Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vitaliy Ovchinnikov. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vitaliy Ovchinnikov. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 lutego 2026

The February’ Round-up: Flora! Parallel Realities! Made of Bones! Studio of Electroacoustic Improvisation! Gallio! Fiaschi! Serries! Kołacki!


Dużo Portugalii, kilka dźwięków z kraju pozbawionego flagi, akcenty szwajcarskie, belgijskie i nasze krajowe. Trzy porcje jazzu zabarwionego rockiem i fussion, elektroakustyczne improwizacje, miniaturowe kompozycje z głosem, saksofonowe eksperymenty w duchu muzyki współczesnej, a na koniec smuga gitarowego ambientu i wielowymiarowej, niepokojącej elektroniki. To wszystko zapewnia lutowa zbiorówka recenzji, moment, na który na tych łamach czekamy szczególnie.

Zapraszamy do lektury, odsłuchu płyt i zakupów!

 


Marcelo dos Reis’ Flora Our Time (JACC Records, CD 2025)

Academia de Música CNM/ Estúdios Mó, marzec 2025: Luís Filipe Silva – perkusja, Miguel Falcão – kontrabas oraz Marcelo dos Reis – gitara, kompozycje. Pięć utworów, 52 minuty.

Trio Flora gościło jesienią w Polsce, zagrali kilka ognistych koncertów, które bardzo nam się podobały. Chwilę potem pojawiła się druga płyta formacji, która kontynuuje gitarowe eksploracje podparte dynamiczną sekcją rytmu. Jeśli pierwszy album Flory sytuował się w okolicach open jazzu, ten drugi zdaje się pełnymi garściami sięgać po estetykę i ekspresję rockową, jazz-rockową, nie stroniąc od wycieczek w kierunku fussion i wytrawnego power trio.

Album zawiera pięć rozbudowanych, przeważnie kilkunastominutowych ekspozycji. Swobodna gitara i ekspresyjny groove basu oraz perkusji bez trudu kreują narrację nasączoną dużą porcją improwizacji. Tempo jest zmienne, podobnie techniki fazowania, nie brakuje także przestrzeni na indywidualne prezentacje. Druga odsłona raczy nas rozbudowaną introdukcją opartą na brzmieniu kontrabasowego smyczka. Na etapie rozwinięcia trio wpada w półgalop, by ostatecznie skonać w chmurze krwistego rocka. Trzecią opowieść rozpoczyna sekcja rytmu, która nadaje jej wyjątkową dynamikę, a jej zwieńczenie śmiało sytuuje Florę w pozycji power trio. W czwartej części mamy gitarową balladę, która po fazie medytacji nabiera zniewalającego rozpędu. Wreszcie finał płyty, szyty bluesem i funkiem, z intrygującym, ambientowym interludium przypominającym solowe albumy gitarzysty. Repetytywne zakończenie znów opływa rockowymi atrybutami.

 


João Lencastre Parallel Realities II (Timbuktu Records, CD 2025)

Timbuktu Studio, Lizbona, czas nagrania nieoznaczony: João Lencastre - perkusja, elektroniczne instrumenty perkusyjne, Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian, Pedro Branco – gitara oraz João Hasselberg – bas, elektronika. Osiem utworów, w tym trzy kompozycje lidera, 45 minut.

Nagrania autorskie tego portugalskiego perkusisty (tak, jak i jego brata saksofonisty) śledzimy na bieżąco. Powrót kwintetu Parallel Realities, który tworzy śmietanka iberyjskich improwizatorów, to kolejna okazja do intrygujących przeżyć muzycznych. Ta jazzowa formacja bazuje na ogół na kompozycjach lidera, ale rośnie w jej dziele udział utworów określanych jako improwizacje. Cieszy nas to w dwójnasób.

Kameralne otwarcie szyte akustyką, ale delikatnie barwione elektroniką, szybko przepoczwarza się tu w open jazzową narrację z dużą dawką melodii, drobnym spiętrzeniem i soczystą puentą z posmakiem fussion. Artyści w kolejnych utworach zarówno zaglądają w mroczne zakamarki, snują tajemnicze intrygi, jak i na pełnej swobodzie taplają się w oceanie post-jazzu. Szczególnie udana jest najdłuższa, trzecia ekspozycja, która rodzi się w potoku nisko osadzonych, preparowanych fraz, potem siłą jazzowych argumentów wyłania się z mgły i snuje smakowite improwizacje, w których najbardziej intryguje saksofon tenorowy brzmiący niczym potężny baryton. Podobne klimaty zdaje się prezentować utwór siódmy, z kolei w piątym nie brakuje elementów niemal klasycznie uformowanej kameralistyki. Album wieńczy miniatura osadzona na ciekawym groove i efektownie zakończona.

 


Made of Bones with José Lencastre Jardim Botânico (Whatever Profound, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieoznaczone: Duarte Fonseca – perkusja, João Clemente – gitara elektryczna, José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy, Nuno Santos Dias - waldorf zarenbourg. Trzynaście utworów, 60 minut.

Słowo się rzekło, sięgamy po nagranie Lencastre’a saksofonisty - tym razem w roli gościa na najnowszym albumie formacji Made of Bones. Pozostajemy w klimatach open jazzowych, ale zdecydowanie zagłębimy się w soczystym fussion, niekiedy silnie psychodelicznym, budowanym nade wszystko gitarą z prądem i instrumentem klawiszowym zwanym waldorf zarenbourg. Mimo, iż albumowe track list pokazuje aż trzynaście odcinków, album ulepiony jest ledwie z czterech, pięciu rozbudowanych utworów. W stadium dynamicznym ocieka kwasem i emanuje jakością, we fragmentach bardziej balladowych zdaje się być odrobinę przegadany. Być może zredukowany do trzech kwadransów kąsałby na każdym kroku.

W trakcie godzinnej ekspozycji poziom ekspresji konsekwentnie faluje. Muzycy chętnie spinają pośladki i cedzą nasączone emocjami frazy, po czym z równą swobodą delektują się powolnością i pozorną relaksacyjnością. Saksofon broni tu barw jazzowych, ale potrafi też zadąć i wywrzeszczeć swój free jazz. Anonsowana psychodelia, w połączeniu z odpowiednim poziomem niemal rockowej dynamiki, szczególnie smakuje w utworze piątym, a chwilę potem w szóstym zostaje ubarwiona iście funkową motoryką. W siódmej części intryguje duet elektrycznego piana i perkusji, a w ósmym pasmo deep ambientu z wysoko posadowionym krzykiem saksofonu. Album zostaje efektownie spuentowany trzynastym odcinkiem. Kolektywny, ekspresyjny jazz-rock raduje nas tu do ostatniej sekundy.

 


Studio of Electroacoustic Improvisation Metal Boxes/ Amplifire (Extra Notes, DL 2025)

Radio House, Spb, grudzień 2022 (pierwsza część, studio), F5, listopad 2021 (druga część, koncert): Andrey Popovskiy - metal boxes (1), gitara elektryczna, efekty (2), Vitaliy Ovchinnikov - metal boxes (1), gitara elektryczna, efekty, Vladimir Luchansky - metal boxes (1), Salavat Safiullin - metal boxes (1), Alexander Markvart - gitara elektryczna, efekty (2),Boris Shershenkov - gitara elektryczna, efekty (2). Dwie improwizacje, 39 minut.

Jeśli lubimy zgiełkliwy post-industrial, choćby w klimatach wczesnych nagrań legendarnego AMM, to propozycja płytowa Studio of Electroacoustic Improvisation zdaje się być skrojona specjalnie dla nas. Gitary elektryczne, metalowe skrzynki z przetwornikami i elektroakustyczne efekty kreują tu urokliwy hałas – pierwszy set pozornie uporządkowany, zrodzony w okolicznościach studyjnych, drugi efektownie chaotyczny, niemal field recordingowy, będący zapisem koncertu. Nie bez przyczyny ten album stał się jednym z 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025.

Syczące amplifikatory, zgrzyty, małe sprzężenia gitar i post-elektroniczne plamy lepią się w siarczysty dron, który skutecznie wypełnia czasoprzestrzeń pierwszej improwizacji. Całość pulsuje, wydaje się mroczna, okazjonalnie niczym wielka maszyneria przemysłowa nabiera podskórnego rytmu, bywa, że przeistacza się we flautę brudnych dźwięków. O ile część studyjna okazuje się dość masywna, definitywnie industrialna, o tyle część koncertowa, choć tworzona niekiedy z przypadkowych zdarzeń fonicznych, wydaje się lżejsza, bardziej stonowana. Dużo w niej dźwięków, które sprawiają wrażenie, jakby nie były efektem działań artystów – jesteśmy w małym zakładzie produkcyjnym, słuchamy kroków i niemych rozmów zmęczonych robotników. To jakby aura zanikającego hałasu po punkowym koncercie. Finał jest jednak bardziej dotkliwy – kończymy w rzeźni, zasłuchani w harsh elektronikę.

 


Christoph Gallio, Gertrude Stein Stone Is A Rose Is A Stone Is A Stone, Yet Dish (Hat Hut Records ezz-thetics, CD 2025)

Hardstudios, Winterthur, maj 2022: Sonia Loenne – głos, Christoph Gallio – saksofon sopranowy i altowy, kompozycje, Vito Cadonau – kontrabas, Flo Hufschmid – perkusja, instrumenty perkusyjne, Gertrude Stein - słowa. Sześćdziesiąt dziewięć utworów, 36 minut.

Sytuacja dramaturgiczna na tym albumie jest nietypowa. Centralne miejsce zajmuje tu minimalistyczna poezja Gertrudy Stein, rodzaj gry w skojarzenia przy użyciu ledwie kilku słów. Za warstwę muzyczną odpowiada post-jazzowy kwartet, który ilustruje warstwę werbalną – śpiewem i dźwiękiem. Formę narzuca poezja, zatem album zawiera wyłącznie miniatury, które trwają od siedmiu sekund do minuty i kilkudziesięciu sekund (owa minuta jest przekraczana ledwie w czterech przypadkach). Narracja jest zatem rwana, podporządkowana dramaturgii poezji.

Poezja Stein jest każdorazowo śpiewana, uzupełniana wyartykułowaniem kolejnego numeru utworu, z rzadka barwiona czymś więcej niż swingującą melodią. Akompaniament jazzowego tria bywa na ogół dynamiczny, jest precyzyjnie zadekretowany, a przestrzeń na ewentualne improwizacje minimalna lub nie ma jej wcale. Saksofon altowy Gallio wyrusza na free jazzową przebieżkę bodaj dwukrotnie, ledwie na kilkanaście sekund. Swoje dokłada smyczek i rezonujący talerz, ale to także krótkie incydenty. Płyta jest niezbyt długa, ale potrafi być nużąca. Brakuje emocji (jakże daleko tu do ekspresji kilkusekundowych miniatur Naked City Johna Zorna), suspensu, próby rozbudowania muzycznej wypowiedzi. Pozostaje warstwa werbalna – wydaje się, że nieco ciekawsza, niż ta dźwiękowa.

 


Cosim Fiaschi unveil / unfold (Insub, CD 2025)

Nagrane w czerwcu 2025, w miejscu nieoznaczonym: Cosimo Fiaschi – saksofon sopranowy. Dwa utwory, 27 minut.

Jeśli sięgamy po nagrania szwajcarskiego labelu Insub, to znak, że wkraczamy w nieskończoną otchłań intrygującej, eksperymentalnej muzyki współczesnej. Tym razem dwie kompozycje na saksofon sopranowy. Narracja jest w pełni akustyczna, skoncentrowana na unikalnych metodach frazowania i … oddychania.

Pierwsza odsłona albumu, to dęty dron zbudowany z szumu i rezonansu. Narracja ma kilka warstw, jest definitywnie multifoniczna, a tajemnicą pozostaje sposób, w jaki muzyk w czasie rzeczywistym jest zdolny budować tego typu narrację. Obok strumienia dźwięków dobywanych z instrumentu słyszymy także oddech artysty. Ta drżąca pulsacja w połowie ekspozycji napotyka ciszę, po czym bez trudu odradza się i brnie dalej w bezkres opowiadania. Z czasem pojawiają się strzępy melodii, narracja ma też drobną kulminację. Drugi utwór jest bardziej minimalistyczny, to rodzaj dętego dialogu z ciszą. To kropla wody, która zdaje się drążyć skałę. Po pewnym czasie opowieść przepoczwarza się w rodzaj gasnącej medytacji.

  


Dirk Serries Zonal Disturbances III (Zoharum, CDS 2025)

Studio domowe, październik 2024: Dirk Serries – gitara elektryczna, efekty. Cztery utwory, 64 minuty.

Dirk Serries od lat prowadzi dwubiegunowe życie artystyczne - z jednej strony swobodnie improwizuje, na ogół na gitarze akustycznej, z drugiej kleci niekończące się dark ambientowe opowieści na gitarze elektrycznej. W tej drugiej dziedzinie zdawało się, że powiedział już wszystko, gdy niespodziewanie kilkanaście miesięcy temu powziął projekt, który nazwał Zonal Disturbances. Po części pierwszej (edytowanej tylko w digitalu), dwie kolejne ukazały się już na kompaktowych dyskach za pośrednictwem krajowego wydawcy. Album drugi całkowicie słusznie uznaliśmy na jeden z 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025. Teraz sięgamy po trzeci epizod nowej serii.

Znów tylko gitara elektryczna i przetworniki, ale efekt finalny zdaje się być inny niż dotychczas. Nagranie, to bowiem gęstą masą gitarowego wyziewu – brudne, sfuzzowane frazy, soczyste sprzężenia i mnóstwo niespodzianek, które czają się na każdym zakręcie długich, kilkunastominutowych opowieści. Ta historia nie przestaje mieć formy dark ambientu, ale staje się być może czymś, co winniśmy określić mianem dark industrial. Obrazuje to szczególnie pierwsza odsłona, która jest gruboziarnistym dronem, chropowatym, brzmiącym bardzo syntetycznie, przypominającym niekiedy estetykę laptopowego Endless Summer Fennesza sprzed ponad dwóch dekad. W kolejnej opowieści muzyk do szorstkiej, ambientowej bazy dodaje zgrzyty, drobne elektroniczne usterki, a całość zdaje się być medytacją umierającego gruźlika. Trzecią część buduje brzmieniowa dychotomia – plaster gęstego, gitarowego fuzza w opozycji do plamy soczystego ambientu. Wreszcie finałowa ekspozycja – tu ambient zostaje doposażony w gitarowy przester, który z czasem nabiera tajemniczej melodyki, przypomina śpiew przez zaciśnięte zęby, kojący szmer.

 


Rafał Kołacki Echo Grało (Antenna Non Grata, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieoznaczone: Rafał Kołacki – kompozycja, wszystkie dźwięki. Jeden utwór, 58 minut.

Albumowe credits nie zawiera spisu instrumentarium, ale śmiało możemy powiedzieć, iż Kołacki w zasadzie nie sięga tu po akustyczne rozwiązania. Buduje wielowątkową, syntetyczną opowieść, którą dramaturgicznie gmatwa łącząc wszystko w jeden, prawie godzinny strumień narracji.

Początek jest mroczny, nieco oniryczny, tylko incydentalnie masywny. Śmiało mógłby stanowić soundtrack do filmowej opowieści o losach lovecraftowego Cthulhu. Dużo ciekawego dzieje się tu w tle – słyszymy ludzkie głosy, bijące dzwony, trochę tajemniczego field recordingu. Po pewnym czasie w tyglu zdarzeń pojawia się element rytmu – rodzaj czerstwego, połamanego drum’n’bass. Kolejne fazy opowieści moglibyśmy określić mianem ambientu z basowymi stemplami i … płaczem dziecka, a nawet harsh electronics. Jeszcze przed trzydziestą minutą w grze pojawia się także cisza, która buduje dramaturgię przez kilka kolejnych chwil. Najciekawiej zdaje się prezentować ostatnie 15-20 minut nagrania, gdy Kołacki buduje swoistą post-ambientową flautę, rodzaj niekojącej medytacji, której kierunek jest trudny do wskazania. Na etapie finalizacji opowieść zaczyna pulsować, jest niespokojna, jakby świadoma tego, że stawia pytania, na które nie udziela odpowiedzi.

 

 

 

piątek, 11 lipca 2025

The July’ Round-up: Sveið! Clouds! Transmission! Beryllium! Serries! Berre! Cigana! Läng!


W tradycyjnej, comiesięcznej zbiorówce świeżych recenzji jeszcze świeższych płyt z muzyką improwizowaną (i nie tylko) prawdziwa jazda bez trzymanki! Osiem albumów, rzadko spotykany tygiel gatunkowy i ogrom najprzeróżniejszych emocji!

Zaczniemy w Zjednoczonym Królestwie, potem Serbia, pewien kraj bez flagi, Polska, Belgia, Norwegia, Włochy i Szwajcaria. Będzie trochę zespołowego post-jazzu i post-kameralistyki, oba wątki wzmocnione kreatywną elektroniką, semi-akustyczny duet strunowy, instrumenty dęte skąpane nie tylko w elektronice, wreszcie aż cztery ekspozycje solowe – gitarowy ambient, dwa razy perkusja i … preparowane harfy szczękowe. What a game! Welcome to heaven and hell of improvisations and … compositions!

 


Sveið Latent Imprints (577 Records, CD 2025)

York, Wielka Brytania, maj 2024: James Mainwaring – saksofon, Federico Reuben – laptop/ live coding oraz Emil Karlsen – perkusja. Jedenaście improwizacji, 43 minuty.

Nie dalej jak tydzień temu zachwycaliśmy się innym albumem Karlsena (duetem z live procesorem Casserleyem), dziś czas na spotkanie jego kreatywnej perkusji z elektroniką określoną mianem live coding. W ramach deseru dostajemy jeszcze jazzowy saksofon. Dzieje się zatem wiele, emocji i jakości nie brakuje.

Trio od startu nie szczędzi nam akcji zaczepnych. Szczególną uwagę przykuwa aktywna elektronika, która zarówno kreuje, jak i efektownie procesuje, to co dostarczają żywe instrumenty. Sporo free jazzowych emocji płynie ze strony saksofonu, ale także partii śmiało kultywujących tradycję i wykorzystujących swingujące synkopy. W wielu momentach perkusja brzmi bardzo syntetycznie, bywa wspomagana w procesie kreowania rytmu masywnymi pasmami electro. W momentach spokojniejszych (choćby w drugiej, na początku czwartej, czy też w dziesiątej partii) muzycy dostarczają sporo brzmieniowych smaczków, subtelnych preparacji i nieoczywistych rozwiązań dramaturgicznych. W szóstej odsłonie elektronika i perkusja tworzą intrygującą sieć polirytmii, wynosząc saksofon na nieznane terytoria. Dodajmy, iż w trakcie całego albumu akustyczne instrumenty są zmyślnie procesowane, tworząc niekiedy całkiem nowy wymiar ekspozycji. Finał jest nerwowy, rozgadany, electro jazzowy.

 


 

Biliana Voutchkova, Marina Džukljev, Milana Zarić & Richard Barrett Clouds in a Cloudless Sky (Scatter Archive, DL 2025)

Cultural Centre of Vojvodina Miloš Crnjanski, Nowy Sad, Serbia, maj 2022: Biliana Voutchkova – skrzypce, głos, Marina Džukljev - fortepian, Milana Zarić – harfa, instrumenty perkusyjne oraz Richard Barrett – elektronika. Trzy improwizacje, 60 minut.

Przed nami koedukacyjny kwartet, który żeni instrumenty akustyczne z subtelną, nieinwazyjną elektroniką (zapewne też live processingiem), upleciony przez świetnie nam znanych artystów (poza harfistką) i uformowany w trzy rozległe improwizacje. Od wyważonej, dalekowschodniej medytacji po nerwowe, jakże europejskie sploty niebezpiecznych zdarzeń. Bezwzględnie warto poświęcić godzinę, by dogłębnie poznać Chmury na Bezchmurnym Niebie.  

Pierwsza i trzecia improwizacja trwają tu po kilkanaście minut i zdają się mieć cechy wspólne. To mroczne, rozkołysane, post-kameralne opowieści budowane frazami preparowanymi skrzypiec i piana, czystymi, okazjonalnie melodyjnymi akcjami harfy oraz niemal nieistniejącą elektroniką, która ledwie podkreśla wagę niektórych zdarzeń akustycznych. Rodzaj neurotycznej relaksacji, która mieni się tysiącem tajemnic. Całość śmiało mogłaby stanowić soundtrack do filmów mistrzów dalekowschodniej kinematografii (ale nie tych od walk samurajskich). Na tle obu tych narracji, część główna albumu, trwająca ponad dwa kwadranse, to wulkan emocji, nerwowych akcji i elektroakustycznych zgrzytów. Ta akurat historia ma wiele faz, czasami nasączone są one rodzajem subtelnej dynamiki. Nie brakuje też chwil wyjątkowo pięknej grozy, gdy pianistka po raz pierwszy sięga po klawiaturę. Wszakże najbardziej ekspresyjnym, emocjonalnym fragmentem tego albumu jest samo zakończenie. Tu mroczna kołysanka nabiera rumieńców i wspaniale puentuje ów smakowity album.

 


Vitaliy Ovchinnikov & Andrey Popovskiy Transmission (Extra Notes, DL 2025)

Vavilov Loft, kwiecień 2022: Vitaliy Ovchinnikov – gitara semi-akustyczna (utwór 1), gitara elektryczna (2) oraz Andrey Popovskiy - skrzypce, obiekty (1), gitara akustyczna (2). Dwie improwizacje, 27 minut.

Nagrania labelu Extra Notes i jej naczelnego wodzireja Vitaliya Ovchinnikova śledzimy na bieżąco. Zatem śmiało możemy skonstatować, iż najnowsze dzieło gitarzysty, to jedno z jego bardziej doniosłych dokonań artystycznych. Swobodne, niekiedy minimalistyczne improwizacje na dwa instrumenty dęte, garść obiektów i subtelnych preparacji. I co najważniejsze, nad nagraniem definitywnie unosi się posmak strunowej edycji Spontaneous Music Ensemble. Wszyscy wiemy, że na tych łamach to komplement najcięższego kalibru.

Pierwszą odsłonę kreują semi-akustyczna gitara i skrzypce wraz z bliżej nieokreślonymi obiektami. Odrobina amplifikacji i ocean akustycznych dźwięków. Narracja jest skupiona, każdy ruch artystów wyważony, a dbałość o szczegóły wysoce zaawansowana. Nie brakuje flażoletów, drobnych obcierek i post-perkusyjnych zdobień. Muzycy w trakcie kilkunastominutowej opowieści znajdują także chwilę, by eksplorować ciszę, jaka spowija ich improwizację. W drugiej części towarzyszy nam gitara elektryczna i akustyczna. Elektryczność tej pierwszej wydaje się dość iluzoryczna, delikatna, na poły akustyczna. Sama narracja jest bardziej zwarta i energetyczna, choć wciąż trudno ją określić mianem intensywnej. Znów doświadczamy obcowania z ciszą, jest także moment na poły dynamiczny, kreowany zwinną przebieżką po strunach i ekspresyjnym szorowaniem gryfu drugiej z gitar. W samej końcówce słyszymy trzeci wątek gitarowy, odrobinę bluesowy. Nie znamy źródła jego pochodzenia. Tak, czy inaczej, duch Johna Stevensa czuwa i zdaje się uśmiechać z zadowolenia.

 


 

Beryllium & Paweł Szulik Kumonosu-jō (Antenna Non Grata, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Paweł Szulik – shakuhachi, Michał Górczyński – klarnet kontrabasowy, elektronika oraz Andrzej Izdebski – syntezatory, gitary, field recordings, elektronika. Dziewięć utworów, 54 minuty.

Zapraszamy na seans filmowy! Przeniesiemy się do odległych, nie tylko amazońskich dżungli, tudzież równie peryferyjnych i dzikich przestworzy dalekiego wschodu. Obejrzymy sequel kultowego Imienia Róży, a potem dojmujący encore do jedynego i niepowtarzalnego Czasu Apokalipsy. Za ścieżkę dźwiękową odpowiadać będzie najcięższy kaliber klarnetu, lekki, japoński flet i zmasowany, wielowątkowy background elektroniki, gitar i adekwatnych do sytuacji dramaturgicznej nagrań terenowych.

Początek inwokuje klarnet kontrabasowy zanurzony w dark ambiencie. Rekontra fletu i elektronicznego beatu narzuca jednak inną optykę utworu. W kolejnej opowieści znajdujemy się o kilka pięter wyżej w bujnej, amazońskiej roślinności. Towarzyszą nam łagodne śpiewy fletu i klarnetowe pomrukiwanie. W trzeciej odsłonie rozwiązujemy zagadkę kryminalną, której emocje potęguje stepujący rytm. Flet znów woli melodie, a klarnet drony. Po wspinaczce jaką oferuje czwarty epizod, tu zdaje się wprost do Jądra Ciemności, w kolejnym zatrzymujemy się pełni trwogi, albowiem drogę tarasują nam ludożercy. Szczególnie rozhisteryzowany jest teraz flet. Szczęśliwe w szóstej opowieści rytuał dnia pozwala na wznowienie podróży. Zdaje się, że idziemy wprost do nieba. Gonieni strzępami melodii, stąpając po ostrych kamieniach, niesieni afrykańską polirytmią docieramy na skraj świata. Dwie końcowe opowieści niosą źdźbła nadziei. Brzmią szczególnie urokliwie. Klarnet wciąż budzi trwogę, flet nie skąpi bardziej wyszukanej melodyki, a gitara i elektronika perfekcyjnie dopełniają obraz dramatu. Jest ukojenie, ale nie ma zadośćuczynienia. Kres wyprawy, to nie radosne podskoki, to grzęzawisko.

 


 

Dirk Serries The Might Of Stars Sublime (Audiophob, CD 2025).

Studio domowe, Belgia, lato 2024: Dirk Serries – gitara elektryczna, efekty. Pięć utworów, 45 minut.

Tego artystę i dark ambientowy wątek jego twórczości nie trzeba na tych łamach komukolwiek przedstawiać. Muzyk, który kilka lat temu twierdził, że ambient to przeszłość, zdaje się w ostatnim czasie dostarczać coraz więcej nagrań w zadanej estetyce. Wszystkie je namiętnie śledzimy i rekomendujemy trybunowym fanom. Dziś produkcja domowa z lata ubiegłego roku. W kategorii dark ambientu taka, którą zwykliśmy określać mianem wzorcowej dla tej stylistyki.

Pośród pięciu opowieści żadna nie ma oczywiście początku ani końca, płynie soczystą strugą gitarowego ambientu. Pierwszą z nich tworzą trzy wątki – krystaliczny ambient, warstwa codziennego kurzu i brudu, wreszcie basowa struga o zaskakująco kojącym zabarwieniu. W drugiej odsłonie narracja zdaje się być bardziej mroczna, płynie z głębin bezkresnego oceanu. Z czasem rozmywa się, odsuwa w cień. Otwarcie trzeciej historii jest ciepłe, niemal relaksacyjne. Rozbudowana warstwa szumu stawia jednak znak zapytania i skutecznie dominuje w dalszej części utworu. Czwarta część wydaje się sprasowana, matowa, przefiltrowana przez grubą kotarę teatralną. Szorstki flow ma jednak nieoczywistą intensywność. Wreszcie finałowa, łagodna, pożegnalna meta ballada, z nowym wątkiem, który brzmi jak nagie struny gitary. Smutna opowieść jednocześnie narasta i rozlewa się coraz szerszym korytem. Potem umiera w dalece metafizyczny sposób.

 


Håkon Berre Mirror Matter (Barefoot Records, CD 2025)

Ishøj Kulturskole, listopad 2024: Håkon Berre – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty, elektronika. Trzynaście utworów, 51 minut.

Tego norweskiego perkusistę znamy doskonale z wielu płyt i jeszcze większej liczby wyśmienitych koncertów, choćby w poznańskim Dragonie. Ale z nagraniem solowym Håkona spotykamy się po raz pierwszy. Perkusja, tajemnicze obiekty, elektronika, otwarta głowa i duża kreatywność, to elementy składowe tego albumu. Definitywnie jest na czym zawiesić ucho.

Dramaturgiczną osią albumu jest aktywny drumming, przeplatany preparacjami na werblu, czy talerzach. Metodą pracy elektroniczna dekonstrukcja brzmień akustycznych, celem zaś niejednej podróży noise’owy szczyt. Berre lubi hałas, ale dla niego to jedna z możliwych opcji rozwoju narracji. Muzyk często wprawia swój zestaw perkusyjny w jednostajny rytm, który podrasowuje elektroniką, a ozdabia niemal dubową przestrzenią. Bywa, że osią opowiadania jest praca nad dźwiękiem, a faktura rytmiczna jedynie backgroundem, a nawet zjawiskiem lokalnie nieobecnym. W tych pozornie spokojniejszych, mniej dynamicznych ekspozycjach także dzieje się wiele dobrego. Tu odpowiednim przykładem mogą być utwory trzeci, szósty, ósmy, czy też jedenasty. Opowieść Berre potrafi także zahaczyć o ciężkie, post-industrialne brzmienia – tak dzieje się w piątej opowieści. Sam finał albumu zdaje się brać w nawias ironii elektroakustyczne wojny perkusyjne. Słyszymy dziecięce cymbałki, które wpadają w delikatny taniec, nasączony mroczną poświatą. Zaraz potem Berre nadaje im nieco dubowej mocy, a wszystko okrasza elektronicznym beatem, który doprowadza historię do szczęśliwego zakończenia.

 


Francesco Cigana Sacro (Bandcamp’ self-release, CD 2025)

Stria, styczeń 2023: Francesco Cigana – instrumenty perkusyjne, conduction oraz Nina Baietta – głos, Gli antenori – chór męski (utwór 1) i Mirio Cosottini – trąbka (utwór 8). Osiem utworów, 43 minuty.

Kolejna solowa płyta perkusisty, to nieco inny świat. W pełni akustyczny, udramatyzowany w kilka wątków – z jednej strony ekspozycje typowo drummerskie, z drugiej poematy preparacji różnych elementów zestawu perkusyjnego. Do tego goście – w utworze otwarcia kobiecy głos i męski chór, w odsłonie zamknięcia – multiplikującą się trąbka. Reasumując – mnóstwo wrażeń, i to wyłącznie pozytywnych.

Pieśń otwarcia buduje recytacja i zawieszony w czasie i przestrzeni chór, który brzmi jakby wykonywał wiekopomne Sustained Piece Johna Stevensa. Perkusja kreuje tymczasem meta rytmiczną narrację, którą wieńczy sekwencja dynamicznych powtórzeń. Kolejne utwory (szczególnie parzyste) oparte są na konstrukcji perkusyjnej. Raz są to tajemnicze podskoki w połamanym metrum, innym razem dynamiczna akcja full drums, wreszcie perkusyjna ekspozycja, która generuje intrygujący pogłos. Utwory nieparzyste budowane są na ogół na strumieniach dźwięków preparowanych. Efekt bywa chwilami monumentalny, jak w części piątej, czy rytualny i definitywnie sakralny, jak w części siódmej. Ostatni utwór trwa ponad dziesięć minut i wspaniale reasumuje cały album. Początek to rytualny drumming, rodzaj tańca do końca świata i jeszcze dłużej. W połowie nagrania pojawia się dęty dron, który może być efektem preparacji werbla, może być także początkiem trębackiej ekspozycji. W końcu z tego tygla tajemnic wydobywa się śpiew trąbki, która zawłaszcza scenę i efektownie rysuje kilka wątków jednocześnie.

 


 

Antoine Läng Lâcher les chiens tant qu’on y est (Insub Records, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Antoine Läng - preparowana harfa szczękowa (jaw harp). Sześć utworów, 43 minuty.

Na koniec dzisiejszego korowodu różnorodności garść konceptualnej muzyki współczesnej, jaką na ogół gwarantuje szwajcarski Insub. Tym razem album pełen tajemnic – któż bowiem wie, co to harfa szczękowa, a tym bardziej jak należy preparować ten instrument, by uzyskać tak intrygujący efekt … elektroakustyczny. Cały album jest jednym wielkim drganiem, które przybiera najprzeróżniejsze formy i odcienie brzmienia, a kończy się niebywałą, pulsującą, ponad dziesięciominutową medytacją.

Nagranie składa się z sześciu wariacji na temat drgającej struny, a zarejestrowane zostało jednym podejściem, bez jakichkolwiek dodatkowych efektów, tudzież czynności post-produkcyjnych. Ważnym elementem gry otwarcia jest cisza, która zdaje się komentować pierwsze drgania. W kolejnych epizodach proces drgania i jego pokrętna meta melodyka ulegają systematycznemu zagęszczaniu, ale rzadko zjawisko medytacji ustępuje tu miejsca nerwowym drgawkom. Artysta moduluje brzmienie. W trzeciej części dobywa dźwięki z głębokiej krypty (podobnie czyni w piątej), w czwartej z kolei prasuje, ugniata dźwięk, uzyskując bardzo matowy sound. Przy okazji drgania zdają się być zasilane foniami, które przypominają dźwięki … ludzkiego gardła. Czasami drgania są lekkie, ulotne, niczym mucha, która uciążliwie krąży nam nad głową. Wreszcie anonsowany finał, którego początek lepiony jest z filigranowych drgań podanych w gęstej sekwencji. Skojarzenie z elektroniczną stylistyką click’n’cuts sprzed ćwierćwieku wcale nie bezzasadne. Efektem końcowym jest pulsująca, urocza medytacja, która zdaje się nie mieć końca.



piątek, 22 grudnia 2023

The December’ Round-up: Dead Neanderthals! Gilded Form! Relaja! Formica! Immerweiter! Kairos! Laves Phase! Panaleåke! LUMP!


Trybuna Muzyki Spontanicznej czyni wiele, by comiesięczna zbiorówka świeżych recenzji płytowych - z jakże szeroko tu rozumianą muzyką improwizowaną - była jak najbardziej interesująca i ... stylistycznie rozstrzelona. Ale ta grudniowa chyba przejdzie najśmielsze oczekiwania!

Nasze story zaczniemy bowiem od dwóch holenderskich petard z okopów naszych ulubionych Dead Neanderthals! Pierwsza niemal doom-metalowa, druga … łagodna jak baranek, wprost spod igły Pink Floyd! Potem czekają nas dwie bystre wizyty w Argentynie, która jak zwykle gwarantuje jakość – pierwsza propozycja kameralnie rozwichrzona, druga trzymająca się swobodnego jazzu! Po nich niemiecki kwartet, który najlepiej czuje się w … kwintecie, a po chwili francusko-amerykański kwartet, które potrzebuje Bacha i Ravela na wejściu, by tworzyć wyjątkowo urokliwe improwizacje na etapie rozwinięcia. Po takich woltach stylistycznych przyda nam się zapewne odrobina zwinnej elektroakustyki z Sankt Petersburga, a zaraz po niej włoski kwartet post-jazzowy, który świetnie panuje nad formą wielominutowej wypowiedzi! Naszą szaloną podróż zakończymy w Lizbonie, by posłuchać drobnych strzępów pewnego koncertu na zupełnie zwariowany głos kobiecy i niemniej roztargnioną trąbkę męską!

Oj, trzymajcie się dziś mocno siedzeń, będzie się działo!



Dead Neanderthals Specters (Red Left Hand Music/ Utech Records, LP/DL 2023)

White Noise Studio, Nijmegen/ Leftorium, Los Angeles, czas akcji nieznany: Scott Hedrick – gitara, syntezatory, Otto Kokke – syntezatory oraz René Aquarius – perkusja. Dwa utwory, 36 minut.

Prosty, gęsty, jednostajny rytm perkusji, tłuste pasmo syntezatora zawieszone w wielkiej pętli, niepozbawione nisko osadzonej melodyki i gościnnie występująca tu gitara (nagrana za Wielką Wodą!), silnie rockowa, by nie rzecz metalowa. Ezoteryczny majestat wielkiego powtórzenia, konsekwencja w budowaniu mrocznej, ale też niebywale smutnej aury egzystencjalnej katastrofy - oto konceptualny Dead Neanderthals w postaci klinicznej, który uwielbiamy, choć ciągle nie wiemy do końca, dlaczego. Być może Specters, to jedna z najlepszych pozycji w dość już rozbudowanej, kilkunastoletniej historii protoplastów holenderskiego heavy jazzu (ktoś pamięta tę etykietę z początku poprzedniej dekady?).

Dwie kilkunastominutowe opowieści, jak zwykle w przypadku Holendrów są precyzyjnie zaplanowane i równie skrupulatnie wykonane. Pierwsza odsłona albumu wydaje się być dość dynamiczna, wręcz agresywna, świetnie konsumująca mrok syntezatorów i sfuzzowanej gitary, która na koniec przemyca nam garść bardziej melodyjnych fraz. A perkusja Rene jak zawsze - bije, niczym umierające serce świata. Druga część płyty toczy się w bardziej leniwym tempie, nosi znamiona ekspozycji doom metalowej, silnie zasklepionej w mrocznym ambiencie tła, w fazie finałowej niespodziewanie przepełnionej melodyką rozśpiewanych syntezatorów. Like always, play loud and/ or die!



 

Gilded Form Gilded Form (Burning World Records, CD/LP 2023)

White Noise Studio, Nijmegen, czas akcji nieznany: Nick Millevoi – gitara, Otto Kokke – syntezator oraz René Aquarius – perkusja. Jeden utwór, 41 minut.

Druga z tegorocznych nowości Kokke i Aquariusa także powstała z udziałem gitarzysty, przybrała jednak na tyle odmienny od standardów Dead Neanderthals wymiar estetyczny, iż Holendrzy postanowili album nagrany ze swoim dobrym znajomym z Kanady nazwać inną nazwą własną. I jak podpowiada ucho Waszego recenzenta, dobrze uczynili.

Gilded Form, to być może w ujęciu historycznym najłagodniejsza podróż naszych holenderskich bohaterów. Jedną, ponad 40-minutową opowieść możemy śmiało określić mianem odrobinę mrocznej, post-ambientowej ballady. Jak zwykle prosty, ale dość oszczędny drive perkusji, wyjątkowo melodyjne, często podlegające zmianom pasmo syntezatorów, no i spokojnie frazująca gitara, która syci się powtórzeniem, ale też w toku rozwoju akcji raz za razem wplata nowe elementy. Jeśli ktoś lub coś dba tu o typowy dla DN mroczny klimat, to jest nim mglisty background jednego z syntezatorowych pasm. Opowieść potrafi tu przypominać lekko harshowy Cocteau Twins, a w drugiej połowie opowieści, gdy gitarzysta zaczyna frazować dość wysoko, mamy wrażenie, że niespodziewanie znaleźliśmy się na koncercie … Pink Floyd. Każdy artysta ma prawo do słabszej chwili, ta przydarzyła się Kokke i Aquariusowi akurat teraz.



Pablo Vazquez & Amanda Irarrázabal Relaja (Neue Numeral, DL 2023)

Estudio Libres, Buenos Aires, lipiec 2022: Pablo Vazquez – kontrabas i głos oraz Amanda Irarrázabal – kontrabas i głos. Dziesięć utworów, 38 minut.

Chilijsko-argentyńskie spotkanie na dwa kontrabasy i tyleż głosów, jeden damski, drugi męski, przynosi mnóstwo dobrych emocji. Warsztat, kreatywność, wreszcie niebywała swoboda działania, chwilami wręcz artystyczna brawura, sprawiają, iż niespełna 40-minutowy pakiet dziesięciu dalece wyzwolonych improwizacji słucha się po prostu doskonale.

Pablo i Amanda stosują tu wszystkie dostępne współczesnemu światu metody wydobywania dźwięków z instrumentu smyczkowego, czasami płyną wspólnym strumieniem pizzicato lub arco, czasami działają na zasadzie estetycznego dysonansu. W to wszystko wplatają gardłowe i post-wokalne fonie, dodając improwizacji dodatkowych porcji ekspresji. Najciekawsze rzeczy dzieją się wszakże wtedy, gdy muzycy zmieniają metody i stylistyki frazowania po kilka razy w trakcie jednej improwizacji. Tak dzieje się w smakowitej improwizacji czwartej, a szczególnie w finałowym crème de la crème albumu. Tu start wyznacza ekspresyjne szarpanie za struny, połączone z drobnymi dewastacjami gryfów, potem akcja przenosi się na włosia smyczków, a bogacona jest gardłowymi pomrukami i piskami. Artyści nie szczędzą nam także odrobiny post-barokowych piękności. Finał zaś spoczywa na frazach pizzicato i męskim glosie. Muzycy równie dobrze radzą sobie w momentach, gdy ich instrumenty szumią i szemrają na granicy ciszy, jak choćby w improwizacji trzeciej, piątej, po części także ósmej.



Matías Formica Cinco Destellos de un juguete inalcanzable (ears&eyes Records, DL 2023)

Facundo Lizondo, Argentyna, sierpień 2022: Lucas Albarracín – kornet, Juan Ignacio Macchioli – saksofon altowy, Jona Schenone – kontrabas, Sebastián Stecher – perkusja oraz Matías Formica – saksofon tenorowy i barytonowy, syntezator i kompozycje (utwory 1, 3, 5 i 7). Dziewięć utworów, 50 minut.

Kolejna perła z Argentyny, to Piątka saksofonisty, którego na tych łamach doskonale rozpoznajemy. Na tapecie wykonawczej kilka swobodnych improwizacji i prawie tyle kompozycji, które wedle słów Formici są raczej rodzajem scenariuszy dla improwizacji, inspirowanych dokonaniami dodekafonii. Cokolwiek wszakże nie zostało ustalone przed wejściem do studia, efekt końcowy cieszy i raduje prawdziwych fanów swobodnej improwizacji, tu blisko usytuowanej jazzowych korzeni.

Kompozycje, zgodnie z tym, co powyżej, stanowią nieparzyste utwory na albumie (z wyłączeniem ostatniego). Ta pierwsza zdaje się bazować na masywnym, ale czysto brzmiącym kontrabasie, który pięknie prowadzi trzy rozśpiewane, nad wyraz swobodnie frazujące dęciaki. W części drugiej pojawia się pasmo syntezatorowe, które będzie dość często wracać w formule free impro, budując ciekawy, choć nie zawsze udany dysonans elektroakustyczny. Trzeci utwór ma wyraźnie zaznaczony, rytmiczny temat z ciekawie połamanym metrum, który niesie swym bogatym tembrem baryton. Czwarta część bliska jest free jazu, na starcie urokliwe barwiona frazami preparowanymi. Z kolei piąta, skomponowana odsłona, udanie kojarzy się z nagraniami formacji Dave’a Hollanda z jego najlepszych lat. W szóstej części, mimo sporej dynamiki, dużo dobrego czyni kontrabasowy smyczek, nadając całości wielogatunkowy wymiar. Siódmy utwór, znów skomponowany, zdaje się być wyjątkowo kameralny, choć doposażony w brzmienie syntezatora. Ósma część tonie w ekspresji post-jazzu, natomiast finałowa opowieść płynie basowym groove i syntezatorową narracją, która wchodzi w bystre interakcje z dęciakami.



 

Immerweiter In its own pace (Boomslang Records, CD 2023)

Miejsce i czas akcji nieznane: Julius Windisch – fortepian, syntezator, kompozycje, Pascal Klewer –trąbka, Sofia Eftychidou – kontrabas, Marius Wankel – perkusja oraz w roli gościa: Maria Reich - skrzypce (w połowie utworów). Dziesięć utworów, 40 minut.

Niemiecki kwartet otwartego jazzu zdolny jest dawać odbiorcy sporo radości z odsłuchu, gdy zaś w niemal połowie utworów przekształca się w kwintet (doposażony zwinnymi skrzypcami), owa radość jeszcze wzrasta. Płyta dobrze skrojona, zawierając zgrabne, nieprzegadane, sprytnie skomponowane improwizacje, byłaby dodatkowo ciekawsza, gdyby wyciąć z niej pewne środkowe fragmenty, lukrem i miodem płynące, dodatkowo wzbogacone, nie wiedzieć czemu, drobną arią wokalną.

Pierwsze trzy utwory zawierają bystre, melodyjne tematy, nie zawsze podane na wprost, przez to jeszcze ciekawsze w odbiorze. Narracje są dynamiczne, często krążą wokół rytmu, a lider przedsięwzięcia improwizuje, tudzież buduje narrację, jednocześnie używając piana i syntezatora. W odsłonie czwartej pojawiają się zapowiadane skrzypce (z kolei trąbka tylko na etapie improwizacji), zaś w części piątej, prowadzonej w post-balladowym tempie, intryguje onirycznie brzmiące piano elektryczne. Szósta narracja to ta, o której chcemy jak najszybciej zapomnieć, zwłaszcza, że kolejne dwie opowieści, to najlepsze, co przydarzyło się muzykom w trakcie tej sesji nagraniowej. Dużo niebanalnych, często preparowanych fraz, kolektywne, swobodne interakcje, krew zdrowej i wartościowej improwizacji. Jeśli pierwsza z tych małych perełek syci się zwinną dynamiką, to druga bazuje bardziej na kameralnej zadumie. Ostatnie dwa utwory noszą nazwy Trailer i Bonus, i po prawdzie sprawiają wrażenie repryzy nagrań zawartych w początkowej fazie albumu. Samo zakończenie wszakże intryguje brzmieniem, no i słyszymy (wbrew opisowi płyty) dźwięki, które śmiało przypisać możemy skrzypcom.



Maneri/ Cappozzo/ Mevel/ Waziniak Kairos (Lable Rives, CD 2023).

Miejsce i czas akcji nieznane: Mat Maneri – altówka, Jean-Luc Cappozzo – trąbka, flugelhorn, Gaël Mevel – wiolonczela oraz Thierry Waziniak – perkusja. Pięć utworów, 37 minut.

Bardzo zaskakujące nagranie! Personalnie bardziej niż ekscytujące, pod względem muzycznym odbierane może być z pewną ambiwalencją. Album stanowi dla niżej podpisanego kolejny dowód na prymat improwizacji nad muzyką notyfikowaną. Prymat oczywiście w ujęciu subiektywnym i emocjonalnym. Czterech wytrawnych muzyków potrzebuje tu na wejściu dobrze skrojonych kompozycji (wiolonczelisty), tudzież evergreena jazzu, wreszcie inspiracji muzyką Bacha i Ravela, by w dość kontrolowany sposób przejść do fazy kolektywnych improwizacji, niekiedy nad wyraz swobodnych i naprawdę udanych.

Na początek rzeczona kompozycja wiolonczelisty, utrzymana w klimatach spokojnej, odrobinę mrocznej kameralistyki. Altówka, trąbka i wiolonczela szyją tu temat, natomiast perkusja dostaje dużą swobodę i zdaje się być kluczowym elementem dla improwizowanej fermentacji. Dwie kolejne opowieści płyną na wprost z dokonań J.S. Bacha i ciekawie rozwijają barokowe tematy. Po rozbudowanej introdukcji ucho cieszy faza zmysłowej, bystrej improwizacji, szczególnie w drugiej z bachowskich ekspozycji. Tu kameralna zaduma zdaje się mieć cokolwiek ponadepokowy sznyt. Czwarta część jest najsłabszych momentem albumu, zatem zbyjmy ją milczeniem. Dużo bowiem rekompensuje ostatnia opowieść, ubrana w zgrabne improwizacje obtoczone aurą ravelowskiej melodyki. Narracja płynie tu od ciszy i do ciszy, pełna jest dramaturgicznych niuansów. Dodajmy, iż cały album jest nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym.



Vladimir Luchansky/Vitaliy Ovchinnikov Laves Phases (Extra Notes, DL 2023)

Vavilov Loft, Sankt Petersburg, marzec 2023: Vladimir Luchansky – saksofon altowy, elektronika oraz Vitaliy Ovchinnikov – gitara elektryczna, obiekty. Dwa utwory, 43 minuty.

Dokonania Ovchinnikova, bystrego gitarzysty z Sankt Petersburga śledzimy od lat, nie ma zatem powodu, byśmy nie sięgnęli po jego najnowsze dzieło, tu poczynione w duecie z muzykiem, który zdaje się być partnerem niemal każdej jego podróży. Dziś to podróż definitywnie swobodnie improwizowana, świetnie wpisująca się w idiom kreatywnej, niebanalnej i dobrze skonstruowanej dramaturgicznie opowieści elektroakustycznej.

Post-akustyczny szelest i pomruk analogowej elektroniki, to symbiotyczne elementy składowe gry wstępnej. Dźwięki wchodzą tu od startu w ciekawe interakcje, przy czym większość z nich nie jesteśmy w stanie zdefiniować, co do miejsca ich powstawania. Oczywiście w ogóle nam to nie przeszkadza w percepcji dzieła. Narracja jest niebywale molekularna, ultrafiligranowa, lepi się z nano fraz akustyki i syntetyki, doprawionych skromną porcją sampli. Artyści pracują tu niemal z chirurgiczną precyzją, a puentą pierwszej, ponad 23-minutowej improwizacji jest efektowna ekspozycja dronowa. Druga opowieść jest nieco krótsza, zdaje się mieć mniej linearny przebieg, ale i tu napotykamy na zjawiska dźwiękowe, których odsłuch sprawia nam niekłamaną przyjemność. Choćby pojedyncze, akustyczne dźwięki strun, czy też typowe dla instrumentu dętego wdechy i wydechy. W połowie tej części muzycy na moment zdają się wracać do filigranowości typowej dla pierwszej części albumu. Szybko wszakże połyka ich cisza, a idea mikrotonalności staje się zaczynem kreowania finału, lepionego ponownie z wyraźnie akustycznych wydarzeń. Puenta utworu znów jest udana, przypomina gęsty syrop klonowy.



 

Panaleåke Vane (Fonterossa, DL 2023)

Argo, lipiec 2020: Tobia Bondesan – saksofon tenorowy i sopranowy, Jacopo Giacomoni – saksofon altowy, Glauco Benedetti – tuba oraz Francesco Cigana – instrumenty perkusyjne. Dwanaście utworów, 47 minut.

Kolejna w dzisiejszym zestawieniu long-distance story, zatem opowieść upleciona w nieprzerwany strumień dźwiękowy. Trzy instrumenty dęte i perkusjonalia szyją nam historię wyjątkowo dobrze skrojoną, błyskotliwie udramatyzowaną, intrygującą brzmieniowo, formę, która korzysta z trybu repryzy, ale zdaje się ciągle iść do przodu. Nagranie swobodnie zrealizowane, równie medytacyjne, jak free jazzowe, dobrze zaplanowane i jeszcze lepiej wyimprowizowane.

Pierwsze trzy epizody stanowią skrupulatnie konstruowane podprowadzenie pod pierwszy free jazzowy szczyt. Dęte, kameralne wydechy podawane z drżeniem przepony, długie frazy z delikatną nutką melodii, sprytne, dobrze zorganizowane perkusjonalia. Wszystko skąpane w drobnym pogłosie, który całej podróży nadaje posmak odrobinę metafizyczny. W części czwartej dęciaki zgrabnie odnajdują swoje jazzowe, czy nawet free jazzowe korzenie, swobodnie swingują wiedzione coraz większą mocą rytmicznie usposobionych perkusjonalii. W kolejnych dwóch epizodach dynamika narracji rośnie, a dęte ekspozycje solowe niosą coraz większy ładunek ekspresji. Z kolei w części siódmej następuje powrót do fazy medytacyjnej, tu wykreowany, chwilami nawet samotnie, przez perkusjonalistę. Posmak ethno, swoboda saksofonowych melodii, urokliwe didaskalia tuby. Potem następuje kolejne wspinanie się na szczyt free jazzu, tu silnie naznaczone piętnem aylerowskiej hymniczności, a zaraz po nim szybki powrót do fazy medytacji, tu już definitywnie finałowej. W tak zwanym międzyczasie dostajemy jeszcze melodię Hanka Robertsa na trzy instrumenty dęte. Samo zakończenie udanie stosuje repryzę i przenosi nas na sam początek podróży. Śmiało możemy wyruszyć w nią ponownie.



LUMP Strain Field (Bandcamp’ self-released, DL 2023)

Galeria Zé dos Bois, Lizbona, 2020: Mariana Dionísio – głos oraz João Almeida – trąbka. Sześć utworów, 12 minut.

Na zakończenie naszego crazy trip odrobina konceptualnego performansu. Dwanaście minut wyrwanych z pewnego lizbońskiego koncertu na głos i trąbkę. Plejada preparowanych, równie wykrzyczanych, jak i wyszeptanych fraz, zdaje się, że także spora porcja dźwięków otoczenia, no i całkiem spory ładunek ekspresji. Pytanie, czy chcielibyśmy poznać cały koncert portugalskiej pary pozostaje retoryczne, jakkolwiek niżej podpisany byłby skłonny podjąć się tak karkołomnej próby.

Wyrzućmy zatem z siebie potok słów, niczym artyści dźwięki onegdaj w Galerii ZDB. Szumy, szmery, wiatr, pogłos, tupanie nogami i trzeszczące krzeszą, także tysiące innych zjawisk fonicznych. Na ogół drobne frazy, mikro dźwięki, ale niekiedy zaskakująco soczyste westchnienia. Rodzaj post-akustyki, którą zdaje się filtrować jedynie nieograniczona wyobraźnia artystów. Zabawy głosem, manipulacje wentylami, wszystko ma niezaprzeczalną rację bytu. A najciekawiej jest chyba wtedy, gdy trąbka gada, a głos dmie i szumi, jak w epizodzie piątym. Z kolei w części szóstej natrafiamy na niemal kabaretowe wybuchy ekspresji obojga muzyków. Tak, chętnie poznamy dokumentację dźwiękową całego koncertu!

 

 

 

piątek, 14 lipca 2023

The July’ Round-up: Carter! Phillips & Locatelli! Unmute! Noetinger & Pateras! Ovchinnikov! Nordberg! Master Oogway! Trio Preludio! Solomiewicz!


Od swobodnego jazzu po jazz uformowany w zgrabne opowieści z tytułami, a w tak zwanym międzyczasie post-awangarda w szerokim bukiecie estetycznym! Od Nowego Jorku po Buenos Aires, a pomiędzy nimi trochę soczystej Europy!

Ot, kolejna trybunowa zbiorówka świeżych albumów z naszą ukochaną muzyką improwizowaną! Welcome!



 

Daniel Carter, Leo Genovese, William Parker & Francisco Mela  Shine Hear, Vol. 1 (577 Records, CD 2023)

Sear Sound, Nowy Jork, lipiec 2021: Daniel Carter – saksofony, Leo Genovese – fortepian, William Parker - kontrabas, gralla, shakuhachi oraz Francisco Mela – perkusja, głos. Trzy improwizacje, 38 minut.

Daniel Carter, legenda free jazzu, w dziewiątej już dekadzie życia, nie ustaje w dostarczaniu nam nowych nagrań. Rzadko się nad nimi pochylamy, albowiem silnie zanurzone są one w jazzowym main-streamie i nie wnoszą nic nowego do dorobku tego wybitnego artysty. Album Shine Hear zdaje się być wyjątkiem potwierdzającym regułę. Po pierwsze - smakowity skład z kolejną legendą gatunku, Williamem Parkerem, po drugie niebanalna instrumentacja, albowiem kontrabasista gra tu częściej na egzotycznych dęciakach niż na swoim bazowym strunowcu. I jeszcze śpiewający latynoskie evergreeny perkusista. Dla fanów swobodnego jazzu lektura obowiązkowa, dla wielbicieli free improv akustyczna ciekawostka.

Album składa się z dwóch kilkunastominutowych improwizacji, które oddziela post-jazzowa ballada, trwająca niewiele ponad pięć minut. Otwarcie jest dalece jazzowe, szybko chłonie klimat davisowskiego jazzu modalnego z lat 60. ubiegłego stulecia. Carter frazuje dość łagodnie, głównie na alcie, wydaje się być tu strażnikiem czystości gatunkowej. Reszta załogi swawoli jednak na całego. Pianista kocha free jazz, bystry drummer podśpiewuje, a Parker dość szybko zamienia kontrabas na wesołe, ale ostro brzmiące i rozśpiewane shakuhachi. Po wspomnianej balladzie, gdzie Parker sięga po kolejny egzotyczny instrument, wracamy do wątku zapoczątkowanego w pierwszym utworze. Perkusista znów nuci latynoskie melodie, ale jego drumming przypomina pracę krewkiego dobosza. Pianista syci flow poprzecznymi pasażami, a Parker, często w dialogu z wokalistą, dba o ekspresję. Carterowi znów pozostaje rola kojącego emocje. W drugiej fazie improwizacji Parker powraca do kontrabasu, a my w ramiona main-streamowego jazzu. Na etapie finalizacji improwizacja przyjmuje postać cool-jazzowej ballady z rozśpiewanym smyczkiem.



 

Barre Phillips & Giancarlo Nino Locatelli  Danze Degli Scorpioni (We Insist! Records, CD 2023)

Jazzatelier Ulrichsberg, maj 2008: Barre Phillips – kontrabas oraz Giancarlo Nino Locatelli – klarnet, klarnet basowy. Cztery improwizacje, 51 minut.

Kolejna legendarna postać muzyki improwizowanej, Barre Phillips ogłosił retirement już kilka lat temu. Zatem, by posłuchać jego nowych nagrań, musimy cofnąć się do końcówki pierwszej dekady nowego milenium. Spotkanie z włoskim klarnecistą, jakie miało miejsce w trakcie jednego z najważniejszych europejskich festiwalu muzyki kreatywnej, zaspakaja wszelkie potrzeby wielbiciela swobodnej improwizacji, zarówno tej osadzonej w mrocznej kameralistyce, jak i tej, sięgającej po post-jazzowe atrybuty. Klasa kontrabasisty nie podlega tu dyskusji, cieszyć natomiast może świetna robota jego partnera. Definitywnie wartościowy album!

Koncert składa się z czterech części, z których pierwsza trwa ponad 25 minut. Na starcie muzyków niesie niemal rockowa ekspresja – smyczek smaga struny, zadziornie pokrzykuje, nakłuwa post-barok na ostrze free jazzu! Klarnet, tu na ogół w formie filigranowej, świetnie łapie klimat i co rusz staje do intensywnych potyczek z silnie pobudzonym kontrabasem. W dalszej części improwizacji muzycy tonują emocje i szukają mrocznych zakamarków. Kontrabasista podejmuje wyłącznie udane decyzje – pięknie łączy nostalgiczne arco z wystudzonym, post-jazzowym pizzicato. Ma także wyjątkowo urokliwą ekspozycję solową. W końcowej fazie improwizacji pojawia się klarnet basowy, który wplata intrygujące frazy pomiędzy szarpane struny i perkusjonalne efekty. Trzy kolejne części trwają po kilka minut, a muzycy nazwali je m.in. dark moon music. Kameralne półśpiewy, dronowe pasaże, majestatyczna powolność chwili. Jeśli głośniej, to bardzo boleśnie, jeśli spokojniej, to w mglistej aurze niedopowiedzenia. Trzecia odsłona koncertu budowana jest drobnymi, urywanymi frazami, z kolei czwarta z jednej strony syci się repetującym kontrabasem, z drugiej korzysta z ekspresji, jaką podsyła potężniejsza wersja klarnetu. Samo zakończenie dostarcza sporych emocji. Barre gra tu całym pudłem rezonansowym, Giancarlo wspina się zaś na wysokie wzgórze, a potem jakże efektownie opada.



 

Unmute  Unmute (Discordian Records, DL 2023)

BCN Arts, Barcelona, 2023: Yexza Lara – głos, Pablo Selnik – flet, Marta Warelis – syntezator, Seba Ramírez – cajón, instrumenty perkusyjne, Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne oraz Nasim López-Palacios – perkusja. Trzy improwizacje, 28 minut z sekundami.

Barceloński Discordian Records dobrze czuje się w każdych okolicznościach gatunkowych, ale w mroku niedopowiedzenia i dramaturgicznego suspensu zdaje się być szczególnie szczęśliwy. Doskonale w ów estetyczny mezalians wpisuje się okazjonalny sekstet Unmute stworzony zarówno lokalnymi silami, jak i zaciągiem paragwajsko-polskim. Nagranie niecodzienne niemal z każdego puntu widzenia - demoniczny wokal i flet w permanentnej interakcji, fermentujący syntezator w rękach pianistki i potrójny, niekiedy egzotyczny, zestaw perkusjonalny.

Początek nagrania to stonowany, elektroakustyczny rozgardiasz – mroczny szept, pomruki fletu, syczący jak waż syntezator i bogate tło post-perkusyjne. Z czasem każdy dźwięk wchodzi tu w interakcje z innym dźwiękiem, a linearna narracja dobrze konsumuje zarówno frazy akustyczne, jak i syntetyczne. Druga improwizacja zdaje się tu być kluczowa, choćby z racji generowania niekończących się emocji. Nerwowy początek zapewnia flet, doposażony w gardłowe westchnienia. Dużą aktywność wykazują perkusjonalia i syntezator, który najpierw generuje chmurę skwierczącego ambientu, potem wychodzi na czoło pochodu, ale wydaje się lekki, jakby ulatywał w kosmos. Flecista i wokalistka toczą tu niekończący się dialog, który wspiera dramaturgicznie reszta załogi. Dynamiczna improwizacja na ostatniej prostej nabiera jeszcze większej intensywności, a gaśnie w chmurze fletowych oddechów. Trzecia odsłona, to piękne, dronowe lamenty grane na wydechu. Zgrzyty, trzaski, perkusjonalne obcierki, ambient talerzy, flet i glos w pogłębiającej się rozpaczy. Samo zakończenie jest mroczne, tajemnicze, perfekcyjnie tłumione jednym strumieniem dźwiękowym.



 

Jérôme Noetinger & Anthony Pateras  15 Coruscations (Bandcamp’ self-released, CD 2023)

Rives/ Castlemaine, 2020-21: Jérôme Noetinger - elektronika oraz Anthony Pateras – elektronika. Piętnaście kompozycji, 40 minut.

Prawdziwe spotkanie na szczycie kreatywnej muzyki współczesnej, tej komponowanej, opartej na częstym lub wyłącznym użyciu syntetycznego instrumentarium. Żaden z artystów nie wymaga rekomendacji, także na łamach świadczących usługi pisarskie w obszarze muzyki improwizowanej. Zarówno Noetinger, jak i Pateras, to wszak mistrzowie improwizacji, którą przyoblekają w szaty współczesnej kompozycji. Kreują strumienie jakże bogate w dźwięki, jakże efektownie udramatyzowane. Klasa sama w sobie, choć album nerwowy, jakby porwany na strzępy, na piętnaście Przebłysków, degenerowanych porywami kompozytorskich namiętności.

Na owych piętnaście opowieści Francuza i Australijczyka składają się zarówno rozbudowane, wielominutowe, niemal epickie narracje o niepoliczalnych zasobach piękna, tu jakże przewrotnie rozumianego, jak i drobne fragmenty narracji, kilkudziesięciosekundowe plamy elektronicznych trzasków i zgrzytów. Utwór otwarcia tworzą zarówno ambientowe plamy, jak i filigranowe, niemal akustyczne fonie, sprawiające wrażenie field recordings. W części drugiej pojawiają się dźwięki bardziej syntetyczne, niekiedy dość groźnie brzmiące. Całość kołysze się tu na silnym wietrze, niczym zmutowane drum’n’bass. Kolejne mikro opowieści nie pozwalają nam stracić koncentracji, szybkimi strumieniami dźwięków rozsadzają receptory słuchu. Podobać się mogą szczególnie te, które zasadzają się na repetytywnym, dubowym echu. Ostatnie trzy opowieści zdają się bardziej skupiać na niuansach narracyjnych. Pierwsza z nich tonie w mrocznej, post-ambientowej chmurze, kolejna przypomina dźwięk wody lejącej się na rozżarzone węgle. Wreszcie ostatnia z nich, nierealistyczna, zawieszona w czasie i przestrzeni struga mrocznego post-ambientu. Tu dźwięki definitywnie umierają, tracą jakąkolwiek materialną postać.



 

Vitaliy Ovchinnikov  Variants (Extra Notes, DL 2023)

Petersburg Recording Studio (set 1), Vavilov Loft (set 2), listopad i sierpień 2022: Vladimir Luchansky – saksofon altowy, obiekty, Christine Kazarian – harfa, obiekty, Vitaliy Ovchinnikov – gitara akustyczna, obiekty, Andrey Popovskiy – elektronika, obiekty (set 1) oraz Ilia Belorukov – elektronika, obiekty (set 2). Trzynaście kompozycji, 30 minut.

Nowe nagranie gitarzysty Vitaliya Ovchinnikova, to dwa kwadranse wytrawnej, minimalistycznej elektroakustyki podane w dwóch setach, zrealizowanych w różnej czaso-przestrzeni, każdorazowo wszakże w kwartecie. Zawiera bardzo skupione improwizacje, nastawione na niuanse brzmieniowe, bardzo wyważone dramaturgicznie. Pierwszy set, to jedno lub dwie minutowe formy zdominowane przez instrumenty akustyczne, drugi, to nieco dłuższe narracje, w tym ostatnia nawet siedmiominutowa, w trakcie których elektronika ma nieco więcej do powiedzenia. Zauważmy, iż obsługą elektroniki w każdym secie zajmuje się inny artysta. Definitywnie lubimy takie zabawy z dźwiękiem, choć muzykom dobrze zrobiłby większy zastrzyk ekspresji, szczególnie w secie pierwszym.

Set pierwszy składa się z ośmiu części i wydaje się być jednym strumieniem dźwiękowym podzielonym na niespełna dwuminutowe odcinki. Króluje tu kreatywny minimalizm - każdy z artystów cedzi dźwięki, niekiedy pojedyncze frazy, dobrze słucha reszty i udanie współtworzy strukturę całości. Delikatna, nieinwazyjna elektronika wije się pomiędzy akustycznymi frazami, pośród których dużą rolę ogrywają obiekty, brzmiące chwilami bardzo perkusjonalnie. Najbardziej żwawym fragmentem seta jest część ostatnia, zdobiona czystymi frazami harfy. W secie drugim mamy pięć części, a rola elektroniki zdaje się być dominująca, zwłaszcza w części dziesiątej i jedenastej. Podobać się może brzmienie saksofonu, intrygująco wplecione w strugę syntetyki w części dziewiątej. W rozbudowanej części końcowej mamy już narrację w pełnym wymiarze. Saksofonowe drony, strunowe błyski i elektronika, która udanie współgra z akustycznymi instrumentami, śpiewając piskiem szemrzących kabli. Przez dłuższy fragment improwizacja bazuje tu na linearnym strumieniu dźwięków generowanych przez rytmicznie drżące obiekty.



 

Jesper Nordberg  Trio (Gotta Let It Out, CD 2023)

Kopenhaga, styczeń 2023: Jesper Nordberg – kontrabas, Ruhi Erdogan – trąbka oraz Stefan Pöntinen – skrzypce. Dziesięć utworów (siedem kompozycji, trzy improwizacje), 37 minut.

Kontrabas, skrzypce i trąbka nieśmiało sugerują, iż przed nami prawdziwie kameralna narracja. I tak też jest w istocie. Wysokie kompetencje artystyczne muzyków czynią tu interesującą niemal każdą opowieść, choć wiele z nich toczy się wedle precyzyjnych wskazań kompozytorskich. Tych ostatnich być może jest zbyt wiele, o czym świadczy … jakość trzech opowieści, które są po prostu swobodnymi improwizacjami i stanowią definitywny crème de la crème tego albumu. W trakcie kolejnych realizacji tria zalecamy zatem, by zapisy na pięcioliniach pozostawić przed drzwiami studia nagraniowego.

Utwór otwarcia tworzą tu dwa smyczki, które z odpowiednią dozą ekspresji sugerują klimat post-baroku swobodnie improwizując. W drugiej części podłącza się melodyjna, rzewna, nieco nostalgiczna trąbka. Zadekretowane chamber inspiruje się tu zarówno jazzem, jak i folkiem, tudzież klasyką. Nie brakuje miejsca na improwizację. Ta króluje w trzeciej odsłonie. Drobne frazy wchodzą tu w bystre interakcje. Skrzypce ciekawie preparują. W kolejnych trzech opowieściach konstytucją jest temat kompozycji i zwarta struktura rytmiczna. Post-folkowe klimaty, jazzowe frazy kontrabasu i trąbka, która stoi tu ponad podziałami, tarzając się w dość prostej melodyce. Siódma część znów porzuca zapisy pięciolinii i zabiera nas w krótką, ale intrygująco mroczną podróż. Dwa strwożone smyki i rozhuśtana trąbka. Trzy ostatnie utwory wracają do etyki kompozycji. W części dziewiątej warto wszakże podkreślić dynamikę i zadziorność niemal każdej frazy, mimo dalece klasycznego rynsztunku. W części ostatniej rzeczona klasyka ostatecznie triumfuje, ale muzykom nie da się odmówić klasy w improwizacjach.




Master Oogway  A Lot of Music About Everything (Nice Things Records, CD/LP 2023)

Athletic Sound Studio, Norwegia, czas nieznany: Håvard Nordberg Funderud – gitara, Lauritz Heitmann Skeidsvoll – saksofon tenorowy i sopranowy, Karl Erik Horndalsveen – kontrabas i bas elektryczny oraz Martin Heggli Mellem – perkusja. Dwanaście utworów, 45 minut.

Kolejne spotkanie z artystami, którzy debiutują na tych łamach, znów doposażonymi w instrumentarium, które dobrze kierunkuje nasze stylistyczne przypuszczenia. Gęsta, szorstka sekcja rytmu, rozszalały saksofon w chmurze pogłosu i gitara, która stanowi tu w dużej mierze o dramaturgii. Także całe mnóstwo gatunkowych konotacji, którym wcale nie tak daleko do cięższych odmian rocka. Narracja skrojona zgrabnymi kompozycjami, która są jedynie pretekstem do niekiedy niezwykle krewkich improwizacji. Muzyka o Wszystkim, ale nieprzegadana, zawsze na temat.

Na starcie artyści fundują nam nieco jazzrockowej estetyki. Każdy instrument zdaje się tu być podłączony do prądu wysokiej mocy. Post-akustyczna brawura, rockowe przełomy i dużo swobody w improwizacjach. Także bogate brzmienie, czasami kwartet przypomina tu dużą orkiestrę. Norwegowie dobrze sobie radzą w szybkich tempach, ale równie efektowni są w post-balladowych, rozhuśtanych melodiach na saksofon i gitarę. Ta ostatnia wciąż szuka ciekawych brzmień, preparuje, często korzysta z gitarowych pick-upów. W części piątej muzycy pokazują, iż wystarczy im sekunda, by wejść w obszar kreatywnego noise (znów brawa dla gitary). Opowieści każdorazowo nie gubią jednak wytrwanej struktury rytmicznej. W odsłonie szóstej narracja pachnie nasterydowanym Weather Report! Połamany rytm i ogniste ekspozycje solowe, to kolejny walor tego utworu. W kolejnej części … akustyczny przestanek na gitarę i kontrabas. Ale emocje nie gasną! Podobnie jak w części dziewiątej, która płynie melodyjnym tematem jazz-rocka, ale bas i perkusja burzą mury niemal hc-punkowym drive’em. Dziesiąta historia stawia na wolniejsze tempo i brzmieniowe zagadki. W kolejnej czas płynie przy niemal rockowych salwach całego kwartetu. Narracja pętli się, zgrzyta, hałasuje i urokliwie puszcza oka do King Crimson, tych z początku lat 80. ubiegłego stulecia. Ostatnia opowieść znów szyta jest gęstym, niemal post-punkowym ściegiem. Gitara staje tu w ogniu, bas ma solo, a saksofon kipi z emocji.




Maximiliano Mas, Marcelo von Schulz & Juan Marco Litrica  Trio Preludio a La Siesta De Un Fauno - Volumen Uno (Ramble Records, DL 2023)

Chela.exacta, Argentyna (?), wrzesień 2022: Marcelo von Schultz – perkusja, instrumenty perkusyjne, Maximiliano Mas – gitary, ćwierćtonowe grand piano oraz Juan Marco Litrica – gitara elektryczna. Pięć improwizacji, 37 minut.

Dwie dalece ponadgatunkowo usposobione gitary z niewielką dawką prądu i wytrwany drummer, tu głównie perkusjonalista, którego na tych lamach zdążyliśmy już poznać. Latynoskie trio w barwach australijskich przynosi nam nieoczywistą porcję improwizacji, która miewa świetne momenty, ale nie unika chwil dramaturgicznego zawahania, a raczej sytuacji, w których opcji wyboru jest zbyt wiele, zwłaszcza po stronie stylistycznie niezdecydowanych gitar. Te ostatnie zaczynają w klimatach post-jazzowych, potem nie skąpią nam bluesowych, czy nawet post-folkowych fraz, w końcu z ochotą czerpią z zasobów pamięci post-rocka. Na finał stawiają prawie hard-rockowy riff, który płonie wszakże wyjątkowo szybko.

W pierwsze improwizacji podoba nam się sposób, w jaki perkusjonalista panuje nad parą jazzujących gitar. Najpierw stara się je udobruchać, potem wypuszcza w dynamiczny marsz z rockowymi zdobieniami. W części drugiej dzwonki i gitarowe pick-upy budują suspens, który kruszy bluesowy szyk narracji właściwej. Na werblu pojawia się odrobina preparacji, z kolei gitary szukają kolejnych punktów odniesienia, frazując dość delikatnie. Trzecia opowieść zdaje się być wyjątkowo ukrwiona. Samplowany głos w języku japońskim, preparowany, bystry drumming i gitary w solowych ekspozycjach jakże dalekich już od jazzu. W części czwartej pojawia się piano, które dodaje mroku i tajemniczości. Perkusja bije tu matowy rytm, ale wolny, niemal leniwy. Finałową ekspozycję znów otwierają szemrzące gitarowe pick-upy. Narracja dość szybko zwiera marszowy szyk i do końca nagrania nie przestaje być jedynie rytmiczną zabawą. W ramach narracyjnych zdobień gamelanowo brzmiący drumming i wspominany wcześniej ciężki, rockowy riff.



 

Federico Solomiewicz  Desde el sur (Neue Numeral, DL 2023)

Doctor F studio, Argentyna, czas nieznany: Federico Solomiewicz – bas, Martín Proscia – saksofon tenorowy, Augusto Vega – gitara oraz Manuel Weil - perkusja. Pięć kompozycji, 22 minuty.

Na zakończenie dzisiejszej, w dużej części jazzowej zbiorówki niewielka porcja jazz-rocka, zadekretowana kompozycjami basisty, które koncertują się bardziej na ogrywaniu zadanego tematu bystrymi aranżacjami, mniej zaś wydają się być skupione na samej improwizacji. Ale pośród pięciu niedługich narracji znajdziemy jedną, która warta jest naszego wielokrotnego zainteresowania.

Argentyńczycy otwierają album melodyjną balladą, rzewną, całkiem stylową, jakże niespieszną. Druga opowieść ma rytm marsza, w który wplecione są intrygujące, dramaturgiczne przestoje. Gitara szuka tu bardziej rockowych emocji, ale saksofon trzyma się sztywno gatunkowych ram. Trzecią opowieść otwiera basowe intro, które przekształca się w melodyjny temat. Gitara snuje się wokół post-ambientowym ściegiem, saksofon wydaje się tym razem bardziej zaniepokojony. W czwartej części muzycy stawiają na improwizację i zdaje się, że nic lepszego nie mogli zrobić! Rozmyta, mgława melodyka, zmysłowy smyczek, rozbujane emocje siejące dramaturgiczny niepokój. W finałowym utworze powraca melodia tematu. Gitarzysta frazuje wyjątkowo łagodnie, niczym Jim Hall, a towarzyszy mu solówka kontrabasu, jeśli ucho recenzenta nie zawodzi.