Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jorge Nuno. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jorge Nuno. Pokaż wszystkie posty

piątek, 31 lipca 2026

The July’ Round-up: Spinors! Made of Bones! Nuno! Torrecillas! Serries & Tietchens! Poems 11 & 12! Kakofonie #15!


Czas na lipcową zbiorówkę recenzji. Dziś osiem albumów i tradycyjnie multigatunkowy tygiel improwizacji. Tym razem sporo prądu i elektroniki, ale także szerokie spektrum fraz akustycznych, czasami wprost z wielkomiejskiej ulicy!

Zaczniemy w Berlinie, potem czekają nas dwa spotkania portugalskie, krótka wycieczka do Buenos Aires, mroczna otchłań Belgii i aż trzy wątki krajowe – jeden ulepiony z surowej akustyki, drugi z małego prądu, a trzeci z meandrycznej elektroakustyki. Od koloru do wyboru! Very Welcome!

 


Spinors Masual (Evil Rabbit, CD 2026)

Morphine Raum, Berlin, czerwiec 2023: Alex Nowitz - głos, elektronika, Sukandar Kartadinata – gitara elektryczna, elektronika oraz Matthias Bauer – kontrabas. Cztery improwizacje, 45 minut.

Głos wspomagany ręczną elektroniką, niebanalnie frazująca, obleczona kablami gitara z prądem i kontrabas najchętniej traktowany smyczkiem tworzą tu opowieść pełną niespodzianek, zarówno brzmieniowych, jak i narracyjnych. To dramat w trzech długich aktach i jednym bardzo krótkim, który przykuwa uwagę od pierwszej do ostatniej sekundy.

Po równie szemranym, jak gadanym otwarciu muzycy budują linearną opowieść, która startuje z pozycji post-jazzowej, ale szybko ucieka w oniryczną, post-psychodeliczną balladę. Po kilku minutach narracja staje się jednak zaskakująco dynamiczna, uformowana w dron, który pulsuje mrokiem, usiany usterkową niekiedy elektroniką. Druga opowieść balansuje od mrocznej ciszy inicjacji po wybuchy ekspresji, tu godne doprawdy muzyków z dalekiego wschodu. Smyczek tańczy jak oszalały, gitara plecie psychodeliczne melodie, a głos deliberuje w estetyce niemalże operowej. Samo zakończenie śmiało zasługuje na miano bardzo głośnego. Pulsująca preparacjami trzecia, miniaturowa odsłona udanie podprowadza pod finałową ekspozycję. Tu także artyści potrzebują chwilę, by od elektroakustycznych dywagacji przejść do narracyjnych konkretów. Na etapie rozwinięcia króluje basowy groove, który niesie dwa strumienie elektroniki, tej post-gitarowej i tej post-wokalnej.

  


Made of Bones & Luís Vicente Jardim Vertical (Profound Whatever, DL 2026)

No Estúdio Profound Whatever, Pesinho, styczeń 2026: Duarte Fonseca – perkusja, João Clemente – gitara, Nuno Santos Dias - Waldorf zarenbourg oraz Luís Vicente – trąbka. Dziesięć utworów, 57 minut.

Dobrze opakowana przetwornikami gitara elektryczna, kwaśny instrument klawiszowy i punktowa perkusja, to narzędzia pracy tria Made Of Bones, które zdaje się być idealne do tworzenia psychodelicznego, nieco onirycznego fussion, czerpiącego zarówno z jazzu, jak i rocka. Trio lubi muzykować z gośćmi - po incydencie z saksofonistą Jose Lencastre, czas na improwizacje z trębaczem Luisem Vicente.

Album składa się z dziesięciu odcinków, ale po prawdzie większość z nich łączy się w bardziej rozbudowane sekwencje zdarzeń. Powolna, leniwa narracja, niczym pochód umarlaków na granicy przemieniana, jest tu punktem otwarcia każdej opowieści. Muzycy dokładają step by step kolejne elementy, dzięki czemu większość utworów na etapie rozwinięcia osiąga poziom wzmożonej intensywności. Bazowe trio trzyma się swoich reguł gry, buduje delikatnie upalony strumień dźwięków, w którym poczucie upływającego czasu bywa sprawą bardzo indywidualną. Z kolei kreatywność trębacza, zwłaszcza w fazie preparacji sprawia, iż raz po raz improwizacje osiągają stan istotnie intrygujący. Klawisz z gitarą idą tu na ogół pod rękę, rola perkusji często sprowadza się do wytyczania szlaku podroży, ale bywa, że w efemerycznej flaucie improwizacji potrafi wzbudzić nowe życie. Album po wystudzonym, onirycznym otwarciu swoją kulminację zdaje się przeżywać w trakcie ósmego, najdłuższego utworu, który balansuje od psychodelicznej ballady do żwawej post-jazzowej przebieżki. Wieńczące płytę dwie ostatnie odsłony, to błysk melodii i kojący ambient.

  


Jorge Nuno A Ilha Revisitada (Thödol Records, CD 2026)

Lizbona oraz Terceira (utwory 3-5), czas nieznany: Jorge Nuno – gitara. Trzynaście utworów, 39 minut.

Z tym portugalskim muzykiem znamy się świetnie. Kiedyś lubował się w gitarowej psychodelii, teraz częściej siada samotnie ze swoim instrumentem i opowiada nieme historie o życiu. Jego druga płyta solowa przynosi aż trzynaście takich opowieści – ciągle pachnie w nich rockiem i post-bluesem, choć szyte są delikatnymi frazami gitary akustycznej.

Album otwierają wystudzone gitarowe flażolety, które pachną dawno zapomnianą prerią dzikiego zachodu. Estetyka bluesa i rocka dają szczególnie znać o sobie w kolejnych, niekiedy dość dynamicznych przebieżkach po gitarowym gryfie. Nuno szoruje struny, szarpie je i ślizga się po nich, a potem puentuje wszystko porcją wystudzonych, ale na ogół dość melodyjnych fraz. W piątej opowieści artysta wpada w repetytywny taniec czyniąc ów fragment bodaj najciekawszym momentem albumu. Potem na długo zapada w otchłań gitarowego minimalizmu. Owe narracyjne slow motion ma swój niezaprzeczalny urok, ale zdaje się, że po kilku utworach zaczynami już tęsknić do ekspresji, jaką muzyk serwował w pierwszej części albumu. Ta dobra energia szczęśliwie powraca, a sam proces zaczyna się w połowie dziewiątego utworu. Album wieńczy minimalistyczny taniec, który nie nosi jednak znamion pożegnania. Nuno wróci do nas z pewnością całkiem niedługo.

  


Torrecillas/ Vázquez/ von Schultz Physis (Plus Timbre, DL 2026).

Estudio Libres, Buenos Aires, Argentyna, Luty 2025: Jorge Torrecillas – saksofon tenorowy i altowy, Pablo Vázquez – kontrabas, głos oraz Marcelo von Schultz – perkusja. Dziewięć utworów, 32 minuty.

Czas na argentyński free jazz. W roli improwizatorów nasi dobrzy znajomi z Buenos Aires, z których dwóch mieliśmy nawet okazję gościć w spontanicznych progach Poznania w czasach przedpandemicznych. Trio, które gra dla nas Physis nie eksperymentuje, nie szuka nadmiernie rozszerzonych technik, ani nie kąsa szczególnie wymyślną dramaturgią. Gra swoje, co byśmy przez to nie rozumieli. I gra bardzo kompetentnie.

Krótkie, dobrze sformatowane improwizacje introdukowane są najczęściej przez perkusję i kontrabas. Saksofon wchodzi zazwyczaj na gotowe, syci flow jazzową melodią, a gdy trzeba ostro dmie intrygująco brudnym brzmieniem. Raz po raz artyści dorzucają coś nowego do typowego jazzowego tygla. W drugim utworze czujemy posmak ethno, a dużo dobrego wnosi kontrabasowy smyczek. Początek czwartej części grany jest przez basistę, ale efekt jest istotnie perkusjonalny. W niektórych momentach trio wpada w galop, ale nie jest on masywny, czasami wydaje się wręcz filigranowy. Szczególnie udane są improwizacje siódma i ósma. Pierwszą z nich prowadzi duet sax & drums osadzony w melodyce aylerowskiej, który jest nieustannie kontrapunktowany agresywnie usposobionym smyczkiem. Taka wymiana zdań stanowi oś dramaturgiczną utworu. Z kolei ósemka, to narracja tkana z drobnych, minimalistycznych fraz każdego z instrumentów, także bez użycia siły, czy forsowania nadmiernej ekspresji. Album domyka niespełna minutowa ekspozycja pełna rytmu, radosnej energii, daleka od oczekiwanej w takich momentach farewell song.

  


Dirk Serries & Asmus Tietchens Die Regeninsel (Attenuation Circuit, CD 2026).

Czas i miejsce nieznane: Dirk Serries – gitara elektryczna, efekty oraz Asmus Tietchens – processings. Sześć utworów, 46 minut.

Dark ambientowe płyty Serriesa znamy doskonale, nieomal się na nich wychowaliśmy. Najnowsza propozycja belgijskiego gitarzysty rozwija ten zamysł dramaturgiczny (nie po raz pierwszy) o elektroniczne procesowanie tego, co dostarcza samotna gitara elektryczna. Efekt zjawiska, to mroczne, gitarowe drony zanurzone w poświacie grozy, otchłaniach iście lovecraftowego niepokoju. Ta podróż jest bardzo niebezpieczna, szczęśliwe jednak każdy z odcinków zdaje się mieć nieco łagodniejszą, jakby odseparowaną od zasadniczej sytuacji dramatu puentę.

Od pierwszej sekundy nagrania gitarowy dark ambient zostaje osadzony w przestrzeni, która rezonuje jeszcze bardziej mrocznym, wielowarstwowym pogłosem. Puls jest jednostajny, tembr z czasem zniekształca się, co potęguje zjawisko niepokoju. Druga i piąta opowieść zdają się pochodzić od jednej matki. To gitarowa melodia systematycznie dewastowana syntetyczną powłoką brudu, obleczona łagodnym, matowym pulsem, który dociera z głębokiego offu. Ów proces osiąga incydentalnie stadium noise’owe. Trzecia opowieść wydaje się bardziej oniryczna. Szyty na kilka sposobów ambient brzmi tu wyjątkowo syntetycznie, syczy niczym wygłodniały wąż boa. Z kolei w czwartej odsłonie punktem wyjście są zniekształcone frazy, brzmiące jakby pochodziły z uszkodzonego odbiornika radiowego. Na etapie rozwinięcia flow wydaje się tu bardzo gęsty, przypomina marsz w błocie po kolana. Dla odmiany finałowa narracja zostaje posadowiona dość wysoko. Gitarowy ambient wydaje się śpiewny i zlany z porcją syntetyki. Aura grozy schodzi na background, ale cały czas kąsa niepokojem. I tu końcowy konsensus nosi znamiona mrocznej łagodności.

  


Kamil Szuszkiewicz, Mateusz Rybicki, Dawid Kosiarkiewicz, Paweł Sokołowski Poem 11, series 1 (Monaural Poetry, LP 2026)

Różny czas, różne miejsca: Kamil Szuszkiewicz – trąbka, Mateusz Rybicki - klarnet, Dawid Kosiarkiewicz – saksofon barytonowy, Paweł Sokołowski, saksofon altowy. Cztery solowe improwizacje, 25 minut.

Patryk Zakrocki and Marcin Olak Poem 12 Openphonic Hat (Monaural Poetry, LP 2026).

Galeria Projekt Café, Warszawa, czas nieznany: Marcin Olak - gitara elektryczna, akustyczna, efekty oraz Patryk Zakrocki – gitara elektryczna, obiekty. Sześć utworów, 23 minuty.

Analogowo rejestrowana, wycinana seria płyt winylowych Patryka Zakrockiego nabiera rozpędu. Dziś zaglądamy na edycje jedenastą i dwunastą.

Pierwsza nich przynosi cztery solowe ekspozycje dęte, zrealizowane w okolicznościach przyrody – w tunelu pod wiaduktem kolejowym, na akademickim dziedzińcu, w bibliotece i otwartej przestrzeni okołoklubowej. Surowe brzmienie dęciaków, ciekawy efekt pracy z echem, odgłosy codziennego życia przybytku publicznego. Baryton Kosiarkiewicza zaczyna od delikatnego pomrukiwania, kończy niczym wielki zwierz w klatce, który próbuje się wyswobodzić. Echo tuneli robi tu wrażenie. Z kolei sopran Sokołowskiego snuje wytłumione melodie, które zdają łapać kontakt z powietrzem otwartej przestrzeni. To samo czyni trąbka Szuszkiewicza, która dodatkowo niesie się matowym pogłosem. Najbardziej intryguje w tym zestawie klarnet Rybickiego – lekki, frywolny, trochę roztańczony, z każdą sekundą nagrania jakby bardziej wsłuchany w odgłosy życia bibliotecznego.

  


Gitarowy duet Zakrockiego i Olaka, to z kolei melodyjna, wręcz piosenkowa odsłona improwizacji. Bez wokalu, natomiast z dużą dawką post-bluesa i rocka z zakurzonych klasyków westernowych. Krótki, sześcioodcinkowy serial udanie buduje dramaturgię - zaczyna od tęsknych melodii z dalekich prerii, potem sięga po porcje minimalistycznych fraz otumanionych drobnymi sprzężeniami, a kończy dynamiczną ekspozycją obu gitar, które budują podwójny, basowy groove.

  


Chołoniewski, Figle, Pyzik & Przetacznik Kakofonie#15 (Bandcamp’ self-released, DL 2026)

Betel, Kraków, marzec 2026: Marek Chołoniewski - live electronics, Mariusze Figle – syntezatory, Tomek Przetacznik - gitara oraz Kazimierz Pyzik – wiolonczela. Trzy improwizacje, 41 minut.

Kakofonie, cykl krakowskich koncertów, które na scenie klubu Betel łączą w intrygujące składy ad hoc krajowych muzyków improwizujących, mają już ugruntowaną medialnie pozycję i pokaźną dźwiękową historię. Szczęśliwie piętnasty incydent cyklu trafia do nas w formie dokumentacji fonicznej. Zaglądamy do środka z dużym zainteresowaniem.

Dwa instrumenty strunowe, syntezator i instytucja live electronics tworzą tu gęsty tygiel zdarzeń uformowanych w trzy kilkunastominutowe odcinki czasowe. Początek koncertu pokazuje, iż artyści, spotykający się ze sobą po raz pierwszy, potrzebują trochę czasu, by kierunki ich kreatywności zaczęły ze sobą istotnie korelować. Pierwsza improwizacja sprawia wrażenie małego koncertu życzeń. Każdy z muzyków prezentuje walory swojego instrumentarium, ale interakcje pomiędzy nimi nie są jeszcze solą tej opowieści. Puentą zaś okazuje się melodyjnie frazujące cello, które bez problemów radzi sobie z drobnymi incydentami noise realizowanymi przez syntetyczną frakcję kwartetu. W drugiej części muzycy zwierają szyki, a efektem jest linearna opowieść, którą przy pewnej dozie poczucia humoru moglibyśmy określić mianem … avant popu. Melodyjna wiolonczela, basowy rytm gitary i równie rozśpiewany tembr syntezatora! Zdaje się, że dramaturgiczny konsensus muzycy osiągają ostatecznie w trzeciej odsłonie. Na powierzchnię bogatego strumienia dźwiękowego forują się wiolonczela i gitara, a elektroakustyczna otulina wzmaga efekt całości i sprawia, że improwizacja nabiera artystycznych rumieńców aż do nagłego, jak za pociągnięciem skalpela, zakończenia koncertu.



piątek, 13 czerwca 2025

The Portuguese’ impro way of live: Na Parede! Uivo Zebra! Faustino! Motian & More! Lencastre & Flak! Garuda Trio & Pinheiro!


Dziś krótka zbiorówka z muzyką improwizowaną z ukochanej Portugalii. Przed nami sześć albumów, z których aż cztery zarejestrowano w słynnym klubie SMUP w podlizbońskim Parede. Dokładnie tyle razy pojawi się na omawianych płytach basista i kontrabasista Hernâni Faustino. Dodajmy, iż trzy z prezentowanych albumów są wydawnictwami Phonogram Unit, labelu prowadzonego przez samych muzyków, a jedno nagranie zostało upublicznione w Belgii, pod szyldem, który także doskonale kojarzymy.

Zaczynamy od dość kameralnej, ale intensywnej impro-dramy, w której bierze udział pewien amerykański wiolonczelista (acz osiadły w Lizbonie) i równie nam znany szwajcarski gitarzysta. Potem, jak to często bywa w portugalskich produkcjach, będzie dużo jazzu (nawet z kompozycjami legend gatunku), odrobina gitarowo-saksofonowej abstrakcji i krótki, acz dosadny set solowy na kontrabas. Wśród wykonawców bez zaskoczeń – wszyscy znamy się jak łyse konie. So, welcome to the portuguese impro way of live!



 

Zíngaro, Stoffner, Lonberg-Holm & Madeira Na Parede (4DaRECORD, CD 2025)

SMUP, Parede, marzec 2023: Carlos Zíngaro – skrzypce, Florian Stoffner – gitara elektryczna, Fred Lonberg-Holm – wiolonczela oraz João Madeira – kontrabas. Cztery improwizacje, 42 minuty.

Zaczynamy od nagrania, które zostało upublicznione dość szybko po jego rejestracji, ale jedynie w plikach elektronicznych. Na trwały nośnik trafia dopiero teraz i to jest doprawdy wspaniała wiadomość. Swobodnie improwizowana opowieść na cztery instrumenty strunowe, to bowiem album wyśmienity.

Delikatne introdukcje z błyskiem post-baroku, deformowanego kreatywnością i pokrętną melodyką, kreślone są tu zarówno czystymi frazami, jak i tymi skąpanymi w błocie preparacji. Wszystkie, wyśmienicie unerwione, pozostają w stanie permanentnej interakcji. Trzy instrumenty akustyczne potrafią frazować w tak nieoczywisty sposób, brzmieć tak niecodziennie, iż w wielu momentach trudno jest wskazać, czy to dźwięk skrzypiec, wiolonczeli, czy wysoko zawieszonego, kontrabasowego smyczka. Niestandardowa gitara elektryczna buduje, co oczywiste, intrygujący kontrapunkt, niekiedy dysonans, ale potrafi też idealnie wklejać się w akustyczne strumienie dźwięków. Muzycy płyną w potoku ciągłych zmian - od spokojnego spaceru zielonym wzgórzem, przez ogniste spiętrzenia, aż po mroczne medytacje w głębokiej krypcie. W drugiej improwizacji osiągają doprawdy imponujące tempo, a wiele akcji nasączonych jest zaskakującą dynamiką. Z kolei w trzeciej odsłonie, najdłuższej, bodaj najpiękniejszej, pozwalają sobie dokładnie na wszystko. Z jednej strony jednoczą się w chóralnym śpiewie, z drugiej jęczą pod ciężarem wyjątkowo kreatywnych preparacji. W szczególnie intensywnych spiętrzeniach ratunkiem zdaje się być melodia, którą jest w stanie generować każdy, a która nadaje improwizacji wręcz uloty wymiar. Finałowa opowieść, która początkowo zdaje się płynąć w chmurach, nabiera intrygującej dynamiki, po czym grzęźnie w mule nerwowej nostalgii. Tu wyjściem z impasu jest efektowne, pożegnalne spiętrzenie. Brawura, emocje, nieskończone pokłady ekspresji – wszystkie gaśnie w sposób równie zmysłowy, jak efektowny.



 

Uivo Zebra Deus Montanha (Phonogram Unit, DL 2025)

SMUP, Parede, styczeń 2021: Hernâni Faustino – bas elektryczny, instrumenty perkusyjne, głos, João Svayam – perkusja, instrumenty perkusyjne (także egzotyczne), głos oraz Jorge Nuno – gitara elektryczna, głos. Sześć improwizacji, 53 minuty.

Formacja Uivo Zebra dwie pierwsze płyty wydała w Polsce, w bocianiej inicjatywie wydawniczej. Teraz wraca pod portugalską flagą edytorską. W przeciwieństwie do poprzednich albumów muzyka tria intrygująco uspokaja się, artyści głębiej sięgają do psycho-rockowych medytacji, wielokrotnie płynąc pod prąd naszych oczekiwań i estetycznych skojarzeń. Efekt jest zaskakująco udany, co więcej Deus Montanha śmiało kandydować może do miana najlepszej płyty portugalskiego tria.

Początek albumu jest wręcz ambientowy, budowany czystym pasmem o syntezatorowym posmaku i tym brudnym, który ściele się po podłodze. W tle błyszczą tajemnicze perkusjonalia, a bas zaznacza swoją obecność flażoletami, z których po czasie kleci coś na kształt linearnej narracji. Perkusja i gitara biorą się do pracy dopiero pod koniec utworu, powodując, iż zakończenie się gęste i dość gorące. W drugiej części od startu zarysowany jest powolny rytm basu i perkusji. Gitara nie jest zainteresowana współuczestniczeniem, hebluje na boku i łyka coraz większe porcje kwasu. W drugiej części utworu pojawia się zaskakująca wokaliza, która wytrąca narrację z martwego marszu. W kolejnej odsłonie leniwy flow zdaje się trzymać artystów w gęstym mule. Prowadzi ich od mrocznej inicjacji wprost w smugę kosmicznego pyłu, który smakuje soczystą psychodelią. W czwartym utworze intensywnie pracują gitarowe przetworniki. Opowieść intrygująco pulsuje, nabiera kwasowej mocy i odpływa w niebyt niesiona perkusyjną pętlą. Otwarcie przedostatniej części spoczywa na etnicznie brzmiących perkusjonaliach. Gitara i bas stawiają na minimalizm, a rozkołysana opowieść pięknie ginie w mroku pogłosu. Finałowa improwizacja trwa ponad dziesięć minut i jest piękną, trzymaną na dramaturgicznym suspensie opowieścią pożegnalną – bas swobodnie pulsuje, gitara nabiera dubowej poświaty, a perkusja krąży nad nimi niczym sęp nad gnijącym trupem.




Hernâni Faustino Hide and Seek (Robalo Music, CD 2025)

Penh Asco Arte Cooperativa, listopad 2023: Hernâni Faustino – kontrabas. Jedna improwizacja, 25 minut.

Najsłynniejszy portugalski, improwizujący basista przesiada się teraz na kontrabas i prezentuje nam krótkie, acz nasiąknięte jakością i kreatywnością dzieło solowe. Jednotrakowe nagranie pokazuje pełne oblicze artystyczne Faustino, który równie dobrze czuje się w post-jazzowym pizzicato, jak i w abstrakcyjnym, niekiedy siarczyście melodyjnym arco.

Na starcie artysta pokazuje szeroką paletę swoich możliwości – jego brudny smyczek skacze po strunach, głaszcze je, uderza i poleruje, a on sam, raz za razem, owe struny szarpie palcem wskazującym. Także portfolio fraz silnie preparowanych jest tu bardzo bogate – struny skomlą, poddawane są bolesnym otarciom, a wszędzie wokół panoszą się strzępy zapomnianych melodii, szorstkich, matowych, dojmująco pięknych. Pudło rezonansowe potrafi cierpieć, a smyczek być ostrym jak brzytwa. Od swobodnej agresji po kompulsywną mozolność, od krzyku po odgłos mrocznej ciszy. Po sześciu minutach muzyk zapada się w tej ostatniej, po czym wynurza na powierzchnię soczystym, tanecznym post-barokiem, który natychmiast macza w gęstym oleju. Hernâni świetnie dawkuje tempo, odpowiednio porcjuje emocje i choć lubi zmiany, struktura jego opowieści jest dramaturgicznie stabilna. Nie brakuje w niej post-jazowych westchnień, filigranowych flażoletów, ale także wybuchów ekspresji i mrowia soczystych preparacji. W końcowej fazie nagrania, które jest koncertem, nie brakuje melodii granych obiema technikami. Samo zakończenie uformowane jest w dron, który odbywa drogę od minimalizmu do tanecznej, masywnej mięsistości.

 


 

Motian & More Gratitude (Phonogram Unit, DL 2025)

SMUP, Parede, styczeń 2022 (utwory 1-2), BOTA, Lizbona, marzec 2023 (3-5): José Lencastre – saksofon tenorowy, Pedro Branco – gitara elektryczna, Hernâni Faustino – kontrabas oraz João Sousa – perkusja. Pięć kompozycji (Thelonious Monk, Paul Motian), 53 minuty.

Portugalia kocha jazz! Wiemy to z niejednej opowieści. Tym razem bez dróg na skróty – jeden evergreen Monka i cztery kompozycje Motiana. Tematy, improwizacje, rozciągnięte niekiedy do nastu minut i kody. Rzecz definitywnie dla fanów gatunku, ale my, starzy wyjadacze free impro, śmiało możemy pochylić nad nią nasze zmęczone receptory słuchu. Zwłaszcza, że personalnie mamy tu prawdziwy kwiat portugalskiego jazzu i stylistyk pokrewnych.

Misterioso Monka szyte jest zgrabną synkopą, a nasączone dziarskim bluesem na każdym etapie narracji. Pierwszy z utworów Motiana muzycy rozciągają do dwóch dziesiątek minut. Saksofonowe otwarcie, dynamiczne rozwinięcie, a potem zejście w kameralny minimal z intrygująco wystudzonymi melodiami. Dobrze unerwiony finał sporo tu rekompensuje. Trzecią historię otwiera efektowne solo kontrabasu. Rozwinięcie znów jest dynamiczne, podane z zębem, a potem … ponownie zatopione w nieco przydługiej balladzie. W kolejnym Motianie króluje połamany rytmicznie blues. W ostatniej kompozycji muzycy pomieścili chyba najwięcej jakości. Opowieść osadzona jest w rytmie samby, gitarzysta gra soczystego rocka, a akcje pozostałych muzyków też noszą znamiona ekspresyjnych. Zdrowe emocje towarzyszą nam tu do ostatniej sekundy.




José Lencastre & Flak Cloudy Skies (Phonogram Unit, CD 2025)

Studio Alfarim, czas nieznany: José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy, Flak – gitara. Czternaście utworów, 39 minut.

Pozostajemy w towarzystwie Lencastre’a, który tym razem swobodnie improwizuje z gitarzystą o pseudonimie Flak, którego znamy także z licznych eksploracji elektronicznych. Muzycy na albumie pomieścili aż czternaście opowieści, w większości sprawiających wrażenie fragmentów większych całości. Mnożą zatem wątki, nie brakuje im pomysłów, ale nagranie z pewnością byłoby bardziej interesujące, gdyby z owych czternastu opowieści wybrać 5-6 i ciekawie rozwinąć pod względem dramaturgicznym.

Lencastre jest definitywnie zwierzem jazzowym i pokazuje to na każdym kroku – lubi melodię, po frazy preparowane sięga rzadko, ale gdy już to czyni, mają one smak i są dobrze posadowione w strumieniu narracji. Flak jako gitarzysta wydaje się kolorowy, niczym dziecięcy kalejdoskop. Nie stroni od ambientu, na których sadowi intrygujące frazy, niekiedy preparowane, niemal elektroakustyczne, bardzo skromnie sięga po jazz, czasami blues, równie rzadko kieruje się w kierunku ekspresji rocka. Dobrze dba o dramaturgię, daleki jest od nadmiaru ekspresji, udanie kontrapunktuje melodyjnego saksofonistę. W tyglu 2-4 minutowych opowieści na rozwinięcie zasługiwałoby kilka z nich. Trzecia wprowadza elementy percussion, które budują ciekawy, gitarowy flow. W ósmej narracja ma dalece nerwową powłokę, a minimal gitary skonfrontowany jest z zadziornym dęciakiem. W dziesiątej części muzycy kreują opowieść ze strzępów fonii - najpierw imitują się, a potem niesieni melodią nabierają wigoru. W odcinku jedenastym frazują wysoko, dbają o tempo i hamują z piskiem opon. Wreszcie w opowieści dwunastej gitarzysta stawia na drobiazgi, flażolety, a saksofon cedzi frazy na efektownym wdechu.



 

Garuda Trio & Rodrigo Pinheiro Live at SMUP (A New Wave Of Jazz, DL 2025)

SMUP, Parede, marzec 2024: Hugo Costa – saksofon altowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian, Hernâni Faustino – kontrabas oraz João Valinho – perkusja. Dwie improwizacje, 51 minut.

Na zakończenie krótkiej, portugalskiej zbiorówki kolejna porcja jazzu, ale tym razem w bardzo swobodnej, rozimprowizowanej formie, który w wielu momentach koncertu przybiera szaty godne free music. Funkcjonujące od pewnego czasu trio koncertuje tu z gościem, który po prawdzie powoli staje się już czwartym do brydża w tym układzie personalnym. Same gorące iberyjskie nazwiska, zatem wszelką introdukcję uznać należy za zbędną. Koncert składa się z dwóch wielominutowych opowieści, z których ta pierwsza trwa dwa kwadranse z sekundami.

Muzycy budują narrację kolektywnie, bazując na szorstkim brzmieniu saksofonu, zrównoważonym, niekiedy post-klasycznym strumieniu piana z klawiatury i dobrze unerwionej sekcji rytmu, którą niesie melodyjny drive basu, śmiało kojarzący się ze estetyką Williama Parkera. Kierunek drogi artystów zdaje się wskazywać na free jazz, ale de facto do stanu gorącej kipieli nigdy nie dochodzi. W roli strażnika emocji występuje tu nade wszystko pianista, który dobrze kontroluje emocje i często wprowadza narrację w bezmiar spokojnego, kameralnego frazowania, zapraszany do akcji przez saksofonistę, który lubi schodzić na drugi plan lub całkowicie milknąć. Szczególnie udane jest drugie kameralne interludium pierwszego seta, gdy akcja kwartetu niesiona lekkim pianem staje się delikatnie rozmarzona. Finał pierwszego seta jest wyłącznym udziałem kontrabasu i perkusji. Z kolei otwarcie drugiej części spoczywa na saksofonie i kontrabasowym smyczku. Narracja kwartetowa formuje się na dobre dopiero po pięciu minutach. Drugi set na etapie rozwinięcia wydaje się bardzo stabilny pod względem dramaturgicznym. Znów melodyjny drive basu, kontrolujące piano, zadziorny saksofon i ogarniająca dynamikę perkusja. Dodatkowe emocje na etapie finalizacji dostarcza powracający smyczek, który schodzi nisko na kolanach, łapie brud w szprychy i wiedze kwartet na finałowe zatracenie.



 

piątek, 10 stycznia 2025

The January’ Round-up: Spinifex! Dos Reis! Acqua Pesante! Costa! Gold Mother! Cume! Sã Bernardo! Talagbusao! Orquesta Inorgánica! Conflations! H.u.M.o! Suter & Chmiel!


Zapraszamy na pierwszą w nowym roku zbiorówkę świeżutkich recenzji, czyli na odczyt, tudzież odsłuch całego mnóstwa pachnących nowością albumów, wydanych – co oczywiste – jeszcze w starym, zapleśniałym roku 2024.

W ujęciu stylistycznym będziemy jak zwykle balansować na linie – jazz-rockowy downtown funk, post-melodyjna, gitarowa podróż w nieznane, sonorystyczne, dronowe i elektroakustyczne eksperymenty, loftowy free jazz, gitarowe post-fussion-psycho, ponadgatunkowa orkiestra, filmowy soundtrack i radiowe słuchowisko, wreszcie klasyka kreatywnego jazzu podana w nowoczesnej oprawie. Artyści znani i lubiani, ale też sporo nowych nazwisk do zapamiętania.

Zaczniemy od międzynarodowej i niepowtarzalnej formacji Spinifex, napotkanej tym razem w Brukseli. Potem wiele godzin spędzimy w Portugalii, albowiem aż siedem albumów będzie z tą piękną krainą związanych (nie bez akcentów włoskich i holenderskich). Nasz trip kontynuować będziemy w dalekiej Argentynie, skąd pochodzą kolejne trzy wydawnictwa (nie bez akcentów szwajcarsko-niemieckich). Zbiorówkę domkniemy zaś elektroakustycznym ujawnieniem krajowym, poczynionym w międzynarodowym towarzystwie.

Zabawa będzie przednia! Bądźcie tego pewni! Welcome to heaven & hell of improvised music!



 

Spinifex Undrilling the Hole (Tone Records, CD 2024)

Werkplaats Walter, Bruksela, luty 2024: Tobias Klein – saksofon altowy, kompozycje, Bart Maris – trąbka, John Dikeman – saksofon tenorowy, Jasper Stadhouders – gitara, Gonçalo Almeida – bas elektryczny, Philipp Moser – perkusja. Siedem utworów, 55 minut.

Do już dziewiąty album, związanej z Holandią, międzynarodowej załogi Spinifex! Tym razem materiał kompozytorski dostarcza wyłącznie niemiecki alcista, a nagranie skrzy się od emocji, zadziornych, jazz-rockowych fraz, funkowego drive’u i mnóstwa skojarzeń z najlepszymi dokonaniami nowojorskiego Downtown z zabawnych lat 90. ubiegłego stulecia. Nade wszystko zaś sekstet niesie nam jakość – to po prostu doskonałe granie!

Nasączone rockiem, energetyczne otwarcie stawia nas do pionu! Dęty wykop soczystej melodii i intrygujący passus gitary wplątany w rozbudowaną ekspozycję tematu. Faza improwizacji jest gęsta, realizowana kolektywnym strumieniem. Druga opowieść, chyba jako jedyna na płycie, zasługuje na miano spokojniejszej wycieczki. Mroczne otwarcie, smutne melodie, ciekawe akcje w podgrupach. Trzecia odsłona trwa ponad dwanaście minut i nieodwołalnie pachnie jazz-rockowym, nowojorskim graniem. Rodzaj obsesyjnego tańca, który na etapie ledwie odczuwalnego spowolnienia staje się niemal heavy metalową ekspozycją. Kolejne dwa epizody przynoszą dodatkowe atrakcje – gitarowe preparacje, masywny riff basu, który podrywa sekstet do efektownego lotu, wreszcie rozhuśtane, funkowe spiętrzenie. Szósta opowieść nie stroni od taneczności, ale realizowanej ze szczególną swobodą. Muzycy świetnie się bawią, puszczają do nas oko i zachęcają do tego samego. Finałowa kompozycja rodzi się w tumulcie pick-up’owych zgrzytów, dętych pokrzykiwań i masywnych stempli sekcji rytmu. Znów stawia na rockowe emocje, nie dając chwili wytchnienia. Funk is not dead! Tańczmy do utraty tchu!



 

Marcelo dos Reis Life...Repeat!!! (Miria Records, CD 2024)

Academia de Música CNM, maj 2024: Marcelo Dos Reis – gitara, gitara preparowana, głos. Cztery utwory, 47 minut.

Trzeci solowy album naszego ulubionego portugalskiego gitarzysty zdaje się być kolejnym ważnym krokiem na jego artystycznej drodze. Ten wątek w twórczości Marcelo ma od początku bardzo osobisty charakter. Debiut był rodzajem uporządkowanej improwizacji, drugi album koncentrował się na formie i kompozycji, ten trzeci wydaje się łączyć oba wątki i pokazywać to, co najlepsze w samotnej podróży Portugalczyka. Długa, ponad 25-minutowa pieśń otwarcia decyduje tu o wszystkim, ale trzy kolejne, znacznie krótsze historie, także budują wartość całego przedsięwzięcia.

Dos Reis od startu prezentuje nam dwie warstwy narracji. Jedną z nich jest puls rytmu, pozostający w tle, ale obecny w trakcie całego utworu. Na jego bazie artysta buduje wątek główny, który inicjuje spokojnym, delikatnym fazowaniem. Ta opowieść ma wielowątkową intrygę i bogatą dramaturgię z kilkoma punktami zwrotnymi. Po siódmej minucie w grze pojawia się smyczek, który nadaje historii post-barokowy sznyt. Towarzyszy mu ekspozycja wokalna, niesiona wysokim tembrem, nasycona melancholijną melodyką. W dalszej części muzyk dokłada akcenty jazzu, post-klasyki, a nawet rockowe ornamenty. Samo zaś zakończenie przepełnione jest smutkiem, niepozbawione wszakże na poły radosnych refleksji. Druga opowieść znów pełna jest melodii, która sączy się na ambientowym tle. Wątki pętlą się, pudło rezonansowe gitary trzeszczy, uroda chwili zdaje się eksplodować. Kolejna historia sięga po nisko posadowione frazy, które budują nowy puls opowieści, osadzony w mrocznej poświacie. Górą snuje się zaś melodia, którą intrygująco dewastuje pojawienie się nerwowego smyczka. Końcowy utwór na starcie jest strugą minimalistycznych flażoletów. Wydaje się tęskną balladą, we wnętrzu której tli się bardziej energiczne życie, ale nie jest nam dane tego doświadczyć.



 

Acqua Pesante Shaping the Time (Phonogram Unit, DL 2024)

Waveahead Studio, Monopoli, Włochy, styczeń 2024: Carlo Mascolo – puzon no-input, Hernâni Faustino – kontrabas oraz Giacomo Mongelli – perkusja. Siedem utworów, 45 minut.

Spotkanie z nowościami portugalskiego Phonogram Unit zaczynamy od tria z udziałem dwóch muzyków włoskich. To wyjątkowe nagranie – nietypowo brzmiący, zdekonstruowany puzon, silnie zrytmizowana dramaturgia, wreszcie inspiracja malarstwem na etapie komponowania/ predefiniowania improwizacji. To ostatnie, to tzw. spacjalizm, czyli poszukiwanie dodatkowego wymiaru. Koncepcja w kontekście całości tego wyśmienitego nagrania, zdecydowanie w punkt.

Kształtowanie Czasu zaskakuje na każdym etapie podróży! Nagranie ma post-jazzowy sznyt, lubi powtarzające się frazy, ale nade wszystko hołubi rytm, który nie zawsze sytuowany jest w głównym nurcie narracji. Króluje puzon, który brzmi tu na tysiące sposobów. Czasami przypomina zepsuty silnik elektryczny, innym razem piszczy jak przepalony amplifikator – charczy, rzęzi, dusi się własnym oddechem. Czysto frazuje w zasadzie dopiero pod koniec albumu, jakby brał w nawias wszelkie dotychczasowe szaleństwa. Jego brzmienie determinuje często dramaturgię całej improwizacji, ale wraz z minimalistycznie usposobioną perkusją bywa też rytmicznym tłem dla kontrabasu. Ten ostatni frazuje w najszerszym możliwym spektrum, od jazzowego pizzicato do barokowego arco, raz za razem zdobiąc opowieść doskonałymi ekspozycjami. Trudno w tak udanie skonstruowanym i zbilansowanym albumie wskazywać momenty szczególnie zasługujące na wyróżnienie. Utwór czwarty sprawia wrażenie akcji free chamber, ale rosnąca gramatura rytmu karze ten trop gatunkowy porzucić. W części szóstej wszystko pachnie czerstwym bluesem, a dodatkową atrakcją jest głos. Z kolei w ostatnim odcinku pojawia się brzmienie fletu, ale autorem tych dźwięków nie jest puzonista. So, suprice by suprice.



 

Hugo Costa/ Aaron Lumley/ Aleksandar Škorić Inne Graasj (Phonogram Unit, CD 2024)

Jazzblazzt, Neeritter, Holandia, grudzień 2023: Hugo Costa – saksofon altowy, Aaron Lumley – kontrabas oraz Aleksandar Škorić – perkusja. Cztery utwory, 48 minut.

Tym razem wątek jest zdecydowanie holenderski, choć kraje pochodzenia artystów, to niemalże cały świat. Spotkanie o definitywnie free jazzowym zabarwieniu, tkane wszakże z gracją, niemasywne, jakby zatopione w starej, dobrej estetyce nowojorskiego, loftowego jazzu lat 70. ubiegłego stulecia. Nie ma specjalnych zaskoczeń, po prostu dobrze się tego słucha – czasami to wystarcza.

Otwarcie koncertu, który jest nieprzerwanym strumieniem dźwięków, jest spokojne, osadzone na kontrabasowym smyczku. Naturalny, żywiołowy drumming i melodyjny, lubiący pętle powtórzeń saksofon altowy zgrabnie uzupełniają trzyosobową narrację. Wspomniany smyczek często decyduje tu o dramaturgii, a jego barwne, niekiedy post-barokowe interludia stanowią choćby o … zmianie traku na dysku. Improwizacja prowadzona jest na dużej swobodzie, ale muzycy trzymają ekspresję pod pełną kontrolą. Szczególnie urokliwy zdaje się być start trzeciego epizodu – najpierw szyty wyjątkowo zmysłowym smyczkiem, potem doprawiony dęciakiem, który brzmi niczym rosyjska bałałajka. Po udanej introdukcji artyści brną w dobrze zbilansowany taniec, w akcjach dynamicznych czują się bowiem najlepiej. Ostatni fragment koncertu otwiera nieco przesłodzony alt, ale opowieść na etapie rozwinięcia znów nabiera loftowego posmaku, uczepiona matowej melodyki, zatopiona w tumanach post-jazzowego kurzu.



 

Gold Mother Pecado (Phonogram Unit, DL 2024)

Alfarim, Portugalia, czas nieznany: Margarida Azevedo – głos, Luís Guerreiro – trąbka, elektronika, Jorge Nuno – gitara, Hernâni Faustino – kontrabas oraz Flak – perkusja. Cztery utwory, 29 minut.

Ostatnia z nowości Phonogram Unit sprawia wrażenie soundtracku do nienakręconego filmu. Na jego obraz składa się melorecytacja, równy, rockowy rytm kontrabasu i perkusji, wreszcie roztańczone na pogłosie, nie bez elementów psychodelii, gitara i trąbka. Kolejne odcinki tej opowieści rosną w czasie. Ta pierwsza jest ledwie zajawką, ta ostatnia trwa ponad dwanaście minut. Dramaturgia budowana jest bardzo powoli. Gdy w końcu dopada nas wartka akcja, a film naprawdę nabiera rumieńców, album kończy się zgrabnym ruchem edytorskiego skalpela.

Po krótkim gemie otwarcia, w trakcie drugiej odsłony zdaje się, że odbywamy spacer mrocznym nadbrzeżem. Historia jest zdecydowanie niewesoła, pachnie miejskim bluesem zdobionym gitarą i trąbką. W części trzeciej pojawiają się pierwsze, intrygujące komplikacje. Swawoli kontrabasowy smyczek, gitara nabiera sfuzzowanego brzmienia i łyka spore porcje kwasu, perkusja zagęszcza ścieg, trąbka płynie coraz masywniejszym pogłosem, a głos uderza w bardziej dramatyczne tony. W ostatniej części muzycy upraszczają fakturę rytmu, ale łamią go bezustannie, gitara preparuje, a zatubowana trąbka sączy cool-jazzowe melodie. Głos na chwile milknie. Mglista atmosfera poranka po kolejnej trudnej nocy daje się wszystkim we znaki, ale tempo i poziom kwasowości ekspozycji niespodziewanie rosną. Finał, jako się rzekło, sprawia wrażenie nagłej śmierci.



 

João Clemente, Jorge Nuno & Nuno Santos Dias Cume (Profound Whatever, DL 2024)

Profound Whatever Studio, październik 2024: João Clemente – gitara elektryczna (kanał prawy), instrumenty perkusyjne i elektronika, Jorge Nuno – gitara elektryczna (kanał lewy) oraz Nuno Santos Dias – instrumenty klawiszowe. Dziesięć utworów, 41 minut.

Czas na opowieść z cyklu Muzyka improwizowana z Portugalii nie jedno ma imię! Zapraszamy do świata elektrycznych gitar i instrumentów klawiszowych, których narracja daleka jest od jazz-rockowego fussion – lubi hałas, zabawy na gitarowych przetwornikach, a także oniryczną ciszę dogorywających wzmacniaczy. Od razu zaznaczmy, iż nagranie nie w każdej sekundzie powala nas na kolana, ale te chwile, gdy muzycy dają się ponieść noise’owemu temperamentowi, zdecydowanie dają się lubić. Z pewnością mogłoby być ich zdecydowanie więcej.

Owe chwile hałaśliwego uniesienia muzycy serwują nade wszystko w utworach drugim i siódmym. Najpierw jest nim potok silnie sfuzzowanych, gitarowych riffów, nasączonych nutą psychodelii, która zapewne niesie się z klawiatury instrumentu o nazwie własnej waldorf. W drugim przypadku brzmienie jest podobne, a całość intrygująco pulsuje, podsycana elektroniką i przewrotną melodyką. Pozostałe utwory na płycie płyną dość leniwym strumieniem, tylko incydentalnie zdobionym mikro zgrzytami, czy pick-up’owymi niespodziankami. W ich trakcie słyszymy bicie zegara, albo frazy akustycznego piana. Muzycy dobrze czują się w onirycznej post-psychodelii, ale bywa, że złoża ich improwizatorskiej kreatywności wyczerpują się, jak choćby w pożegnalnej, dziesiątej odsłonie.



 

Sã Bernardo Variações Poses Petros (Colectivo Casa Amarela, Kaseta/DL 2024)

Czas i miejsce akcji nieokreślone: Violeta Azevedo – flet, Yaw Tembe – trąbka, Nuno Torres – saksofon altowy, Mestre André – no-input mixer oraz Bá Alvares – kontrabas. Sześć utworów, 42 minuty.

Sytuacja dramaturgiczna tego albumu zasługuje na szczególną uwagę. Z jednej strony akustyczny strumień dętych, minimalistycznych powiewów fletu, trąbki i saksofonu altowego, z drugiej narzędzia akustycznego feedbacku – mikser, który nic nie ma na wejściu i kontrabas, a może bardziej jego pudło rezonansowe. Nagranie składa się z sześciu odcinków, które są do siebie na tyle podobne, iż po prawdzie nie wiemy, czy nie są przypadkiem sześcioma feedbackowymi wariacjami na temat akustycznego materiału bazowego. Efekt jest więcej niż intrygujący, lokowany raczej w eksperymentalnej muzyce współczesnej niż improwizowanej, ale to tylko wzmacnia naszą ciekawość.

To opowieść budowana z niebywałą powściągliwością i pieczołowitością. Separatywnie płynące strumienie dętych dźwięków lepią się po fazie introdukcji w jednorodny dron, który zdaje się być budowany stevensowską metodą improwizacji w dużej grupie zwaną sustained piece. Ów dron żyje, coś się w nim nieustannie rodzi, ale też permanentnie umiera. Wokół niego formuje się warstwa feedbacku – na początku, to delikatna mgiełka, pod koniec syntetyczna powłoka nieprzepuszczająca powietrza, sprawiająca, iż akustyczna baza zostaje zbita w jeden matowo brzmiący, dęty wyziew nieokreślonego pochodzenia. W kolejnych częściach/ mutacjach mamy wrażenie, iż strona akustyczna zaczyna przeważać, odzyskiwać wigor, ale zaraz potem to samo myślimy o warstwie feedbacku. Niekiedy miota nami uczucie klaustrofobii, choć w tym samym momencie dopada nostalgia chwili. Z czasem faktura feedbackowa zaczyna basowo pulsować niczym dogorywający syntezator. Ostatnia minuta, to już tylko umierające echo dźwięków, które od dawna nie istnieją. Definitywnie dysonans poznawczy jest tu naszym stałym partnerem, podobnie jak ogromna przyjemność z faktu obcowania z tak oryginalną produkcją. 




Talagbusao Talagbusao (Robalo Music, CD 2024)

Timbuktu Studios, Lizbona, lipiec 2023: João Carreiro – gitara, João Gato – saksofon altowy, Margaux Oswald – fortepian oraz João Valinho – perkusja. Pięć utworów, 34 minuty.

Przed nami nie pierwszy dziś projekt portugalski ze znaczącym akcentem międzynarodowym – w tym wypadku bardzo lubianą przez nas pianistką związaną ze sceną kopenhaską. Bazą dla tego swobodnie improwizującego kwartetu jest z pewnością post-jazz, ale nie brakuje tu śladów wytrwanej kameralistyki. Każdy z artystów wnosi wiele do obrazu całości, każdy potrafi zaskoczyć zarówno pomysłem dramaturgicznym, jak i brzmieniem instrumentu. Zdaje się, że dla wszystkich uczestników kwartetu, to ważny album w dotychczasowym dorobku artystycznym.

Inicjacja albumu jest definitywnie kolektywna i tak będzie się działo w trakcie całego, niezbyt długiego nagrania. Pianistka frazuje marszowym krokiem, gitarzysta i saksofonista pozostają w ciągłym dialogu, a ramy improwizacji, wyznaczane przez precyzyjnie punktującego drummera, stymulują kreatywność w każdym obszarze. Artyści dbają o emocje, a ich droga ku wyzwolonemu free jazzowi wydaje się na tym etapie otwarta. Dla przeciwwagi druga improwizacja usłana jest kameralnymi zdobieniami. Z jednej strony post-klasyczna zaduma pianistki, z drugiej intrygujące zgrzytanie gitary. Trzecia opowieść nie trwa nawet trzech minut, ale jakości w niej mnóstwo, zwłaszcza w obszarze inside piano. Czwarta odsłona jest tą najbardziej agresywną, dynamiczną, doposażoną świetnymi interakcjami. Ale i tu nie brakuje zaskoczeń – choćby piękna faza spowolnienia z intrygującą ekspozycją deep piano with cymbals. Finałowa improwizacja, to mroczne, wystudzone otwarcie, wyśmienite post-jazzowe small games na etapie rozwinięcia, wreszcie barwne zakłócenia gitary i mnóstwo kreatywności ze strony perkusisty na etapie zakończenia.



 

Orquesta Inorgánica Viaje hacia lo inesperado (Neue Numeral, DL 2024)

Studio Haciendo Discos, Tandil, Argentyna, lipiec 2024: Maria Eugenia Irianni - flety, Ana Vocaturo – klarnet, Sandra Chariatti – saksofon altowy, klarnet, Fabian Bullotti – flet, saksofon sopranowy i tenorowy, Juan Pantusa – puzon, Enrique Sarraquigne – saksofon tenorowy, Jorge Torrecillas – saksofon tenorowy i altowy, kompozycje, dyrygentura, Anibal Tobos – saksofon tenorowy, Karina Altamiranda – głos, Ezequiel Lavayen – fortepian, elektronika, Juanita Flores Arce – głos, Mario Alba – kontrabas, Daiana Grierson – perkusja oraz gościnnie śpiewająca Guillermina Moroder. Sześć kompozycji, 70 minut.

Wątek argentyński naszej zbiorówki rozpoczynamy z wysokiego C! Ten duży skład, wiedziony kreatywnością i zwinnymi kompozycjami Jorge Torrecillasa, znamy już z płyty debiutanckiej, a samego lidera z albumów dla Discordian Records, a także koncertów w naszym pięknym kraju. Nowa edycja Organicznej Załogi przynosi prawdziwie epicką opowieść, która zaczyna się w oparach swingującego jazzu, przechodzi przez wszystkie stadia kreatywnej kameralistyki, by dotrzeć nawet do wariacji operowych. Nagranie niezwykłe, absolutnie warte każdej z siedemdziesięciu minut, które trwa.

W ujęciu instrumentalnym OI, to osiem pełnokrwistych dęciaków, trzy powabne, wielojęzyczne głosy kobiece i rozbudowana sekcja rytmu z fortepianem, kontrabasem i perkusją. Słowo się rzekło, album rozpoczyna się w swingujących klimatach swobodnego post-jazzu, który nasycony jest ekspresyjnymi, na ogół kolektywnymi akcjami. Druga opowieść przenosi nas do świata braxtonowskich łamańców rytmicznych. Po imponującej introdukcji zmysł dramaturgiczny Torrecillasa zaprasza do krainy kreatywnej kameralistyki, pełnej urokliwych drobiazgów wytrawnej orkiestracji. W trzeciej odsłonie na froncie opowieści sytuują się wokalistki – od mruczenia i wzdychania po arie niemal operowe. Narracja sięga tu po wszystko, co najlepsze – jest orkiestrowy rozmach, kameralne interludia i post-jazzowe puenty. Dużo ciekawego dzieje się w podgrupach, szczególnie wokół głosów i kontrabasu, nie brakuje nawet post-klasycznej ekspozycji piana. Czwarty utwór zdaje się kontynuować rozmach poprzedniczki - dodatkowo doposażony zostaje w rytmiczne, bardzo ekspresyjne rozwinięcie i puentę wypowiedzianą w języku francuskim. W ostatnich dwóch kompozycjach powraca w większym wymiarze post-jazz. Znów trochę rytmicznej gimnastyki, kameralne zdobienia, wreszcie udane akcje fletu i wokalistek, barwione mnóstwem dętych komentarzy. W finałowej części piękna klamra dramaturgiczna - powraca swingując flow, bystre synkopy i jakże smakowite, jazzowe solówki.



 

Morelli/ Moser/ Neumann/ Zimmerlin Conflations (Neue Numeral, DL 2024)

Jazzcampus, Bazylea, marzec 2023: Luciana Morelli – głos i pomysł (inspirowany poezją Robina Myersa), Christian Moser - oud i głos, Andrea Neumann - inside piano i głos oraz Alfred Zimmerlin – wiolonczela i głos. Dziewięć utworów, 35 minut.

Oglądaliśmy już dziś film, może teraz czas na słuchowisko radiowe? Album Conflations jest zdominowany przez recytowaną poezję, oprawioną w misterną plecionkę akustycznych dźwięków strun, zatem żartobliwy ton poprzedniego zdania wcale nie jest bezzasadny. Tym razem argentyński jest tylko wydawca i artystka, która odpowiada za dramaturgiczny zamysł albumu.

Nagranie otwierają szmery, szepty, słowa wypowiadane półsłówkami i drobne, post-kameralne zdobienia instrumentalne. Całość charakteryzuje się pewną teatralnością i z góry zadekretowaną nerwowością. Można odnieść wrażenie, że znajdujemy się w stogu siana, a dźwięk przelatującego owada znamionuje burzę z piorunami. Dominująca w nagraniu akustyka od czasu do czasu zdobiona jest plamami brzmienia na poły syntetycznego. W czwartej odsłonie doświadczamy czegoś na kształt kulminacji - opowieść napina mięśnie i zrywa minimalistyczną powłokę. W części piątej muzycy szyją narrację bardziej linearnym ściegiem, dzięki czeku zyskuje ona na atrakcyjności. Kolejny odcinek także niesie garść emocji, a zaraz po nim słyszymy dźwięki amplifikowanych strun, co ciekawie dysonansuje przestrzeń dramaturgiczną dzieła. Album wieńczy trzydziestosekundowa ekspozycja, która zdaje się być najbardziej ekspresyjnym momentem zdarzenia. Być może powinniśmy wsłuchać się w słowa, ale to wymagałoby lepszej znajomości języka i większego skupienia.



 

Formica/ Albarracín/ Macchioli/ Maggiori/ Bustamante/ Mingrino H​.​u​.​M​.​o (dForma, DL 2024)

Mirífico Estudio, Buenos Aires (?), Czerwiec 2024: Lucas Albarracín – rożek, Juan Ignacio Macchioli – saksofon altowy, Matías Formica – saksofon barytonowy, klarnet basowy, Lisandro Maggiori – gitara, Ramiro Bustamante – kontrabas oraz Lucas Mingrino – perkusja. Cztery kompozycje (dwie własne, Lacy, Hemphill), 35 minut.

Przed nami argentyński sekstet w przestrzeni wysokogatunkowego jazzu. Precyzyjnie zadekretowane kompozycje, soczyste improwizacje i dużo dobrej zabawy. Na tapecie dwa utwory własne i dwie kompozycje jazzowych legend. Świetnie słucha się tego nagrania, zwłaszcza, że wzorem niemal każdej propozycji z tamtej części świata, szczególnie z udziałem Matíasa Formici, opowieść jest wstrzemięźliwa w formie i nieprzegadana choćby przez sekundę.

Pierwszy temat doskonale konsumuje cechy albumu, jakie nakreśliliśmy powyżej – roztańczona, melodyjna kompozycja podana gęstym tembrem trzech dęciaków i mięsistej sekcji rytmu. Tonacja delikatnie molowa, rytm intrygująco pokomplikowany i mnóstwo jakości na etapie improwizacji (szczególne brawa dla barytonisty!), prowadzonych zarówno kolektywnie, jak i w podgrupach. Nie bez znaczenia jest także drobny, rockowy dysonans gitarzysty. Druga opowieść silniej trzyma się swingującej historii gatunku, zdobiona urokliwymi interludiami realizowanymi na wydechu. W trzeciej odsłonie króluje Steve Lacy, a kameralna narracja prowadzona jest pod dyktando klarnetu basowego. Wreszcie efektowny finał płyty, czyli blues Juliusa Hemphilla. Marszowe tempo, rozśpiewane dęciaki, dużo gitary i nieskrępowanej zabawy. Prowadzoną na ogół kolektywnie akcję intrygująco wzbogacają dęte dialogi. Ostatnia prosta, pełna dynamiki, doskonale reasumuje cały album.




Sheldon Suter & Jacek Chmiel Zooréalism (Synergetic Sonance, DL 2024)

Czas i miejsce akcji nieokreślone: Sheldon Suter – instrumenty perkusyjne, cytra, gramofon oraz Jacek Chmiel - elektronika, field recordings, singing bowls. Sześć utworów, 46 minut.

Czas na kolejną na tych łamach elektroakustyczną przygodę Jacka Chmiela. Tym razem poczyniona ona została w towarzystwie artysty skoncentrowanego na instrumentach perkusyjnych, zatem Polak, zapewne bez słowa sprzeciwu, objął tu nade wszystko rolę konstruktywnego elektronika, który wspiera się nagraniami z miasta i garścią śpiewających miseczek. Cała mikstura smakuje nam od pierwszej do ostatniej minuty, a w ważnych dla dramaturgii momentach potrafi nabierać zaskakującej intensywności. Wtedy, niejako przy okazji, zdaje się nawiązywać estetycznie do wczesnych, post-industrialnych eksploracji brytyjskiego AMM.

Pierwsza z sześciu opowieści ma dość perkusjonalny anturaż, wzmagany biciem metronomu, a bogacony elektrycznymi zgrzytami, które śmiało mogłyby pochodzić z table guitar. Mroczny, oniryczny dron zdaje się tu być idealnym puentą. Dwie kolejne ekspozycje tkane są z fraz najmniejszych z możliwych. Pomiędzy plamami szumów i szelestów snują się zagubione post-melodie, niekiedy brzmiące niczym zdezelowane pozytywki. Słyszymy także odgłosy stołu bilardowego i bijące dzwony. W czwartej części porcja nagrań terenowych wydaje się wyjątkowo masywna, przytłacza opowieść ciężarem miejskiej, zgrzebnej rzeczywistości. Klimat post-industrialny rodzi się tu niejako samoczynnie, przepoczwarzając najlepszy fragment albumu w mantrę zła, grozę opresji bez wyjścia. Ratunkiem okazują się … zabawne sample. W piątej historii powraca perkusjonalna faktura, jaką poznaliśmy w pierwszej odsłonie. Tu sytuacja sceniczna robi się dalece dynamiczna, a jej podsumowaniem okazuje się strumień fonii przypominający warkot silnika elektrycznego. Finałowa ekspozycja drga i pulsuje, syci się akustyką, którą zakłócają elektroniczne usterki na łączach. Definitywnie głośna narracja na zakończenie zwija się w mroczny, posępny kokon elektrokaustyki.




piątek, 15 marca 2024

The Phonogram Unit’ fresh outfit: Chymeia! Two! Labirinto! Break It Down!


Jeśli północno-wschodnia rubież naszego ukochanego Półwyspu Iberyjskiego zdaje się specjalizować w ponadgatunkowych eksperymentach, które sprawiają, iż muzyka improwizowana skrzy się nieskończoną paletą na ogół mrocznych barw, o tyle zachodnia flanka tej części świata gustuje nade wszystko w eksploracji swobodnego jazzu.

Taki przynajmniej można wysnuć wniosek analizując tegoroczne nowości, jakie docierają do nas z Katalonii i Portugalii. O tych pierwszych pisaliśmy kilkanaście dni temu, teraz sięgnijmy zatem po czerwone róże z Lizbony. Phonogram Unit, inicjatywa edytorska będąca skutkiem działań grupy muzyków improwizujących, u progu nowego roku przynosi nam cztery nowe albumy. Dwa są aktami typowo open jazzowymi, jeden post-bluesowym, wreszcie ten czwarty funkowo-dubową eksploracją. Wszystkie wszakże sycą się energią i estetyką jazzu, zatem udowodnienie tezy z pierwszego akapitu nie powinno stanowić większego problemu. Zatem czytajmy, słuchajmy i cieszmy się nową muzyką improwizowaną z Portugalii.



 

José Lencastre/ Zbigniew Kozera/ Vasco Trilla Chymeia (DL)

Alchemia, Kraków, październik 2022: José Lencastre – saksofon altowy, Zbigniew Kozera – kontrabas oraz Vasco Trilla – perkusja. Pięć improwizacji, 34 minuty.

W zamyśle artystów miał to być portugalsko-polski kwartet. Ostatecznie skończyło się na duecie, który w trakcie krótkiej trasy po Polsce dobierał sobie na trzeciego różnych partnerów. Szczęśliwie w tym samym czasie na południu naszego kraju przebywał Vasco Trilla i na bodaj dwa koncerty dołączył do portugalskiego saksofonisty i wrocławskiego kontrabasisty. Ich koncert z Alchemii definitywnie winien ucieszyć każdego fana free jazzu i muzyki swobodnie improwizowanej osadzonej na bystrym groove, bez wątpienia godnym reguł gatunku. Chociaż trio słuchamy bodaj na pierwszym wspólnym koncercie, można odnieść wrażenie, że José, Zbyszek i Vasco muzykują ze sobą od zarania dziejów.

Łagodny start zawdzięczamy tu melodyce saksofonu i kontrabasowego smyczka. Opowieść nabiera rumieńców w momencie, gdy Trilla wrzuca doposażony w odpowiednią dynamikę drumming. Tempo rośnie, choć melodia nie przestaje się być stałym elementem programu. Cała improwizacja osadzona jest na świetnym wyczuciu dramaturgii Kozery, który płynie smyczkiem od rzewnych post-melodii do gęstych, ekspresyjnych pulsacji. Druga opowieść przynosi garść całkiem dynamicznych zabaw w podgrupach. Zaczyna kontrabas i perkusja, po ekspozycji tria dostajemy się w wir umiarkowanie filigranowej akcji perkusyjnej, a opowieść wieńczy rozmowa saksofonisty i kontrabasisty. Kolejna improwizacja jest prowadzona od początku do końca kolektywnie. Saksofon i perkusja pną się systematycznie ku górze, z kolei kontrabas rozpycha kolanami w dolnej warstwie narracji. Ten ostatni pięknie finalizuje epizod nieodłącznym smyczkiem. Czwartą część inicjują błyszczące perkusjonalia. Opowieść leje się przez ręce, ale z woli drummera nabiera odpowiedniej gęstości. Gdy tempo ciekawie eskaluje, Kozera sięga po smyczek i kreuje intrygujący dysonans. Pieśń pożegnalna budowana jest z należytym pietyzmem. Szczególnie efektowne stemple jakości stawia tu zatrwożony Lencastre. Opowieść gęstnieje na wyjątkowo wolnym ogniu, trzymając w ryzach wszelkie emocje. Zagubione w miksie gromkie oklaski zdają się być wyjątkowo zasadne.



 

Bruno Parrinha & João Gato Two (CD)

Bartolinsky Studio, Oeiras, Portugalia, od kwietnia do lipca 2023: Bruno Parrinha – saksofon altowy (kanał prawy) oraz João Gato – saksofon altowy (kanał lewy). Jedenaście improwizacji, 55 minut.

Dwa swobodnie improwizujące saksofony altowe budują tu intrygujące dialogi, często wchodzą w antagonistyczne dyskusje, rzadziej kreują akcje imitacyjne. Ich wielominutowa (być może odrobinę zbyt długa) opowieść jest wszakże spójna i na ogół pozbawiona dramaturgicznych mielizn. Artyści rzadko sięgają po frazy preparowane, chętnie płyną czystymi strumieniami dźwiękowymi, ale paleta ich barw brzmieniowych i stosowanych technik artykulacyjnych jest wyjątkowo szeroka. Matką tej narracji jest kreatywny jazz, który skutecznie rozpala improwizatorską wyobraźnię. 

Gem otwarcia zdaje się potwierdzać wszelkie walory albumu, zidentyfikowane w poprzednim akapicie. Toczy się od szumu i prychania po zadziorne, bystre interakcje wyposażone w duże porcje soczystych, altowych fraz. Drobne kłótnie, efektownie pojednania, kilka całkiem dynamicznych przebieżek. Kolejne utwory dodają do tak uformowanego wizerunku improwizacji nowe elementy i smaczki. Druga opowieść smakuje wytrawną kameralistyką, incydentalnie łapiącą niemal free jazzową ekspresję, trzecia dodaje smutek i rzewne melodie, czwarta kolejne porcje zadumy, z kolei piąta stawia sprawę na ostrzu noża i bazuje na dysonansach ekspresji. Szósta odsłona jest dynamiczna, ale wyjątkowo filigranowa, siódma piszczy i chrobocze, ósma płynie matowymi dronami, a dziewiątą kąsa agresją, sięgając od samej ziemi do rozgwieżdżonego nieba. Dziesiąta improwizacja trwa dziesięć minut i przynosi dużo interesujących zdarzeń. Od subtelnych preparacji, rezonujących, mrocznych fraz, poprzez cedzone przez zęby melodie, aż po kontrolowany wrzask. Końcowa opowieść zdaje się koić nerwy i budować silną nić porozumienia. Imitacyjne westchnienia, szczypta nostalgii i całkiem energetyczne, wysoko posadowione dźwięki na ostatniej prostej.



 

Jorge Nuno Labirinto (CD)

Namouche Studios, Lizbona, listopad 2023: Jorge Nuno – gitara akustyczna. Osiem improwizacji, 45 minut.

Tego gitarzystę znamy nade wszystko z elektrycznych, pełnych rockowej psychodelii eksploracji, ale miewa on także przygody akustyczne, którymi udanie wgryza się w historię muzyki swobodnie improwizowanej. I to właśnie w tej drugiej estetyce Nuno nagrał bodaj swoją pierwszą solową płytę. Postawił w niej na emocje z rzadka kojące zszargane nerwy, a całość nasączył estetyką post-bluesową. Ten improwizowany spektakl na solową gitarę akustyczną umiejscowiony został całkiem niespodziewanie w samym środku dzikiej, amerykańskiej prerii. Oczywiście soczystego oddechu lizbońskiego saudade artysta nie był w stanie skutecznie zagubić. I bardzo dobrze!

Muzyk rozpoczyna swoją traperską podróż z przytupem. Rysuje gęste pętle i syci je post-rockową ornamentyką. Jego żwawe ruchy skrzą się czerstwym, dynamicznym bluesem. Zaraz potem odpoczywa przy gitarowych flażoletach, liczy struny, zdaje się schylać po każdy dźwięk i dumać nad losem. Trzecia opowieść ma umiarkowane tempo, lepi się z ochrypłych fraz i post-rockowych faktur, a kończy w galopie. Po niej znów ma miejsce czas na odpoczynek, niczym pierwsza szklanka whisky po całym dniu pracy. Opowieść pachnie krowimi odchodami, ciekawie się zapętla i niespodziewanie łapie tempo. W piątej odsłonie muzyk sięga do korzeni szorstkich, martwych fraz, z kolei w szóstej jego gitara zdaje się trzeszczeć ze starości. Nuno rozkłada ją na części i szpera na dnie pudła rezonansowego. Liczy struny, wpada w niekończącą się, zadumaną repetycję. W części przedostatniej na moment oddaje się smukłej, delikatnej balladzie, zbierając siły na efektowny finał. W jego trakcie emocje wybuchają z całą mocą rocka i bluesa, po czym lgną ku pobliskich, gęstym zaroślom. Im bliżej końca, tym muzyka i jej autor zdają się płynąć coraz szerszym korytem, w dół zapomnianej rzeki.



 

Flak/ Jorge Nuno/ José Lencastre/ Hernâni Faustino Break It Down (DL)

Alfarim, Portugalia, grudzień 2022: Flak – analogowa maszyna perkusyjna, Jorge Nuno – gitara elektryczna, José Lencastre – saksofon tenorowy oraz Hernâni Faustino – bas elektryczny. Pięć improwizacji, 42 minuty.

Czas na ostatnią z phonogramowych nowości: Nuno przesiada się na gitarę elektryczną, Lencastre na saksofon tenorowy, Faustino, na ogół kontrabasista, sięga po elektryczną basówkę, a wszystkich spaja analogowa maszyna perkusyjna, za sterami której zasiada Flak. Główny strumień narracji bazuje tu na nieco histerycznej, syntetycznej perkusji i funkowym, mięsistym basie, z kolei improwizacja najczęściej odbywa się w obszarze działania psychodelicznego gitarzysty i post-jazzowego saksofonisty. Całość obleczona jest cienką warstwą dubu i budzi dalece mieszane uczucia. W pierwszych czterech, dość zwartych dramaturgicznie, niedługich opowieściach konwencja się broni, gorzej, gdy muzycy ruszają w ostatnią, prawie 20-minutowa podróż. Tu pomysłów, by zaintrygować słuchacza jest już definitywnie mniej.

Syntetyczny rytm, dubowy step basu, śpiewny saksofon na pogłosie i permanentnie fermentująca, kwaśna gitara, to elementy składowe tej układanki. Narracja jest dość stabilna pod względem dynamiki - niekiedy przyspiesza, jak w części trzeciej, innym razem zwalnia, bywa, że sięga po niemal 2-stepowy beat, jak w części czwartej. Dużo ciekawego dzieje się na tzw. drugim planie, szczególnie w momentach, gdy saksofon i gitara wchodzą w fazę nieco gorętszych improwizacji (choćby noise rockowy epizod w części trzeciej, czy też duża porcja psychodelii w czwartej). Jakkolwiek często zdarza się, że gitara nie jest w stanie przebić się przez zasieki maszyny perkusyjnej i basu. W długiej, finałowej ekspozycji dzieje się sporo, ale narracja zdominowana jest przez akcje perkusyjne, które nie dość, że brzmią dość archaicznie, to jeszcze wprowadzają spory chaos dramaturgiczny, szczególnie w momentach, gdy opowieść przejawia tendencje, by popadać w post-psychodeliczną mantrę. Z kolei, gdy perkusja i bas zostają na moment sami (w drugiej części finału) klimat robi się interesujący, ale nie jest ciekawie spuentowany.



niedziela, 31 grudnia 2023

50 Reasons to Remember the Year 2023! Pięćdziesiąt powodów, by zapamiętać rok 2023!


Albums are presented in alphabetic order! Please notice that picture below doesn’t feature all honoured recordings!

Albumy prezentowane są w kolejności alfabetycznej! Proszę zauważyć, iż zdjęcie poniżej nie przedstawia wszystkich wyróżnionych nagrań! 

 


Adam Go​ł​ę​biewski & Witold Oleszak Unisex

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/05/adam-goebiewski-witold-oleszak-in-unisex.html

Alex Ward Item 4 Furthered

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/02/alex-ward-item-4-furthered.html

AMM Last Calls

(not reviewed yet)

Barry Guy Blue Shroud Band all this this here

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/11/barry-guy-blue-shroud-band-and-all-this.html

Colin Webster and Andrew Lisle Live at 2nd Spontaneous Music Festival, 2018, Spontaneous Live Series D04

(not reviewed yet)

Colin Webster Large Ensemble First Meeting

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/07/colin-webster-large-ensemble-and-first.html

Colin Webster & Daniel Thompson However, Forward!

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/12/raw-tonk-vol-67-68-colin-webster-in-two.html

Don Malfon & Agustí Fernández Breath

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/11/sirulita-records-new-bodies-fernandez.html

Duot & ZARM Ensemble (Cirera/Prats/Zingaro/Alves/Mitzlaff/Rosso) Duot with Strings

(not reviewed yet)

Ericson/ Klapper/ Fite How Could This Not Be Justice?

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/11/ericson-klapper-fite-ask-how-could-this.html

Evan Parker NYC 1978

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/10/the-relative-pitch-records-fresh-outfit.html

Evan Parker & Barry Guy So It Goes​.​.​.

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/12/so-it-goes-like-classical-evan-parker.html

Felice Furioso/ Jorge Nuno/ Felipe Zenicola Sameer

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/04/the-phonogram-unit-sameer-linae-spos.html

Florian Stoffner/ John Butcher/ Chris Corsano Braids

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/11/florian-stoffner-john-butcher-chris.html

Giovanni di Domenico, Gonçalo Almeida, Balázs Pándi & Giotis Damianidis Pray For Your Prey

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/08/pray-for-your-prey-by-di-domenico.html

Gonçalo Almeida Ciclos

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/06/goncalo-almeida-and-his-ciclos.html

Gonçalo Almeida, Diego Caicedo and Witold Oleszak Live at Improvised Three-Days, 2019, Spontaneous Live Series D03

(not reviewed yet)

Guilherme Rodrigues, Ernesto Rodrigues, Nuno Torres, Michał Giżycki & Witold Oleszak Live at SLS

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/11/torf-records-fresh-outfit-rrtgc-en.html

Guilherme Rodrigues/ Jorge Nuno/ Hernâni Faustino/ Felice Furioso Lusco-fusco

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/07/rodrigues-nuno-faustino-furioso-lusco.html

Gush 30

(not reviewed yet)

Ivann Cruz & Peter Orins Des pieds et des mains

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/03/a-new-circum-disc-outfit-kaze-and-peter.html

Isysxae Living Systems Decay - Live in Poland

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/12/barcelona-makes-world-go-around-isysxae.html

John Butcher/ Dominic Lash/ Emil Karlsen Here and How

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/08/butcher-lash-karlsen-definitely-here.html

John Butcher/ Marjolaine Charbin/ Ute Kanngiesser/ Eddie Prevost The Art Of Noticing

(not reviewed yet)

John Butcher/ Thomas Lehn/ John Tilbury Lights

(not reviewed yet)

John Edwards, Andrew Lisle, Dirk Serries & Colin Webster Out Of Nowhere

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/02/john-edwards-andrew-lisle-dirk-serries.html

King Übü Örchestrü Roi

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/05/king-ubu-orchestru-roi.html

Kodian Plus Disengage

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/03/kodian-plus-disengage.html

Low Vertigo Live at Improvised-Three Days, 2019, Spontaneous Live Series D01

(not reviewed yet)

Mark Sanders, Chris Mapp & Andrew Woodhead CollapseUncollapse: Time In Images

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/08/mark-sanders-collapseuncollapse-time-in.html

Mein Freund der Baum: Mahall/ Stoffner/ Lovens Live At 2nd Spontaneous Music Festival, 2018, Spontaneous Live Series D02

(not reviewed yet)

Motusneu Ospedale

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/12/motusneu-ospedale.html

Müller/ Doskocz/ Gordoa Aural Accidentals

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/05/muller-doskocz-gordoa-in-aural.html

Phicus Live at 6th Spontaneous Music Festival, Spontaneous Live Series 013

(not reviewed yet)

Phicus Ni

(not reviewed yet)

Polwechsel Embrace

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/11/polwechsel-in-jubilee-embrace.html

Reinhold Friedl & Kasper T. Toeplitz La fin des terres

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/12/reinhold-friedl-kasper-t-toeplitz-to.html

Rupp, Kneer & Fischerlehner Puna

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/12/puna-der-zweite-streich-two-shots-from.html

Scatterwound TL (Trilogy Live)

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/05/the-trilogy-live-by-scatterwound.html

Sjöström/ Hirt/ Wachsmann/ Lytton Especially For You

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/09/sjostrom-hirt-wachsmann-and-lytton.html

Škvíry & Spoje Hotel Spojár

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/09/circum-disc-new-outfit-skviry-spoje.html

Speicher/ Zoepf/ Keune/ Morgan The Law Of William Boney Saxophone Quartet 1993-2007

(not reviewed yet)

Timothée Quost with Àlex Reviriego, Zofia Ilnicka, Ben Whitehill and Laure Boer Live at 6th Spontaneous Music Festival, Spontaneous Live Series 012

(not reviewed yet)

Tom Jackson, Neil Metcalfe, Benedict Taylor & Daniel Thompson Hunt At The Brook with Neil Metcalfe

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/11/a-new-wave-of-jazz-fresh-outfit-hunt-at.html

Tony Buck Environmental Studies

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/12/tony-buck-environmental-studies.html

Trapeze Level Crossing

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/09/circum-disc-new-outfit-skviry-spoje.html

Trinity Live at Rock Palace

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/07/trinity-live-at-rock-palace.html

Various Artists Live at Plus-Etage. Volume 1

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/08/a-new-wave-of-jazz-plusetage-triple.html

Vasco Trilla & Ra Kalam Bob Moses Singing Icons

Vasco Trilla A Constellation of Anomaly

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/07/vasco-trilla-duos-with-mars-williams.html