Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olaf Rupp. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Olaf Rupp. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 maja 2024

Hughes, Rupp, Trilla and Vicente are Gravelshard!


Czas na jeden z naszych ulubionych cykli – dziś słowami na Trybunie, w niedzielę dźwiękowo i wizualnie na koncercie z poznańskim Dragonie! 

Kwartet czterech wybitnych indywidualności europejskiej sceny muzyki improwizowanej - pod jakże konkretną nazwą Gravelshard - rusza w krótką, polsko-niemiecką trasę, by promować swój pierwszy album. Formacja łączy scenę niemiecką i iberyjską, zatem już na wejściu zdaje się gwarantować ekstremalnie wysoki poziom artystyczny. Każdy dźwięk ich 50-minutowej opowieści, wypalonej na srebrnym krążku kompaktowym i podzielonej na dwie części, domniemanie owe potwierdza w tzw. całej rozciągłości.

Zapraszamy do odczytu i odsłuchu albumu (który ma dziś swą światową premierę), a potem - bez zbędnej zwłoki - na koncert do Poznania (link do szczegółów techniczno-taktycznych na końcu naszej dzisiejszej historii).



 

Początek nagrania jest mroczny, delikatny, skupiony. Tworzą go plejady drobnych fraz, na ogół preparowanych. Kontrabasowy smyczek Johna Hughesa, stłumiona trąbka Luisa Vicente, polerowany werbel Vasco Trilli i gitara Olafa Ruppa w stadium małych sprzężeń, to elementy tego intrygującego, nieco zdeformowanego post-chamber. Ów kolektywny strumień fonii nie szuka jednak powodu, by wzniecać pożary, raczej popada w wyciszoną medytację. W okolicach siódmej minuty można odnieść wrażenie, że flow będzie definitywnie gęstniał, ale już po chwili mrok ponownie spowija czterech jeźdźców zapomnianej apokalipsy. Smyczek kontrabasu chyli się ku podłodze, z kolei na gryfie gitara pojawia się jego odrobinę bardziej delikatna replika. Narracja toczy się leniwie, od czasu do czasu delikatnie nadyma, by po chwili znów wpadać w zatęchłe podpiwniczenia. Przez moment improwizację prowadzi duet kontrabasu i ambientowej gitary. Powrót trąbki w kocich lamentach oraz perkusjonalnych post-dźwięków formuje tu nowy wątek, w którym wszystko zdaje się śpiewać i jednocześnie rezonować. Po dwudziestej minucie bas i perkusja zaczynają trzeszczeć, a cała opowieść lepi się w efektowny dron. Wszystko pęcznieje, przybierając smukle szaty wielowątkowego crescendo. Prawdziwa eskalacja, godna finału tej ponad trzydziestominutowej improwizacji, rozpoczyna się w chwili, gdy Trilla wchodzi w swobodny flow drummingowy. Ową dynamikę łapią teraz wszyscy i niosą kwartet na wyjątkowo urokliwe wzniesienie, pełne emocji uwięzionych w trzewiach muzyków przez wiele minut. Po osiągnięciu punktu przegięcia narracja systematycznie rozwarstwia się, choć długo nie traci wewnętrznej dynamiki.

Druga odsłona tego niezwykłego spektaklu trwa osiemnaście minut i budowana jest równie cierpliwie i skrupulatnie. Na starcie syci się mrokiem preparowanych perkusjonalii, trębackich jęków, ambientem gitary i szarpnięciami za struny kontrabasu. Leniwa introdukcja pozbawiona jest wszakże znamion medytacyjno-relaksacyjnych. Tonie w rezonansie, w smolistych smugach i kameralnych westchnieniach smyczka. Z czasem na ustach trębacza pojawia się śpiew, werbel zaczyna trzeszczeć, a gitarzysta snuć post-melodie, ale sugerowana wspinaczka okazuje się już tradycyjnie zejściem w mrok brzmieniowych detali. Improwizacja przyjmuje teraz dwubiegunową postać – z jednej strony armia wyjątkowo delikatnych, wibrujących przedmiotów na werblu, z drugiej gra na małe pola pozostałych uczestników podróży. W okolicach dziesiątej minuty John zaczyna szarpać za strony, Vasco rozwarstwiać swoją chmurę dźwięków, a Olaff snuć plamy post-ambientu. Z czasem ta nerwowa kołysanka łapie wiatr w żagle, głównie dzięki wybudzeniu się Luisa. Opowieść gęstnieje, choć tempo ciągle zdaje się stać w miejscu. Incydentalne spiętrzenia nie zmieniają obrazu finału albumu – ten jest bezsprzecznie nostalgiczną post-balladą. Trąbka śpiewa, bas pracuje pizzicato & arco, perkusjonalia dzwonią, a gitara wypuszcza w niebo unikatowe flażolety.

 

John Hughes/ Olaf Rupp/ Vasco Trilla/ Luis Vicente Gravelshard (Phonogram Unit, CD 2024). John Hughes – kontrabas, Olaf Rupp – gitara elektryczna, Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Luis Vicente – trąbka. Nagrane w Hamburgu w roku 2023. Dwie improwizacje, 50 minut z sekundami.

 

Prasowa informacja koncertowa:

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/05/miedzynarodowy-kwartet-gravelshard-na.html




 

środa, 3 kwietnia 2024

Spontaniczna wiosna w poznańskim Dragonie


(informacja prasowa)

 

Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club zapraszają na wiosenne koncerty cyklu Spontaneous Live Series. W trakcie sześciu wieczorów posłuchamy w Poznaniu ognistego, punkowego free jazzu w wydaniu brazylijsko-portugalskim, ponadgatunkowego projektu, który łączy improwizatorów z krajów tzw. Grupy Wyszehradzkiej, klasyków improwizowanego dark ambientu, międzynarodowego kwartetu, który kojarzy kwiat iberyjskiej improwizacji z muzykami ze stolicy Niemiec, a także dwie formacje ze znaczącym udziałem muzyków skandynawskich – obie swobodnie improwizujące, jedna w pełni akustycznie, druga z kolei elektro-akustycznie.



 

Wiosenna edycja spontanicznego cyklu koncertowego rozpocznie się we środę 17 kwietnia. Do Dragona wróci wtedy jeden z naszych ulubionych improwizujących saksofonistów Yedo Gibson, a wraz z nim basista Felipe Zenícola oraz perkusista João Valinho. Tego ostatniego, podobnie jak Gibsona, świetnie znają miłośnicy albumów wydawanych przez Trybunę Muzyki Spontanicznej, z kolei Zenícola to m.in. stały uczestnik jednego ze składów Paala Nilssena- Love, czyli New Brazilian Funk. Ta trójka zwie się MOVE i gra wyjątkowo energetyczną muzykę improwizowaną, którą śmiało można otagować takimi określeniami, jak punk-rock, free-funk, noise-rock, czy też skojarzyć z takimi formacjami, jak PainKiller, czy Altered States. Koncert MOVE poprzedzi intrygująca, ponadgatunkowa eksploracja w wydaniu krajowym – zagrają gitarzysta Michał Sember i akordeonista Ryszard Lubieniecki.

Jeszcze w kwietniu, dokładnie 28-ego, do Poznania zawita improwizowany projekt wyszehradzki Quadrilateral Sound Exchange. Pod egidą węgierskiej inicjatywy JazzaJ czwórka artystów z Polski, Słowacji, Czech i Węgier – saksofonistka Paulina Owczarek, obsługujący elektronikę Daniek Kordik, gitarzysta i skrzypek Jan Mikyska oraz perkusista Attila Gyárfás – będzie swobodnie improwizować w formule ad hoc, zatem spotkają się na scenie po raz pierwszy. Obok Bratysławy, Pragi i Budapesztu ważną stacją trasy koncertowej będzie właśnie Poznań. W roli lokalnego suportu wystąpi ad hoc trio – saksofonista i klarnecista Michał Giżycki, gitarzysta Paweł Doskocz oraz perkusjonalista Michał Joniec. Dodajmy, iż projekt przewiduje także warsztaty instrumentalne, które poprzedzą koncert główny wieczoru.

Maj także przyniesie dwa wydarzenia koncertowe. Najpierw w niedzielę 12-ego zagra duet The Void Of Expansion, czyli belgijski gitarzysta Dirk Serries i norweski perkusista Tomas Järmyr. Obaj są bez wątpienia klasykami Improwizowanego dark ambientu, współtworzą m.in. formację Yodok III. To prawdziwa gratka dla wielbicieli mrocznych, niekończących się opowieści na mglistą gitarę elektryczną i masywną, rockową perkusję. Ten koncert, to powrót do Dragona Serriesa, festiwalowego headlinera z roku 2019, którego znamy również z wielu swobodnie improwizowanych nagrań na gitarze akustycznej.

Z kolei 23 maja do Dragona zawita trio swobodnie improwizujących artystów, których zaliczyć możemy do grona młodych gniewnych europejskiej muzyki kreatywnej – japońska pianistka Rieko Okuda, duński kontrabasista Asger Thomsen oraz niemiecki saksofonista Jonas Engel. Z pewnością wielbiciele tzw. technik rozszerzonych i dźwięków posadowionych blisko ciszy będą tego wieczoru zachwyceni.

W wymiarze spontanicznym wiosna, tak jak w kalendarzu gregoriańskim, kończy się w czerwcu. Wtedy to właśnie będą miały miejsce kolejne dwa wieczory z muzyką improwizowaną. Pierwszego dnia miesiąca zagra międzynarodowy, free jazzowy kwartet Gravelshard, który tworzą niemiecki gitarzysta Olaf Rupp, świetnie znani w Polsce przedstawiciele Półwyspu Iberyjskiego – portugalski trębacz Luis Vicente i katalońsko-portugalski perkusista Vasco Trilla, wreszcie niemiecki Amerykanin, kontrabasista John Hugnes.

Na koniec wiosennej przygody czeka nas formacja Teeth, która zabierze nas w zdecydowanie elektroakustyczną podróż. Grupę tworzą Skandynawowie: Anders Filipsen na instrumentach klawiszowych, Herman Müntzing obsługujący elektronikę oraz najbardziej rozpoznawalny w tym gronie, wielokrotny uczestnik spontanicznych wydarzeń w Dragonie, perkusista Håkon Berre. Każdy z artystów w arsenale swoich środków rażenia będzie miał także tzw. obiekty, na ogół amplifikowane. Ten koncert odbędzie się 11 czerwca.

 

Wiosenne koncerty Spontaneous Live Series:

17 kwietnia, Vol. 58 – MOVE: Yedo Gibson - saksofon, Felipe Zenícola – gitara basowa, João Valinho – perkusja + Michał Sember - gitara/ Ryszard Lubieniecki – akordeon

28 kwietnia, Vol. 59 – Quadrilateral Sound Exchange: Paulina Owczarek – saksofon altowy, Daniel Kordik – elektronika, Jan Mikyska - viola da gamba, gitara elektryczna i Attila Gyárfás - perkusja, gardon + Ad Hoc Trio: Michał Giżycki – saksofon, klarnet basowy, Paweł Doskocz – gitara elektryczna, Michał Joniec – instrumenty perkusyjne

12 maja, Vol. 60 - The Void Of Expansion: Dirk Serries - gitara, Tomas Järmyr – perkusja

23 maja, Vol. 61 – Trio: Asger Thomsen – kontrabas, Rieko Okuda - fortepian, Jonas Engel – saksofon, modyfikowana trąbka kieszonkowa

1 czerwca, Vol. 62 – Gravelshard: Olaf Rupp - gitara, Luis Vicente – trąbka, John Hugnes - kontrabas, Vasco Trilla – perkusja

11 czerwca, Vol. 63 – Teeth: Anders Filipsen – instrumenty klawiszowe, Herman Müntzing – elektronika, obiekty amplifikowane, Håkon Berre – perkusja, obiekty, elektronika




piątek, 8 grudnia 2023

Puna & Der Zweite Streich! Two shots from Meinrad Kneer!


Sięgamy dziś po dwie niemieckie płyty, które łączy osoba kontrabasisty Meinrada Kneera. W trio napotykamy na soczystą, swobodnie improwizowaną narrację, z kolei w kwintecie – podpisanym przez wyżej wymienionego – natrafiamy na wyrafinowany jazz, który lubi ponadgatunkowe inspiracje, świetnie radzi sobie w improwizacjach, ale punktem wyjścia jest tu zawsze zgrabnie skonstruowana kompozycja.

Oba nagrania powstały w tym samym studiu nagraniowym w Berlinie, tego samego roku. Muzyka zawarta na obu krążkach zdaje się po części pokazywać przeciwlegle krańce zainteresowań kontrabasisty. Nade wszystko prezentuje nam jednak doskonałego artystkę, który świetnie funkcjonuje w każdych okolicznościach stylistycznych i gatunkowych.



 

Puna

Gitarzysta Olaf Rupp i perkusista Rudi Fischerlehner grywają razem w duecie Xenofox (szukajcie recenzji na tych łamach!). Teraz do swych ognistych, niekiedy post-psychodelicznych narracji dołączyli Meinrada Kneera, który zdaje się być zarówno free jazzowym zwierzem najczystszego chowu, jak i kameralnym, smyczkowym wirtuozem i kolorystą. Mieszkanka powstała z tego piorunująca, śmiało już teraz mieszcząca Punę na liście najlepszych płyty mijającego roku.

Początek nagrania nie zwiastuje jeszcze burzy z piorunami. Smyczek ślizga się po strunach, gitara szuka echa amplifikatora, a perkusja szeleści. Zło czai się jednak z każdej strony i już po kilku pętlach improwizacja zdaje się być gęsta, reaktywna i zadziorna. Wewnątrz tego tygla emocji rodzi się pewna rytmiczna struktura, ale jest ona tylko jednym z elementów budowania linearnej opowieści. Jeśli flow przyspiesza, od razu kipi psychodelią, jeśli zwalnia, mroczna kameralistyka bierze nas we władanie i zaciska pętlę na dygoczącej szyi. Muzycy i ich szalone instrumenty efektownie zawłaszczają tu każdy skrawek przestrzeni dźwiękowej. Emocje rosną, opowieść nabiera rockowych kolorów, ale kontrabas wciąż pracuje w trybie arco, co sprzyja budowaniu jeszcze większej jakości. Po upływie jedenastej minuty dynamika narracji spada i zaczynają wiać boczne wiatry – rezonują talerze, kontrabas niespodziewanie wchodzi w tryb pizzicato, a gitara zasypuje nas coraz większymi garściami flażoletów. Z każdego zakamarka sceny zaczyna teraz sączyć się kwaśny odczyn, który na etapie finalizacji zbuduje kolejną gęstą opowieść.

Kolejne dwie improwizacje są nieco krótsze, ale nasycone podobnym ładunkiem ekspresji. Ta pierwsza startuje na pełnym gazie. Strumień dźwiękowy nabiera mocy z każdą sekundą, a jego ważnym elementem jest znów jakże swawolny smyczek. Narracja faluje, bywa mroczna, niemal kąpie się w odmętach czarnego ambientu, za moment staje się dla odmiany niezwykle ekspresyjna. Cały czas pnie się jednak ku górze, a po osiągniecia punktu przegięcia delikatnie przygasa, płynąc frazami post-jazzu w wprost z gryfu gitary. Także kolejna opowieść startuje z pełnymi ustami emocji – ścieg narracji szyty tu jest rockiem i funkiem. Basowy groove, rozhuśtana gitara i perkusja, która każdy splot dramaturgicznych okoliczności lepi w zwartą opowieść. Puna przez moment zasługuje na miano prawdziwego power trio, ale nie byłaby sobą, gdyby nie popadała w psychodeliczne didaskalia. Improwizacja przez większą część nagrania płynie na kontrabasowym pizzicato, ale gaśnie pod urokliwym i jakże przemożnym wpływem smyczka.

Ostatnia improwizacja daje nam chwile rezonującego oddechu, przynajmniej w fazie początkowej. Artyści zasypują nas teraz drobnymi, preparowanymi frazami. Znów aktywny jest smyczek, który nie szczędzi strun, efektownie w nie uderzając. Z tego galimatiasu fonii powstaje masywna i typowa dla tria gęsta opowieść. Tu doposażona w warstwę rytmiczną silnie akcentowaną przez kontrabas i perkusję. Dla odmiany gitara znajduje teraz przestrzeń dla pick-up’ owych swawoli. Dźwięków i emocji przybywa, ale pomiędzy nimi wciąż mieści się dużo powietrza. Faza tłumienia wiecznego ognia post-psychodelii czyniona jest na wyjątkowo efektownym wydechu – syci się ambientem, budowanym przez wszystkich.



 

Der Zweite Streich

W przeciwieństwie do tria Puna, w składzie kwintetu Kneera znajdujemy anonimowych dla nas muzyków. Zatem przywołajmy tu jedynie bardzo dobrze brzmiące na papierze instrumentarium – trzy dęciaki (puzon, alt i trąbka), perkusja i kontrabas lidera. Sytuacja startowa jest zatem intrygująca i od razu zaznaczmy, iż także na końcu tej podróży jesteśmy zadowoleni. Album, to oczywiście propozycja dla fanów jazzu, którzy lubią from time to time wdawać się w niezbyt intensywne igraszki z free jazzem. Kompozycje Meinrada, zgodnie z liner notes, zdają się korzystać z dalece wielogatunkowych inspiracji, za każdym razem są także świetnym otwarciem dla procesu niekiedy całkiem swobodnej, choć silnie ukierunkowanej jazzowo, improwizacji.

Pierwszy temat podaje sekcja rytmu, a rola dęciaków skupia się na odpowiednim opatrzeniu go melodyką. Rytm wydaje się być dość masywny, w kontrze do ulotnej melodii. Ekspozycje solowe należą tu do altu i trąbki, a prowadzone są na bazie dobrze pracującego kontrabasu i perkusji. Drugi temat tytułem nawiązuje do Ornette Colemana, jest silnie emocjonalnym bluesem, który w fazie ekspresji chętnie sięga po estetykę Alberta Aylera. Trzeci utwór otwiera solo kontrabasu. Temat podany tu jest kolektywnie i zdaje się mieć dość niebanalne metrum. Zwraca uwagę świetne solo puzonu. W kolejnej części kwintet brzmi jak mała orkiestra swingowa. Temat do śpiewania i tupania noga, utwór zwieńczony ekspresyjnym solem perkusji.

Piąta kompozycja w fazie otwarcia jest … swobodną improwizacją saksofonu i kontrabsu. Temat utworu pojawia się dość późno, a cała opowieść nabiera interesującej dynamiki. Szóstą część ponownie otwiera kontrabas, tym razem traktowany smyczkiem. Smutna, molowa narracja zostaje bardzo bogato zaaranżowana dętymi zdobieniami. Tu muzycy początkowo zdają się koncentrować na ogrywaniu tematu, nie zaś ekspozycjach solowych. Te ostatnie pojawiają się później i są nieco przegadane. Siódma opowieść stawia na dynamikę i stylowy groove basu. Znów nieco molowy temat podają tu same dęciaki. Ostatni utwór po części stawia na swobodną improwizację, tu bogaconą plejadą dźwięków preparowanych. Temat utworu jest balladowy i nieco mniej intrygujący, z kolei faza improwizacji zdecydowanie trzyma poziom jakże udanego otwarcia. Szczególnie podobać się może solo basu wsparte na perkusji. Zakończenie skrzy się ciekawą, na poły semicką melodyką.

 

Rupp, Kneer & Fischerlehner Puna (Klanggalerie, CD 2023). Olaf Rupp – gitara elektryczna, Meinrad Kneer – kontrabas oraz Rudi Fischerlehner – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w Berlinaudio, Berlin, styczeń 2021. Cztery improwizacje, 46:11.

Meinrad Kneer Quintet Der Zweite Streich (Jazzwerkstatt, CD 2023). Sebastian Piskorz – trąbka, Peter Van Huffel – saksofon altowy, Gerhard Gschlößl – puzon, Meinrad Kneer – kontrabas, kompozycje oraz Andreas Pichler – perkusja. Nagrane w Berlinaudio, Berlin, listopad 2021. Osiem utworów, 65:25.



 

wtorek, 7 marca 2023

The March Round-up: Xenofox! The Tape! Magee! C/W|N! Symbiotic Instruments! |fontAnna|! Sounding Society! Reviriego!


Marzec na tronie, zatem najwyższy czas, by pokazać światu nową zbiorówkę recenzji z naszą ukochaną muzyką improwizowaną!

Dziś na recenzenckiej tapecie osiem płyt, w tym trzy wydane jeszcze w starym roku, a reszta w obecnym. Pośród nich cztery dostępne są na poręcznych płytach kompaktowych, a kolejne cztery na zgrzebnych kasetach magnetofonowych. Fenomen renesansu tego ostatniego nośnika wciąż pozostaje dla redakcji nieodgadniony, ale nie jest to temat dzisiejszej rozprawki.

Naszą tradycyjnie ponadgatunkową podróż zaczniemy w Berlinie, gdzie będzie gęsto i całkiem elektrycznie. Potem czekają nas dwie wizyty w Zjednoczonym Królestwie, bardzo swobodne, niekiedy elektroakustyczne. Powrót do Niemiec, to spotkanie tria dalece międzynarodowego, które skupia się na subtelnościach preparowanej akustyki. W dalszej kolejności krótka wizyta w Kanadzie, w zakładzie ceramicznym i szybki powrót o Europy, który zagwarantują nam dwa albumy po części krajowe (z wątkiem kopenhaskim!), oba fragmentarycznie akustyczne. Marszruta tej zbiorówki dokona swojego żywota w Barcelonie, w zaskakująco elektronicznym wydaniu.

So, welcome to heaven & hell of improvisation! 



 

Xenofox  The Garden Was Empty (Audiosemantics, CD 2023)

Zentrifuge, Berlin, maj 2022: Olaf Rupp – gitara elektryczna oraz Rudi Fischerlehner – perkusja, instrumenty perkusyjne. Pięć improwizacji, 57 i pół minuty.

Doświadczony Niemiec i zaprawiony w bojach Austriak uszyli dla nas gęstą, najeżoną brzmieniowymi i dramaturgicznymi atrakcjami opowieść. Z jednej strony gitarzysta i jego elektryczna maszyna, która buzuje emocjami, sprzężeniami i przepięciami mocy, niekończącymi się plejadami flażoletów, czerpiąca inspiracje z post-rocka, psychodelii i szorstkiego ambientu, ale niestroniąca od drobnych, jazzowych zdobień. Z drugiej strony niebywale kreatywny perkusista, który na każdym etapie rozwoju improwizacji ma tysiące ciekawych pomysłów, a dopiero na samym końcu myśli o budowaniu rytmicznej i linearnej narracji. Pusty Ogród składa się z trzech umiarkowanie rozbudowanych opowieści, które udanie podprowadzają nas pod danie główne, trwające ponad 25 minut. Te ostatnie skomentowane zostaje dość krótkim epizodem przypominającym połamaną balladę udręczonych wędrowców.

Już pierwsza historia dostarcza nam moc wrażeń – tworzą ją kłęby gitarowych sprzężeń, niepozbawionych kwaśnego posmaku i połamane frazy perkusji, która gra całym swoim arsenałem, ale nie ułatwia zadania gitarzyście prostymi rozwiązaniami dramaturgicznymi. Początek drugiej odsłony, to perkusjonalne drobiazgi i post-ambientowe wyziewy gitary. Muzycy zdają się dawkować nam tu emocje, ale i tak pakiet zdarzeń, jakie nam serwują, bywa trudny do ogarnięcia za pierwszym podejściem. Mamy wrażenie, że cała historia improwizowanego rocka zostaje tu przefiltrowana przez kreatywny drumming, którego kierunki działania bywają nieodgadnione. W trzeciej części gitara łyka coraz większe porcje psychodelii, brzmi jakby była rozstrojona, perkusja stoi zaś w miejscu i zagęszcza ścieg narracji. Czwarta, rozbudowana improwizacja ma wiele faz i odcieni. Usiany drobiazgami początek pachnie post-bluesem, potem narracja sprawia wrażenie przednówka całkiem ekspresyjnej, rockowej opowieści. W połowie ekspozycji muzycy zmyślnie gubią tropy i zapraszają nas na oniryczne dywagacje brzmieniowe, pełne metalicznego rezonansu i pytań o kierunek dalszej drogi. Zakończenie tej części albumu syci się niezłą dynamiką, pachnie post-rockiem, ale w jego trakcie brzmienie gitary niespodziewanie łagodnieje. Ostatnią improwizację buduje pewien dysonans. Drummer pracuje tu na niezłej dynamice, z kolei gitarzysta szuka drobnych, zaskakujących formuł brzmieniowych, preparuje i bawi się post-ambientem. W ostatecznym rozrachunku ten pierwszy przyjmuje reguły gry tego drugiego.



Dunning/ Taylor/ Thompson  The Tape (A New Wave Of Jazz, kaseta/DL 2022)

A New Wave Of Jazz Festival, Hundred Years Gallery, Londyn, luty 2020: Graham Dunning – działania elektroakustyczne (turntable, dubplates & spring reverbs), Benedict Taylor – altówka oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Jedna improwizacja, 30 minut bez kilkunastu sekund.

W kategorii brytyjskich improwizatorów średniego pokolenia, The Tape to niemal spotkanie na szczycie! Świetnie nam znani mistrzowie minimalistycznej akustyki, Taylor i Thompson, spotykają tu Dunninga, mistrza nieoczywistych konfiguracji nieakustycznych. Krótkie zwarcie koncertowe mieni się tysiącami barw, ale też po raz kolejny udowadnia, iż prawdziwa nić porozumienia między dźwiękami syntetycznymi i akustycznymi nawiązuje się na poziomie wytłumionych, bliskich ciszy igraszek fonicznych.   

Początkowy strumień narracji formuje się ze szmerów i pojedynczych dźwięków strunowych oraz elektroakustycznej smugi dość już gęstych fonii. Altówka skupia się na drobnych, ale na ogół preparowanych frazach, gitara z kolei swój konceptualny minimalizm wtłacza w ramy zachowań repetytywnych. Po upływie kilku minut pierwsze, dość hałaśliwe fragmenty koncertu urokliwie przepoczwarzają się w subtelne frazowania, którym niezbyt daleko do ciszy. Duża w tym zasługa mistrza syntetyki, który tłuste zwoje szumów zamienia na drobne, usterkowe didaskalia, doposażone w ambientowe tło. Muzycy bez trudu łapią porozumienie i kreują coraz bardziej intrygujące sytuacje sceniczne. W połowie koncertu pojawiają się nowe elementy – struny zgrzytają, elektroakustyka rezonuje, a potem pulsuje. Altówka trwa przy frazach preparowanych, gitara tyka jak zegar ścienny. Z tego oceanu drobiazgów artyści formują narrację, która nie jest pozbawiona znamion rytmu. Akcja zaczyna tu gonić akcję! Altówka idzie w taniec, gitara, choć ma nieco wolniejszy metabolizm, także ochoczo podryguje, a post-elektronika dba o całą resztę. W okolicach 25 minuty flow gaśnie aż do poziomu ciszy. Nowe wątki są teraz wyjątkowo filigranowe, choć maszyneria Dunninga przypominać zaczyna swoje bardziej głośne oblicze, znane z początku koncertu. Zakończenie spektaklu przychodzi wyjątkowe nagle, jakby ktoś przez przypadek zgasił światło.



Massimo Magee  The Contemporary Jazz Clarinet Of Massimo Magee And His Rhythm (Falt, kaseta/DL 2023)

Czas i miejsce akcji nieznane: Massimo Magee – klarnet, feedback mixer. Dwie kompo-improwizacje, 40 minut.

Rezydujący w Londynie Australijczyk należy do grona niezwykle kreatywnych i poszukujących saksofonistów i klarnecistów współczesnej muzyki improwizowanej. Jego działania artystyczne nie koncentrują się jednak na tzw. rozszerzonych technikach wydawania dźwięku, muzyk częściej bowiem zajmuje się twórczą dekonstrukcją dźwięków już wyprodukowanych przez żywy instrument. Czyni tak choćby poprzez stosowanie zaawansowanych metod i narzędzi ich rejestracji, a w przypadku swej najnowszej płyty solowej – poprzez użycie tzw. miksera dźwięków powracających (ponoć słowa feedback nie powinno tłumaczyć się na język polski). Efekt jego pracy jest bardziej niż intrygujący, choć w warstwie fonicznej niekiedy dość wymagający. Ale najlepszy na tym albumie jest sam tytuł. Ciekawe, czy był w stanie wprowadzić kogoś w błąd? Chcielibyśmy zobaczyć minę tego delikwenta!

Pierwsza improwizacja (z pewnością dalece predefiniowana) koncentruje się na klarnetowych pół melodiach, którym towarzyszą elektroakustyczne frazy, z jednej strony przypominające usterkową elektronikę, z drugiej budujące warstwę rytmiczną, którą można przy pewnej dozie tolerancji nazwać mianem drum’n’bass. Żywy instrument sięga tu także po dźwięki mniej oczywiste, kreśli małe drony i delikatnie preparuje, ale osią narracyjną jest ów fikuśny feedback, który zdaje się raz za razem płatać drobne figle. Ta część albumu ma nieco performatywny charakter i częściej sprawia wrażenie eksperymentu. Dużo ciekawiej jest w trakcie drugiej, równie rozbudowanej improwizacji. Tu maszyna feedbackowa bierze na swe barki ciężar prowadzenia narracji. W pierwszej fazie jej frazowanie świetnie koreluje z podmuchami szorstkiego powietrza z tuby klarnetu. Oba źródła dźwięku generują fonie o podobnej intensywności, pracują w podobnym rytmie i sycą się post-industrialną estetyką. Sytuacja dramaturgiczna zmienia się tu dość często. Mamy kolejne wątki usterkowe, a może nawet plądrofonicznie, także garść akcentów rytmicznych, gdy feedback pracuje niczym metronom, a na finał dostajemy się w strugę gęstego noise power electronic.



 

C/W|N  Thirty Nine Fifty Five (Acheulian Handaxe, CD 2022)

MUG, Einstein Kultur, Monachium, wrzesień 2021: Dušica Cajlan – piano preparowane (extended), Georg Wissel – saksofon altowy (augmented) oraz Etienne Nillesen – mały zestaw perkusyjny (extended). Dwie improwizacje, 40 minut.

Po sporej dawce elektryczności i elektroakustyki czas na porcję dźwięków stuprocentowo akustycznych. Do świata subtelnych, wytłumionych, niekiedy ekstremalnie cichych fonii zaprasza nas międzynarodowe trio, które koncertowało onegdaj w stolicy Bawarii. Płyta mieni się masą urokliwych, fantastycznie brzmiących dźwięków, ma świetną dramaturgię (emocje miewają tu naprawdę wysokie wzniesienia!) i nie ma w jej trakcie momentu, w którym recenzent mógłby wyrazić zdanie odrębne. Przepyszne nagranie!

Improwizacja od startu budowana tu jest z drobnych, precyzyjnie konstruowanych fraz. Suche podmuchy z tuby saksofonu, przedmioty szeleszczące na fortepianowych strunach i filigranowy, ale głęboki drumming. Opowieść narasta bardzo powoli, syci się drżeniem strun, dłuższymi frazami dętymi i fikuśnymi rysunkami na glazurze perkusyjnego werbla. Z czasem pianistka częściej korzysta z uroku fortepianowej klawiatury, a w grze drummera pojawia się coś na kształt minimalistycznego rytmu. Narracja raz na kilka minut na swoje drobne wzniesienie, które muzycy pokonują z wyjątkową gracją, po czym wracają do żmudnego kreowania kolejnego wątku. Tuz przed 20 minutą seta zasadniczego efektowne pasaże na niezłej dynamice śle nam pianistka, po czym trio zanurza się w oceanie filigranowych inside sounds. Rozkołysana post-ballada wieńczy ten fragment nagrania. Koncertowe encore trwa tu ponad 10 minut i kreowane jest z jeszcze większą pieczołowitością. Najpierw akcenty percussion z wnętrza fortepianu i werbla, potem saksofonowe oddechy. Artyści w tej części koncertu zdają się być najbliżej ciszy. Potem wpadają w subtelny trans – delikatnie szarpane struny piana, rezonujące śpiewy z werbla i saksofonowe dysze w swobodnych pląsach. Na koniec pianistka powraca na klawiaturę, podczas gdy jej partnerzy budują wieńczące dzieło, pęczniejące drony.



Roxanne Nesbitt/ Ben Brown/ Marielle Groven  Play Symbiotic Instruments (Small Scale Music, kaseta/DL 2023)

Afterlife Studios, Vancouver, kwiecień 2020-maj 2021: Ben Brown – perkusja i ceramiczne perkusjonalia, Roxanne Nesbitt – kontrabas oraz Marielle Groven – fortepian, przedmioty ceramiczne. Siedem utworów (kompozycji własnych), 35 minut z sekundami.

Trójka muzyków z Kanady przygotowała dla nas kompozycje własne, które znajdują dużo przestrzeni dla swobodnych improwizacji, pełnych dźwięków preparowanych i … brzmień ceramicznych. Te ostatnie definitywnie bogacą foniczny wizerunek całości, ale można odnieść wrażenie, że są ważniejsze od ekspresji wykonawczej i typowo muzycznych emocji. Największy wszakże problem z tym nagraniem jest taki, iż pomysłu dramaturgicznego starcza tu na trzy, może cztery utwory. Choć sam początek albumu wiele tu obiecuje.

Artyści pieczołowicie podają temat pierwszego utworu i dość szybko przechodzą do fazy swobodnych improwizacji. Dobrze uformowana melodyka i dynamika nagrania sprzyjają tu konstruowaniu intrygujących, preparowanych fraz ze strony każdego instrumentu. Drugą opowieść otwiera intro perkusyjne, które skrzy się delikatnym brzmieniem obiektów ceramicznych. Na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek, a muzycy snują wystudiowaną, post-jazzową narrację, która nie stroni od kameralnych klimatów. Znów kreują ciekawe brzemienia, ale w tej nieco ilustracyjnej opowieści zdecydowanie brakuje zachowań bardziej ekspresyjnych. Melodyka trzeciej opowieści zdaje się być nieco przesłodzona, ale wiele rekompensuje tu wyjątkowo smakowita faza improwizacji, z dużą ilością rezonujących, post-perkusjonalnych dźwięków. W każdej kolejnej odsłonie albumu dominacja akcji perkusjonalnych (także ze strony piana), bazujących na przedmiotach ceramicznych, stwarza niebanalne sytuacje dramaturgiczne, ale nie implikuje powstawania przemyślanych struktur narracyjnych. Opowieści na ogół bazują tu na zadanej strukturze rytmicznej, chwilami pachnąc wręcz rockową ornamentyką (choćby w utworze szóstym). Ostatnia część płyty, to niemal wyłącznie perkusjonalne zdarzenia, tu wszakże doposażone w intrygujące dźwięki, których źródła pochodzenia nie jesteśmy w stanie do końca rozpoznać.



 

|fontAnna|  Voicollages (Requiem Records, CD 2022)

Prawdopodobnie Bydgoszcz, czas akcji nieznany: Anna Niestatek – głos i kompozycje. Jedenaście utworów, 30 minut.

Oddajemy się na pełne dwa kwadranse we władanie kobiecego głosu, który śpiewa, melorecytuje lub recytuje, pokrzykuje i złorzeczy, szepta nam do ucha tajemnicze słowa, tudzież zabiera swym szamańskim zaśpiewem w podróż, która nie przewiduje drogi powrotnej. Artystka z tych wszystkich wątków plecie nam jedenaście wokalnych kolaży, którymi potrafi wzbudzać doprawdy niebywałe emocje. Bywa, że mówi do nas stonowanym dwugłosem, bywa, że krzyczy anielskim chórem tysiąca gardeł, z których tylko niektóre niosą dobrą nowinę.

Pierwszy głos szepcze, drugi snuje leniwą wokalizę, trzeci gdacze, a czwarty podśpiewuje – wszystko z nabożną niespiesznością łączy się tu w wielogłos inicjacyjny, z którego wykluwa się śpiew z tekstem przypominający mniej mroczne nagrania Dead Can Dance. Zaraz potem folkowy loop szyje dramaturgię, a towarzyszące mu głosy nerwowo pokrzykują lub cedzą słowa. W trzeciej odsłonie zalotny wielogłos, początkowo zatopiony w ciepłej mgle, wpada w kompulsywny taniec z dużą porcją melodii i frywolności. W czwartej jawi się nam prawdziwie arabski epizod – to dwugłos o matowym, zabrudzonym tembrze. W piątym opowiadaniu zgrabnie sklecony wielogłos startuje z samego dna świata, chce sięgnąć iluzorycznego nieba, ostatecznie przypomina jednak senne koszmary. W szóstym z kolei toniemy w mrocznych szeptach gromady pielgrzymów modlących się o deszcz. Siódma część wydaje się bardzo fizyczna, przypomina oddech w trakcie testu wysyłkowego, który szczęśliwie łapie folkowy rytm i eksploduje wyrafinowaną ekspresją. Ósmy epizod zdaje się być wyłącznie werbalny – krzyki, mroczne słowa i mglista poświata kreślą tu rytuał zapomnienia. W kolejnych częściach czeka nas dramaturgiczny kontrapunkt – na kilka chwil przenosimy się na targ rybny w Stambule, a zaraz potem zanurzamy po czubek nosa w kolejnym sezonie Twin Peaks. Ostatni odcinek podróży pokonujemy w dużym skupieniu. To rodzaj modlitwy, a może poranne przekomarzania z ukochaną osobą - wszystko rozpływa się tu w onirycznej mgle.



Sounding Society  Homecoming Medley or Society Into Sound (Gotta Let It Out, CD 2023)

AliceCPH, Kopenhaga, kwiecień 2021: Tomo Jacobson – kontrabas, midi ribbon, gypsy rose, Rasmus Kjær Larsen – melotron, nord lead, Ylenia Fiorini - gongi, inne uzdrawiające instrumenty oraz Szymon Pimpon Gąsiorek – perkusja, rożek barytonowy, OP-Z, shruti box. Jedna improwizacja w czterech częściach, niespełna 40 minut.

Tomo Jacobson i Szymon Gąsiorek powracają! Już nie jako duet Wood Organisation, ale w tkance czteroosobowej i opowieści bogatej w wydarzenia, intrygująco kwaskowej i niebanalnie zinstrumentalizowanej. Jeśli wersja duetowa budziła pod piórem recenzenta drobne ambiwalencje, to Brzmieniowe Towarzystwo godzi je wszystkie i definitywnie zasługuje na wysoką ocenę. Album z długim tytułem, to czterdzieści bezbolesnych minut liquid trip po bezdrożach ponadgatunkowej improwizacji.

Na delikatnie rozmytą w czasie i przestrzeni aurę otwarcia składa się tu szum elektroakustycznych urządzeń w pozie stand-by, brzęczące struny kontrabasu, perkusjonalne świecidełka i bogate, ambientowe tło. Klimat neo-hippisowskiej post-psychodelii w leniwej strudze zachodzącego słońca. U progu drugiej odsłony nieprzerwanego strumienia dźwięków pojawia się wyraźny sygnał basu do aktywizowania działań kreatorskich. Odzew początkowo tli się niemal metafizycznymi wątpliwościami, ale po chwili aktywizują się perkusjonalia, które płyną całą szerokością sceny, tworząc niekończącą się przestrzeń filuternego drum’n’bass. W tle dzieje się wiele ciekawego, a na froncie bas wchodzi w stadium dość ożywionej improwizacji. Spowolnienie narracji jest tu przy okazji początkiem trzeciej części. Bas milknie na moment, a nowe rozdanie smakować zaczyna tłustą, afrykańską polirytmią. Pojawia się barytonowy rożek i kolejne plejady intrygujących dźwięków. Kwartet przypomina teraz małą orkiestrę, która systematycznie nabiera dynamiki. Wejście w ostatni epizod wyznacza tu fazę elektronicznego zamętu i zabawy w post-syntetyczną usterkowość. Opowieść przez moment lewituje. Szczęśliwie powraca bas i w mgnieniu oka porządkuje dramaturgię. Jego groove jest mięsisty i ciągnie opowieść mimo pasywnej postawy perkusjonalii. Pojawiają się syntezatorowe melodie płynące z jasnej strony księżyca. Końcowe trzy minuty improwizacji unaoczniają trud skutecznej finalizacji. Garść slapstickowych akcji pozwala jednak artystom osiągnąć zamierzony koniec tuż przed upływem czterdziestej minuty.



Àlex Reviriego  Leukolenos (Crystalmine Records, kaseta/DL 2023)

Barcelona, okoliczności domowe, jesień-zima 2020: Àlex Reviriego - Yamaha Electric Organ, Dreadbox NYX, inne urządzenia elektroniczne. Siedem utworów, 42 minuty.

Reviriego znamy przede wszystkim jako niezwykle kreatywnego kontrabasistę, ale czasy pandemii mają swoje prawa. Otóż w zaciszu domowym, w trakcie pierwszego lockdownu, muzyk zbudował swoją pierwszą w pełni elektroniczną ekspozycję. Instrumentalną bazą jego prac są tu elektryczne organy, których barwy brzmieniowe zdają się nie mieć końca, a całość narracji zgrabnie uzupełniają wielowątkowe elektroniczne zdobienia. Muzyk tym nagraniem nie wywołuje rewolucji w gatunku, ale jego nieprzegadanej opowieści słucha się z niekłamaną przyjemnością.

Pierwszą opowieść budują dwa wątki – siarczysty dron post-noise i śpiewne, szare tło ambientowe. Dramaturgia rośnie tu z każdą pętlą narracyjną, sprawiając, iż nagranie w fazie finalnej świetnie nadaje się na soundtrack do haloweenowego horroru. Dla przeciwwagi drugi epizod szyty jest krótkimi, niemal usterkowymi frazami. Pojawiają się basowe wtręty, a gęsto usianym incydentom post-hałasu towarzyszy wysoko zawieszony, pulsujący background. Całość nabiera z czasem posmaku minimal electro. W trzeciej części muzyk powraca do długich pasaży dźwiękowych. Organowy ambient formuje się tym razem w soczysty chill-out. Czwarta opowieść przypomina nieco pieśń otwarcia - dwa powłóczyste wątki, dużo szorstkich braw i coraz mroczniejszy klimat. Na zakończenie wszystko zostaje skomentowane czystymi frazami organów. Na początku kolejnej części znów mała plądrofonia - potem opowieść buduje się długimi frazami, które zdobią małe porcje siarczystego hałasu. Przedostatnia narracja wydaje się być wyjątkowo nerwowa. Pulsacje i usterki kreują tu klimat, w którym nie ma nadziei na światełko w tuneli. Wreszcie finał albumu, bardziej stonowany, to melodyjne farewell, z czystą barwą organów i wysokimi pasmami ambientu.