Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brad Barrett. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brad Barrett. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 listopada 2025

The Relative Pitch’ fresh four: Abstract Forest! The Unseen Pact! Tarabita Espiral! Plank 9!


Nowojorski The Relative Pitch Records każdego miesiąca podrzuca soczyste, kompaktowe nowości. Dziś ogarniemy cztery z nich, te mające daty premier ustalone na wrzesień i październik tego roku.

Czas na wątki amerykańskie i latynoamerykańskie, incydentalnie także europejskie - kilka Pań, kilku Panów, moc swobodnej, akustycznej improwizacji, no i jakość na niemal każdym kroku. Dwa tria, duet i solówka – zapraszamy, very welcome!

 


 

Joe Morris, Brad Barrett & Beth Ann Jones Abstract Forest

Dimension Sound Jamaica Plain, Massachusetts, USA, styczeń 2025: Joe Morris – gitara, efekty, Brad Barrett – wiolonczela oraz Beth Ann Jones – kontrabas. Pięć improwizacji, 53 minuty.

Akustyczne trio strunowe (tu z incydentalnymi efektami gitary w jednym utworze), to definitywnie krew muzyki swobodnie improwizowanej. Abstract Forest, to nagranie ze znamienitym gitarzystą umieszczonym na okładce ponad tytułem albumu i nazwiskami kooperantów, ale z pewnością powstałe w demokratycznych okolicznościach. W najdłuższych, kilkunastominutowych improwizacjach odnajdziemy delikatnie przegadane frazy, ale to raczej wyjątki od reguły. Album jako całość, a zwłaszcza ostatnia improwizacja niwelują bowiem te jakże subtelne ambiwalencje.

Otwarcie mieni się wszystkimi odcieniami strunowych dźwięków – od błysku czystej frazy po muł brudnych, szorstkich fonii. Jakby swobodny chamber napotykał na strzępy abstrakcyjnego post-jazzu. Druga odsłona trwa prawie dwadzieścia minut i w jej trakcie muzycy znajdują czas na wszystko – na minimalistyczne otwarcie, wartkie rozwinięcie, zgrabne ekspozycje solowe i melodyjne zakończenie. W trzeciej części pojawiają się gitarowe efekty, a flow bazuje na preparacjach. Całość jest intrygująca, niekiedy dość intensywna, a na koniec znów melodyjna. W czwartej improwizacji czujemy swąd upalonego bluesa. Spokojny start inwokuje nad wyraz dynamiczny, szyty czystymi dźwiękami ciąg dalszy. I wreszcie anonsowany finał płyty – trzy świszczące smyczki wpadają w oniryczny trans, sycą improwizację mnóstwem podprogowych akcji. Opowieść jest intensywna, pełna zdecydowanie niekameralnych emocji.

  


Sofia Borges & Ada Rave The Unseen Pact

Hal5 Studio, Amsterdam, lipiec 2024: Sofia Borges – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Ada Rave – saksofon tenorowy, sopranino. Siedem improwizacji, 38 minut.

Portugalkę i Argentynkę spotykamy w Amsterdamie. Obie od dawna związane są z europejską sceną muzyki improwizowanej, tą na ogół centralną i zachodnią. Ich holenderskie spotkanie, to swobodny post-jazz, który bazuje na dynamice perkusistki i dobrze kontrolowanej ekspresji saksofonistki. Zawsze na temat, bez chwili przestoju, dobre, smakowite granie uformowane w siedem kilkuminutowych opowieści.

Artystki introdukują każdą opowieść bardzo spokojnie, niekiedy wręcz w leniwym tempie. Chętnie sięgają po zabrudzone frazy, jakby czekały aż wzbudzi się w ich sercach duch kreatywnej intensywności. Bywają na swej drodze dość kameralnie usposobione, rozkołysane, melodyjne jak w trzech pierwszych częściach, bywają też bardziej agresywne, wręcz free jazzowe, jak w czwartej i szóstej opowieści. Z kolei piąta historia szyta jest perkusjonalnymi błyskotkami i długimi oddechami z samego dna saksofonowej tuby. Końcowa improwizacja niesie pożegnalną melodię, która z czasem nabiera intrygującej intensywności. Saksofon zdaje się tu być wyjątkowo zwinny, akcje perkusji definitywnie precyzyjne.

 


Maria Valencia, Matt Moran & Brandon Lopez Tarabita Espiral

IBeam Brooklyn, Nowy Jork, maj 2024: Maria Valencia – saksofon altowy, Bb clarinet, Matt Moran – wibrafon oraz Brandon Lopez – kontrabas, instrumenty perkusyjne. Trzy improwizacje, 46 minut.

Kolumbijską saksofonistkę i klarnecistę odnajdujemy u boku znamienitych postaci free jazzu, nie tylko nowojorskiej sceny, w składzie instrumentalnym dalekim od standardu. W duszach artystów dużo swobody, wręcz improwizacyjnej dezynwoltury, także wiary w moc narracyjnej autokreacji. Efekt końcowy wydaje się wszakże dalece nierówny. Iskrzące jakością momenty przeplatane tu są niespodziewanymi postojami i dramaturgiczną flautą. A w głowach improwizatorów tli się chyba za dużo pomysłów. Nagranie naznaczone jest permanentną zmiennością - brzmienia, sposobu frazowania, tudzież tropów gatunkowych. A jednak słucha się go zaskakująco dobrze.

Pierwsze dwie improwizacje mają długość strony winylowej każda. Tę pierwszą inaugurują szmery z tuby klarnetu, wibrafonowe okruchy i kontrabasowe zabawy z akcentami percussion. Trio bez trudu łapie tu post-jazzowy drive, ale w drodze na narracyjny szczyt wielokrotnie zmienia kierunek, tudzież popada w tajemnicze didaskalia. Narracja balansuje, syci się przeciwieństwami, dramaturgicznymi dysonansami. Druga opowieść wydaje się ciekawsza, choć jeszcze bardziej poszatkowana jest na epizody. Przypomina klasykę swobodnej improwizacji, jaką znamy z garażowych nagrań brytyjskich drugiej połowy lat 60. ubiegłego stulecia. To zarówno istotny komplement, jak i narracyjna wada. Tak czy inaczej, moment, gdy artyści popadają w ewokującą pomysłami medytację wydaje się najlepszym fragmentem albumu. Ten zaś wieńczy ponad ośmiominutowa koda, szyta frazami preparowanymi, dużą porcją akcentów percussion i intrygującym zejściem w otchłań pulsującej ciszy.

  


Berlinde Deman Plank 9

Czas i miejsce akcji nieznane: Berlinde Deman - serpent, głos, efekty.

Na zakończenie jesiennych, nowojorskich nowości album solowy na dęty instrument zwany serpent, głos w formie mglistych wokaliz i analogowe efekty dźwiękowe. Podróż to dalece tajemnicza, osnuta dark ambientową poświatą, tylko pozornie relaksująca.

Pierwsza, najdłuższa ekspozycja, to plejada dętych oddechów, które szukają echa. Ambientowe tło pulsuje, potem zaczyna śpiewać wraz z dęciakiem, a wszystko wydaje się ukryte na dnie oceanu. W kolejnych odsłonach opowieść unosi się ku górze i szuka mniej mrocznych inspiracji. Przybywa akcentów melodyjnych i relaksacyjnych, ale na backgroundzie wciąż czai się coś definitywnie niepokojącego. W trzeciej części odnajdujemy się na post-barokowym koncercie, który z czasem zaczyna pulsować niskimi częstotliwościami i budzić coraz większą trwogę. Szczególny niepokój sieje tu – nie po raz pierwszy na płycie – tajemnicza, mroczna wokaliza. W czwartej części dęte frazy zdają się mieć więcej niż jedną warstwę. Pojawiają się drobne, elektroakustyczne usterki. Serpent płynie długim, śpiewnym strumieniem. Albumowy finisz trwa ledwie dwie minuty, a szyty jest radosnymi, dętymi podmuchami. Delikatnie pulsuje, jak mglisty, blady świt po dość trudnej nocy. Śmiało mógłby stanowić fragment debiutanckiej płyty This Mortal Coil, tej sprzed ponad czterdziestu lat.



poniedziałek, 17 czerwca 2019

Barrett! Morris! Sorey! Cowboy Transfiguration!


Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże pierwotnie opublikowana


Jednym z ciekawszych wątków ostatniej rozmowy, jaką przeprowadziłem z Agusti Fernandezem, było podkreślenie przez muzyka roli, jaką postrzega dla siebie w zakresie wspierania i promowania młodych adeptów trudnej sztuki uprawiania muzyki niszowej, w tym zwłaszcza improwizowanej. Katalończyk czyni to od pewnego czasu dość konsekwentnie, czego dowodem niech będą płyty Nurri Andorry, Alexa Reviriego czy Yasmine Azaiez, wydane w jego wydawnictwie Sirulita.

Zdaje się, że podobną optykę myślenia o przyszłości gatunku reprezentuje amerykański gitarzysta Joe Morris. Oto bowiem Fundacja Słuchaj, niemalże w tym samym momencie, wydała dwie płyty młodych, bardzo obiecujących improwizatorów, nagrane wspólnie z Morrisem. Jedną z nich jest duet (w kilku fragmentach trio) z tubistą Benem Stappem (Mind Creature Sound Dasein), drugą trio z kontrabasistą i wiolonczelistą Bradem Barrettem. W obu przypadkach inicjatorami i postaciami wiodącym są tu młodzi muzycy, których świetną improwizacją wspiera muzyk dalece bardziej od nich doświadczony. Dziś pochylmy się nad drugim z przywołanych przypadków.




Na płycie Cowboy Transfiguration młody kontrabasista nie tylko wspierany jest przez gitarzystę, ale także przez równie już utytułowanego muzyka, perkusistę Tyshawna Soreya. Pięć improwizacji  - jak twierdzi Barrett – zrealizowanych zostało pewną specyficzną metodą, którą moglibyśmy określić jako coś na kształt real time composing, gdzie bazą wszelkich procesów twórczych są przede wszystkim wzajemne interakcje pomiędzy muzykami. W rozbudowanym liner notes samego muzyka pada też określenie moment to moment interactions. Całość nagrania trwa 53 minuty i 1 sekundę.

Początek płyty, to niespełna 5-minutowa, jazzowa introdukcja z dużą ilością kreatywnych pomysłów, gitara, która płynie łagodnym strumieniem, kontrabas traktowany pizzicato, brzmiący delikatnie i powiewnie (może to wiolonczela?), wreszcie skupiony, bardzo precyzyjny drumming. Narracja szyta zwartym, gęstym ściegiem, nastawiona na interakcje, budowana spokojnie, z dbałości o niuanse brzmieniowe.

Opowieść kolejna składa się z dwóch części, połączonych ze sobą bez konieczności pauzy na krążku. Każdy z muzyków kreuje tu jakby swoją historię, każda z nich jest filigranowa, wręcz molekularna, precyzyjna, pozbawiona niepotrzebnych zdobień. Wszystkie one jednak moją płaszczyznę wspólną, która czyni całość dalece intrygującą. Mimo dużego nasycenia dźwiękami, kipiącego pomyślunku ze strony każdego z muzyków, improwizacji tej słucha się wyśmienicie – brzmienie jest czyste, selektywne, zatem zachwycać się możemy każdym muzykiem z osobna, jak i kompulsywną całością. Piąta minuta przynosi nam pierwsze wyraźne spiętrzenie – najpierw na czoło wystawia się kontrabas, tuż potem perkusja. Gdy do akcji powraca gitara, trak na płycie przyjmuje wartość „3”. Morris w komentarzu napotyka na smyczek i szczoteczki. Nastrój zadumy mija dość szybko, a trio wchodzi w stadium zmyślnej dynamizacji. Trzy strumienie bystrej improwizacji lejące się wspólnym korytem – wszystko zaś czynione z kocią zwinnością i tygrysimi pazurami wzniesionymi ku górze. Adept u boku mistrzów – płynąc smykiem po wiolonczeli (?) - zbiera imponujące plony!

Czwarta opowieść, to wiolonczela, która buduje klimat otwarcia. Pizzicato i arco, what ever you want! Barrett buduje z tego gigantyczne solo! W tle barwne tekstury Soreya wzmacniają efekt dramaturgiczny. Morris wchodzi do gry dopiero w 4 minucie. Delikatnie imituje zachowania wiolonczeli, a w powietrzu unosi się zapach klasyki … brytyjskiego free improv! Opowieść lekka, zwiewna, powabna, pełna konsekwencji i artystycznej transcendencji. Bailey i Stevens biją brawo zza kurtyny innej rzeczywistości. Po 10 minucie instrumenty strunowe budują przestrzeń dla perkusji, ta zaś wpada w kipiel godną każdej porcji zachwytu recenzenta. Po komentarzu wiolonczeli, całe trio wrzuca drugi bieg. Pod koniec zaś najpierw zmysłowe solo Barretta, potem doskonały passus Morrisa.

Piąta, ostatnia historia, zaczyna się kolektywnie, ale znów tkana jest delikatnie, niemal kobiecą ręką. Kontrabas przypomina wiolonczelę, choć płynie o kilka stopni niżej. Bez chwili przestoju, zawahania, podejmując tylko dobre decyzje, muzycy niczym Król Midas zamieniają każdy dźwięk w złoto. Solo kontrabasu, przy wsparciu perkusji, potem solo gitary z podpowiedziami smyczka. Barok wypchany sterydami puka do bram nieba! Moc kreacji nie opuszcza muzyków do ostatniego dźwięku. Akcja goni akcję, uroda chwili eksploduje – talerze w rezonansie, zaduma na gryfie gitary, szybki smyczek pomiędzy strunami kontrabasu, plamy perkusji, zadziorne frazy gitary. Jaka szkoda, że ta opowieść musi się kiedyś skończyć.