znakomita. Recenzent nawet nie podejrzewał tego wytrawnego, free jazzowego drummera o takie sonorystyczne subtelności. Oczywiście ogromne skupienie i świetna komunikacja stymulują jakość koncertu. Nie sposób oderwać ucho od tej improwizacji – dzieje się tak wiele, z tak dużą intensywnością, choć muzycy wcale nie są w galopie. 18 minuta i wytłumienie emocji na scenie, jakby powrót do początku koncertu. Solowa, wyśmienita ekspozycja perkusjonalna (głównie na talerzach). Gitara powraca z podniesionym czołem, prawdziwe cuda na gryfie, kilka wątków podejmowanych jest przez Daniela jednocześnie. Także kolejna krwista imitacja. A na sam finał części zasadniczej koncertu, dodatkowa porcja dynamiki. Two. Ponad siedmiominutowe encore po uzasadnionej burzy oklasków. Porcja upalonego blue grassu? Why not! Rezonans, repetycja, delicja. Dość płynna narracja tego fragmentu zazębia się i skrzy w głębokim słońcu. Spokojny spacer w kierunku finału całego koncertu przeradza się w szybki marsz. Industrialna pętla na ostatniej prostej. What a game!




Daniel Thompson/ Tom Jackson / Roland Ramanan ‎ Zubeneschamali  (Leo Records, 2014)

30 maja 2013, Studio, Londyn: Daniel Thompson – gitara, Tom Jackson – klarnet, Roland Ramanan – trąbka; 12 utworów, 62 minuty z sekundami.

One. Kameralny klarnet, sonoryzująca trąbka, gitara, która trzeszczy pudłem rezonansowym i upoconymi strunami. Cicha, powolna introdukcja. Szybko podjęta decyzja o drobnej eskalacji dobrze wróży temu nagraniu. Tuż po niej, w ramach deseru, parę oddechów klarnetu basowego. Muzycy jakby grali z pięciolinii, co nie umniejsza jakości ich działań improwizatorskich. Two. Znów duży klarnet i chwila zadumy. Akustyczny melanż - muzycy nie stronią od pomysłów, by nieco podroczyć się z wielbicielami stuprocentowego free improve. Gitara Daniela, częściej niż zwykle, brnie w rozwiązania sonorystyczne. Tu brzmi, jakby imitowała dęciaka! Mikrozdarzenia, świetne interakcje, precyzja wypowiedzi, ale także akcenty balladowe i próby zawieszania narracji, tak, by nic na tej płycie nie było możliwe do przewidzenia. Three. Krok taneczny, dobre dialogi, pogadanki na temat. Dużo dynamiki i serca do gry. Four. Niemelodyczna retoryka wprost z ciszy. Rysowanie ostrymi pazurami po szybie, jako przykład akustyki doskonałej (brawa za realizację dźwięku!). Daniel mocuje się ze strunami, ugniata pudła rezonansowe, czemu towarzyszą poszczekiwania dęciaków. Techniczny popis każdego z muzyków! Five. Prychanie w tubach, leśne dialogi. Wonderful! Gitara milczy z podziwu, a potem wplata się w zwoje narracji błyskotliwą palcówką. Taniec z fajerwerkami! W ramach komentarza, minimalistyczne solo na gołej gitarze. Powrót dętych wprost z ciszy. Opiłki wyśmienitych mikrodźwięków spadają na głowy słuchaczy! What a game! 10 minutowa perła w koronie każdego królestwa! Six. Zabawa w mikrodrony. Drżenia i rezonancje. Wewnątrz obu tub dzieją się cuda najprawdziwsze. Zwłaszcza w blaszaku! Seven. Sonorystyka ponownie króluje! Efektowna obcierka na strunach. Bulgot na dyszach. Którą ekspozycją zachwycać się w pierwszej kolejności? – pyta retorycznie recenzent. Na finał genialne zapętlenie się trzech strumieni improwizacji. Mistrzowski suples! Ci muzycy mogą wszystko! Eight. Najdłuższa podróż na tej niezwykłej płycie. Solowe wprowadzenie Daniela, z dużą ilością flażoletów. Dęciaki nieco kameralistyczne, why not! Niech entuzjazm recenzenta zostanie wystawiony na próbę. Dynamiczny finał, jako właściwa odpowiedź. Nine. Klarnet i trąbka w natarciu. Gitara w konwulsjach. Naprawdę stać ich na każdy dźwięk! Eskalacja, co się zowie! Dęciaki mają już orgazm, ale strunowiec wciąż dokłada do ognia! Ten. Rodzaj kreatywnego tłumienia emocji. Dźwięk za dźwięk. Akustyczne niebo w gębie. Daniel liczy struny w każdej pętli swojej narracji. Roland i Tom w stanie wrzenia permanentnego. Saperska precyzja. A każdy chce mieć zdanie ostatnie! Eleven. Przeciąganie liny, aż struny skwierczą z wysiłku. Klarnet basowy i trąbka toną w zachwycie. Kolejny techniczny majstersztyk. Dużo dynamiki na wybrzmieniu. Twelve. Z głębi ciszy, z dbałością o każdy dźwięk. Skowyt, szorowanie lśniących strun. Pyskówka dęciaków, już bez gitary, na finał doskonałej płyty!




Daniel Thompson/ Alex Ward/ Benedict Taylor ‎ Compost  (CRAM, 2012)

Wiosna 2011, Shoreditch Church, London: Daniel Thompson – gitara akustyczna, Alex Ward – klarnet, Benedict Taylor – altówka; 2 utwory, 39 minut z sekundami.

One. Strunowe ekspozycje z drobnymi zadziorami na progach. Dramaturgiczny suspens. Rubaszny, taneczny klarnet Alexa. Muzycy stąpają po zimnej posadzce dużego obiektu sakralnego. Pogłos rwie im resztki włosów z głowy. Od startu wchodzą w zwarcia, pyskówki, każdy stawia na swoim, z sonorystycznym zacięciem, ale także z kameralistycznym zawieszaniem narracji. To ostatnie, szczęśliwie, tylko na krótkie chwile, bo w głowach muzyków głównie zabawa i skłonność do hałasowania (okoliczności przestrzenne koncertu mają za nic). Prawdziwie różnokolorowe grejpfruty (a propos tytułu tej części). Taylor lubi oniryczne pasaże, sprytnie moduluje sound altówki. Z uwagi na mocny pogłos, niektóre eskalacje muzyków nabierają ptasiego charakteru (zwłaszcza klarnetu). Trzeba się przyzwyczaić. Thompson odrobinę przyczajony, grymasi na prawej flance. 11 minuta, przykład zadumy narracyjnej, tłumienia emocji, z dużą precyzją, dźwięk podążający za dźwiękiem. Jakby muzycy grali z pięciolinii (choć zdjęcie z koncertu przeczy tej karkołomnej sugestii recenzenta). Gdy idą w galop, ma on swój rytm, jest taneczny, z melodią zaszytą w tubie klarnetu. Gdy ten ostatni ma chwilę na sonorystyczne peregrynacje, jakość improwizacji rośnie w tempie geometrycznym (19-20 minuta, brawo!). Trudno Alexowi zaprzeczyć, iż jest czynnikiem dominującym w tej przygodzie muzycznej. Finał części pierwszej znów jest zamaszyście kameralistyczny, pięknie rozrywa się w szwach i pętli w wysokim rejestrze. Oklaski wieńczą sonorystyczny lapsus na sam koniec. Two. Na gryfie altówki odrobina slide’u. Solowa introdukcja Benedicta smakowita. W dyskusję wdaje się Alex, a improwizacja nabiera rumieńców. Gitara czołobitnie walczy o swoje. Komentarzem, nie pierwszy już raz, zdaje się być przejście w melodyjny klarnet, studzenie emocji i zadzierzgnięcie nowej powieści. Synergicznie, empatycznie, kolegialnie. Thompson w roku 2011 nie zawsze pełen jest brawury, która charakteryzuje jego późniejsze występy. Lubi przyjąć postać konstruktywnego tła, ale gdy wpadnie w sonore, jego ekspozycja jest niezwykle kreatywna i wyrazista.




Neil Metcalfe/ Guillaume Viltard/ Daniel Thompson ‎ Garden Of Water And Light  (FMR Records, 2012)

7 listopada 2011, Leonards Shoreditch Church, Hackney, London: Neil Metcalfe – flet, Guillaume Viltard – kontrabas, Daniel Thompson – gitara; 2 utwory, niespełna 37 minut.

One. Odrobina barokowych, małych dźwięków. Delikatne mlaśnięcia po strunach. Flet, kontrabas, gitara – taki oto układ przestrzenny. Muzycy szeroko rozstawieni, dużo czystego brzmienia, ale bez nadmiernego pogłosu, tak charakterystycznego dla obiektu sakralnego. Trzy dość separatywne opowieści, które znajdują jednak punkty wspólne, sprzyjające interakcji, wzajemnym rozmowom. Pierwszy eskaluje się kontrabas. Jego tembr gęstnieje. Za moment pozostali też idą w tango, by po chwili ochoczo zastopować. 6 min, znów sporo baroku na gryfach i dyszach. Póki co, spokojna, wyważona, odrobinę akademicka improwizacja. Sfera ewentualnego zachwytu recenzenta sytuuje się wokół jakości brzmienia trzech akustycznych instrumentów. W 13 minucie pudło rezonansowe kontrabasu próbuje zasiać drobny ferment, ale czynność ta nie dynamizuje poczynań tria. Od 16 minuty coś jednak zaczyna się dziać, kłębić pod strunami, zazębiać i tlić. Chwilę potem startuje druga część pierwszej opowieści, budowana na niskim dronie kontrabasu. Więcej niepokoju, mniej baroku. Dłuższe frazy także na flecie. Gdy jednak nad sceną zaświeci światło (Light!), czar delikatnie pryska. Spokojna opowieść w wysokich rejestrach, stawia pióro recenzenta w stan spoczynku. 23 minuta, to bystry dialog fletu i kontrabasu, ale bez potu na czołach muzyków. Tuż potem marsz kontrabasu przy akompaniamencie klekotania pudła gitarowego. Thompson aktywizuje się na prawej flance. Jakby chciał coś pozostawić po sobie, coś godnego zapamiętania. Wkłada palce pomiędzy struny i wabi ucho naprawdę udaną ekspozycją, aż kontrabas milknie. Two. Intro minimalnym kontrabasem. Spacerowy krok, choć czuje się, że na obu strunowcach aż kipi od emocji. Na flankach udane imitacje, po środku nawet szczypta hałasu. 8 minuta - solo kontrabasu, ale bez ekscytacji. Komentarz fletu, podobnie. Finał bez jednego dźwięku gitary.





Neil Metcalfe/ Daniel Thompson ‎ Eight Improvisations  (Creative Sources, 2014)

31 sierpnia 2013, zachodni Londyn: Neil Metcalfe – flet, Daniel Thompson – gitara; 8 utworów, 42 minuty bez kilkunastu sekund.

One. Dźwięk fletu dociera do nas z głębokiej, nieokreślonej przestrzeni. Na gryfie gitary, ślizgi, slajsy i szybie palcówki. Dokładne miejsce nagrania nie jest znane. Akustyka pomieszczenia dość specyficzna, bardzo matowe brzmienie instrumentów. Flet Neila jest spokojny, płynie czystym strumieniem. Gitara Daniela pętli się, struny skubane są kostką, dużo zgrzytów, wysoki poziom energii. Kawalkada gęsto tkanych dźwięków. Two. Tym razem o tempo wolniej, z odrobiną zadumy, z flażoletami (gitara ma pudło, które rezonuje! – odkrywa recenzent, pomny poprzednich doświadczeń). Sporo pojedynczych dźwięków, całość trochę nazbyt kameralistyczna. Three. Thompson bierze sobie poprzednią uwagę do serca i rzeźbi intrygującą ekspozycję, która przy okazji stymuluje także poczynania flecisty. Zadziornie, z rytmem, błyskotliwie dynamiczne! Muzycy wchodzą w ciekawą dyskusję, są bardzo wyraziści akustycznie, precyzyjni i emocjonalnie dosadni. W 4 minucie dopada ich smuga ciszy. Ledwie słyszalne pląsy na dolnych strunach. Flet buja się w hamaku, gitara trwa w niezbyt aktywnej polerce. Ładne, choć całkowite wyzbyte dynamiki. Na finał Daniel stara się trochę pohałasować, by zatrzeć ambiwalencje recenzenta. Four. Jakby ciąg dalszy tej samej historii. Od fletu oczekiwalibyśmy nieco więcej energii. Gitara bywa nazbyt ilustracyjna i wyczekująca na działania partnera. Tu, snuje balladę i zasłuchuje się w flecie amory. Ostatnie 120 sekund poprawia wizerunek tej części - dwie osobne opowieści zazębiają się, jest gaz, lecą iskry. Five. Improwizacje płynnie przechodzą jedna w drugą. Być może cały spektakl jest nieprzerwaną opowieścią dźwiękową. Thompson wnosi do niej dużo więcej kreacji niż partner, ma chyba mniej stylistycznych zahamowań. Choć o swoim dużym potencjale akustycznym nie zawsze pamięta i czasami gubi myśl, a może jedynie nie chce kontynuować danego pomysłu. Tych ostatnich ma po sto na każdą chwilę, ciągle coś się u niego zmienia. Tam pętla, tu stopping, także porcje adekwatnego sonore. Tańczy kostką po gryfie, śpiewa piosenki nie otwierając ust. Six. Dobra improwizacja w fazie kontynuacji. Muzycy wzajemnie się stymulują, Daniel jest gotowy iść na całego, energetycznie jest ciągle o jeden stopień zasilania wyżej niż Neil. Znęca się na gryfem i cuda mu się wykluwają pod palcami. Seven. Przeciąganie liny, flet na minimalu, tarcie strun, ciekawy kontrapunkt. Wszystko ze sporą porcją pozytywnego ładunku. Choć sama narracja jest bardzo wyważona. Niemniej, druga część tej płyty ma zdecydowanie więcej walorów, niż pierwsza, podczas której muzycy raczej doskonalili umiejętność zaniechania. Tu jest kreacja, są kolektywne pomysły na przebieg improwizacji. Sam Thompson chwilami aż płonie na gryfie. Eight. Finał wybrzmiewa, jak przystało na ostatni fragment. Przecieka przez palce, ale i tak nie brakuje sposobności, by każdy z muzyków mógł spłatać psikusa. I znów świetny pasus Daniela – zapewne jego setna metoda artykulacji dźwięku na gitarze akustycznej, i setna udana! Brawo! Aż się zagotował przy ostatnim dźwięku!




Browne/ Thompson/ Sanderson  The 1926 Floor Polish Variations  (Linear Obsessional Recordings, 2014)

18 maja 2014, Guide’s Hall, Aylesbury: Mark Browne – saksofon, różne obiekty dźwiękowe, Daniel Thompson – gitara, Richard Sanderson – melodeon; 4 utwory, 45 minut.

One. Start jest soczysty, z cichą, sonorystyczną introdukcją. Prosty instrument klawiszowy zwany melodeonem nie gra zbyt skomplikowanych dźwięków. Śle drony i czeka na przebieg wypadków. Gitara wycofana, saksofon dobywający dźwięki z głębin tuby. Pojedyncze, urywane frazy. W międzyczasie ostry dialog saksofonu i gitary. 5 minuta, to chwila, rzadkiej na tej płycie, galopady we trzech. Saksofon w roli udanego prowodyra całego zajścia. Two. Szeleszczące obiekty, melodeon na jednym klawiszu, gitara w polerce. Gęste, molekularne incydenty improve. Kilka dotkliwych dźwięków w wysokim rejestrze. Niełatwy kawałek contemporary – notuje udręczony recenzent. Gitara Daniela toruje sobie drogę pośród elektroakustycznego świata dźwięków przedziwnych. Szczęśliwie, chwilami bywa bardzo skuteczna. Zwłaszcza w konfrontacji z melodeonem, którego główną metodą twórczą musi pozostać minimalizm. Upalone harmonium w drodze na pogrzeb muzyki kreatywnej? Three. Rośnie udział obiektów w kreowaniu rzeczywistości tego spektaklu. Dominuje, co prawda, idiom akustyczny, ale sieć tkana jest gęsto i bez spoglądania na konsekwencje. Niektóre wszakże działania wchodzą w dobry dialog z gitarą. Sporo jednak dźwięków nieudanych, niepotrzebnych, by nie rzec campowych. Thompson nie bardzo chce przejąć tu rolę muzyka dominującego. Częściej słucha i komentuje niż zmienia bieg historii. A recenzent nie ma na czym ucha zawiesić. No może ostatnie chwile tego fragmentu, gdy kolektywna mikroeskalacja metalicznie pętli się i bucha iskierkami. Four. Ktoś saksofoniście nadepnął na odcisk! Pisk! Gitara, to nie ona, ledwie muska struny. Ptasia konwersacja. Gdy saksofon schodzi niżej, napotyka na drony z klawisza. Dobrze, że od czasu do czasu, przypomina sobie, że to, co najciekawsze na tej płycie, dzieje się wtedy, gdy dęciak wchodzi w retoryczne dyskusje z gitarą, a obiekty siedzą cicho pod miotłą i nie mają czelności wydawać jakichkolwiek dźwięków (3 minuta, jako dowód rzeczowy). Dobre, czy nawet bardzo dobre epizody sąsiadują tu z pokaźnymi porcjami złych decyzji artystycznych i braku konsekwencji w wytyczaniu ścieżki improwizacji. Recenzent chciałby być w dobrym klubie muzycznym, czasami ma jednak wrażenie, że jest na targu rybnym, w tłumie handlujących. Finałowa, 21 minutowa część tego spektaklu, jest ewidentnie przegadana i szkoda tylko, tych dobrych chwil emocji pomiędzy saksofonem i gitarą.




Brown/ Thompson/ Sanderson ‎ Solitude, Reef And The Starry Veil  (Linear Obsessional Recordings, 2017)

2015, Guide’s Hall, Aylesbury: Mark Browne – saksofon, różne obiekty dźwiękowe, Daniel Thompson – gitara, Richard Sanderson – melodeon, różne obiekty dźwiękowe, gwizdki; 4 utwory, 50 minut bez kilku sekund.

One. Akordy gitary Thompsona na zachętę. Rezonans, okultystyczne tło, smugi niedopowiedzeń. Elektroakustyka wieloobiektowa w zwarciu z dobrą materią improwizacji. Obraz całości zdaje się być bardziej intrygujący, niż na sesji rok wcześniej. Inne dźwięki, nieco monumentalnej zadumy, sam melodeon jakby wycofany i lekko modulujący swój dość pospolity sound. Saksofon w epizodzie sonore, minimalistyczna gitara, pojedyncze frazy fletu(?). Narracja jest kapkę oniryczna, pulsuje i stawia niebanalne drony. Two. Z rozbudowanej sekcji obiektów sporo ciekawych, perkusjonalnych incydentów. Gitara szybko chwyta kontekst i wchodzi z nimi w dialog, intensywnie i metalicznie polerując struny. Wirtualne kastaniety drążą skałę i zachęcają całe towarzystwo do tańca. Cienka granica dobrego smaku na polu elektroakustycznych igraszek z dźwiękiem nie jest, póki co, przekraczana, co dobrze służy improwizacji. Dobry monolog wewnętrzny Daniela także przysparza uśmiechu na twarzy recenzenta. Three. Ryczące przedszkole, i tu owa granica zostaje po raz pierwszy przekroczona. W sumie to chyba jednak multiplikacja kobiecych orgazmów… 4 minuta, to ciekawa improwizacja gitarzysty. W tle obiekty w natarciu, a my czekamy na przebudzenie się saksofonu. Kacza orkiestra rządzi (niestety). Nawet tak doskonały gitarzysta, jak Thompson nie wiele tu zdziała w pojedynkę. Co ciekawe, nawet melodeon stara się gasić emocje hałasujących inaczej. Baa, 9 minuta zdaje się być zupełnie nieakceptowana akustycznie. W 13 minucie wraca saksofon i ratuje sytuacje dramaturgiczną spektaklu. Świetna, kolektywna rozmowa gitary, saksofonu i melodeonu, który wydaje się być delikatnie amplifikowany. Na wybrzmieniu powrót tajemniczych fletów. Four. Szumy i szmery, mikrobiologia na gryfie. Całkiem efektowne pod względem akustycznym. Rytm głęboko zaszyty, rodzaj transu (!) i melodeon, który brzmi jak … piano bez pudła rezonansowego. Tuż potem, doskonały dialog gitary i saksofonu (to sól tego tria, to już wiemy z poprzedniej płyty). Na finał obiekty znów chcą się dorwać do głosu, są agresywne i pyskate. Wybrzmienie przy skromnym drummingu, bez saksofonu. Rozdygotany wewnętrznie recenzent zamyka kajet bez komentarza.




Magliocchi/ Northover / Thompson / Okamoto ‎ Music From Dreaming Skaters  (Plus Timbre, 2017)

19 kwietnia, 2016, Ikletktic, Londyn (utwór 1); 3 marca 2017, to samo miejsce (utwór 2): Marcello Magliocchi – perkusja, instrumenty perkusyjne, Adrian Northover – saksofon sopranowy i altowy, Daniel Thompson – gitara akustyczna (utwór 1), Maresuke Okamoto – wiolonczela (utwór 2); 2 utwory, 45 minut.

One. Zdaje się, że w londyńskim klubie Iklektic nastąpiła awaria sprzętu nagrywającego. Recenzent ma bowiem wrażenie, że dźwięk z koncertu jest monofoniczny. Thompsona odnajdujemy w tej rejestracji posadowionego na środku (partnerów w sumie też, patrz: jakość nagrania). Jest aktywny, zadziorny i ma plan, by trochę porządzić. Perkusjonalia są wielowymiarowe, bogate w brzmienia, w tubie sopranu pełne garście sonorystyki. Narracja jest gęsta, dźwięki lepią się do siebie (pogłos, przesterowana stopa bębna basowego, bootlegowy sound, sprzyjają temu procesowi). Sopran Adriana lubi wysoko szybować, wiele wskazuje na to, że i ten muzyk ma dziś wiele do zaoferowania. Szkoda jedynie, że dźwięk nie jest bardziej selektywny. Zdaje się bowiem, że wiele ciekawych sytuacji umyka naszej uwadze. Drummer nieustannie napędza maszynę improwizacji, a Adrian i Daniel nie mają czasu na specjalne subtelności. Od 13 minuty, w ramach pierwszej części, nowa narracja, bardziej spokojna i bardziej czuła na niuanse brzmieniowe. Silna obcierka na strunach, taneczny saksofon, trochę adhd w ruchach perkusjonalisty. Potem muzycy zwalniają tempo, bawią się w skromne call & response. Na finał toną w ramionach ciszy, przy wtórze doskonałego sonore saksofonu (o ile dobrze słyszymy). Two. Wiolonczela daje zasłużony dziś odpoczynek gitarze. Spokojna, nieśpieszna opowieść. Sonorystyka na strunach, drony w tubie saksofonu, błyskotki percussions. Tu dźwięk jest już lepszy, bardziej przestrzenny (stereo!). Doskonale wplata się w dialog Marcello i Adriana nowa postać w trio - Maresuke. Lubi brzmieć gitarowo, jakby z drobną amplifikacją. Jest energia, są pomysły i dramaturgiczne dysonanse. Brawo! Świetnie z cello korelują pasaże saksofonisty, który potwierdza klasę, którą zdążyliśmy już poznać w trakcie dzisiejszej opowieści. Jeśli recenzent miałby mieć jakąkolwiek uwagę do tej improwizacji, to zaleciłby większą oszczędność dźwiękową perkusjonaliście. Czasami nie daje wybrzmieć improwizacjom partnerów. Wiolonczela dorzuca tu także szczyptę dobrze upalonej kameralistyki, a sopran Northovera chwilami smakuje mistrzowskim Evanem Parkerem. Gdyby ten koncert dobrze zmasterować (o ile to możliwe), mielibyśmy doprawdy małe arcydzieło swobodnej improwizacji. Na finał dużo ognia i dynamiki, z doskonałą ekspozycją saksofonu, wspieraną kolejnymi błyskotliwymi pasażami wiolonczeli.


Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań.


*)  ang. Kolejny świeży oddech Zjednoczonego Królestwa Wolnej Improwizacji!