Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vasco Furtado. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vasco Furtado. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 lipca 2026

Clara Lai in Abyssal Plains & Instante!


Lipcowe, piątkowe popołudnie zdecydowanie warto spędzić na Półwyspie Iberyjskim. Na spotkanie z post-jazzową, dość swobodną improwizacją zaprasza katalońska pianistka Clara Lai, która znamy z kilku intrygujących albumów pochodzących z tego pięknego rejonu świata, a którą mieliśmy okazję gościć w naszych skromnych, spontanicznych progach jesienią ubiegłego roku.

Najpierw pochylimy nad kwartetem, który garściami czerpie z estetyki muzyki fussion (przy okazji dobrze kojarzy się z debiutancką płytą … Return to Forever sprzed ponad pięćdziesięciu lat), potem sięgniemy po trio, które akustyczne frazy piana i saksofonu obleka warstwą niebanalnej elektroniki. W roli współtwórców obu albumów prawie wyłącznie nasi dobrzy znajomi. So, welcome to beloved Portugal and Catalunya!

  


Abyssal Plains

Fortepian, także preparowany, elektryczna, delikatnie kwaśna gitara, post-jazzowy wokal i perkusja, niekiedy dość filigranowa, to podstawowe komponenty tego definitywnie smakowitego nagrania.

Inauguracja albumu jest żywa, realizowana od pierwszego dźwięku w pełni kolektywnie. Kilka radosnych, post-jazzowych podskoków, całkiem ekspresyjne inkrustacje i intrygujące brzmienie gitary, które przypomina uszkodzony syntezator. Druga opowieść jest dla odmiany mroczna, wystudzona, osnuta ambientem gitary, z głosem, który bardziej recytuje niż śpiewa. W podobnym klimacie utrzymana jest piąta część. Z kolei w trzecim utworze artyści zaczynają od fraz preparowanych, potem działają w podgrupach i stają się zaskakująco nerwowi, ale ostatecznie lepią w jeden organizm.

Czwarta opowieść trwa tu najdłużej, i to ona sięga po emocje, które przywołują w pamięci debiutancki album Return To Forever. Kwaśna gitara, która brzmi jak Hammond, zalotny, delikatnie latynoski wokal. Tu również doświadczamy soczystych akcji w podgrupach – szczególne brawa dla duetu gitarzysty i wokalistki. Klimat fussion zdaje się być kontynuowany także w szóstej odsłonie. Siódma i ósma historia silnie trzymają się jazzowych korzeni – ta pierwsza introdukowana w trio, rozwinięta w kwartecie, ta druga osadzona na basowym brzmieniu gitary, agresywnym piano z klawisza i motorycznym groove perkusji. Album domyka mroczna kołysanka – perkusjonalne świecidełka, inside piano, szept wokalistki i dudnienie pudła rezonansowego gitary.

  


Instante

Ten album przynosi nagranie w trio, choć zlepiony został z akustycznego duetu piana i saksofonu oraz elektroniki dogranej w innym czasie i miejscu. Z jednej strony stonowany post-jazz, niekiedy bardzo kameralny, z drugiej porcja nieoczywistej elektroniki, która czasami tylko snuje się wokół akustycznych dźwięków nie zmieniając szyku ich zdania, niekiedy jednak sieje ferment i skutecznie stymuluje dramaturgię improwizacji.

Nagranie zdaje się mieć dwubiegunową dramaturgię. Z jednej strony rozbudowane, ciche, dość mroczne post-ballady, z drugiej krótkie, zwarte, nerwowe, nasycone emocjami, niespełna dwuminutowe improwizacje. I to te drugie budują jakość całego albumu. Warto zatem zanurzyć się szczególnie w utworze trzecim, piątym i siódmym. Dobrym przykładem tych pierwszych jest utwór otwarcia, zlepiony z fraz inside piano, delikatnie zarysowanej melodii dęciaka i snującego się w tle, dość mrocznego ambientu, który na etapie puenty płata trochę fonicznych figli.

Najciekawszą wszakże opowieścią na płycie jest ta … najdłuższa, trwająca ponad siedem minut szósta improwizacja. Mroczne echo, oniryczna post-akustyka tła, a na powierzchni nerwowe, perkusyjne inside piano i pozostająca w kontrze spłoszona melodia saksofonu. Dramaturgiczny suspens na etapie rozwinięcia i emocjonalny, zatrwożony finał, przypominający wołanie o pomoc na zagubionej autostradzie, w zupełnej ciemności.

 

Clara Lai, Mariana Dionísio, Norberto Lobo & Vasco Furtado Abyssal Plains (Profound Whatever, DL 2026). Clara Lai - fortepian, Mariana Dionísio – głos, Norberto Lobo – gitara elektryczna oraz Vasco Furtado – perkusja. Nagrane w Estúdios Namouche, Lizbona, marzec 2025. Dziewięć utworów, 38 minut.

Lai/ Lencastre/ Reviriego Instante (Phonogram Unit, CD 2026). Àlex Reviriego - elektronika, Clara Lai - fortepian oraz José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy. Nagrane w Louva-a-Deus, Lizbona, maj 2024 (instrumenty akustyczne) oraz Premià de Mar, czerwiec 2024 (elektronika). Osiem utworów, 35 minut. 



wtorek, 21 października 2025

The Phonogram Unit’ fresh outfit: Incoming & Atlântica!


Lizbońskiemu labelowi Phonogram Unit towarzyszymy od chwil jego narodzin, czyli mniej więcej przełomu dekady. Wydawnictwo założone przez samych artystów systematycznie dostarcza nowych nagrań, na ogół utrzymanych w stylistyce post-jazzowej, tudzież około jazzowej. Kiedyś muzyka była prezentowana co do zasady na jakże poręcznych płytach kompaktowych, teraz najczęściej dociera do nas jedynie w plikach elektronicznych. Cóż, znak czasu.

Portugalczycy są nacją dominującą pośród muzyków, których nagrania udostępnia PN, jakkolwiek goście z zagranicy także pojawiają się na ich produkcjach. Dziś zaglądamy do dwóch najświeższych, tu każdorazowo z udziałem internationals – najpierw niemieckiego gitarzysty w nagraniu z Kolonii, a potem gitarzysty i perkusisty z Brazylii w nagraniu z tamtejszego São Paulo.

Welcome!

 


Jeff Platz/ Pacho Dávila/ Vasco Furtado Incoming (The Phonogram Unit, DL 2025)

Kolonia, Niemcy, maj 2025: Jeff Platz – gitara elektryczna, Pacho Dávila – saksofon tenorowy oraz Vasco Furtado – perkusja. Pięć improwizacji, 31 minut.

Incoming, to niemiecko-portugalska improwizacja nastawiona na free jazzowe interakcje ze sporą domieszką poszukującego impro-rocka. Ponadgatunkowo usposobiony gitarzysta wnosi tu sporo narracyjnej świeżości, dla odmiany frazy saksofonisty wydają się odrobinę przewidywalne. Największym blaskiem zdaje się świecić perkusista, szczególnie jego dbałość o wielowarstwową rytmikę i dramaturgiczną precyzję. Album zawiera pięć dość podobnych do siebie improwizacji. Być może byłby to drobny zarzut, gdyby nie fakt, iż cała płyta ledwie przekracza dwa kwadranse.

Album otwiera bardzo ekspresyjny song, w trakcie którego każdy z muzyków może zaprezentować bogate portfolio artystycznych środków wyrazu. W podobnym klimacie utrzymana jest końcowa opowieść. W tak zwanym międzyczasie muzycy serwują nam dodatkowe elementy, które budują jakość całości. Dubowe echa gitary, chropowate, niekiedy siarczyste brzmienie saksofonu tenorowego i już anonsowane, świetnie unerwione akcje perkusisty, który nie potrzebuje szczególnej mocy i intensywności, by budować zwarty, niosący życie każdej frazie gitary i saksofonu, post-jazzowy groove.

 


Trio Atlântica Atlântica (The Phonogram Unit, DL 2025)

Estúdio Ori, São Paulo, Brazylia, październik 2024: Luiz Galvão – gitara, José Lencastre – saksofon oraz Wagner Ramos – perkusja, elektronika. Siedem improwizacji, 58 minut.

Kolejne zwarcie gitary elektrycznej, saksofonu i perkusji, to muzyczny meeting w brazylijskim São Paulo. Świetnie nam znany saksofonista z Lizbony spotyka tu dwóch transatlantyckich braci i zabiera nas w definitywnie intrygującą podróż. Brazylijczycy, co można przeczytać w albumowym credits, a nade wszystko posłuchać na rzeczonym albumie, z niejednego pieca chleb jedli, a ich związek z jakąkolwiek stylistyką zdaje się być co najmniej luźny. Dzięki temu całe nagranie niesie moc artystycznych, estetycznych i dramaturgicznych niespodzianek. Blisko godzinny album nie nudzi choćby przez ułamek sekundy.

Pierwsze dwa utwory są dość krótkie i udanie wprowadzają nas w klimat nagrania. Brazylijczycy eksperymentują z brzmieniem, Portugalczyk stawia na post-jazzowy flow dobrze kontrolując emocje. W kolejnych odsłonach pojawiają się akcenty elektroniczne, ale zdają się przede wszystkim wzbogacać rytmikę perkusji. Szczególnie intrygująco pobrzmiewa to w trakcie perkusyjnej introdukcji czwartej części. Najciekawiej narracja rozwija się w dwóch ostatnich utworach. Szósta część jest nerwowa, mroczna. Najpierw przypomina siarczysty ambient, potem muzycy ruszają w galop i dają do wiwatu. Ostatnia odsłona bazuje na basowym rytmie, który jest chyba generowany przez perkusistę i jego elektroniczne akcesoria. Gitara szuka tu gwiazd na niebie, z kolei strumień dętej post-melodii jest szorstki, lekko zabarwiony bluesem. Na finałowej prostej muzycy broczą w gęstej mazi i medytują.



 

wtorek, 7 października 2025

Jesienne koncerty cyklu Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Jesienna edycja cyklu koncertów muzyki improwizowanej, organizowanego w Poznaniu pod szyldem Spontaneous Live Series, zapowiada się wyjątkowo smakowicie – cztery koncerty, a na nich legendy gatunku, uznane nazwiska i garść tych, których winniśmy koniecznie poznać. Dwie daty październikowe, dwie listopadowe – bukujmy swój czas bez zbędnej zwłoki!

Jeszcze nie wybrzmiały echa kolejnej epokowej edycji Spontaneous Music Festival, a poznański Dragon Social Club i Trybuna Muzyki Spontanicznej zapraszają na pierwszy jesienny koncert cyklu Spontaneous Live Series, który wyśmienicie wpisuje się w fundamentalną ideę tego przedsięwzięcia i wszelkiego, co spontaniczne w tej części świata.

Do Poznania przyjeżdżają muzycy zagraniczni i na scenie Małego Domu Kultury zwierają szyki z muzykiem polskim w składzie definitywnie skleconym „ad hoc”.

  


Dwójka przedstawicieli naszego ulubionego Iberian Penincula – pianistka Clara Lai i perkusista Vasco Furtado tworzą stale współpracujący duet, do którego dołączy poznański gitarzysta Paweł Doskocz. Zapowiada się jakże swobodna improwizacja, której tropy gatunkowe zdają się być nieodgadnione.

Stali bywalcy cyklu świetnie pamiętają, iż  Doskocz i Furtado grali już razem w Dragonie, ponad sześć lat temu, co świetnie słychać na pewnym spontanicznym albumie (link w dalszej części na tekstu).

Cytując artystów z południowo-zachodniego skraju Europu: Hiszpańska pianistka Clara Lai i portugalski perkusista Vasco Furtado nawiązali współpracę muzyczną mieszkając w Lizbonie. Pomysł na występy jako duet zrodził się po otrzymaniu zaproszenia do udziału w serii koncertów w Katalonii w 2023 roku. Zachwyceni tym artystycznym połączeniem postanowili kontynuować współpracę. Ich występy, to porywający dialog między dwojgiem improwizatorów, nieustannie poszukujących sposobów na zaskoczenie samych siebie, na nawiązanie autentycznej i bezstronnej interakcji. To przywiązanie do autentyczności i spontaniczności stanowi fundament ich muzycznego partnerstwa.

 

Spontaneous Live Series Vol. 76, 11 października 2025, Poznań, Zamkowa 3, godz. 20.00

Clara Lai - fortepian

Vasco Furtado – perkusja

Paweł Doskocz – gitara elektryczna

 

https://claralai.com

https://vascofurtado.bandcamp.com

https://paweldoskocz.bandcamp.com/

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-004

 

Szalenie atrakcyjnie zapowiadają się także kolejne spontaniczne spotkania w Poznaniu. We czwartek 30 października gościć będziemy legendarny kwartet The Electrics, który od lat tworzą szwedzcy artyści Sture Ericson na saksofonach i Raymond Strid na perkusji, niemiecki trębacz Axel Dörner oraz kanadyjski kontrabasista Joe Williamson. Te nazwiska nie wymagają jakichkolwiek rekomendacji. Dodajmy, iż formacja powraca na deski Dragona po sześciu latach, gdy była uczestnikiem trzeciej edycji Spontaneous Music Festival.

Koncerty listopadowe też winny podnieść temperaturę krwi fanów muzyki improwizowanej i post-jazzowej. Najpierw 6 listopada zagra ekscytujące trio - John Butcher na saksofonach, Florian Stoffner na gitarze oraz Chris Corsano na perkusji. Zjednoczone siły angielskie, szwajcarskie i amerykańskie gwarantują nam kosmiczny poziom artystyczny.

Wreszcie 14 listopada do Poznania powróci stały bywalec dragonowych koncertów, portugalski gitarzysta Marcelo Dos Reis. Tym razem zagra ze swoim autorskim triem Flora. Wspomagać go będą - na kontrabasie Miguel Falcão, a na perksuji Luís Filipe Silva

Zapraszamy na koncerty bardzo gorąco!


 

piątek, 8 listopada 2024

Portugal' in jazz we trust: Riffs! Understanding Life! Illusions and Lamentations! Come Down Here! Free Baile! The Invisible! Pulsar! Loop Beat!


Współczesna portugalska muzyka improwizowana ma się świetnie - tego na tych łamach nie trzeba specjalnie uzasadniać. W przeciwieństwie jednak do równie uwielbianej przez nas muzyki improwizowanej z Katalonii nie pretenduje do miana ponadgatunkowej wolty, raczej skupia się na otwartej formule jazzu i wszelkich jego swobodnie improwizowanych odmianach.

Wiemy o tym doskonale nie od dziś, a prezentowane poniżej nowości płytowe z udziałem muzyków z południowo-zachodniego krańca Europy aż w sześciu (siedmiu?) przypadkach stanowią koronny dowód w sprawie. Niektóre albumy powstały w Lizbonie, kilka z nich poza Portugalią, niektóre z udziałem muzyków z innych części świata – ale tu, w odmętach trybunowych impresji - świetnie znanych i cenionych.

W zestawie trzy nowości Phonogram Unit, labela prowadzonego przez samych muzyków, dwie petardy z flagowego dla Portugalii Clean Feed Records, kolejne od wydawców z Niemiec i Litwy, wreszcie ostatnia w formule self-released. So, welcome to jazz we trust!



 

José Lencastre/ Hernâni Faustino/ Andrew Lisle Riffs (The Phonogram Unit, DL 2024)

Cossoul, Lizbona, maj, 2023: José Lencastre – saksofon tenorowy, Hernâni Faustino – kontrabas oraz Andrew Lisle – perkusja. Trzy improwizacje, 36 minut.

Klasycznie free jazzowe trio grające riffy! Spotkanie kwiatów portugalskiego wolnego jazzu z angielską, swingującą petardą młodości i kreatywności nie mogło nie zakończyć się czymś definitywnie wartościowym. A zatem bez zaskoczeń, wszakże z dużą porcją radości płynącej z odsłuchu, trwającej dłużej niż albumowe trzydzieści sześć minut.

Nagranie składa się z odsłony głównej (ponad 26-minutowej) i kilkuminutowej dogrywki. Start jest spokojny, szyty blaskiem talerzy, delikatnym szarpaniem za struny i dętymi westchnieniami. Trio dość szybko nabiera wiatru w żagle niesione perkusyjnymi łamańcami, post-synkopami, a na etapie rozwinięcia zdecydowanie swingującym flow. Szczęśliwie jednym dyskomfortem dla odbiorcy jest tu dość płaskie, zbite brzmienie całości. Po kilkuminutowej przebieżce trio zastyga w kameralnej pozie, zdobionej frazami smyczka, akcentami percussion, post-bluesowym drive’em kontrabasu, a także plejadą flażoletów. Kolejna kulminacja ma nieco inny smak, jest lepiej skomunikowana, dodatkowo upstrzona efektownym solem perkusisty, a na etapie finalizacji staje się definitywnie ognista. Dogrywka stawia na bardzo zbilansowaną dynamikę, na starcie przypomina swobodną kołysankę opartą na smyczku. Z kolei szyk rozwinięcia wydaje się nad wyraz taneczny, znów naznaczony stemplem angielskiej jakości.



 

José Lencastre/ Margaux Oswald/ João Carreiro Understanding Life (The Phonogram Unit, DL 2024)

Namouche Studio, Lizbona, lipiec 2024: Margaux Oswald – fortepian, José Lencastre – saksofon tenorowy i altowy oraz João Carreiro – gitara. Osiem utworów, 31 minut.

Kolejne trio z udziałem lizbońskiego saksofonisty sytuuje się w klimatach bardziej kameralnych, wydaje się być na poły konceptualnym przedsięwzięciem (z silną, literacką inspiracją), ale na etapie rozwoju poszczególnych opowieści nie szczędzi nam post-jazzowych fraz, za które odpowiedzialny jest nade wszystko Lencastre.

Początek pierwszej z ośmiu krótkich opowieści rysowany jest kolektywną kreską, z jednej strony sycony post-klasyczną pianistyką, z drugiej pikanterią dętej ekspozycji. W dalszych odsłonach albumu muzycy dorzucają kolejne powabne elementy tej literacko-muzycznej układanki – zwinne, świetnie skonstruowane akcje inside piano, niezliczone garście jazzowych melodii, wreszcie ekspozycje gitary, zarówno preparowane, jak i te z akcentami czystszego frazowania. Album nabiera szczególnej urody w części środkowej, gdy muzycy szukają mroku, pochylają się na każdą frazą, stawiają na kreatywny minimalizm i świetnie dawkują emocje. Nie unikają ekspresji, ale być może wiedzeni literackimi inspiracjami podejmują szereg zaskakujących decyzji dramaturgicznych, które budują jakość całej opowieści. Finał albumu skrzy się dużą kreatywnością, szczególnie pianistki, być może nasączony jest jednak zbyt dużą dawką jazzowej melodyki ze strony saksofonisty.



 

Dávila/ Almeida/ Furtado Illusions and Lamentations (The Phonogram Unit, CD 2024)

Night Sky Studio, Ahaus, Niemcy, czerwiec 20924: Pacho Dávila – saksofon tenorowy i sopranowy, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Vasco Furtado – perkusja. Siedem utworów, 64 minuty.

Kolejny przykład swobodnego jazzu, niemal modelowy z punktu widzenia dzisiejszej, portugalskiej zbiorówki. Nazwisko saksofonisty wydaje nam się dość obce, po prawdzie i po odsłuchu mówi niezbyt wiele. Co innego kontrabasista i perkusista – jeden jest najpiękniejszym kameleonem współczesnej muzyki improwizowanej, drugi krwistym kawałkiem free jazzowego mięsa, mistrzem post-synkopowanego groove. Album jest odrobinę przegadany, ale dobrze unerwiony, doposażony wieloma porcjami stylowych improwizacji.

Pierwsza odsłona albumu, to free jazzowy blues szyty twardą sekcją rytmu i ulotnym saksofonem tenorowym. Słychać, że muzycy dobrze czują się w sytuacji dynamicznej i swobodnie melodyjnej. Kolejne trzy części startują z pozycji smukłej post-ballady upstrzonej preparacjami, dobrze nabierają tempa na etapie rozwinięcia i bywają puentowane wysmakowanymi akcjami kontrabasu, także z użyciem smyczka. Piąta opowieść bazuje na prostej melodii, przypominającej dziecięcą rymowankę. Szczęśliwie jest finał kipi od ognia dalece dojrzalszej proweniencji. Najlepsze momenty płyty, to dwie ostatnie improwizacje. Pierwsza z nich nie szczędzi nam dźwięków preparowanych (szczególnie w zabrudzonej tubie), druga po części sięga po estetykę free chamber. I znów dużo miejsca pozostaje tu dla kontrabasisty i perkusisty, których ekspozycje zarówno solowe, jak i duetowe są solą tej improwizacji. Nie sposób nie dostrzec także jakości w finałowej akcji saksofonu sopranowego, bazującej na efektownej dynamice.



 

Luís Vicente Trio Come Down Here (Clean Feed Records, CD 2024)

Soundinnovation Studios, październik 2023: Luís Vicente - trąbka, dzwonki, gwizdek, mbira, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Pedro Melo Alves – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty. Sześć kompozycji, 40 minut.

Luisa Vicente znamy jako wyśmienitego improwizatora, zapewne nieco mniej jako kompozytora piszącego efektowne, po portugalsku smutnie melodyjne tematy, które w krzyżowym ogniu interaktywnych improwizacji jawią się niczym perły na firmamencie światowej sceny jazzowej. Jego trio (w jakże fantastycznym składzie!) właśnie dostarcza nam swe drugie fonograficzne dziecię. Radości, jak za pierwszym razem, całe mnóstwo, nawet wtedy, gdy zmysł kreacji Luisa, Gonçalo i Pedro transponuje na język współczesności taneczną, brazylijską capoierę!

Pierwszy temat podany jest na sporej dynamice – muzycy brną ku nam z melodią we włosach, ciepłym tembrem trąbki i zgrabnym rytmem szytym zwinnym, swingującym pizzicato i delikatną, acz ruchliwą perkusją. Drugi temat oparty jest na soczyście brzmiącym smyczku, a faza improwizacji zdaje się być skoncentrowana na ogrywaniu na tysiące sposobów zadanej melodyki. Trzeci utwór, to anonsowana już capoeira. Intro, a także koda utworu bazują na perkusjonalnych błyskotkach, gwizdku i mbirze, z kolei faza zasadnicza na tanecznym groove kontrabasu i rozśpiewanej trąbce. Ostatnie słowo należy jednak do barokowego smyczka. Utwór czwarty swinguje aż miło – muzycy gnają do przodu w szalonym tempie albo równie wspaniale zwalniają i sięgają po brzmieniowe detale. W piątej części dominują frazy preparowane, tempo jest leniwe, a melodia molowa. Sam temat pojawia się dopiero na ostatniej prostej. Końcowa kompozycja trwa tu jedenaście minut i jest pięknym podsumowaniem całego albumu. Początek zdaje się być szyty ściegiem, który znamy z piątej odsłony. Po niedługiej fazie marszowej cały środek utworu oddany zostaje do wyłącznej jurysdykcji trębacza, który kleci wyłącznie wspaniałe dźwięki. Potem, po kilku głębszych wydechach, opowieść kona w klimatach lizbońskiego saudade, w ciszy zapomnienia, krokami stawianymi na palcach.



 

MOVE Free Baile - Live in Shenzhen (Clean Feed Records, CD 2024)

Shenzhen, Chiny, październik 2023: Yedo Gibson – saksofony, Felipe Zenicola – bas elektryczny oraz João Valinho – perkusja. Sześć utworów, 34 minuty.

Free jazzowy, spazmatyczny krzyk saksofonu, sfuzzowana, permanentnie łamiąca rytm punkowa gitara basowa i perkusja, która ogarnie i spuentuje każdy fragment tego rozgrzanego tygla emocji - to trio znamy doskonale zarówno z debiutanckiej płyty studyjnej, jak i koncertów w naszej części świata. Tym razem brazylijsko-portugalskie combo wyruszyło do Chin i zagrało tam ekstatyczny koncert w dalece rockowych okolicznościach przyrody. Wrzask rozentuzjazmowanego tłumu, kilka prób zaspokojenia potrzeb mniej wymagającego odbiorcy i cała masa improwizowanej jakości. And that’s all!

Muzyka MOVE od startu nie pozwala zapomnieć o mocy rażenia, jaką w sobie nosi! Ich improwizacja, to narracja łamana kołem zębatym, to krzyk kosmicznej energii, ale nie desperacji, raczej radości współtworzenia muzycznego piekła. W pierwszej części szczególnie podobać się mogą saksofonowe preparacje pełne wywrotowych melodii i puenta basisty w formie dalekowschodniej mantry. W części drugiej intryguje ogniste intro Gibsona, które przepoczwarza się w dziki taniec całej trójki. W trzeciej dominuje melodia, która płynie niesiona strugą energii pracującego na wydechu basisty. Szczególnie efektowny moment szyje tu saksofonista. W części czwartej nie brakuje bystrych preparacji z każdej strony, a także saksofonowej puenty nasyconej tajemniczą melancholią. Piątka kona pod jarzmem rytmu, tu generowanego wszystkimi dostępnymi środkami artystycznego wyrazu. Ostatnią odsłonę uruchamia rozdygotany bas. Końcowy taniec zionie ogniem, doprowadza publiczność na skraj śmiertelnej ekstazy!



Dirk Serries/ Rodrigo Amado/ Andrew Lisle The Invisible (Klanggalerie, CD 2024)

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, listopad 2021. Dirk Serries - archtop guitar, Rodrigo Amado – saksofon tenorowy oraz Andrew Lisle – perkusja. Trzy improwizacje, 57 minut.

Portugalsko-belgijska kooperacja w zakresie muzyki improwizowanej o silnie jazzowej proweniencji pozostaje w stanie permanentnego rozkwitu. Amado jest jednym z dwóch saksofonistów znad Tagu, szczególnie aktywnych w dziedzinie muzykowania z Serriesem. Trio uzupełnia kolejny stały współpracownik belgijskiej sceny, angielski drummer Lisle. W gronie zatem samych dobrych znajomych uciekamy w swobodny jazz na prawie pełną godzinę zegarową. Bo warto!

Każda z trzech rozbudowanych, wielominutowych improwizacji ma swoją dramaturgię, ale też wiele elementów wspólnych – kolektywny, żwawy początek, fazę długoterminowego spowolnienia, udane incydenty w podgrupach i ekspresyjną, niekiedy ognistą finalizację. Saksofon zanurzony jest na ogół we free jazzie, bywa, że płynie bardzo gęstą melodią, gitara, choć typowa dla akustycznej estetyki Serriesa, potrafi zaskakiwać, choćby użyciem smyczka, wreszcie jak zwykle niebywale kompetentny drumming, w tym trio pozbawiony wszakże swingujących synkop, raczej skoncentrowany na budowaniu nieoczywistej dramaturgii i rytmicznym podkreślaniu kolejnych etapów podróży. W pierwszej części szczególnie podobać się mogą smyczkowe preparacje gitarzysty, w drugiej uwagę przykuwa rozbudowana faza dronowa ubogacona melodią saksofonu, dalekowschodnią mantrą gitary i rezonującymi talerzami. Z kolei w części trzeciej nie sposób nie nadstawić ucha nad ekscesami solowymi, szczególnie perkusisty. Swoje kilka samotnych, równie fascynujących chwil ma także saksofonista. Album zostaje urokliwie podsumowany strumieniem wspólnie wydychanej fonii, lepionym wystudiowaną melodyką.



 

William Parker/ Hugo Costa/ Philipp Ernsting Pulsar (NoBusiness Records, CD 2024)

Codarts, Rotterdam, październik 2023: William Parker – kontrabas, Hugo Costa – saksofon altowy oraz Philipp Ernsting – perkusja. Trzy utwory, 50 minut.

Costa i Ernsting muzykują razem od lat, ale okazjonalne spotkanie z legendą free jazzowego kontrabasu zza Wielkiej Wody z pewnością była dla nich czymś szczególnym. Nie mogła z tego nagrania nie powstać dokumentacja fonograficzna, która trafia teraz do nas mocą litewskiego wydawcy. Trzy rozbudowane improwizacje osnute tu są na ogół wokół kontrabasowego groove Parkera, ale zdaje się, że najbardziej ekscytujący moment tej sesji ma miejsce wtedy, gdy ster dowodzenia przejmuje perkusista i perfekcyjnie stymulując dynamikę wynosi całe trio na wyżyny kreatywności.

Nagranie otwiera spokojna ekspozycja kontrabasu, która z miejsca nabiera typowej dla Parkera melodyjnej dynamiki. Perkusja i saksofon wchodzą do gry cedząc w skupieniu każdą frazę, ale dość szybko osiągają na poły taneczną konfigurację. W kolejnych fazach najdłuższej, ponad dwudziestominutowej improwizacji mamy solo kontrabasu, intrygujący passus kameralnej improwizacji w trio osadzonej na ciepłym brzmieniu smyczka, a także post-balladową puentę. Druga odsłona, która trwa odrobinę ponad kwadrans jawi się tu jako ta najciekawsza. Otwarcie spoczywa na barkach basu i perkusji. W grze dość szybko pojawia się smyczek, który pracuje w bardzo zróżnicowanych tempach i ekspresji, a anonsowany w preambule tekstu crème de la crème albumu dzieje się już na etapie rozwinięcia. Ernsting podkręca tempo, płynie coraz szerszym, niemalże polirytmicznym strumieniem. Emocjom sprzyja tu zarówno pęczniejący groove kontrabasu, jak i free jazz altowej tuby. Końcowa improwizacja trwa dziesięć minut i ma nieco folkowy wymiar. Oparta jest na dynamice perkusji, ekspresji saksofonu i … rozśpiewanym, drobnym instrumencie dętym, na którym frazuje Parker. Trio w takiej formule bazuje na rozkołysanym rytmie, który chętnie gmatwa w niemal colemanowskim stylu, niczym sławetne Dancing in Your Head.



 

Hocus Loop Beat (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

Genewa/ Zurych, kwiecień 2024: João Almeida – amplifikowana trąbka kieszonkowa, elektronika. Dwie improwizacje, 54 minuty.

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy portugalskiego, jazzowego resume nie spuentowali czymś definitywnie niejazzowym, hałaśliwym i bezczelnie ponadgatunkowym! João Almeida w towarzystwie grywa swobodne impro, free jazz czy free chamber, ale gdy zostaje sam na sam z trąbką, przepoczwarza się w brutalnego dekonstruktora dętych fraz, artystę, który kocha noise i uwielbia maltretować nasze narządy słuchu. Tu dostajemy go w dużej, koncertowej porcji. Kto nie da rady, jego strata, kto podejmie trud wysłuchania całości, nagroda może być wielka! A sam tytuł albumu mówi naprawdę wiele o formule tej … improwizacji.

Dwa szwajcarskie koncerty, to kwintesencja hocusowej, zmutowanej trąbki, silnie amplifikowanej, zaplątanej w niekończące się kable czerstwej elektroniki. Wszechobecny noise tworzą tu zgrzyty, pulsacje, rozdygotane stemple sfuzzowanego brzmienia, wdechy i wydechy, kulminacje i małe zgony. Wszystko uformowane jest w pętle, których intensywność sama z siebie kreuje pokraczny, post-elektroniczny rytm. Schemat gry jest stabilny, muzyk wszakże permanentnie modyfikuje brzmienie. Całość przypomina chwilami krwisty drum’n’bass, ale tworzony bez basu i perkusji. Początek drugiego koncertu, to wyziewy trąbki-sygnałówki, która kona w wiecznej pętli bólu i rozpaczy. Sama narracja wydaje się odrobinę bardziej subtelna, wyczulona na pojedyncze akcje hałasu. Strumień fonii jest martwym tańcem, którego ewentualny koniec niczego nie rozwiąże. Muzyk wprowadza tu brzmienia przypominające zarówno silnie sfuzzowaną gitarę, jak i niemal klasycznie elektroniczny white-noise.  Na finał jego trąbka kieszonkowa piszczy wniebogłosy, podczas gdy dołem sunie rzeka wyjątkowo paskudnych rzygowin. Tak, Merzbow byłby z João niepomiernie dumny!

 

 

 

piątek, 14 kwietnia 2023

The Phonogram Unit: Sameer! Linae! SPOS!


Kontynuujemy nasze tegotygodniowe opowieści o muzyce improwizowanej z Portugalii. Dziś lutowe premiery Phonogram Unit, wydawnictwa, które prowadzi grupa lizbońskich improwizatorów, a którego nagrania śledzimy na tych łamach od pierwszego edytorskiego wydarzenia.

Przed nami trzy swobodnie improwizujące tria, ale każde z innego pieca jedzące chleb. Najpierw post-rockowa psychodelia, potem soczysty open jazz, a na koniec jakby wypadkowa dwóch pierwszych zdarzeń – swobodny jazz oparty na wyjątkowo kreatywnym i ponadgatunkowym basie elektrycznym, który na moment staje się także … małą, boliwijską gitarą. Welcome!



 

Sameer

Moc elektrycznego basu Felipe Zenicoli poznaliśmy w ostatni wtorek, zagłębiając się w nagraniu thrash-punkowego MOVE. Dziś jego instrument znów będzie nam rwał włosy z głowy, ale miast atakować prostym sierpowym, wraz z gitarą Jorge Nuno i bardzo oryginalnie frazującą perkusją Felice Furioso, zatoczy wielkie psychodeliczne koło. Znów wbije nas w ziemię, ale nasączoną silnie kwasowym odczynem.

Pierwsze kilkadziesiąt sekund należy tu do basisty, głównie jego szemrzących, gitarowych pick-up’ów. Po dokonaniu się dzieła introdukcji perkusja wchodzi blaskiem talerzy, a gitara syci background syntetycznymi plamami. Ów nieco abstrakcyjny post-impro-rock w pierwszej odsłonie albumu szuka raczej brzmienia ambientu, rezonujących powierzchni płaskich i kojących fraz basu niż dynamiki i nadmiernych eskalacji. Druga historia ma już jednak swoją ekspresję i adekwatną dynamikę. Szorstkie, hałaśliwe brzmienie, buchające płomienie psychodelii, nawet strzępy melodii i perkusja, która stroni jednak o drummingu, szuka mrocznej poświaty narracyjnego tła. Trzecia opowieść w swej fazie początkowej trzyma moc kwaśnych emocji na stand by. Mamy dźwięki preparowane, gitarowe sprzężenia i perkusyjne ornamenty. Potem władanie przejmują połamane półrytmy, które szyją gęstą fakturę wielowarstwowej narracji. W czwartej części bas podkręca rockowe tempo. Gitara dość szybko wpada w kipiel, a perkusja znów stawia na szyk przestawny. Dźwięki nabierają noise’owego posmaku, nawet post-industrialnej złożoności. Po piątej, krótkiej, nieco minimalistycznej dead ballad, w kolejnej opowieści trio definitywnie skacze w ogień post-rockowej improwizacji. Bas i gitara płyną silnie sfuzzowanym strumieniem, całość nabiera dubowego echa, a perkusja przez moment sprawia nawet wrażenie, jakby szukała korpulentnego beatu. Ostatecznie znów kręci się nad głowami partnerów, niczym wygłodniały sęp i stawia kolejne stemple jakości. Finałowa improwizacja, to przysłowiowa kropka nad „i”. Bas brzmi tu wyjątkowo masywnie, rysuje pętle mocy i zachęca do złego. Gitara staje w ogniu wystrzału, rozhuśtana perkusja rozdaje kompulsywne ciosy. Krzyk post-psychodelii, kwaśna mroczność buchających emocji - oto fire rock idzie w martwe tango i pięknie kona w gęstej lawinie dźwięków.



 

Linae

Przed nami portugalskie trio trzech pokoleń - młody trębacz Almeida, bardzo doświadczony pianista Pinheiro i ten pokoleniowo pomiędzy nimi, krewki perkusista Furtado, który budowanie jazzowego groove ma zaszyte w swym artystycznym DNA. Artyści zapraszają na spotkanie z improwizacją, która powinna stanowić wzór tego, co współczesny, otwarty, nieskażony konwencjami tradycji, swobodny jazz może nam zaproponować. Wyjątkowo stylowe, nasycone jakością muzykowanie, które zna całą historię gatunku, kocha wiele płyt Milesa Davisa, ale wszystko, co ma do zaprezentowania niesie ze sobą stygmat indywidualnej kreatywności.

Pierwsza improwizacja doskonale wprowadza nas w klimat nagrania. Wyczulona, ale zadziorna trąbka, czarne i białe klawisze piana, zdolne wykreować tu każdy wątek i perkusyjny nerw, który zdobi każdą sekundę tej improwizacji. Muzycy mają w głowie bogaty bukiet free jazzowych ekspresji, ale ich narracja nie wspina się na szczyt, podróżuje raczej rozległą doliną, co pewien czas upstrzoną drobnymi wzniesieniami. Druga opowieść nasycona zdaje się być lizbońską melancholią, szuka melodii, ale bez trudu odnajduje też siarczyste brzmienie. Znów nie gna na złamanie karku, woli skupiać swoją uwagę na dramaturgicznych niuansach i mocy, jak płynie z pełni kolektywnego sposobu budowania improwizacji. Pianista nie stroni tu od post-klasycznych zdobień, perkusista świetnie czuje się w oparach dźwięków preparowanych, a trębacz raz za razem stawia stemple jakości. Na starcie kolejnej części muzycy brną w obłoku ciszy i minimalizmu. Wystudzona ballada, to także środowisko, w którym czują się znakomicie, zwłaszcza gdy udanie ją dynamizują. Czwartą część otwiera drummer i definitywnie milesowska, cool-jazzowa trąbka. To prawdziwy pokaz siły wyrazistej tradycji i mocy współczesnej kreatywności. Ostatnią improwizację otwiera z kolei fortepianowa introdukcja. Subtelne szczoteczki i trębackie lęki także budują suspens chwili. Z czasem tempo rośnie (what a groove!). Emocje stymulują pianistyczne powtórzenia i trębackie zaśpiewy, perkusja dba zaś o całą resztę. Finał nagrania zdobi jej krótka, dynamiczna ekspozycja solowa.

 


Now…Spos!

Na zakończenie opowieści o phonogramowych nowościach zapowiadana ponadgatunkowa reasumpcja możliwości lizbońskiego labelu. SPOS, to post-jazzowy saksofon Lencastre’a, który dobrze odnajduje się w każdej sytuacji scenicznej, wyrazisty, ekspresyjny drumming Škorića i wielowymiarowy bas Petruccellego, który ocieka tu zarówno stylowym fussion, jak i emocjami post-rocka, a nawet gęstego, brunatnego ambientu. No i jeszcze ta boliwijska gitara…

Improwizacja otwarcia trwa kilkanaście minut i stawia na umiarkowanie zagotowany free jazz. Melodia saksofonu, kawalkada pomysłów narracyjnych na gryfie basu i nerwowy, energetyczny drumming – tu wszystko stanowić może iskrę zapalną! Ciekawie robi się zwłaszcza pod koniec utworu, gdy narracja delikatnie spowolnia, a może raczej rozlewa się jeszcze szerszym korytem ekspresji bez utraty parametrów dynamiki. Druga część, to krótkie, perkusyjne solo, które płynnie przechodzi w trzecią improwizację sprawiającą wrażenie wyjątkowo stylowej post-ballady. I znów bas podsyła tu moc zaskoczeń, nie frazuje na przedzie, raczej buduje zmysłowe, hard-ambientowe tło. Całość udanie odnajduje się w dynamicznym zakończeniu. Czwartą improwizację otwiera perkusista, ale to tu właśnie na front narracji forsuje się boliwijska gitara. Post-folkowa, nawet post-barokowa narracja stawia kolejne pytania o granice gatunku. Ale jak wiemy, muzyka improwizowana takich nie posiada. Ostatnia część ma wiele wspólnego z pierwszą, znów jest rozbudowana ponad dziesięć minut i szyje ścieg frejazzowymi atrybutami. Początek i koniec jest udziałem stylowego duetu drum’n’bass! W tak zwanym międzyczasie dzieje się bardzo wiele. Bas znów szuka ambientowych zdobień, saksofon kłębi się w strugach emocji, a perkusja rytualnym circle flow dopełnia obrazu całości. Emocje nieustannie skaczą tu do góry, choć bas zdaje się być w nastroju dalece medytacyjnym. Takie cuda, to tylko SPOS!

 

Felice Furioso/ Jorge Nuno/ Felipe Zenicola Sameer (CD, 2023). Felice Furioso – perkusja, instrumenty perkusyjne, Jorge Nuno – gitara elektryczna oraz Felipe Zenicola – bas elektryczny. Nagrane w Namouche Studios, Lizbona, kwiecień 2022. Siedem improwizacji, 39 i pół minuty.

João Almeida/ Rodrigo Pinheiro/ Vasco Furtado Linae (DL, 2023). João Almeida – trąbka, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Vasco Furtado - perkusja. Nagrane w Timbuktu Studios, Lizbona, maj 2022. Pięć improwizacji, 46 minut.

SPOS (José Lencastre, Miguel Petruccelli, Aleksandar Škorić) Now … Spos! (DL, 2023). José Lencastre - saksofon altowy, Miguel Petruccelli – bas elektryczny, charango oraz Aleksandar Škorić – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, Zaal 100, Amsterdam, marzec 2022. Pięć improwizacji, 44 minuty.



wtorek, 28 grudnia 2021

Phonogram Unit: Three Trios! Aforismos! Forces In Motion! 290421!


Wiele wskazuje na to, iż portugalska muzyka free jazz & free impro ma się w mijającym roku naprawdę wyśmienicie! Dowodów rzeczowych aż nadto, wystarczy uważnie czytać Trybunę Muzyki Spontanicznej! Dziś kolejne trzy przykłady, a to wcale nie koniec naszych portugalskich ujawnień w okolicach godziny zero, która wprowadzi nas w kolejny szalony rok, tym razem 2022!

Przed nami krótkie expo stosunkowo młodego labelu z Lizbony, założonego przez samych artystów (!) - Phonogram Unit, którego dokonania śledzimy – co oczywiste – od samych jego narodzin. Trzy jesienne nowości *) nie dość, że kontynuują pasmo wysokogatunkowych nagrań tej stajni, to być może wynoszą je na jeszcze wyższy poziom. Zresztą, co tu dużo gadać, za trzy dni na tłustych szpaltach Trybuny zaprezentujemy dziesiątki powodów, dla których warto będzie ten wariacki rok 2021 zapamiętać i wtedy z pewnością niektóre z zaprezentowanych dziś tytułów znów trafią przed Wasze oczy i wprost do Waszych uszu.

This Is Our Portuguese Language That Rules! Welcome!

 


Vasco Furtado/ Salome Amend/ Luise Volkmann  Aforismos

Naszą dzisiejszą przygodę portugalską zaczynamy w … niemieckim Bonn, tam bowiem świetnie nam znany perkusista Vasco Furtado spotkał się z dwoma niemieckimi artystkami (Salome Amend na wibrafonie oraz Luise Volkmann na saksofonie altowym) i nagrał pięć długich, jakże swobodnych improwizacji. Spotkanie miało miejsce w styczniu bieżącego roku, a w jego efekty dźwiękowe wsłuchiwać możemy się przez całe 67 i pół minuty.

Sytuacja dramaturgiczna Aforyzmów jest dalece intrygująca. Lewa flanka przypisana została perkusji, która dba o groove, ale też nieustannie szuka niuansów i świeżego spojrzenia na rozwój narracji, przy okazji konsekwentnie pchając opowieść ku wyznaczonym celom. Prawą flanką rządzi wibrafon, który najczęściej przyobleka szaty dodatkowej, jeszcze bardziej kreatywnej perkusji, często opiera też swą narrację na zmyślnie preparowanych frazach. Środkiem płynie saksofon, budujący warstwę melodyczną, czasami potrafiący tchnąć w bystrą, ale jakże medytacyjną narrację dobry duch Alberta Aylera i zdobycze muzyki avant-folkowej. Zdolny jest także nieustannie inspirować strefę drummerską, nie stroni od preparowanych dźwięków i wyjątkowo inteligentnie dba o dramaturgię całości, choć sam nigdy nie wychodzi przed szereg.

Muzycy rozpoczynają swoją długą podróż po bezdrożach swobodnej improwizacji niemal pojedynczymi frazami, które zdają się zwoływać rytualne spotkanie. Separatywne uderzenia, dęte zaśpiewy, brudne brzmienie i precyzja każdego ruchu. Także kosmiczna swoboda i artystyczna determinacja. Vasco daje całości dynamikę, szuka adekwatnej struktury rytmicznej, Luise dba o melodykę, ale nie stroni od post-psychodelicznych dywagacji i dramaturgicznej zadumy, wreszcie Salome, która zdaje się nieustannie siać ferment - jej wibrafon ma tu tysiące twarzy, ale i tak z każdą sekundą dostarcza nowych wrażeń. Gem otwarcia stanowi tu doskonale wprowadzenie do krainy dźwiękowych aforyzmów. Jest aylerowska magia, są korzenne grooves i cała paleta polirytmicznych ekscesów. Druga improwizacja, to krok dalej ku nieznanemu – rezonujące, kocie pomruki, preparowane frazy, zwinne, duetowe imitacje, nawet akcenty call & responce. Muzycy z czasem stroszą jednak pióra i uciekają w bardziej dynamiczne ekspozycje - rozkołysane dysputy, gorące, ale unikające free jazzowych grepsów wymiany dźwiękowych uprzejmości. Uszy i oczy szeroko otwarte w każdej sekundzie improwizacji, to naczelna zasada tej rozbudowanej ekspozycji!

Trzecia opowieść trwa niemal pół godziny i ma trzy efektowne fazy! To prawdziwa epopeja swobodnej, meta psychodelicznej, chwilami transowej narracji. Zaczyna się na samym dnie ciszy głębokim deep drummingiem i plejadą mikro dźwięków, które lepią się w strumień płynnych wspaniałości. Oto kołysanka łapiąca leniwy, mantryczny groove, któremu trudno się oprzeć. Druga faza, to zmysłowy powrót do obszaru ciszy. Saksofon głęboko oddycha, a na flankach rodzą się drobne, kuchenne dźwięki. Perkusja kłębi się w sobie i szumi, wibrafon uprawia small drumming po krawędziach, a dysze dęciaka pracują w pocie czoła i rozrzedzają gęste powietrze. Wreszcie ostatnia faza, jakby nowy wątek, oparty o ledwie sugerowany rytm z kotła, saksofonowy loop i niemal jazzowe dźwięki wibrafonu. Swobodna narracja ma tu kilka warstw, znów smakuje Aylerem i post-perkusyjnymi niuansami.

Ostatnie dwie improwizacje doskonale dopełniają obrazu naprawdę wyjątkowej opowieści! Czwartą rozpoczyna duet perkusji i wibrafonu, kreujący mnóstwo dźwięków nieoczywistych, które płyną swoim rytmem. Tymczasem wysoko podwieszony alt wkracza do gry bystrym kontrapunktem. Dynamika opowieści zdaje się tu być jednak dalece pozorna. Muzycy zostawiają sobie ogromne obszary swobody, dają pełną zgodę na indywidualne kreacje, które w ostatecznym rozrachunku budują wszakże spójną i wyczuloną na drobiazgi improwizację. Narracja oparta na medytacji, pełna głębokich westchnień, na ostatniej prostej łapie nieco dynamiki, przypominając rytualny taniec wokół własnej osi. Wreszcie finałowa opowieść, która rodzi się w poświacie szumów, z małych, tajemniczych dźwięków, preparowanych i dronowych fraz, z tętniącego życiem małego świata post-perkusjonalii. Leniwe tempo bystrego zakończenia stawia na minimalizm, daje samodzielne życie każdej konstrukcji dramaturgicznej. Wokół czai się niemal metafizyczna cisza, której trwanie rozpocznie się tuż po wybrzmieniu ostatniego dźwięku.

 


José Lencastre/ Hernâni Faustino/ Vasco Furtado  Forces in Motion

Kolejna historia dzieje się już w samej Lizbonie (Igreja do Espírito Santo, Caldas da Rainha), w połowie października ubiegłego roku. Znów jest z nami Vasco Furtado na perkusji, a towarzyszą mu - José Lencastre na saksofonie altowym oraz Hernâni Faustino na gitarze basowej (zauważmy, iż na poprzedniej płycie tego tria grał na kontrabasie!). Muzycy przygotowali dla nas sześć improwizowanych epizodów, które trwają niemal pełną godzinę zegarową. Nagranie wydaje się być nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, w który tłocznia wkleiła niepotrzebne przerwy pomiędzy wyselekcjonowane odcinki narracji.

Improwizacja otwarcia toczy się w dużym skupieniu, jest powolna, po portugalsku leniwa. Perkusyjne talerze, bas w uśpieniu, przyczajony alt - zmyślny konglomerat abstrakcyjnego post-rocka, słodko-gorzkiego jazzu i samorodnego, meta polirytmicznego drummingu. W drugą odsłonę wchodzimy nad wyraz płynnie, w momencie, gdy linię narracji zaczyna delikatnie zarysowywać bas. Dynamika przybiera na sile w sposób dalece nieoczywisty, wydaje się być jakaś rozkołysana, niestabilna, a jednak samonakręcająca się, niczym spirale zegara. Saksofon śpiewa, bas buduje fundament, a perkusja stymuluje tempo, aż po rockowe spiętrzenia, ekspresję free jazzu i emocje ponadgatunkowego fussion. Drugą opowieść wieńczy solowa ekspozycja basu, pełna mrocznej post-psychodelii.

Na starcie kolejnej części pod gryfem basu płynie strużka ulotnego ambientu. Narracja startuje na dobre, gdy bas i perkusja wejdą w tryb niemal downstepowy, zostawiając sporą przestrzeń na saksofonowe przebieżki. Kolejny krok ku dobrym emocjom ma miejsce w momencie, gdy bas włączy gitarowego fuzza, a saksofon uniesie się głowę ku górze, niczym czapla na żerowisku. Tempo rośnie wtedy, jak grzyby po deszczu, a karty rozdaje definitywnie basista. Jego post-psychodeliczny trip rozstawia pozostałych po kątach i stymuluje lub destymuluje rozwój improwizacji. Na początku czwartej części bas staje w miejscu, szumi i szuka drobiazgów na podłodze pełnej gitarowych przetworników. Gdy zacznie kręcić pętle, perkusja jest tuż obok, a saksofon może wydać z siebie kolejny leniwy potok meta melodii. Fantazyjny groove sekcji rytmu niesie na swych brakach dęte fale smutku, nasączone jednak post-jazzową tanecznością. I to saksofon w dalszej fazie tej improwizacji przejmuje dowodzenie! Bas tymczasem milknie, bierze głęboki oddech, po czym masywnym fuzzem tłamsi wszelkie wątpliwości narracyjne. To mocne przesilenie sprawia, iż piątą odsłonę podróży muzycy muszą podnosić niemal z samej podłogi. Grają na małe pola, syczą na siebie, jak wygłodniale kocury. Także ta opowieść dostaje jednak basowego kopa i nabiera tempa doprawdy efektownego. Samo hamowanie odbywa się wszakże bez pisku opon, w sposób nieco mniej przemyślany. Dwuminutowe encore grane jedynie przez bas, wspierany perkusyjnymi talerzami, pięknie koi drobne ambiwalencje recenzenta. 

 


Voltaic Trio  290421

Za nami akustyczne, damsko-męskie, jakże transowe dywagacje, a także garść korpulentnego post-jazzu z lejtmotywem basu elektrycznego, przed nami zaś gęsta porcja ultra-elektrycznego, cudownie rozchełstanego, rozimprowizowanego acid rocka! Oto trzech portugalskich gentlemanów wbije nas w fotel dywanowym nalotem prawdziwie ekspresyjnych dźwięków, generowanych przez trąbkę i elektronikę, skąpane w czerstwym pogłosie, psychodeliczną gitarę elektryczną i masywny, niepozostawiający wątpliwości full drumming. Wszystko za sprawą kipiącej kreatywności Luisa Guerreiro, Jorge’a Nuno i João Valinho. Nagranie powstało wiosną tego roku w lizbońskim Namouche Studios. W procesie produkcji muzycy skleili kilka pomysłów dramaturgicznych w jeden trak, który trwa blisko trzy kwadranse.

One, two, three, four i skok bez asekuracji w ogień piekielny! Gęsto, sromotnie, zapalczywie i jakże kwaśno! Distorted electronics, dzika gitara i kłębiasty circle drumming! Trąbka zmutowana pogłosem w roli atomowej wisienki na torcie! Dynamiczny, nadekspresyjny psycho-trip to the moon! W tej cudownej magmie początkowej fazy improwizacji znajduje się także miejsce na swobodną, jakże kwaśną ekspozycję gitary. Narracja toczy się jak walec, ale ma swoją dynamikę i kąsa emocjami, jak wygłodniała żmija pustynna.

W tym szaleństwie nie trudno jednak dostrzec świetną organizację procesu improwizacji i całe plejady pomysłów na dalszy jej przebieg. Raz za razem muzycy realizują coś na kształt drobnego przegrupowania sił i środków. Robią to z precyzją szwajcarskiego zegarka, na ogół, co 7-8 minut. Po pierwszym z nich dostajemy szybki duet gitary i perkusji, po kolejnym duet tejże gitary, dość tu wystudzonej, z rozmytą elektroniką. W każdej nowej odsłonie narracji pojawia się jakiś nowy element, czy to w zakresie brzmienia, czy sposobu frazowania. Po przegrupowaniu w okolicach 21 minuty narracja stopuje do poziomu samodzielnego, elektronicznego interludium. W tej fazie nagrania muzycy dostarczają nam kilka definitywnie fake sounds, dzięki czemu improwizacja jeszcze zyskuje na atrakcyjności. Opowieść wraca na swoje tory dzięki dynamice perkusji, wbrew post-psychodelicznym onomatopejom gitary i trąbki, uwikłanych w splot elektronicznych koincydencji.

Kolejna narracyjna zmiana zbudowana jest na gitarowym sprzężeniu i perkusyjnych dywagacjach. Tuż potem improwizacja skacze na jeszcze wyższy poziom kwasowości, choć odrobinę traci na dynamice. Trąbka bulgocze samym wrzątkiem, gitara szuka bardziej rockowych fraz, a perkusja nadyma się, sprawiając, iż cała narracja pęcznieje na szerokość, nie pnie się ku górze bez wyraźnej przyczyny. Ostatnie przegrupowanie ma miejsce … 7-8 minut przed końcem! Elektronika i perkusja cisną na gaz, gitara kłębi się w noise’owym żmijowisku. Ostatni psycho attack over europe zdaje się krzyczeć całym swym ciałem - instrumentami, ludzkim głosem, wszystkim, co pozostaje w zasięgu działania muzyków! Jako pierwsze gasną światła elektroniki, ale perkusja bije bez wytchnienia. Po kolejnej pętli ta druga daje za wygraną, oddając zakończenie tego szaleństwa w ręce gitarzysty.  

 

*) wszystkie płyty dostępne są w formacie CD, pod poniższym adresem

www.phonogramunit.bandcamp.com

 

 

poniedziałek, 18 stycznia 2021

Multiverse in the Universe, so … Live in Poznań!


Kontrabasista Gonçalo Almeida, saksofonista Yedo Gibson i perkusista Vasco Furtado debiutowali fonograficznie jako trio ponad dwa lata temu, na krążku nazwanym Multiverse, który dostarczyła krajowa, i jakże iberyjska, inicjatywa wydawnicza Spontaneous Music Tribune Series. Jak to często bywa, tytuł debiutanckiej płyty dał nazwę całej formacji, a ta, w kilka miesięcy później odbyła krótką trasę promującą, w trakcie której trafiła także pod swojskie strzechy poznańskiego Dragona (dokładnie 9 kwietnia 2019 roku).

W ramach piątej edycji Spontaneous Live Series (wtedy dodatkowo nazwanej Improwizowaną Trzydniówką) dwaj Portugalczycy i jeden Brazylijczyk z holenderskim paszportem zagrali ekscytujący koncert, którego zapis fonograficzny, prędzej czy później, musiał trafić na trwały nośnik. Tak stało się całkiem niedawno, za sprawą labelu Cylinder Recordings, który prowadzi Almeida. Cztery swobodne, prawdziwie free jazzowe improwizacje zamieszczone na CD trwają dokładnie 46 minut i 5 sekund, a my, bez zbędnej zwłoki, zapraszamy na poznanie zawartości krążka.



Koncert rodzi się w bardzo przyjacielskiej, niemal hippisowskiej atmosferze. Gibson zaczyna na piszczałce, a Almeida wspiera go wysoko podwieszonym smyczkiem, rzeźbiącym struny kontrabasu. Tuż przed upływem drugiej minuty pierwsze oznaki życia daje Furtado, szeleszcząc perkusjonalnymi świecidełkami i wprawiając w delikatne drżenie talerze zestawu perkusyjnego. W tym samym niemalże momencie bas zjeżdża na sam dół i zaczyna rysować szlak pierwszej podróży. W połowie czwartej minuty saksofon sopranowy wchodzi w bardziej ekspresyjne rejestry i swobodna eskapada – nie bez posmaku ethno - może zaczynać się na dobre. Śpiewne podmuchy wilgotnego powietrza, smyczek i leniwe perkusjonalia przeobrażają całą narrację w misterium dźwięku godne najlepszych, coltrane’owskich wzorców, pełne duchowego uniesienia i dramaturgicznej nieśpieszności. W połowie siódmej minuty kontrabas i perkusja przechodzą w stadium bardziej dynamiczne, dzięki czemu saksofon może już śmiało rozpoczynać pierwszą prawdziwie ognistą ekspozycję. Dancing in The Sun! Opowieść delikatnie przygasa przed upływem trzynastej minuty, a obowiązek doprowadzenia pierwszej improwizacji do szczęśliwego zakończenia spoczywa na kontrabasiście.

Druga część otwarta zostaje przez … dwie piszczałki. Zwiewny, bystry drumming zdaje się wieść oba tajemnicze przedmioty na efektowne zatracenie, albowiem cała załoga tuż po wybiciu drugiej minuty rusza w świat prawdziwie … bluesowych krokiem. Rytm do tupania, miłosny flow saksofonu do śpiewania! Opowieść toczy się niemal mainstreamowym korytem, ale całość nie jest pozbawiona ognistych ornamentów. W połowie odcinka natrafiamy na drobny interwał duetowy (bas i perkusja), po czym powraca dęciak i śle nam repetytywną melodyjkę. Ciepły niczym obłoczek tembr sopranu zdobi wyjątkowo balladowy charakter tej części koncertu. Po pewnym czasie jego narracja pętli się, a potem bardzo efektownie przygasa.

Trzecia improwizacja od startu stawia na kolektywizm. Bez zbędnych introdukcji trio formułuje kolejną bystrą narrację. Jako pierwszy w rolę wichrzyciela ładu i porządku wciela się Gibson. Maszyna rusza w bój wedle przykazań jego temperamentu. O bystre tempo dba Furtado, a Almeida zdaje się trzymać ów rydwan dość rygorystycznymi lejcami. Najpierw postanawia zmienić tryb narracji, potem delikatnie zdekonstruować tempo, by ostatecznie nadać całej opowieści bardzo rytmiczny, ekspresyjny charakter. Świetna robotę czyni tu Furtado, który perfekcyjnie reaguje na inspiracje, łamie rytm i sieje ferment stymulując kolegów do jeszcze większej kreatywności. Po szóstej minucie sekcja zostaje na chwilę sama i ciągnie flow ku górze z niemal rockowym przytupem (jest też chwila na drummingowe expo!). Po kilku chwilach saksofon powraca i całkowicie przejmuje dowodzenie. Pnie się z krzykiem ku górze i sprawia, iż partnerzy milkną z wrażenia. Solowym popisem, jakby mimochodem, wprowadza nas płynnie do czwartej części koncertu. Kontrabas i perkusja wracają ze zdwojoną siłą rażenia i zapraszają rozhulany sopran na finałowe tango! Duch Coltrane’a zdaje się powracać, a atmosfera koncertu nabierać ognistości. Sekcja żłobi teren (niesiona sercem perkusji!), a saksofon skacze z kwiatka na kwiatek i zdobi narrację salwami emocji. Pełen dobrych chęci ostatecznie gaśnie, czym pozwala kontrabasowi i perkusji dokończyć dzieła w niecałe pół minuty.

 


środa, 25 listopada 2020

Gibson, Doskocz, Lisle & Furtado! Live At Two Spontaneous Events 2018 and 2019!


Opowieść jesienna

Yedo Gibson i Paweł Doskocz poznali się dwa dni wcześniej, gdy wspólnie muzykowali z dużą orkiestrą na hucznym rozpoczęciu pewnego festiwalu. Dwa dni później mieli zagrać w duecie, ale obok przechodził Andrew Lisle i nie byli w stanie mu odmówić. Wszyscy zaś razem poznali się dzień wcześniej, gdy przy zimnym piwie omawiali wrażenia z pierwszych godzin spontanicznej imprezy. Gdy już zwarli szyki na dragonowej scenie, owego pięknego, listopadowego wieczoru zagrali jeden, niemal czterdziestominutowy set, który na potrzeby edycji płytowej został podzielony na trzy rozdziały.

 


Roztańczone, ale niemal bezdźwięczne dysze saksofonu, wszechobecny ambient gitary, która szykuje się do lotu i szeleszczące szczoteczki drummerskie – oto aura otwarcia koncertu, które zdaje się obiecywać niemało. Opowieść zaczyna narastać głównie dzięki rozśpiewanemu sopranowi. Gitara leje się szerokim strumieniem, chce tu być bazą tuż przed zaatakowaniem pierwszego szczytu. Perkusja pracuje aktywnie, ale całkowicie pozbawiona jest nadbagażu. Stopa na bębnie basowym zacznie wybijać rytm w okolicach 4 minuty, a będzie to już pierwszy, wcale nie mały szczyt tej swobodnej podróży w nieznane. Po incydencie sopran na chwilę milknie, a pozostałe dwa instrumenty biorą ekspresyjny oddech, by już po chwili cała trójka po raz kolejny mogła skoczyć w ogień. Po pokonaniu kolejnego szczytu, na krótką chwilę saksofon zostaje sam, co stanowi świetny pretekst, by trak na dysku zmienił numer z pierwszego na drugi. Yedo bez zbędnej zwłoki skacze samotnie do samego nieba. Po niedługim czasie gitara i perkusja wchodzą na raz, tak sprawnie, jakby to robili razem od dziecka. Flow dynamizuje się – sopran drze się wniebogłosy, ale pozostałe instrumenty czekają chwilę, by podzielić entuzjazm dęciaka. Dwa, trzy gęste ruchy i kolejny skok w ogień. Tych kilka wspólnych chwil na scenie wystarcza, by muzycy posiedli odpowiedni poziom wzajemnej komunikacji. Ten fakt sprawia, iż tłumią płomień narracji w świetnym stylu i w okolicach 5 minuty zgrabnie przechodzą do fazy mikro dźwięków – Yedo gwiżdże, Paweł plami i kropelkuje, Andrew koncentruje się na talerzach. Panowie zadają sobie dobre pytanie i zgrabnie na nie odpowiadają. Tu szczególnie dużo do powiedzenia mają sobie saksofon i gitara. Perkusja czeka i po chwili wrzuca adekwatny do sytuacji drive. Gitara szybko osiąga stan wrzenia, saksofon – dla odmiany – szuka liści na łące. Nim jednak wybije 12 minuta trio znów gna przed siebie zionąc ogniem i strzelając w samo serce tarczy. Andrew jeszcze dokłada do ognia, nie ma tu zmiłuj, nie ma tu litości – taneczna parada sopranu, gitara zanurzona w rockowych spazmach, wreszcie intensywny, żylasty drumming. Szczyt zdaje się być w zasięgu ich wzroku. Gdy zostaje osiągnięty, znów saksofon bierze na siebie ciężar przetransportowania narracji do kolejnej części (i znów bez wykorzystania choćby ułamka ciszy). Tym razem jednak opowieść toczy się dość leniwe. Najpierw do saksofonu, który lepi małe drony podłącza się gitara, snująca zdrowy, czerstwy ambient. Duet dark prepare na dłuższą chwilę przejmuje władanie sceną. Yedo używa gardła, dmie w tubę, miast w ustnik - szaman nieskończony, groźne niedźwiedzisko! Andrew powraca na szczoteczkach po całych pięciu, a może nawet sześciu minutach. Narracja, która rodzi się z popiołów i zdewastowanych fonii nabiera masy z należytym mozołem. Perkusja zdaje się wyrywać saksofon i gitarę z maligny, dawać im nowe życie, ale nie forsuje tempa. Sygnał, by znów popaść w ogień piekielny daje jednak saksofonista. Perkusista skacze razem z nim, gitarzysta woli ambient, ale gęsty, lepki i złowrogi. Ów piękny dramaturgicznie moment kreuje jakość, a dźwięki zaczynają zlewać się do jednego koryta. Trzynasta minuta otwiera żmudny proces gaszenia tego bystrego pożaru. Szklisty ambient, syczący ustnik i cisza na werblu prowadzą muzyków do samego końca. Ich, i tej opowieści.

 

Opowieść wiosenna

Po raz kolejny Gibson i Doskocz spotkali się niemal dokładnie pięć miesięcy później. Dokładnie w tym samym miejscu, na skrzypiącej podłodze Dragona. Pokrętny line’up improwizowanej trzydniówki zakładał, iż elektryczna gitara Pawła odbędzie spacer jedynie w towarzystwie perkusji Vasco Furtado. Obok przechodził jednak Yedo wraz ze swoim saksofonem sopranowym. Nie dał się długo zapraszać do tria. Zagrali razem niewiele ponad dwa kwadranse, które zgrabnie i spontanicznie ułożyły się w trzy epizody na dysku.

Kolejne ad hoc trio rozpoczęło swoją pierwszą wspólną podróż nad wyraz kolektywnym wejściem w dźwięk. Pierwsze kroki, choć wyważone i roztropne, zdają się znamionować emocje godne naprawdę bystrych improwizatorów. Od startu dobrze się tu wszystko zazębia, wzajemnie gryzie, nie zastyga w bezruchu. Vasco używa jedynie werbla i tomów, jakby talerze nie były drummerowi do niczego potrzebne. A Panowie na flankach? Już kipią z emocji, jakby gitara z dużym prądem i lekki sopran były dla siebie stworzone. Po chwili z tria wyodrębnia się duet gitary i … talerzy (a jednak!), który kreśli kilka pętli i czeka na reakcje dęciaka. Ten wraca, jak ranny tygrys, z lekko podkulonym ogonem. Już w trio gnają bez wahania na ważny szczyt tej narracji. Po drodze serwują nam jeszcze garść preparacji i gitarowego slajsu, także imitacyjnych fraz. Nim wejdą w ostateczną fazę galopady, Vasco pogra jeszcze trochę na bardzo matowym werblu. A pierwszą część swojego koncertu kończą, tak, jak go zaczynali – kolektywnie, na raz! W kolejną odsłonę muzycy wchodzą na palcach. Sopranowe preparacje, głęboki ambient gitary i perkusyjne szczoteczki. Do roboty jako pierwszy bierze się Vasco. Z mozołem buduje narrację, ale koledzy ewidentnie się lenią. Gwiżdżą, plotą androny, gadają ze sobą (także gardłem!), jakby się pięć miesięcy nie widzieli. Opowieść nie wpada w ogień free jazzu, bo nie musi i nie chce. Czas na ostatni akcent koncertu! Saksofon startuje ostro pod górę, cała para w ruch! W tle łomocą talerze, a gitara… czeka (chyba pierwszy raz!). Owo czekanie kończy się po 70 sekundach, gdy cały Dragon zdaje się być spowity przestrzennym, gitarowym dronem. Na tym płaszczu dźwiękowym Yedo i Vasco płyną jak po pasie transmisyjnym, do samego nieba! Piękny moment! Po chwili kilka ważnych sekund na duet dron & drums, ale saksofon wraca i wyje, niczym kolejna ranna zwierzyna na skraju lasu. Finał nabiera mocy i urody – Yedo zaczyna śpiewać hymn pożegnalny! Z nieba Dragona spogląda na muzyków Albert Ayler i bije brawo! Trio niesione entuzjazmem mistrza gasi pożar narracji jednym, zdecydowanym ruchem skalpela.

 

Spontaneous Live Series 004: Yedo Gibson – saksofon sopranowy, Paweł Doskocz – gitara elektryczna, Andrew Lisle – perkusja (1-3), Vasco Furtado – perkusja (4-6). Nagrania koncertowe: (1-3) Drumming Now! 2. Spontaneous Music Festival, Dragon Social Club, Listopad 2018; (4-6) Improvised Three-Days, Dragon Social Club, Kwiecień 2019. Sześć utworów, czas trwania - 68:35 (Spontaneous Music Tribune, CD 2020).

 

Uwaga! Autor recenzji jest wydawcą tej płyty!



czwartek, 5 listopada 2020

A New Portugal’ outfit! Vicente, Dikeman, Parker & Drake! In Layers! Vento! No Gravity! Queen Triot! Sertão!


Ubiegły tydzień upłynął na Trybunie pod znakiem ognistych nowości z Barcelony. Ten bieżący postanowiliśmy poświęcić Portugalii. Po prezentacji albumu Hullabaloo, dzieła międzynarodowego tria z udziałem Luisa Lopesa, dziś zapraszamy na prezentację uroczej szósteczki płyt z udziałem innych muzyków portugalskich, na ogół w tak zwanych rolach kluczowych. Oczywiście nie zabraknie wspaniałych improwizatorów z całego świata (choćby na pierwszej płycie!), a poziom emocji zdaje się być z góry gwarantowany.

Zaczniemy od prawdziwej petardy – Luis Vicente i jego holendersko-amerykański przyjaciel John Dikeman ruszają w szaloną eskapadę z najlepszą współczesną sekcją rytmiczną czarnego free jazzu – Williamem Parkerem i Hamidem Drake’em! Potem znów Vicente i kolejny jego wielki przyjaciel - Marcelo Dos Reis – tym razem na drugiej już płycie kwartetu In Layers! Następnie czekają na nas nowe płyty braci Lencastre, nagrane osobno, obie pięknie trzymające się open jazzowych korzeni (przy okazji debiuty dwóch portugalskich labeli!). Wreszcie na koniec kolejna podróż rodzinna – ojciec i syn, Erneste i Guilherme Rodrigues na dwóch bardzo kameralnych, przeto wyjątkowo uroczych, spotkaniach muzycznych z ich niekończącego się katalogu wspaniałości!

Here it is! Zapraszamy!



 

Luís Vicente/ John Dikeman/ William Parker/ Hamid Drake Goes without saying, but it's got to be said (JACC Records, CD 2020)

Lizboński przybytek kultury ZDB w połowie lipca ubiegłego roku gościł taki oto kwartet muzykantów: Luís Vicente – trąbka, John Dikeman – saksofon tenorowy, William Parker - kontrabas, gimbri, gralla, flety drewniane oraz Hamid Drake – perkusja, instrumenty perkusyjne i głos. Trzy improwizacje, 53 i pół minuty.

Koncert otwiera sekcja rytmu, w tym smyczek, który kreśli pierwsze frazy życia. Front dęty wchodzi do gry po niedługiej chwili lekko rozchełstanym unisono, kreując zmysłowy, post-aylerowski podmuch świeżego powietrza. Free jazz quartet kolektywnych, bystrze skorelowanych akcji jakże żywej improwizacji. Parker rysuje typową dla siebie melodykę narracji, Drake oplata go niczym wąż boa! Tempo rośnie, emocje buzują! Trąbka i tenor zdają się momentami krzyczeć dość ekspresyjnie, ale w żadnym razie nie gubią dyscypliny. Między szóstą a ósmą minutą, najpierw Dikeman, a potem Vicente realizują krótkie ekspozycje solowe (oczywiście na tle płynącej wartkim strumieniem sekcji), ale na tym koncercie, to raczej wyjątek. Dominuje flow kwartetowy i nikt, po obu stronach sceny, nie zgłasza w tym zakresie jakichkolwiek zastrzeżeń. Parker i Drake trzymają rytm opowieści, zwalniają, przyspieszają, ale ani na moment nie przestają stymulować swoich młodszych kolegów do kreatywnych interakcji. Ci czują bluesa po sam czubek głowy i decydują się wyłącznie na dobre rozwiązania. W połowie seta pierwszego (ponad 32-minutowego) sekcja rytmu na moment zostaje sama, ale nie gra solówek, po prostu płynie dalej i po swojemu śpiewa mantrę wiecznego spokoju. Wszystko w tej narracji wydaje się być wyjątkowo naturalne i proste. Dęciaki wchodzą w niekończące się dialogi, a sekcja pod nimi tętni, niczym serce lewa, wyłącznie zdrowymi emocjami. Na finał improwizacji Drake proponuje wręcz walczyka! Reszta kupuje tę konwencję w mgnieniu oka - wszyscy zdają się tańczyć i śpiewać na swoich instrumentach, pełni dramaturgicznego luzu i free jazzowej swobody.

Drugi, krótki fragment zaczyna preparująca trąbka i burczący kontrabas. Tenor wykorzystuje jazzowe grepsy, a całość przypomina bystrą balladę wspartą na tanecznej linii basu. Po chwili Parker sięga po smyczek i dynamicznie piłuje struny, a na tym tle wspólny flow dęciaków zaczyna skrzyć się wyjątkową urodą. Tymczasem szybko wchodzimy w trzeci, ostatni odcinek koncertu, na początku którego sekcja rytmu przenosi nas w sam środek tętniącej życiem Afryki. Parker sięga po mały instrument strunowy, Drake po bęben obręczowy i zaczyna śpiewać mantrę, którą znamy z tysiąca jego płyt, i którą wciąż kochamy miłością prawdziwie pierwotną. Trąbka i saksofon włączają się w tę niebywałą ekspozycję pod koniec czwartej minuty, rysując długie, na poły melodyjne frazy. Po kilku pętlach młodsza frakcja kwartetu zaczyna odrobinę rozrabiać – wchodzą w ekspresyjne dialogi, zadają pytania i pełni niecierpliwości wdają się w konstruktywne pyskówki. Pokrzykują jak ranne lwice, a emocje pną się ku górze, jak kolejka linowa. Dyscyplina wszakże obowiązuje, muzycy nie wpadają do kotła fire music. Śpiewają imitacyjnie, wsłuchani w jedyny w swoim rodzaju flow sekcji rytmu. Opowieść gaśnie przy gwizdach, zapewne wszystkich muzyków. Dęte syczą i oddychają, te rytmicznie pozostawiają dla siebie kilka finałowych fraz.

 


In Layers  Pliable (FMR Records, CD 2020)

Przenosimy się na północ Portugalii, trafiamy do Coimbry i jej najbardziej rozpoznawalnego miejsca koncertowego Salão Brazil. Środek maja 2018 roku, a na scenie czterech muzyków: Marcelo dos Reis na gitarze elektrycznej, Onno Govaert na perkusji, Kristján Martinsson na fortepianie oraz - zapowiadany już wcześniej - Luís Vicente na trąbce. Wydawnictwo dokumentujące ów koncert składa się z sześciu improwizowanych części i trwa niespełna 41 minut.

Pierwsze trzy części koncertu, to nieprzerwany ciąg dźwięków, który zaczyna się nad wyraz spokojnie. Trąbka szuka melodii, piano i gitara delikatnie rezonują, perkusja pulsuje szczoteczkami. Subtelny free chamber z garścią tajemniczych dźwięków strunowych (gitara za progiem, deep piano?) toczy się leniwie, ale już po paru przebiegach czuje się w zachowaniu muzyków pewną kreatywną nerwowość. Wszyscy tu zgromadzeni znają się bardzo dobrze, reagują na siebie niemal telepatycznie, toczą małe gry w podgrupach, nie stronią od abstrakcyjnych fraz. Na gryfie gitary pojawia się smyczek, a zaraz potem ścieg zagęszcza piano. Całość nabiera tempa i mocy, choć bez udziału trąbki. Potem gitara milknie, wraca trąbka, a tak stworzone trio, po kilku pytaniach i tyluż odpowiedziach milknie, by pozostawić dużo przestrzeni i czasu na intrygujące solo gitary, nie bez posmaku rocka. Powrót do kwartetu skrzy się emocjami i zadziornymi frazami. Znów jednak bystre hamowanie prowadzi nas do krótkiej ekspozycji solowej, tym razem pianisty, prosto z klawiatury. Jako pierwsza powraca gitara i tak stworzony duet buduje podwaliny pod ekspresyjny pasus całego kwartetu. Nim jednak on nastąpi, swoje samotne kilkadziesiąt sekund dostaje drummer. Tym razem pierwsza powraca trąbka, zaraz potem gitara kreśli zwinne riffy, wreszcie dynamiki dodaje perkusja. Cięta riposta piana prowadzi nas już w pełni kwartetową kipiel, godną fire music! Gitara zdecydowanie szuka hałasu i prowadzi wszystkich na emocjonalny peak całego koncertu. Brawo!

Czwarta część, tuż po chwili ciszy, przenosi nas w inną część spektaklu. Łagodne piano, smutnie pętląca się gitara, trochę preparacji blaszaka, nieśpieszny minimal. Nieco relaksacyjne impro podszyte jest jednak pewną tajemniczością, a moment zmiany klimatu na bardziej zaczepny czeka nas nieuchronnie. Całość nabiera dynamiki z woli gitary, przy melodyjnej akceptacji trąbki. Ów emocjonujący fragment zostaje perfekcyjnie zgaszony aż do poziomu ciszy. Piąta cześć rodzi się zatem w pełnym skupieniu. Na gryfie gitary coś bije, jak dzwon, coś rezonuje, ktoś frazuje wyjątkowo krótkimi odcinkami dźwiękowymi. Perkusista liczy krawędzie, wydaje się, że wszystko mu się zgadza. Opowieść nabiera pewnej refleksyjności (tylko perkusja trzyma drive), szuka nowych rozwiązań. Trąbka kreśli pętle, gitara repetuje, ale free jazzowe piano i gotowa na każde rozwiązanie perkusja pchają cały kwartet w bardziej dynamiczne rejony. Jeszcze tylko mała pyskówka na linii trąbka-piano, garść rocka wprost z gitary i finałowy galop staje się udziałem wszystkich. Improwizacja gaśnie w natłoku gitarowego sprzężenia. Finał koncertu, to w zasadzie duet gitary i perkusji. Dos Reis zwinnie preparuje, ale robi to w tempie, nie gubiąc przy tym melodyki. Govaert pracuje bez nadmiernego pośpiechu. Świetne duo zostaje gwałtownie uciszone wtrętem piana. Muzykom pozostaje już tylko swobodny wybuch śmiechu. Brawo!

 


José Lencastre/ Hernâni Faustino/ Vasco Furtado  Vento (Phonogram Unit, CD 2020)

Powracamy do Lizbony! Pod koniec listopada 2018 roku w Fisga Studio zameldowali się: José Lencastre – saksofon altowy, Hernâni Faustino – kontrabas oraz Vasco Furtado – perkusja. Zagrali sześć improwizacji, których łączny czas trwania, to 52 i pół minuty.

W roli mistrza ceremonii otwarcia masywny, gruby, wąsaty kontrabas. Brzmi jak ryk słonia, na granicy akustycznego przesteru. Perkusja dla odmiany lekka jak zefirek, pełna rytmu, dynamiki, pozytywnej energii. Panowie rozpoczynają swój marsz równości, w który wkleja się pośpiewujący alcista. Rytm, meta taniec, manifest open jazzu, który w każdej chwili może wybuchnąć. Drobne incydenty solo (kontrabas), żyjący drumming i saksofon, który nie bez powodu nuci frazy post-coltrane’owskie. Narracja nabiera rozpędu, stawia na demokrację, jakkolwiek w tej magmie udanych dźwięków pięknieje przede wszystkim drummer - to on eskaluje flow, on kreuje wymagania i egzekwuje ich realizację. Druga opowieść stawia na zaniechanie. Smyczek, półdrony z tuby, trzeszczący zestaw werbla i tomów. Szorstka, choć wylewna opowieść budowana z dużą swobodą, śpiewającym altem i basem, który rwie trzewia. Trzecia część udanie szuka jazzowych korzeni. Kind of post-swing w tubie, z niemal parkerowskim posmakiem, liczenie krawędzi na sporej dynamice, grzmoty kontrabasu. Znów to Furtado zdaje się być sercem, anatomicznym jądrem tej historii. Biegnie hard-bopową ścieżką, ale nie eskaluje hałasu. Po dziesiątej minucie toczy jeszcze kilka udanych, duetowych dysput z Faustino. Smyk zaplątany w drummerskie grepsy!

Na wejściu w czwartą improwizację swoje do obrazu całości dokłada saksofon, który intrygująco skrzeczy. Pizzicato dużego strunowca zdziera lakier z podłogi, a aktywny, ale jakże zwiewny drumming znów zdaje się napędzać narrację. Muzycy nie spieszą się, cierpliwie czekają na moment, by pójść w bardziej ekspresyjną ekspozycję. Alt zdaje się ustanawiać swoje warunki, sekcja czeka przez moment, a potem wchodzi na raz i trio płynie już całą szerokością studia nagraniowego. Po chwili kolejna improwizacja, którą zaczyna deep drumming in silence. Tym razem kontrabasowe pizzicato, zawieszone dość wysoko, stawia na powolność i kreatywną repetycję. Tuba altu szumi, a potem rzewnie zawodzi balladą. Opowieść gęstnieje, ale uroczo ślimaczy się aż po swój kres. Finał płyty powstaje na jeszcze większym luzie, dramaturgicznej swobodzie. Małe frazy, dużo powietrza pomiędzy dźwiękami, małe rozdroże, kilka pytań, dokąd zmierzamy. Któż inny mógłby w tym momencie nadać pieśni zakończenia odpowiedni kształt, jeśli nie Furtado! Znów odnajduje hard-bopowe korzenie i zabiera przyjaciół na ostatnią tego dnia przebieżkę po bezkresie studyjnej czasoprzestrzeni.

 


João Lencastre/ Rodrigo Pinheiro/ João Hasselberg  No Gravity (Communion Records, CD 2020)

Lisbon again! Drugi z braci Lencastre, perkusista João, zabiera nas do studia Timbuktu, na początku lutego 2020 roku. Wraz z nim meldują się - pianista Rodrigo Pinheiro i basista João Hasselberg (instrumenty akustyczne i elektryczne, wspomagane elektroniką). Muzycy proponują nam dziewięć opowieści (improwizacji zapewne odrobinę predefiniowanych), które trwają równe 42 minuty.

Kolejne dziś portugalskie trio zabiera nas na dalece inną wycieczkę. Znów z tył głowy mieć będziemy open jazzowe konotacje i cały bagaż artystycznych doświadczeń gatunku, ale sercem tej opowieści będą mariaże – jakże udane dodajmy! – muzyki granej przez żywe instrumenty i te, dostarczane przez nienachalną, nieinwazyjną, ale kreatywną elektronikę. Ta ostatnia będzie równie dobrze inkrustowała zapędy żywych, jak i tworzyła ramy dramaturgiczne opowieści. Początek, jakby dla przeciwwagi reasumpcji recenzenta, stawia na spokojny, akustyczny jazz. Tempo opowieści rodzi się tu pod stopą perkusji i nie będzie to ostatni taki przypadek na tej płycie. W drugiej części elektronika burczy w tle, buduje intrygujący background, na którym rozgrywa się dialog pianisty i perkusisty. Początek zdaje się być odrobinę mglisty, finał zaś całkiem dynamiczny, mimo, iż Hasselberg ogranicza się do kreowania ambientu. Trzecia historia pokazuje, jak bystrze połączyć można żywe partie perkusji z jej syntetycznym odbiciem. Elektroakustyczna przygoda z fortepianem, który jako ostatni zdolny jest dobywać akustyczne dźwięki. Czwarta część stawia na preparacje, a w tym niecnym procesie uczestniczą wszyscy muzycy. Jedni łaskoczą struny, inni szumią i szemrają. Opowieść jest niezwykle skrupulatnie budowana, bez jakiegokolwiek pośpiechu.

Piąty utwór zdecydowanie stawia nas do pionu. Bas elektryczny burczy i hałasuje, jak dobre post-electro! Piano wpada we free jazzowy szał, perkusja idzie całą mocą zakładu. Kolejna opowieść tłumi emocje, zaprasza nas na sam dół pudła rezonansowego, w najdalsze zakamarki elektronicznego oprzyrządowania. Lencastre najpierw buduje flow z samych talerzy, potem dynamizuje całość ostrym atakiem po werblu i tomach. Całość wygasa elektroakustycznymi ornamentami. W siódmej historii pojawia się smyczek na ciepłym gryfie kontrabasu. Ambientowe piano i matowe talerze dopełniają jakże kameralnego obrazu improwizacji. W przedostatniej części powraca bas elektryczny i zaprasza na wyjątkowo nerwową przebieżkę stromym zboczem. Perkusja znów łyka intrygującą, syntetyczną poświatę. Piano grzmi klawiszami, a masywny flow wyznacza bodaj najgłośniejszy fragment płyty. Wreszcie finał, który nie może nie być pewnego rodzaju ukojeniem. Echo talerzy, delikatne piano z klawiatury. W tle rodzi się ambient, elektronika znów błyszczy całą swoją urodą, niewymuszoną nadmiarem kreacji. Na ostatniej prostej wszystkie dźwięki leją się już do jednego, szerokiego koryta i pięknie gasną.

 


Marie Takahashi/ Maria do Mar/ Ernesto Rodrigues/ Helena Espvall/ João Valinho  Queen Triot (Creative Sources, CD 2020)

W najbardziej znanym studio nagraniowym Lizbony - Namouche - jeszcze dziś nie byliśmy. Trafiamy tam pod koniec listopada 2018 roku i spotykamy piątkę muzyków. Marie Takahashi – altówka, Maria do Mar – skrzypce, Ernesto Rodrigues – altówka, Helena Espvall – wiolonczela oraz João Valinho – instrumenty perkusyjne i fortepian zagrają dla nas dziewięć improwizacji. W pięciu przypadkach będą to ekspozycje całego kwintetu, w czterech – usłyszymy trio złożone z altówek i skrzypiec. Całość nagrania, to ponad 52 i pół minuty.

Zaczynamy od kwintetu z numerem jeden. Mała ślizgawka po strunach, w trakcie której każdy instrument płynie swoim torem, przy czym jeden z nich pozostaje w opozycji i śpiewa post-barokiem. Posadowione tuż obok akcenty percussion zdają się sugerować bardziej zadziorne interakcje. Free chamber niegodziwe, piękne, odrobinę upiorne, ze zmianami tempa, nie pozbawione klasycyzujących pasaży. Trio z numerem dwa pieści dźwięki definitywnie na granicy ciszy. Struny jęczą, szeleszczą, niektóre dźwięki zdają się być niemal pozbawione fonii, to jedynie suche szuranie smyczków po strunach. Najbardziej intensywnym zdarzeniem fonicznym jest tu głucha, oddychająca przestrzeń studia nagraniowego. Kwintet szósty znów przenosi nas do świata żywych. Jakby pasikoniki skakały po gryfach, a obok mikro drumming stawiał pewne zadania dramaturgiczne, a potem leniwie je egzekwował. Narracja nabiera podskórnej dynamiki, ale ponownie zbliża się w okolice ciszy. Szuranie po werblu, jako element meta rytmu, który zaprasza na specyficzny taniec, czyniony wyłącznie na palcach. Tempo powraca dzięki działaniom cello, które stawia post-barokowe stemple jakości. Jeszcze tylko garść przepychanek, kilka pytań i tyleż odpowiedzi, i już jesteśmy w kwintecie piątym. Głęboki krok w kierunku zachowań skrajnie minimalistycznych – szarpanie za struny, kilka dotknięć smyczkiem, ruch martwego powietrza z zestawu percussion i wystudzonych strun. Flow budowany z samych drobiazgów skrzy się wyjątkową urodą. Po chwili gęstnieje w dronowy strumień dźwięków.

Trio szóste znów oddycha niemal samą ciszą. Ktoś puka w pudło rezonansowe, coś szeleści na strunach. More than molecular! Ćwierć-frazy, mikro-podskoki, nano-westchnienia. Znów opowieść powstaje z drobiazgów, jest lekka, jak piórko. Kwintet piąty kreuje strunowy ambient. Szumy, oddechy, źdźbła dźwięków. Małe pizzicato śpiewa i zawodzi. Opowieść przepoczwarza się w tango zastygłych emocji, ale tempo zdaje się rosnąć, a smyki wpadać w delikatne konwulsje. Trio czwarte rodzi się z dialogu arco i pizzicato. Artyści wspinają się na palce i budują podniebny barok. Tańczą wokół własnej osi, idą w intrygujące zwarcia i szukają kanciastych form. Zaraz potem trio siódme, które wydaje się być ambientem, który opuszcza po tysiącu lat swoją kryptę. Złowrogie oddechy strun, martwy śpiew, kosmiczna delikatność u samego progu ciszy. Kwintet siódmy, ostatni epizod ten niezwykłej podróży strunowej z perkusjonalnymi inkrustacjami. Szum i szelest, niewykluczone, iż z werbla, obok struny szukają barokowego podparcia, w czym celuje cello, które smakuje samymi delicjami. Długie pasaże post-ambientu i piękne wtręty pizzicato. Opowieść nabiera intensywności, wiolonczela płynie dołem, skrzypce i altówki górą, a percussion sieje dramaturgiczny niepokój. Coś trzeszczy, coś ostatecznie obumiera, a opowieść napotyka wreszcie swą definitywną ciszę. What a game!

 


Milena Kipfmüller/ Ernesto Rodrigues/ Guilherme Rodrigues/ Klaus Janek  case study: Sertão (Creative Sources, CD 2020)

Naszą dzisiejszą, portugalską opowieść kończymy w … Berlinie! Milena Kipfmüller (taśma i elektronika) i Klaus Janek (kontrabas i elektronika) jako Sounding Situation już jakiś czas temu nagrali intrygujący materiał konsumujący dźwięki żywego kontrabasu, elektroniki i nagrań terenowych z Brazylii, z lat 70. ubiegłego stulecia (pieśni zwane Violeiros; pisaliśmy o tym pomyśle przy omówieniu 5-płytowej epopei kontrabasisty). Teraz dostajemy niejako repryzę tego projektu (nagraną w roku ubiegłym), a do jej realizacji doproszeni zostali - Ernesto Rodrigues na altówce i Guilherme Rodrigues na wiolonczeli. Całość tej muzycznej podróży (jeden trak), to 46 i pół minuty.

Do krainy elektroakustycznych nieoczywistości zapraszają nas instrumenty strunowe, które płyną nisko (kontrabas) i niezwykle wysoko (altówka i cello) – dudnią, piszczą, zdają się być lekkie, ulotne, ale i niebywale masywne. Całość, choć początkowo nieco łagodna, ma swój rytm, swoją czasami skrywaną dynamikę. Od początku do końca wiele dobrego robią tu dźwięki elektroniczne. Na ogół tworzą tajemnicze tło, czasami stanowią efekt pewnych działań live processing, nigdy nie wychodzą przed szereg, no i przede wszystkim ciekawie wtłaczają w strunową narrację dźwięki terenowe. Te ostatnie pojawiają się już po kilku minutach. Są zapętlone, zmutowane, jakby docierały do nas z zupełnie innego świata. Kind of chamber with field electronic taste! Świetnie w ów niemiecki pomysł wklejają się Portugalczycy – jak trzeba preparują dźwięki, innym razem płyną długimi, jakże urokliwymi pasażami, no i wcale nie poszukują ciszy na gryfach swoich instrumentów.

Pierwszy prawdziwe ekscytujący moment, to okolice 14 minuty, gdy owa elektroakustyczna wiązanka dźwięków wpada w niemal medytacyjny puls, nie bez posmaku dark ambient. Po kolejnych kilku minutach dużo dobrego dociera do nas z gryfu kontrabasu, który podłączony pod kable grzmi i dudni, niczym zmutowana gitara basowa. Tuż potem, w efekcie splotu kilku okoliczności, flow nabiera wręcz dubowego echa, a klimat berlińskiego post-techno sprzed ćwierćwiecza zdaje się święcić triumfy. Kalejdoskop intrygujących i zaskakujących fonii nie ma tu końca. Struny wpadają w opętańczy taniec, pięknie wtłaczając się w pulsujące drony elektroniki i silnie przetworzonych nagrań terenowych. W okolicach 22 minuty artyści proponują nam chwilę oddechu i zmysłowe pasaże wyłącznie akustycznych dźwięków strunowych, po czym do akcji znów wkraczają plamy violeiros, które sieją niepokój i zdają się zadawać egzystencjalne pytania o miejsce dźwięku w czasie i przestrzeni. Tuż przed upływem 30 minuty mamy prawdziwe spiętrzenie dźwięków i emocji. Orkiestra strunowców i elektroakustyczny ambient zbierają cudowne żniwo! Nim ta wspaniała opowieść ostatecznie wybrzmi, czeka nas jeszcze krótkie zejście w okolice ciszy, pasaże strunowego piłowania i szlifowania, a także faza dronowa, która wydaje się narastać jak burza w piorunami. Finał nagrania pełen jest elektroakustycznych perełek dźwiękowych, gaśnie przy wtórze żywych dźwięków i kolejnej repryzie głosów wprost z brazylijskiej dżungli.