Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ostap Mańko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ostap Mańko. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 grudnia 2025

Giżycki, Joniec, Doskocz, Mańko, Janssen i Daszkiewicz na pożegnanie cyklu koncertowego Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Trybuna Muzyki Spontanicznej i poznański Dragon Social Club zapraszają na wielki finał spontanicznego cyklu koncertowego! Po niemal siedmiu latach funkcjonowania tej inicjatywy, w trzecią sobotę grudnia odbędzie się ostatni koncert. Jak piszą sami zainteresowani - od 13 lutego 2019 (wtedy odbył się pierwszy koncert) do 20 grudnia 2025 i ani jednego dnia dłużej!

Dragonowa scena Małego Domu Kultury oddana zostanie w ręce lokalnych (no prawie) muzyków improwizatorów. Każdy z nich grywał już pod spontanicznym szyldem, czy to na pojedynczych ekscesach cyklu, czy w trakcie Spontaneous Music Festival.

Saksofony, klarnety, skrzypce, gitary, perkusje i instrumenty perkusyjne, taśmy, sample i inne elektroniczne szaleństwa – a wszystko w rękach i głowach szóstki artystów: Michała Giżyckiego, Michała Jońca, Pawła Doskocza, Ostapa Mańko i Patryka Daszkiewicza – wszyscy z Poznania oraz Sebastiaana Janssena z Wrocławia (a także Holandii).

Najpierw artyści splotą swoje improwizowane zwoje nerwowe w trzech krótkich (około piętnastominutowych) setach duetowych.

Po przerwie ta sama szóstka muzyków połączy się w dwa tria, które będą improwizowały odrobinę dłużej (około pół godziny).

A potem wszyscy powiedzą sobie „Farewell My Friends, Farewell”!

 


Spontaneous Live Serries Vol. 80

20 grudnia 2025, Poznań, Zamkowa 3

 

20.15 Pierwszy blok (improwizacje krótsze)

Michał Giżycki/ Michał Joniec

Paweł Doskocz/ Ostap Mańko

Sebastiaan Janssen/ Patryk Daszkiewicz

 

21.15 Drugi blok (improwizacje dłuższe)

Michał Giżycki/ Paweł Doskocz/ Sebastiaan Janssen

Michał Joniec/ Ostap Mańko/ Patryk Daszkiewicz

Bilety dostępne przed koncertem – gotówka albo blik

 

Temu zacnemu wydarzeniu koncertowemu towarzyszyć będzie Wielki Kiermasz Świąteczny. Na drewnianych stołach Dragona czekać będą na miłośników muzyki improwizowanej naręcza płyt kompaktowych, a wszystkie w genialnych cenach: czarno-czerwone albumy iberyjskiego cyklu Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune z 50% rabatem, a szare albumy koncertowe Spontaneous Live Series z rabatem 20%!

 

 

 

piątek, 3 października 2025

Anaïs Tuerlinckx i John Butcher na nowych albumach dokumentujących Call and Response 8. Spontaneous Music Festival


(informacja prasowa)

 

Dziewiąta odsłona poznańskiego Spontaneous Music Festival wystartowała z hukiem dokładnie we czwartek drugiego października. Jednym z rytuałów imprezy są nowe płyty z nagraniami zarejestrowanymi w trakcie edycji poprzedniej. Nie inaczej jest w tym roku. W piątek 3 października swoje światowe premiery mają albumy Spontaneous Live Series 016 i 017. Oba są już dostępne zarówno w formie plików elektronicznych, jak i na nośnikach fizycznych, tu tradycyjnie poręcznych płytach kompaktowych.

  


Na katalogowej szesnastce pomieszczono dwa festiwalowe sety, w jakich wystąpiła w roku ubiegłym belgijska pianistka Anaïs Tuerlinckx. W drugi dzień imprezy (dokładnie z piątek) improwizowała po raz pierwszy (a zatem w tzw. secie ad hoc) z niemieckim saksofonistą Jonasem Engelem. Ów zakochany w preparacji duet przez wielu uznany został za jedno z najbardziej spektakularnych wydarzeń ubiegłorocznej edycji Spontaneous Music Festival. Na albumie SLS 016 odnajdziemy również sobotni set pianistki, tym razem poczyniony w towarzystwie jej stałej partnerki artystycznej Andrei Ermke, wykorzystującej w trakcie scenicznej pracy dźwiękowej mini-dyski zawierające sample i fonie szeroko rozumianego otoczenia. Jak wspominano w festiwalowych relacjach prasowych:  od subtelnej ciszy do ceremonialnego hałasu – to była droga, jaką przebyły na scenie Dragona artystki z Berlina.

Spontaneous Live Series 016: Anaïs Tuerlinckx with Jonas Engel and Andrea Ermke Live at 8th Spontaneous Music Festival (Spontaneous Music Tribune, CD 2025). Anaïs Tuerlinckx – fortepian preparowany, Jonas Engel – saksofon altowy (pierwsza improwizacja), Andrea Ermke – mini discs, sample (druga improwizacja). Nagrane 4 i 5 października 2024, Dragon Social Club, Poznań. Dwa utwory, 56 minut.

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-016

 


Z kolei album cyklu oznaczony numerem katalogowym 017 zawiera finałowy set poprzedniej edycji festiwalu. Tak pisano o nim w relacjach prasowych: Finał imprezy przypadł w udziale Large Ensemble, dla którego notyfikację (scenariusz improwizacji) przygotował John Butcher. Koncert mienił się intrygującą, jakże zmienną dramaturgią. Tentet dzielił się raz za razem na duety, tria czy kwartety. Sięgał po atrybuty swobodnego jazzu, niuanse kameralistyki, miał też w części środkowej piękną ekspozycję dronową graną pełnym zestawem instrumentalnym. Dodajmy, iż na etapie produkcji albumu formacja – wedle woli saksofonisty - przejęła ostatecznie nazwę własną Dragon 10, a wykonany przez nią utwór Poznań Contours.  

Spontaneous Live Series: John Butcher’s Dragon 10 Live at 8th Spontaneous Music Festival (Spontaneous Music Tribune, CD 2025). John Butcher – saksofon tenorowy, sopranowy, notyfikacja graficzna, Mark Wastell - instrumenty perkusyjne, Phil Durrant - elektryczna mandolina, Luís Vicente - trąbka, Salvoandrea Lucifora – puzon, Adam Pultz Melbye – kontrabas, Ståle Liavik Solberg - perkusja, Anna Jędrzejewska - fortepian, Ksawery Wójciński - kontrabas oraz Ostap Mańko - skrzypce. Nagrane 6 października 2024, Dragon Social Club, Poznań. Jeden utwór, 29 minut.

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-017

 

 

 

wtorek, 3 stycznia 2023

Spontaneous Live Series 009-011: sweet memories from 5th Spontaneous Music Festival 2021!


Pośród jedenastu setów Spontanicznego Festiwalu roku 2021 cztery wydały się szczególnie intrygujące już w momencie obcowania z nimi na żywo. Po żmudnym procesie decyzyjnym, poprzedzonym bezkrwawymi konsultacjami społecznymi, zostały one ostatecznie wybrane i skierowane do produkcji. W trakcie ostatniej edycji spędu miłośników wolnej improwizacji trzy albumy z owymi czterema setami miały swoją światową premierę. Dziś zaglądamy do środka każdej z szarych kopert z niemal bliźniaczymi napisami i sprawdzamy, jakie dźwięki zostały wygrawerowane na czarnych od smoły dyskach kompaktowych.



 

Spontaneous Live Series 009: Guilherme Rodrigues's Spontaneous Ensemble and Trio

Guilherme Rodrigues – wiolonczela, Marcelo Dos Reis – gitara elektryczna (utwór 1), gitara akustyczna (2, 3), Anna Jędrzejewska - elektronika (1), fortepian (2, 3), Wojtek Kurek - perkusja (1), Witold Oleszak - fortepian (1), Paweł Doskocz – gitara elektryczna (1), Michał Giżycki – klarnet basowy (1) oraz Ostap Mańko - skrzypce (1). Trzy improwizacje, 58:39.

Na początek oktet! Wiolonczela wybija inicjacyjny rytm, elektronika wysyła wilgotne fale, struny skrzypiec i tuba klarnetu oddychają, coś rezonuje, a drobiny prądu elektrycznego snują się po gryfach gitar – plejada drobnych, rwanych fraz zaczyna formować się w strumień powolnej narracji bez zbędnej zwłoki. Pierwsze preparowane dźwięki śle piano, skrzypce mimowolnie śpiewają, a coraz więcej akcji może liczyć na bystre reakcje. Jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki narracja nadyma się zimnym powietrzem, co zdaje się zwiastować pierwszą burzę tego wieczoru. Kulminacja jest jednak pozorna, muzycy czuwają bowiem kolektywnie nad poziomem emocji. Strumień żywych dźwięków skrzy się coraz większą liczbą preparowanych fraz, podczas gdy elektronika buduje echo, stoi w miejscu i szeleści. Każdy z instrumentów zdaje się teraz szukać dla siebie właściwego pasma transmisji dźwięku. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty improwizacja przypomina małe crescendo, którego końcową fazę zdobi pierwsza bardziej aktywna akcja perkusisty. Flow pnie się jednak dalej ku górze – cello śpiewa pod smyczkiem, gitary atakują ogniem rozproszonym i dopiero zdecydowania reakcja piana sprawia, że narracja wchodzi w długo oczekiwaną fazę wytłumienia. Kameralny klimat łapania oddechu dość niespodziewanie nabiera tu filigranowego rytmu. Strunowce repetują, gitary sieją mały zamęt, a drummer tyczy dalszy szlak podróży. Jeszcze tylko kilka mocniejszych uderzeń w klawiaturę i narracja długo przed upływem dwudziestej minuty wpada w kompulsywny free jazz. Dziki taniec trwa tu kilka minut, a tym, który gasi ów urokliwy pożar jest aktywny dramaturgicznie pianista. Faza uspokojenia koncertuje się teraz na frazach preparowanych i ekspozycjach dronowych. Z jednej strony krótkie, rwane półdźwięki, z drugiej oddech backgroundu, który wydaje się lepki od potu. Po niedługim czasie narracja znów zdaje się nabierać powietrza w płuca. Strunowe riffy i klarnetowe podmuchy piętrzą się dłuższą chwilę, po czym, jakby bez walki poddają się dominacji gitary, która sprytnie gasi emocje. Improwizacja zdecydowanie wchodzi teraz w fazę przedfinałowych pulsacji i dramaturgicznych rozterek. Mniej lub bardziej skondensowane porcje dźwięków, z gitarami na czele pochodu, dość szybko znajdują końcową ciszę.

A teraz trio! Otwarcie spoczywa na barkach wiolonczeli, która sprytnie nawiązuje do klimatu poprzedniego seta. Tymczasem gitara stoi w blokach startowych, a piano stawia na minimalizm. Wzajemne szukanie się artystów na scenie nie trwa jednak zbyt długo. Kameralna nieśpieszność dodaje uroku, ale nie odbiera szansy na budowanie czegoś bardziej interaktywnego. Nim to jednak nastąpi, muzycy proponują garść preparowanych, łamanych kołem zębatym dźwięków, pełnych rezonansu i strunowych westchnień, które definitywnie zdobią opowieść, a może i cały dysk. Sygnał do budowania bardziej zwartej narracji daje tu pianistka, która powtarza kilka fraz. Potem buduje flow na klawiaturze, pod który podłączają się rozśpiewane cello i gitara, która szuka rytmu. Wszyscy idą teraz na szczyt, który osiągają w okolicach dziesiątej minuty. Przez moment każdy instrument wydaje się tu być zbrojnym ramieniem perkusji. Uspokojenie realizuje się w chmurze mglistych i szeleszczących dźwięków, usytuowanych w bezpośredniej bliskości ciszy. Nowy wątek improwizacji klecony jest z drobnych interakcji, które w mgnieniu oka formują się w całkiem efektowną kulminację. Dynamika, świetne reakcje, klimat gitarowego post-flamenco – ogień ekspresji króluje na scenie do końca siedemnastej minuty, po czym gaśnie wprost w ramiona post-klasycznych, pięknych fraz ze strony każdego instrumentu. Nim improwizacja dokona swojego żywota, wiolonczelista zejdzie jeszcze nisko na kolanach, a pianistka odnajdzie na klawiaturze kilka jakże adekwatnych sekwencji. Dogrywka tria trwa niecałe pięć minut budując piękne, melodyjne emocje jakby mimochodem. Wiolonczela śpiewa, a piano preparuje lub pracuje na klawiaturze, wszystko czyniąc w duchu kompulsywnego minimalizmu. Z kolei gitara dba o dramaturgię, kąsa rockowym nerwem i koncertuje się na warstwie rytmicznej tej jakże piosenkowej improwizacji. Ów nieco zaskakujący finał zdaje się urokliwie reasumować wyczyny muzyków w trakcie całego albumu.



 

Spontaneous Live Series 010: Matthias Müller, Witold Oleszak, Peter Orins, Paulina Owczarek

Paulina Owczarek – saksofon altowy, Matthias Müller – puzon, Witold Oleszak – fortepian oraz Peter Orins – perkusja, instrumenty perkusyjne. Dwie improwizacje, 40:50.

Najpierw set zasadniczy! Mała, leniwa gra rozpoznawcza – dęte szumy, półśpiewy, gołe struny piana i szemrzące przedmioty na werblu – nie trwa tu zbyt długo. Muzycy czują zew, znają się w podgrupach, choć w kwartecie tracą właśnie dziewictwo. Już po czterech minutach dęte stwory zaczynają kręcić skromne pętle post-jazzu, a perkusja i piano rozbudowują się na backgroundzie. Kompatybilna i kolektywna improwizacja ma tu swoje drobne incydenty indywidualne – raz puzon idzie na wzgórze, innym razem alt rozdmuchuje duszne powietrze sali koncertowej, z kolei piano błyszczy matowymi strunami, a perkusjonalne akcesoria rezonują. Każda minuta zdaje się tu przemycać magiczne drobiazgi, chwile akustycznych uniesień. Całość nabiera pewnej meta dynamiki po przekroczeniu dziesiątej minuty. Kreacja dramaturgii idzie tu ze strony piana i perkusji, z kolei dęte stawiają stemple czułości i emocjonalnych onomatopei. Narracja nieco tanecznym krokiem wspina się na wzgórze, na które dociera w okolicach 17 minuty. Bierze wtedy głęboki oddech dzięki ciężkiej pracy rezonującego talerza. Nowy wątek inicjuje puzon, a w dziele kreacji wspierają go szczoteczki perkusji i garść matowych, tajemniczych fraz z głębi fortepianowego oceanu. Gra toczy się teraz na mikro frazy – ledwie muskane młoteczki, głaskane dysze, nano-perkusjonalia, szumy i puste westchnienia. Bliskie spotkanie z ciszą inicjuje pianista, reszta stąpa na palcach, pełna strachu przed wydaniem dźwięku. Improwizacja zaczyna wykluwać się z mroku w okolicach 25 minuty. Subtelna dynamika idzie od strony perkusji. Każdy instrument zdaje się tu mieć własne tempo, ale cztery strumienie fonii kleją się do siebie perfekcyjnie. Pierwszy do lotu wzbija się tu puzon. Alt śpiewa, piano stawia na dynamikę, a perkusja na intensywność. Brama ekspresyjnego free jazzu została właśnie otwarta! Tymczasem improwizacja zaskakująco przybiera postać dętego duetu. Perkusista po chwili wraca na samych talerzach, z kolei pianista drży głębią pudła rezonansowego. Opowieść nie szuka już jednak emocji, powoli układa się do snu. Umiera na samej klawiaturze, tulona szumiącą tubą altu i drżeniem werbla.

A teraz encore! Taniec short-cuts, niczym Jezioro Łabędzie po kilku głębszych! Wszystko zaziębia się w mgnieniu oka – subtelności mikro preparacji, ciepło klawiatury, garść emocji na werblu i w tubach. Artyści w pośpiechu szukają kantów i zadziornych fraz, gęstnieją jak na zawołanie. Kręcą finałową pętlę, sycąc ją ognistymi płomieniami. Melodie, powtórzenia, rytm i nieskończone połacie emocji. Free jazzowa kipiel zakończenia zostaje ugaszona jednym spojrzeniem.



 

Spontaneous Live Series 011: Superimpose with Witold Oleszak and Marcelo dos Reis

Matthias Müller – puzon, Christian Marien – perkusja, instrumenty perkusyjne, Witold Oleszak - fortepian (od 21:12) oraz Marcelo dos Reis – gitara elektryczna (od 21:12). Dwie improwizacje, 40:11.

Set główny, w połowie którego duet staje się kwartetem! Pierwsze minuty koncertu, to prawdziwa mantra minimalizmu. Najpierw samotna stopa na bębnie basowym – bije jednostajny, powolny rytm, wypełniony kilogramami ciszy. Pierwsze oddechy puzonu następują po upływie półtorej minuty. Wtedy to perkusja dokłada kilka dodatkowych mikro fraz. Narracja z czasem nabiera powietrza, a może je tylko wypuszcza puzonowymi wentylami. Wieje umiarkowany wiatr, delikatnie kropi deszcz. Po upływie 5 minuty puzonista rozpoczyna bardziej zwartą, po części dronową ekspozycję. Podobnie rzecz ma się z perkusistą, który poleruje glazurę werbla … kostką styropianu. Po kolejnych trzech minutach artyści na moment stają w zupełnej ciszy, po czym rozpoczynają budować nowy wątek. Długie wydechy, skromny drumming, kłębowisko kurzu, tupot mew o pusty pokład. Opowieść nabiera jednak pewnej wewnętrznej dynamiki, przypomina teraz parowóz, który sapie na podjeździe. Po kolejnych kilku minutach flow znów szuka ciszy i przechodzi w fazę obustronnych preparacji - hydraulika, wulkanizacja, chmury rezonującej blachy i metalu. Narracja z oporami pnie się jednak ku górze – w tubie puzonu zagnieździł się jakiś ptak, na werblu piszczą tajemnicze przedmioty. Nim muzycy osiągną szczyt, wydadzą jeszcze z siebie kilka kompulsywnych okrzyków, które przypominają syrenę alarmową, po czym wejdą w tryb pełnowymiarowej narracji. W okolicach 20 minuty przestępują do fazy dramaturgicznego spowolnienia, która z pewnością jest już próbą przygotowania się dwójki muzyków na wizytę gości na scenie. Gitarzysta i pianista wchodzą w suchą magmę narracji i wydają kilka nieśmiałych dźwięków. Gitara dudni, śle garść flażoletów, piano liczy struny, a gospodarze spektaklu głęboko oddychają i szeleszczą. Po wybiciu 25 minuty cała czwórka bierze się do roboty! Pianista szarpie za struny, ale nie zapomina o klawiaturze, gitarzysta preparuje, ale łaknie też bazy dla rozwoju bardziej linearnej opowieści, puzonista wypatruje melodii i wydaje się być na delikatnym rozdrożu, z kolei perkusista preparuje i w ślad za gitarzystą szuka podwalin pod bardziej rytmiczną opowieść. Gdy puzon w końcu decyduje się na bardziej energiczny ruch, improwizacja od razu dostaje wiatru w żagle. Muzycy dynamizują swoje działania, ale nie idą na szczyt. Każdy dokłada teraz od siebie ziarenko złota, a całość efektownie wpada w polirytmię. Śpiewy, westchnienia, meta dynamiczne sploty zdarzeń sięgają narracyjnego punktu przegięcia, po czym wyjątkowo efektownie gasną w ciszy.

No i encore! Na początek plejada drobnych, klawiszowych fraz, które płyną dość matowym strumieniem. Gitarzysta szoruje struny, perkusista kłębi się w sobie, a puzonista po chwili zawahania zanosi się śmiechem i podrywa kolegów do lotu. Opowieść gęstnieje w ułamku sekundy, rysując połamane, kanciaste bohomazy ekspresji. Potem formuje się w taneczny szyk i jeszcze przed upływem szóstej minuty, bystrym cięciem skalpela, wpada wprost w burzę oklasków.

 

Wszystkie dźwięki zostały zarejestrowane w dniach 1-3 października 2021, w trakcie piątej edycji Spontaneous Music Festival, Dragon Social Club, Poznań, Polska. Wszystkie płyty dostępne są w formacie CD, Spontaneous Music Tribune, 2022.



czwartek, 13 października 2022

Jesienne premiery płytowe Spontaneous Live Series!


(informacja prasowa)


Szósty Spontaneous Music Festival zakończył się w poznańskim Dragonie w minioną sobotę. W jego trakcie, zgodnie już z kilkuletnią tradycją, miała miejsce światowa premiera nowych albumów w ramach cyklu „Spontaneous Live Series”. Ta seria wydawnicza z muzyką improwizowaną dokumentuje koncerty, jakie odbyły się w trakcie kolejnych edycjach wspomnianego festiwalu. Skoro zakończyliśmy właśnie edycję anno domini 2022, to na płytach cyklu swą premierę miały nagrania z roku poprzedniego, zatem powstałe w trakcie „Are You Spontaneous? 5. Spontaneous Music Festival 2021”.

Na trzech wolumenach - 009, 010 i 011 - znalazły się cztery sety ubiegłorocznego festiwalu. Czy najlepsze, najciekawsze, to już subiektywna ocena publiczności. W opinii wszakże wydawcy i współtwórcy Festiwalu, na płytach słyszymy właśnie to, co na deskach Dragona było najbardziej frapujące, godne uwagi i upamiętnienia na trwałym nośniku.

Co dokładnie działo się na trakcie owych czterech setów, które miały miejsce od 1 do 3 października 2021 roku i utrwaliły się na najnowszych płytach „Spontaneous Live Series”, przypomnimy sobie sięgając po festiwalową relację sprzed roku, zamieszczoną zarówno na łamach Jazzarium.pl, jak i Trybuny Muzyki Spontanicznej.  



 

Spontaneous Live Series 009

Dziewiąty album serii zawiera dwa festiwalowe sety. W pierwszej kolejności, to ponad półgodzinny występ Spontaneous Ensemble w składzie: Guilherme Rodrigues (wiolonczela), Marcelo Dos Reis (gitara elektryczna), Anna Jędrzejewska (elektronika), Wojtek Kurek (perkusja), Witold Oleszak (fortepian), Paweł Doskocz (gitara elektryczna), Michał Giżycki (klarnet basowy) oraz Ostap Mańko (skrzypce). Na krążku znajdujemy także set tria, uformowanego przez muzyków współtworzących wyżej wspomniany oktet: Guilherme Rodriguesa (wiolonczela), Marcelo Dos Reisa (gitara akustyczna) oraz Annę Jędrzejewską (fortepian).

„Muzycy nie korzystali (…) z jakichkolwiek notacji, powiedzieli do siebie ledwie kilka słów przed występem. Sam Guilherme w zasadzie wskazał tylko na jeden ważny aspekt luźno zaplanowanej improwizacji – wszyscy mamy się intensywnie słuchać! Efekt był wszakże wspaniały. Ośmioro muzyków grało wedle wewnętrznego porządku, nigdzie niezapisanego - dźwięki płynęły gęstym strumieniem prosto z ich zwojów mózgowych, splecionych niebywale intensywną, artystyczną empatią. Improwizacja początkowo stawiała na kameralne frazy, na pewien minimalizm, ale wielokrotnie w trakcie 35-minutowego seta uciekała w efektowne, gorące, niemal ogniste erupcje emocji. (…) Trio zaprowadziło nas do krainy zmysłowej free chamber music (…). Mistrzowska dramaturgia, fantastyczne, akustyczne brzmienia, no i ten błysk narracyjnej perfekcji, szczególnie ze strony pianistki.”



 

Spontaneous Live Series 010

„Festiwalowa sobota zaczęła się od trzęsienia ziemi, a potem było jeszcze goręcej. Wedle spontanicznych reguł tej imprezy – najpierw składy „ad hoc”, a zatem złożone z muzyków, którzy grali ze sobą po raz pierwszy. Na początek taki oto kwartet - Paulina Owczarek na saksofonie altowym, Peter Orins na perkusji, Matthias Müller na puzonie i Witold Oleszak na fortepianie. Muzycy ci znają się dobrze, grali ze sobą w kilku układach duetowych, ale nigdy w takim kwartecie. Koncert wyniósł publiczność do samego nieba swoją swobodną, kosmicznie rozhulaną improwizacją. Co najbardziej intrygujące, szczególnie zazębiające się akcje biegły wprost od dwójki muzyków, którzy spotkali się na scenie z pewnością po raz pierwszy – od perkusisty i pianisty.”

 


Spontaneous Live Series 011

„Finał piątego spontanicznego festu zaczął się tuż przed godziną 22-ą czasu środkowoeuropejskiego. Na scenie świętujący swoje 15-lecie duet Superimpose - Matthias Müller (puzon) oraz Christian Marien (perkusja). Bijąca stopa bębna basowego, pierwsze pomruki buchającego zimnym powietrzem puzonu. Narracja budowana niczym piramida kart, wymagająca ogromnej precyzji, ale nienarażona na katastrofę. Po 20-25 minutach, w trakcie trwającej nieprzerwanie improwizacji, niemal niespostrzeżenie do duetu dołączyli - Marcelo Dos Reis (gitara elektryczna) oraz Witold Oleszak (perkusja). Dwaj ostatni weszli do świata Superimpose, jakby byli jego częścią całe piętnaście lat, a może i dłużej. Przynieśli dodatkową porcję własnych dźwięków, o niemal metafizycznej kruchości, ale definitywnie nieśmiertelnych. Wspaniały koncert, gigantyczne zwieńczenie trzech dni ciężkiej pracy, po obu stronach sceny.”

 

Wydawcą cyklu „Spontaneous Live Series” jest Trybuna Muzyki Spontanicznej. Wszystkie albumy ukazują się w formie tłoczonych w regularny sposób CD.

Wszystkie krążki są dostępne. Zapytaj wydawcę, nawet na tej stronie!



 

piątek, 22 kwietnia 2022

Vasco Trilla, Ostap Mańko, Michał Joniec & Michał Giżycki! Live at SMF #4!


Czwarta edycja Spontanicznego Festiwalu w Poznaniu, wtedy z nazwy i treści, tudzież okoliczności drugiej fali pandemii, miała w podtytule wpisane degenerująca. Jej otwarcie, w piątkowy, październikowy wieczór roku 2020 przypadło w udziale trójce lokalnych muzyków, którym do wspólnej, swobodnej improwizacji doproszono gościa z dalekiej Katalonii. Weszli na scenę Dragona w okolicach godziny 19.30. Mieli ze sobą klarnet basowy (zamiennie z saksofonem tenorowym), skrzypce, perkusję z całą masą dodatkowych przedmiotów wydających dźwięki i wszechświat metalowych śmieci. Zajęli oczy i uszy publiczności przez pół godziny z kilkuminutowym okładem. Już w trakcie występu doskonale wiedzieli, że dobrze idzie. Fonograficzna pamiątka z tamtego spotkania w formie pięknie brzmiących plików elektronicznych, to naturalna konsekwencja ówczesnego ich stanu ducha. Zaglądamy do środka tego frapującego zbioru dźwięków.

 


Muzycy od początku tkają swoją opowieść filigranowymi dźwiękami, nasłuchują się wzajemnie, niczym płocha zwierzyna wystawiona na grozę dużej, otwartej przestrzeni. Są czujni, ekstremalnie skupieni i zdeterminowani, by ich dźwiękowy spektakl wbił się w nasze uszy w sposób nieodwracalny. Pierwsze perkusyjne frazy dwóch jakże różnych zestawów metalowych przedmiotów docierają do nas z głębokiej ciszy, z mglistą poświatą tajemnicy. Obok klarnet wydmuchuje czyste powietrze, a struny skrzypiec pętlą się wzajemnie. Free slowly chamber in mysterious way! Narracja pełna zasupłanej nieskończoności narasta niczym letnia burza bardzo leniwego popołudnia. Jednakże już na początku czwartej minuty pierwsze emocje gasną w czerstwej ciszy. Frazy dziergane przez improwizatorów zdają się być teraz jeszcze bardziej filigranowe – szumy, oddechy, małe dźwięki uderzania metalem o metal, strzępy melodii plecione stojąc na placach, drżące talerze i drobne, elektryczne silniczki, które pracują na werblu perkusji.

Nim upłynie 10 minuta koncertu dostajemy się w wir pierwszego, jakże efektownego spiętrzenia dramaturgicznego. Kolektywna zabawa budowana riffami skrzypiec i gęstym dronem melodii klarnetu, nie bez atrybutów metody call & responce, kończy swój żywot w ciszy kreowanej rezonującymi, metalowymi akcesoriami. Opowieść na kilka długich chwil przepoczwarza się w perkusjonalny duet, który pracuje blisko ciszy, generując niebywałą jakość. Skupienie, celebracja, jak wyniesienie swobodnej improwizacji na ołtarze wiecznego mroku. Klarnet i skrzypce też tu zapewne grają, choć ich działania nie przyjmują postaci dźwiękowej.

Po upływie kwadransa artyści zaczynają budować nową opowieść. Ich działaniom towarzyszy pewna ulotna dynamika, tudzież narracyjna, kolektywna zgoda na zadany kierunek podróży. Są umiarkowanie nerwowi, pobudzeni perspektywą kreowania kolejnych zdarzeń fonicznych. Lubią też zmiany, bowiem raz za razem każdy z nich ciągnie improwizację w coraz ciekawsze rejony. Po 22 minucie znów dostajemy zmysłową porcję perkusjonalnych dialogów na małe, metalowe przedmioty. Rezonans miesza się tu szelestem, tworząc wystudzoną lawę surowych, jakże pięknych akustycznie dźwięków. Tymczasem muzycy zaczynają coraz dotkliwiej preparować swoje narzędzia pracy. Spoglądają ku górze, a nieistniejące światło słoneczne przepala im źrenice. Swoje kilka bezcennych, samotnych chwil dostają tu skrzypce - mantra post-baroku czyniona na bazie coraz mroczniejszego tła. Suspens buduje tu dodatkowe emocje, a splot zdarzeń prowadzi muzyków na kolejny, znów dość drobny szczyt. Zejście z niego odbywa się w ciszy, zdobionej szumem dętej tuby. Obok rezonują powierzchnie płaskie, które nadymają się niczym dmuchawce. Melodia i spirytualny rytuał saksofonu, który niespodziewanie wstąpił w rolę klarnetu, to kolejny atrybut tej dramy. Muzycy w skupieniu zaczynają poszukiwać fazy ostatecznego wydechu. W konsekwencji pewnego dramaturgicznego zaniechania finał improwizacji spoczywa wyłącznie na barkach perkusjonalistów, którzy z przeciwległych krańców sceny ślą nam efektowne gesty pożegnania.

 

Vasco Trilla, Ostap Mańko, Michał Joniec, Michał Giżycki Live at SMF #4 (Torf Records, DL 2022). Ostap Mańko – skrzypce, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon tenorowy, Michał Joniec - metal rubbish universe oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane 11 października 2020 roku w trakcie Degenerative 4. Spontaneous Music Festival, Dragon Social Club, Poznań. Jedna improwizacja, 35:55.



piątek, 1 października 2021

Spontaneous Live Series and its new stories: 006, 007 & 008!


Niejako przy okazji, a być może właśnie w pełnym blasku piątej edycji Spontaneous Music Festival 2021, który rozpoczyna się dokładnie dziś (!!!), swe światowe premiery mają trzy kolejne płyty serii wydawniczej Trybuny Muzyki Spontanicznej, zatytułowanej Spontaneous Live Series.

Przypomnijmy, iż w ramach tej inicjatywy fonograficznej ukazują się nagrania koncertowe, zarejestrowane w poznańskim Dragon Social Club przy okazji kolejnych edycji Spontanicznego Festiwalu. Do tej pory ukazało się pięć płyt, a swych swobodnie improwizowanych dźwięków użyczali na ich srebrnych dyskach m.in. Luis Vicente, Vasco Trilla, Yedo Gibson, Vasco Furtado, Colin Webster, Andrew Lisle, Dirk Serries, Roger Turner, Witold Oleszak, Paweł Doskocz, czy Michał Dymny.

Zapowiadane na dzień 1 października br. nowości, to nagrania w całości zarejestrowane w trakcie ubiegłorocznej, czwartej edycji Spontaneous Music Festival, którą zdobił epitet Degenerative. Dwa z ich, to efekt specjalnych zamówień festiwalowych, których realizacji podjął się wenezuelski saksofonista, kompozytor i dyrygent El Pricto. Ta trzecia, to dźwiękowy skutek obecności na festiwalu niemieckiego puzonisty Matthiasa Müllera, który zaprezentował się w dwóch tzw. składach ad hoc, a zatem złożonych z muzyków, którzy w danej konfiguracji personalnej (tu kwartet i trio) grali ze sobą po raz pierwszy. Poniżej prezentujemy garść impresji Pana Redaktora po odsłuchu koncertów już bezpośrednio z płyt kompaktowych.

 


Spontaneous Live Series 006: Matthias Müller (puzon, utwory 1-4), El Pricto (saksofon altowy, 1-3), Vasco Trilla (perkusja, 1-3), Wojtek Kurek (perkusja, 1-3), Witold Oleszak (fortepian preparowany, 4), Jasper Stadhouders (gitara akustyczna i mandolina, 4). Nagrane w trakcie Degenerative 4.Spontaneous Music Festival, 10-11 października 2020, Dragon Social Club. Cztery improwizacje, łączny czas: 58:53.

Set kwartetowy podzielony został na dysku na trzy części. Początek ceremonii kreuje jeden z perkusistów, który szeleści chmurą akustycznych dźwięków. Dęte instrumenty burczą i szumią. Przyczajone tygrysy, ukryte smoki z czasem nabierają mocy i brzmią niczym zdezelowane sprężarki powietrza. Wszystko zdaje się drżeć do momentu, gdy swoje dziewicze frazy wyda drugi z perkusistów. Flow wówczas gęstnieje i obiera kierunek kompulsywnego free. Puzon i saksofon prowadzą swój permanentny dialog, dwie perkusje brną w metafizyczny swing. Drugi epizod otwiera puzon, który preparuje wyjątkowe danie! Perkusje rysują kolorowe smugi dźwięków, a saksofon syczy, niczym pijany we mgle. Akustyka chwila eksploduje urodą, ale nie ekspresją. Nabiera gęstości, ale nie tempa. Smakuje kwasowym post-industrialem, budowanym dętymi frazami i smolistymi deep drums. Finałową część seta otwiera gong, który długo wybrzmiewa. Puzon szumi, spoglądając na resztę kwartetu, która milczy złowrogo. Płaskie powierzchnie rezonują, te obłe drżą i szeleszczą. Misterium suspensu, w oczekiwaniu na głos milczących. Gdy w końcu do zabawy podłączą się już wszyscy, nieznany glos, recytując tekst w nieznanym języku, daje kwartetowi zastrzyk energii, który doprowadza go pod ścianę spazmatycznych oklasków.

Set trzyosobowy toczy się na srebrnym dysku bez jakichkolwiek przerw. Z miejsca artyści zapraszają nas do wielkiej krainy fake sounds. Tym, który wydaje na wejściu dźwięki perkusyjne jest … gitarzysta (choć mający, póki co, w ręku mandolinę), tym, który ugniata niezidentyfikowane obiekty jest pianista, a jedynie puzonista zdaje się frazować w sposób, który może być kojarzony z brzmieniem jego narzędzia pracy. Kolejne minuty seta kreowane są pewnym intrygującym dysonansem – preparowane piano i puzon grzmią niemal industrialnie, podczas gdy gitara naprzemiennie z mandoliną bawią się w post-gotyk. Wszystko wszakże, co generują artyści zaskakująco dobrze ze sobą koreluje, łączy się w imitacyjne duety, albo kompulsywne okrzyki całego tria. Narracja jest wartka, rzadko pojawia się w okolicach ciszy. Bywa jednak delikatna, niemal neoklasyczna, bywa też zadziorna i po prawdzie niebezpieczna. W drugiej części seta duży zastrzyk energii płynie z okazjonalnego duetu masywnego puzonu i piana, które szuka dynamiki. Powrót mandoliny tłumi emocje, ale zdaje się generować jeszcze więcej wrażeń czysto estetycznych. Docieramy nawet do momentu, gdy puzon po prostu śpiewa, a mandolina frazuje niczym tancerka w operetce wiedeńskich klasyków. Dla kontrastu zaraz potem ta ostatnia zamienia się ponownie w instrument perkusyjny. Czeka na nas jeszcze solowy incydent puzonu, wreszcie finałowe przyspieszenie kreowane już przez wszystkich muzyków. Flow ciągnie na szczyt nade wszystko roztańczony puzon, piano robi tu swoje, a gitarzysta – w ramach rekontry - urokliwie bawi się jakimś grzechoczącym przedmiotem. Opowieść gaśnie na raz, z mocy nieistniejącego ośrodka dowodzenia.

 


Spontaneous Live Series 007: El Pricto Electric Guitar Quintet (version 2020). El Pricto (kompozycja i dyrygentura) oraz Jasper Stadhouders, Diego Caicedo, Hubert Kostkiewicz, Michał Sember i Paweł Doskocz – gitary elektryczne. Nagrane w trakcie Degenerative 4.Spontaneous Music Festival, 10 października 2020, Dragon Social Club. Cztery utwory, łączny czas: 41:05.

Gitarowe rozbłyski na mrocznym niebie! Każdy z muzyków frazuje nieco inaczej – posadowiony centralnie Caicedo grzmi i cedzi połamane riffy, gitarzyści posadowieni na flankach ripostują post-ambientem. Narracja toczy się od fali mocy po fale subtelności, od uderzenia w krwiste struny po kojące ornamenty pick-upów. Jakbyśmy zostali zaproszeni na prelekcję dotyczącą historii szalonych odmian muzyki rockowej – od krautrocka, przez psychodelię, aż po obrzeża jego progresywnych estetyk. Nie bez hard-rockowych kulminacji, kłębiastych spiętrzeń i drobnych wybuchów niekontrolowanych emocji. Druga kompozycja zaczyna się od matowych preparacji, mrocznych plam i dramaturgicznych znaków zapytania. Gitary łączą w małe konstelacje, atakują lotem oskrzydlającym, kontrapunktują szykiem diagonalnym. Pięć gitar w nieustannym ruchu, nerwowych oddechach, kompulsywnych westchnieniach. Narracja staje się tu bogatsza z każdą sekundą swojego życia. Akcja goni akcję, a faza stand by dawno już przyjęła wartości zerowe. Nad tą hordą szaleńców czuwa Pricto – podpowiada, stymuluje, kreśli ramy swobodnej improwizacji dla każdego muzyka w ramach zadanej sekwencji dźwięków i upływającego czasu. Artyści kleją się w pary, tria, ale jeśli fermentują kreatywnością, czynią to na ogół w trybie indywidualnym. Na koniec bawią się w parateatralne figury.

Trzecia kompozycja dedykowana jest Eddiemu Van Halen, co słychać zarówno na etapie zapowiedzi utworu, jak i w trakcie samej rozgrywki. Opowieść rodzi się w chmurze gitarowych szmerów i małych przesterów. Narracja tli się śpiewnymi, ale mrocznymi frazami, potem stawia na rockowe przełomy, wreszcie dociera do fazy ambientowych przepychanek i gitarowych preparacji. Wybrzmiewa zaś nutami dalece minimalistycznymi. Finałowa kompozycja już definitywnie stawia na duże emocje! Środek sceny uderza z całej siły, na flankach stawiane są zasieki. Suspens niemal post-metalowy budzi grozę. Po chwili, jakby dla kontrastu, cały arsenał gitar schodzi na poziom wytłumionych, post-rockowych powtórzeń. Pojawia się nawet melodia, która złowieszczo charczy. Garść przepychanek, tupania nogą i pokrzykiwania zdobi kolejne pętle narracji. Last minute błyszczy zaś szalonym tripem psychodelicznego rozchełstania, czynionym w całkiem żwawym tempie.

 


Spontaneous Live Series 008: El Pricto & Degenerative Spontaneous Orchestra. El Pricto (prowadzona w czasie rzeczywistym transkrypcja oryginalnych partytur Karola Szymanowskiego, Fryderyka Chopina i Mieczysława Karłowicza na język improwizacji oraz dyrygentura) oraz Paweł Doskocz i Diego Caicedo (gitary elektryczne), Ostap Mańko (skrzypce), Witold Oleszak (fortepian), Michał Giżycki (klarnet basowy), Matthias Müller (puzon), Vasco Trilla (perkusja), Paweł Sokołowski (sopranino), Jasper Stadhouders (mandolina, ostatni utwór). Nagrane w trakcie Degenerative 4.Spontaneous Music Festival, 11 października 2020, Dragon Social Club. Cztery utwory, łączny czas: 35:34.

Na pierwszy ogień idzie Szymanowski! Piano i perkusja budują skromny rytm, po którym ślizgają się pozostałe instrumenty, ze skrzypcami na czele. Akustyczny marszobieg z pieśniami żałobnymi na roześmianych ustach inkrustowany jest subtelnymi kontrapunktami całej orkiestry. Niedługo potem o swoim życiu przypominają gitarowi wichrzyciele, tu posadowieni na przeciwległych krańcach sceny. Flow ciągną skrzypce, reszta lepi się do nich i wspina na pierwszy szczyt, po czym spada z niego wprost w kameralne lamenty. Niedługo potem muzycy fundują nam jakby restart narracji – piano & drums, jątrzące gitary, złorzeczący i grzmiący klarnet do pary z puzonem, łkające skrzypce. Znów brną przez efektowne wzniesienie po skraj rozległej doliny. Teraz Chopin! Kolektywne, głośne, gitarowe otwarcie, lekko rozjechane temperamentem artystów. Na front sforuje się teraz puzon, dobrze wspierany deep drummingiem. We wspólną podroż udają się także skrzypce i klarnet. W tle artyści szyją całkiem epickie przełomy, nie bez muskularnych spiętrzeń i fortepianowych interludiów. Gdy wataha muzykantów dociera w końcu na szczyt, piękne expo prezentują skrzypce. Chopin umiera w całkiem dynamicznej sytuacji scenicznej.

Teraz Karłowicz! Zaczynamy spokojnymi preparacjami skrzypiec, rozsianym na dętych polu drobnych fonii. Narracja gra ciszą, wytłumionymi gitarami, stemplami perkusji i humorem skrzypiec. Leniwy krok sprzyja drobnej eskalacji ostatniego z instrumentów. Po kilku dętych kontrapunktach i post-jazzowych frazach gitary, swoje trzy efektywne grosze dokłada samotne sopranino. Narracja gęstnieje rytmem, który szyją perkusja i gitara. Opowieść zaczyna przypominać nieco ślamazarny marsz wygłodniałych krwiopijców. Tymczasem akcja goni tu akcję, a każdy z muzyków dostaje swoje małe poletko do swobodnej improwizacji. Zakończenie skrzy się emocjami i zmyślnymi przełomami dramaturgicznymi. Na finał tego szalonego koncertu znów Szymanowski, tu zdegenerowany do postaci koncertu mandolinowego. Mała gitara zatem w roli głównej, ale reszta orkiestry bynajmniej nie ułatwia jej zadania. Utwór kipi od emocji, tak złych, jak i dobrych, ale dzielna mandolina nie daje za wygraną. Śpiewy, salwy mocy i krwiste kontrapunkty. Kilka dobrych dialogów w podgrupach, kilka drummerskich stempli i druzgocących przełomów. Ale mandolina, i tak pozostaje wiecznie żywa!

 

 

piątek, 27 listopada 2020

Tonus! Intermediate Obscurities III - Live At Spontaneous Music Festival 2019!


To był z pewnością jeden z najcichszych i najspokojniejszych sobotnich wieczorów w kilkunastoletniej historii klubu Dragon. Pomieszczenie bezpośrednio sąsiadujące z salką koncertową (tu zwaną Małym Domem Kultury), zazwyczaj pełne restauracyjnych klientów, zostało opróżnione ze wszelkiej materii ożywionej, zdolnej wydawać jakiekolwiek dźwięki. Na tzw. bramce stanęli uzbrojeni po zęby, postawni mężczyźni, których zadaniem było niedopuszczenie do sytuacji, by po godzinie zero ktokolwiek prześlizgnął się przez klubową śluzę wejściową. Ci szczęśliwcy, którym udało się zasiąść na widowni, nie mogli wydawać z siebie jakichkolwiek dźwięków w trakcie koncertu, ich oddechy musiały być miarowe, a przełykanie napojów gazowanych całkowicie bezszelestne. Panie i Panowie, Tonus – the most silent band in the world!

 


Graficzna notacja, która kreuje proces improwizacji zdaje się pozwalać muzykom na niezbyt wiele, a może jest jednak dokładnie odwrotnie – akord gitary, cisza, szum i delikatne podmuchy z tuby saksofonu, tudzież gryfów licznych instrumentów strunowych, mała pompa-ssąco tłocząca, a potem znów akord gitary, cisza i powtórka zadanej sekwencji. Ośmiogłowa hydra pracuje na razie w edycji stand-by. Z przemożnej ciszy rodzi się życie, machina mikro dźwięków, egzotyka stuprocentowej akustyki, metafizyka improwizacji. Swoją obecność na scenie zaznacza też piano, syjamski brat gitary, zdaje się, że kolejny cerber brzmieniowego ładu i dramaturgicznego porządku. Struny, pudła rezonansowe, tajemnica nieznanej przestrzeni, oniryzm ulotnej chwili. Pierwsza zaplanowana cisza zupełna następuje tuż przed upływem 5 minuty koncertu.  Życie pozagrobowe Dragona jednak trwa. Coś zaskrzypiało, ktoś głęboko westchnął dwa piętra niżej. Cisza żyje niepełną minutę.

Nowe otwarcie dzieje się za przyczyną … kolejnego akordu gitary. Wokół niego buduje się strumień mikro fraz, których gęstość po każdej pętli wydaje się rosnąć. Posadowione na lewej flance skrzypce pozwalają sobie nawet na kilkudźwiękową sekwencję zdarzeń. Z drugiej strony sceny, w okolicach werbla coś z czymś intrygująco rezonuje. Pianistyczne preparacje reagują na wszystko ulotnym echem. Stają się drugim po gitarze sercem tej improwizacji. Bogactwo dźwięków rodzi się w naszych uszach, które bolą z wysiłku wyjątkowo uważnego słuchania. W połowie 10 minuty następuje kolejna, zaplanowana cisza, która – to już wiemy – jest tu po prostu kolejnym dźwiękiem, kolejnym aktorem spektaklu nieoczywistości.

Formuła improwizacji wynikająca z graphic score, budowana dyktatem umiarkowania i minimalizmu, z czasem zdaje się wydobywać z każdego muzyka dodatkowe pokłady kreatywności. Skoro mam do dyspozycji źdźbło dźwięku, staram się przekazać w nim całe skomplikowanie otaczającego nas świata. Dużo dzieje się na strunach, ale kolejnym dramaturgicznym peakiem wydaje się być przede wszystkim … dźwięk gniecionej kartki papieru, który podprowadza nas pod kolejny interwał ciszy. Następuje on w 18 minucie i tym razem trwa pełną minutę zegarową!

Na lewej flance groźnie pomrukuje cello, piano trzyma z nim sztamę, a skrzypce już po raz drugi tego wieczoru decydują się na dłuższe frazowanie. Każda odsłona tego niezwykłego spektaklu, wyznaczana żywą ciszą, dostarcza publiczności nowych wrażeń, sekwencji dźwięków i intrygujących rezonansów. Tu jednak, gdzie każda fonia może znaczyć tak wiele, wyraźny i zdecydowany dźwięk klawisza fortepianu brzmieć może niczym złowroga burza w piorunami. Dobrze też słyszymy silnie oddychające dysze saksofonu. Werbel i kilka dołączonych do niego akcesoriów zdają się budować strugi post-ambientu, który przy okazji lepi kilka zabłąkanych fraz innych instrumentów. Na gryfie altówki tańczą wyjątkowo małe palce jakże postawnego mężczyzny. W okolicach 26 minuty improwizacja, którą stymulują akordy gitary żyje już prawdziwie własnym życiem, do tego stopnia, iż możemy ogłosić, iż właśnie powstająca garść długich fraz jest na tyle głośna, iż skupiony widz może śmiało przełknąć łyk piwa, nie zakłócając przy tym przebiegu koncertu. Szczególnie aktywna w tym momencie jest lewa flanka, za którą odpowiada frakcja wschodnioeuropejska z skrzypcami, gitarą, fortepianem i wiolonczelą. Na prawej flance, definitywnie zachodnioeuropejskiej, równie wiele znów dzieje się na perkusyjnym werblu. Po wybiciu 28 minuty scenę Dragona znów spowija jednak cisza. Uprzedźmy wypadki – ostatnia tego wieczoru.

Trzeszczą stare podłogi, drżą struny opuszczone przez muzyków, pulsuje werbel, a fortepian komentuje wszystko kilkoma dźwiękami wprost z klawiatury. Finałowa faza spektaklu toczy się pełnią życia, trwa niczym najlepsze chwile pięćdziesięcioletniej historii AMM - dźwięki mówią, oddychają, reagują na siebie, tworzą mgławice i płynne strumienie powietrza. Na finał zupełny cudownie lepią się w kolektywny dron.

 

Spontaneous Live Series 005: Tonus Intermediate Obscurities III - Live At Spontaneous Music Festival, October 5th 2019. Dirk Serries (gitara akustyczna, notacja graficzna), Pawel Doskocz (gitara akustyczna), Andrew Lisle (perkusjonalia), Ostap Mańko (skrzypce), Witold Oleszak (fortepian), Anna Szmatoła (wiolonczela), Benedict Taylor (altówka), Colin Webster (saksofon altowy). Dragon Social Club, Poznań. Jeden trak, 40:21 (Spontaneous Music Tribune, CD 2020)

 

Uwaga! Autor recenzji jest wydawcą tej płyty!

 

 

środa, 14 października 2020

Degenerative 4. Spontaneous Music Festival is done! The one and only miracle! The report!


Czwarta, prawdziwie zdegenerowana (nikczemna!) edycja Festiwalu Muzyki Spontanicznej w poznańskim Dragonie za nami. Wszyscy muzycy zagraniczni dojechali (oczywiście po zmianach w programie, jakie miały miejsce na tydzień przed imprezą), zaplanowanych jedenaście setów wybrzmiało niemal wyłącznie frapującymi dźwiękami (a w sumie było ich nawet dwanaście!), dopisała publiczność (oczywiście w zakresie, na jaki pozwalały pandemiczne obostrzenia), a w klubowym sejfie zaległ karton ze zdrowotnymi oświadczeniami muzyków, organizatorów i publiczności (składanymi każdego dnia). Obyśmy nigdy nie musieli do niego zaglądać!

 


Piątek, dziewiątego

Na piątek organizatorzy zaproponowali dwa składy ad hoc (pierwsze spotkania muzyków w danym składzie) oraz jeden bardzo pracowity working band. Rola otwierającego imprezę przypadła kwartetowi, który składał się z muzyków współtworzących od kilku już lat Poznańską Orkiestrę Improwizowaną - Ostapa Mańko (skrzypce), Michała Giżyckiego (klarnet basowy, saksofon tenorowy) i Michała Jońca (perkusyjny złom!) oraz stałego gościa sceny dragonowej, barcelońskiego perkusisty Vasco Trilli. Muzycy zaproponowali set swobodnej improwizacji w bardzo kameralnym wydaniu, z dużą ilością przestrzeni dla każdego pomysłu dramaturgicznego, tłumionymi emocjami i masą pięknie brzmiących, akustycznych fonii. Kwartet płynął na ogół kolektywnym strumieniem, czasami dzielił się także na duety, a sam finał – prawdziwie popisowy – stał się udziałem obu perkusjonalistów, którzy zabrali nas w niebywałą podróż po zakamarkach metalicznych, preparowanych dźwięków (jedna z uczestniczek koncertu poczuła się, jak w gęstym lesie!).

Tuż potem ad hoc trio, które efektownym setem wyznaczyło jeden z ważniejszych trendów festiwalu – jego ponadgatunkową różnorodność i permanentną zmienność akcji. Holenderski gitarzysta Jasper Stadhouders spotkał się tu z polskim muzykami - Wojtkiem Kurkiem (perkusja) i Pawłem Doskoczem (gitara). Muzycy zagrali niezwykle energetyczny set, pełen barw (gitarzyści zmieniali instrumenty, jak rękawiczki), zwrotów dramaturgicznych (perkusista doskonale kontrował bezczelne zachowania obu partnerów) i chwilami niemal rockowych emocji. Najlepsze wszakże momenty tria, to te, w trakcie których obaj gitarzyści korzystali z instrumentów akustycznych. Bardzo mocny moment festiwalu!

Na finał pierwszego dnia barcelońskie trio Hung Mung w składzie - El Pricto na saksofonie altowym i syntezatorze, Diego Caicedo na gitarze i Vasco Trilla na perkusji. Wyśmienity set składał się zdecydowanie z dwóch części. W pierwszej Pricto grał na saksofonie, a muzyka pięknie snuła się po scenie (choć całkiem dynamiczna) z delikatnym, free jazzowym stemplem. W drugiej części wenezuelski artysta sięgnął po syntezator i zaczął generować niskie, dronowe pasaże. W tej sytuacji rolę przodownika pracy przejął na siebie Caicedo, który pociągnął Hung Mung niemal w blackmetalową otchłań. Trilla, jak to ma w zwyczaju, doskonale wklejał się w obie koncepcje tria. Kolejny niezwykle emocjonujący koncert festiwalu.

 


Sobota, dziesiątego

W sobotę do grona muzyków festiwalowych dołączyła kolejna szóstka artystów. Aż trzech z nich przyjechało z Wrocławia. I to właśnie dwóch wrocławian rozpoczęło sobotnie zmagania z improwizacją. Duet Spoons & Bones, w osobach Piotra Łyszkiewicza (saksofon tenorowy i klarnet kontraltowy) oraz Huberta Kostkiewicza (gitara), zagrał zwarty, nieprzegadany set nieco abstrakcyjnych figur stylistycznych. Odrobina rezonansu, kilka minimalistycznych w formie dialogów - zbiór definitywnie dobrych reakcji, zwłaszcza tych z udziałem klarnetu kontraltowego.

Po niedługiej przerwie na scenie zameldował się kolejny nowy gość festiwalowy, prosto z Berlina, puzonista Matthias Müller. Do kwartetu ad hoc dołączyli – Wojtek Kurek i Vasco Trilla na perkusjach oraz El Pricto na saksofonie altowym. Zagrali półgodzinny set, który w subiektywnej ocenie recenzenta, uznać trzeba za absolutny festiwalowy peak! Bezceremonialnie wspaniała komunikacja (w tym gronie tylko barcelończycy dobrze się znają), perfekcyjna dramaturgia, popisowe transformacje puzonu z na poły rytmicznych, choć dość abstrakcyjnych fraz, w okolice ciężko oddychającej ciszy, świetne dialogi tegoż puzonu ze świecidełkami Trilli, no i błyskotliwe preparacje El Pricto, czynione jakby w cieniu tego konglomeratu wyjątkowych zdarzeń fonicznych. Wreszcie Kurek, który każdy z dwóch utworów kwartetu zaczynał w bezruchu, a potem włączał się do gry w sposób niebywale kreatywny. W drugiej części wszedł w nieco senną narrację pozostałych muzyków hiszpańskojęzyczną (?) melorecytacją, popartą rytmicznym deep drummingiem i zakasował wszystkich. Brawo!

Po dwóch setach improwizacji w pełni akustycznych i niestawiających sobie za cel epatowanie nadmiernym hałasem, nadszedł czas na jeden z dwóch specjalnych projektów festiwalowych - przygotowaną na prośbę organizatorów kompozycję El Pricto na pięć improwizujących gitar elektrycznych. Obok kompozytora i dyrygenta na scenie pojawili się: Jasper Stadhouders, Diego Caicedo, Paweł Doskocz, Michał Sember (kolejny gość z Wrocławia) i Hubert Kostkiewicz. Niemal godzinny set (czas trwania, to najprawdopodobniej jego jedyna wada) pełen emocji, gitarowych zgrzytów, przepięć mocy, rockowych riffów, zmyślnych preparacji i mniejszych lub większych eksplozji, świetnie prowadzony przez Wenezuelczyka, który targał narracją od lewej do prawej, od samego dołu, po ekspresyjną górę. Szczególnie ekscytujący moment, to słowotok Stadhoudersa w języku holenderskim, pełen humoru i teatralnych grepsów, który podprowadził kwintet i dyrygenta pod … cytaty z muzyki Eddie Van Halena, zmarłego niedawno boga gitary elektrycznej.

Finał sobotniego dnia przypadł w udziale słoweńskiej pianistce Kaji Draksler, która najpierw zagrała niemal półgodzinny set solowy, a potem, już z udziałem Szymona Pimpona Gąsiorka (perkusja, instrumenty perkusyjne i … nie tylko!), przeistoczyła się w Czajkę, która prowadzi kolektywny dialog z Puchaczem. Set solowy był wyjątkowej urody, nie tylko dlatego, iż koił nasze emocje i regenerował uszkodzone narządy słuchu po secie gitarowym. Kaja improwizowała do muzyki, którą odtwarzała z laptopa. Raz były to klasyczne, komponowane frazy, w innym przypadku fragmenty śpiewanej poezji, które znamy choćby z ostatniej płyty jej Oktetu. Efekt był imponujący - narracja precyzyjna, ale też pełna improwizowanej swobody. Gdy do gry dołączył Gąsiorek, opowieść nabrała jeszcze więcej … subtelności. Delikatne, acz zadziorne, bystre piano i nastawione na brzmieniowe niuanse perkusjonalia. Finał skrzył się doprawdy medytacyjnymi pasażami dźwiękowymi (Szymon sięgnął po instrument, który przypominał małe pudełko akordeonowe – czy to ma jakąś nazwę?). Finał dnia i znów duża wolta stylistyczna i emocjonalna. Degenerative Fest tak już ma!

 


Niedziela, jedenastego

Festiwalowa niedziela rozpoczęła się w niezwykle ciemnych barwach, a zakończyła prawdziwym festynem barw, pomysłów, radości i powszechnej wesołości, całkowicie wbrew covidowym realiom. Na początek Diego Caicedo na gitarze elektrycznej solo! Muzyk zabrał nas najpierw w mglistą czeluść dark ambientowej gitary, potem zrujnował nas emocjonalnie pasażami post-metalowej czerni, by na finał całkowicie utopić nas w post-industrialnych dronach. Muzyk preparował struny, budował elektroniczny background na gitarowych przetwornikach, często korzystał także z dźwięków zaprogramowanych kilka chwil wcześniej. Jedna gitara, jeden muzyk, mnóstwo wrażeń.

Tuż po gitarzyście Hung Mung na scenie pojawili się pozostali muzycy tej grupy – El Pricto (preparowany gitarowymi przetwornikami saksofon altowy i syntezator) oraz Vasco Trilla (perkusja), by pod nazwą własną General Ludd zaprezentować improwizację pełną gęstych, czerstwych, posklejanych ze sobą fraz, z których szczególnie udane były te post-dęte, meta gitarowe westchnienia Pricto. W połowie seta do muzyków dołączył Jasper Stadhouders na gitarze, a saksofon został zastąpiony przez syntezator. Muzycy w takowym ad hoc trio zagrali najgłośniejsze kilkanaście minut Degenerative Fest. Holender w jego trakcie pozrywał struny zarówno na gitarze elektrycznej, jak i amplifikowanej gitarze akustycznej. W końcu grał już na samym pudle rezonansowym gitary!

Po takiej dźwiękowej nawałnicy wszyscy zasłużyliśmy na przerwę (była dłuższa niż zwykle, gdyż Jasper musiał naprawić gitary!), a potem na set odrobinę bardziej subtelny dramaturgicznie i mniej dotkliwy fonicznie.  Wszystkie nasze oczekiwania zostały spełnione. Ad hoc trio w składzie – Jasper Stadhouders (amplifikowana gitara akustyczna i mandolina), Witold Oleszak (fortepian) i Matthias Müller (puzon) – zagrało ekscytujący set, który stawiał na komunikację, bezgranicznie barwne brzmienia, który nie szukał nadmiernych eskalacji i spiętrzeń dramaturgicznych, a raczej bystrych reakcji w estetyce call & responce. Recenzent czułby jeszcze większą przyjemność, gdyby fortepian był bardziej słyszalny (bądź gitara … mniej słyszalna), a sam koncert odrobinę dłuższy (muzycy postanowili zagrać ostatni dźwięk tuż po upływie 25 minuty).

Na finał zdegenerowanego festiwalu … Degenerative Spontaneous Orchestra po kierunkiem El Pricto! Na pulpicie dyrygenta … partytury Fryderyka Chopina, Emila Karłowicza i Karola Szymanowskiego. Na scenie muzycy pozbawieni owych partytur, zdani jedynie na gesty, jakie wydobywał z siebie dyrygent, po prawdzie, w tempie karabinu maszynowego. Od lewej strony sceny: Paweł Doskocz (gitara elektryczna), Witold Oleszak (fortepian), Ostap Mańko (skrzypce), Michał Giżycki (klarnet basowy), Matthias Müller (puzon), Paweł Sokołowski (sopranino; dodatkowy zaciąg łódzki!), Vasco Trilla (perkusja) i Diego Caicedo (gitara elektryczna). W ostatnim utworze do składu dołączył także Jasper Stadhouders, jako mandolinowy solista. Około 50 minutowy koncert dostarczył niebywałych wrażeń. Był oczywiście tyglem emocji, konglomeratem kolektywnej, swobodnej improwizacji i precyzyjnych, post-klasycyzujących pasaży (w roli cerberów gatunkowej czystości - Mańko i Oleszak!), rockowej furii (dwie gitary z prądem!) i drummerskiej skrupulatności. Bez wątpienia, wszyscy, po obu stronach sceny, poczuliśmy się cudownie zdegenerowani. Do zobaczenia za rok, jeśli dożyjemy….

 

 Zdjęcia telefonem własnym, bez praw autorskich