Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thijs Troch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thijs Troch. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 czerwca 2018

Kabas & Vicente & Godinho! Negen & SMUP!


Kontynuujmy wątek młodej, improwizującej Belgii. Parę dni temu zachwycaliśmy się introwertyczną pianistyką Seppe Gebruersa, którego na polskie salony free improv doprowadził Pan Redaktor, wydając parę tygodni temu płytę „Live at Ljubljana” z Luisem Vicente i Onno Govaertem. Okazją zaś do piątkowego zachwytu była płyta nagrana z Hugo Antunesem i Paulem Lovensem Room: Time & Space.

Dziś oko i ucho pochylimy nad kolejnym intrygującym pianistą z Belgii – Thijsem Trochem (poznaliśmy go na tych łamach w trakcie prezentacji nagrań z Dirkiem Serriesem). Okazją będzie podwójna płyta kwartetu Kabas. Radość redakcji jest tym większa, iż druga płyta w dorobku formacji poczyniona została w towarzystwie portugalskich bohaterów swobodnej improwizacji – Luisa Vicente i Carlosa Godinho.

Najpierw posłuchamy nagrań studyjnych w formule Quartet + 1, potem zaś – koncertowych w formule Quartet oraz Quartet + 2.




Przygodę z belgijsko-portugalską improwizacją zaczniemy od wizyty w lizbońskim studiu nagraniowym Namouche (4 stycznia 2017 roku). Całkowicie belgijski Kabas - Jan Daelman na flecie (też nagrywa z Serriesem!), Thijs Troch na fortepianie, Nils Vermeulen na kontrabasie i Elias Devoldere na perkusji – w towarzystwie Luisa Vicente na trąbce. Na pierwszą część podwójnego dysku wydanego przez FMR Records (2018), trafia sześć utworów, które trwają łącznie 35 minut z sekundami. Ta część nazywa się Negen.

One. Introdukcja perkusyjna, oszczędna, delikatna, daleka od hałasu i jazzowej ekspresji. Po kilkudziesięciu sekundach podłącza się równie subtelny smyk na kontrabasie, w towarzystwie dronu trąbki. Opowieść wszakże gęstnieje, narasta, krew w żyłach muzyków zaczyna krążyć bardziej swobodnie. Separatywne mikroeskalacje kontrabasu. Flet i piano w dalekiej perspektywie akustycznej (jeśli ten pierwszy w ogóle wydaje jakieś dźwięki; piano ogranicza się do ornamentów z pustych klawiszy). Two. Delikatna materia dźwięku, piano zawieszone pod nieboskłonem studia, flet muskany szczeliną w wardze, suche preparacje na trąbce, szczoteczkowanie na werblu. Art of minimal improvisation. Jakość, która tkwi w szczególe, tu także zaczyna narastać. Mikrobiologia akustyki. Rośnie ilość dźwięków w jednostce czasu, a mocno skupiony odsłuch potęguje ciąg endorfin i emocje w piórze recenzenta. Perkusyjne piano, sonorystyka instrumentów dętych, szorstki kontrabas, skumulowany drumming w estetyce percussion. Three. Piano, flet i smyk. Minimalistyczne frazy, repetycja, prawdziwa trójca święta. Doskonała trąbka burczy w ustniku. Rodzaj specyficznego call & response. Głębokie słuchanie jako przyczyna, rosnąca kreacja jako skutek. Silna ekspozycja czystego brzmienia trąbki jako element dramaturgicznego zaskoczenia. Progresywny, dość już dynamiczny drumming. Pianista repetuje, ponownie zdaje się przyjmować rolę pomocnika perkusisty. Bardzo kolektywna, wzajemnie kompatybilna narracja. Znów uważne słuchanie i celne reakcje, których skutkiem staje się żwawy galop całej piątki, ze świetnymi stygmatami Vicente! Four. Odrobina frywolnych, niemal tanecznych ruchów - niskie pomruki piana, preparacje kontrabasu, oddechy trąbki. Gwałtowny akord piana jako silny kontrapunkt. Mały, deep drumming. Każdy z muzyków daje tu cząstkę siebie, która buduje jakość całej ekspozycji. Wielka pajęczyna skrupulatnie tkana przez wrażliwych improwizatorów – cicha, chwilami nawet mainstreamowa trąbka, dużo dobrych dźwięków na flankach (piano and drums), sporo artystycznego fermentu na gryfie kontrabasu, tu w świetnej komunikacji z perkusją. Piękne wybrzmienie. Five. Intro fletu, cisza, jak makiem zasiał. Mikrofrazy piana, coś dzieje się na gryfie. Jakże drobna, delikatna, wręcz kobieca narracja (czyniona przez pięciu facetów!). Szczoteczki ponownie tańczą na werblu, piękny akustycznie bezdech trąbki. Zmysłowe narastanie, całusy u wlotu ustnika, okrężny, definitywny drumming na obrzeżach opowieści. Matowy, zatopiony w minimalizmie flet. Six. Start bardzo kolektywny, dużo drobnych faz, preparacje pianisty. Kroki stawiane spokojnie, z rozwagą. Trąbka z samego dna. Eksplozywna frakcja dęta stawia jednak na działanie. Piano z klawisza, jako element stymulujący przebieg wydarzeń.  Znów robi się dość gęsto od dźwięków, interakcje, podpowiedzi i odpowiedzi. Uroczo skonstruowany flow, który nawarstwia się i prowadzi kwintet na finałową eskalację. Świetne zwieńczenie pierwszej płyty w zestawie!




Mija doba i muzycy lądują na peryferiach Lizbony, w Parede i miejscu zwanym SMUP. W koncercie weźmie udział szósty muzyk, perkusjonalista Carlos Godinho. Zagra w dwóch ostatnich częściach, podobnie jak Luis Vicente. W pierwszej zaś usłyszymy kwartet w wersji saute. Ponownie 35 minut z sekundami. Dysk zwie się dość oczekiwanie – Live at SMUP.

One. Do boju rusza samotny kwartet. Znów moc subtelności akustycznych, estetyka swobodnego call & response, tu z wyeksponowanym, acz tłumionym fletem. Wszystko zgodnie z zasadą, iż lepiej zagrać o dwa dźwięki za mało niż o jeden za dużo. Minimal improve w roli głównej! Flet nieustannie prowadzi narrację. Tuż obok drobny, nieekspansywny drumming, z jazzowym nerwem. Piano zawieszone na dwóch, trzech dźwiękach, kontrabas zostawiający mokre ślady na piasku. W 6 minucie zejście w ciszę przy akompaniamencie mikrofaz piana. Stukot palców o powierzchnię pudła rezonansowego kontrabasu, a może to jednak dzieło perkusisty. Le Monte Young bije brawo na stojąco! Narracja krok po kroku jednak narasta. Werbel drży, piano szyje nieco gęstszym ściegiem. Od 12 minuty rolę pianisty przejmuje kontrabasista i snuje udany duet z flecistą, którego instrument gra jakby trzy światy dalej od nas, za kawalkadą mgławic. Powrót piana i perkusji nadaje ekspozycji niespodziewanie free jazzowy sznyt. Finał pełen emocji, zwłaszcza ze strony drummera. Flet schodzi posłusznie na plan dalszy. Two. Oto kwartet staje się sekstetem, z rozbudowaną sekcją drums & percussion. Recenzent wyraźnie słyszy dwie trąbki (czyżby obok Vicente, także Daelman?). W tle sporo ornamentyki sekcji. Piano zanurzone w minimalu już chyba po wszeczasy. Kilka dźwięków niewiadomego pochodzenia, zwinnie akompaniujących coraz silniejszej ekspozycji trąbki (zapewne Vicente). Ciekawy dialog tego ostatniego z metalicznie brzmiącym Godinho. Sonorystyka przedmiotów blaszanych i metalowych. Żwawa, post-jazzowa ekspozycja w drugiej części utworu. Ważne słowo należy do kontrabasu, który pląsa niczym dziewica na łące zroszanej stukotem perkusjonalnym. Na ostatniej prostej wracają dęciaki (odnaleziony flet!) i dorzucają do ognia, czyniąc finał fragmentu niezwykle ekspresyjnym. Three. Intro budowane z ujemnej liczby dźwięków. Repetycje kontrabasu, szumy trąbki, drżenie piana, perkusjonalne metale, pomruki fletu. Ferria niuansów, subtelności brzmieniowych i dramaturgicznych. Klasycyzujący pasaż piana, nawet ładny, porządkuje obraz sytuacji scenicznej. Fragment wprost do katalogu ECM, ale mający swój niezaprzeczalny urok. Finał tonie w zadumie i nostalgicznym tembrze trąbki.




piątek, 22 września 2017

Daelman! Serries! Troch! – Two hours (+ extra time) of living death! … for rotting vegetables, of course!*)


What a game! - należałoby krzyknąć i bez zbytniej zwłoki przejść do ponownego odsłuchu niezwykłego wydawnictwa, firmowanego przez trzech muzyków z Belgii.

Jego niezwykłość ma podwójny wymiar – po pierwsze to muzyka, która rwie trzewia recenzenta zdecydowanie ponadnormatywnie. Decyduje o tym jakość, świeżość i artystyczna nieprzewidywalność dźwięków tu zamieszczonych. Po drugie – bo dostajemy je w formie podwójnego zestawu … kaset magnetofonowych w nakładzie… 37 sztuk! **)

Aktorzy tego muzycznego spektaklu są następujący: Jan Daelman - multiinstrumentalista, tu tenorzysta, flecista i … skrzypek (baby violin), Thijs Troch – pianista, no i ten trzeci, bez dwóch zdań najważniejszy, Dirk Serries na gitarze elektrycznej. To ostatnie nazwisko pada tego roku na Trybunie na tyle często, że nawet mniej bystrzy Czytelnicy winni je kojarzyć. Choćby z rozbudowanej epistoły o inicjatywie A New Wave Of Jazz, opublikowanej ostatniego dnia sierpnia br.

Podwójna kaseta bez tytułu składa się z czterech separatywnych opowieści. Kaseta pierwsza zawiera dwie sesje studyjne, poczynione w duetach (Sunny Side, Anderlecht, Bruksela), zaś kaseta druga - koncert tria zrealizowany w belgijskim klubie De Singer oraz post-produkcyjne, recyklingowe dzieło niejakiego Fear Falls Burninga (znawcy historii europejskiego ambientu wiedzą doskonale, iż pod tą nazwą ukrywa się od wielu już lat…Dirk Serries). Wszystkie nagrania zostały zarejestrowane prawdopodobnie w roku 2015 (opis wydawnictwa tego nie precyzuje). Edytorsko dostępne są od ostatniego dnia października 2016 roku, dzięki doskonale nam już znanemu labelowi z Manchesteru - Tombed Visions.

Za moment prześledzimy, minuta po minucie, zawartość obu kaset. Na tę czynność potrzebować będziemy dwóch godzin zegarowych. Potem – w ramach dodatkowej porcji przyjemności (ów extra time w tytule!) - sprawdzimy, cóż wydarzyło się w trakcie 35 minutowego koncertu tego samego tria, już w roku bieżącym (tym razem dzięki operatywności wydawnictwa Nachtstuck Records - premiera 17 lipca br.).




Anderlecht Session II. Duet Daelman & Serries już stoi w blokach startowych. Od pierwszej sekundy na ostro, z maksymalną drapieżnością, dwa instrumenty w stanie nieustannej pyskówki. Saksofon tenorowy, jak ostrze brzytwy, tnie niezwykle precyzyjnie. Gitara elektryczna zapętlająca się i zgrzytająca, w stanie permanentnego, dynamicznego sprzężenia. Psychedelic knives! Narracja jest stała, zawieszona niczym wielka pętla na szyi niewinnego skazańca, być może na całe 36 minut. Eksplozywnie, kompulsywnie, śmiertelnie! Szorstkie, punkowe, wręcz noise’owe brzmienie obu instrumentów. Po 15 minucie Serries zmienia nieco strategię działania. Nie eskaluje hałasu w pełnym zwarciu, raczej wycofuje się i przyjmuje rolę komentującego recenzenta. Snuje delikatnie synkopowaną opowieść, jest o pół tonu spokojniejszy i dzięki temu akustycznie bardziej wyrazisty. Daelman idzie w zaparte, jest konsekwentny i zabójczo precyzyjny. Atonalny wulkan energii! On także potrafi zmieniać metody frazowania, bardziej wnikliwie wgryzać się w przebieg duetowej improwizacji. Obaj muzycy świetnie się słuchają, intensywnie reagują i wchodzą w eskalujące się interakcje. Niespodziewanie do gry wchodzi flet! Być może wymiana instrumentu odbyła się on-line (co za tempo!), być może mamy do czynienia z klejeniem poszczególnych części nagrania (sesja jest jednym trakiem, jedną stroną kasety, ale prawdopodobnie nie jednym ciągiem dźwiękowym). Doom-heavy-flute! Dirk gra teraz nieco inaczej, mniej sonicznie, stara się pozostawiać więcej przestrzeni słabszemu fizycznie dęciakowi. Ucieka w dość wysoki rejestr. Przypomina upaloną wiolonczelę? Nie, to jednak kolejna zmiana instrumentu. W rękach Jana lądują dziecięce skrzypce! Soczysta sonorystyka, gwałtowne zmiany tempa. Galopada na całego! Ciarki na plecach recenzenta! Radykalna zmiana klimatu, tempa narracji następuje całkowicie niespodziewanie (znów klejenie traków?). Powrót do fletu, który brzmi wręcz barokowo. W tle oniryczna waltornia, która jest oczywiście tylko gitarą elektryczną Dirka. Muzycy w trakcie tej sesji zdają się być gotowi na każde rozwiązanie dramaturgiczne! To samo proponują słuchaczowi. Wybrzmienie tej jakże noise’owej ekspozycji duetu jest ewidentnie true-ambient. A umiejętność przechodzenia z fazy a do fazy b każdej narracji budzi prawdziwy respekt – wszystko odbywa się tu z kocią zręcznością (nawet abstrahując od post-produkcyjnego klejenia). Flet potrafi tak szybko stawać się skrzypcami, że już w oparach ciszy po tym niesamowitym secie, mamy wrażenie, że to jest jednak jeden i ten sam instrument.




Anderlecht Session I. Czas na duet Serries & Troch! Akordy piana, z dna instrumentu, szelest pojedynczych dźwięków na strunie gitary, którą stać na każdy kaprys narracyjny. Cisza i spokój godny wirtuozerskiej eskalacji na poprzedniej stronie tej kasety. Precyzja, skupienie, ale i tak jest gęsto, i tak tłusto. Ta sesja także składa się z kilku części, tu jednak odseparowane są one sekundowymi spacjami ciszy. Inwazyjna, plamista gitara w opozycji do coraz silniej preparującego fortepianu. Muzycy depczą sobie po piętach, są jednak ekstremalnie wiarygodni w tym, co sobie czynią. Serries szaleje na gryfie, niemal na nim leży i skowycze. Nie inaczej czyni Troch, siedząc w piekielnej otchłani swojego wielkiego instrumentu. Gdy gitara idzie w hałas, piano komentuje z klawiatury, z dużą dawką zadziorności i to też ma niebywały urok. Ciało w ciało, sound by sound! Ile tu historii, ile zwrotów dramaturgicznych. Cała współczesna literatura faktu. Od 13 minuty zaczyna się główny fragment tej sesji, który zawładnie naszymi receptorami słuchu na blisko kwadrans. Narracja jest skupiona, intensywnie wyciszona. Oniryzm i psychodelia w służbie improwizacji. Gitara ucieka w swój świat. Daje nura w ocean ambientu. Światła zostają wygaszone, uciekamy od rzeczywistości i budujemy kosmiczną drogę mleczną. Delikatne głaskanie strun fortepianu i smak gitarowego drona, który zagłębia się w sobie, owija się wokół własnej osi. Tu, na najcichszym padole tego wydawnictwa, muzycy zdają się być ujmująco wyraziści i niebanalnie piękni. Czynią to na minimalistyczną modłę, bo ta metoda kreacji jest tu najbardziej właściwa. Ten pasus dźwięków snuje się i zdaje się nie mieć końca. Pachnie dobrym Yodok III! Ambient Serriesa jest wielobarwny aż po granice impresjonistycznego kiczu. Drży i płacze, rwie się do lotu i krzyczy. What ever you want! Ostatnie dziesięć minut sesji, to kolejne perły w formule 2-3 minutowych epizodów. Hałas i zgrzyt świetnie konweniują tu z kontemplacją i mantrycznym zaśpiewem. Finał znów przywołuje oniryczne klimaty kute w skale. Piano czyni delikatne kontrapunkty klawiszowymi akordami, bądź szeleści strunami w pudle rezonansowym. Gitara szuka dna i jest nieprzejednana w swojej postawie. Ciekawy dysonans akustyczny – odkrywcza gitara i tradycyjne piano. Cóżby jednak muzycy nie czynili, w złoto zamieniają!




Live at De Singer. Na koncercie stawia się już cała trójka naszych dzisiejszych bohaterów. Jedno wszakże zastrzeżenie – Jan Daelman na koncert zabiera jedynie flet. I to on, spokojnym tembrem, wprowadza nas w nastrój wydarzenia koncertowego. W tle brzęczą przetworniki gitarowe, blat fortepianu (piana) delikatnie rezonuje, zaś sam muzyk ostrzy struny wewnątrz instrumentu. Muzyka wykluwa się, niczym pisklę z wyjątkowo twardej skorupki. Szczypta mikroeskalacji na pograniczu ciszy. Minimalistyczne dyskusje o bladym świcie. Współczesna kameralistyka zbuntowanej, acz ugrzecznionej młodzieży (liczę, że Dirk wybaczy mi ten epitet pokoleniowy). Molekularna, kropelkowa improwizacja. Gitarzysta pozostaje na razie w cieniu, poleruje struny i czeka, co zrobią koledzy. Flet trzyma się roli tytułowej, piano młoteczkuje. Niechybnie Panowie ze współczesnej edycji AMM przechodzili gdzieś obok i pozostawili mokre ślady. Narracja nieznacznie nawarstwia się dopiero przed upływem kwadransa. Aż trudno sobie wyobrazić, że ci sami muzycy, w dwóch separatywnych duetach, narobili tyle hałasu na pierwszej kasecie tego zestawu. Z kolei, to być może kolejny dowód na to, że tych doskonałych muzyków stać na mezalians z każdym gatunkiem. Po 18 minucie działania twórcze naszej trójki zaczynają się intensyfikować. Dźwięk goni dźwięk, choć nadal na scenie jest dość spokojnie, jak na kanony tego wydawnictwa. Muzycy trochę droczą się na siebie, trochę do siebie tulą. Zwinna solówka Dirka, cicha, niezwykle wyrazista (21 minuta). Potem dwa, trzy słowa od pianisty, bardzo kameralne i dramaturgicznie odpowiedzialne. Niezbędny komentarz ze strony gitary i fletu, zdaje się tu koniecznością, a przy okazji finałem koncertu.

Live at De Singer (remix). Oto i jakże dostojny, zrównoważony emocjonalnie set trzech gentlemanów sprzed chwili, zostanie teraz elektronicznie zdewastowany przez Fear Falls Burninga. Ostry atak gitary, kosmicznie zmutowanej! Brutal ambient! Jakże uroczy dysonans w stosunku do pierwszej strony drugiej kasety. Tłumione na koncercie emocje gitarzysty, tu w zwojach kabli, wprost eksplodują. W tle soczyste drony, plamiste pasaże w pełnym dygocie egzystencjalnym. Ciekawy metadźwięk klawisza. Jakby ekstremalnie upalone piano Fendera. Dirk! Prawdziwy król Midas! Master of non-reality! Krążymy wokół gitarowego sprzężenia i jest nam z tym wyjątkowo dobrze. I wciąż ten urokliwy tembr Fendera, jakby z tył głowy. Drony gęstnieją, nakładają się na siebie – perfekcyjna symbioza wielu artystycznych punktów widzenia.




Live At Koffie & Ambacht. Czas na zapowiadaną dogrywkę. Jesteśmy w Rotterdamie. Tym razem znamy datę – jest 3 czerwca br. Trio Daelman, Serries i Troch przyjmuje dość oczywistą nazwę DST Trio. Od razu spoglądamy na okładkę wydawnictwa, które zwie się, jak tytuł tego akapitu. Żadnych postaci, jedynie same instrumenty. Pianino, nie fortepian! Zestaw fletów, także małych, prostych. Tenor. Skrzypce, także dziecięce. Gitara i przetworniki oraz talerz! Możemy startować w 35 minutową podróż. Podobnie jak na koncercie z kasety, znów wchodzimy w klimaty AMM, może jednak nieco mniej geriatryczne. Talerz w natarciu (w rękach Jana!). Wykwintne, repetytywne piano. Dirk milczy. Zwinna eskalacja w wysokim rejestrze, szaleństwa na talerzu (Eddie Prevost może być dumny z poziomu inspiracji). Serries wyłania się niezwykle powoli, ale wciąż jest na trzecim planie. Muzycy znów wolą ciszę i skupienie niż hałas i nadmiar ekspresji. Pląsy na baby violin (okazuje się, że ma dość solidne struny!). W tym akurat momencie wszyscy zdają się być dość perkusjonalni. Skromny rytm, który kodyfikuje standard improwizacji. Onirycznie, ale bez zbytniej psychodelii. Muzycy sprytnie wiją się w zeznaniach i szukają odrobiny transu (zwłaszcza Troch). Flet zaburza ten ciąg przyczynowo-skutkowy i szuka zwady. W okolicach 18 minuty Serries zaczyna wreszcie zaznaczać swoją obecność na scenie. Rodzaj deep ambient, który narasta i opada. Duch wielu pokoleń muzycznych minimalistów unosi się nad naszą trójką improwizatorów (Le Monte Young wręcz klaszcze w dłonie!). Może i serialistów… - suponuje niedouczony recenzent. A Dirk znowu idzie na kawę…  Flet kwili, piano akorduje, repetycja w ślad za repetycją. Gitara… to już chyba czwarty plan. Coś trzeszczy wyjątkowo delikatnie na suchych strunach (AMM?). Na finał Jan bierze do ust saksofon. Dmie po dyszach. Szumi i wzdycha. Drży i szeleści. Minimal będzie z nami do końca. Saksofonista stara się bardzo, pianista gra melodię, a gitarzysta ledwie dotyka strun i rezonuje. Jest eskalacja, mikroszczypta emocji na samo zakończenie. Źdźbło hałasu. Być może o parę minut za późno. Daelman ma sekundę na erupcję i wykorzystuje ją skrupulatnie. Stempel z gorącej spermy. Ostatnie 180 sekund koncertu, to czas na wybrzmiewanie piana i gitary, a może tylko piana.


*) ang. Dwie godziny (plus dogrywka) żywej śmiercidla zgniłych warzyw, rzecz jasna!

**) Muzyka jest oczywiście dostępna w formie plików elektronicznych, w tym miejscu   oraz  w tym także miejscu


czwartek, 20 lipca 2017

Gonçalo Almeida & Ricardo Jacinto – The Selva and other separate stories *)


Wakacje w pełni, pogoda jak zwykle dynamiczna, przynajmniej w Europie Centralnej, czas zatem najwyższy pomyśleć o dalekich podróżach, wielkim i szalonym oceanie, tudzież plażach wielkości małym miast wojewódzkich.

Redakcja - w osobie Pana Redaktora - już prawie w samolocie do pięknej Lizbony, a w ramach umilenia oczekiwania na lot, szybki przegląd muzycznych smakołyków, rzecz jasna głównie z … Portugalii, ale ze znaczącym udziałem muzyków holenderskich, belgijskich, tudzież … włosko-belgijskich.

Zaczniemy od lizbońskiego tria Gonçalo Almeidy, doskonale nam znanego kontrabasisty portugalskiego, choć na ogół rezydenta holenderskiego (historie do przypomnienia - tu, i tui jeszcze tu). Potem poznamy zupełnie premierowy kwintet z jego udziałem, dwa kontrabasowe duety, a także jeden kwartet, tu w dwóch odsłonach. Na sam koniec opowieści dwie ciekawe pozycje z udziałem Ricardo Jacinto, portugalskiego wiolonczelisty, który tworzy wraz z Almeidą trio, wspomniane na wstępie tego akapitu. A zwie się ono malowniczo The Selva!


The Selva

Zapis studyjnej rejestracji, poczynionej w Lizbonie pod koniec ubiegłego roku i na początku bieżącego, wypełnia 47 minutowy krążek bez tytułu, który dostarcza nam Clean Feed Records. Pod nazwą płyty i jednocześnie formacji The Selva ukrywa się trójka muzyków - Gonçalo Almeida na kontrabasie, Ricardo Jacinto na wiolonczeli oraz Nuno Morão na perkusji. Dziewięć odcinków oznaczonych cyframi.




(I) Intro ma wyłącznie atrybuty perkusyjne, jakkolwiek duży w tym udział wiolonczelisty, istotnie pobudzonego od pierwszej sekundy. Perkusista płynie silnym drive’em jazzowym, kontrabas zaś w zasadzie milczy. (II) Strunowce mają wybitnie kameralny flow. Perkusja znów jest zadziorna. Pasaż wiolonczeli – dla odmiany - bardzo spokojny, wręcz dostojny, a brzmienie instrumentu wyjątkowe. (III) Pierwszy z dwóch długich, zdaje się zasadniczych fragmentów Selvy. Cisza, czynione na boku sonorystyczne szepty kontrabasu, wiolonczela szemrząca akordowo, niczym gitara. Brzmienie obu instrumentów jest barokowo bogate, ale intrygująco zabrudzone. Narracja toczy się gęstym ściegiem, przy czym wiolonczela lekko serfuje. Szybka zmiana kierunku podróży (all music by the musicians, dodaje recenzent) – kontrabas wpada w amok improwizacji, perkusja szczoteczkuje swingowo, a wiolonczela gra czyste, krystalicznie piękne pasaże w duchu kameralistyki dawnej. Ta ostatnia, mimo częstych zmian w trybie narracji, rządzi i rozdaje karty. Na finał, trwającej blisko kwadrans opowieści, strunowce snują podobne do siebie monologi wewnętrzne, a dobosz bębni wytrawnie (z kajetu recenzenta: ten ostatni, choć aktywny, na poziomie kreacji ustępuje operatorom obiektów strunowych). Smakuje delikatnym transem, mantrycznym zaśpiewem. (IV) Sonorystyczna ekwilibrystka wiolonczeli, przy wtórze energetycznej sekcji rytmicznej. (V) Jacinto, modus operandi tego tria, znów w poszukiwaniu nowych środków wyrazu. Almeida pętli się wokół pokaźnego gryfu kontrabasu, a Morão… bębni na sporym pogłosie. Akustyczne zadziory na obu zestawach strunowych. (VI) Akordy, plamy, znaki szczególne. Narracja smakuje zaangażowanym rockiem. Gatunkowy melting pot trwa w najlepsze! Z kajetu recenzenta: być może brakuje odrobiny perkusjonalii, w miejsce akcentów stricte perkusyjnych. Wiolonczela ponownie w błyskotliwym akustycznie stylu, ucieka w meta otchłań, w czeluść nieoczywistości (dodaje recenzent - poeta). Odpływa, jak statek bez portu docelowego, o kosmicznie pięknym soundzie. (VII) Drugi fragment kluczowy – zwinne palcówki na strunach, talerz i werbel w rezonansie, skupienie, oniryczne stadium zaniechania i konstruktywnej nieśpieszności (prawdziwie portugalskie … na wszystko mamy czas). Nikomu tu w głowie narowiste eskalacje, choć muzycy nie unikają drobnej dynamizacji (a może kęs sonore? pyta recenzent, bo nie wie, co dokładnie winien zanotować w swoim kajecie). Wiolonczela w mig odpowiada na potrzeby recenzenta! Kontrabas poleruje struny, a perkusja … bębni. (VIII) Strunowce dyszą, świszczą i świergolą, jakże to urocze! Piękne tańce dwóch nabrzmiałych smyków. (IX)  Dronowe pasaże silnie zabrudzonych instrumentów strunowych. Perkusja drży, rezonuje, dygocze. Moc akustycznych przesterów (najbardziej wyrazisty, po prawdzie, najlepszy moment tej bardzo dobrej płyty!). I znów pachnie wyszukaną psychodelią. Instrumentalne głosy z offu, stękanie, pomruki. Niech klimat finału tej opowieści wyznaczy jedynie słuszny kierunek muzycznego rozwoju tria The Selva!


Hightailing

Jeśli wciąż szukacie dowodów na to, że współczesna muzyka improwizowana jest ponadgatunkowym wrzącym tyglem, mam dla Was argument sto pięćdziesiąty dziewiąty. Nazywa się Bulliphant. Nie dalej jak w miniony poniedziałek, ukazała się debiutancka płyta kwintetu, który ukrywa się za tą szaloną nazwą (Bykosłoń!). Jej tytuł to Hightailing (Creative Sources, 2017), a zawiera dwanaście fragmentów, które w trakcie 41 minut udowodnią nam, że w dobrej muzyce nie ma złych pomysłów.




W okolicznościach miejsca zwanego De Singer, w miejscowości Rijkevorsel (Belgia? Holandia?) spotkało się całkiem niedawno pięciu muzyków: Bart Maris - trąbka i piccolo trąbka, Ruben Verbruggen – saksofon altowy i barytonowy, Thijs Troch – syntezator i elektronika, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Friso van Wijck – perkusja i perkusjonalia. Ważna informacja dla urzędu emigracyjnego – trzech pierwszych muzyków to Belgowie, zaś ten ostatni, to Holender.

Muzycy przytargali ze sobą taką ilość pomysłów na konstruktywne muzykowanie, że z pewnością wystarczyłoby ich na solidny dziesięciopak. Skończyło się na jednym, niedługim krążku. Jak się zatem domyślacie, intensywność przekazu wszystkich dwunastu utworów jest ponadnormatywna. Prześledźmy, cóż się działo w ich trakcie.

Na płycie mamy zarówno kilkudziesięciosekundowe etiudy i wariacje na temat w podgrupach, jak i pełnowymiarowe, eksplozywne ekspozycje dźwiękowe kwintetu, trwające na ogół od pięciu do ośmiu minut. Muzyka, choć improwizowana, była przed nagraniem z pewnością predefiniowana. Najprawdopodobniej działo się to z wykorzystaniem zeszytu nutowego. Dodajmy, iż autorem krótszych utworów jest przeważnie saksofonista, zaś za te dłuższe odpowiedzialność biorą kontrabasista, trębacz i perkusista.

Wśród krótkich form wypowiedzi odnajdujemy elementy jazzowego frazowania z twardo brzmiącą sekcją rytmiczną, tkanego także przy użyciu drobinek elektroakustycznych, zgrabne duety saksofonu i trąbki, niestroniących od wspólnych pasaży granych unisono, czy też dęte ekscesy trąbki, zapętlającej się w skwierczące zakłócenia z kabla. Natrafiamy na smakowite spotkanie mocnego kontrabasu z dzikiem saksofonem altowym, a także pełnowymiarowy, hardcore jazz-rockowy melanż pięciu ośrodków instrumentalnych.

Fragmenty dłuższe są dramaturgicznie poszarpane, kipią od interakcji i pomysłów na rozwój improwizacji. Drugi zaczyna się pasażem … kościelnych organów, co jest komentowane bez pytania tyradą free jazzowego, dętego sonoryzmu, z pokrętną, istotnie smakowitą melodyką, kojarzącą się raczej ze współczesną muzyką kameralną. Echa fenderowego post-fussion nie obce są i temu, i kilku innym fragmentom tej frapującej płyty. Szóstego otwiera modulowany dron, kreowany elektronicznie, na który powoli nakładają się mikrofale saksofonu i trąbki. Proces wyłaniania się czystych dźwięków z tego kotła piekielnego jest intrygujący! Ach, ten baryton! Kontrabas podkreśla smykiem dramatyzm sytuacji muzycznej. Narracja gęstnieje, jak ciepły budyń, a wybrzmiewa wytrawnym walkingiem Almeidy. Siódmy zaczyna się wręcz melancholijnie (trąbki ślini się do altu). Twarda jazzowa sekcja wchodzi po prawie dwóch minutach tego migdalenia i rozpoczyna się klasycznie freejazzowa, kwartetowa eskapada. Trębacz pichci wyśmienito solo, a wybrzmienie smakuje bardzo kameralistyczne. Dziewiąty dla odmiany, od pierwszego dźwięku gotuje emocje recenzenta. Nagranie jest bardzo free, ale czuje się pędzel aranżacji w tym kolektywnym zwarciu. Szukanie ciszy znów odbywa się w post-fussionowym pasażu syntezatora. Dziesiąty i jedenasty zdominowane są przez kompulsywną, agresywną elektronikę, której śmiało dotrzymują kroku żywe instrumenty. Finałowy fragment płynie wprost z serca czysto brzmiącej trąbki, która snuje opowieść puentująca tę niezwykle ciekawą płytę. Reszta instrumentów tworzy delikatne, niebanalne tło, które świetnie konweniuje z solowymi popisami trębacza (tu też czuć sznyt aranżu). Koniec płyty dopada recenzenta w stanie niedosytu. Play It Again!


8 Pictures

Czas na osiem obrazków z życia dwóch kontrabasów. Raoul van der Weide i Gonçalo Almeida ‎w roli operatorów największych instrumentów strunowych. Przy czym ten pierwszy, w istotnych dramaturgicznie momentach, będzie wspierał się wiolonczelą i manipulował obiektami różnymi. Nagranie studyjne, poczynione w 2015 roku w Rotterdamie, pierwotnie ukazało się pod tytułem Earcinema (Cylinder Recordings, 2015). Obecnie zatem mamy do czynienia z reedycją tego materiału. Płytę, która dostępna jest … jedynie w plikach, tym razem pod innym, jakże precyzyjnym tytułem 8 Pictures, dostarcza nam portugalski label Nachtstück Records (2017).




Mnogość stosowanych przez obu muzyków technik artykulacyjnych stanowić mogłaby bazę do pracy doktorskiej pracowitego muzykologa! Doskonałe brzmienie obu wioseł. Muzycy grają jakby naprzemiennie. Gdy pierwszy prowadzi jazzowy walking, drugi chwyta za smyczek i rżnie przepiękne pasaże w klimatach tak kameralnych, jak i psychodelicznych. Narracja jest niezwykle gęsta, a interakcje zadziorne. Muzycy stoją tak blisko siebie, że ich pot łączy się w jeden płyn ustrojowy (chwilami trudno zdiagnozować, który z nich wydaje, jakie dźwięki, albowiem potrafią scalać się w jeden ciąg zdarzeń akustycznych). Jeśli akurat w tym momencie nieco się popisują, to robią to z niebywałą klasą! Już od czwartego obrazka ich dźwiękowe marszruty intrygujaco się zazębiają, nie brakuje sonorystycznych incydentów, a improwizacja zdaje się być prawdziwie molekularna, szczegółowa, prowadzona w bardzo konkretnej dynamice. Dwugryfowe, kontrabasowe monstrum, podparte tylko odrobinę mniejszą wiolonczelą! Po precyzyjnym wytłumieniu, muzycy zwalniają tempo i brną w pasjonujący dialog w klimatach i estetyce muzyki dawnej. W trakcie piątego obrazka pasaż jednego strunowca wpada w sidła subtelnych akcji za progiem tego drugiego, ze znaczącymi akcentami perkusjonalnymi (z kajetu recenzenta: narracja obu muzyków jest niezwykle kompatybilna, obaj jadą środkowym pasmem i znów zlewają się w jeden potok dźwiękowy; mimo, że tworzą go głównie dwa kontrabasy, muzyka nie jest zdominowana przez niskie częstotliwości, przeciwnie – jest lekka, zwinna i przebiegła). Wciąż dominuje pewien narracyjny schemat – szybki walking vs. rozżarzony smyk na gryfie, który smaży wyraziste pasaże o niepoliczalnych połaciach piękna, z delikatnymi implikacjami w kierunku sonore. W siódmym obrazku muzycy dostarczają nam odrobinę innych dźwięków, być może będących skutkiem skromnych procesów amplifikacyjnych, czy też użycia obiektów różnych. Strój obu instrumentów pozostaje wszakże wysoki. Finałowy obrazek (najdłuższy) zaczyna się burczeniem, tarciem i szarpaniem nieposłusznych strun. Jakże intrygująca instrumentacja! Bogactwo wyobraźni! Tysiące pomysłów na sekundę! Dwa smyki w dawnej estetyce kreślą wyjątkowe płótno prawdziwie mistrzowskim pędzlem!


Live at Atelier Tarwewijk

Kontynuujemy wątek batalii kontrabasowych! Cofamy się o dwa lata, pozostajemy wszakże w Rotterdamie. Kwiecień 2013 roku, koncert w ramach inicjatywy kulturotwórczej Halloween in the Spring, a na scenie Wilbert de Joode i Gonçalo Almeida. Zarejestrowany materiał po roku udostępniony zostaje światu pod tytułem ‎Live at Atelier Tarwewijk (V 1.3) (Nachtstück Records, 2014). Panowie będą improwizować przez ponad 52 minuty, nieprzerwanym ciągiem dźwiękowym.




De Joode, kanał lewy, struny jelitowe. Almeida, kanał prawy, struny normalne. Muzycy, szeroko rozstawieni po kątach, zaczynają od zwinnych i niezobowiązujących palcówek po śliskich strunach. Już po kilku minutach, każdy z nich rozpoczyna proces poszukiwania nieoczywistych, indywidualnych rozwiązań sytuacji scenicznej, tak w zakresie technik artykulacyjnych, jak i sposobu prowadzenia improwizacji. Kontrabasy – podobnie jak na poprzednio omawianej płycie – mają stosunkowy wysoki strój i lubią pływać w przestrzeni koncertowej. Są ulotne, jak motyle. Mają piękny sound. Echa muzyki dawnej, a jakże, duże skupienie, a jakże. Transparentność i adekwatność. Po kwadransie muzycy biorą wielkie smyki w swe równie imponujące dłonie i zaczynają się prawdziwe emocje. Smyczkowy dancing! Choć tempo bardziej pogrzebowe. Brzmienie obu kontrabasów przyjemnie się zabrudza. Tli się, jak palenisko bez iskier, wstrząsająco urocze (trochę jak prażona kukurydza – dodaje zgłodniały recenzent). Pomysły artykulacyjne sypią się, jak z rękawa. I każdy jest udany! Kameralistyczne zacięcie Almeidy zbiera obfite żniwo. Gdy oba smyki miarowo uderzają w struny, recenzent gotowy już jest do osiągnięcia stanu wrzenia. Ta rozmowa ma wiele wątków i ogrom niedopowiedzeń. Nie każde słowo ma tu być wypowiedziane. Sztuka zaniechania, umiejętność temperowania emocji. Około 29 minuty De Joode otwiera wieko trumny, a Almeida szeleści ze strachu, miętoli się sam ze sobą (what a sound!). To wspaniałe, że muzycy nigdzie się nie śpieszą. A tyle mają do powiedzenia. Po 30 minucie nastrój kameralistyczny dopada już wszystkich, po obu stronach sceny. Minimal art of sound! Po 40 minucie instrumenty niemal milkną. Chcą nabrać dystansu. Wykluwają się z tego dwa soczyste drony. Zasada imitacji nie jest im obca. To też dowód na to, że słuchają się wzajemnie. De Joode na finał efektownie rezonuje. Jego jelitowe struny czynią cuda! Almeida też ma pomysł! Niedźwiedzie wybrzmienie wprost w objęcia piekielnej ciszy. Koniec z oklaskami.


Pangatuna & Chlopingle

Po serii płyt prawie wyłącznie na instrumenty strunowe, z pewnością zatęskniliście za choćby najskromniejszym dęciakiem. Here it is!

Kwartet nazywa się Tetterapadequ (ta nazwa nie kryje w sobie głębszych treści, to jedynie przestawione litery ze słowa kwartet i miejsca, w którym muzycy grali po raz pierwszy). Tworzą go: na kontrabasie Gonçalo Almeida, na saksofonach Daniele Martini, na fortepianie Giovanni Di Domenico, zaś na perkusji João Lobo. Zaciąg portugalski vs. zaciąg … włosko-belgijski (Daniele i Giovanni, to bowiem włoscy rezydenci Królestwa Belgii). Kwartet ma w dorobku trzy długie płyty i jeden minilongplay. O tym ostatnim pisaliśmy już na tych łamach.




Teraz pochylmy się nad wydawnictwem Pangatuna (For Tune, 2016), nie tylko dlatego, że jest dość świeżą płytą, do tego wydaną w Polsce, ale również z powodu rozbudowania kwartetu, na potrzeby tego akurat nagrania, do rozmiarów oktetu. Personalnie skład bazowy uzupełniają: na saksofonie altowym Audrey Lauro, na saksofonie barytonowym Grégoire Tirtiaux, na klarnecie Jordi Grognard oraz na flecie Quentin Manfroy. Nagranie poczyniono studyjnie w Brukseli, w grudniu 2015 roku. Cztery fragmenty z tytułami potrwają 46 minut (nie zaś 51, jak sugeruje opis płyty).

Pierwszy. Cały oktet podaje zgrabny temat (status: all music composed by the musicians), pięcioosobowy zestaw dęciaków dmie unisono, gęsto, ale dość delikatnie. Rzec można, jazz nieco temperowany, ale incydentalnie bardzo emocjonalny. Rodzaj szlachetnej muzyki mainstreamowej, która jednak myśli, prowokuje, poszukuje usilnie ciekawych sonorystycznie rozwiązań. Tłuste lejce tej trzódki trzyma zdecydowanie pianista. Konstruuje rytm, nadaje wewnętrzną dramaturgię, ustala zasady gry. W okolicach 9 minuty dopada nas cisza, która staje się istotnym punktem wyjścia do nowej podróży w kierunku świata kompetentnych improwizacji. Skupienie i odpowiedzialność za każdy dźwięk nadal pozostają atutami oktetu. W połowie utworu dodany kwartet zaczyna bardziej wyraziście akcentować swoją obecność, jakkolwiek z roli chóru komentatorów nie wyjdzie do końca tej płyty. Z pozornego letargu nieagresywnej narracji, wyrywa nas wybuch soczystej solówki na saksofonie tenorowym (z kajetu recenzenta: wciąż jednak zbyt dużo dyscypliny). Kwartet matka na wiele jednak gościom nie pozwala – pianista, odpowiedzialny cerber, dozorca. Twarda, sumienna realizacja scenariusza wydarzeń. Na finał najdłuższej części tej płyty (25 min) goście podejmują kolejną próbę twórczego zaistnienia i akustycznie aktywizują się. Mają wyraźnie apetyty na pasaże free. Dosadne akordy piana przywracają jednak ład i porządek. Drugi. Oktet w akustycznym rozkwicie. Orkiestra swinguje, jak mało kto. Dęta ferria barw. Po chwili wszystkich dopada moment smutnej zadumy, rodzaj onirycznego tańca w miejscu, bez odrywania nóg od podłogi, a emocje części drugiej kończą się. Trzeci. Kameralne intro kwartetu gości. Już razem, w oktecie, muzycy snują interesujące pasaże, definitywnie jednak z pięciolinii. Natrafiamy  jednak – uff!!! – na bardziej intensywne przepychanki, ewentualność skromnej eskalacji. Szybki powrót do nieekspresyjnych macanek w podgrupach gasi entuzjazm recenzenta. Mainstream z obietnicami, które nie zawsze zostają spełnione. Finał zgrzyta, przypominając recenzentowi, by się nadmiernie nie wymądrzał. Czwarty. Spokojny dancing, czwarta nad ranem, daleko do wolności, jazgot pościeli sterylnej poirytowaniem… Recenzentowi pozostają już tylko marne cytaty z przeszłości. Bez ekscytacji.

Czym prędzej – w obliczu powyższych ambiwalencji – sięgnijmy po poprzednią płytę Tetterapadequ, nagraną w pierwotnym kwartecie. Odpalamy krążek Chlopingle (Creative Sources, 2015). Rejestracja bodaj z roku 2014. Trzy interwały z tytułami, mniej niż 40 minut muzyki.




Płytę rozpoczyna spokojna narracja, trochę w klimatach polskiego yassu, ze szczyptą niebanalnej sonorystyki, w skupieniu, z dużą ilością barwnych szczegółów. Tu wartością samą w sobie zdaje się być formuła tej narracji. Użyte środki są ewidentnie jazzowe, ale sama muzyka pachnie post-rockowym transem. I nic w tym spektaklu nie dzieje się przez przypadek. Po 8 minucie improwizacja ciekawie pętli się. Dużo do ognia dokłada Almeida, rwąc się do walki na smyku. Di Domenico preparuje, a Martini sunie zwinnymi alteracjami. W ostatnich minutach pierwszego fragmentu, dopada nas pełnowartościowa eskalacja, którą bez słowa sprzeciwu, określić możemy jako najmocniejszy fragment Chlopingle, a może i dorobku kwartetu w ujęciu historycznym. Część druga płyty wita nas wytrawną sonorystyką na osiem rąk (świetna robota, zwłaszcza kontrabasisty). Solowy popis pianisty też dobrze komponuje się z całością narracji. Na dokładkę udane pasusy wyczynia saksofonista, uroczo dmąc w sopran. Finałowy fragment ponownie dzieje się pod znakiem udanych incydentów akustycznych – piano stawia stemple, kontrabas jęczy, saksofon kreśli mikrozdarzenia, perkusja prawidłowo tyczy szlak podróży. Kwartet brnie i jątrzy. Kolektywnie, sumiennie, wzorowo.


Garden

Historię pod tytułem Niezwykłe przygody z życia kontrabasisty zostawiamy już dziś bez ciągu dalszego. Czas powrócić do intrygującego wiolonczelisty Ricardo Jacinto, którego poznaliśmy w trakcie odsłuchu tria Selva. Poznamy dwie płyty z jego udziałem, które są … diametralnie różne od siebie.

Najpierw Garden. Nagranie studyjne z Lizbony, poczynione ponad dwa lata temu przez trzech muzyków. Są to: Bruno Parrinha – saksofon altowy, sopranowy i klarnet, Ricardo Jacinto – wiolonczela i elektronika oraz Luís Lopes – gitara elektryczna. Płyta dostępna jest od ubiegłego roku, a wydana została przez Clean Feed Records. Siedem odcinków muzycznych – oznaczonych liczbami, które odwzorowują czas ich trwania - potrwa blisko godzinę zegarową. Spójrzmy, czym szczególnie ekscytował się recenzent w trakcie skupionego odsłuchu.




1351. Sucha, powolna, południowa sonorystyka. Dęciak prycha, wiolonczela szeleści, lekko sfuzzowana gitara wije się w cichym rejestrze. Gitara i wiolonczela (także pod prądem) szybko łapią płaszczyznę porozumienia i tulą się do siebie, jak syjamskie kociska! Na finał wszystko delikatnie sprzęga się i elektroakustycznie zaziębia. 1402. Oba strunowce są definitywnie plugged, snują się wokół dźwięków, które przypominają spacer potencjometrem po skali radioodbiornika. Narracja jest powolna, ale akustycznie inwazyjna. Zdaje się, że ta muzyka ma boleć. Saksofon też brudzi swój sound. Dwie skromne reinkarnacje gitary Jimmy’ego Hendrixa vs. saksofon sopranowy, który pragnie zaistnieć na ich tle. O tak, Luis Lopes lubi psychodelię, to wiemy nie od dziś! Oniryczny klimat dopada muzyków około 7 minuty tej najdłuższej na płycie ekspozycji. Robi się kwieciście – upalona wiolonczela, niedęty saksofon i mantryczna gitara. 555. Akustycznie, delikatnie, niezobowiązująco, nawet balladowo. Powolna narracja dwóch pierwszych części, tu niemal zatrzymuje się w miejscu, ale klarnet dmie uroczo. Zupełnie przy okazji, Lopes udowadnia, że jest w stanie banalnym z pozoru półdźwiękiem ukraść show partnerom. 516. Saksofon bierze sprawy w swoje ręce. Groźnie kontratakuje centralnym pasmem. Na flankach szumy i incydenty elektroakustyczne – przestery Luisa, brudny walking Ricardo. A elektronika robi swoje – recenzent ewidentnie słyszy cztery instrumenty! Każdy z muzyków jest brudny od błota i przeklina. Wiolonczela smakuje na rockowo, gitara bynajmniej, plecie opowieści kameralne. 1030. Muzycy snują się po kątach, prąd iskrzy im w dłoniach. Szukają porozumienia. Klarnet opowiada semickie historie. Wiolonczela płynie, a gitara jest podejrzanie oldfieldowska. Szczęśliwie narracja zapętla się i siarczyście emanuje niezgodą na proste rozwiązania. Nawet szczypta sonore! Prawdziwie piękny moment w wymiarze akustycznym! Suche macanki! Kto zagra subtelniej, ten dostanie rękę Królewny! Błyskotliwe zawody – opus magnum tej płyty! 744. Od startu elektroakustyczna eskalacja emocji! Gęsto, tłusto i narowiście! Kolejna porcja pozytywnej, wnikliwej psychodelii. Znów doskonały moment płyty! Lopes! Lopes! Lopes! – krzyczy w amoku recenzent. Wybrzmienie jest mistrzowskie! 221. Krwiste komentarze, dialogi polityczne, elektroakustyczne resume nagrania. Koniec przychodzi nagle i niegodny jest tak doskonałej płyty.


Harmonies

Na zakończenie naszej dzisiejszej dość długiej opowieści, chwila … chilloutowego wybrzmienia. Po serii silnie improwizowanych incydentów, czas na podłapanie odrobiny harmonii.

Nagranie studyjne z roku ubiegłego. W spotkaniu uczestniczą: Joana Gama - fortepian, Luís Fernandes – elektronika i Ricardo Jacinto – wiolonczela i elektronika. Przed nami ponad trzy kwadranse muzyki, która nosi znamiona skomponowanej, dodatkowo inspirowanej dokonaniami znanego kompozytora muzyki dość popularnej, jak na kanony Trybuny - Erica Satie. Płyta zwie się Harmonies (Shhpuma, 2016) i składa się z sześciu utworów.




Trzy składowe tej muzycznej przygody są dość separatywne, ale skonstruowana z nich muzyczna koncepcja jest spójna i dalece przyswajalna dla wielu. Jeśli elektronika, to wytrawna, progresywna, istotnie wysoko gatunkowa. Bez prostych skojarzeń i ciągot do ilustracyjności. Skupiona, rzetelna, bardzo dobra. Najlepsze berlińskie wzorce z lat 90. ubiegłego stulecia, te ze wspaniałej epoki post-techno, też maja tu rację bytu. Jeśli wiolonczela, wspomagana na kablach nie tylko w zakresie poszerzania brzmienia, ale także dekonstrukcji materiału wsadowego, to moc inspiracji do łamania tytułowej harmonii, do wchodzenia w elektroakustyczne zwarcia. Jeśli fortepian, to bardziej klasycyzujące, ilustracyjne pasaże wprost z klawiatury. Akurat te, dla tego recenzenta, chwilami zbyt słodkie i oczywiste.

Ricardo wchodzi do tej rzeki na trzeciego. Wnosi ferment i kusi los zmyślnymi dźwiękami spod strun wiolonczeli. Jego elektronika jest smakowita, nienatarczywa i świetnie komponuje się z silnym e-backgroundem Fernandesa. To serce i krew tego tria. Szczególnie ekscytującymi są utwory czwarty i piąty, dla których każdorazowo punktem wyjścia do snucia elektronicznej, wielowątkowej narracji jest akustyczny incydent na gryfie wiolonczeli. Choć improwizacja na Harmonies jest jedynie domniemana, to czas poświecony na odsłuch płyty eksplodował u recenzenta pokaźną porcją endorfin.



*) ang. Selva i inne oddzielne opowieści