Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thurston Moore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thurston Moore. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 maja 2022

The Shrike Records: two next steps! Stovelit Lines & Iklectik Recordings!


Brytyjski label Shrike Records powstał w roku ubiegłym i koncertuje się na prezentacji muzyki zarejestrowanej w ostatnich kilku latach w londyńskim Klubie Iktectik. Oczywiście, muzyki swobodniej improwizowanej, i to często w wymiarze całkiem szalonych, elektroakustycznych incydentów, muzyki jakże brytyjskiej, jakże utytułowanej w wymiarze personalnym.

Do tej pory ukazało się sześć dziarskich płyt CD (i wersji elektronicznych na dedykowanym bandcampie), a jak pokazują trybunowe statystyki, jedynie trzy z nich były do tej pory zrecenzowane. Dziś zatem sięgamy po dwie kolejne, a tę szóstą zostawiamy sobie na inną okazję.

Na rzeczonych dwóch krążkach cofamy się do roku 2017 i słuchamy najpierw bystrej, po części akustycznej improwizacji okraszonej gitarą elektryczną, a zaraz potem tria, które w sposób absolutnie niekontrolowany korzysta z akcesoriów elektronicznych, elektro-pochodnych i jakichś bliżej niezidentyfikowanych obiektów. W drugim z przypadków smaczku naszym słuchowym eksploracjom dodaje fakt, iż wydawca nie wyszczególnia instrumentarium muzyków, zatem nasza wyobraźnia zdaje się nie mieć tu granic! So, Welcome to world of unlimited sounds!

 


Steve Beresford/ John Butcher/ Terry Day/ John Edwards/ Thurston Moore  Stovelit Lines (CD 2022)

Na początek kwintet prawdziwych weteranów sceny free impro i rocka! Bo taki kontrabasista, dziś już po 60. urodzinach, jest w tym gronie najmłodszy! W każdym razie na osi czasu odnotowujemy 30 listopada 2017 roku, na scenie lądują zaś tacy oto muzycy: Steve Beresford – fortepian i obiekty, John Butcher – saksofony, Terry Day – instrumenty perkusyjne, John Edwards – kontrabas oraz Thurston Moore – gitara. Trzy swobodne improwizacje trwają tu trzy kwadranse bez kilku sekund.

Istnieje przypuszczenie, graniczące z pewnością, iż muzycy w takim składzie grają ze sobą po raz pierwszy, i pewnie ostatni, w swym najeżonym wieloma doświadczeniami życiu. Ale każdy dźwięk zdaje się przeczyć tej pokracznej tezie. Artyści od pierwszego westchnienia świetnie się ze sobą komunikują i demokratycznym szlakiem prowadzą swobodną improwizację na kilka efektownych szczytów. Sam początek, to elektroakustyczne szmery z obiektów pianisty, oniryczne frazy na gryfie gitary, a także garść krótszych i dłuższych fraz ze smyczka, perkusjonalii i ciężko oddychającego saksofonu. Moc narracji buduje się tu na gryfie posadowionego centralnie kontrabasu, kreatywny ferment płynie zaś z obu przeciwległych flanek, z woli pianisty preparatora i równie nerwowego gitarzysty. Improwizacja rozwija się wieloma kanałami, muzycy wchodzą w interakcje w podgrupach (choćby saksofon i gitara), kilka ostrych, free jazzowych uderzeń w klawisze proponuje pianista, ale ów elektroakustyczny melanż całkiem niespodziewanie odnajduje gęstą ciszę, głównie za sprawą dramaturgicznej stanowczości gitarzysty. Po kilku pętlach zadumy narracja dość szybko łapie free jazzowy drive i płynie niesiona emocjami roześmianego saksofonu. Kolejne wyhamowanie wydaje się być jeszcze bardziej efektowne, wprost w objęcia preparacji, bardzo kameralnych, ale z uwagi na rozbudowane instrumentarium, chwilami pachnących swądem upalonych kabli zasilających. Finał pierwszej, prawie 20-minutowej opowieści leje się dronami, przy okazji uroczo podkreślając dalece ponadgatunkowy wymiar owej brytyjsko-amerykańskiej przyjaźni muzycznej.

Druga improwizacja tylko nieznacznie przekracza dziesięć minut. Jej pierwsze frazy budzą się w mroku niemal egzystencjalnego lęku. Kontrabas trzeszczy, gitara skowycze, inside piano rozsiewa aurę niepewności, którą wspiera ambient gitary, a samodzielne echo dopełnia obrazu dramaturgicznego suspensu. Całość narasta niczym letnia burza, łyka powiewy gitarowego prądu, a swoje dodają tu lekki saksofon, obiekty i wybudzone ze snu perkusjonalia. Zakończenie jest gęste, bardzo efektownie polepione z dysonujących fraz, smakuje niczym udana randka free jazzu i free rocka.

Ostatnia improwizacja, sama w sobie świetnie skonstruowana jak na kanony free impro, budowana jest inicjatywą ustawodawczą obiektów i gitary, zaś wypełniona uroczymi parsknięciami dźwięków ze strony pozostałych uczestników spektaklu. Zaczyna duet, potem doskakuje rozochocony sopran, zaś bas i perkusjonalia zdają się tu już wchodzić niemal na gotowe. Kilka ostrzejszych fraz piano budzi dodatkowe porcje ekspresji, ale improwizacja, jako kolektywna całość świetnie panuje nad emocjami i dawkuje je nam dokładnie w taki sposób, jaki sobie zaplanowała. Tu, podobnie jak w części pierwszej, po szybko osiągniętym wzniesieniu, narracja wchodzi w odmęty ciszy, onirycznej tajemnicy i brutalnego mroku. Po chwili zawahania, z kontrabasowego pizzicato zdaje się płynąć nowe życie. Jest też ciepłe piano, wystudzony saksofon i lekko rozstrojona gitara. Jakby open jazz mieszał się tu z post-rockowym ambientem. Emocje rosną, a saksofon i gitara stają tu na czele pochodu. I znów zakończenie utworu zdaje się być jego najlepszą częścią. Repetycje, gitarowe slajsy, dęte przedechy, bystre piano lepią się tu w efektowne, finałowe crescendo. Po osiągnieciu punktu przegięcia improwizacja gaśnie duetem, który ją rozpoczynał, czyli gitary i obiektów, tu okraszonym zwinną porcją perkusjonalii.

 


Steve Beresford/ Steph Horak/ Gino Robair  Iklectik Recordings (CD 2022)

Na kolejnym albumie znów odnajdujemy Steve’a Beresforda (zapewne fortepian i obiekty). Towarzyszą mu: Gino Robair (zapewne instrumenty perkusyjne, elektronika, obiekty) oraz Steph Horak (zapewne głos, może elektronika i być może także cały arsenał tajemniczych przedmiotów, które wydają dźwięki, tudzież tworzą sferę wizualną koncertu). Jak już wspominaliśmy, edytor nie podaje nam danych instrumentalnych, zatem pozostają nam jedynie domysły, a także to, co słyszymy w trakcie odsłuchu bardzo długiej (prawie pięć kwadransów) płyty. Pięć pierwszych improwizacji (w tym trzy epizody solowe) zarejestrowano 5 lipca, ostatnią zaś 26 listopada 2017 roku.

Ów elektroakustyczny challange, rozpisany na troje głów i tysiące przedmiotów wydających dźwięki, zaczynamy od dwóch improwizacji w trio, które trwają ponad dwa kwadranse. Pierwsza z nich dość szybko łapie industrialny sznyt i zasypuje nam uszy szalonymi pomysłami i karkołomnymi dźwiękami, pośród których odnajdujemy kobiecy głos i perkusjonalia po stronie żywych fraz i cały ocean elektroakustycznych fake sounds, których źródła pochodzenia jedynie się domyślamy. Duża zmienność akcji i nadkreatywność artystów nie mogą tu ujść naszej uwadze. Początek drugiej części stawia na bardziej akustyczne preparacje, ale ów błogostan nie trwa zbyt długo. Zwoje syntetycznych fraz, sampli i elektronicznych dewastacji szybko opanowują scenę. Tempo narracji jest raczej wolne, nawet leniwe, a jego kolejne fazy wyznaczają incydentalne mikro hałasy i plastry nieco przyjemniejszych fonii. Pod koniec całość zdaje się nabierać nieco slapstickowego charakteru.

Dużo bardziej atrakcyjne wydają się trzy ekspozycje solowe. Ta w wykonaniu pianisty czerpie emocje głównie z akustycznych fraz. Najpierw to bardzo efektowne preparacje, potem free jazzowa rejterada po gorących klawiszach. Jeszcze milsza dla ucha zdaje się być propozycja wokalna. Mroczny głos kobiecy zatopiony w mglistym ambiencie, z czasem nabiera nieco bardziej industrialnego posmaku. Wreszcie solo perkusjonalisty – zaczyna się od dialogu z publicznością i śmiechu. Potem następuje faza akustycznych preparacji, które z każdą pętlą narracyjną nabierają silnego odczynu syntetycznego. Szczęśliwie maszyneria przemysłu ciężkiego raz po raz nabiera tu intrygującej lekkości.

Trzeci set w trio trwa tym razem niespełna dwa kwadranse. Od początku bez zmiłowania dla naszych uszu – elektroakustyczna parada fake sounds! Masywna post-elektronika kontrastowana jest głosem, który zdaje się być lekki, ale i dalece tajemniczy. Część brzmień pachnie tu elektroniką analogową, część lepi się z miliona sampli. Odnosimy wrażenie, że jesteśmy w zakładzie hydraulicznym, tudzież mechaniki pojazdowej, pośród tysiąca elektronarzędzi, na przednówku instytutu doświadczalnego, który pyta o granicę percepcji ludzkiego słuchu. Dużo lepiej dzieje się w drugiej części tej długiej improwizacji. Muzycy hamują temperamenty, zdejmują nogę z gazu, tłumią ekspresje, potrafią nam zaserwować nawet minimalistyczne, akustyczne frazy. Wchodzą w dużo ciekawsze interakcje, a ich improwizacja nabiera pewnego ładu dramaturgicznego. Z czasem znów łapią industrialnego bakcyla, przypominają wtedy wczesne nagrania AMM. Tak, bez wątpienia trio z Iklectic lat temu pięćdziesiąt zrobiłoby na londyńskiej publiczności niesamowite wrażenie.

 

 

wtorek, 26 stycznia 2021

John Butcher’ new thing from the last year! Three pearls in the ocean of sounds!


Pandemiczna rzeczywistość multiplikuje aktywności muzyczne wielu improwizatorów. Brak możliwości grania koncertów (czytaj: także zarabiania pieniędzy) sprawia, iż w tempie geometrycznym rośnie ilość publikowanej przez artystów muzyki. Jakkolwiek działania te nie psułyby rynku edytorskiego w dłuższej perspektywie, fakt ten należy zaakceptować, albowiem wpływy ze sprzedaży płyt stanowią obecnie dla wielu muzyków jedyne źródło zarobkowania. A przy okazji dostarczają słuchaczom całe oceany pięknej muzyki, która być może - w normalnych warunkach - w ogóle by do nas nie trafiła.

Nie inaczej jest w przypadku jednego z naszych ulubionych saksofonistów ze Zjednoczonego Królestwa – Johna Butchera. Nowych płyt z jego udziałem opublikowano w ostatnich miesiącach całe mnóstwo. Istnieje spore ryzyko, że nie zdołamy pochylić się nad wszystkimi. Staramy się wszakże wskazywać te najbardziej wartościowe, co dziś niniejszym czynimy.

John na swoim bandcampie m.in. prezentuje serię nagrań koncertowych The Memory of Live Music, którą udostępnia jedynie w plikach elektronicznych. Zapraszamy do zapoznania się z częścią piątą i szóstą serii (a dostępna jest już siódma!). Do tej pary wspaniałości dodajemy także jedno nagranie, te akurat wydane także w formie CD.

 


Kaja Draksler/ John Butcher/ Ståle Liavik Solberg  At Kafé Hærverk - #6 (John Butcher’ Bandcamp, DL 2020)

Zaczynamy naszą muzyczną podróż stosunkowo świeżym koncertem z Oslo (Blow Out, Kafé Hærverk), zarejestrowanym w październiku 2019 roku. Na scenie ekscytujące trio: Kaja Draksler – fortepian, John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Ståle Liavik Solberg – perkusja. Muzycy improwizować będą - nad wyraz swobodnie - w trzech częściach, trwających łącznie 35 minut z sekundami.

Koncert rozpoczynają skromne podmuchy z tuby saksofonu tenorowego. Obok drżą talerze, a piano pichci mały rytm na samym dnie pudła rezonansowego. Marsz leniwych, ale i wyposzczonych improwizatorów toczy się bardzo swobodnie, wspierany maszynerią Kaji i Stålego, która zdaje się lepić w jedno, post-perkusjonalne ciało. Oto znani z innej płyty, zmodyfikowani personalnie Czajka i Puchacz płyną wartkim strumieniem u stóp wielkiego, dętego ptaszyska. W połowie 4 minuty pianistka zaczyna budować coś na kształt linii melodycznej. Jej flow zdaje się być jednocześnie strojny i bystry, jak i teatralnie kościsty. Wszystko wszakże w tej improwizacji, każdy dźwięk, każdy gest muzyka doskonale się ze sobą zazębiają, świetnie do siebie pasują pod względem brzmieniowym i dramaturgicznym. Chwilami Draksler stawia na preparacje, a Butcher, pełen rezonu, ale i podziwu, pozostawia jej dużo miejsca na scenie. Solberg idzie swoim torem, ale nieustannie zdobi perkusjonalnymi grepsami dźwięki każdego z partnerów. Trio raz za razem przepoczwarza się w okazjonalne duety. Najpierw jest to, niesiony kobiecą wrażliwością, duet piana i perkusji, potem zaś męski, prawdziwie ognisty duet saksofonu i perkusji. Jest też chwila na preparowane, samotne podrygi piana i niemal błyskawiczny powrót do formuły duetu – tym razem piana i saksofonu. Na finał tej niemal 17-minutowej improwizacji dostajemy zwinny, free jazzowy reunion całego tria.

Druga improwizacja na wejściu stawia na metafizykę obcowania z ciszą. Podmuchy z suchej tuby, perkusyjne szczoteczki, ambientalny pogłos z piana. Zaczyn narracji właściwej rodzi się z preparacji dźwięków tego ostatniego instrumentu. Znów same cuda wnosi do opowieści Solberg. Narracja brnie w duecie i czeka na saksofon, który powraca wysokim, ptasim krzykiem. Kilka zwinnych pytań i odpowiedzi, po czym muzycy czynią kolejny krok w kierunku ciszy. W dalszej kolejności dostajemy solową ekspozycję drummerską, budowaną wyjątkowo drobiazgowo (brawo!). Tuż potem Butcher płynie delikatnym, acz szorstkim sopranem, Draksler wspiera go zaś drobnym pasażami po gołych klawiszach. Ta ostatnia znów szuka pokrętnych rozwiązań rytmicznych, nieśmiało nawiązując do początkowych fraz koncertu. Czas na ostatnią jego część, najkrótszą, skoncentrowaną wokół pianistyki Kaji. Słowenka na początku zdaje się przywoływać swoje liczne doświadczenia z muzyki współczesnej. Perkusista dzielnie ją wspiera serwując kolejną porcję zaskakujących rozwiązań perkusjonalnych i wgryzając się we flow piana najlepiej, jak potrafi. Saksofon wchodzi do gry dopiero w piątej minucie, jakby na gotowe – serwuje nam piękny deser spod wytłumionych dysz saksofonu tenorowego. Tym, który ciągnie opowieść na ostatniej prostej zdaje się być Solberg. Fortepian bije jak mały dzwon, a saksofon stawia kończącą ten wyjątkowy koncert kropkę. Brawo!

 


Thurston Moore/ John Edwards/ Terry Day/ John Butcher/ Steve Beresford  Stovelit Lines - #5 (John Butcher’ Bandcamp, DL 2020)

W słynnym londyńskim klubie Iklectic lądujemy w listopadzie 2017 roku, a na scenie spotykamy pięciu gigantów współczesnej muzyki - Thurstona Moore’a na gitarze elektrycznej, Johna Edwardsa na kontrabasie, Terry’ego Daya na perkusji, Johna Butchera na saksofonach i Steve’a Beresforda na fortepianie (także elektronice). Znów trzy swobodnie improwizowane części, niemal 45 minut muzyki.

Wyważone, nieco kameralne intro przypada w udziale smyczkowi na gryfie kontrabasu. Reszta muzyków podłącza się powoli, ważąc każdy krok, wszak improwizacja stworzonego ad hoc kwintetu free jazzowych weteranów i rockowego gitarzysty nie zrodzi się z niczego. Moore od początku wydaje się być nad wyraz aktywny – preparuje, jątrzy zdrowym ambientem z dobrym prądem, stawia zasieki i dba o dynamikę. Być może nie w każdym momencie przykłada on należytą uwagę do słuchania partnerów, ale ci wiedzą, o co chodzi w tej zabawie, trzymają narrację w ryzach, a jak trzeba, potrafią też nieźle pohałasować. Narracja wciąż ocieka elektroakustyczną poświatą, która wynika nie tylko z paramentów brzmieniowych gitary elektrycznej, ale także jest efektem aktywnych działań Beresforda na kablach. Ta gra w dwa ognie doprowadza muzyków do całkiem eksplozywnej, freejazzowej kipieli, kąsanej pazurem dobrego, chwilami na poły noise’owego rocka. Ciekawie jest też pod koniec tej improwizacji, gdy gitarowy zgiełk wyjątkowo skutecznie temperuje Beresford, tym razem racząc nas akustycznym, ale stanowczym pasażem fortepianowym.

Druga improwizacja, jak to po ekspresyjnej części pierwszej bywa, stawia na zaniechanie, zabawy z ciszą i oniryczny posmak zmysłowych interakcji. Drony, plamy ambientu, ciekawy śpiew saksofonu na tle elektroniki. Narracja zwinnie nabiera mocy, choć działania angielskich weteranów nie zawsze skutecznie wgryzają się w pętle gitarowych pasaży. Muzyków zdaje się jednak łączyć porównywalny poziom emocji, dzięki czemu recenzent nie znajduje powodów do jakichkolwiek ambiwalentnych uwag i spostrzeżeń. Jakby na dowód, muzycy pięknie kończą tę część koncertu w wielkiej, demokratycznej plamie ambientu.

Trzecia improwizacja rodzi się z rockowych zgrzytów gitary, obleczonych w elektronikę. Skazany w tych okolicznościach na porażkę sopran nie daje za wygraną i zdaje się stymulować cały kwintet do wzmożonych aktywności. Każdy dokłada tu do ognia, aż do osiągniecia stanu kipieli. W połowie utworu muzycy stopują i przez moment stają na dramaturgicznym rozdrożu. Tu sprawy w swoje ręce przejmuje kontrabas, a chwilowo zastygłe emocje odżywają.  Każdy z artystów ciągnie w swoją stronę, ale nie szkodzi to narracji. Gdy opowieść zwalnia, całość zdecydowanie zyskuje na jakości, a okazji do dobrego, wzajemnego słuchania się, w naturalny sposób przybywa. Finał koncertu zdecydowanie zapisujemy po stronie jego największych atutów – elektronika Beresforda pięknie skrzy się w blasku szklistej gitary, a lekki, zwiewny drumming świetnie podkreśla atuty pozostałych dźwięków, które snują się w plamach narastającego ambientu. Koniec jest nagły, ale zasadny.

 


Eddie Prévost/ John Butcher/ Guillaume Viltard  Iklectik Live One (Matchless Recordings, CD 2020)

Na finał naszej dzisiejszej krótkiej podróży znów klub Iklectik, tym razem w listopadzie 2016 roku. Trio w składzie: Eddie Prévost – perkusja i instrumenty perkusyjne, John Butcher – saksofony oraz Guillaume Viltard – kontrabas zagra dla nas cztery improwizacje, które potrwają łącznie około 67 minut.

Muzycy postanawiają rozpocząć koncert spokojnym, open jazzowym frazowaniem. Jest w nim czas na drummerskie solo, małe zabawy z kąśliwym smyczkiem kontrabasu i saksofonowe drobiazgi. Narracja wisząca na owym smyczku bystrze skacze jednak w swobodę improwizacji, a uroda chwili zdaje się być już na tym etapie koncertu dalece wyjątkowa. Druga improwizacja kontynuuje skupienie, ale kultywuje też przestrzeń, jaką dają sobie wzajemnie muzycy na budowanie narracji, chwile zastanowienia, tudzież odpowiedni czas na podejmowanie jedynie słusznych decyzji dramaturgicznych. Świetną robię wykonuje kontrabasista, który raz za razem kąsa pomysłami, świetnie kreuje narrację smyczkiem, równie też dobrze kreśli flow zwinnym pizzicato. Bardzo aktywny, chwilami wręcz nadpobudliwy zdaje się być najstarszy z tego grona - Prevost. Tryska pomysłami i wciąż doładowuje baterie całego tria. Dużo rozsądku i precyzji jest zaś udziałem samego Butchera. Muzycy podkręcają tempo równie efektownie, jak je tłumią. Potrafią pięknie frazować ekspresyjnym free jazzem na tle post-barokowego smyczka. Uroda koncertu zdaje się rozkwitać z każdą jego minutą.

Najpiękniejsze rzeczy na tym koncercie zaczynają się dziać wraz z otwarciem trzeciej części. Głęboko zanurzony w podłożu smyczek kreuje zmysłowy rytm, a saksofon i perkusja brną do przodu czyniąc niemal same wspaniałości. Każdy z muzyków znajduje tu czas na preparowanie dźwięków, na kilka bardziej samotnych eskapad, jakkolwiek duch kolektywizmu góruje nad wszystkim i definitywnie buduje jakość improwizacji. Ta część koncertu podkreśla także, iż muzycy równie świetnie czują się w dynamicznych pasażach, jak i w dreptaniu w okolicach ciszy, a jakość pracy najmłodszego z jego uczestników, po prawdzie najmniej znanego muzyka w gronie samych wybitnych osobowości gatunku, zdaje się być wartością samą w sobie. Viltard naprawdę o wielu sprawach tu decyduje, a liczba pomyłek po jego stronie jest zbiorem całkowicie pustym. Kameralistyka miesza się u niego ze swobodną improwizacją, a ognisty free jazz z wytrawnością nieśpiesznego open jazzu. Dobrą reasumpcją tego doskonałego koncertu może być jego finał – małe frazy z tuby saksofonu na granicy szelestu, szczoteczki drummerskie budujące tempo i smyczek, który namiętnie piłuje struny. Znów coś na kształt rytmu, ale na dużej swobodzie i bez eskalowania tempa. Na ostatniej prostej kilka bardziej melodyjnych, ale szorstkich fraz Butchera podprowadza nas pod wieńczące spektakl oklaski.

 

środa, 7 lutego 2018

Thurston Moore & Adam Gołębiewski! Disarm in Arms!


Z mroku gitarowego steel ambientu, w przestrzeni drapieżnej sonorystyki, cierpiącej katusze membrany gołego werbla, wyłania się narracja, która zdominuje nasze receptory słuchu, uwolni niewyczerpalne pokłady endorfin i wystrzeli nas w dźwiękowy kosmos na całe trzy, boskie i niemające końca, kwadranse.

Krople ołowianego potu na gryfie podłączonej do prądu gitary, w opozycji do syntetycznej nieprzydatności plastikowych przedmiotów, tworzą nową okoliczność dźwiękową. Energia kinetyczna rocka, pozostającego w blokach startowych, niemającego jakiegokolwiek zamiaru, by popaść w rytm i adekwatną dynamikę. Jedynie krwiste sprzężenia, będące konsekwencją prostych zjawisk fizycznych, przypominają, z kim i czym mamy do czynienia. Niczym ryczenie lwa na wieść o serii lwich samobójstw. Gęsta historia, ciało w ciało, do ostatniego tchu. Od 6 minuty nienaganna symbioza drapieżnego noise i brutalnego free improve. A potem wybrzmiewanie w aurze oniryzmu, narracyjnego lunatyzmu, artystycznego sceptycyzmu. Disarm.




Strumień zimnej gitary i drżący drumming, tłusty od środka, wiją się, jak para węgorzy na długo oczekiwanym tarle. Niebywale akustyczne zjawisko! Narracja pęcznieje, a upalony duch Hendrixa już czeka za rogiem ulicy. Tak, bo tu nie może być cicho! Jeśli dynamiczny świder upleciony z porozrywanych strun gitary zacznie wiercić dziurę w podłożu, progresywny drumming musi w konsekwencji uklepać ziemię. Tak rodzi się dynamika eskalacji. Ranny rockman spotyka właśnie, co wytrzeźwiałego, całkowicie wyzwolonego improwizatora i obu jest zdecydowanie po drodze. Ich symbioza ma wymiar całkiem biologiczny, choć gdy Sonic Youth – z Thurstonem M. - debiutowali scenicznie w dalekiej Ameryce, Adama G. nie było jeszcze na świecie. To jakby półtora pokolenia różnicy, która w okolicznościach tej rejestracji jest tylko nieużyteczną matematyką. A gitarzysta wyposażony w ponadnormatywną wyobraźnię może brzmieć, jak saksofonowy dron. Tu, na granicy fizycznego przesteru, tworzy błyskotliwy chaos, którego nie możemy nie pokochać. Jakże pomocna zdaje się być, w tym akurat dziele zniszczenia, doom metalowa ekspozycja na samych tylko talerzach. Ostatnie dźwięki cuchną zdrowym industrialem. Distend.

Meta rockowa ballada w rezonansie. Pulsacja, restrykcyjna narracja, dźwięk za dźwięk. Trzyminutowa perła. Disturb.

Zapach noise rocka z najlepszych płyt gatunku, jest udziałem tych, którzy gatunkową obyczajowość zagubili wraz z utratą dziewictwa, w ramionach tej, dla której warto było umierać. Skutki eksplozji nuklearnej mogą być także punktem estetycznego odniesienia dla tego momentu spektaklu. Przester na gryfie, przester na pękających membranach – jako podstawowa metoda twórcza. Zęby rekina wbite w kark niedźwiedzia. Błyskotliwy taniec nad krawędzią. W tango ruszają także membrany naszych uszu. Adamowi pękają talerze, Thurston ma struny owinięte wokół szyi. Dramaturgiczne wyjście z tej fonicznej opresji, doskonałe w wykonaniu obu muzyków! Nie pierwszy dziś oniryczny sound gitary, zakleszczony w zmyślnej sonorystyce zestawu perkusyjnego. Bodaj najbardziej urokliwy akustycznie fragment tej ultra smakowitej płyty! Rodzaj implozywnej, upiornej ballady bez happy endu. Distract.

Ciąg dalszy poprzedniej opowieści. Moore jakby stał za szybą akustyczną, jego brudne brzmienie zniekształca się dodatkowo na pasie transmisyjnym. Buduje mega ambient, mały kosmos. Gołębiewski jest po tej stronie. Stawia stemple no drumming percussion. Narracja gęstnieje, lepi się do butów, a wątki opowieści obu muzyków plączą się wzajemnie, choć całość nie sposób nazwać eskalacją. Muzycy brną po kolana w tłustym błocie i snują historię, która na długo zapadnie w naszej pamięci. Od 5 minuty, do samej już mety, konsekwentne wybrzmiewanie pachnie metafizyką. Nieoczywistość każdego dźwięku przenosi nas w wymiar bez nazwy. Jakby nas już tu nie było. Tylko dźwięk, tylko muzyka. Gryfem gitary płynie pieśń potępienia. Zupełnie nieistotne, czyjego. Deep drumming wprost z piekła wzmaga dysonans poznawczy. Zdaje się, że muzycy mają ochotę na coś spektakularnego w obrębie ostatniej minuty spektaklu. Na naszych oczach stapiają się w jeden dźwięk. Disloge.


Disarm, Thurston Moore – gitara elektryczna, Adam Gołębiewski – perkusja. Nagrane w Warszawie i Poznaniu, maj 2014 roku (Endless Happiness; CD/2LP 2017).