Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steve Beresford. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steve Beresford. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 września 2026

Mandhira de Saram, Steve Beresford & John Edwards play Felix!


String trio, to naturalna konfiguracja instrumentalna dla muzyki kameralnej, współczesnej, ale także, co oczywiste, improwizowanej. Na jednej z najnowszych płyt krajowej FSR Records zatytułowanej Felix odnajdujemy szczególną wersję takiego tria – skrzypce, kontrabas i preparowany fortepian, którego struny zdają się stanowić ważny element tej intrygującej układanki.

Jesteśmy w Londynie, w sercu jego impro sceny, w klubie Vortex pomieszczonym w niebanalnej dzielnicy Dalston. Na scenie Steve i John, dwie legendy nie tylko londyńskiej sceny i dużo od nich młodsza Mandhira, artystka od pewna czasu silnie związana ze stolicą Zjednoczonego Królestwa i wszelkimi przejawami jego muzycznych wspaniałości. Przed nami pięćdziesiąt minut akustycznej rozkoszy.

  


Koncert składa się z trzech kilkunastominutowych opowieści i niespełna trzyminutowego encore. Pierwsza improwizacja rodzi się w tyglu drobnych, strunowych dźwięków, ale po niedługiej chwili wyłania się z niego niezobowiązująca, post-jazzowa ekspozycja pianisty wprost z klawiatury. Okazuje się, że to jedynie skromne interludium, albowiem artyści dość sprawnie powracają do kreowania preparowanych, dobrze skorelowanych fraz. Momentami ich akcje są bardzo filigranowe, pełne subtelnego uroku. Smyczki ślizgają się po strunach, czasami nucą stłamszone melodie, z kolei na dnie fortepianu pojawia się kilka niezidentyfikowanych dźwięków - być może w rękach pianisty znajdują się przedmioty nieoznaczone w albumowym credits. Narracja charakteryzuje się teraz dużą zmiennością – balansuje od dna ciszy po sufit głośnych, niekiedy brawurowych fraz. Puentą pierwszej, najdłuższej improwizacji jest zaskakująco intensywny, niemal free jazzowy szczyt.

Drugą opowieść inicjuje skrzypaczka, momentami traktująca smyczek niczym perkusyjną pałeczkę. Tymczasem struny kontrabasu zgrzytają, a spod palców pianisty dochodzą kolejne zagadkowe, także perkusjonalne frazy. Opowieść nabiera rumieńców, to jakby free chamber na sterydowym wspomaganiu. Mysie ślizgi, kocie piski i zaskakująca kontra z klawiatury fortepianu. W połowie utworu muzycy wchodzą w mrok bardzo wyciszonych medytacji. Przez moment jakby stali w miejscu i pytali o drogę. Szczęśliwie pianista, znów z klawiatury, szyje coś bardziej żwawego. Tańczy oparty na strunowych pląsach partnerów, czyniąc zakończenie tej odsłony albumu dalece intrygującym.

Początek trzeciej części ponownie inicjuje skrzypaczka. Z backgroundu docierają kolejne tajemnicze frazy piana, a z gryfu kontrabasu zaczepne szarpnięcia. Improwizacja na kilka chwil przebiera klasycznie kameralne szaty, a potem znów dociera do podziemia szyjąc nam być może najpiękniejszy fragment całego koncertu. Anonsowany bis przynosi niespodziewanie dużo wydarzeń. Najpierw czyste frazy skrzypiec i fortepianu, potem garść całkiem radosnych podskoków. Wreszcie przejście w tryb dość mrocznej, ale już pożegnalnej melodyki, która ozdabia kontrabas w trybie pizzicato. Ostatnie frazy dostarczają klawisze piana.

 

Mandhira de Saram, Steve Beresford & John Edwards Felix (FSR Records, CD 2026). Mandhira de Saram – skrzypce, Steve Beresford – fortepian oraz John Edwards – kontrabas. Nagrane w The Vortex, Londyn, styczeń 2025. Cztery improwizacje, 49 minut.

 

*) Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.com i tamże została pierwotnie opublikowana

 

 

piątek, 16 stycznia 2026

The Confront Recordings’ fresh outfit: Dark Kitchen, Towers of Silence, Tapsalteerie, Be S-Mart and the other stories!


Brytyjski label Confront Recordings, dowodzony już trzecią dekadę lat przez wiolonczelistę i perkusjonalistę Marka Wastella, dostarczył w trakcie ostatnich trzech miesięcy ubiegłego roku aż siedem nowości. Zaglądamy dziś do nich wszystkich, niektórym poświęcając dużo uwagi, inne anonsując kilkoma rozbudowanymi zdaniami.

Dodajmy, iż pierwsza z omawianych płyt, podobnie jak trzy inne, wydane wcześniej, trafiła na trybunową listę 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2025. Innymi słowy, ów rok był dla wydawnictwa i artystów z nim związanych wyjątkowo udany.

 


Tom Jackson & Daniel Thompson Dark Kitchen

Dark Kitchen Studios, Londyn, kwiecień 2023: Tom Jackson – klarnet oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Cztery improwizacje, 41 minut.

Zaczynamy od perły w koronie confrontowych nowości i dwóch brytyjskich muzyków (już) średniego pokolenia, których albumy wielbiliśmy na tych łamach nie jeden, nie dwa razy. Ich Ciemna Kuchnia, to akustyczna, skupiona, chwilami niezwykle minimalistyczna improwizacja, pełna brzmieniowych zdobień, świetnie unerwiona, dobrze ważąca każdą frazę, czy zwrot dramaturgiczny.

Pierwsza odsłona albumu trwa dwadzieścia minut, a jej spokojny, minimalistyczny początek inwokują delikatnie rezonująca tuba klarnetu i gitara, która stawia stemple obecności. Ważnym elementem tej fazy utworu jest także cisza. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty artyści zaczynają frazować nieco intensywniej, plotąc drobne, klarnetowe melodie i kreśląc wymyślne, gitarowe zygzaki. Nie unikają mrocznych zakamarków, ale potrafią też nieźle hałasować. Drugą część otwiera samotnie klarnecista, intrygująco brudząc brzmienie. Gitarzysta, choć wciąż minimalistyczny, zdaje się być teraz bardziej aktywny, a cała opowieść wpada w rozhuśtany rytm i nabiera interesującej dynamiki. W trzeciej improwizacji muzycy stoją na palcach i starają się nie mącić nadmiernie ciszy panującej wokół. Tuba oddycha, gitara śle filigranowe flażolety. Ale i w tej odsłonie albumu w końcu odnajdują dynamikę. Finałowa opowieść zaczyna się na samym dnie ciszy. Mikro melodie i delikatnie głaskane struny lepią się w pożegnalną narrację, niekiedy bolesną, a w dalszej fazie także specyficznie agresywną i zaskakująco taneczną.

 


Don Malfon & Vasco Trilla Towers of Silence

Thriller Underground Facilities, Barcelona, luty 2024: Don Malfon – saksofon altowy, barytonowy oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Sześć Improwizacji, 44 minuty.

Czas na spotkanie z naszymi bardzo dobrymi znajomymi z Barcelony. Malfon i Trilla grywali już razem tysiące razy (choćby na pewnej krajowej, czarno-czerwonej płycie), ale w duecie debiutują. Ich nagranie to wyjątkowa symfonia rezonansu. Nie znajdziecie tu fraz typowych dla saksofonu i perkusji, raczej zapadniecie się w mroczną pieczarę rytualnego lewitowania.

Pierwsza, dziesięciominutowa improwizacja idealnie wprowadza nas w klimat nagrania. Rezonują perkusyjne talerze i inne metalowe przedmioty - brzmienia dość typowe dla solowych ekspozycji Trilli w jego mistrzowskiej formule no drumming percussion. Z tuby saksofonu dochodzi mieszanka szumu i pisku, wszystko w niej drży i pulsuje mroczną, złowieszczą akustyką. Ów rytuał piekielnego wyniesienia bywa nawet śpiewny, ale to melodia umierania. Na koniec biją niebiańskie dzwony, a saksofon cicho lamentuje. W kolejnych pięciu improwizacjach muzycy pozostają w tym tajemniczym, niekiedy onirycznym klimacie. W drugiej części słyszymy wyjątkowo nisko osadzony drumming, ale to ledwie dalekie tło. Bardzo często narracja obu muzyków pnie się ku górze i krzyczy mocą coraz wyżej posadowionego, metalicznego rezonansu. W czwartej odsłonie ów krzyk wyłania z najgłębszych pokładów ciszy, z kolei w piątej zdaje się być pieśnią dogorywającego kojota. W tej części można odnieść wrażenie, że brzmienie instrumentów jest bardziej selektywne i bez trudu można wskazać, który z artystów odpowiedzialny jest za dany dźwięk. W finałowej improwizacji Trilla dodaje nowe, filigranowe, jakby strunowe akcenty, powracają monumentalne dzwony, a tuba saksofonu Malfona szumi niczym odrzutowiec przygotowujący się do ostatniego lotu.

 


Khabat Abas & Ivor Kallin Tapsalteerie, Depicted in Echo

Goldsmiths Electronic Music Studios, Londyn, czerwiec 2024: Khabat Abas – wiolonczela, obiekty oraz Ivor Kallin - altówka, głos. Jedna improwizacja, 40 minut.

Dwa instrumenty strunowe, obiekty, preparacje i tajemniczy, nieco zawadiacki głos – definitywnie lubimy takie sytuacje, zwłaszcza, gdy pośród podmiotów wykonawczych odnajdujemy artystów, z których sztuką improwizacji nie mieliśmy jeszcze do czynienia (przynajmniej w wymiarze fonograficznym).

Nagranie, to nieprzerwany ciąg zdarzeń dźwiękowych, na ogół z ciekawie zarysowaną dramaturgią, ale także momentami narracyjnej flauty. Początek syci się wyjątkowo suchymi dźwiękami z gryfów obu instrumentów. W toku opowieści bywa jednak, że frazy typowo strunowe stają się niejako dodatkiem do akcji z obiektami, preparacji i innych, dość tajemniczych zjawisk fonicznych, w tym anonsowanego głosu męskiego. Artyści okazjonalnie podnoszą tempo ekspozycji, ale lubią także zapadać się w medytującej, nieco poszarpanej, nielinearnej narracji, która kojarzy się z nagraniami brytyjskiej klasyki wolnej improwizacji, takiej jak choćby formacja People Band z końca lat 60. ubiegłego stulecia. Generalnie muzycy dobrze czują się w sytuacji ciągłej zmiany. Z ważniejszych wydarzeń spektaklu odnotujmy jeszcze udaną fazę smyczkowej melodyki po upływie pierwszego kwadransa, a także ewidentny wzrost aktywności po upływie kolejnego kwadransa. Ostatnie kilka minut improwizacji, to garść pożegnalnych pojękiwań, które lepią się w zaskakująco spójną końcową prostą.

 


Steve Beresford, Pierpaolo Martino & Mark Sanders Be S-Mart

Bari in Jazz Festival, Minareto di Fasano, sierpień 2024: Steve Beresford – piano, także preparowane, elektronika, obiekty, Pierpaolo Martino – kontrabas, elektronika oraz Mark Sanders – perkusja. Dwie improwizacje, 44 minuty.

Dwaj legendarni improwizatorzy ze Zjednoczonego Królestwa wylądowali poprzedniego lata na jazzowym festiwalu we włoskim Bari. We trio z tamtejszym kontrabasistą zagrali ciekawy set, który biorąc pod uwagę współczesne portfolio Londyńczyków wydać się może aż nazbyt jazzowy. Duża w tym zasługa Włocha, który z uporem godnym lepszej sprawy buduje tu linearną, melodyjną i permanentnie rytmiczną sytuację sceniczną. Jakkolwiek całości słucha się naprawdę dobrze!

Open jazzowa inauguracja koncertu szyta jest melodią z fortepianowej klawiatury z post-klasycznym zacięciem i energicznym groove sekcji rytmu w niebanalnym, nieco progresywnym metrum. Muzycy sprawiają wrażenie, jakby chcieli ten cały jazz rozszarpać na kawałki. Opamiętanie przychodzi już po kilku minutach, gdy pojawiają się pierwsze frazy inside piano, plamy elektroniki i drobne preparacje na werblu. Artyści raz za razem popadają tu w mrok post-jazzowej melancholii, ale każdorazowo, już po upływie kilku chwil, rytmicznie i melodyjnie usposobiony kontrabasista wywleka ich na powierzchnie jazzowej opowieści. Bywa, że basista prezentuje tu prawdziwie rockową ekspresję. W okolicach dwudziestej minuty mamy dłuższy, wystudzony interwał, po którym trio wpada w definitywnie dynamiczny tryb i sprawnie osiąga finał seta zasadniczego. Blisko dziesięciominutowy bis jeszcze mocniej osiada na jazzowej kanwie, a mistrzem ceremonii staje się tylko i wyłącznie gospodarz. Prezentuje ciekawą ekspozycję solową, ale nie przystaje budować rytmicznej i niekiedy bardzo ekspresyjnej narracji.

 

*****

 

Cztery wyżej omówione nowości ostatniego kwartału uzupełniają jeszcze trzy albumy - jeden dość nietypowy, dwa kolejne niemal bliźniacze, ale w sumie … bardzo od siebie różne.

  


Confront Recordings jest labelem skoncentrowanym na muzyce improwizowanej, ale od czasu do czasu w jego katalogu pojawiają się nagrania komponowanej muzyki współczesnej. Takim albumem jest podwójne wydawnictwo Within (2) / Appearance (2) zawierające dwie kompozycje Michaela Pisaro-Liu w wykonaniu kontrabasisty Michaela Francisa Ducha i samego kompozytora (na gitarze elektrycznej, na drugiej z nich). Dwie godzinne ekspozycje stanowić mogą spore wyzwanie dla słuchaczy nieczęsto obcujących z minimalistycznymi, redukcjonistycznymi, jakże konceptualnymi propozycjami dźwiękowymi, których ważnym i rozbudowanym w wymiarze czasowym elementem gry jest cisza. Dużo w tej muzyce matematyki i brzmieniowych, tudzież artykulacyjnych niuansów, zatem to trochę muzyka dla muzyków, ale warto się w nią zagłębić, choćby po to, by na dwie godziny skutecznie odpłynąć i nie myśleć o codziennych problemach improwizowanego świata realnego. Pomocna dla percepcji albumu jest rozmowa, jaką prowadzą kompozytor i kontrabasista, a która zamieszczona jest wewnątrz okładki kompaktowego wydania.

 


Kolejne dwie premiery, to albumy muzyków brytyjskich z tzw. dalszego planu niekończącej się gromady wyśmienitych improwizatorów tamtych ziem. Oba nagrania firmują duety, w obu mamy de facto spotkanie instrumentów perkusyjnych i klawiszowych.

Na albumie Metalurgia improwizują Francis Comyn na perkusji i instrumentach perkusyjnych oraz Adam Fairhall na instrumentach klawiszowych (elektrycznym, akustycznym, a także toy piano, w każdym przypadku z dopiskiem preparowane). Dziewięć improwizacji jest tu efektem kilku spotkań artystów na przestrzeni roku. Część nagrań jest niezwykle filigranowa, bazuje niemal wyłącznie na frazach akustycznych, głównie perkusjonalnych, niekiedy nabierając rytualnego, a nawet sakralnego charakteru. Ciekawiej wszakże prezentują się nagrania z udziałem preparowanego electric piano, które wnoszą do improwizacji więcej emocji, brzmieniowego brudu i pewnej narracyjnej dezynwoltury. Pod tym względem na szczególną uwagę zasługują utwory trzeci, siódmy i dziewiąty.

 


W przypadku albumu Apophony firmowanego przez Stuarta Wildinga i Mike’a Adcocka sytuacja instrumentalna jest zdecydowanie bardziej skomplikowana, albowiem wylistowanie wszystkich narzędzi, których użyto do stworzenia ośmiu improwizacji zajęło by zapewne pół tego tekstu – w sumie, to 22 różne instrumenty i obiekty mogące nosić takie miano (po szczegóły odsyłamy na stronę bandcampową CR). Co nie zmienia faktu, iż Wilding pełni tu nade wszystko rolę perkusjonalisty, a Adcock głównie pianisty i akordeonisty. Stylistyka albumu jest bardzo różnicowana, miewa posmak folkowy, bywa rytualna, czy wręcz medytacyjna. W utworach trzecim i piątym intrygująco matowo brzmi akustyczne piano, w dwóch ostatnich przestrzeń nagrania zawłaszczają szerokie pasma akordeonowych dronów. Spotkanie Stuarta i Mike’a bywa też dla obu dobrą zabawą, choć czasami brakuje w niej dramaturgii. Warto podkreślić, iż ów niemal godzinny album, to rejestracja jednego koncertu.

 

 

 

piątek, 26 grudnia 2025

Steve Beresford, John Butcher & Max Eastley! Some Uncharted Evening!


Kontynuujemy dziś dwa wątki zadzierzgnięte na tych łamach w grudniu – prezentację najświeższych dokonań Johna Butchera, a także listowanie przebogatej oferty net-labelu Scatter Archive.

W definitywnie brytyjskim towarzystwie udajemy się do … Szwajcarii, by tam wysłuchać elektroakustycznego spektaklu na wiele oczywistych i równie tyle nieoczywistych instrumentów. W roli podmiotu wykonawczego trzy legendy improwizowanej sceny Zjednoczonego Królestwa. Taka wyprawa nie może nam się nie opłacać.

 



Drobne dźwięki z percussion, syczenie z tuby saksofonu, frazy z samego dna piana i elektroakustyczne zdobienia tworzą tu aurę otwarcia. Ta jest równie filigranowa, jak mroczna, pełna szumów, pisków i incydentalnych obtarć – czysta fizyka przedmiotów muzycznego i niemuzycznego użytku. W tumulcie dobrze kontrolowanych zdarzeń nie brakuje fraz preparowanych, szczególnie ze strony pianisty. Kołysanka dla truposzy płynie umiarkowanie wartkim strumieniem. Akcje zaczepne prowadzone są wszakże w dużym skupieniu, a ewentualne spiętrzenia mają charakter okazjonalny, jak choćby to po upływie kwadransa pierwszej, stanowiącej połowę koncertu improwizacji. W tej sytuacji scenicznej może zdarzyć się każdy dźwięk, jest na to konstytucyjnie umocowane pozwolenie. Finał tej części spektaklu łapie strzępy melodii, wokół której orbitują frazy godne miana post-jazzu.

Druga, niespełna dwudziestominutowa opowieść zaczyna się bardzo nerwowo. Muzycy wchodzą w zwarcia, mówią, co mają sobie do powiedzenia, a potem niespodziewanie popadają w stan medytującej nieważkości. Trochę w tym zabawy, trochę post-egzystencjalnej refleksji. Tym, którym stara się nadać całości pewien ład dramaturgiczny jest teraz saksofonista, ale jego partnerzy mają te wysyłki za nic i rozrabiają na potęgę. W połowie improwizacji wszyscy odnajdują jednak ciszę, która koi emocje, kreuje opary uspokojenia. Po restarcie muzycy ślą nam kilka znaków zapytania całkiem post-klasycznej proweniencji. Wzdychają, przeciągają frazy, ocierają się o siebie. W tej sytuacji scenicznej następujący tuż potem free jazzowy akt sax & drums jest więcej niż niespodziewany. A jeszcze bardziej kolejny epizod – rodzaj rytualnego, niemal sakralnego wyniesienia. Puenta także zaskakuje - to folkowo brzmiące zaloty fletu i sopranowego.

Koncert wieńczy czterominutowa koda, którą otwiera z hukiem Beresford. Od strony Eastleya płyną strunowe, basowe dźwięki. Butcher zgłasza akces to aktywnego finiszowania. Kilka intensywnych wydechów, uderzeń i strzałów z broni nieznanego zasięgu, a koniec koncertu staje się faktem.


Steve Beresford, John Butcher, Max Eastley Some Uncharted Evening (Scatter Archive, DL 2025). Steve Beresford – fortepian, obiekty, John Butcher – akustyczne i amplifikowane saksofony oraz Max Eastley - arc: electroacoustic monochord, friction drum, percussion, piston flute. Nagrane w Ferme-Asile, Sion, Szwajcaria, sierpień 2023. Trzy improwizacje, 47 minut.

 


 

wtorek, 28 maja 2024

Butcher, Marshall, Sanders & Beresford are elusive!


Londyński Shrike Records działa ledwie czwarty rok, ale już wydaje się być nad wyraz trwałym elementem brytyjskiego środowiska free improvisation. Po dwóch albumach muzyków niezwiązanych z Londynem, ptasia inicjatywa wraca do swoich korzeni, czyli prezentuje muzykę powstałą w stołecznym klubie Iklectic.

Tym razem, to tzw. seria Recording Sessions i spotkanie studyjne czterech niemal pomnikowych postaci sceny Londynu. Jedni to prawdziwi weterani, inni - weterani, póki co, w kwiecie wieku. Ale żarty żartami, album jest oczywiście doskonały, a forma dnia każdego z artystów więcej niż wyśmienita. Poza jakością, jaką wnosi tu każdy element składowy kwartetu, na szczególną uwagę zasługuje umiejętność wzajemnego słuchania i wchodzenia w interakcje, a także dźwiękowa i dramaturgiczna wstrzemięźliwość. Album to kolejny dowód na to, że w czułej na niuanse, swobodnej improwizacji czasami lepiej zaniechać danej frazy, niż zagrać o jedną za dużo. Ten rodzaj artystycznej dojrzałości prezentują tu wszyscy, choć szczególnie dobitnie Butcher i Beresford. Ten drugi, mimo, iż ma pod ręką swoje ulubione, elektroniczne zabawki, skupia się na grze na fortepianie i brzmieniach akustycznych, co wspaniale robi, i tak już wyśmienitemu nagraniu. Płyta składa się aż z dziesięciu opowieści, ale tylko ta pierwsza trwa ponad dziesięć minut. Wszystkie pozostałe, to periody od 3 do 6-7 minut - małe perełki swobodnie kreowanej dramaturgii.



 

Spokojne, zrównoważone emocjonalnie otwarcie, to z jednej strony preparacje fortepianu i perkusjonalny background, z drugiej nasączone już pewną dynamiką akcje wiolonczeli komentowane szorstkimi dronami saksofonu. Bardzo kolektywna, interaktywna narracja, trzymająca emocje pod kontrolą, w dalszej części albumu chętnie dzieli się na nieprzegadane akcje w podgrupach, na ogół dwuosobowych. Pierwsza opowieść toczy się od umiarkowanie intensywnych spiętrzeń po pomruki nerwowego wytłumienia. To spotkanie wyswobodzonego z jarzma notacji, zmysłowego post-chamber i równie niezadekretowanego post-jazzu. Ponadgatunkowa improwizacja zdaje się balansować pomiędzy tymi dwoma punktami odniesienia. Szczególnie urokliwa staje się w momentach zaniechania, szukania ciszy, wyczulenia na pojedyncze frazy. W roli dramaturgicznych kontrapunktów świetnie sprawdzają się tu incydentalne akcje wprost z klawiatury, krótkie, niekiedy dosadne, świetnie umiejscowione w czasie.

Po kilkunastominutowym gemie otwarcia kolejne improwizacje stanowią zwarte, świetnie uformowane epizody, których introdukcja często spoczywa na akcjach duetowych. Drugi epizod jest mroczny, wytłumiony, tkany z drobiazgów, pełen kocich ruchów i dźwiękowej precyzji. Trzecią odsłonę witamy przy frazach inside piano i perkusji. Już w kwartecie ta część albumu skupia się na dźwiękach preparowanych, przypomina kołysankę dla umarlaków, znów szukającą inspiracji zarówno w kameralistyce, jak i swobodnym jazzie. Czwarty utwór otwiera perkusja, która wzbudza drżące, zlęknione frazy cello i piana, a wejście rozmarzonego tenoru niespodziewanie kieruje opowieść na przednówek free jazzu. Pewna zaskakująca masywność zdaje się być kontynuowana w kolejnej odsłonie, głównie za sprawą tłusto brzmiącego smyczka. Potem do gry wchodzi piano, a dopiero po kilku pętlach dynamiczny tenor i perkusyjne szczoteczki. Narracja oparta na gęstych interakcjach zostaje podsumowana pasażami saksofonu sopranowego.

Drugą połówkę albumu inicjuje pianista wprost z klawiatury. Opowieść pełna zgrzytów i kantów osiąga intensywność free jazzu, po czym niezwykle efektownie popada w chmurę rezonujących fonii. Siódmą część inicjują wspólnie wiolonczela i perkusja. Szumi tuba, szeleszczą talerze, a klawisze fortepianu sugerują tajemniczy rytm. I znów muzycy najpierw serwują nam efektowne wzniesienie, a potem giną w mroku ciszy. Piękny passus pomruków zostaje tu skomentowany wprost z klawiatury, co implikuje całkiem intensywne zakończenie. Ósma opowieść toczy się w martwym tempie. Głęboko osadzony smyczek, talerze, ale i szczypta melodii utkana wspólnie przez dęciaka i strunowca. Przedostatnia improwizacja wyprowadza muzyków na powierzchnię życia. Odrobina post-baroku, zamknięta tuba saksofonu i perkusjonalne szelesty. Tu opowieść nabiera rumieńców po serii dobrych pytań i jeszcze lepszych odpowiedzi. Pianista tym razem preparuje, ale i tak daje radę wynieść kwartet na efektowne, finalne wzniesienie. Początek końcowej odsłony wydaje się być dalece kameralny. Drobne, dobrze skomunikowane akcje całej czwórki, z jednej strony czyste frazy saksofonu i piana, z drugiej preparacje cello i perkusji. Artyści kreują wyjątkowy urokliwy suspens, ale nie kończą albumu w tym stadium. Serwują nam jeszcze ostatnie spiętrzenie, wieńcząc dzieło gitarowym śpiewem wiolonczeli.  

 

John Butcher/ Hannah Marshall/ Mark Sanders/ Steve Beresford Elusive (Shrike Records, CD 2024). John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Hannah Marshall – wiolonczela, Mark Sanders – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Steve Beresford – fortepian, obiekty, elektronika. Nagrane w Iklectik Arts Lab, Londyn, wrzesień 2023 (Recording Sessions series). Dziesięć improwizacji, 61 minut.



piątek, 19 kwietnia 2024

Alan Tomlinson! The Scatter Archive’ Memorial!


Brytyjski puzonista Alan Tomlinson od kilka tygodni grywa już swoje szalone, zabawne improwizacje na dużym instrumencie dętym, blaszanym w innym wymiarze kosmicznej czasoprzestrzeni. Ziemski okres aktywności zakończył w wieku 76 lat, w połowie lutego bieżącego roku.

Jak doskonałym był muzykiem wie zapewne niewielu, a ci, którzy wiedzą, prowadzą na ogół życie na obszarze Zjednoczonego Królestwa. Tomlinson pozostawił po sobie niewiele nagrań autorskich, częściej znaleźć go można w przeróżnych dużych składach jazzowych, czy improwizujących, takich, jak London Improvisers Orchestra, London Jazz Composers Orchestra, Spontaneous Music Orchestra, czy w większych składach Petera Brötzmanna.

Szkocki net label Scatter Archive szczęśliwie od kilku tygodni uzupełnia naszą wiedzę o dokonaniach artystycznych puzonisty. W krótkim czasie upubliczniono (jedynie w plikach elektronicznych) siedem albumów z koncertowymi nagraniami Tomlinsona. Omawiać je będziemy w odwróconej chronologii, czyli zaczniemy od tych stosunkowo młodych, skończymy na tych, które pochodzą z lat 80., a nawet 70. ubiegłego stulecia. Te najmłodsze omówimy bardziej szczegółowo, te starsze zaawizujemy mniejszą liczbą słów. Wszystko one wszakże godne są skupionego odsłuchu. Jest to o tyle proste, iż nagrania Scatter Archive dostępne są w ulubionej formule internautów, czyli name-your-price!

Zapraszamy do czytania, a nade wszystko słuchania nagrań Alana!



Roger Turner, Sandy Ewen, Arthur Bull & Alan Tomlinson OTO. Roger Turner – perkusja, instrumenty perkusyjne (utwory 1-2, 4), Sandy Ewen i Arthur Bull – gitary elektryczne (1-2,4) oraz Alan Tomlinson – puzon (3-4). Café OTO, Londyn, czerwiec 2017. Cztery improwizacje, 63 minuty.

Nagranie sprzed niespełna siedmiu lat z Cafe Oto, to album patchworkowy – najpierw słuchamy dwukrotnie tria na dwie gitary i efektowną perkusjonalistykę Rogera Turnera, potem wpadamy na ledwie kilka minut w objęcia samotnego puzonu Alana, by naszą bytność w londyńskiej mecce muzyki kreatywnej zakończyć spotkaniem z kwartetem, który konsumuje wszystkie podmioty wykonawcze wieczoru.

Dwudziestokilkuminutowy set tria mieni się wszelkimi kolorami tęczy – z jednej strony kongenialne akcje mistrza Rogera, który bywa tu równie subtelny i filigranowy, jak i drapieżny, z drugiej mnogość ciekawych akcji ze strony obu – mniej nam znanych – gitarzystów. Ci drudzy pracują na pick-up’ach, generują okazjonalnie porcje zdrowego noise, potrafią brzmieć post-industrialnie, ale też świetnie odnajdują się na przedgórzu ambientu, czy w leniwych, ale bardzo kwaśnych, delayowanych zagrywkach. Akcja goni tu akcję, nie ma w nich pustych przebiegów, zwłaszcza w pierwszej, trwającej ponad kwadrans części. W drugim odcinku narracja toczy się w nieco wolniejszym tempie, a muzycy koncentrowani są na preparacjach. Roger ucieka w rezonujące frazy talerzowe, gitarzyści sprzęgają i świetnie interferują. Na koniec drummer zakręca kołem zamachowym i trio wpada w sidła ekspresyjnego szaleństwa.

Krótki epizod solowy, to pokaz artystycznego portfolio puzonisty – burczy jak niedźwiedź, intensywnie oddycha, parska śmiechem, kąsa melodią maszerując na defiladzie, chętnie operuje krótkimi frazami, ale potrafi też intensywnie zadąć. Pod koniec preparuje, a jego instrument sprawia wrażenie delikatnie amplifikowanego. Dobre wejście w set kwartetowy gwarantuje nam perkusista, który przypomina jastrzębia wypatrującego ofiary. Puzon wchodzi do gry z uśmiechem na ustach, gitary strzygą uszy deptając na przetworniki. Kwartet dość szybko osiąga wysokość docelową i skrzy się kalejdoskopem free jazzowych zagrywek. Alan, często schowany za gardą gitar, błyskotliwe komentuje, bywa także, że z ochotą przystępuje do kontrataku. Jego każdorazowy powrót do nurtu głównego opowieści znamionuje wysoki poziom kreatywności. Z kolei demiurg dramaturgii, król Roger perfekcyjnie czuwa nad wszystkim, dzięki czemu narracja płynie strugą permanentnych atrakcji. Ponad trzydziestominutowy set ma rozbudową, spokojna fazę środkową, w której znajduje się dużo przestrzeni dla obu gitarzystów. Ci nie marnują choćby sekundy! Powrót do bardziej dynamicznej ekspozycji anonsuje gdakanie puzonu. Opowieść najpierw sięga po post-industrialną intensywność, potem ucieka w gęsty ambient o nieco onirycznym posmaku. Swoje kilka wyjątkowo cichych chwil ma także perkusista. Na ostatniej prostej gitary zgrzytają, puzon wzdycha, a lekka, perkusyjna pajęczyna oplata wszystko i doprowadza set do szczęśliwego zakończenia. 



 

Alan Tomlinson & Lawrence Casserley 76. Alan Tomlinson – puzon altowy i tenorowy oraz Lawrence Casserley - live processing. Lawrence’s studio, Oxford, wrzesień 2017 (utwór 1), London New Wind Festival, The Warehouse, Londyn, listopad 2021 (utwór 2). Dwie improwizacje, 29 minut.

Solowy puzon poddany live proccesingowi, to zjawisko nieczęste nawet na scenie free impro. Dwa spotkania Tomlinsona z legendą elektronicznej obróbki na żywo, czyli Casserleyem stanowią zawartość niniejszego albumu. Co ciekawe, na okoliczność pierwszego z koncertów ten drugi przygotował notacje graficzne, które, jak sam mówi, miały raczej inspirować niż instruować. Notacje były wariacjami na temat kształtu cyfr siedem i sześć, a sam koncert okazją, by celebrować … 76. urodziny Lawrence’a. Wyszło na tyle smakowicie, iż cztery lata później muzycy powtórzyli ten impro-projekt przy okazji … 80. urodzin procesora. Ta druga okoliczność miała miejsce niespełna trzy lata temu, zatem ów set stanowi najmłodsze nagranie Alana w omawianym dziś zbiorze archiwaliów.

Sama dramaturgia koncertu na żywy instrument dęty i smugę elektroniki, która stanowi syntetyczne odbicie dźwięków akustycznych, nie wydaje się szczególnie zagmatwana. Żywe podmuchy z tuby, na ogół melodyjne, czasami delikatnie chrapliwe, niosą się wysokim wzgórzem przyobleczone w chmurę wnoszącej i opadającej elektroniki. Od niemal czystego ambientu, będącego konsekwencją wpuszczenia puzonu do otchłań silnego echa, po szorstkie, niekiedy zgrzytliwe frazy, będące efektem procesowania dźwięków samego instrumentu, drżenia jego metalowej obudowy i nasączonych wilgocią wentyli. Bywa, że struga puzonowej fonii zostaje tu efektownie multiplikowana, czasami efekt pracy obu artystów śmiało stanowić mógłby soundtrack do filmu wojennego, nawet tego dziejącego się w abstrakcyjnym kosmosie. Narracja bywa tu masywna, często jednak staje się ulotna, mroczna, niepowiedziana. Struktura drugiego koncertu jest podobna, choć można odnieść wrażenie, że zawiera więcej żywych fraz puzonu niż jego elektronicznej dekonstrukcji, a całość wydaje się być bardziej melodyjna, pozbawiona drobinek elektronicznej usterkowości.



 

Alan Tomlinson At The Red Rose. Alan Tomlinson – puzony. The Red Rose, Finsbury Park, Londyn, marzec 2006 (utwory 1,4), kwiecień 2007 (2,3), lipiec 2007 (5). Pięć improwizacji, 21 minut.

Ekstrakt z czterech solowych występów Alana, poczynionych na przestrzeni dwóch lat w nieistniejącym, kultowym klubie The Red Rose, to zawartość tej elektronicznej epki.

To Tomlinson w postaci niemal klinicznej – artysta bardzo teatralny, na swój niepowtarzalny sposób nieco groteskowy. Gdacze, jak kura, burczy niczym duży ssak, nadyma się, chętnie sięga po melodię i nade wszystko bawi publiczność. Nie wiemy, jakie tu stroi miny i przyjmuje pozy, ale śmiech widzów zdaje się być nieodłącznym elementem tych puzonowych solówek. Humor stanowi tu także element dramaturgii, jak choćby w trzecim utworze, gdy można odnieść wrażenie, że Alan defiluje na czele wojska, nucąc francuskie evergreeny. Potrafi też krzyczeć i parskać emocjami, ale i to czyni z uśmiechem na ustach, tonąc w ewokującym pogłosie.



 

Alan Tomlinson, Steve Beresford, Steve Noble Baggage and Boating. Alan Tomlinson – puzony, Steve Beresford – elektronika oraz Steve Noble – perkusja, instrumenty perkusyjne. Baggage Reclaim Event, The 12 Bar Club, Londyn, maj 2002 (utwory 1-3), Boat-Ting Event, Bar&Co, Londyn, maj 2007 (4-6). Sześć improwizacji, 44 minuty.

Czas na jakże zacne trio z udziałem kolejnych legend brytyjskiej sceny free jazz/ free impro. Dwie okoliczności koncertowe, które dzieli długie pięć lat. Po raz kolejny z domieszką elektroniki, albowiem Beresford nie korzysta tu z fortepianu, a pracuje jedynie na kablach.

Pierwszy koncert charakteryzuje się dość matowym, sub-doskonałym brzmieniem, a jego dramaturgia zdaje się bazować głównie na kreatywności Beresforda – muzyk nie szczędzi nam bystrych akcji, czasami brzmi jak gitara, dostarcza niemal post-industrialny background, syci improwizacje porcją niebanalnych sampli. Tomlinson dba tu o humor i melodię, chętnie wchodzi w interakcje z drummerem. Drugi koncert wydaje się wszakże ciekawszy, nie tylko ze względu na czystsze, bardziej selektywne brzmienie. Muzycy sprawiają wrażenie bardziej skupionych na wzajemnych interakcjach, a jakości dodają dynamiczne ekspozycje Noble’a. Puzon płynie tu z niebywałą swobodą, jest delikatnie rozmarzony, na każdym kroku fermentuje kreatywnością.



Alan Tomlinson, Rhodri Davies & Roger Turner At Ryan's Bar. Alan Tomlinson – puzony, Rhodri Davies – harfa oraz Roger Turner – perkusja, instrumenty perkusyjne. Ryan's Bar, Stoke, marzec 2001. Trzy improwizacje, 55 minut.

Kolejne trzy albumy, to występy Alana w towarzystwie Rogera Turnera, chyba jego największego muzycznego przyjaciela, artysty wyjątkowo czułego na niuanse puzonowych ekspozycji naszego dzisiejszego bohatera. Najpierw trio z harfą, pozostającą w rękach kolejnej legendy sceny londyńskiej. Nagranie sprzed ponad 20 lat broni się tu artystycznie niemal każdym dźwiękiem.

Obecność akustycznej harfy determinuje i delikatnie poskramia temperament puzonisty i perkusjonalisty. Improwizacje są tu skoncentrowane na niuansach dramaturgicznych, budowane pieczołowicie i rzadko nastawione na ekspresyjne wyniesienia. Harfa potrafi brzmieć niczym oniryczna gitara, puzon dba o melodie i niezbędną dawkę humoru, z kolei perkusja używa mocy jedynie w skończonej liczbie przypadków. Każdy z muzyków nie szczędzi nam fraz preparowanych, a akcje nasączone delikatnym rytmem powstają jakby przy okazji budowania klimatu opowiadania. Opowieści niepozbawione są szczypty melancholii, pewnego ulotnego rozkołysania, nawet medytacji. W drugiej części harfa przez moment zdaje się brać sprawy w swoje ręce i inicjować kilka akcji zaczepnych, w trzeciej zaś odsłonie muzycy wracają do swoich ulubionych subtelności narracyjnych i nade wszystko … dobrej zabawy.



 

Alan Tomlinson Trio Loft 1993. Alan Tomlinson – puzon, Dave Tucker – gitara oraz Roger Turner – perkusja. Loft, Köln, styczeń 1993. Cztery improwizacje, 63 minuty.

Wspólne muzykowanie z gitarzystą Tuckerem i artystycznym alter ego Turnerem, to bodaj jedyny dla puzonisty przykład stałego składu. W odniesieniu do tej formacji zwykło się bowiem używać określenia Alan Tomlinson Trio. Tu sięgamy po nagrania z początku ostatniej dekady ubiegłego wieku (uwaga, to rzadkość - poczynione poza Wielką Brytanią!). Jeśli jakimkolwiek działaniom artystycznym puzonisty blisko było do ekspresji free jazzu, to ta sytuacja wydaje się być tą najbardziej adekwatną.

Jak przystało na working band, muzycy improwizują tu z dużą swobodą, nie stronią od ryzykownych akcji, wiedząc, że wsparcie partnera może przyjść w każdym przypadku. Alana odnajdujemy w świetnej formie, niczym wilk morski unosi się na falach wzburzonego oceanu i rozdaje salwy puzonowych post-melodii. Bardzo kreatywny jest gitarzysta, chwilami wręcz nadaktywny, ale też daje świetny feedback i nieustannie inspiruje partnerów. Mistrzowska forma dotyka także Turnera – buzuje emocjami, kreatywnością, ale także subtelnościami dramaturgicznymi w wielu kluczowych momentach tego ognistego performansu. Narracja faluje, nadyma się emocjami, raz po raz efektownie wybucha. Bywa chwilami nielinearna i dalece zaskakująca. Drugi set koncertu wydaje się być jeszcze bardziej ekspresyjny, ale też niesie ze sobą błyskotliwą fazę środkową, wypełnioną plejadą drobnych, preparowanych fraz. W fazie rozwinięcia gitara sięga po atrybuty rocka, puzon zdaje się czerpać inspiracje z całego kosmosu muzyki. No i bis, to już prawdziwe szaleństwo. Puzon dmie hejnał z wieży, a potem wszyscy przechodzą do fazy intrygujących rozgrywek na małe pola. Na ostatniej prostej muzycy pokazują, iż siła ich improwizacji tkwi w szczegółach, brzmieniowych subtelnościach. 



 

Alan Tomlinson & Roger Turner London 1989 + LMC 1979. Alan Tomlinson – puzon oraz Roger Turner – perkusja, instrumenty perkusyjne. Tom Allen Centre, Stratford, Londyn, październik 1989 (utwór 1), The LMC, Londyn, wrzesień 1979 (2-3). Trzy improwizacje, 52 minuty.

Na zakończenie przeglądu archiwaliów Alana sięgamy po nagrania najstarsze. Oczywiście u boku puzonisty Roger Turner! Album zawiera jedną wielominutową improwizację z końcówki lat 80. ubiegłego stulecia i dwie krótsze, starsze o kolejne dziesięć lat.

Nagranie młodsze zdaje się być dalece dynamiczne i ekspresyjne, szczególnie w części początkowej i końcowej. Roześmiany i rozśpiewany, wyjątkowo aktywny puzonista i drummer z kreatywnym adhd. Pomiędzy tymi eksplozjami emocji, sekwencjami świetnej, niemal free jazzowej jazdy, dostajemy się w wir ambientu puzonu i rezonansu perkusjonalii, tudzież preparacji czynionych w bezpośredniej bliskości ciszy. Na finał artyści wprost wychodzą ze skóry, by zaspokoić nieliczną publiczność. Puzon śpiewa wniebogłosy, perkusja tonie w ognistych konwulsjach. Nagrania starsze płyną z kasetowym, szumiącym backgroundem w tle. Improwizacja wydaje się tu być chwilami dość minimalistyczna, nastawiona na perkusjonalne subtelności, specjalność zakładu króla Rogera i puzonowe pojękiwania Alana, dźwięki jedyne w swoim rodzaju. Nagrania niosą ze sobą także moc fonii dodatkowych, odgłosów miasta, czy szczekającego psa. Londyński folklor u stop genialnych improwizatorów.




piątek, 30 czerwca 2023

The Shrike Records’ new outfit: TRIM & TRWST


Londyński Shrike Records wystartował organizacyjnie ledwie dwa lata temu, a już ma w dorobku dwanaście albumów z muzyką improwizowaną. Co do zasady są to ekspozycje z udziałem lokalnych muzyków (na ogół … legend gatunku), zarejestrowane w … legendarnych klubach Londynu (choć od tej zasady są drobne wyjątki).

Nagrania Shrike śledzimy oczywiście z zapartym tchem i z radością donosimy o kolejnych wydawnictwach. Dziś czas na dwa albumy, które światło dzienne ujrzały minionej wiosny. Intrygujący personalnie kwartet z dość świeżą datą rejestracji i duet sprzed dziewięciu lat (nagranie było już dostępne w sieci). Obie płyty z dużą rekomendacją redakcji, choć po prawdzie, ta starsza z odrobinę większą! Welcome!




TRIM

Kwartet złożony ze świetnie znanych artystów, zarówno tych dość jeszcze młodego pokolenia, jak i prawdziwych weteranów, przynosi nam sporo niespodzianek, głównie w zakresie użytego instrumentarium. Kontrabasista Dominic Lash sięga tu bowiem po gitarę elektryczną, a Phil Durrant, najczęściej kojarzony ze skrzypcami, często wspomaganymi elektroniką, bierze na warsztat syntezator modularny. Saksofonistka Rachel Musson i perkusista Steve Noble dla odmiany nie zaskakują i grają na swoich tradycyjnych instrumentach. Album zawiera nagranie koncertowe, na które składa się set główny podzielony dla wygody odsłuchu na trzy części i efektowny encore. Improwizacja prowadzona w dalece kolektywnym stylu często zasadza się tu na wzajemnych interakcjach instrumentów z prądem, ale i te akustyczne mają swoje do udowodnienia, co czynią nad wyraz skutecznie.

Początek koncertu nosi znamiona tzw. improwizacyjnej rozgrzewki, ale artyści prowadzą ją w dość żwawym tempie, o co dba szczególnie drummer. Intro czynione jest tu we trójkę, albowiem saksofonistka dołącza dopiero po upływie dwóch minut. Narracja nabiera cech free jazzowego bujania z jazz-rockowymi zdobieniami. Płynie linearnie (brawo Noble!), choć cechuje ją duża zmienność akcji. W sytuacji incydentalnego zwolnienia tempa swoje trzy błyskotliwe grosze dokłada saksofonistka. Drugą część seta głównego otwiera syntezator, który formuje chmurę elektroniki mając u boku gitarowe i werblowe subtelności. Saksofon znów pojawia się w grze po chwili wytchnienia. Narracja pełna tu jest rezonujących, a także dronowych ekspozycji. Pęcznieje wszerz, toczy się bowiem w dość leniwym tempie, bogacona perkusjonalnymi preparacjami.

Artyści bez zbędnej zwłoki przystępują teraz do najdłuższego odcinka seta. Kontynuują wątki zapoczątkowane w poprzedniej części, nadając im więcej jazzowego feelingu. Syntezator sieje trochę fermentu, saksofon ciągnie kwartet ku free jazzowi, z kolei gitara i perkusja wydają się być pogrążone w nostalgicznym suspensie. Improwizacja nabiera wigoru dzięki gitarze, która frazuje niczym bas i dynamicznemu drummingowi po talerzach. O emocje dba także syntezator. Opowieść wspina się na efektowne, ale dość krótkotrwałe wzniesienie, po czym zanurza się w elektroakustycznej, onirycznej aurze spowolnienia. Całość zaczyna smakować hippisowskim post-fussion. Kolejne emocje znów  płyną z mocy gitary, która odnajduje rockowe pokłady energii. Podobnie rzecz się ma z saksofonem. Narracja znów podlega ciągłym zmianom, przez moment nabiera tanecznego charakteru, przez kilka chwil jest też solową ekspozycją saksofonu. Końcowa faza seta głównego kipi kreatywnością perkusisty, a zgaszona zostaje spokojnym śpiewem saksofonu.

Koncertowy bis początkowo stacjonuje w chmurze dźwięków preparowanych, delikatnych, niekiedy wręcz minimalistycznych. Po kilku pętlach saksofon i jazzowo nastawiona gitara budują wątek, który najpierw zdaje się nosić znamiona pożegnalnej ballady, potem przybiera nieco bardziej ekspresyjne szaty. Syntezator mąci spokój, a gitara efektownie sprzęga. Nerwowy, emocjonujący finał dobrze reasumuje cały koncert.




TRWST

Duet Steve’a Beresforda, legendy sceny free jazzowej i dobrze już utytułowanej skrzypaczki Angharad Davies także stawia na niespodzianki. Znów krążą one wokół użytego przez artystów instrumentarium. Albumowe credits w ogóle nie zabiera w tej kwestii głosu. Jakie instrumenty uczestniczą w grze, możemy jedynie domyślać się bazując na odsłuchu i ewentualnie posiłkować zdjęciami z sesji nagraniowej, jaka miała miejsce w Walii, w małym obiekcie sakralnym. Płyta trwa prawie godzinę zegarową, przynosi całe mnóstwo wyjątkowych dźwięków, bystrych interakcji i zadziornych dyskusji małego strunowca Davies z tajemniczym i rozbudowanym instrumentarium Beresforda. Ten drugi, jak to miewa w zwyczaju, przeładowany jest pomysłami, ale też, znając jego wiele niepianistycznych albumów, nie sposób nie stwierdzić, iż swój artystyczny temperament tym razem trzyma mocno w ryzach. Innym słowy, mimo kilku przegadanych chwil, album śmiało uznać możemy za wyśmienity!

Już pierwsza opowieść stawia poprzeczkę oczekiwań bardzo wysoko. Beresford na wejściu kreuje setki pytań – brzmi niczym masywny, preparujący … perkusista! Davies na stronie wypuszcza drobne, także preparowane frazy i gubi je w pogłosie otoczenia. Akcje dynamiczne, jak i akcje na zaciągniętym ręcznym – dialog Pięknej i Bestii kończy swój żywot w urokliwej chmurze ambientu. Druga ekspozycja jest partią solową na organach, które brzmią matowo, szorstko, jakby filtrowane gęsta kotarą. Trzecia improwizacja znów wynosi nas na szczyty akustycznych wspaniałości. Davies zaczyna w pozycji bezdźwięcznej, potem buduje drony, z kolei Beresford gniecie przedmioty i wydaje tajemnicze, post-akustyczne odgłosy. Narracja balansuje tu między ciszą, a potencjalnym hałasem. Być może w użyciu jest balon, ugniatany na strunach piana. Skrzypce kontrapunktują niemal perkusyjnie. W czwartej odsłonie powraca brzmienie organów, którym bliżej do akustyki akordeonu. Całość pachnie post-klasycyzmem na sterydach. Przez moment wszelkie dźwięki zdają się wzajemnie imitować.

Piąta improwizacja, to kolejna gra w preparowane frazy i wyjątkowo zmyślne interakcje. Trochę mechaniki tarcia, trochę kocich pisków, pojawiają się dźwięki przypominające inside piano, a nawet frazy grane nieśmiało na klawiaturze. Szósta opowieść minimalistycznymi metodami buduje coś na kształt meta ambientu. Małe zgrzytanie zębami, rezonujące dźwięki i kolejna porcja tajemniczych fonii, to elementy naruszające linearny ład opowieści. Swoje dodaje też elektronika, brzmiąca dość analogowo, skrzypce z kolei wyjątkowo urokliwie preparują. W fazie końcowej utworu zdaje się, że Beresford ma w rękach dziecięce zabawki. Finałowa improwizacja ocieka zmysłowym post-barokiem, efektownie tłumiąc emocje. Skrzypce pięknie frazują w estetyce muzyki dawnej, a organy sycą opowieść kolejną porcją melodyki.

 

Dominic Lash, Rachel Musson, Phil Durrant & Steve Noble TRIM (CD 2023). Dominic Lash – gitara elektryczna, Rachel Musson – saksofon tenorowy, Phil Durrant – syntezator modularny oraz Steve Noble – perkusja, talerze, perkusjonalia. Koncert zarejestrowany w Cafe Oto, Londyn, styczeń 2022 roku. Cztery improwizacje, 47:45.

Steve Beresford & Angharad Davies TRWST (CD 2023). Angharad Davies – prawdopodobnie skrzypce oraz Steve Beresford – prawdopodobnie upright piano, organy, obiekty, elektronika. Nagrane w miejscu zwanym Lle Ceif Capel y Graig Artspace, Ffwrnais/ Furnace, Ceredigion, październik 2014 roku. Siedem improwizacji, 54:44.



 

wtorek, 24 maja 2022

The Shrike Records: two next steps! Stovelit Lines & Iklectik Recordings!


Brytyjski label Shrike Records powstał w roku ubiegłym i koncertuje się na prezentacji muzyki zarejestrowanej w ostatnich kilku latach w londyńskim Klubie Iktectik. Oczywiście, muzyki swobodniej improwizowanej, i to często w wymiarze całkiem szalonych, elektroakustycznych incydentów, muzyki jakże brytyjskiej, jakże utytułowanej w wymiarze personalnym.

Do tej pory ukazało się sześć dziarskich płyt CD (i wersji elektronicznych na dedykowanym bandcampie), a jak pokazują trybunowe statystyki, jedynie trzy z nich były do tej pory zrecenzowane. Dziś zatem sięgamy po dwie kolejne, a tę szóstą zostawiamy sobie na inną okazję.

Na rzeczonych dwóch krążkach cofamy się do roku 2017 i słuchamy najpierw bystrej, po części akustycznej improwizacji okraszonej gitarą elektryczną, a zaraz potem tria, które w sposób absolutnie niekontrolowany korzysta z akcesoriów elektronicznych, elektro-pochodnych i jakichś bliżej niezidentyfikowanych obiektów. W drugim z przypadków smaczku naszym słuchowym eksploracjom dodaje fakt, iż wydawca nie wyszczególnia instrumentarium muzyków, zatem nasza wyobraźnia zdaje się nie mieć tu granic! So, Welcome to world of unlimited sounds!

 


Steve Beresford/ John Butcher/ Terry Day/ John Edwards/ Thurston Moore  Stovelit Lines (CD 2022)

Na początek kwintet prawdziwych weteranów sceny free impro i rocka! Bo taki kontrabasista, dziś już po 60. urodzinach, jest w tym gronie najmłodszy! W każdym razie na osi czasu odnotowujemy 30 listopada 2017 roku, na scenie lądują zaś tacy oto muzycy: Steve Beresford – fortepian i obiekty, John Butcher – saksofony, Terry Day – instrumenty perkusyjne, John Edwards – kontrabas oraz Thurston Moore – gitara. Trzy swobodne improwizacje trwają tu trzy kwadranse bez kilku sekund.

Istnieje przypuszczenie, graniczące z pewnością, iż muzycy w takim składzie grają ze sobą po raz pierwszy, i pewnie ostatni, w swym najeżonym wieloma doświadczeniami życiu. Ale każdy dźwięk zdaje się przeczyć tej pokracznej tezie. Artyści od pierwszego westchnienia świetnie się ze sobą komunikują i demokratycznym szlakiem prowadzą swobodną improwizację na kilka efektownych szczytów. Sam początek, to elektroakustyczne szmery z obiektów pianisty, oniryczne frazy na gryfie gitary, a także garść krótszych i dłuższych fraz ze smyczka, perkusjonalii i ciężko oddychającego saksofonu. Moc narracji buduje się tu na gryfie posadowionego centralnie kontrabasu, kreatywny ferment płynie zaś z obu przeciwległych flanek, z woli pianisty preparatora i równie nerwowego gitarzysty. Improwizacja rozwija się wieloma kanałami, muzycy wchodzą w interakcje w podgrupach (choćby saksofon i gitara), kilka ostrych, free jazzowych uderzeń w klawisze proponuje pianista, ale ów elektroakustyczny melanż całkiem niespodziewanie odnajduje gęstą ciszę, głównie za sprawą dramaturgicznej stanowczości gitarzysty. Po kilku pętlach zadumy narracja dość szybko łapie free jazzowy drive i płynie niesiona emocjami roześmianego saksofonu. Kolejne wyhamowanie wydaje się być jeszcze bardziej efektowne, wprost w objęcia preparacji, bardzo kameralnych, ale z uwagi na rozbudowane instrumentarium, chwilami pachnących swądem upalonych kabli zasilających. Finał pierwszej, prawie 20-minutowej opowieści leje się dronami, przy okazji uroczo podkreślając dalece ponadgatunkowy wymiar owej brytyjsko-amerykańskiej przyjaźni muzycznej.

Druga improwizacja tylko nieznacznie przekracza dziesięć minut. Jej pierwsze frazy budzą się w mroku niemal egzystencjalnego lęku. Kontrabas trzeszczy, gitara skowycze, inside piano rozsiewa aurę niepewności, którą wspiera ambient gitary, a samodzielne echo dopełnia obrazu dramaturgicznego suspensu. Całość narasta niczym letnia burza, łyka powiewy gitarowego prądu, a swoje dodają tu lekki saksofon, obiekty i wybudzone ze snu perkusjonalia. Zakończenie jest gęste, bardzo efektownie polepione z dysonujących fraz, smakuje niczym udana randka free jazzu i free rocka.

Ostatnia improwizacja, sama w sobie świetnie skonstruowana jak na kanony free impro, budowana jest inicjatywą ustawodawczą obiektów i gitary, zaś wypełniona uroczymi parsknięciami dźwięków ze strony pozostałych uczestników spektaklu. Zaczyna duet, potem doskakuje rozochocony sopran, zaś bas i perkusjonalia zdają się tu już wchodzić niemal na gotowe. Kilka ostrzejszych fraz piano budzi dodatkowe porcje ekspresji, ale improwizacja, jako kolektywna całość świetnie panuje nad emocjami i dawkuje je nam dokładnie w taki sposób, jaki sobie zaplanowała. Tu, podobnie jak w części pierwszej, po szybko osiągniętym wzniesieniu, narracja wchodzi w odmęty ciszy, onirycznej tajemnicy i brutalnego mroku. Po chwili zawahania, z kontrabasowego pizzicato zdaje się płynąć nowe życie. Jest też ciepłe piano, wystudzony saksofon i lekko rozstrojona gitara. Jakby open jazz mieszał się tu z post-rockowym ambientem. Emocje rosną, a saksofon i gitara stają tu na czele pochodu. I znów zakończenie utworu zdaje się być jego najlepszą częścią. Repetycje, gitarowe slajsy, dęte przedechy, bystre piano lepią się tu w efektowne, finałowe crescendo. Po osiągnieciu punktu przegięcia improwizacja gaśnie duetem, który ją rozpoczynał, czyli gitary i obiektów, tu okraszonym zwinną porcją perkusjonalii.

 


Steve Beresford/ Steph Horak/ Gino Robair  Iklectik Recordings (CD 2022)

Na kolejnym albumie znów odnajdujemy Steve’a Beresforda (zapewne fortepian i obiekty). Towarzyszą mu: Gino Robair (zapewne instrumenty perkusyjne, elektronika, obiekty) oraz Steph Horak (zapewne głos, może elektronika i być może także cały arsenał tajemniczych przedmiotów, które wydają dźwięki, tudzież tworzą sferę wizualną koncertu). Jak już wspominaliśmy, edytor nie podaje nam danych instrumentalnych, zatem pozostają nam jedynie domysły, a także to, co słyszymy w trakcie odsłuchu bardzo długiej (prawie pięć kwadransów) płyty. Pięć pierwszych improwizacji (w tym trzy epizody solowe) zarejestrowano 5 lipca, ostatnią zaś 26 listopada 2017 roku.

Ów elektroakustyczny challange, rozpisany na troje głów i tysiące przedmiotów wydających dźwięki, zaczynamy od dwóch improwizacji w trio, które trwają ponad dwa kwadranse. Pierwsza z nich dość szybko łapie industrialny sznyt i zasypuje nam uszy szalonymi pomysłami i karkołomnymi dźwiękami, pośród których odnajdujemy kobiecy głos i perkusjonalia po stronie żywych fraz i cały ocean elektroakustycznych fake sounds, których źródła pochodzenia jedynie się domyślamy. Duża zmienność akcji i nadkreatywność artystów nie mogą tu ujść naszej uwadze. Początek drugiej części stawia na bardziej akustyczne preparacje, ale ów błogostan nie trwa zbyt długo. Zwoje syntetycznych fraz, sampli i elektronicznych dewastacji szybko opanowują scenę. Tempo narracji jest raczej wolne, nawet leniwe, a jego kolejne fazy wyznaczają incydentalne mikro hałasy i plastry nieco przyjemniejszych fonii. Pod koniec całość zdaje się nabierać nieco slapstickowego charakteru.

Dużo bardziej atrakcyjne wydają się trzy ekspozycje solowe. Ta w wykonaniu pianisty czerpie emocje głównie z akustycznych fraz. Najpierw to bardzo efektowne preparacje, potem free jazzowa rejterada po gorących klawiszach. Jeszcze milsza dla ucha zdaje się być propozycja wokalna. Mroczny głos kobiecy zatopiony w mglistym ambiencie, z czasem nabiera nieco bardziej industrialnego posmaku. Wreszcie solo perkusjonalisty – zaczyna się od dialogu z publicznością i śmiechu. Potem następuje faza akustycznych preparacji, które z każdą pętlą narracyjną nabierają silnego odczynu syntetycznego. Szczęśliwie maszyneria przemysłu ciężkiego raz po raz nabiera tu intrygującej lekkości.

Trzeci set w trio trwa tym razem niespełna dwa kwadranse. Od początku bez zmiłowania dla naszych uszu – elektroakustyczna parada fake sounds! Masywna post-elektronika kontrastowana jest głosem, który zdaje się być lekki, ale i dalece tajemniczy. Część brzmień pachnie tu elektroniką analogową, część lepi się z miliona sampli. Odnosimy wrażenie, że jesteśmy w zakładzie hydraulicznym, tudzież mechaniki pojazdowej, pośród tysiąca elektronarzędzi, na przednówku instytutu doświadczalnego, który pyta o granicę percepcji ludzkiego słuchu. Dużo lepiej dzieje się w drugiej części tej długiej improwizacji. Muzycy hamują temperamenty, zdejmują nogę z gazu, tłumią ekspresje, potrafią nam zaserwować nawet minimalistyczne, akustyczne frazy. Wchodzą w dużo ciekawsze interakcje, a ich improwizacja nabiera pewnego ładu dramaturgicznego. Z czasem znów łapią industrialnego bakcyla, przypominają wtedy wczesne nagrania AMM. Tak, bez wątpienia trio z Iklectic lat temu pięćdziesiąt zrobiłoby na londyńskiej publiczności niesamowite wrażenie.

 

 

wtorek, 14 grudnia 2021

Shrike Records is Born! The trio and the long-distance collection of impro extracts!


Muzyka swobodnie improwizowana ze Zjednoczonego Królestwa, to niewyczerpalny ocean dźwiękowych wspaniałości. Znamy tysiące znakomitych muzyków, setki genialnych miejsc do grania i całą masę mniejszych lub większych inicjatyw edytorskich, które nam te wspaniałości permanentnie dostarczają!

Z tym większą radością witamy na pokładzie nowy impro label z Londynu – Shrike Records! Na starcie dwie pierwsze płyty, dokumentujące koncerty w stołecznym Café OTO! Ta historia nie mogła zacząć się lepiej! Najpierw dalece elektroakustyczne trio z udziałem jednego z naszych ulubieńców, saksofonisty Johna Butchera. Potem dwupłytowa kolekcja fragmentów nagrań koncertowych (to samo miejsce!), zrealizowana w ostatnich czterech latach pod szyldem Horse Improvisation Music Club. Na liście podmiotów wykonawczych cała plejada trwale zapisanych w historii gatunku artystów! Bez zbędnych wstępów zapraszamy na odczyt i odsłuch dźwiękowych perełek z samego serca Londynu, dostępnych w jakże oldschoolowym formacie CD!

 


John Butcher/ Sharon Gal/ David Toop  Until The Night Melts Away

Połowa kwietnia 2019 roku, rzeczone Café OTO w Londynie, a na niewielkiej scenie trójka muzyków: John Butcher – saksofony, Sharon Gal – głos, elektronika, dzwonki i obiekty oraz David Toop – gitara (lap steel), flety, bass recorder, african chordophone oraz obiekty. Jedna swobodna improwizacja trwa tu 35 minut i 33 sekundy.

W klubie pojawiamy się w momencie, w którym prawdopodobnie zaczyna się koncert, ale instrumentalnej dokumentacji tej chwili towarzyszy całe mnóstwo dźwięków scenicznego otoczenia. Trudno w tej sytuacji wskazać, które fonie możemy uznać już za inicjację koncertu. Instrumentarium przytargane przez muzyków dostarcza dodatkowych zagadek, albowiem część nich zdaje się wieść własne życie i produkować fonię niezależnie od woli artysty. Drobne dźwięki pomieszane są tu z ciszą oczekiwania – choćby szum z tuby, czy gitarowe frazy, na bieżąco modyfikowane echem elektroniki. W tej fazie nagrania większość dźwięków nie daje się prosto przypisać do źródła ich pochodzenia.

Improwizacja ma nieco oniryczny posmak, budują ją dalece elektroakustyczne frazy, wysyłane do publiczności z dużą swobodą, ale póki co, pozbawione osi dramaturgicznej. Niektóre dźwięki udanie wchodzą w interakcje, inne zdają się szybować po niebie niezależnie od innych zdarzeń scenicznych. W okolicach dziesiątej minuty pojawia się głos damski, który od razu przefiltrowany zostaje przez elektroniczne akcesoria, brzmiący delikatnie, ale jednak dalece złowieszczy. Gitara sprzęga się, a saksofon pozostaje w pozycji wyczekującej, na boku kreując garść bystrych, ale leniwych preparacji. W okolicach piętnastej minuty możemy śmiało ogłosić, iż trio osiąga pewien peak ekspresji, produkując przy tym małe plejady dość hałaśliwych dźwięków. Przy okazji słyszymy trochę więcej fraz bardziej typowych dla saksofonu.

W połowie seta muzycy schodzą w pobliże ciszy i rozpoczynają mały festiwal fake sounds. Dociera do nas drugi głos, zapewne syntetyczny, a wokół sceny zdaje się krążyć cała masa dźwięków znikąd, być może także generowanych po stronie publiczności. Całość przez moment przypomina bystrą sesję field recordings. Jakby przez nieuwagę muzycy w trakcie tych dźwiękowych onomatopei budują drobną strukturę rytmiczną (saksofon wsparty na elektronice), ale pomysł – być może całkiem ciekawy – porzucają w pół zdania. Tym, który szuka prostszych rozwiązań dramaturgicznych wydaje się być w tym momencie saksofonista, ale nadmiar elektroakustycznych opadów nieco komplikuje mu zadanie. Dopiero po upływie dwudziestej piątej minuty w żyłach muzyków zaczyna płynąć bardziej wartka krew. Pojawiają się od dawna oczekiwane emocje, dźwięki lepią się do siebie niczym plastry miodu, a ekspresja wydaje się hasać po całej scenie. Końcowe minuty koncertu, to gitarowe kłębowisko zaskakujących fraz, kilka odgłosów wprost z gardła i dętych zaśpiewów. Podejście pod finał spotkania wydaje się być dla muzyków niełatwym zadaniem. Garście filigranowych dźwięków, dzwonki i zaskakujące pojawienie się fletu, dzięki któremu finał koncertu nabiera nieco balladowego posmaku.



 

Horse Improvisation Music Club  Horse Box 2

Zgodnie z zapowiedzią pozostajemy w londyńskim Cafe Oto, by zapoznać się z dokumentacją comiesięcznych koncertów, jakie organizowała tam inicjatywa Horse Improvisation Music Club. Płyta konsumuje nagrania z lat 2017-2020, prezentując dwadzieścia 5-6 minutowych ekstraktów koncertowych, łącznie trwających prawie 110 minut. Wszystko w wykonaniu artystów, których z radością wymieniamy z imienia i nazwiska (wedle kolejności, w jakiej pojawiają się na krążkach; dodajmy, niektórzy robią to kilkukrotnie!): Clive Bell – shakuhachi/dear call, Douglas Benford - melodica, obiekty, Andrea Pensado - elektronika, Caroline Kraabel - saksofon, Hannah Marshall - wiolonczela, Yoni Silver – klarnet basowy, Daniel Thompson - gitara, John Edwards – kontrabas, Ng Chor Guan - theremin, Jackie Walduck - wibrafon, Neil Metcalfe - flet, Adam Bohman – głos, obiekty, Alex Maguire - piano, Simon Picard - saksofon, Steve Beresford – piano, obiekty, Anna Homler – głos, obiekty, Adrian Northover - saksofon, Dave Tucker - kontrabas, Philipp Wachsmann - skrzypce, Martin Hackett - elektronika, Phil Durrant - mandolina, Dave Fowler - perkusja, Sue Lynch – saksofon/ klarnet, Hutch Demouilpied – trąbka, Laura Hills - piano, Ute Kanngeisser - wiolonczela, Steve Noble – perkusja, Veryan Weston - piano, John Butcher - saksofon, Mark Sanders - perkusja, Greta Pistaceci - theremin, Emil Karlsen – perkusja, Mandhira De Saram - skrzypce, Luigi Marino - laptop, Rachael Finney – głos, obiekty, Kay Grant – głos, Tim Hodgkinson - klarnet, Saadet Türköz - głos, Crystabel Riley - drums, Mimi Kobayashi – piano oraz Walter Wright - saksofon.

Końskie koncerty stawiają na eksperymenty, tego jednego możemy być pewni! Odważne zestawy instrumentalne, dużo elektroniki, zwłaszcza analogowej, głosy kobiece poddawane elektroakustycznym torturom, a także cała masa pięknych, akustycznych, powywracanych do góry nogami fraz! Pośród wspomnianych dwudziestu koncertów znajdujemy też takie, które pojawiły się w całości na płytach innych wydawców, większość z nich wszakże, to intrygujące pocztówki dźwiękowe ze spotkań, które nie doczekały się jak dotąd szerszej prezentacji. Może jedynie szkoda, iż na dwóch kompaktowych dyskach zawarto tylko niepełne dwie godziny muzyki. Pojemność tego formatu w wersji double, to wszak 160 minut. Edytor był jednak konsekwentny – każdy koncert to maksimum sześciominutowy ekstrakt. Poniżej poszukujemy najbardziej ekscytujących nagrań tego boxu.  

Po folkowym otwarciu, a potem gęstej chmurze elektroniki, w trzeciej odsłonie wpadamy na intrygujący kwintet dwóch instrumentów dętych i trzech strunowych (Kraabel, Marshall, Silver, Edwards i Thompson!). Skupiona, ale jakże rozwichrzona, swobodna improwizacja, która garściami sięga po kameralne rozwiązania. Potem znów garść trudniejszej elektroniki, recytacja tekstu oraz całkiem jazzowe trio. Siódma odsłona, to kolejna perełka w zestawie – kwartet (Beresford, Northover, Tucker, Homler!) pięknie preparujący dźwięki, a na jego czele doskonały sopran! Po nim trio z dość inwazyjnym syntezatorem, ale skrzypce i gitara dbają o nasze nerwy. To dobrze, bo dziewiątka, to kolejny killer w tym zestawie – kwartet (Durrant, Lynch, Fowler, Demouilpied!) budujący swoją opowieść z drive’em free jazzu, zmysłowo ucieka w preparacje godne największych mistrzów free impro! Na koniec pierwszego dysku piano solo, z ciekawym, nieco zabrudzonym brzmieniem.

Dysk drugi otwiera wiolonczela i mistrzowska perkusja (Noble!) – oniryczne chamber, które z woli drummera nabiera rumieńców stając się jednym z najmocniejszych końskich ekstraktów. Zaraz potem kolejne piano solo (Weston!) i szybki krok na spotkanie tria samych osobowości free (Butcher, Edwards, Sanders!). Od emocji free jazzu, po zmysłowy oddech free chamber! Po nim czas na drobny przerywnik sklecony z elektroniki analogowej, bo zaraz potem kolejne trio z najwyższej półki (Karlsen, Northover, Edwards!). Klasyczny post-free jazz, który łapie ognistą smugę cienia! Doskonałe! Kolejne dwie improwizacje w duetach wydają się być całkiem intrygujące, ale na tle swych poprzedników dość szybko idą w zapomnienie. Z kolei dwie kolejne, to znów perły! Najpierw duet głosu i klarnetu (Grant, Hodgkinson!), który w początkowej fazie improwizacji preparuje dźwięki, potem zaś bawi się w imitacyjne frazy i czyni to na kosmicznym poziomie komunikacji. Dziewiątka, to nie pierwszy tu fantastyczny kwartet (Türköz, Riley, Lynch i niezmordowany Edwards!). Post-free jazz grany z ogromną swobodą, fermentuje kreatywnością wokalistki, świetnie prowadzony przez kontrabasistę. Na zakończenie boxu trio z suspensem (Northover ponownie!), zmysłowe, dość tajemnicze, z efektownym spiętrzeniem na ostatniej prostej.



piątek, 25 czerwca 2021

Dominic Lash’ Spoonhunt and three new albums! Consorts Ensemble and two quartets!


Brytyjski kontrabasista, improwizator i kompozytor Dominic Lash gości na naszych łamach w miarę regularnie, choć przyznajmy, iż nie za często. Dziś wszakże okazja do prezentacji jego twórczości jest dalece szczególna, albowiem artysta dostarcza nam aż trzy nowe płyty! Wszystkie wydane przez niego samego w ramach inicjatywy Spoonhunt, wszystkie wyprodukowane na nośniku fizycznym (co nie było dotychczas regułą), wszystkie zarejestrowane na koncertach w londyńskim Cafe Oto (dwie pierwsze nawet tego samego dnia!), wreszcie wszystkie wyposażone w ładunek pięknych dźwięków, niosących niebywałe emocje!

Nasz krótki przegląd zaczniemy od … 21-osobowego składu, który bystrze improwizuje wedle wskazówek kompozytorskich Lasha, zaraz potem odczytamy swobodnie improwizujący kwartet brytyjskich asów, którego koncert jest jednym z ostatnich publicznych występów Johna Russella (płyta dedykowana zmarłemu w styczniu bieżącego roku gitarzyście), wreszcie napotkamy na kwartet hiszpańsko-brytyjski, który gra smakowity jazz z przyległościami, znów wedle wskazań kompozytorskich kontrabasisty.

 


Consorts  Distinctions

W połowie stycznia ubiegłego roku, na niewielkiej scenie Café Oto pomieściła się cała armia muzykantów. Poznajmy ich dane personalne: Douglas Benford – harmonium, instrumenty perkusyjne, Steve Beresford – elektronika, Marjolaine Charbin – fortepian, Chris Cundy – klarnet basowy, Seth Cooke - steel sink and metal detector, Angharad Davies – altówka, Phil Durrant – syntezator modularny, Matthew Grigg – gitara z amplifikacją, Bruno Guastalla – wiolonczela, Martin Hackett – syntezator, Tim Hill – saksofon barytonowy, Tina Hitchens – flet, Sarah Hughes – zither, Mark Langford – klarnet basowy, Dominic Lash – kontrabas i kompozycja, Yvonna Magda – skrzypce, Hannah Marshall – wiolonczela, Helen Papaioannou – saksofon barytonowy, Yoni Silver – klarnet basowy, Alex Ward – klarnet z amplifikacją oraz Shaun Crook – live sound. Skomponowana improwizacja Distinctions jest nieprzerwanym ciągiem dźwięków i trwa 46 minut z sekundami.

Ceremonia dźwięku budzi się do życia w ciszy nieistnienia – elektroakustyczne piski, drobne frazy dętych, kontrabas, mała elektronika. Im mniejszy, delikatniejszy dźwięk, tym lepiej zdobi on narrację wstępną. Tworzą ją także dźwięki ciągnione (sustained) i cisza, która szczelnie wypełnia puste przestrzenie pomiędzy frazami. Pierwsze wzniesienie narracyjne ma miejsce w okolicach 5 minuty, ale opowieść szybko wraca do estetyki short-cuts with long eyes! Dramaturgię buduje także smyczek na kontrabasie i cała plejada tajemniczych dźwięków elektronicznych. Multi-składnikowy dron powstaje z mozołem, ale systematycznie i precyzyjnie. Zdarzają się jeszcze momenty zawahania - flow przygasa, ale natychmiast rodzi się na nowo i rusza w dalszą podróż z rosnącą determinacją. Zasadniczy strumień dźwięków płynie dołem (cała armia klarnetów basowych i barytonu), delikatnie błyszczy się też w górnych partiach, zdobionych wyziewami elektroniki i innych przedmiotów muzycznego użytku. Narracja pęcznieje naprawdę efektywnie dopiero w okolicach 17 minuty. Muzyka przypomina wtedy stado szerszeni, tudzież innych owadów brzęczących, a może eskadrę złowieszczych krążowników zasnuwających niebo pożogi. Ów strumień kardynalnych fonii zdaje się mieć kilka warstw – dęte pomruki, strunowe boleści i morze basowych westchnień.

W połowie nagrania opowieść wyhamowuje, schodzi na samo dno, wprost w objęcia gwiazdozbioru drobnych, urywanych i nerwowych fraz. Dęte wydechy topią się w elektroakustycznej poświacie - rozhuśtane emocje, tygiel strachu i dramaturgicznego suspensu. Narracja sprawia wrażenie tworzonej definitywnie ad hoc, z kompozytorem, który zatracił się w wirze improwizacji i dyrygentem, który jeszcze się nie narodził. W okolicach 30 minuty wszystkie dźwięki dostają na moment syntetycznego pogłosu, jakby ktoś przepalił bezpieczniki w Cafe Oto. Emocje rosną, strumień dźwięków w dalszym ciągu pęcznieje - przypomina wielki świder, który buduje kolejną linię metra. Oj, tak, muzycy zdecydowanie idą już na spotkanie ze ścianą dźwięków! Jeden przekrzykuje drugiego, trzeci modli się do nieistniejącego boga, czwarty ciśnie na gaz – stare, dobre czasy Globe Unity Orkiestra stają nam przed oczyma, niczym piękny koszmar z ulubionych horrorów. Na prawej flance poziom emocji eskalują klarnety, wsparte amplifikacją, na lewej drży moc gniecionej akustyki repetującego fortepianu. Wszyscy jadą na pełnym wydechu - kompulsywny spazm wielkiej improwizacji, furia i deterministyczny nihilizm nieograniczonej wolności tworzenia trwa do końca 43 minuty. Wtedy to hipo-dron mocy zaczyna rozpadać się na pojedyncze elementy, które wciąż jeszcze generują energię kinetyczną, jak małe planety hałasu w bezmiarze kosmicznej pustki. W połowie 45 minuty płomień narracji zaczyna definitywnie gasnąć, ześlizgiwać się ze strun, wydawać martwe oddechy. A potem już tylko finałowe podrygi syntetyki, która umiera jako ostatnia.

 


John Butcher/ Dominic Lash/ John Russell/ Mark Sanders  Discernment

Tego samego dnia, w tym samym miejscu czeka na nas kwartet w składzie wyjątkowym: John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Dominic Lash – kontrabas, John Russell – gitara oraz Mark Sanders – perkusja. Cztery swobodne improwizacje (trzy pierwsze, to nieprzerwany ciąg dźwięków) trwają niespełna 40 minut, a cała płyta dedykowana jest Russellowi, który zmarł niemal dokładnie rok po tym koncercie.

Na scenie mamy wprawdzie kwartet dalece międzypokoleniowy, ale muzycy znają się świetnie (Londyn, to przecież małe miasto!), zatem nie potrzebują jakiejś szczególnej introdukcji, by wejść w dobre akcje i jeszcze bystrzejsze reakcje. Talerze, smyczek, sucha tuba saksofonu i mikrofrazy gitary budują wszakże dalece nieśpieszną i stonowaną emocjonalnie improwizację otwarcia. Niektóre dźwięki grane są na wdechu, inne wynikają z dramaturgicznego zaniechania. Muzycy nie forsują tempa i nie będą tego czynić w trakcie całego koncertu. Dynamika rośnie incydentalnie, na ogół wtedy, gdy kontrabas przechodzi w tryb pizzicato. W drugą część płyty wchodzimy płynnie, jakkolwiek jest ona kardynalnie nowym wątkiem improwizacji. Gitarzysta łagodnie pląsa, saksofonista udanie skrywa swoje emocje, a nad całością opowieści zdaje się czuwać główny strateg improwizacji, usadowiony u wezgłowia dużego kontrabasu. W roli złotnika, tudzież zdobiciela narracji bystry i kreatywny drummer. Muzycy nie stronią od preparacji, cały czas szukają zadziornych fraz i kantów, ale pozostają na etapie przedekspresyjnym. Na finał odcinka dostajemy bystre solo gitary, w klimatach niemal neoklasycznych. Kolejny etap trylogii pierwszego seta rozpoczyna wystudzony saksofon sopranowy. Reszta załogi nie wykazuje jednak ochoty, by iść na całość, raczej wdaje się w spokojne przepychanki, tudzież dramaturgiczne uprzejmości. Muzycy z mozołem doprowadzają ów fragment koncertu do finału, na samych końcu fundując nam drobną eksplozję mocy.

Ostatnia część spektaklu, de facto jego drugi set, trwa 17 minut i jest zamkniętą formą dramaturgiczną. Zaczynają go perkusjonalia i smyczek kontrabasu. Po chwili podłącza się jak zwykle delikatna gitara i cokolwiek rozochocony saksofon. Improwizacja szuka swojej dynamiki, ale co rusz hamuje, a muzycy stają w obliczu pewnych rozterek sytuacyjnych. Tenor ciągnie w kierunku rytmu i bluesowych niemal pomysłów, smyczek kontrabasu zgłasza zdanie odrębne. W efekcie tych nieco ambiwalentnych zachowań kwartet najpierw wpada w ramiona open jazzu, a potem koi troski w obliczu bardziej kameralnych fraz. Na zakończenie artyści dobywają jednak ze swoich trzewi odrobinę więcej energii kinetycznej, dzięki czemu ostatnie partie dźwięków możemy uznać za bardziej niż udane. Aktywny saksofonista, gitarzysta ze wzajemnie zazębiającymi się riffami, bystry drummer i jakże elastyczny dramaturgicznie kontrabasista efektownie wieńczą dzieło w oczekiwaniu na zasłużone oklaski.

 


Dominic Lash Quartet  Limulus

Ostatnia dziś płyta, to znów londyńskie Café Oto, ale na osi czasu cofamy się do stycznia 2019 roku. Sześć kompozycji tzw. lidera wykona tu dla nas kwartet w składzie: Javier Carmona – perkusja i instrumenty perkusyjne, Dominic Lash – kontrabas i rzeczone kompozycje, Ricardo Tejero – saksofon altowy oraz Alex Ward – gitara elektryczna. Całość koncertu zamieszczonego na srebrnym krążku, to niemal 52 minuty.

Pierwsze trzy utwory koncertu, to nieprzerwany strumień jazzowej improwizacji, która raz za razem czerpie inspirację z różnych gatunków – rocka, kameralistyki, czy otwartego, jakże ekspresyjnego post-free jazzu. Pierwszy temat, pełen rytmu, swobodnej melodii i dobrego humoru, podają jednocześnie kontrabas i gitara. Perkusja dba o właściwy kierunku rozwoju dynamiki, a roześmiany saksofon czuje, że znajdzie w tej przestrzeni dużo miejsca dla swojej kreatywności. Power Quartet zaczyna swój multigatunkowy taniec z gracją i wyłącznie dobrymi emocjami. Szczególnie ekscytujące wydają się wzajemne imitacje gitary i saksofonu, czynione w prawdziwie ognistej fazie improwizacji. Zakończenie tego wątku skrzy się mroczną psychodelią, budowaną smyczkiem kontrabasowym. Muzycy płynnie wchodzą w drugi temat, który dość mocno zmienia klimat koncertu. Smyczek zabiera nas do krainy swobodnego post-chamber. Początkowo opowieść wydaje się nad wyraz leniwa (gitara pachnie dalekim wschodem!), ale to tylko pozory. Emocje i nerwy biorą górę, muzycy przyjmują otwarte pozycje i skaczą w ogień free jazzu. Niemal niepostrzeżenie zaczyna się trzecia kompozycja, introdukowana przez trio bez saksofonu, które bezceremonialnie swinguje i buduje ciekawą dynamikę. Świetne expo staje się udziałem gitary. Saksofon wchodzi do gry wprost w prezentację tematu, po czym ucieka w efektowne solo w klimatach definitywnie godnych Charlie Parkera. Muzycy znajdują też czas i miejsce na solową ekspozycję perkusisty.

Po krótkiej chwili kwartet powraca na dwie kolejne kompozycje. Pierwsza z nich powstaje w ciszy, z wytłumionym smyczkiem i gitarą, która frazuje niezwykle semicko. Perkusyjne szczoteczki tworzą klimat ballady, która jednak dość szybko przepoczwarza się w efektowne, bardzo rozwichrzone free impro! Po niedługiej, kolektywnej ekspozycji, na czoło wysuwa się kontrabas, który najpierw smyczkiem tłumi emocje, a potem śmiało przystępuje do solowej przebieżki. W tak zwanym międzyczasie zaczyna się już kolejny utwór. Gitara i saksofon lepią się w gasnące solo basu przeciągłymi frazami. Preparacje perkusji także kreują ciekawy suspens. Dynamika rośnie, powraca post-swingowy sznyt, a narracja bez wysiłku osiąga stan kolektywnych, improwizowanych eksplozji. Sam temat kompozycji pojawia się na jego zakończenie, podany unisono jakby od niechcenia. Na bis, niemal 10 minutowy, muzycy wychodzą w dużym skupieniu. Od razu proponują nam zmyślną zabawę w pytania i odpowiedzi. Znów, jak na początku koncertu, dostajemy piękny duet imitacyjny – psychodelizująca gitara i preparujący saksofon. Narracja szybko wspina się na szczyt, po czym efektownie opada, niesiona temperamentem kontrabasowego smyczka. Na zakończenie muzycy śpiewają hymny pochwalne, ewidentnie zadowoleni ze swego dzieła. Nie pozostaje nam nic innego, jak zgodzić się z ich oglądem sytuacji scenicznej.