Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chris Pitsiokos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chris Pitsiokos. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 października 2022

Październikowe i listopadowe koncerty poznańskiego cyklu Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)


Po festiwalowych, jakże spontanicznych szaleństwach początku bieżącego miesiąca, miłośnicy muzyki improwizowanej w Poznaniu liczyć mogą na kolejne intrygujące wydarzenia koncertowe, za którymi stoi Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club. W trakcie kolejnych czterech tygodni organizatorzy zapraszają bowiem na trzy wielosetowe koncerty!

Już za kilka dni edycja 33-a, wcześniej już zapowiadana, ale realizująca się w dalece zmodyfikowanym zestawie muzyków. Każda zmiana wydaje się cenna, a ta w szczególności. Na scenie Dragona zobaczymy czterech muzyków, którzy zaprezentują się solo, w trio, a na koniec zapewne w skleconym „ad hoc” kwartecie.

 


Ostatni piątkowy wieczór października rozpocznie Chris Pitsiokos, gorące nazwisko na scenie free jazzowej i free impro po obu stronach Atlantyku. Nowojorczyk, ostatnio mocno związany także z Berlinem, alcista, który mimo młodego wieku posiada sporo wartościowych nagrań na koncie, zarówno wydanych w Europie (Clean Feed), jak i w USA (choćby Relative Pitch Records). Muzyk znany zarówno z nagrań solowych, jak i nade wszystko mniejszych lub większych składów improwizujących (choćby trio z Susaną Santos Silvą, także z Joe Morrisem, czy Steve’em Noble), a także jego sztandarowej, bardzo ekspresyjnej, czerpiącej inspirację z wielu gatunków formacji CP Unit. Muzyk w Dragonie promował będzie swój drugi album solowy, zatytułowany jakże prowokacyjne w odniesieniu do historii gatunku – „Art Of The Alto”.

Po amerykańskim saksofoniście na scenie pojawi się trio złożone z muzyków, którzy de facto zagrają ze sobą po raz pierwszy. Portugalski saksofonista José Lencastre zewrze szyki z polskimi improwizatorami - Zbigniewem Kozerą na kontrabasie i Pawłem Doskoczem na gitarze. Lencastre, który ma w dorobku wiele intrygujących, freejazzowych nagrań dla Clean Feed Records, czy też FMR Records gościł już u nas wiosną i zebrał wiele owoców swoich bystrych, wyważonych, ale wyjątkowo stylowych improwizacji. Nowe trio z młodymi polskimi artystami wydaje się być kolejnym dobrym krokiem Portugalczyka, a widzom daje szansę na definitywnie świeże doznania artystyczne.

Po solo i trio wiele wskazuje na to, iż muzycy wyjdą na scenę jeszcze raz, by już w kwartecie zaprezentować swobodne improwizacje na dwa saksofony, gitarę i kontrabas.

***

W listopadzie czekają nas dwa kolejne koncerty, które łączyć będą na scenie Dragona muzyków zagranicznych i polskich. W niedzielę 13 listopada do Poznania dojadą kolejni Portugalczycy – legenda europejskiej sceny free impro, altowiolinista Ernesto Rodrigues, przy okazji szef labelu Creative Sources, jego syn Guilherme Rodrigues, który gra na wiolonczeli oraz saksofonista Nuno Torres. Do muzyków, w różnych konfiguracjach personalnych i instrumentalnych, dołączą Witold Oleszak na fortepianie oraz Michał Giżycki na saksofonach i klarnetach. Niewykluczone, iż niedzielny wieczór w Dragonie będzie się składał nawet z czterech setów. Warto w tym miejscu dopowiedzieć, iż młodszy z klanu Rodriguesów był gościem ubiegłorocznej edycji Spontaneous Music Festiwal, czego dowodem jest choćby jedna z nowości cyklu wydawniczego Spontaneous Live Series. Jego edycja 009 zwie się bowiem „Guilherme Rodrigues’ Spontaneous Ensemble and Trio, Live at 5th Spontaneous Music Festival”.

Sześć dni później do Poznania zawita szwedzki kontrabasista Johannes Nästesjö. Muzyk zaprezentuje się w programie solowym. Artysta dobrze znany jest poznańskiej publiczności, grywał już bowiem w Dragonie, a w ramach … iberyjskiej serii wydawniczej Multikuti Project i Trybuny Muzyki Spontanicznej jego nazwisko pojawia się dwukrotnie – raz jest to The Robadors Quartet, innym razem trio TNT. Tego samego dnia na scenie Dragona czeka na nas także polski, dalece ponadgatunkowy duet – Ola Rzepka na fortepianie i Łukasz Marciniak na gitarze. Jak zwykle organizatorzy liczą, iż po programowych setach muzycy zjednoczą siły w trio i zaprezentują coś absolutnie wyjątkowego.

 

Spontaneous Live Series, Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3. 

28.10.2022, godz. 20.00, Volume 33: Chris Pitsiokos, José Lencastre, Zbigniew Kozera, Paweł Doskocz

13.11.2022, godz. 18.00, Volume 34: Ernesto Rodrigues, Guilherme Rodrigues, Nuno Torres, Witold Oleszak, Michał Giżycki

19.11.2022, godz. 20.00, Volume 35: Johannes Nästesjö, Ola Rzepka, Łukasz Marciniak.

 

Bilety na koncert 28.10 są już dostępne dokładnie pod poniższym adresem:

LINK



czwartek, 20 października 2022

The Relative Pitch plays solo: Violeta Garcia, Chris Pitsiokos & Jon Lipscomb!


Nowojorski label Relative Pitch Records lubuje się ostatnimi czasy w solowych improwizacjach. Niemal każda porcja nowości przynosi chociaż jedną taką ekspozycję. A ta wrześniowa, pośród ośmiu premier, daje nam aż trzy solowe petardy. Nad każdą z nich warto się pochylić, nad niektórymi nawet zawyć z zachwytu.

W ujęciu personalnym czekają dziś na nas Argentynka dobrze czująca się w każdej części świata, Amerykanin, który lubi Europę (na dniach będzie tu koncertował, także w poznańskim Dragonie!) oraz inny Amerykanin, od dawna lewitujący w Szwecji. So, everything you want, one world it’s enough for all of us!



 

Solo Cello

Violeta Garcia swój drugi solowy album podzieliła aż na piętnaście części. Improwizacje od niepełnych dwóch minut, po te, które nie trwają pięciu. Świetna dramaturgia, niezliczone metody wydobywania dźwięków z wiolonczeli ostro zakończonym smyczkiem, niebywały temperament i to coś w tembrze jej instrumentu, co sprawia, że do nagrań chcemy wracać ledwie po kilku sekundach od zakończenia odsłuchu Fobii!

Argentynka zaczyna z naprawdę wysokiego C! Na początek akustyczny dark ambient uformowany w gigantyczne crescendo, niepozbawione brudnych fraz, przypominające krzyk rozpaczy. Druga opowieść na zasadzie kontrastu – frywolne, post-barokowe podskoki, taniec na strunach, które systematycznie gubią melodykę. W trzeciej odsłonie artystka wyraźnie pokazuje, że wszelkie metody preparacji instrumentu ma opanowane do perfekcji. Uwielbia ugniatać struny i czyni to z wyjątkową konsekwencją. Zaraz potem przenosimy się do małego zakładu mechanicznego, by już po chwili wygodnie rozsiąść się w fotelu, czekając na najdłuższą na płycie improwizację. Ta rodzi się z ciszy i odgłosów martwego powietrza. Najpierw preparacje z samego dna, potem podskoki po zroszonej deszczem łące, także garść śpiewu i lamentów. Mamy wrażenie, które jeszcze powróci, iż artystka gra nam tu kilka wątków jednocześnie. Czy czyni to wszystko live, niech pozostanie jej słodką tajemnicą. Szósta narracja wydaje się wyjątkowo nerwowa, choć wiolonczelistka ledwie ślizga się smyczkiem po mokrych strunach. Tuż potem kolejna dłuższa wypowiedź. Pierwsze, post-barokowe frazy idą ku nam z głębokiej krypty. Dźwięki nabierają brudu w szprychy i zaczynają się intrygująco kołysać, szukając rezonansu pomiędzy strunami. Z kolei ósma improwizacja prowadzona jest w wartkim tempie - zagotowany smyczek dość szybko wpada tu w spazmy, a całość zionie niemal rockowymi emocjami.

W kolejnych częściach Violeta rzuca nami od ściany do ściany, a stylistykę zmienia niczym rękawiczki. Najpierw konwulsyjne zgrzyty i smyczek, który klinuje się pomiędzy strunami - wszystko realizowane w naprawdę dobrym tempie. Potem, dla oddechu, garść minimalistycznych preparacji niemal całkowicie pozbawianych warstwy dźwiękowej. W jedenastej części dzika swawola – dużo dźwięków, a nawet hałasu! Wiolonczela piszczy tu niczym stado gołębi. Część kolejna przypomina długie, posuwiste ruchy pędzlem, które nabierają siarczystości z każdym powtórzeniem. W części trzynastej wracamy do zakładu mechanicznego – pracują śrubokręty, szlifierki i wiertarki. Zaraz potem urokliwa plama post-baroku, tu niemal z kwasowym posmakiem. Zawieszone w czasie melodie i brudne frazy, które czają się za rogiem. A w tym tyglu zdarzeń nawet nie zauważamy, że przed nami ostatnia improwizacja… Tu powraca mroczny ambient, jaki znamy z początku albumu. Tym razem płynie jednak dość melodyjną strugą. Definitywnie słyszymy kilka wątków. Wspaniały finał imponującej płyty wieńczy głos artystki, który ucieka w śmiertelny pogłos i odnajduje finałową ciszę.



 

Solo Alto

Nowy, solowy album Chrisa Pitsiokosa rozmiar ma winylowy, a w ujęciu dramaturgicznym opiera się na dwóch długich improwizacjach (w sumie prawie 24 minuty), które uzupełniają trzy średniej długości (około 4 minuty każda) i trzy miniatury. Emocje skondensowane zdają się być w tych najdłuższych, te zaś krótsze stanowić mogą asumpt do dyskusji o granicach tzw. rozszerzonych technik wydobywania dźwięku z instrumentu dętego drewnianego. Reasumując wszakże, nudy nie uświadczymy tu w żadnym z wariantów.

Album Sztuki Altu otwiera kilkunastominutowa improwizacja. Początek wydaje się być istotnie konceptualny. Muzyk parska gorącym powietrzem z tuby, która być może jest czymś pozatykana. Owe parsknięcia przedziela plastrami ciszy, które z czasem stają się coraz krótsze. Chris definitywnie szuka wysokich fraz nabierając przy tym pewnej rytmicznej poświaty. Narracja przypomina ptasią konferencję, zorganizowaną na zgliszczach elektrowni atomowej w Czarnobylu. Artysta nie idzie jednak na całość, zdecydowanie dozuje nam emocje. Wpada w oddech cyrkulacyjny, a efektowne otwarcie albumu kończy w oparach gęstego mroku. Kolejne epizody są dość krótkie. Najpierw flow przypomina modulowaną syrenę alarmową, a muzyk znów poszukuje wysokich rejestrów. W kolejnej części jego saksofon drży, wydaje z siebie cyrkulacyjne, brudne zaśpiewy, by po chwili prychać i rytmicznie stukać dyszami.

Piąta opowieść trwa prawie dziesięć minut. Na starcie zdaje się być przedłużeniem poprzedniczki, która zaintonowała rytmiczne prychanie. Muzyk cedzi nam drobne melodie i efektownie podryguje. Szuka inspiracji w każdym podmuchu gorącego powietrza, łapie dynamikę w płuca. Charczy, pokrzykuje, sprzęga się sam ze sobą, parska energią na prawo i lewo. Na zakończenie skrzeczy, niczym kuropatwa w locie opadającym. Ostatnie trzy improwizacje udanie podsumowują ten smakowity incydent solowy. W szóstej części tuba altu wydaje się być pozatykana brudnymi szmatami. Muzyk charczy niczym gruźlik, głęboko oddycha, boleśnie walczy z materią instrumentu. W siódmej stawia na hałas. Lekki, znów jakby ptasi, zaskakująco dotkliwy fonicznie. W finałowej zaś opowieści proponuje nam dronowe śpiewanie na odchodne. Martwa ballada pełna jest urokliwego zgiełku. Najpierw zdaje się powstawać w głębokiej krypcie, potem łapie jednak kontakt ze świeżym powietrzem.



 

Solo Guitar

Gitarzyści to taka grupa zawodowa, pośród której każdy chciałby brzmieć inaczej. Z perspektywy miłośnika muzyki improwizowanej, trzeba zauważyć, iż niewielu dostępuje tego zaszczytu. Jon Lipscomb należy wszakże do tych błyskotliwych szarpidrutów, którym udaje się być naprawdę oryginalnym w skończonej liczbie przypadków. Nie stosuje jakiś wymyślnych metod, ani skomplikowanych urządzeń. Dobrze pracuje na gitarowych pick-upach, ma sporo wyobraźni i bezczelność naprawdę wyśmienitego improwizatora. Jego solowa ekspozycja na gitarę elektryczną to niemal same konkrety. Bezwzględnie warto im się przysłuchać.

Swój studyjny koncert zaczyna spokojnie, ale z dużą swobodą. Skacze po strunach, delikatnie pracuje na przetwornikach, jakby szukał prądu większej mocy, jakby chciał odkryć roponośne złoża. Dość szybko odnajduje ślady rockowej ekspresji i dobrej dynamiki. W drugiej odsłonie nadal zwinnie przemieszcza się po strunach, ale wszystko zdaje się czynić nieco wolnej i precyzyjniej. Przyciska struny do gryfu i szuka matowego brzmienia. Raz za razem spod jego palców wydobywają się jednak siarczyste riffy, jakby mimochodem, coś w rodzaju wypadku przy pracy. W kolejnej części Jon pokazuje, iż fussion jazzowa ornamentyka, to także jego terytorium działania. Kierunek wydaje ciekawy, ale dubowe zakręty i sprzężenia jeszcze ciekawsze.

Kolejne trzy improwizacje są bardziej rozbudowane. Czwarta zaczyna się w klimatach post-jazzowych, ale muzyk dość szybko zmienia optykę działania. Płynie strugą dźwięków niemal akustycznych, generowanych za gitarowym progiem, nabiera pokracznej, ale jakże efektownej dynamiki. Brnie do przodu sycąc narrację ciągłymi zmianami, które podpowiadają rozgrzane pick-upy. Piąta improwizacja nie jest może zbyt długa, ale silnie naładowana rockowymi dekonstrukcjami, bliskimi estetyce Eddie Van Halena. Gitara tryska tu fuzzem i wrze. Finałowa improwizacja trwa prawie dziesięć minut i zdaje się być bardzo udaną reasumpcją płyty. Od startu tempo jest niezłe, muzyk stawia na wysoką technikę użytkową i jak zawsze bujną wyobraźnię. Improwizacja ma tu rockową skórę i post-jazzowe owłosienie. Z jednej strony uśmiecha się Hendrix, z drugiej armia gitarzystów najlepszej epoki fussion. I tu artysta stawia na ciągłe zmiany – zionie ogniem i jednocześnie zagląda do wnętrza gitary. Pracuje z mocą, ale bywa też onirycznie balladowy.

 

Violeta Garcia Fobia. Nagrane w Las Gracias, Argentyna, 2020. Piętnaście improwizacji na wiolonczelę, 39 minut.

Chris Pitsiokos Art of the Alto. Nagrane w GSI Studios, Nowy Jork, styczeń 2022. Osiem improwizacji na saksofon altowy, 41 minut.

Jon Lipscomb Conscious Without Function. Nagrane w Moriska Paviljongen, Malmö, czas nieznany. Sześć improwizacji na gitarę elektryczną, 37 minut.

 

 

piątek, 10 czerwca 2022

The Relative Pitch’ new outfit: Child Of Illusion! Geometry of Trees! Voutchkova & Bordreuil! Grimal! Koketsu! Fluke-Mogul!


Zgodnie z zapowiedzią sprzed kilka dni, zapraszamy na szybki overview kolejnych nowości amerykańskiego labelu Relative Pitch Records. W dzisiejszym zestawie trio, kwartet, duet i aż trzy płyty solowe autorstwa zarówno muzyków uznanych w historii gatunku, jak i tych, których dane personalne zapisujemy w naszych podręcznych kajetach po raz pierwszy.

Jak to często bywa w katalogu RPR, na nowych albumach odnajdujemy sporo wątków kameralistycznych. Jedne bywają rozszarpywane free jazzowymi emocjami, inne uciekają niekiedy w minimalistyczną muzykę współczesną, a jeszcze inne nie stronią od eksperymentów brzmieniowych i naszych ulubionych dźwięków preparowanych, które zwykliśmy czasami nazywać fake sounds. W podgrupie zaś płyt solowych napotykamy sporo wykwintnej improwizacji, także dobrze radzącej sobie w obrębie nieco czystszego frazowania. Aż chciałoby się rzec: dla każdego coś miłego, ale nie przesadzajmy z tego typu metaforyką, wszak wciąż płyniemy gęstą strugą prawdziwie improwizowanych dźwięków.

 


Khimaira by Child of Illusion (CD)

Khimaira, Sztokholm, czerwiec 2018: Chris Pitsiokos – saksofon altowy, Susana Santos Silva – trąbka, Torbjörn Zetterberg – kontrabas. Jedna improwizacja, 42 minuty.

Druga już wspólna płyta w dorobku Amerykanina, Portugalki i Szweda zdaje się świetnie konsumować wszystkie cechy, jakimi w preambule tej zbiorówki określiliśmy nagrania pochodzące z RPR. Zatem sporo kameralnej zadumy i skupienia, pokaźne pokłady free jazzowych emocji, czasami zmysłowo tłumionych, wreszcie kilka garści dźwięków preparowanych, głównie ze strony trębaczki. I jak to na nagraniu koncertowym bywa, w każdym zakamarku sceny kryje się jakaś brzmieniowa niespodzianka.

Początek nagrania przypomina dramaturgiczny koncept. Krótkie frazy, sporo ciszy i cierpliwe oczekiwanie na ciąg dalszy. Usytuowany po środku kontrabas dość szybko bierze się za porządkowanie sytuacji scenicznej i zaczyna raz za razem rozdawać karty. Pięknie frazuje smyczkiem, zabierając całe trio w zakamarki ciszy i budując napięcie filigranowymi ruchami. Tak czyni choćby w okolicach 20 minuty, a jeszcze efektowniej w okolicach 30 minuty. W pierwszej fazie koncertu częściej pracuje w trybie pizzicato i syci wtedy opowieść garściami post-jazzu. Saksofon i trąbka posadowione na flankach często wchodzą w kontekst udanych interakcji, aczkolwiek prawdziwy ogień rozsadza im serca bodaj raz, mniej więcej po upływie kwadransa. Dodajmy jeszcze, iż pióro recenzenta zadrżało także w okolicach 26-28 minuty, gdy wszyscy muzycy udanie formowali swoje strumienie dźwiękowe w drony. Wreszcie samo zakończenie koncertu, definitywnie ponadgatunkowe. Muzycy, mimo podążania w kierunku balladowej finalizacji, niespodziewanie wspinają na kolejny ekspresyjny szczyt, udanie wieńcząc to niezwykle wartościowe spotkanie we troje.

 


Geometry of Trees by Reid, Kitamura, Bynum, Morris (CD)

Firehouse 12 Studios, New Haven, lipiec 2021: Tomeka Reid – wiolonczela, Kyoko Kitamura – głos, Taylor Ho Bynum – kornet, Joe Morris – gitara. Osiem improwizacji, 64 minuty z sekundami.

Amerykański kwartet, po części o delikatnie zarysowanych korzeniach azjatyckich, zabiera nas w najdłuższą podróż spośród tych, nad którymi dziś się pochylamy. Buduje swoją opowieść z drobiazgów, częściej stawiając na zaniechanie niż zagranie zbędnego dźwięku, na ogół płynie swobodnym, dalece post-kameralnym strumieniem. W niektórych momentach sięga też po atrybuty bardziej jazzowe (szczególnie wokalistka), a wtedy wyobraźnia recenzenta widzi już edytorski nóż, który ponadgodzinną, bardzo dobrą płytę przycina do trwającej mniej więcej trzy kwadranse płyty doskonałej.

Po kilkudziesięciosekundowym, dziarskim wstępie artyści zagłębiają się w zmysłowej, minimalistycznej kameralistyce. Z rozwagą budują dramaturgię, raz za razem serwują nam brzmieniowe subtelności, a w trzeciej części nie szczędzą nam także smakowitych preparacji, szczególnie smyczkowych. Powolna, zrównoważona, bardzo demokratycznie kreowana improwizacja w czwartej i piątej części, które trwają łącznie niemal 25 minut, czyni jednak wiele, by nasz poziom entuzjazmu dla dokonań kwartetu delikatnie osłabł. Z jednej strony muzykom brakuje wigoru i emocji, z drugiej - szczególnie trębacz i wokalistka - zbyt często zagłębiają się w jazzie, nie kreując przy tym inspiracji do ciekawych interakcji ze strony partnerów. Szczęśliwie ostatnie trzy improwizacje dużo nam rekompensują. Ta szósta jest lekka, swobodna, ale zaczepna, bogato instrumentalizowana, a na finał gasnąca przy intrygującej powłoce rytmicznej. Siódma z kolei ma ciekawą konstrukcję. Niemal w połowie składa się z incydentów solowych (trąbka, gitara, wiolonczela - każdy muzyków nie trwoni tu choćby sekundy!), by po powrocie do formuły kwartetowej zaskoczyć nas kilkoma doprawdy ognistymi frazami. Finałowa improwizacja studzi nasze emocje niemal wyłącznie udanymi frazami. Wreszcie z gardła wokalistki słyszymy coś więcej, niż śpiew, czy jazzowe schematy, a samo zakończenie zmysłowo tonie w mrocznych, długo wybrzmiewających dźwiękach.

 


The Seventh Water by Biliana Voutchkova & Leila Bordreuil (DL)

Werkhalle/ Wiesenburg, Berlin, sierpień 2021: Biliana Voutchkova – skrzypce, Leila Bordreuil – wiolonczela. Cztery improwizacje, 35 minut z sekundami.

Kolejna propozycja w dzisiejszym zestawie także jest nad wyraz kameralna, ale zdaje się, że jedynie w wymiarze personalnym. Dwa instrumenty strunowe tym razem zabierają nas do świata dźwięków preparowanych, mechanicznych, ale nieustannie pięknych, wciągających nas najdłuższymi smyczkami świata wprost do mrocznej jaskini zaskakujących wydarzeń fonicznych. I co być może najważniejsze, na tle prezentowanych nowości, improwizacje Biliany i Leili pozbawione są choćby jednego zbędnego dźwięku. Tylko dobre pomysły, tylko zmyślne rozwiązania i pewna dramaturgiczna wstrzemięźliwość.

Początek stawia nas ostro do pionu – to gęste, siarczyście brzmiące drony, będące skutkiem masywnego szorowania strun tłustymi smyczkami. Długie lub bardzo długie frazy, niektóre pulsują, inne skomlą o łyk wody. Dla przeciwwagi druga, dość krótka improwizacja stawia na lekkość, pewną frywolność. Dźwięki przypominają nerwowo podskakujące owady, które plądrują łąkę z wiosennych słodyczy. Wszystko w dość molowym nastroju, z czasem nabiera psychodelicznego humoru. Prawdziwe cuda zaczynają się w trakcie trzeciej, najdłuższej opowieści. Z mroku suną do nas szmery, coraz bardziej soczyste szumy, które po kilku pętlach zaczynają nabierać dźwiękowej powłoki. Coś gwiżdże, coś śpiewa przez zaciśnięte zęby. Rozciągnięte w czasie frazy bywają tu delikatne, a cisza czai się za rogiem niczym zły szeląg. Pod koniec flow całkowicie pogrąża się w mroku akustycznego ambientu. Dopiero na ostatniej prostej artystki decydują się na efektowne spiętrzenie o post-industrialnym posmaku. Z kolei finałowa improwizacja stawia na niespodzianki. Tu pracują nie tylko struny, ale i pudła rezonansowe. Dźwięki sprawiają wrażenie, jakby płynęły z zatopionego gamelanu. Najpierw opowieść narasta, potem uroczo przygasa do pojedynczej frazy. Plejada szmerów i smukłych ćwierć-melodii prowadzi na finałowe wzniesienie, które obfituje w całkiem zadziorne interakcje.

 


Refuge by Alexandra Grimal (CD)

Castle of Chambord, Francja (?), wrzesień 2020: Alexandra Grimal – saksofon sopranowy. Osiem improwizacji, 53 minuty.

W przeciwieństwie do płyty poprzedniej, solowa propozycja francuskiej saksofonistki miewa kilka momentów, które zwinne ręce edytora mogłyby wysłać w wieczny niebyt, ale i tak śmiało możemy skonstatować, iż sopranowa przygoda w akustycznych przestrzeniach zamkowych zdecydowanie stanowić winna mocny punkt artystycznego portfolio Alexandry. Co ciekawe, owe chwile dramaturgicznego zawahania recenzent dostrzega w krótszych, końcowych improwizacjach, a to, co najlepsze na albumie odnajduje w dwóch pierwszych odsłonach, szczególnie w trakcie drugiej improwizacji, trwającej ponad kwadrans.

Pierwsza improwizacja otwierać mogłaby awangardowy festiwal muzyki barokowej. Lekka, swobodna narracja, niepozbawiona znamion melodyjności, czy wręcz taneczności, kilka garści melancholii, szczypta suspensu i udane poszukiwanie oddechu cyrkulacyjnego. Grimal nie jest w tej ostatniej kategorii długodystansowcem, lubi zasłuchiwać się w ciszy i szukać gęstego echa własnych pomysłów dramaturgicznych, na ogół bardziej niż udanych. Druga odsłona Refuge, to zaiste perła w zestawie. Artystka porzuca prostsze frazy, tapla się w mroku, pełno wokół niej ciszy. Jej saksofon nie śpiewa, bardziej szumi, mruży oczy i artykułuje wyłącznie suchymi sylabami. Muzyka przypomina wiatr o poranku, niekończącą się mantrę wyczekiwania na nową sekwencję dramatyczną. W kolejnych improwizacjach/ kompozycjach Francuzka powraca do czystych dźwięków. Jej narracja zdaje się przypominać soundtrack do spektaklu baletowego. W czwartej części pomysł opiera się na graniu jednej, maksymalnie dwóch fraz i pogrążaniu się w ciszy. Roztańczone obłoki dźwięków, grane na palcach długimi, czasami zmęczonymi oddechami, utrzymywanymi w ryzach koncepcji narracyjnej. W przedostatniej części opowieść zdaje się mieć nieco więcej życia, pewną ulotną dynamikę. Finałowa narracja, znów budowana raczej krótkimi frazami, pozwala, by cisza rządziła sceną, ale też uwalnia pokłady post-barokowej urody, którymi Grimal bogaciła swój pierwszy utwór na płycie.

 


Fukiya by Masayo Koketsu (CD)

St-robo, Tokyo, Japonia, listopad 2021: Masayo Koketsu – saksofon altowy. Jedna improwizacja, 46 i pół minuty.

Porzucamy kameralne klimaty i sięgamy po free jazz! Japońska saksofonistka proponuje nam spektakl trwający ponad trzy kwadranse, w trakcie którego prezentuje bardzo szerokie spektrum możliwości generowania altowych strumieni dźwiękowych. Artystka częściej wszakże stawia na emocje niż sonorystyczne eksperymenty, czy też dźwięki preparowane. Podaje nam wszystko w jednym, długim secie, często korzysta z ciszy pomiędzy frazami, ale w ujęciu długodystansowym bywa, iż nie w każdym momencie jest nas w stanie przekonać do swojej koncepcji artystycznej. Nade wszystko jednak Koketsu bardzo często przypomina nam szorstkim, acz melodyjnym tembrem swojego altu … samego Petera Brötzmanna, i niech to pozostanie dla niej największym komplementem płynącym z tych kilku zdań recenzji.

Na starcie Masayo serwuje nam długie, chwilami ogniste frazy, które przedziela wątłymi plastrami ciszy. Raz jej alt przypomina silnik elektryczny, innym razy mały świder, czasami charczy, czasami piszczy, bywa też, że szumi i głęboko oddycha. Pełne portfolio możliwości i technik wydobywania dźwięków! Emocje przypominają tu na ogół wzburzony ocean, czasami jednak dygoczą z zimna, niczym wystudzony staw rybny. A wszystko artystka podaje nam tembrem pełnym wewnętrznej, czasami zadziornej melodyki, jakże bliskiej estetyce niemieckiego mistrza free jazzu. Tuż przed upływem pierwszego kwadransa saksofonistka łyka większą porcję ciszy i zaczyna pracować nieco delikatniej, często efektownie szumiąc. W dalszej fazie narracji bywa, że nieco eksperymentuje z brzmieniem, ale raczej nie dąży do umieszczania czegokolwiek w tubie i ścigania się z mistrzami rozszerzonych technik gry. W kolejnych etapach spektaklu mamy ciekawą formułę grania naprzemiennie dźwięków delikatnych i niezwykle ostrych, kilka podejść pod frazy preparowane, aż wreszcie, w trackie długiego zakończenia, napotykamy na niezmierzone strumienie zmysłowych, post-brotzmannowskich kołysanek.

 


Love Songs by Gabby Fluke-Mogul (CD)

GSI Studios, Manhattan, Nowy Jork, lipiec 2021: Gabby Fluke-Mogul – skrzypce. Siedemnaście kompozycji dla improwizacji, 36 minut.

Ostatnia z omawianych dziś nowości łączy w sobie wiele dobrych cech, jakie zaobserwowaliśmy w trakcie odsłuchu poprzednich płyt. Jest na swój sposób kameralna, choć zionie czasami ogniem niczym dobry free jazz, jest pełna niekłamanych emocji, ale bardzo zwarta w formie (nieprzegadana choćby przez ułamek sekundy), wreszcie świetnie dawkuje nam kolejne porcje ekspresji, nie zapominając przy tym o zgrabnej formie dramaturgicznej. To siedemnaście szalonych opowieści na gotujące się skrzypce, czasami wsparte pomrukami, czy nawet okrzykami samej artystki, której moc płynąca z rozgrzanych strun nie zawsze wystarcza do pełnej realizacji twórczej. 

W pierwszej improwizacji artystka prezentuje bardzo suche, płaskie brzmienie, jakby dźwięki skrzypiec zbierał jeden monofoniczny mikrofon. Ale już po kilka obrotach wokół własnej osi Gabby wpada w kompulsywne preparacje i zaczyna maltretować struny. Taka formuła krótkich, trwających niekiedy mniej niż dwie minuty opowieści, będzie jej towarzyszyła praktycznie w każdej impro-kompozycji. Skrzypaczka jednak nie popada w przesadę, nie dąży do budowania ściany dźwięku, cały czas z tył głowy zdaje się mieć artystyczny zamysł, by słuchacza zaintrygować, a nie zamęczyć. W kolejnych częściach pojawiają się akcenty folkowe, ale to znów jedynie dane na wejściu, które z czasem płoną złotym ogniem niebywałych wybuchów ekspresji. Przy okazji artystce nie można odmówić niemal wirtuozerskich umiejętności gry na skrzypcach. Bez trudu jest w stanie zwiększyć tempo narracji o kilkaset procent, równie efektownie zahamować i skończyć furiacką eksplozję ledwie jednym, subtelnym dźwiękiem. Potrafi kąsać niemal rockową ekspresję (choćby dziewiąta Love Song). Struny pod naporem jej kreatywności często niemal umierają, by po ułamku sekundy hasać po łące niczym pasikonik. Jedenasta cześć najpierw przypomina jęki konającego, po chwili brzmi niczym wrzask uzdrowiciela. Potem artystka zdaje się nieco wyciszać swoje buchające emocje, stawia na minimalizm, dba o niuanse brzmieniowe. Na finał jednak napina mięśnie na wdechu, po czym efektownie parska ogniem. What a game!



 

piątek, 30 lipca 2021

Steve Noble & Farida Amadou in three trio dances with Chris Pitsiokos, Alex Ward and Yoni Silver!


Takuroku, to sublabel wydawniczy londyńskiego klubu Café Oto, prezentujący muzykę dostępną jedynie w plikach elektronicznych, których sprzedaż zasila bezpośrednio budżet klubu, walczącego jak wszyscy w branży z dolegliwościami pandemicznego lockdownu, tudzież, na obecnym etapie, znacznego ograniczenia swojej typowej aktywności koncertowej. Całkiem niedawno śledziliśmy na tych łamach solową płytę Biliany Voutchkovej, udostępnioną światu właśnie przez tego wydawcę.

Dziś zapraszamy na doprawdy ekscytujący tryptyk koncertowy, jaki miał miejsce w maju 2018 roku. Jedna z legend brytyjskiej free jazzowej perkusji Steve Noble oraz młoda, ale już świetnie rozpoznawalna belgijska basistka (elektryczna!) Farida Amadou zagrali w tymże czasie trzy fantastyczne koncerty, do każdego zapraszając innego muzyka. Powstały trzy nagrania zatytułowane Space – pierwsze (1) z amerykańskim saksofonistą Chrisem Pitsiokosem, drugie (11) z brytyjskim multiinstrumentalistą Alexem Wardem, tu grającym wyłącznie na klarnecie, wreszcie trzeci (111) z kolejnym przedstawicielem rodzimej sceny improwizowanej, klarnecistą basowym, Yoni Silverem.

Zapraszamy do poznania zawartości tych trzech elektronicznych albumów. Jeśli wydacie skromne sześć funciaków możecie wejść w posiadanie jednego z tych albumów, a przy okazji wesprzeć Cafe Oto w jej codziennym znoju klubowej egzystencji.

 


Space 1

Zaczynamy od definitywnie free jazzowej przebieżki, której ważnym elementem energetycznym jest alcista Chris Pitsiokos. Pierwsze trio zagrało dla nas dwa sety, które trwały łącznie 37 minut.

Zgodnie z anonsem koncert zaczyna się bardzo konkretnym zestawem dźwięków. Masywny bas, roztańczony, ale agresywny saksofon i perkusja w pełnym rynsztunku – ocean emocji i artystycznej brawury. Doskonała technika alcisty zdaje się być od startu efektownie wyeksponowana. Muzyk nie stawia na subtelności brzmienia, jego przekaz jest prosty, ale wyjątkowo wartościowy – instrument śpiewa, charczy, skrzeczy, ale nie ustaje w budowaniu bardzo dynamicznej narracji. Praca basu i perkusji rwie nam trzewia i fantastycznie dopełnia obrazu całości. Po bystrym wyhamowaniu muzycy proponują nam garść brzmieniowych niuansów, ale by wejść definitywnie w fazę rezonujących preparacji muszą zatrzymać się raz jeszcze, tu nawet z kilkoma sekundami przerwy na wzięcie oddechu przez saksofonistę. To trio zdaje się jednak nie być nadmiernie cierpliwie. Kolejny restart budują już po chwili i być może czynią to w sposób najlepszy z możliwych. Bas najpierw stawia stemple niemal hc-punkowych przełomów, potem sięga po preparacje, tudzież rytmiczne burknięcia. Z kolei perkusja najpierw daje tempo, potem efektownie rezonuje wilgotnymi talerzami. Tymczasem alt kwili jak sroczka i czeka na moment, by zadąć w róg z szelmowskim zacięciem. Muzycy brną na finałowy szczyt pełni zadziornych, niemal prowokacyjnych fraz. Gdy stają na szczycie, uśmiech nie znika z ich twarzy.

Drugi set w swej początkowej fazie wydaje się być pewnego rodzaju wypoczynkiem. Gra na małe pola, zwinne pytanie i serdeczne odpowiedzi. Potem trochę przepychanek z basem, który szuka dramaturgicznych pętli i okazji do figli. Właściwa tym muzykom dynamika rodzi się pod batutą drummera. Noble dusi na gaz i z punkową degresją wypuszcza trio na łowy! Efektowny, niemal ognisty lot kończy się równie spektakularnie w obłokach mglistego rezonansu talerzy, których dźwięk pięknie imituje saksofon. Muzycy wchodzą bez szwanku w fazę preparowania dźwięków, słania zalotnych meta melodii i wyczekiwania na to, co przyniesie najbliższa przyszłość. Alt parska i podśpiewuje, tymczasem bas zaczyna szukać tempa pomiędzy grubymi strunami. Finałowa część koncertu upstrzona jest drummerskimi fajerwerkami, cmokaniem altu i basowymi dywagacjami. Koniec nadchodzi szybko, na pewno zbyt szybko.

 


Space 11

Trzy sety zagrane w towarzystwie Alexa Warda (tym razem grającego jedynie na klarnecie) zdają się budować swoją wysoką jakość niemal każdym rozgrywanym dźwiękiem. Każdemu z tych setów możemy też przypisać podtytuł, który podkreśla walory emocjonalne dominujące w trakcie improwizacji: zatem mamy Fazę Mroku, Fazę Ognia, a potem Fazę Królestwa Klarnetu. Wszystkie one razem wzięte trwają 58 minut z sekundami.

Muzycy tkają początkową część seta z niemal samych drobiazgów, pracują rezonansem i skromnymi preparacjami. Na nieco ostrzejsze frazy, pierwsze oznaki dramaturgicznego wigoru, tudzież dźwięki bardziej typowe dla perkusji, pozwalają sobie dopiero po kilku minutach. Ale ta opowieść nie ma zamiaru nabierać bardziej ekspresyjnego wymiaru. Artystów dopada wręcz jakiś smutek, pewien bezwład. Głęboko oddychają, a sam klarnet na dłuższą chwilę milknie. Gdy wraca, klimat improwizacji staje się jeszcze bardziej mroczny, dronowo-ambientowy, pełen delikatnych brzmień dzwonków, drżącego basu i klarnetowych lamentów. Dopiero na sam koniec ponad 20-minutowego seta klarnet stawia na bardziej śpiewne frazy i budzi całe trio do niezobowiązującego półgalopu, nie bez adekwatnej do sytuacji dynamiki.

Drugi set zaczyna się jak pierwszy, ale od startu budowany jest z pewną nerwowością, z frazami granymi ze zniecierpliwieniem. Pracuje perkusja, klarnet brzmi bardzo chropowato, a frazy basu zdają się mieć rockowy nerw. Muzycy dość szybko osiągają tu fazę galopu, a gdy zwalniają, natychmiast przenoszą się do zakładu szlifierskiego i serwują nam wyjątkowo urokliwe dźwięki. I tu zachowania muzyków przesycone są skrywanymi emocjami. Po kilku chwilach narracja w dalece efektowny sposób wchodzi w tryb bardzo dynamiczny i zaczyna zionąć ogniem na prawo i lewo. Ekspresja muzyków jest jednak nieco inaczej ukierunkowana – klarnet skacze do nieba, perkusja i bas zanurzają się w mroku piekła. Kolejne wyhamowanie jeszcze piękniejsze – martwy rezonans, głucha cisza, delikatne popiskiwania. Z tego tygla zła wyłania się po czasie klarneci śpiew o poranku, który wieńczy jakże zmysłowy set drugi, niemal 24-minutowy.

Trzeci, 13-minutowy set jest już spektakularnym popisem klarnecisty. Jego instrument zdaje się tańczyć na zgliszczach perkusyjnych preparacji i basowych podrygów. Narracja jest ciasna, dodatkowo zdobiona perkusyjnymi frazami budowanymi na ciekawej dynamice. Po niedługiej chwili klarnet zaczyna wić się jak wąż w chmurze dronów i rezonujących elementów zestawu perkusyjnego. Narracja traci intensywność i tempo, ale jeszcze zyskuje na urodzie. Po fazie mrocznych dywagacji klarnet buduje kolejne fantastyczne expo, które wspierane meta rytmem basu i perkusji doprowadza trio do szczęśliwego końca koncertu.



Space 111

Trzeci epizod omawianego dziś tryptyku Steve’a Noble’a i Faridy Amadou, to także spotkanie z klarnetem, tym razem jednak basowym, który dzierży w dłoniach Yoni Silver. Ponownie trzy sety, które znów recenzent opatrzył podtytułami: Set Słońca, Set Księżyca i Set Poranka. Odsłuch całości zajmie nam 52 minuty.

Muzycy od pierwszego dźwięku próbują pokazać nam, na co ich stać! Perkusja i bas rysują naprzemiennie twarde i miękkie frazy, a rozwydrzony, delikatnie preparowany klarnet basowy ryje bruzdy – wszyscy zaś pracują równomiernie i intensywnie. Bas masywny, ale jednocześnie po kobiecemu, wrażliwy na niuanse brzmieniowe, perkusja wielowymiarowa, preparowana, ale z krwi i kości, wreszcie nerwowy klarnet, który świetnie radzi sobie zarówno w sytuacjach wysoce ekspresyjnych, jak i w mrokach ekstremalnie tłumionych emocji. Jak przystało na stylową improwizację, flow najpierw sięga szczytu, potem pięknie tapla się w błocie. Muzyka wydaje się być oceanicznym sztormem, by po chwili przypominać letni wietrzyk od ciepłego morza. Na finał pierwszego, najdłuższego seta wszystkie instrumenty brzmią perkusyjnie, tworząc urokliwy, drum’n’bass’owy lej dźwięków.

Kolejny set otwiera ekspozycja solowa klarnetu basowego, budowana na jednym oddechu. Po chwili pojawia się drobny rytm basu i rezonujące talerze. Dźwięki płyną ochoczo i łączą się w jeden strumień fonii, który zaczyna smakować metaloplastyką. Zaraz potem artyści szukają ciszy i szeleszczą nie tylko szczoteczkami drummerskimi. Raz przypominają zakład szlifierski, innym razem wulkanizacyjny. Tykają jak zegar z kukułką, płyną po dnie, jak węgorze, skaczą do nieba i śpiewają, niczym skowroneczki. Ów festiwal dźwiękowych niespodzianek kończą na ekstremalnym spowolnieniu, brzmiąc onirycznie, pulsując medytacyjnie.

Last episode budzi do życia stygnący z emocji drumming. Obok lamentuje klarnet basowy, a basówka snuje efektowne mikro pasaże. Trio szuka dynamiki, ale wciąż tkwi w dramaturgicznym suspensie. Muzycy wolą lewitować niż pójść w dynamiczne tango. W drugiej połowie najkrótszego seta w końcu pozwalają sobie na drobną stymulację. Moc idzie ze strony perkusji, a sam finał koncertu śmiało możemy określić mianem free jazzowego peaku, pięknie zdobionego doskonałymi frazami dużego klarnetu.


Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań



środa, 19 grudnia 2018

Lencastre! Ikizukuri! Child Of Illusion! Autoschediasm! Reviriego! Hati & Piernik! Lines Of Flux! Kurek! Voutchkova! Schindler! The December's walk to the future!


Drodzy Czytelnicy, podsumowania najlepszych płyt mijającego roku 2018 oczekujcie, jak to mamy w zwyczaju, dokładnie w ostatnim dniu roku. Dziś uchylić możemy jedynie rąbka tajemnicy i na ucho wyszeptać, iż wyróżnionych płyt będzie tym razem … prawdopodobnie aż czterdzieści cztery.

Wszakże nowych płyt z muzyką improwizowaną ciągle przybywa, zatem w ramach przygotowań do rocznego resume, prezentujemy poniżej pokaźną zbiorówkę świeżych recenzji. Pierwsza jej część będzie silnie osadzona na naszym ulubionym półwyspie Iberyjskim, druga zaś zaakcentuje polski świat improwizacji, nie unikając wątków z państw ościennych.




José Lencastre Nau Quartet  ‎Eudaimonia  (FMR Records, CD 2018) ‎

Grudniowy spacer rozpoczynamy w Lizbonie (Timbuktu Studios). Przy instrumentach meldują się: José Lencastre – saksofon altowy, Hernani Faustino – kontrabas, Rodrigo Pinheiro – fortepian i João Lencastre – perkusja. Odsłuch sześcioczęściowej opowieści, która powstała w kwietniu br., zajmie nam trzy kwadranse.

Nau Quartet, pod światłym przewodnictwem portugalskiego saksofonisty wciąż młodego pokolenia, zabiera nas w podróż do samego środka wysokogatunkowego jazzu, który śmiało możemy określić mianem bardzo swobodnego, dla którego bazą wszelkich działań artystycznych jest improwizacja. A duch Johna Coltrane’a nie opuści nas choćby na moment.

Pierwszą połowę płyty wypełnia rodzaj rozbudowanej suity (w dwóch częściach), która startuje z poziomu ciszy (z głębi piana, z dna tuby, delikatnie, w pełnym skupieniu), by w drodze kilku spektakularnych zwrotów akcji, osiągnąć stan free jazzowej ekstazy. Niczym przywoływanie ducha wielkich przodków, prekursorów gatunku, w tym także tego największego. Swoisty powrót do korzeni, do duchowego rdzenia wolnego jazzu. Proces ten realizowany jest przez bardzo demokratyczny kwartet, w którym saksofonista, od czasu do czasu, świadomie schodzi na dalszy plan. Bardzo skupiony narrator, który równie często opowiada w pierwszej, jak i trzeciej osobie. Konsekwencja w budowaniu dramaturgii spektaklu, nieśpieszność i skrupulatność, sprawiają, iż pierwsza erupcja emocji dopada nas dopiero po kwadransie nagrania.

Od trzeciego utworu muzycy zaspokajają nasze potrzeby poznawcze kilkoma nowymi wątkami. W tymże trzecim, alt Jose zdaje się być bardziej kanciasty, niepokorny, wręcz buńczuczny, a sama narracja lepiona jest z szorstkiej gliny. W czwartym kwartet znów robi krok w przeszłość, która w tym wypadku oznacza akustyczną wersję Return to Forever Chicka Corea. Punktem zapalnym jest tu doskonałe expose saksofonu altowego W piątym do głosu dochodzi strukturalna … matematyka. Ducha m-base przywołuje zatopiony w rytmie Faustino, a wspiera go doskonałą pianistyką Pinheiro. Sam finał płyty jest niezwykle dynamiczny, reasumując jakość całego nagrania – dobrze przemyślanego dramaturgicznie i świetnie zrealizowanego.




Ikizukuri  Hexum (Zona Watusa, Kaseta 2018)

W ramach kontrapunktu, przez kolejne 37 minut zanurzymy się w intrygującym hałasie! Pod tajemniczą nazwą Ikizukuri ukrywają się nasi dobrzy znajomi: Julius Gabriel na saksofonie tenorowym i elektronice, Goncalo Almeida na gitarze basowej i Gustavo Costa na perkusji. Pierwsza strona kasety Hexum zawiera dziesięć szybkich, hardcorowych miniatur, zarejestrowanych w studiu, druga zaś - blisko 19 minutowy koncert, który stanowi jeden utwór, w trakcie którego zabójcze trio na moment temperuje swój thrash metalowy temperament i … wbija słuchaczy w fotel poziomem artystycznej kreacji. Przy okazji udowadnia, iż w każdym muzyku improwizującym siedzi mały szaleniec.

Bass & drums w estetyce mocnego, amerykańskiego hc/ punk sprzed dwóch, trzech dekad i rytmicznie halucynogenny saksofon, tworzą trio pełne prawdziwego, gitarowego zgiełku … bez gitary. Na pierwszej stronie kasety mamy 2 i pół minutową pieśń otwarcia, która określa warunki działania tego składu i … poziom oczekiwań wobec słuchacza, a także ósmy fragment, ponad pięciominutowy, który stawia nas na baczność czystym, dobitnym brzmieniem basu, progresywnym drummingiem i saksofonem, który bada granice przesteru. Pozostałe osiem odcinków, to niespełna minutowe uderzenia piorunów – fast noise, speed and thrash, protest punk, industrial z połamanym rytmem, furia rockowego dronu, heavy and noise w rozmytej perspektywie, wreszcie - w estetyce polskiej czarnej Siekiery - speedowy numer pełen brudu, krwi i potu.

Koncert, zawarty na drugiej stronie kasety, pokazuje nam inne oblicze Ikizukuri. Kind of living electronic – piękny, spokojny i głęboki tembr basu, saksofon, który zwinnie płynie po kablu amplifikacji, perkusja, która posiada szerszy wachlarz obowiązków, niż wybijanie śmiertelnego rytmu. Uroda psychodelii, rockowego transu i improwizacyjnego zawieszania narracji. Po 10 minutach muzycy włączają drugi bieg, a dynamika narracji strzela po sam sufit. Na finiszu szalony peak saksofonu i galopada zagotowanej sekcji rytmicznej. Samo wybrzmiewanie bardzo swobodne, pełne improwizacyjnego zgiełku.




Chris Pitsiokos/ Susana Santos Silva/ Torbjörn Zetterberg  Child Of Illusion (Clean Feed, CD 2018)

Czas na łagodne spowolnienie naszej narracji. Studyjne spotkanie na improwizowanym szczycie: na lewej flance amerykański Chris Pitsiokos na saksofonie altowym, po środku szwedzki Torbjörn Zetterberg na kontrabasie i po prawej – portugalska Susana Santos Silva na trąbce. Cztery dość swobodne improwizacje, nagrane w grudniu ubiegłego roku w The House Of The Lord (gdzie to jest?) - niepełna godzina muzyki.

Child of Illusion, to nieśpieszna podróż po obrzeżach sonorystyki, często zahaczająca o estetykę współczesnej kameralistyki. Narracja ma na ogół dwa zasadnicze strumienie – osadzony centralnie kontrabas, który przy użyciu rozmaitych sił i środków, pilnie strzeże ram swobodnej improwizacji i umiejscowione na przeciwległych flankach instrumenty dęte, które nieustannie wchodzą w dialog, imitują się lub wzajemnie napędzają. Sama temperatura improwizacji i emocje buzujące w głowach muzyków nieustannie falują. Chwile temperamentnych wybuchów przedzielają wielominutowe połacie tłumienia narracji i trzymania zabawy na zaciągniętym ręcznym. W ocenie wymagającego recenzenta, po ekspozycjach takiego personelu możnaby oczekiwać nieco więcej. Szczególnie osoba najmłodszego w tym gronie saksofonisty winna stanowczo częściej gotować przebieg improwizacji. Chwilami mamy wrażenie, iż muzykom brakuje odwagi, nie chcą zaryzykować, wolą okopać się na flankach i czekać na to, co zagra partner.

Oczywiście bez trudu wskazać można momenty, gdy trio buduje świetny flow, gdy kreatywność muzyków nie napotyka na bariery stylistyczne i charakterologiczne. Choćby finał pierwszego utworu, gdy dron z kontrabasu płynie samym dołem, a nad nim odbywa się wyjątkowo bystry dialog suchej trąbki i soczystego altu, pełen zadziorności, artystycznych nieuprzejmości, a nawet ognistych pyskówek. Niezwykle pieczołowicie budowany jest start drugiej opowieści, gdy monolog kontrabasu uroczo komentowany jest przez mikro ekspozycje saksofonu i trąbki, które głaskają się z ciszą, niczym wychłodzone kocięta. W trzeciej części, w okolicach 9 minuty, trio włącza drugi bieg, a emocje błyskotliwie narastają. Po czterech kolejnych minutach, dęciaki ciepło wybrzmiewają przy grzmotach kontrabasu. Bardzo efektowna jest także ostatnia prosta na tej płycie. Muzycy, którzy zdają się nie mieć nic do stracenia, ochoczo eksplodują wyłącznie udanymi dźwiękami.




Karoline Leblanc/ Ernesto Rodrigues/ Nicolas Caloia   Autoschediasm  (atrito-afeito, CD 2018) ‎

Kontynuujemy wątek improwizacji, tworzonej z dużą rozwagą I odpowiedzialnością za pojedynczy dźwięk. Przenosimy się do Montrealu, w scenie tamtejszego Konserwatorium Muzycznego meldują się, w roli gospodarzy - Karoline Leblanc na fortepianie, także preparowanym oraz Nicolas Caloia na kontrabasie, a w roli gościa – Ernesto Rodrigues na altówce, przy okazji wartościowy kontynuator wątku iberyjskiego dzisiejszej zbiorówki. Na płytę składają się trzy wątki - najdłuższy, krótszy i najkrótszy. Całość, zarejestrowana tego lata, trwa niespełna trzy kwadranse.

Pierwsza opowieść, stanowiąca niemal połowę nagrania, upływa nam na wyważonej, improwizowanej kameralistyce. Szumiące, chwilami wręcz taneczne pasaże na strunach altówki, kontrabas traktowany naprzemiennie pizzicato i arco, wreszcie skupiona pianistyka na klawiszach. Wszystko odbywa się w atmosferze świetnej komunikacji, jakakolwiek akcja nie pozostaje bez reakcji. Liryka i dynamika, szeroki wachlarz wrażeń estetycznych. Szczególnie urokliwe chwile, to 11-13 minuta, gdy muzycy decydują się na filigranowe rozmowy z akcentami preparacji na fortepianie i altówce, a także chamber bowed bass tuż pod nimi. Pod koniec trio dzieli się na następujące po sobie duety, które ubarwiają całą narrację. Precyzja, styl, dystynkcja, to elementy konstytuujące jakość tego nagrania.

Dwie krótsze improwizacje bardziej stawiają na sonorystykę, zmienność akcji i moc intrygujących inspiracji ze strony każdego z muzyków. W drugim fragmencie smakowity jest moment, gdy małe gierki toczą się niemal na poziomie podłogi, cisza wokół skwierczy, a muzycy stawiają na stylowe zaniechanie i przeurocze szuranie po strunach, także na dnie fortepianu. Jeszcze atrakcyjniejsza akustycznie zdaje się być finałowa opowieść. Szumiąca altówka, kontrabas, który trzeszczy niczym stara szafa w samym środku ciszy. Molekularna zabawa w wyłącznie udane koincydencje. Na ostatniej prostej muzycy czynią ciekawą pętlę narracyjną i wracają do kameralistycznej estetyki początku nagrania, czyli free chamber with meta jazz roots!




Àlex Reviriego  ‎Blaue Tauben (Sirulita Records, CD 2018)

Kontrabas solo, okoliczności studyjne, Barcelona ubiegłej zimy. Osiem swobodnie zaplanowanych improwizacji, 40 minut i parę chwil. Àlex Reviriego, kataloński improwizator, być może tym właśnie nagraniem, wchodzi do grona najbardziej wartościowych emancypatorów największego z instrumentów strunowych.

Blaue Tauben – opowieść o uderzaniu w półżywe struny, szarpaniu ich, przyciskaniu do gryfu. Smyczek, który płynie w brytfannie ciekłego ołowiu, zdziera szkliwo strun, buduje powykręcaną na wszystkie możliwe strony melodię i śpiewa krwawiąc obficie. Drżenie, tarcie, rzężenie, spięcie, ból - sonorystyka maltretowanych strun. Akustyka, która brzmi jak analogowa elektronika odcięta od zasilania, przykład brutalnego poszerzenia brzmieniowych granic instrumentu. Faktura samego dźwięku jest siarczysta, lśni cierpkim złotem, niczym elektroakustyka bez amplifikacji. To doprawdy niebywałe, ale dźwięki, jakie do nas płyną, zdają się balansować na granicy harsh-noise! Tarcie przedmiotu o przedmiot powoduje, iż kontrabas brzmi niczym upalony instrument dęty z policzalną ilością złamanych dysz. Pogłos elektrycznego pulsu, wypuszczania zbędnych gazów ze skrupulatnie zamkniętej przestrzeni, tajemniczego szemrania wewnątrz pudła rezonansowego. 

Narracja, wraz z rosnącą dramaturgią całości, przybiera strukturę wielowarstwowego drona. Piski, szmery, skowyt wiotkiej akustyki. To muzyka, która jest równie dużym wyzwaniem dla muzyka, jak i słuchacza, a także wytrzymałości fizycznej samego instrumentu. Próba werbalnego skatalogowania dźwięków, jakie generuje Alex na kontrabasie, z pewnością przerasta możliwości każdego z języków świata, ale nie poddawajmy się – szumiący stukot, kacze gęganie, tłuste przestery i lepkie wodogrzmoty.

Siódmy fragment na krótką chwilę zabiera nas do świata bardziej oczywistych dla kontrabasu dźwięków. Suchy smyczek, rodzaj akustycznego zwarcia. Narracja multiplikuje się, warstwa kładzie się na warstwie. Niżej i wyżej, wyżej i niżej. Smyk stawia warunki i nie akceptuje zdania odrębnego. Sam finał tej niezwykłej płyty brnie śpiewnym tonem, repetuje, tańczy zgodnie z formułą dźwięk-cisza, cisza-dźwięk i pomyślnie dociera do zakończenia.




Hati & Zdzisław Piernik  Avant–garde out of Poland (Requiem Records, CD 2018)

Na początek wątku krajowego, niezwykłe spotkanie legendy awangardy muzyki współczesnej Zdzisława Piernika z nieco młodszą, ale już z pewnością legendą trans-ambientowych perkusjonalii i dźwięków nieoczywistych - duetem Hati. Tuba, także preparowana, perkusjonalia i obiekty w rękach tego pierwszego oraz rozbudowany arsenał gongów, dzwonków, talerzy, obiektów drewnianych i plastikowych, fletów, piszczałek, także innych perkusjonalii  – w rękach i sercach Rafała Iwańskiego i Rafała Kołackiego. Nagranie z lata 2017, udostępnione nam w siedmiu odcinkach z tytułami, trwające 41 minut.

Wyjątkowo dźwięczna, bogata w wydarzenia, przestrzeń foniczna. Potok perkusjonalii, jakby delikatnie podrasowanych elektroakustyką. Zwarta, tłusta tekstura, zdobiona czymś na kształt meta rytmu. Wreszcie tuba brzmiąca donośnie, jak w niemych filmach grozy początków kinematografii. Oto obraz wstępu do tej awangardowej przygody. Tuba zdaje się być elementem ponadgatunkowym, niejednoznacznym, tajemniczym i pięknym. Czasami gada ludzkim głosem, śle drony jakby z drugiej strony rzeczywistości. W tle brudny ambient, szorstkie, wielowarstwowe powierzchnie płaskie. Rezonujące talerze, dęte mikrodźwięki z różnych źródeł.

W trzecim fragmencie krzyk elektroniki, deep dron z samego dna życia tej muzyki. W czwartym zwarty strumień dźwiękowej metafizyki, która rodzi się jakby pomiędzy, szuka swojego miejsca na ziemi. Bogactwo sił i środków, paleta dźwięków trudnych do zdiagnozowania. Definitywnie, to muzyka do słuchania, a nie czytania o niej.

W piątej części tuba gra marsza na silnym pogłosie, diametralnie zmieniając sytuację sceniczną. W ramach kontrapunktu załoga Hati buduje dwa rytmiczne, niezależne od siebie scenariusze. W kolejnym utworze muzycy zagłębiają się w temat. Tuba szuka bazy rytmicznej i dostaje, to czego chciała, z każdej zresztą strony sceny. Na wybrzmieniu moc świecidełek, złoty orszak z dalekiej Persji. Finał tej bogato zdobionej płyty czyni dramaturgiczną pętlę. Wracamy do świata mikrodźwięków, posuwistych dronów tuby, czegoś na kształt meta relaksacji. Na ostatniej prostej dęte zdobienia z fletu i piszczałek, poranny śpiew tuby i kosmiczny rezonans, w ramach punktu odniesienia.




Maciej Garbowski/ Ivann Cruz/ Peter Orins  Lines Of Flux (Circum-Disk, CD 2018)

Polsko-francuska przyjaźń w służbie całkiem swobodnej improwizacji: Maciej Garbowski – kontrabas, Ivann Cruz - gitara elektryczna i Peter Orins – perkusja. Dwanaście opusów, blisko 55 minut świetnej studyjnej roboty.

Przykład znacząco niebanalnej, osadzonej w idiomie swobodnego jazzu, opowieści na sumienny i stylowy kontrabas, zwinną perkusję i prawdziwie błyskotliwą gitarę z niedużym prądem. Muzycy bardzo rozważnie odsłaniają przed nami swój pomysł na improwizację w trio. Snują drobne, intrygujące opowieści, sygnalizują potencjał, czasami delikatnie tłumią emocje, by w drugiej części płyty, z pewnością od dziewiątego opusa, zabrać nas w podróż, którą komentować można już w samych superlatywach.

Gitara Cruza lubi ambientowy posmak, nie stroni od rockowej ekspresji, zna też na pamięć wszystkie dokonania fussion jazzu, te z najwyższej półki. Kontrabas Garbowskiego doskonale pilnuje ładu i porządku. Dba o wygląd zewnętrzny, zwartą strukturę, wreszcie demokratyczny układ wewnętrzny. Raz po raz zdrowym walkingiem prowadzi trio przez zakamarki zawiłej improwizacji. Perkusja Orinsa w każdej chwili gotowa jest na kąśliwy komentarz, uzupełnianie popisów kolegów, czy akustyczny balans na talerzach (szkoła Paula Lovensa!) lub galopujący small drumming.

Czasu zabraknie, by wymienić wszystkie udane momenty tej płyty. Skupmy się zatem na samym jej finiszu. W ósmej części dobrą robotę robi, trochę zbyt rzadko używany, smyczek. Gitara wspomina dobre czasu indie rocka i brzmi tak uroczo, jakby wieńczyć miała kolejną świetną płytę nowojorskiego Interpol. W dziesiątym pole walki oddane zostaje kontrabasowi traktowanemu pizzicato i talerzom. Napięcie buduje zaś gitara, która w zasadzie milczy na stronie. Jedenasty eksploduje urodą! Skromny smyczek, brzęk i chrobot gitarowych przetworników, tudzież perkusjonalnych zabawek – repetycja, szmery, rodzaj filigranowej ekspozycji nasączonej ledwie sugerowanym z oddali rytmem. Niemal sonorystyczna polirytmia. Ostatni opus pachnie elektroniką, która sączy się po kablach, skwierczy i rezonuje. Gitara dobywa ostatni już dziś płat psychodelii, a finał płyty osiągamy zanurzeni po pachy w półpłynnym ambiencie.




Wojtek Kurek & Anna Jędrzejewska Copy Of Pianodrum (Plaża Zachodnia, CD 2018)

Tytuł płyty mówi nam wiele o składzie instrumentalnym, zatem Anna na fortepianie, a Wojtek na perkusji, by dopełnić szczegółów. Sześć improwizacji (41 min). Kwiat krajowej młodzieży improwizującej przed nami i tylko jedna wątpliwość. Copy or master, that is the main question!

Oto, i kolejna w naszym zestawie istotnie swobodna improwizacja, silnie zakorzeniona we free jazzie i czerpiąca pełnymi garściami z historii gatunku, acz przy tym ożywcza, świeża, niebanalna i doskonale przyswajalna nawet dla mniej obytych. Zwinny, aktywny perkusista i perkusjonalista, stopa, która wybija rytm świat, kocia przebiegłość. Obok pianistka, która mieści się w każdym niemal idiomie współczesnej pianistyki. Wyczulona na niuanse minimalistyki, obyta na salonach pełnych kameralnych incydentów, ale także pełnokrwista, free jazzowa torpeda, której obawiać się mógłby nawet Alex von Schlippenbach, i to w kwiecie wieku. Pomiędzy zaś muzykami dobra komunikacja, wyczulenie na narracyjne drobiazgi i fura radości ze wspólnego grania.

Jeśli w pierwszym fragmencie szukamy korelacji między jazzem a kameralistyką, to w drugim płoniemy już prawdziwym ogniem free. W trzecim dokładamy duży stelaż preparacji, w których bogactwo Wojtka kontrapunktowane jest skromnością Anny. W czwartym muzycy realizują się w krótkich, nerwowych frazach, gonią za skrawkami szczęścia i często je odnajdują. Fajerwerki i kocie pląsy na płocie. Emocje w fazie silnego wzrostu, a z twarzy recenzenta nie znika uśmiech zadowolenia. W piątym muzycy ślą moc pozdrowień dla wspomnianego już wcześniej niemieckiego pianisty, ogień buzuje, werbel wrze, a klawiatura piana skacze pod sam sufit. 

Wreszcie rozbudowany, niemal epicki finał. Fortepianowe preparacje z samego dna pudła rezonansowego, echo po nieboskłon i cisza, jako ważny element dramaturgiczny. Obok szmery i małe dźwięki perkusji, która aż boi się odezwać. Prawdziwe królestwo mikrobiologii dźwięków. Anna czyni honory gospodarza domu, Wojtek skromnie łyżeczkuje. Narracja nadyma się i wygasa, pulsuje i stawia stemple jakości w każdym zakamarku sceny. Na ostatniej prostej zmysły kipią, a dźwięki tańczą aż do nagłej śmierci całej płyty. Definitely Master Copy of Pianodrum!




Biliana Voutchkova & Vardan Ovsepian  The Archaic Present (iTunes, download 2018)

Kontynuujemy damsko-męskie duety! Nasza absolutna faworytka w branży improwizujących skrzypiec, Biliana Voutchkova, spotyka na swej drodze pianistę Vardana Ovsepiana. Dziewięć fragmentów granych z serca i głowy, być może delikatnie przed występem zaplanowanych. 43 minuty muzycznej przygody, w trakcie której wątki improwizowane wplatać będziemy w zmysłową, kameralną pianistykę.

Na starcie taniec po strunach skrzypiec, czyste brzmienie, ale i odrobiona skrupulatnego zadzioru. Piano sunie bezboleśnie po klawiszach, choć na brzegach fonii słychać jakby mikro amplifikacje. Sytuacja dramaturgiczna zdaje się osadzać na skrzypcach, które rozrabiają, szukają artystycznej zaczepki i fortepianie, który łagodzi obyczaje i przypomina o obowiązkach wobec mniej doświadczonych na polu free improve słuchaczy. Biliana błyskotliwa, pełna werwy i akustycznej urody, świetnie reaguje na podpowiedzi i komentarze Vardana. Ten ostatni świetnie czuje się w swojej roli, jeśli nawet delikatnie służebnej, to wyrazistej i stylowej. 

W drugim fragmencie skrzypce śpiewają na tle ledwie sugerowanego rytmu. W trzecim coś na kształt hinduskich pląsów na mokrych strunach, zmysłowe, niemal taneczne łamanie dźwięku w relacji do minimalistycznego, ale melodyjnego klawisza. W piątym ślizgom po strunach towarzyszy bukiet harmonii, ładu i porządku ze strony fortepianu. Kolejny utwór, to prawdziwa perła – ledwie 150 sekund swoistej polirytmii strun i głębokich klawiszy. Kind of drum&bass in sonore! W szóstym odcinku muzykom towarzyszy cisza, która zdaje się determinować ich decyzje. Molekularny dialog późną nocą.

Jak to często bywa w wypadku naprawdę doskonałych płyt, finał skrzy się dźwiękowymi fajerwerkami. Instrument Vardana brzmi tu niczym piano Fendera odcięte od zasilania. Biliana kroi powietrze i przeciska się przez las pianistycznych stempli. W ósmym odcinku narracja wisi na strunie i pojękuje. Skrzypaczka używa też głosu, a pianista spaceruje się po ciemnej stronie klawiatury. Kameralistyczny dialog w ramach puenty. Muzycy kołyszą się, jak nietoperze w trakcie zamglonego poranka.




Franziska Baumann &  Udo Schindler  ‎Blue Sonic Vibrations (The Improx#3 Concert)  Creative Sources, CD 2018)

Najwyższy czas domykać przedświąteczną zbiorówkę. Znów duet damsko-męski: klasycznie kształcona, z wielką skalą głosu, dziś już prawdziwie wybuchowa improwizatorka Franziska Baumann (głos i elektronika) i Udo Schindler (kornet, klarnet basowy, saksofon sopranowy), wieczny poszukiwacz nowych punktów odniesienia dla brzmienia instrumentów dętych, często w kontakcie z elektroniką. Na płytę składa się koncert duetu (cztery epizody) i trzy odcinki solo, umieszczone pomiędzy fragmentami części zasadniczej. Trzy kwadranse z minutami ośmiu improwizacji, które nazwane zostały przez muzyków kompozycjami.

Utwory nieparzyste, to koncert duetu. Spokojny saksofon sopranowy, obok dźwięki z kobiecego gardła, lekki bulgot, który płynie ciekłą elektroniką, multiplikuje się i śpiewa niczym chór penitencjariuszek zakładu zamkniętego. Schindler, który zdaje się przyjmować tu rolę komentatora, doskonale słucha tego, co czyni partnerka i w mig świetnie ją imituje na dęciaku. Baumann nie stroni od wycieczek w wysokie rejestry (chwilami czujemy się jak w operze!), przy okazji umiejętnie łączy głos z elektroniką. Jest widowiskowa, zmysłowa, choć recenzent nie kupuje tu każdego dźwięku. W kolejnych utworach ciekawie brzmi kornet, który nie unika sytuacji sonorystycznych, co intrygująco koreluje z niemal beat-boxingiem wokalistki, tworząc duet … brzęczących chrząszczy. W piątym muzycy całują się z ciszą i tworzą niebanalne sytuacje elektroakustyczne - podmuchy wiatru, szelest liści, skowyt płoszonej zwierzyny. Nie gorzej dzieje się w trakcie finału całej płyty – prychanie z tuby saksofonu, elektroniczny ambient w tle, piski i pomruki fauny i flory. Przykład bardzo dobrej improwizacji, silnie naznaczonej niemiecką szkołą kameralistyki współczesnej.

Płytę uzupełniają trzy ekspozycje solowe. Odcinek Baumann budowany na radiowych samplach, zdominowany jest przez syntetykę, zaś oba odcinki Schindlera bazują na akustyce saksofonu sopranowego i klarnetu basowego, wspomaganego kornetem.




wtorek, 27 lutego 2018

Levin! Pitsiokos! Seabrook! Stomiidae!


Dokonania Dark Tree Records, francuskiego labelu free jazz/ free improve, śledzimy na tych łamach niezwykle pilnie, a recenzji doczekały się niemal wszystkie jego wydawnictwa (no, może poza jednym). 

Całkiem niedawno pisaliśmy o drugiej pozycji serii korzennej (Carter & Bradford!), wcześniej omówiliśmy także kilka pereł współczesnej, francuskiej, prawdziwie wyzwolonej improwizacji (Lazro! Duboc! Risser!). Pomocne linki na końcu recenzji.

Teraz pod lupę recenzenta wpada najnowsza płyta w katalogu, datowana już na rok 2018. Nowa muzyka, nowi, młodzi muzycy (no, prawie!), tym razem jednak nie znad Sekwany, ale z gorącej amerykańskiej ziemi.

O ile wiolonczelista Daniel Levin znany jest zapewne wszystkim, którzy zaglądają na tę stronę, a saksofonista Chris Pitsiokos – mimo bardzo młodego wieku - doczekał się już tu kilku ciepłych słów, o tyle gitarzysta Brandon Seabrook zapewne debiutuje na scenie Trybuny (dociekliwi winni go pamiętać ze wspólnych nagrań z Peterem Evansem).




Przenosimy się zatem na dwa dni do New Haven i dobrze rozpoznawalnego miejsca, jakim jest klub Firehose 12. Jest kwiecień 2016 roku. Trójka wyjątkowo kompetentnych amerykańskich improwizatorów rejestruje nagranie Stomiidae, które – czas pokaże – jest być może także nazwą własną tria. Siedem utworów potrwa niewiele ponad 38 minut.

One. Od linii startu dobrze rozgrzany saksofon altowy rusza do zdecydowanego ataku. Wspierają go perkusyjne szumy na gryfie wiolonczeli i drobne sprzężenia w pudle gitary elektrycznej. Cała trójka zgrabnie rozpoczyna swą pieśń i ochoczo – od pierwszej sekundy - wchodzi w dynamiczne zwarcia. Ogień płonie już po kilkudziesięciu sekundach. Fire music! Zadziory, zdania składane współrzędnie, onomatopeje, wrzaski, piski i skowyty. Cello brzmi jak kontrabas, ale nie żałuje smyka, ma jakby dwa równoległe oblicza. Już w 4 minucie zgrabne zejście w kierunku ciszy i czas na krótki oddech. Tuż po nim, drobna galopada, pokazująca, zapewne nieprzypadkowo, bardzo wysoki kunszt techniczny i improwizatorski całej trójki. Szczególną błyskotliwością grzeszy Pitsiokos, który może naprawdę dużo, potrafi już chyba wszystko, a chce jeszcze więcej! Two. Ciągle iskrzy na osi gitara – saksofon, przeciwległe flanki w permanentnej dyskusji. A po środku wiolonczela, wręcz gotuje się z emocji. Seabrook wyjątkowo zgrabnie zarządza dźwiękiem swojej gitary. Lubi eksperymentować, nieustannie poszukuje nowych rozwiązań, szuka ciekawostek akustycznych na gryfie, potrafi zaskoczyć. Po 3 minucie snuje eksplozywne drony, w czym wspiera go czujny i gotowy na wszystko saksofonista. Improwizacja tria nie stroni od hałasu, ale ten noise ma dużo smaku, jest środkiem, a nie celem muzykowania. Po 7 minucie muzycy idą w ciszę i także w tej roli są niezwykle wyraziści. Kolejny duży plus na koncie Chrisa! Three. Cóż za sonore! Brawo! Gitara płynie niskim dronem, saksofon pętli się w szumie, bąbelkuje i przelewa wodę. Obok drapieżne cello, jakie pazury! Popisowe 120 sekund! Four. Gitarowa pętla, pełna technicznych fajerwerków. Pozostałe instrumenty wchodzą w to, jak w masło. Świetna komunikacja i głębokie pokłady kreatywności znów wiodą trio ku błyskotliwej eskalacji. Dynamika, piękne, surowe emocje! Five. Siarczyste intro Brandona. Po 80 sekundach świder Chrisa, w sam środek ziemi! Tuż potem stukot na dyszach. Daniel stawia stemple. Cała trójka z kocią zwinnością łapię wewnętrzny nerw i buduje kolejny poziom piętrzącej się improwizacji. Znów lecą iskry! Narracja jest niezwykle bogata, ciągłe zmiany tempa i metod artykulacji dźwięku. Arytmia, atonalność, abstrakcja! W 6 minucie jakże udane tłumienie emocji. Drobinki oniryzmu na strunach, nostalgia i cichy skowyt w tubie. Po minucie znów gonią za królikiem! Energia aż kipi, a pomysłów ciągle przybywa. Six. Saksofon prycha, cello poleruje zapocone struny, niezbyt głośno, ale bardzo dynamicznie. Gitara? Mała fabryka niespodziewanych dźwięków. Kolejna dwuminutowa perła! Seven. Sam finał, to już mała bonanza! Czego tu nie ma?! Cello gra motyw przewodni serialu o historii rockabilly. Na flankach dzieją się niesamowite historie. Sto tysięcy pomysłów na dramat w trzech aktach, każdy udany. Multieksplozja podszyta bezczelnością artystyczną, godną samego Johna Zorna! W 4 minucie, o tempo wolniej. Chytre i przebiegłe call & response. Tytuł mistrza kreatywności wędruje chyba w ręce gitarzysty, choć pozostali muzycy także nie zmarnowali na tej płycie choćby jednego dźwięku. Koniec przychodzi łatwo, może nieco zbyt szybko i gwałtownie. Play It again? With no doubt!





wtorek, 12 września 2017

Nate Wooley – Nóż w wodzie, serce na temblaku


Nasz ulubiony improwizujący muzyk amerykański, doskonały trębacz Nate Wooley, nie dostarcza nam w tym roku wielu nowych nagrań. Z tym większą przyjemnością jednoosobowa redakcja TMS rzuciła się na kwartetowy incydent, który w procesie produkcyjnym przybrał tytuł Knknighgh*) (Minimal Poetry. For Aram Saroyan). Krążek dostarczył nam kilka miesięcy temu zacny portugalski Clean Feed Records. Muzyka zarejestrowana została w październiku 2016 roku w jednym z nowojorskich studiów nagraniowych.

Na płycie odnajdujemy pięć części tytułowego utworu, które w trakcie blisko godziny zegarowej prezentuje nam kwartet w składzie - Chris Pitsiokos na saksofonie altowym, Brandon Lopez na kontrabasie, Dre Hočevar na perkusji, wreszcie Nate Wooley na trąbce. Ten ostatni jest przy okazji samodzielnym tytułem wykonawczym, odpowiada też bezpośrednio za skomponowany materiał muzyczny (wydawca miał ochotę nazwać go short composed), inspirowany minimalistyczną poezją Arama Saroyona. Poeta ten zwykł być określany w kręgach literackich mistrzem poematów jednego słowa. Zajrzyjmy zatem do środka.




Knknighgh 3. Muzycy ewidentnie grają temat z pięciolinii, rodzaj zmyślnego scenariusza, ale od pierwszej chwili wiemy, że to improwizacja jest ich naczelnym zadaniem w trakcie tej sesji. Free jazzowy idiom, czerpany na wprost z muzyki Ornette’a Colemana sprzed blisko sześćdziesięciu lat, zostaje tu poddany nowemu otwarciu, zapewne przez pryzmat artystycznego wyrażania się jednym słowem. Krótkie, urywane frazy dęciaków w rękach wytrawnych solistów, którzy lubią duetowe dyskusje i nanosekundowe przekomarzania. Do tego bardzo precyzyjna i sprawna sekcja rytmiczna. Zmienne tempo narracji, gęsta tekstura i intrygujące brzmienie każdego z instrumentów. Może odrobinę zbyt silna skłonność do melodii (choć na swój sposób urocza). Recenzent wszakże w delikatnej konfuzji – ile w tej zabawie improwizacyjnego wigoru, a ile płynie wprost ze scenariusza? Dialog trąbki i altu bez sekcji trzyma jednak w szponach dramaturgię całości. Próba eskalacji na finał, nie podjęta przez wszystkich muzyków. Krok w tył, jeśli chodzi o tempo, bez uzasadnienia. Świetny flow saksofonisty na ostatniej prostej burzy drobne ambiwalencje recenzenta.

Knknighgh 4. Mnożą się jednak pytania i wątpliwości… Minimalizm w formule free jazzowej? Minimalizm, który hamuje ekspresję muzyków, na ogół kojarzoną z tym gatunkiem? Tu, w trakcie kolejnej części, znów jakby więcej konceptu w głowach artystów niż żywej muzyki. A młody, gniewny Pitsiokos aż gotuje się w środku! Ale mimo to, mimo tego scenariuszowego spętania, gra doskonale! Na szczęście muzycy, od czasu do czasu, potrafią się kolektywnie i dalece konkretnie sprężyć.
           
Knknighgh 6. Minimalnie… większa dawka emocji, energii, wzajemnej empatii! Chris znów kipi i wrze, dopowiada i pyskuje. Nate, dla odmiany, dmie, jakby był na środkach uspokajających i przypomina niekiedy swoje kompozytorskie wyczyny kwintetowe, czy sekstetowe. Sekcja ukryta na zapleczu, trudno coś o niej powiedzieć. Dominują dialogi prowadzone przez zaciśnięte wargi. W międzyczasie bardzo udana pasówka ze strony kontrabasu… Niestety, po energii z początkowych chwil tej części… popiół jeno pozostał. Finał grany unisono, nawet swinguje.
           
Knknighgh 7. Granie na zaciągniętym ręcznym. Igraszki na pograniczu ciszy, komentują stosunkowo dynamiczne intro. Ciekawie brzmi kontrabas. Drummer (znany poniekąd z dużego temperamentu) jakby przechodził obok gry. Po skromnych przepychankach w podgrupach, narracja na moment się zagęszcza się. Wodze fantazji wyrwane z dybów! Słychać, jak doskonale brzmiałby ten kwartet, gdyby zapisy na pięciolinii ugrzęzły w koszu na śmieci, wraz z niedokończonym śniadaniem.
           
Knknighgh 8. Znów urywane frazy altu i trąbki. Nutka goni nutkę, a emocje w kieszeniach, głęboko schowane. Tu akurat, to sekcja próbuje poderwać kwartet do lotu. Niestety na niedługi moment. Na finał odrobina szaleństwa ze strony wciąż głodnego wrażeń saksofonisty, koniecznie jednak w granicach artystycznego rozsądku. Wybrzmiewanie ostatniej części, swoiste deja vu, bez mrowienia w kręgosłupie. Koniec na hasło.

****




Warto odnotować, iż w roku bieżącym ukazał się box z solowymi nagraniami Wooleya. Reedytowane zostały dwie opowieści trębackie, inspirowane sylabami -  (8) Syllables i (9) Syllables, wraz z dwoma kolejnymi, ale premierowymi częściami - For Kenneth Gaburo Part One (Acoustic) i For Kenneth Gaburo Part Two (Electro-Acoustic). Zestaw czterech CD dostępny jest pod tytułem The Complete Syllables Music (Pleasure Of The Text Records).

Dwie pierwsze części Sylab (muzyk układa usta do trąbki, w taki sposób, jakby chciał wypowiadać konkretną sylabę i wydaje dźwięki) były już recenzowane na tych łamach ( tutaj ). Do odsłuchu dwóch kolejnych, jeszcze silniej konceptualnych nagrań, zachęcam ‎rzecz jasna gorąco, jakkolwiek obie historie są czasowo bardzo rozbudowane (76 i 66 minut), wymagają dużego skupienia w trakcie słuchania, a także odrobiny oderwania od rzeczywistości zastanej. Mnie osobiście bardziej do gustu przypadła część elektroakustyczna, gdzie trąbka jest sonorystycznie uzupełniana przez muzykę z taśmy i liczne amplifikacje.

Zupełnie na koniec skromny anons płyty, która dopiero, co się ukazała, a muzyka na niej zawarta nie jest jeszcze znana redakcji. Myślę o płycie Battle Pieces 2 (Relative Pitch Records), która jest koncertowym dalszym ciągiem muzyki kwartetu w składzie:  Sylvie Courvoisier – fortepian, Ingrid Laubrock – saksofon, Nate Wooley – trąbka, Matt Moran – wibrafon. Nagranie z oklaskami z The Loft w niemieckiej Kolonii, ze stycznia ubiegłego roku.



*) czytamy knife, czyli po naszemu nóż.