Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zofia Ilnicka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zofia Ilnicka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 maja 2026

Hajstra is living in the no time!


Historia polsko-katalońskiej Hajstry sięga deszczowej jesieni roku 2017 i wydarzenia koncertowego związanego z poznańską rezydencją formacji Phicus z Barcelony. Gitarzysta Paweł Doskocz i perkusista Vasco Trilla muzykowali wtedy po raz pierwszy. Kilkanaście miesięcy później ponowili ów akt na innym spontanicznym wydarzeniu w stolicy Wielkopolski, a debiutanckiego albumu doczekali się jeszcze w czasach przedpandemicznych.

Kilka lat później Hajstra staje się triem, albowiem do Pawła i Vasco dołącza flecistka Zosia Ilnicka. Drugi album Hajstry rodzi się poza czasem i dziś jawi przed nami siłą każdej ze swych czterdziestu ośmiu minut! Zapraszamy najgoręcej!

  


Prześledźmy losy muzyków i dźwięków, jakie generują ze swoich instrumentów w trakcie owych ponad trzech kwadransów, delikatnie posiłkując się tytułami poszczególnych improwizacji.

Zmierzch, to mikrobiologia dźwięków. Szmery, szelesty, drgania i nanopulsacje łączą się w pajęczynę subtelnie rezonujących interakcji. Ich żywot jest krótki, albowiem narracja lepi się, póki co, z definitywnie filigranowych zdarzeń. Każde z nich ma dramaturgiczny sens, pozostaje w relacji do pozostałych. Aż po tajemniczy śpiew, który rodzi się pomiędzy instrumentami.

Świt tworzy hydraulika instrumentów dętych – ten pierwszy to flet, ten drugi, to prawdopodobnie plastikowa rurka doklejona do perkusyjnego werbla. Z dna pudła rezonansowego gitary dochodzą tajemnicze dźwięki, być może to zręby piosenki dającej nucić się przy goleniu. Z tuby fletu dochodzą nie tylko dęte fonie, ale także głosowe, tworząc jedno ciało, które snuje własną opowieść. Z trzewi gitary docierają plamy elektryczności, a spacer całej trójki staje się intrygująco nerwowy. Gdyby nie blask perkusyjnych talerzy, byłaby awantura. Na końcu rodzi się rytm, ale szybko umiera.

Popołudniowy rwetes zaczyna się tuż po nastaniu południa. Flet spogląda ku górze, gryf gitary drży, a na werblu wykluwają się chmary elektrycznego robactwa. Sprawy w swoje ręce bierze teraz gitarzysta. Chce rocka, krautbluesa, wszystkiego, co budzi emocje. Ta historia ma swój początek, rozwinięcie i niechybne zakończenie, zaskakująco taneczne. Po drodze jest jeszcze duet zlepiony z fletu, który w oceanie samotności napotyka na strzępy perkusjonalnych zdarzeń.

Ciężka noc. Tu każdy dźwięk boli. Zgrzyta przesterowany, obtarty, nadgniły. Gitara i percussion rezonują nad wyraz śpiewnie, każdy czyni to własnymi metodami. Flet pozostaje w kontrze, ale też łapie strzępy melodii. Na odchodnym leją się strugi wody. To przerwana tama, może rzęsisty deszcz.

O świcie, to tylko blada poświata właśnie co zakończonej nocy. Zagubiona, pożegnalna melodia, która mości się w elektryczno-akustycznych szumach. Na strunach gitary pojawia się rytm, flet ustami artystki zaklina węża, a perkusjonalia sprzęgają mocą akustyki drżącego werbla.

 

Hajstra In the no time (Tour de Bras, CD 2026). Zofia Ilnicka – flety, Paweł Doskocz – gitara elektryczna oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Poznaniu, listopad 2023. Pięć improwizacji, 48 minut.

 

 

niedziela, 10 listopada 2024

Szwedzki duet i polskie trio w ramach 66.edycji Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Zapraszamy na kolejny koncert cyklu Spontaneous Live Series, który odbywa się pod patronatem Trybuny Muzyki Spontanicznej i poznańskiego Dragon Social Club już szósty rok. Tym razem będzie to koncert podwójny, który – jak to ma w zwyczaju spontaniczna inicjatywa – może przekształcić się w koncert … potrójny!

 

W czwartek 14 listopada na deskach Małego Domu Kultury pojawi się piątka artystów - zaciąg szwedzki, czyli Henrik Olsson na gitarze i Ola Rubin na puzonie oraz wataha polska, czyli Zosia Ilnicka na flecie, Paweł Doskocz na gitarze i Szymon Pimpon Gąsiorek na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Na scenie zakróluje z pewnością bezczelna młodość, artystyczna bezkompromisowość i stylistyczna dezynwoltura. Owa całkowicie bezkrwawa wojna szwedzko-polska znajdzie swój wieczny pokój – mamy taką nadzieję - w trakcie seta zakończenia, który zsumuje improwizowaną energię całej piątki artystów.

O ile Szwedzi grają ze sobą od lat (nota bene, ich przyjazd do Dragona anonsowany jest od … marca 2020), o tyle Polka i Polacy staną w szranki swobodnej improwizacji po raz pierwszy w tym składzie. Spodziewać się możemy pełnokrwistych improwizacji, definitywnie ponadgatunkowych zdarzeń fonicznych, które czerpać swą siłę będą zarówno z gęstej, szemranej ciszy, jak i z wielowarstwowego hałasu.




Ola i Henrik mówią o sobie, że w swoim duecie zanurzają się w intymnym, improwizowanym dialogu muzycznym, który jest pełen energii i ekspresji. Pracują nad tym, co niesłyszane, skrupulatnie eksplorując oszałamiające dźwięki, rytmy i abstrakcyjne kształty dźwiękowe, bazując na procesie permanentnej zmiany. Ciekawość, to rdzeń tożsamości tego duetu, a ich wzajemna interakcja jest reaktywna i dynamiczna.

Z kolei Zosia, Paweł i Szymon piszą, że ich zespół powstał definitywnie spontanicznie i specjalnie na tę okazję. Wszyscy opierają swój muzyczny pomysł na głębokim zrozumieniu instrumentów, co pozwala im na tworzenie wielowarstwowych improwizacji i ekspresyjnych pejzaży dźwiękowych opartych na różnorodnych formach narracji.

 

Spontaneous Live Series Vol. 66: Olsson/Rubin & Ilnicka/Doskocz/Gąsiorek

Poznań, Dragon Social Club, Zamkowa 3

20.00 Henrik Olsson – gitara, Ola Rubin – puzon

21.00 Zosia Ilnicka – flet, Paweł Doskocz – gitara, Szymon Pimpon Gąsiorek – perkusja, instrumenty perkusyjne

Bilety na bramce przed koncertem: 40/50 PLN

 

Piątka artystów, która niebawem pojawi się na scenie Dragona będzie kontynuować muzyczną przygodę w kolejnych dniach, odwiedzając inne miasta naszego pięknego kraju. Ilnicka, Doskocz i Gąsiorek po koncercie w Poznaniu zagrają w następujących lokalizacjach i terminach:

15.11. Lublin - Centrum Kultury

16.11. Kielce - WDK Galeria u Strasza

17.11. Łódź - Musica Privata

18.11. Kraków – Betel (tu, w miejsce Szymona, wskoczy Maciej Wirmański z nagraniami terenowymi i elektroniką).

Rubin i Olsson także trafią do Łodzi i będą występować na festiwalu Musica Privata. Spędzą tam jednak cały weekend, prowadzić będą m.in. warsztaty dla młodych adeptów improwizacji.

 

W uzupełnieniu powyższych informacji dodajmy, iż znane są już terminy i artyści kolejnych tegorocznych edycji Spontaneous Live Series:

30 listopada – Charlotte Keeffe solo oraz Węże Kobro: Aleksandra Chciuk, Paweł Sokołowski i Michał Rupniewski + kwartet ad hoc

13 grudnia – Dominik Strycharski & Grzegorz Tarwid.

 

Krótkie biogramy artystów, jacy wystąpią 14 listopada:

Henrik Olsson jest gitarzystą i kompozytorem, mieszkającym w Kopenhadze. Żyjąc między wolną improwizacją, a muzyką eksperymentalną, ciekawie eksploruje wieloaspektową naturę gitary elektrycznej, przykłada należytą uwagę do subtelności brzmienia i faktury instrumentu. Ale też, jak pisze Glenn Astarita z All About Jazz: „Olsson jest skłonny sterroryzować swoją gitarę w ciągu nanosekundy”.

Jego wizje kompozytorskie przejawiają się poprzez najnowszy projekt Hand of Benediction, który otrzymał wyróżnienie w New York City Jazz Record 2019 i został nazwany przez Vital Weekly „pięknym szaleństwem i bardzo niezwykłym oświadczeniem”. Z kolei jego debiutancki album Penumbra Ensemble został nazwany „surrealistyczną wizją, głęboko osobistym wyrazem awangardowego rocka, jazzu, muzyki świata i poetyckich pejzaży dźwiękowych” (All About Jazz). Jego charakterystyczną grę można usłyszeć również w takich grupach, jak Ytterlandet (grali w Dragonie w roku 2021!), Jeppe Zeeberg & The Absolute Pinnacle of Human Achievement.

http://www.henrik-olsson.com

Ola Rubin jest puzonistą mieszkającym w Malmö. Nade wszystko eksploruje nowe techniki i brzmienia. Działa w wielu projektach, takich jak szwedzko-amerykańskie trio Swedish Fix (z Jonem Lipscombem i Andersem Uddeskogiem). Ostatnio współpracował m.in. z Leilą Bordreuil, Zachem Rowdenem, Brandonem Lopezem i Ståle Liavikiem Solbergiem. Jako bBb współpracuje na stałe z Martinem Küchenem. W Konvoj Records wydał autorski album Tombola Rubola. Członek Extemporize Orchestra w Kopenhadze.

https://olarubin.com

Zofia Ilnicka, to flecistka, kompozytorka, improwizatorka. W 2016 roku ukończyła Akademię Muzyczną w Bydgoszczy. Od wielu lat ściśle związana z wykonawstwem muzyki nowej i improwizowanej. Jest artystką odważnie eksplorującą zaawansowane techniki wykonawcze. Zaangażowana w wiele projektów jazzowych, free-impro i muzyki współczesnej, m.in Trio_io, DEAE, Layers, Space Welders, Brzoska Kolektyw, Kraków Improvisers Orchestra. Współpracuje z wieloma kompozytorami, konsultując ich utwory. Inspiracje czerpie z muzyki Briana Ferneyhougha, Dominika Karskiego i Steve'a Reicha. Współpracowała z Landjugendorchester NRW, Filharmonią Pomorską w Bydgoszczy oraz Toruńską Orkiestrą Symfoniczną.

https://antennanongrata.bandcamp.com/album/trio-io-new-animals

Paweł Doskocz, to gitarzysta często sięgający po preparacje, eksplorujący nowe brzmienia instrumentu. Jego obszarem zainteresowania jest przede wszystkim improwizacja, a inspiracje czerpie z różnych źródeł. Współtworzył takie zespoły, jak Bachorze, Strętwa i Sumpf. Zdobywał doświadczenie podczas wspólnych występów z wieloma muzykami, tak z Polski, jak i z zagranicy. Występował na licznych festiwalach poświęconych muzyce eksperymentalnej i improwizowanej. Grywał na Ad Libitum, festiwalu Nowy Wiek Awangardy, Art of Improvisation Creative Festival, Jazz Ring, Musica Privata, Katowice JazzArt Festival, FRIV Festival, Avant Art Festival oraz Spontaneous Music Festival. Można go było usłyszeć w konfiguracjach z takimi artystami, jak: Alan Wilkinson, Emilio Gordoa, Matthias Müller, Jasper Stadhouders, Paweł Szpura, Hubert Zemler, Wojtek Kurek, Vasco Trilla, Yedo Gibson, Onno Govaert, Seppe Gebruers, Andrew Lisle, Vasco Furtado, Colin Webster, Dirk Serries, Benedict Taylor, Diego Caicedo oraz El Pricto.

Współorganizator „Spontaneous Music Festival” w Poznaniu.

https://paweldoskocz.bandcamp.com/

Szymon Pimpon Gąsiorek, to perkusista i kompozytor. W kwietniu 2022 nakładem Pointless Geometry ukazał się jego debiutancki album solowy - „Pozdrawiam”. Nowy brzmieniowo i gatunkowo bogaty materiał łączy perkusyjne, ciężkie rytmy z elektronicznymi sekwencjami, abstrakcyjnymi partiami syntezatorów, noise’em, nagraniami terenowymi, statycznymi fakturami i popowym brzmieniem autotune’a na wokalu. Album plasuje się gdzieś pomiędzy popową estetyką, transowością i eksperymentem. Kontynuację eksploracji w tych kierunkach można usłyszeć na b-day EPktóra ukazała się w 2023 w Love & Beauty Music. Szymon kształcił się w artystycznej akademii muzycznej Rytmisk Musikkonservatorium w Kopenhadze. Prowadzi zespoły takie, jak post-jazzowe Pimpono Ensemble i Pimpono 2+4 czy E/I grający muzykę minimalistyczną. Prężnie udziela się na europejskiej scenie free impro. Członek wielu eksperymentalnych duetów m. in. Alfons Slik (z Grzegorzem Tarwidem), Czajka & Puchacz (z Kają Draksler), Wood Organization (z Tomo Jacobsonem), Boys Cry (z Gianlucą Elią). Współzałożyciel niezależnego wydawnictwa Love & Beauty Music oraz festiwalu Idealistic.

www.pimpon.info

www.pimpon.bandcamp.com

 

 

piątek, 12 lipca 2024

DEAE in Lithium!


Kim była i co światu uczyniła Hildegard von Bingen, czytelnicy tych łamów dowiedzieć się będą mogli klikając w bezkresne złoża Wikipedii. W tym miejscu jedynie zaznaczamy, iż artystyczny i zapewne także mistyczny (jasnowidzący) dorobek wyżej wymienionej zainspirował dwie polskie artystki – flecistkę Zofię Ilnicką i perkusistkę, multiinstrumentalistkę Olę Rzepkę - do stworzenia dzieła muzycznego, nad którym dziś pochylamy nasze umęczone receptory słuchu, poniekąd także wzroku. Sam tytuł rzeczonego dzieła na wprost nawiązuje zaś do utworu rockowej Nirvany, choć zdaje się, że jedynie w warstwie werbalnej.



 

Opowieść Zosi i Oli ubrana została w osiem zgrabnych kompozycji, które mieszczą w sobie znaczącą przestrzeń dla improwizacji, zarówno fletów (w przewadze), jak i perkusji (mniej często). Każda z piosenek posiada tu pewną syntetyczną powłokę, ramę, figurę rytmiczną, tudzież zgrabny loop, który prowadzi opowieść w ujęciu dramaturgicznym, dzięki czemu akcje improwizowane mogą toczyć na dużej swobodzie i bez nadmiernej troski o linearność narracji.

W pierwszej części warstwa syntetyczna spokojnie pulsuje, a towarzyszy jest smutny, nisko osadzony śpiew fletu. Wokół strumienia wątku głównego moszczą się plamy rezonującego percussion. Na etapie rozwinięcia pięknie odpływa nam flet uwikłany w zwoje improwizacji. Druga opowieść zdaje się być mniej płynna, bardziej nerwowa, tkana z mikro-usterek elektronicznych i spazmów fletu, który staje się jednym ciałem z głosem artystki szyjąc barwną, swobodnie improwizowaną historię. Z czasem powtarzane, syntezatorowe frazy przejmują kontrolę nad piosenką. Kolejna opowieść ma nieco taneczną fakturę, którą niosą pętle z dwóch źródeł. Coś szeleszczącego dzieje się na werblu, flet zdaje się milczeć, a narracja z czasem nabiera onirycznego posmaku, płynąc wysokim wzgórzem.

Czwarta odsłona, to tytułowe Lithium. Otwiera je ekspozycja brzmiąca niczym dziecięce cymbałki, potem pojawiają się głosy damsko-męskie, wreszcie intrygujący szelest perkusjonalii. W dalszej fazie słyszymy frazy, które brzmią jak flet podłączony pod wzmacniacz gitarowy. Z pozornego letargu opowiadania wyrywa nas piąty utwór – krótka, dynamiczna porcja rasowego fussion jazzu. Rytm, energia, brawura - aż chciałoby się posłuchać tego wątku na etapie rozwinięcia.

Szóstą część prowadzi pasmo, które brzmi niczym akordeon. Śpiewa, tańczy z niemal folkową zgrzebnością. W pewnej opozycji staje tu flet, który zgrzyta zębami, grymasi, gada, głęboko oddycha płucami artystki. Siódma opowieść zbudowana jest wokół perkusjonalii, które brzmią akustycznie, ale pokryte są grubą warstwą syntetycznego kurzu. Flet śpiewa tu nisko, trochę na obraz i podobieństwo pierwszej odsłony albumu. Całość ciekawie się rozwija wsparta pasmem syntezatorowym, na etapie końcowym przypomina średniowieczną pieśń żałobną. Hildegarda żyje! Finałowa piosenka płynie bardzo swobodnym strumieniem. Flet pracuje na pogłosie, perkusjonalia dbają o rytm, nie bez udziału drobnych, syntetycznych podpórek. Bije serce świata, niczym metronom. Flet kłębi się w zdrowych emocjach, z kolei percussion & other sounds popadają w dramaturgiczną zadumę. Ostatnie dźwięki niosą tu rodzaj ukojenia, doposażonego wszakże w niemal egzystencjalny znak zapytania.

 

DEAE Lithium (Kilogram Records, CD 2024). Zofia Ilnicka – flet, flet altowy, flet basowy, syntezator oraz Ola Rzepka – perkusja, instrumenty klawiszowe, tape composition. Nagrane w Biurze Dźwięku, Katowice, marzec 2023. Osiem utworów, 35 minut.



piątek, 6 października 2023

Dwunasta i trzynasta opowieść cyklu płytowego Spontaneous Live Series są już dostępne!


(informacja prasowa)


Dziś jest bandcampowy friday, zatem...


W piątek 6-ego października, podczas poznańskiego Silence/Noise 7th Spontaneous Music Festival, cykl płytowy dokumentujący muzykę rejestrowaną w trakcie kolejnych edycji imprezy zostanie oficjalnie wzbogacony o dwa nowe woluminy. Zgodnie z prawem serii, na siódmym Festiwalu mają premierę albumy z improwizacjami pochodzącymi z edycji szóstej, czyli z roku 2022.

 

Dwa dyski kompaktowe, ubrane w charakterystyczne szare koperty z nieodłącznym logo Spontaneous Live Series, przynoszą w sumie trzy sety ubiegłorocznego festiwalu. Na albumie o numerze katalogowym 012 zamieszczone zostały dwa sety pochodzące z dnia pierwszego, oba z udziałem francuskiego trębacza Timothée Quosta. W pierwszym zagrali z nim kataloński kontrabasista Àlex Reviriego i polska flecista Zofia Ilnicka, w drugim zaś brytyjski gitarzysta Ben Whitehill i francuska multiinstrumentalistka Laure Boer. Jeśli pierwszy set nazwać możemy kameralną, akustyczną przebieżką po efektownych, kolorowych wzniesieniach, to set drugi skrzy się emocjami stanowczych, elektroakustycznych dźwięków, gdzie nawet trąbka Francuza brzmi niezwykle syntetycznie.

Drugi album, ten z numerem 013, dokumentuje koncert katalońskiego trio Phicus, który tworzą Ferran Fages, wspomniany przed momentem Àlex Reviriego i Vasco Trilla. Tu improwizacja ma silnie post-rockowy, niekiedy intensywnie psychodeliczny posmak, ale nie stroni też od medytacji prowadzonych najczęściej na poziomie wyjątkowo niskich fraz preparowanego kontrabasu.

Dla zilustrowania obu albumów sięgnijmy po raport z ubiegłorocznego Festiwalu zamieszczonego symultanicznie na łamach Jazzarium.pl i Trybuny Muzyki Spontanicznej.



O setach zamieszczonych na Spontaneous Live Series 012:

Kolejnym stałym punktem programu Spontanicznego Festiwalu są składy ad hoc, których ideą jest łączenie na scenie muzyków, którzy wcześniej nie grali ze sobą w danej konfiguracji personalnej. Na dobry początek zatem kameralna wycieczka z udziałem flecistki Zofii Ilnickiej, kontrabasisty Àlexa Reviriego i trębacza Timothée Quosta. Pełen niuansów brzmieniowych spektakl szyty był niezwykle emocjonalnym ściegiem i zdobiony intrygującymi interakcjami.

Po niedługiej chwili na scenie ponownie pojawił się Quost (już wcześniej doposażony w analogową elektronikę), tym razem wraz z Benem Whitehillem (gitara i cała armia przetworników, tudzież innych urządzeń dekonstruujących dźwięk) oraz Laure Boer, której elektroakustyczne akcesoria zajmowały wielki stół (obok dużego instrumentu strunowego własnej produkcji, artystka używała choćby analogowego telefonu, który sprzęgał z gitarowym wzmacniaczem). Ten spektakl trwał ledwie dwa kwadranse i kilka minut, ale pozostawił po sobie taką moc wrażeń, iż ich opis mógłby stanowić osobisty tekst. 



 

O secie zamieszczonych na Spontaneous Live Series 013:

Final piątkowego wieczoru i kataloński Phicus – festiwalowy headliner Ferran Fages na gitarze, Àlex Reviriego na kontrabasie i Vasco Trilla na perkusji. Muzycy grają ze sobą w tym składzie prawie 6 lat, nagrali cztery plyty, ale te dźwięki, które zaserwowali nam w Dragonie być może były najlepszymi momentami w dotychczasowej historii tria. Tę śmiałą tezę potwierdzili także same artyści. Wybuchowa gitara, która z czasem nabrała niebywale psychodelicznego posmaku, kreatywny na każdym etapie seta kontrabas i perkusja, która eksplodowała jakością szczególnie w najbardziej dynamicznych momentach koncertu. Od mrocznego post-ambientu, po ścianę post-rockowego hałasu, i z powrotem! Phicus był wszędzie!

 

Spontaneous Live Series 012: Timothée Quost with Àlex Reviriego, Zofia Ilnicka, Ben Whitehill and Laure Boer, Live at 6th Spontaneous Music Festival. Timothée Quost – trąbka (sety 1-2), Àlex Reviriego – kontrabas (1), Zofia Ilnicka - flet (1), Ben Whitehill – gitara elektryczna (2), Laure Boer – dau bau, elektronika własnej produkcji oraz elektroakustyka. Nagrane w Dragon Social Club, 6 października 2022 roku. Dwa sety, 54 minuty.

Spontaneous Live Series 013: Phicus, Live at 6th Spontaneous Music Festival. Ferran Fages – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – kontrabas, Vasco Trilla – perkusja. Nagrane w Dragon Social Club, 7 października 2022 roku. Trzy improwizacje, 44 minuty.

 

Wszystkie albumy Spontaneous Live Series, trzynaście na nośnikach fizycznych i cztery wyłącznie digitalne, dostępne są pod poniższym adresem.

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/



 

niedziela, 30 kwietnia 2023

Spontaniczny maj w poznańskim Dragonie


(informacja prasowa)

 

Wiosenna edycja cyklu koncertowego Spontaneous Live Series, organizowanego przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club, wkracza w zasadniczą fazę. Organizatorzy przygotowali na najbliższy miesiąc aż trzy koncerty, w których kilkunastoosobowe grono artystek i artystów zaprezentuje zarówno tzw. autorskie projekty, jak i kilka, ulubionych na tej scenie, formacji „ad hoc”. W trakcie dwóch pierwszych wydarzeń z pewnością dominować będzie estetyka free jazzowa, natomiast podczas ostatniego z zaplanowanych koncertów spodziewać się możemy improwizacji osadzonych częściej w swobodnych, bardziej kameralnych klimatach.





Spontaniczny maj rozpoczniemy w pierwszą niedzielę miesiąca. Po Dragona powróci wtedy jeden z filarów młodej, europejskiej sceny free jazz/ free impro, brytyjski saksofonista pokolenia – Colin Webster. Artysta ten zachwycał poznańską publiczność już dwukrotnie w trakcie Spontanicznych Festiwali – odpowiednio w latach 2018 i 2019. W tzw. międzyczasie grał tu także w duecie z amerykańskim (polskiego pochodzenia) perkusistą Markiem Holubem. I to właśnie w towarzystwie tego ostatniego muzyka saksofonista pojawi się 7 maja na deskach Małego Domu Kultury poznańskiego Dragona.

Tym razem nasi dobrzy znajomi będą uprawiać soczysty free jazz w kwartecie. Skład formacji uzupełnią bowiem argentyńska barytonista Sofia Salvo i niemiecki kontrabasista Jan Roder. Muzycy promować będą swój pierwszy album „Sowieso” nagrany w ubiegłym roku w słynnym berlińskim klubie o takiej właśnie nazwie, a wydany w tym roku na kasecie przez websterowski Raw Tonk Records. Wielkie emocje free jazzu, trud i znój kolektywnej pracy twórczej oraz improwizatorskie popisy – tego możemy być pewni w majowy wieczór w Dragonie! 

https://rawtonkrecords.bandcamp.com/album/sowieso




Kilka dni później zapłoniemy ogniem prawdziwie free jazzowego koncertu dzięki dwóm duetom - portugalsko-holenderskiemu i polskiemu. We czwartek 11 maja w Dragonie zagrają bowiem Hugo Costa na saksofonie altowym i Philip Ernsting na perkusji oraz Tomasz Gadecki na saksofonie tenorowym i Marcin Bożek na akustycznej gitarze basowej (występujący pod artystycznym emblematem „Olbrzym i kurdupel”).

Pomysł organizatorów na kolejny majowy wieczór zdaje się być banalnie prosty: oto dwa ogniste duety swobodnego jazzu najpierw zniszczą nam uszy w dwóch separatywnych setach, potem – oczywiście po raz pierwszy w historii wszechświata – zjednoczą swe siły w jeszcze gorętszym kwartecie. Free jazzowe emocje podane na tacy!

Costa & Ernsting, to free jazzowy duet improwizujący rezydujący w Rotterdamie. Muzycy znani są z wielu projektów i formacji muzycznych, w tym dwóch niezwykle wartościowych artystycznie trzyosobowych składów, które uprawiają improwizacje na skrzyżowaniu wielu gatunków – Albatre i Anticlan. W Poznaniu – jako duet - promować będą swój pierwszy album „The Art Of Crashing”, wydany przez belgijski label A New Wave Of Jazz.

https://newwaveofjazz.bandcamp.com/album/the-art-of-crashing

Olbrzym i Kurdupel - to duet improwizatorów, Marcina Bożka i Tomasza Gadeckiego, który zawiązał się wiosną 2007 roku w Trójmieście. W improwizacji muzycy czują się wolni i niczym nieskrępowani. Ich gra przesycona jest emocjami, które prowadzą w bardzo różne stylistycznie rejony – innymi słowy, każdy ich koncert może być dużym, artystycznym zaskoczeniem. Na początku 2008 roku muzycy zarejestrowali materiał na pierwszą płytę o dźwięcznym tytule "Frrrrr....". W kolejnych latach powstały albumy "Six Philosophical Games", "Work" oraz "In Side Shout" (nagrana z niemieckim perkusistą Willy’m Hanne). Najnowsza płyta, to album DVD "Olbrzym i kurdupel ALEATORYCZNIE" (powstała z towarzyszeniem Orkiestry Teatru Muzycznego w Gdyni).

https://olbrzymikurdupel.bandcamp.com/

 

W ostatnią sobotę maja obejrzymy kolejny koncert … potrójny. Najpierw improwizować będą artystki z Katowic - flecistka Zofia Ilnicka i multiinstrumentalistka Ola Rzepka, potem poznański gitarzysta Paweł Doskocz (tu w wersji akustycznej) i brytyjski altowiolinista Benedict Taylor. Po dwóch duetach z pewnością liczyć będziemy mogli na sklecony „ad hoc” kwartet!

Deski Dragona znają całą czwórkę doskonale. Panie zachwyciły nas na spontanicznych koncertach minionej jesieni (Zofia w festiwalowych składach „ad hoc”, Ola w duecie Perforto), realizują się artystycznie w wielu projektach, nie tylko w sferze muzyki improwizowanej. Taylor, mistrz swobodnie improwizującej altówki, autor wielu płyt i partner niezliczonej rzeszy improwizatorów kreatywnej, młodej sceny europejskiej, był ważną postacią spontanicznego Festiwalu w roku 2019. Wreszcie Doskocz - rezydent i współautor serii, festiwalu, niezwykle ważna postać lokalnej sceny improwizującej. Reasumując, trudno nie być przekonanym, iż będzie to jeden z bardziej ekscytujących wiosennych koncertów spontanicznego cyklu.

https://culture.pl/en/artist/ola-rzepka

https://antennanongrata.bandcamp.com/album/trio-io-new-animals

https://benedicttaylor.bandcamp.com/

https://paweldoskocz.bandcamp.com/

 

Spontaneous Live Series, Vol. 43

Colin Webster – saksofon altowy

Mark Holub - perkusja

Sofia Salvo – saksofon barytonowy

Jan Roder - kontrabas

7 maja 2023, Poznan, Dragon Social Club, Zamkowa 3, Godzina 20.00

Bilety do kupienia tu >>> https://tiny.pl/wb7ss

 

Spontaneous Live Series, Vol. 44

Olbrzym i Kurdupel: Tomasz Gadecki – saksofon tenorowy & Marcin Bożek – akustyczna gitara basowa

The Art Of Crashing: Hugo Costa – saksofon altowy & Philipp Ernsting – perkusja

Ad Hoc Quartet: Gadecki, Costa, Bożek & Ernsting

11 maja 2023, Poznań, Dragon Social Club, Zamkowa 3, Godzina 20.00

Bilety będą dostępne wkrótce.

 

Spontaneous Live Series, Vol. 45

Ola Rzepka – fortepian, perkusja, Zofia Ilnicka – flety

Benedict Taylor – altówka, Paweł Doskocz – gitara akustyczna

Ad Hoc Quartet: Rzepka, Ilnicka, Taylor, Doskocz

27 maja 2023, Poznań, Dragon Social Club, Zamkowa 3, Godzina 20.00

Bilety będą dostępne wkrótce.



piątek, 9 grudnia 2022

The December’ Round-up: Dead Neanderthals! Teufelskeller! MMTK! Ward! Brûlez les meubles! Gimenez! Trio_io! Trytony!


Grudniowa zbiorówka recenzji świeżych płyt jest już gotowa! Na tyle wcześnie, by móc jeszcze zrewidować Wasze plany przedświąteczne w zakresie zakupu nowych albumów! Kupujcie je bowiem w dużych ilościach, wspierajcie muzyków i wydawców, co by głodem nie przymarli tej srogiej, neo-wojennej i post-pandemicznej zimy!

W tym miesiącu w zestawie nowości same petardy! Dosłownie i w przenośni! Przy odsłuchu pierwszych dwóch albumów być może uszkodzicie swoje narządy słuchu, a zadbają o to artyści wyjątkowo w tej dziedzinie kompetentni - holenderski Dead Neanderthals oraz pewne trio pod wodzą Antona Ponomareva. W dalszej kolejności czeka nas delikatny post-relaks przy … ognistej muzyce kwartetu złożonego z krajowych muzyków oraz solowym, dętym performance pewnego bystrego przedstawiciela Zjednoczonego Królestwa. Następne pozycje w zestawie, to pełnokrwisty jazz – odpowiednio z Kanady (aż dwa albumy) i Argentyny. Na finał zaś naszego spotkania powrót na krajowe podwórko i dwa albumy – najpierw post-kameralne Trio_io, potem podróż definitywnie ponad-gatunkowa, albowiem czeka na nas reedycja pierwszej płyty bydgoskich Trytonów!

Welcome to hell or heaven, as you want!



Dead Neanderthals  Metal (Utech Records, CD 2022)

White Noise Studio, Nijmegen, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator oraz René Aquarius – perkusja i głos. Dwa utwory, 43 minuty.

Konceptualna repetycja wyniesiona do rangi sztuki wysokiej, a nade wszystko głośnej! Dwójka Holendrów zaczynała dewastować schematy współczesnej muzyki pod szyldem New Wave of Heavy Jazz, dziś swoją płytę zwie Metal i nie jest to tytuł szczególnie mylący. Syntezatorowe wyziewy w mantrze wiecznego powtórzenia, jednostajny, wręcz punkowy beat perkusji i post-growlowe wrzaski zatopione w czarnej mgle hałasu, to zasadnicze elementy tej układanki. Jak zawsze w przypadku tej formacji, egzystencjalną podróż do krańca świata zaczynamy pełni niepokoju, ale już w trakcie początkowej fazy tej magmy dźwięków, postanawiamy nigdy nie wrócić do punktu wyjścia.

Wszystkie siły połączone, wszystkie obawy rozproszone, to … tekst zdobiący pierwszą część Metalowej opowieści. Stopa i werbel pracują jak maszyna, choć całość jest definitywnie efektem pracy człowieka. Brzmienie zdaje się tu być odrobinę przesterowane. Intensywność beatu stopy sprawia wrażenie, jakby ten element zestawu perkusyjnego był podwójny (metal!), ale to chyba złudzenie foniczne. Tymczasem syntezator płynie post-melodią zapętloną w nieskończoną ilość powtórzeń, a zmutowany głos krzyczy z cokolwiek odleglej planety. Po stronie odbiorcy rodzi się pragnienie, by potencjometr głośności ustawić w pozycji maksymalnej, by chłonąć jeszcze większe porcje tej niemal metafizycznej mocy. W trakcie odsłuchu ponad dwudziestominutowego utworu doszukujemy się zmian w strukturze wielkiej pętli. Być może głosowe wyziewy są bardziej głębokie, tembr syntezatora bardziej siarczysty, a smuga backgroundu bardziej smolista. Ale może tylko nam się wydaje. Ewolucja, całe wnętrze wypełnione treścią, cała wiedza zachowana, to z kolei treść werbalna drugiej odsłony tego horroru. Sytuacja sceniczna ulega minimalnej modyfikacji. Fraza syntezatorowa wydaje się łagodniejsza, bardziej melodyczna, a krzyk bardziej zrównoważony emocjonalnie. Niezmiennie pracuje zaś perkusyjna stopa, bije niczym serce wszechświata w stanie agonii. Po upływie osiemnastej minuty szalony step perkusji gaśnie, pracuje tylko rozmodlony syntezator, z którym dobijamy do końca przy pojedynczych, jakże subtelnych w kontekście całości, uderzeniach w perkusyjny werbel.



 

Teufelskeller  Teufelskeller (WV Sorcerer Productions, LP 2022)

Twilight Lounge Recording Studio, Moskwa, marzec 2021: Anton Ponomarev – saksofony, elektronika, Konstantin Korolev – bas, elektronika oraz Andrey Kim – perkusja. Cztery utwory, 43 i pół minuty.

Freejazzowy saksofonista, który potrafi spazmatycznie wyć do księżyca niczym młody Peter Brötzmann, niebywale kreatywny basista, człowiek w stanie permanentnej zmiany, z instrumentem brzmiącym jak cała historia hardcore-punk, wreszcie perkusista, stary punkowiec, który snuje dynamiczne post-synkopy z gracją Elvina Jonesa! Oto Teufelskeller, nowe trio, które szyje dla nas cztery długie, wyczerpujące impro-opowieści, nie gubiąc kreatywnej koncentracji i energetycznej mocy choćby na ułamek sekundy. 

Od startu artyści nie biorą tu jeńców! Dęte wyziewy niczym plaga szarańczy, basowe kłębowisko wirtuozerskich pasaży na dużej dynamice i szybka, rozedrgana perkusja. Gęsta, nielinearna narracja szyta z punkową werwą i post-jazzowym zębem. Druga, najdłuższa, ponad piętnastominutowa pigułka energetycznego szczęścia zaczyna się na wydechu. Bas sieje spustoszenie, pnie się ku górze, a jego spiętrzenia i przełomy zdają się tu stanowić wątek główny narracji, a nie jedynie refren młodzieżowej piosenki. W środku opowieści muzycy serwują nam nieco iluzoryczne rozwarstwienie jakże intensywnej narracji. Saksofon zaczyna tu niemalże śpiewać, ale z wyrazem bólu na twarzy. Początek trzeciej opowieści znów należy do sekcji rytmu – bas szybuje ku niebu, płynie wyjątkowo matowym brzmieniem, perkusja stawia stemple. Saksofon wchodzi do gry po dwóch minutach i przyprawia na ostro. Połamany flow ma tu tysiące efektywnych zakrętów, wszystkie pokonuje jednak na dużej szybkości, z mistrzowską intensywnością. Finałowa opowieść trwa ponad dziesięć minut, na tle poprzedniczek ma jednak kilka realnych spowolnień, a nawet wtrętów post-balladowych. Początek płynie basowym drive’em z dużą dawką melodii i perkusją, która szyje punkowym metrum na dwa. Saksofon znów budzi się do życia po kilku przebiegach i jeszcze dokłada do ognia. W trakcie zapowiadanych spowolnień basista z kolei dorzuca kilka funkowych grepsów. Na ostatniej, długiej prostej trwa już finałowe, rozkołysane … zagęszczanie - połykanie ognia z zamkniętymi oczyma.



 

Małota, Małkowski, Traczyk & Kasperek  Live in Młodsza Siostra (Torf Records, DL 2022)

Młodsza Siostra, Warszawa, maj 2022: Michał Małota – saksofon tenorowy, Jan Małkowski – saksofon altowy i sopranowy, Wojtek Traczyk – kontrabas oraz Miahcł Kasperek – perkusja. Sześć utworów, 42 i pół minuty.

Aylerowska swoboda i melodyka, medytacyjna struktura narracji i dramaturgiczna nieśpieszność budują w Młodszej Siostrze nastrój, kreują klimat free jazzu w jego definitywnie korzennej formule. Jeśli czegoś nam brakuje do pełni wolnego szczęścia, to małych, ognistych eksplozji, które świetnie konstruowany przez artystów suspens przekuwałyby w krwiste emocje fire music.

Otwarcie przypomina poranne śpiewy po ciężkiej, zakrapianej smutkiem nocy. Ognista smuga cienia wije się wokół muzyków i dość szybko przenosi ich w drugi epizod koncertu. Więcej trwogi i desperacji, popartej nerwowym rytmem perkusji, buduje nastrój oczekiwania na pierwsze emocje. Post-bluesowy posmak stawia tu pytania, a ewolucja do stanu kolektywnego free jazzu daje nieśmiałe odpowiedzi. Muzycy nie eskalują tempa, zwłaszcza saksofoniści, którzy lubią kumulować myśli i słowa w barokowych niemal onomatopejach. Zresztą trzeci odcinek tej podróży, po kwartetowym otwarciu, oddaje pole tłusto brzmiącemu smyczkowi na gryfie kontrabasu. Sytuacja nabiera na powrót dynamiki dzięki aktywnemu drummerowi, który wrzuca piąty bieg nie bacząc na dramaturgiczną pozę pozostałych muzyków. Saksofony nie idą jednak na szczyt, ale leją się przez ręce strumieniami post-melodii. Na zakończenie tej części koncertu dostajemy trio z sopranem w roli mąciciela wiecznego spokoju. Czwarta odsłona, to emocjonalna huśtawka. Perkusja kłębi się w sobie z emocji, nerw narracji dygocze, ale improwizacja jakby stała w miejscu, a dywagacje dętych przybierały na sile. Głębszy tryb oddechu wrzuca teraz tenor, który brudnym tembrem sugeruje dalszy kierunek narracji. Reszta idzie z nim jak w ogień. Najlepszy moment koncertu zastyga pod jarzmem wystudzonego smyczka. Ostatnie dwie krótkie improwizacje, to rodzaj koncertowej kody. Najpierw w kwartecie, potem w saksofonowym duecie - zmysłowe, meta melodyjne, dobrze stłumione niemal do ostatniego dźwięku.



 

Tom Ward  Transient Signalling At A Distance (Raw Tonk Records, Kaseta 2022)

Two Ships, The Nest, Hastings oraz SET Lewisham, Anglia, czerwiec-sierpień 2022: Tom Ward – saksofon altowy, flet, klarnet i klarnet basowy. Sześć improwizacji, 36 i pół minuty.

Kolejny brytyjski saksofonista i klarnecista młodego (wciąż) pokolenia zapuszcza się w rejon trudnych, samotnych podróży z dźwiękiem! Tom Ward proponuje nam prawie dwudziestominutowy incydent koncertowy na saksofon altowy oraz pięć mniej lub bardziej enigmatycznych występów w miejscach pozbawionych publiczności, gdzie sięga także po klarnety, a nawet flet. Dodajmy, iż muzyk ten dobrze czuje się w sytuacjach free jazzowych, ale oceanem jego artystycznej szczęśliwości zdaje się być nade wszystko swobodnie improwizowana kameralistyka. Jego solowa płyta dobitnie ów fakt unaocznia.

Muzyk rozgrzewa siebie i publiczność dronowym oddechem saksofonu, krąży po sali niczym sęp poszukujący hipotetycznej ofiary. Huśta się na wietrze, wierci na krzesełku, jakby szukał ekspresji skrytej za teatralną kotarą. W swej ekspozycji pnie się ku górze, ale nie stroni też od westchnień pełnych zadumy. W jego narracji nie brakuje zarówno melodii, jak i hałaśliwych, wysoko zawieszonych fraz. Gdy schodzi w okolice ciszy słyszymy skrzypiące drzwi, gdy szukać zaczyna bardziej rozbudowanych brzmieniowo fraz pod jego strumień fonii podłącza się … jakieś dziecko na widowni. Artysta zdaje się tu stać okrakiem nad dwoistością improwizowanej narracji – robi dwa korki do przodu, a potem krok do tyłu. W części krótkich opowieści (druga strona kasety!) radzi sobie zdecydowanie lepiej. Najpierw serwuje nam krótki set na flecie, swobodnie tańcząc wokół własnej osi nie bez dźwiękowych subtelności. W kolejnej części powraca do altu i choć w tytule sugeruje kołysankę, całość improwizacji urokliwie łapie podmuchy ekspresji. Zaraz potem, w miniaturowej opowieści wydaje kilka zawadiackich okrzyków na klarnecie basowym, po czym niezwłocznie przechodzi do piątej odsłony, gdzie na klarnecie rysuje nam chyba najciekawsze na tym albumie improwizowane bohomazy. Dużo w nich emocji, ekspresji, a także mikro preparacji. W finałowej improwizacji po raz kolejny powraca do saksofonu altowego i snuje intrygującego rozchodniaczka.



Brûlez les meubles  Tardif & L'Appel du Vide (Circum-Disc, CD 2022)

Miejsce i czas nieznany: Louis Beaudoin-de la Sablonnière – gitara elektryczna, Éric Normand – bas elektryczny, Jean Derome – saksofon altowy i flet basowy (pierwsza płyta), John Hollenbeck – perkusja, instrumenty perkusyjne (pierwsza płyta) oraz Tom Jacques – perkusja (druga płyta). Dziewięć utworów, 46 minut oraz dziesięć utworów, 50 minut.

Dwie jazzowe wycieczki do francuskojęzycznej Kanady zapewnia nam tamtejszy working band złożony z bystrego gitarzysty o niezwykle długim nazwisku i basisty, którego nagrania na polu swobodnej improwizacji śledzimy na ogół z zapartym tchem. Ich formacja zwie się zgodnie z tytułem wykonawczym podanym wyżej, a rzeczeni Kanadyjczycy do składu dobierają sobie przy okazji kolejnych albumów różnych współpartnerów. Zatem najpierw kwartet z udziałem najbardziej rozpoznawalnego saksofonisty z tamtej części świata oraz pewnego nieanonimowego perkusisty, potem trio z kolejnym perkusistą, którego znamy – podobnie jak basistę – z orkiestry Le GGRIL. Zgodnie z anonsem obie płyty to jazz pełną gębą - w edycji kwartetowej poszukujący na ogół bystrych konotacji z estetyką Billa Frisella, w edycji trzyosobowej bardziej ukierunkowany na eksplorację dokonań Jima Halla. Być może muzyka skrojona bardziej dla relaksu i mniej wymagającego odbiorcy, ale niemniej wartościowa i stylowa niż wiele swobodnie improwizowanych petard, jakie znamy z tych łamów.

Prezentowane albumy mają wiele cech wspólnych. Bazują na kompozycjach własnych duetu i cudzych pięcioliniach, koncertują się na zwinnej prezentacji tematu piosenki, a potem jego kolektywnym ogrywaniu, zarówno na poziomie brzmienia, jak i zmiennej dynamiki. Solowe ekspozycje artystów stanowią tu raczej zaskakujące incydenty niż treść narracji. Utwory są dobrze skonstruowane pod względem dramaturgicznym, trwają od czterech do sześciu minut i mimo kilku przesłodzonych fragmentów, dobrze się ich słucha niemal w każdych okolicznościach. Na płycie kwartetowej podobać się może szczególnie środkowa część. Czwarte nagranie kusi nas zmysłową dynamiką i połamanym metrum, udanie czerpie z gitarowych tradycji Billa Frsilela, ale także saksofonowych post-melodii Tima Berne’a. Piątą opowieść buduje dysonans. Narracja grana w duecie saksofonu i perkusji szuka free jazzowych konotacji, z kolei grana w duecie gitary i basu snuje post-kameralne, melodyjne frazy. Oba duety grają tu niemal naprzemiennie. Na podobnej zasadzie zbudowana jest spokojniejsza, szósta odsłona albumu. Na płycie tria mamy dwie kompozycje podpisane przez wszystkich muzyków, zatem zapewne w dużej części improwizowane. I to one winny przykuwać uwagę słuchacza w pierwszej kolejności. W piątym utworze funkowy bas, połamane rytmy i efektowne skoki tempa, tudzież narracyjne zagęszczenia kreują dużą jakość. Utwór dziewiąty staje z kolei w dużej opozycji do całego albumu. Przesycony rockowymi emocjami, ambientowym tłem i basowymi inkrustacjami, z pewnością stanowi najlepszy moment obu prezentowanych tu płyt.



Rocío Giménez López Trío  Un caos lúcido (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Estudio Libres, Buenos Aires, czas nieznany: Rocío Giménez López – fortepian i syntezator, Fermín Suarez – kontrabas oraz Francisco Martí – perkusja. Siedem utworów, 30 minut.

Muzyka improwizowana z Argentyny stawia na krótką formę. To już doskonale wiemy z poprzednich opowieści z Buenos Aires. Album uroczo zatytułowany Jasny Chaos, to pure jazzowe trio fortepianu, kontrabasu i perkusji, które w zasadzie niczym nas nie zaskakuje. Szyje dobre tematy, bogaci je zwinnymi, nieprzegadanymi improwizacjami, sprytnie kondensuje w kilkuminutowych opowieściach intensywnie synkopowaną treść. Ale pośród jazzowej narracji znajdujemy też garść artystycznego fermentu, gdy akustyczne brzmienia piana bogacone są syntezatorowymi pasażami, tudzież preparacjami, z kontrabasowym smyczkiem szukającym jakże melodyjnego dna.

Efektowny groove basu, śpiew czystej klawiatury fortepianu w post-klasycznej tonacji i zwinny rytm perkusji – całość pachnie słoneczną salsą i zaprasza do dobrej zabawy. Drugi epizod zdaje się być bardziej rozmarzony, struktura rytmiczna bardziej pokomplikowana, a ekspozycja basu całkiem intrygująca. W trzeciej części pojawia się syntezator, który razem z fortepianem zaprasza na fussion dance z posmakiem lepszych fragmentów z historii Return To Forever. Jak w każdej narracji, muzycy znajdują tu kilka chwil na solowe improwizacje. W czwartej odsłonie pojawia się kontrabasowy smyczek. Jego post-barok udanie konweniuje z minimalistycznym piano i perkusyjnymi świecidełkami. Zaraz potem dynamiczna, melodyjna, post-ragtime’owa kompozycja wzbogacona perkusyjnymi przygrywkami. Przedostatni utwór stawia na dźwięki preparowane, których drobne porcje dostajemy na początku i w końcowej fazie nagrania. Ballada, która bezskutecznie szuka dynamiki wieńczona tu jest repetującym pasażem czarnych klawiszy. Ostatnia cześć, to już stylowa rozbiegówka bez brzmieniowych poszukiwań, która całkiem dynamicznie sięga zakończenia.



Trio_io  Parts (Szara Reneta, Kaseta 2022)

AM Bydgoszcz, czas nieznany: Zofia Ilnicka – flet, Łukasz Marciniak – gitara elektryczna oraz Jakub Wosik – skrzypce. Pięć utworów, 18 minut.

Katowickie trio, lubiące post-kameralne improwizacje z delikatnie zarysowanym scenariuszem, zaprasza nas na … dogrywkę swojego ostatniego albumu New Animals. Pięć utworów zarejestrowanych w trakcie realizacji rzeczonej płyty wylądowało wówczas w szufladzie, dziś dostajemy je na zgrabnej kasecie magnetofonowej w formie urokliwej miniatury.

Pierwszą opowieść budują gitarowe drobiazgi klejone w rytmiczną strukturę, którą zdobią kameralne śpiewy fletu i skrzypiec. Pod koniec gitara smakuje tu post-americaną. W drugiej części muzycy stoją w miejscu i ślą sobie wzajemnie plejady short-cuts, które zwinnie formują się w strumień coraz bogatszej w improwizowane frazy narracji. Tętnią zżyciem, niczym spacer po zroszonej porannym deszczem łące. W kolejnej narracji wyszukaną rytmikę proponuje flet, gitara plącze się w ambientowych wyziewach, a zabawne pizzicato skrzypiec dodaje całości kolejnej porcji uroku osobistego. Utwór ma swój istotny ciąg dalszy, w trakcie którego gitarowe frazowanie zaczyna przypominać Roberta Frippa i nagrania King Crimson z początku lat 80. ubiegłego stulecia. Czwarta opowieść w ujęciu rytmicznym wydaje się podobna do poprzedniczki, ale artyści sycą ją dużą porcją preparowanych dźwięków. Basowe stemple, flecie wydechy i jęczące skrzypce budują tu narrację, która z czasem zyskuje niemal maszynową post-dynamikę. Ostatnia opowieść wydaje się dość nerwowa. Rozhuśtane frazy, garść preparacji i udany skok ku naprawdę dużym emocjom, zwłaszcza ze strony fletu. Tempo, śpiew i zmyślne wytłumienie, to atrybuty zakończenia.



 

Trytony  Tańce Bydgoskie (Muzyka z Mózgu/ Bocian, CD/ LP 2022 - reedycja)

DEO-Recordings, Wisła, 1991: Tomasz Gwinciński – gitara, fortepian, syntezator, śpiew, Sławek Janicki – kontrabas, saksofon tenorowy oraz Jacek Buhl – perkusja. Dziewiętnaście utworów, ponad 50 minut.

Edytorska niespodzianka roku! Po trzech dekadach mamy ponownie okazję posłuchać debiutu bydgoskich Trytonów. Formacji z pewnością legendarnej, nie tylko dlatego, iż swoim debiutem zainaugurowała nurt yassowy w polskim jazzie i muzyce improwizowanej, ale także dlatego, iż dała początek wielu innym, równie ważnym wydarzeniom na krajowej scenie lat 90. ubiegłego stulecia. Pytanie zasadnicze każdej recenzji - czy ta muzyka broni się po trzydziestu latach pod względem artystycznym? Odpowiedź może być tylko twierdząca! Być może z pespektywy tak wielu lat widać (słychać) jeszcze dobitniej główny walor tamtego nagrania – jego jakże ekspresyjną ponadgatunkowość. Jego warstwa kompozycyjna kotwiczy nagranie w kategorii jazzu (jest klasyk Coltrane’a!), ale album jako całość niesie ze sobą ocean dobrych lub bardzo dobrych skojarzeń, takich jak brytyjski Rock in Opposition i Fred Frith, nowojorski, wczesny Downtown i choćby Arto Lindsay, a nawet całkiem urokliwy posmak późno amerykańskiego No Wave. Z jednej strony niesamowity groove basu Janickiego, z drugiej wielowymiarowa, zaskakująca na każdym kroku gitara Gwincińskiego, jego bystre, taneczne kompozycje, a także sznyt post-klasyczny i pełne garście rockowej psychodelii w niebanalnych improwizacjach. Do tego dodajmy bystry drumming Buhla niepozbawiony jego punkowych, czy nowofalowych korzeni, wreszcie cała masa humoru, studyjnych żartów i brzmieniowych niespodzianek, tak typowych dla yassu tamtych urokliwych lat.

W trakcie odsłuchu aż dziewiętnastu utworów (dodajmy, iż kilka z nich, to ledwie kilkunastosekundowe wtręty basu i gitary) możemy doszukiwać się wielu ciekawostek, wolt stylistycznych i wyjątkowo dobrze dobranych, instrumentalnych inkrustacji (fortepian, moog, saksofon), ale także bystrych, niemal pop-rockowych piosenek (choćby ta wieńcząca cały album). A jeśli mielibyśmy wskazać wyjątkowo udane momenty, to zacząć winniśmy od siódmej odsłony. Gitara początkowo brzmi tu wyjątkowo twardo, cedzi funkowe frazy niczym elektryczny bas. Szybko do gry właczają się rozśpiewany syntezator i rozwrzeszczany saksofon, po czym wszyscy udaja się w jakże psychodeliczną podróż w nieznane. W dziewiątej części smyczek na kontrabasie kusi brudnym post-barokiem, a jazzowa ekspozycja brzmi niczym zmutowane Modern Jazz Quartet. Dwunasta opowieść to Nieudane Black Sabbath - post-psychodeliczny marsz pogrzebowy z siarczystą gitarą. Z kolei klasyk Coltrane’a zaczyna się rockową eksplozją, a kończy zwinną, swingującą solówką gitary. Piętnasta część przypomina jazzową piosenkę, która nagle, w samym środku nagrania, ucieka w kwaśne igraszki z dźwiękiem. Wreszcie siedemnasta opowieść, która tempem i ekspresją przypomina początek albumu, taneczny i jakże frywolny, a efekt całości buduje tu brudne brzmienie wszystkich instrumentów i prawdziwie post-rockowy drive.



 

wtorek, 11 października 2022

Fast Forward 6. Spontaneous Music Festival 2022 – the report from the accident!


Szósta edycja Spontaneous Music Festiwal w poznańskim Dragonie – zgodnie ze swym tytułem „Fast Forward” – minęła niebywale szybko, a z punktu widzenia emocji po obu stronach sceny, z pewnością zbyt szybko.

Wspomniane wyżej „obie strony” sceny, to oczywiście jedynie dziennikarska metafora. Tak się bowiem fantastycznie złożyło, iż w trakcie ostatniego aktu festiwalu muzycy usiedli wśród publiczności, a ponieważ pełnoprawnym uczestnikiem minimalistycznej podróży była także wszechobecna cisza, każdy na widowni czuł się twórcą koncertu, wydając moc nieartykułowanych, filigranowych dźwięków, które stawały się elementem spektaklu, podobnie jak syrena przejeżdżającego samochodu i inne odgłosy z klubu i miasta.




Nim jednak dotarliśmy do owego na poły socjotechnicznego wydarzenia muzycznego, szesnastu muzyków z Barcelony, Berlina, francuskiego Dijon i kilku polskich miast zafundowało nam jedenaście setów krnąbrnej, wyjątkowo rozsianej stylistycznie, niekiedy szczerej do bólu improwizacji, budząc niemal w każdym przypadku spontaniczny entuzjazm odbiorców.

Koncert otwarcia, co staje się już powoli tradycją poznańskiej imprezy, przypadł w udziale jednemu artyście. Tym razem był nim stały uczestnik spontanicznych festów, perkusjonalista Vasco Trilla. Półgodzinny set magicznych fonii zawierał w sobie wiele elementów, które znamy z repertuaru dźwiękowych tricków muzyka, zatem szczególnie do gustu przypadła nam finałowa sekwencja na tabli, rzadziej przez niego wykorzystywanej, pięknie wkomponowana w ciąg dramaturgiczny spektaklu.

Kolejnym stałym punktem programu Spontanicznego Festiwalu są składy ad hoc, których ideą jest łączenie na scenie muzyków, którzy wcześniej nie grali ze sobą w danej konfiguracji personalnej. Na dobry początek zatem kameralna wycieczka z udziałem flecistki Zofii Ilnickiej, kontrabasisty Àlexa Reviriego i trębacza Timothée Quosta. Pełen niuansów brzmieniowych spektakl szyty był niezwykle emocjonalnym ściegiem i zdobiony intrygującymi interakcjami.

Po niedługiej chwili na scenie ponownie pojawił się Quost (już wcześniej doposażony w analogową elektronikę), tym razem wraz z Benem Whitehillem (gitara i cała armia przetworników, tudzież innych urządzeń dekonstruujących dźwięk) oraz Laure Boer, której elektroakustyczne akcesoria zajmowały wielki stół (obok dużego instrumentu strunowego własnej produkcji, artystka używała choćby analogowego telefonu, który sprzęgał z gitarowym wzmacniaczem). Ten spektakl trwał ledwie dwa kwadranse i kilka minut, ale pozostawił po sobie taką moc wrażeń, iż ich opis mógłby stanowić osobisty tekst. 

 


Piątkowy dzień był najbogatszym dniem festiwalowym – zarówno w ujęciu ilościowym (aż pięć setów), jak i przede wszystkim jakościowym. Na jego początek ad hoc trio w składzie: Patryk Daszkiewicz (taśmy, elektronika analogowa), Pere Xirau (preparowany small drum kit) i Àlex Reviriego (kontrabas). Kolejny na festiwalu elektroakustyczny spektakl błyskotliwie balansował między dronowym pasażami, a niemal post-industrialną rytmiką, która także była ważnym elementem koncertu.

Kolejne kilkadziesiąt minut na dragonowej scenie oddane zostało we władanie Bilianie Voutchkovej. Bułgarska skrzypaczka z Berlina najpierw zaprosiła nas na performatywne … słuchowisko! Preparowane skrzypce, głos, szumiące „speakers” i Lena Czerniawska, która recytowała swoje poezje zarówno w formule live, jak i odtwarzała wcześniej przygotowane materiały dźwiękowe, lepione potem w intrygujące pętle. W drugiej części Lena zajęła się grafiką realizowaną na żywo, Biliana zaś zaprosiła na scenę Vasco Trillę. Zagrali kilkunastominutowy set świetnie skomunikowanych improwizacji, który należałoby skomentować pytaniem retorycznym - kto brzmiał na scenie bardziej spektakularnie.

Trzeci, a tak naprawdę czwarty set wieczoru przypadł w udziale kolejnej formacji ad hoc, tym razem całkowicie dętej. Flety Zofii Ilnickiej, saksofony Toma Chanta i Michała Biela, kreatywność każdego z artystów, wreszcie świetna komunikacja wewnętrzna sprawiły, iż doświadczyliśmy jednej z najbardziej udanych chwil festiwalowych. Posadowiona na środku sceny flecista zdawała się rozdawać karty, raz za razem wypuszczając saksofonistów ku stromym podjazdom i karkołomnym zjazdom. Ci radzili sobie perfekcyjnie, zwłaszcza w momencie, gdy jednocześnie sięgnęli po saksofony sopranowe.

Final piątkowego wieczoru i kataloński Phicus – festiwalowy headliner Ferran Fages na gitarze, Àlex Reviriego na kontrabasie i Vasco Trilla na perkusji. Muzycy grają ze sobą w tym składzie prawie 6 lat, nagrali cztery plyty, ale te dźwięki, które zaserwowali nam w Dragonie być może były najlepszymi momentami w dotychczasowej historii tria. Tę śmiałą tezę potwierdzili także same artyści. Wybuchowa gitara, która z czasem nabrała niebywale psychodelicznego posmaku, kreatywny na każdym etapie seta kontrabas i perkusja, która eksplodowała jakością szczególnie w najbardziej dynamicznych momentach koncertu. Od mrocznego post-ambientu, po ścianę post-rockowego hałasu, i z powrotem! Phicus był wszędzie!

 


Sobotni koncert otwarcia, to ad hoc kwartet: Pere Xirau (preparowany small drum kit), Michał Biel (saksofon barytonowy i sopranowy), Eric Bauer (elektronika) oraz Mateusz Rybicki (klarnet i saksofon tenorowy). Muzycy po kilku rozpoznawczo-badawczych frazach ochoczo wzięli się do pracy i dość szybko, niesieni temperamentem saksofonistów, osiągnęli niemal free jazzowy szczyt. Potem improwizacja stała się bardzo skupiona, płynęła długimi pasażami, które świetnie łączyły akustyczne preparacje i niebanalną, kreatywną elektronikę.

Drugi sobotni set zapowiadany był jako najgłośniejszy punkt festiwalowego programu i tak też się stało w istocie. Kolejne trio z Barcelony – Isysxae - nie może pochwalić się jeszcze dorobkiem godnym Phicusa, ale w dragonowej formie śmiało może dożyć starości. Ferran Fages na gitarze, tu jeszcze głośniejszej niż dzień wcześniej, mocno pracującej na sprzężeniach i atonalności, dziki, free jazzowy saksofon tenorowy, a potem sopranowy w rękach Toma Chanta i masywna, gęsta, ale niepozbawiona niuansów brzmieniowych perkusja Pere Xirau. Choć muzycy stawiali w trakcie 35-minutowego seta na intensywność, w jego trakcie nie brakowało momentów kompulsywnego tonowania emocji.  

Po dźwiękowym horrorze Isysxae nasze uszy pragnęły czegoś bardziej subtelnego i tak też się stało w secie przedostatnim dnia ostatniego. Carina Khorkhordina – trąbka oraz Eric Bauer – akcesoria elektroakustyczne zaprezentowali nam coś na kształt niemal teatralnego performance’u, w którym dźwięk nie był wcale elementem najważniejszym. Czasami zdawał się być jedynie tłem dla artystowskich akcji, ruchów na scenie i zabawy przedmiotami. Część publiczności kupiła ten gig masywnymi oklaskami, część zachowała pewną wstrzemięźliwość w projekcji zachwytu.

Finałowy koncert festiwalu, to sygnalizowany na wstępie Desarbres Ensemble w składzie: Ferran Fages (kompozytor i nieruchomy dyrygent), Tom Chant – saksofon sopranowy, Carina Khorkhordina – trąbka, Michał Biel – saksofon barytonowy, Mateusz Rybicki – klarnet i Àlex Reviriego – kontrabas. Minimalistyczna epopea dźwięku i ciszy była doskonałym podsumowaniem szóstej edycji festiwalu – koiła nerwy po pokaźnych porcjach wspaniałego hałasu, była definitywnie performatywna i wspaniale wciągnęła do gry – czasami mimochodem – także publiczność. Ta ostatnia w tym roku dopisała, choć dziwnym zrządzeniem losu najmniej liczna była w trakcie ostatniego dnia, który miał przecież miejsce w samym środku jesiennego weekendu.

 

Zdjęcia produkcji własnej, pozbawione praw autorskich:

1) Zosia, Alex & Timothee

2) Tom, Zosia & Michał

3) Isysxae: Ferran, Tom & Pere


*) raport ukazuje się jednocześnie na łamach jazzarium.pl



wtorek, 21 grudnia 2021

Antenna Non Grata: three very fresh fruits for rotting vegetables!


Konińska Antenna Non Grata nie dostarcza nam zbyt wielu nowych nagrań, ale swój katalog buduje nad wyraz skrupulatnie i konsekwentnie. I co najważniejsze, wciąż zaskakuje rozstrzałem stylistycznym, który sprawia, iż z samej ciekawości sięgamy po kolejne płyty tego wydawnictwa. Na dodatek label ten nade wszystko lubi improwizację, a to strasznie ważna cecha! Przynajmniej na tych łamach!

Trzy jesienne nowości, jak zwykle w wydaniu krajowym, wszystkie w formacie CD, to duet, trio i nagranie solowe. Dronowa sonorystyka, swobodna kameralistyka i niebanalna elektronika, to zaś drogowskazy stylistyczne. Dla każdego coś miłego, byle miał ucho wyczulone na niuanse, a umysł otwarty na poznawanie nowego. Zapraszamy do odczytu, odsłuchu i zakupów! Mery krystmas!

 


Paulina Owczarek & Aleksander Wnuk  Komentarz eufemistyczny

Dźwiękowy Komentarz Eufemistyczny przygotowali specjalnie dla nas - Paulina Owczarek uczepiona głębokiej tuby saksofonu barytonowego oraz Aleksander Wnuk, który z perkusji czyni generator mrocznych dronów (wg albumowego credits: obiekty perkusyjne, przetwarzanie). Krakowscy muzycy mają dla nas pięć improwizacji, które trwają niemal pełną godzinę zegarową. Powstały w połowie lipca tego roku w klubie Alchemia.

Muzycy zapraszają nas do tajemniczej, nie do końca skodyfikowanej przestrzeni. Czujemy się częścią mechanizmu, wokół którego tworzy się pole rezonansu. Dźwięki powstają tu za przyczyną artystów, ale też dostają życie niezależnie od ich woli. Tuba wielkiego saksofonu szumi, szoruje po dnie piekła, ociera się o skrawki nieba. Dysze pracują miarowo, gotowe w każdej chwili wydać z siebie regularny stukot. Tuż obok snuje się meta rytmika intensywnie preparowanych dźwięków perkusjonalnych. Wszystko dociera do nas jakby z głębokiego tunelu, którego przynajmniej jeden koniec pozostaje poza zasięgiem naszych narządów percepcji. Gęsta faktura narracji, wypełniona zdarzeniami i post-zdarzeniami akustycznymi, zdaje się nabierać industrialnego posmaku, cechuje ją pewna naturalna masywność, ale i dramaturgiczna ulotność. Tworzą ją zarówno mikro elementy hałasu, jak i długie pociągnięcia stalowym pędzlem. Saksofon jak niedźwiedź, leniwie przeciąga się po niespodziewanym wybudzeniu, napina mięśnie i wydycha gorące powietrze. Perkusjonalia, które dawno straciły już kontakt z żywą materią instrumentu, pracują niczym maszyna generująca elektroakustyczne dźwięki, choć nic nie wskazuje na to, by grze uczestniczyły jakiekolwiek przedmioty połączone kablami z urządzeniami zasilania. To jakby wielka dziura w niebie, z której pada na nas kosmiczny pył. Gdy tumult nierealnego świata na moment milknie, dane jest nam słyszeć akustykę naprawdę żywych instrumentów. Kto jest tu autorem danego dźwięku, kto jego odbiorcą, po upływie kilku minut przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.

Druga historia stawia nas przed stłuczonym lustrem weneckim. Oblepia nas cała plejada dźwięków, które równie dobrze mogą być efektem ugniatania balonika, jak i ciężkiej pracy saksofonowych dysz i spoconego ustnika. Pomruk twardego echa zdaje się jednak brać nasze dywagacje w nawias bezsensu. Dokładnie teraz czeka nas bowiem mała burza z piorunami, poprzedzona deszczem zgniłych meteorytów. Kolejny krok ku nieznanemu, nowe rozdanie błyskotliwego festiwalu fake sounds staje się naszym udziałem. Rezonans może pochłonąć tu wszystko, nawet wtedy, gdy narracja przebiera szaty acoustic noise. Trzecia improwizacja – choć to niebywałe – stanowi kolejny krok naprzód! Długie frazy lepią się do siebie, inne, jeszcze dłuższe odpychają wzajemnie. Zmyślne szlifierstwo, nadęta wulkanizacja, podróże międzyplanetarne – to kolejne stadia rozwoju cyrkulacyjnego rezonansu. Pod koniec tej części saksofon zdaje się schodzić na poziom pojedynczych fraz, które drżące perkusjonalia zaczynają otulać gęstym echem. Najpiękniejszy moment tego spotkania przybiera na sile, gdy flow definitywnie zyskuje na intensywności, ciągnąc muzyków na zamglony szczyt. Na etapie zejścia czeka nas kolejna porcja preparowanych oddechów barytonu.

Czwarta fabuła rodzi się tuż u nasady ustnika. Mechanika instrumentu zlewa się tu z porcjami fonii, które rodzą się na styku materii i żywego ciała artysty. Chmura rezonansu napływa leniwie, obok cisza stąpa na palcach, a dołem płynie rzeka post-industrialnych ścieków. Saksofon oddycha jak topielec, a u jego boku coś grzmi i szeleści, tworzy wielowymiarowe kłębowisko rezonansu. Zakończenie tej części jest zaś gęstą, jednorodną strugą post-akustycznych wymiotów. Finałowa pieśń następuje po drobnej porcji ciszy, która mogłaby być już końcem tej podróży. Echo jednak pracuje, dźwięki zdają się pozostawać w nieustannym ruchu, tworząc radioaktywne chmury, fale bezzębnej narracji, która nawarstwia się jak kolejne fale pandemii. Dopiero po wielu pętlach, w tym zgiełku monotonnych niespodzianek zdolni jesteśmy usłyszeć frazy bardziej typowe dla instrumentu dętego. Saksofon pracuje niczym koło ratunkowe ostatniego etapu podróży. Wygaszanie płomienia trwa długo i okazuje się bardzo żmudnym procesem. Cisza, tuż potem, ściele się doliną niczym cmentarna mgła.

 


Trio_io  New Animals

Swobodnie improwizowana kameralistyka ma z pewnością tysiące twarzy, ale Trio_io dodaje jej kilka kolejnych. Łączy wodę i ogień, snuje się po podłodze i skacze do samej góry, ciekawie żeni kameralną zadumę, post-rockowe emocje i chwilami wręcz free jazzowe uniesienia. A wszystko za sprawą trójki muzyków: Zofia Ilnicka – flet, Łukasz Marciniak – gitara elektryczna oraz Jakub Wosik – skrzypce i dzwonki (w trzeciej części). Swoją drugą płytę nagrali w Bydgoszczy, w lipcu tego roku. Siedem improwizacji, niespełna 35 minut muzyki.

Muzycy od samego początku chcą przykuć naszą uwagę i w takim stanie pozostawić nas do ostatniego dźwięku. Uprzedźmy wypadki – uda im się! Akcje i reakcje, niektóre bolesne, ale wszystkie zalotne, nieobojętne, jakby uczuciowe. Struna goni tu strunę, a flet pozostaje w lekkiej dyfuzji, być może też chciałby być instrumentem strunowym. Oto free chamber, głęboko zaniepokojone losem świata, szuka światełka w ciemnym tunelu. Śpiewy, lamenty, gitarowe plamy post-psychodelii, niezliczone znaki zapytania, niebanalne riposty. Jest też pewien suspens i nieukrywana wesołość, choć trochę przez łzy. Post new romantic? Druga opowieść podkręca tempo i ostrość niektórych fraz. Pierwsze preparacje, kilka nowych kombinacji stylistycznych. Gra na małe pola, która sprawia, iż trio_owy chamber zaczyna szukać neofolkowych skojarzeń. W trzeciej odsłonie rośnie skupienie, podtrzymywane głębokim meta rytmem. Na dnie gitary czai się echo, skrzypce kłębią się w sobie, jak kocur na zapiecku, a flet ginie w zadumie, łagodny jak baranek, wyczekując na dźwięk dzwonków. Tuż potem, ostra riposta gitary. Co dobre, to nie my! Rockowa werwa gotuje krew w żyłach wszystkich muzyków. Tu już tylko krok do ognistej erupcji emocji. Na finał narracja wpada w kompulsywną repetycję i jeszcze dorzuca kilka zmyślnych preparacji.

Piąta improwizacja, to post-rytmiczny melanż samych niespodzianek. Coś stuka, ktoś wpada w trwogę, trzęsie się jak osika. Krótka, dosadna historyjka! Szóstą część – też dość enigmatyczną - buduje rytmiczna repetycja gitary i skrzypiec. Flet gada sam ze sobą, po zwierzęcemu spreparowanymi dźwiękami. Atmosfera robi się nerwowa, ale dźwięki jeszcze bardziej soczyste. No i finałowa siódemka! Więcej niż osiem minut akcji! Na starcie post-gitarowy szum, piszczące skrzypce i głębokie, niskie oddechy fletu. Takie oto rozhuśtane post-chamber z gitarowym backgroundem. Kilka pętli ze znakiem zapytania i nowy wątek, który kreuje gitara, doposażona prawdopodobnie w smyczek. Słyszymy pracujące klapy fletu i to, jak boleśnie brzmieć może być pojedyncza struna skrzypiec. Na końcowej prostej wszyscy zaczynają śpiewać dość niskim głosem i żegnają się z nami definitywnie zbyt szybko.

 


CHORE IA  Reanimacja

Za dźwięki zamieszczone na ostatniej z omawianych dziś płyt odpowiada tylko i wyłącznie Jacek Wanat. Jego wyobraźnię wspomagają – gitara basowa, wiolonczela, głosy, tzw. processing i … paintings. Nagranie domowe z Konina, powstały w roku bieżącym w nieokreślonym bardziej precyzyjnie przedziale czasu. Na dysku jeden trak ma aż pięć tytułów, całość trwa blisko 70 minut.

Na starcie Reanimacji wita nas kawalkada dźwięków, które śmiało możemy określić mianem zmutowanego, zdekonstruowanego powłoką elektroniki drum’n’bass! Pętla toczy się wartkim strumieniem, w tle zaś pulsować zaczynają porcje hałasu, mroczne, pełne niepokoju, budujące dramaturgiczny suspens. Po pewnym czasie można odnieść wrażenie, iż słyszymy organy, których brzmienie muzyk także przekazuje nam przefiltrowane przez swoje chore ja. Wszędzie wokół sączy się ambient o różnych poziomach intensywności. Raz za razem pojawiają także dźwięki instrumentu strunowego, czasami jest to gitara basowa, czasami coś, co brzmi łagodniej, zapewne wiolonczela. Te improwizowane inkrustacje dobrze robią całej narracji, rzec można, stanowią ważny obiekt naszych zainteresowań. Pomiędzy tymi interludiami toczą się rożnego rodzaju elektroniczne wojny, niektóre zmysłowe, nawet chill-outowe, inne groźne, piskliwe, generujące poziom intensywności czasami trudno przyswajalny dla niewprawionego ucha. Zmiana goni tu jednak zmianę, duże emocje są naszym udziałem w trakcie całego nagrania, zatem o nudzie nie może być mowy nawet przez ułamek sekundy.

Pierwsza istotna zmiana następuje po upływie osiemnastej minuty. Narracja wchodzi na wysokie, ale jakże piskliwe C. Oniryczna aura stanowi tu ledwie pretekst do dywanowego ataku elektroniki. Nim minie kolejne dziesięć minut dostajemy się w obszar preparowanych fraz gitary basowej, zdekonstruowanych, rozwarstwionych, drżących, dobrze wszakże stabilizujących napięcie dramaturgiczne całej ekspozycji. Elementy basowe jeszcze ciekawiej bogacą opowieść w drugiej jej części. Zdaje się, że improwizowane pasma są coraz dłuższe, a dzielące je strugi mniej lub bardziej intensywnego ambientu bardziej kojące. Jakby w kontrze do tych spostrzeżeń recenzenta wypada finałowa faza nagrania. Ambient staje się tu bardziej suchy, jakby martwy, pulsuje złymi myślami i niczym kropla drążąca skałę, wżera się w nasze zwoje mózgowe.