Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sue Lynch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sue Lynch. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 lipca 2024

Scatter Archive’ fresh free kicks: Fite & Küchen! Atkins & Wastell! Davies & Hooker! Lynch!


Szkocki net-label Scatter Archive pracuje w tym roku wyjątkowo wytrwale i definitywnie wydajnie. Obok sukcesywnie uzupełnianych, brytyjskich archiwów (patrz: omawiany na tych łamach zestaw nagrań Alana Tomlinsona), w ofercie wydawnictwa z Glasgow pojawia się coraz więcej nagrań nowych, nad wyraz świeżych, pochodzących nie tylko z Great Britain (patrz: polskie trio z udziałem m.in. Pauliny Owczarek).

Czasu, ani pojemności serwera blogspot.com nie starczy, by wszystkie nowości SA omawiać na bieżąco, zatem teraz pochylamy się jedynie nad czterema wiosennymi nowościami. To zgrabne, niedługie, swobodnie improwizowane opowieści – wśród nich odnajdziemy zarówno ekspozycje elektroakustyczne, jak i minimalistyczne, do tego garść jakże londyńskich nagrań solowych z żywymi odgłosami samego The City. Trzy z nich, to akcje stuprocentowo brytyjskie, jedna w pełni skandynawska. I od tej ostatniej zaczniemy nasz mini przegląd. So, welcome to Scatter Life!




Niklas Fite & Martin Küchen Nödutgång får ej blockeras

Khimaira, Sztokholm, listopad 2022: Niklas Fite - banjo, gitara akustyczna oraz Martin Küchen - sopranino. Trzy improwizacje, 38 minut.

Międzypokoleniowe, skandynawskie spotkanie artystów, których na tych łamach znamy i cenimy. Bardzo swobodne, doposażone w zabawne rozmowy pomiędzy utworami, z pozoru nastawione na akcje minimalistyczne, na etapie rozwinięcia urokliwie przepoczwarzające się w mniejsze lub większe kipiele emocji. Od szczegółu do ogółu, od kompulsywnego minimalizmu do rozgrzanego free jazzu.

Od pierwszej sekundy nagrania słyszymy, że jesteśmy wraz z muzykami w pewnej zadanej przestrzeni, gdzie obiektem zainteresowania naszych uszu są nie tylko dźwięki czysto muzyczne. Muzycy coś do siebie szepczą, ich drobny arsenał instrumentalny żyje swoim życiem, nawet bez zetknięciami z palcami czy ustami artysty. Ów mały, kuchenny rozgardiasz szybko formuje się w zwartą, interaktywną opowieść. Saksofonista krzyczy, gdacze, skowycze niczym przydomowy zwierzyniec, gitarzysta (tu być może wyposażony w banjo) rozciąga zgrzytające struny i buduje niemelodyjne post-riffy. Całość przypomina poranny spacer, ale jeszcze przed tradycyjną kawą. Pojawiają się drobne, dęte śpiewy, na gryfie gitary pierwsze, preparowane frazy. W drugiej fazie kilkunastominutowej improwizacji muzycy chętnie wchodzą w zwarcia, zadają także drobne ciosy w półdystansie. Zaczynają na siebie pyskować, kreować raz za razem zadziorne, dobrze skonfigurowane akcje dźwiękowe. Pod koniec utworu poziom emocji nie wydaje się daleki od free jazzu. Kolejne dwie kilkunastominutowe narracje budowane są na podobnej zasadzie – kilka słów na wstępie, potem sekwencja minimalistycznych fraz, które dość szybko lepią się w dobrze uformowaną improwizację. Jeśli saksofon zaczyna piąć się ku górze, gitara efektownie wypełnia przestrzeń sypiąc riffami jak z rogu obfitości. Gdy trzeba, muzycy zdejmują nogę z gazu i śmiało wkraczają w bezmiar ciszy i dramaturgicznych subtelności. Część ostatnia zdaje się być nad wyraz dynamiczna, a kocie ruchy artystów i ich dialogi płyną niesione namiastką rytmu, klecone incydentalnie w estetyce call & responce.



 

Matt Atkins & Mark Wastell Live at ARCH 1

ARCH 1, Londyn, wrzesień 2023: Matt Atkins – odtwarzacze kasetowe, tape loops, obiekty, mikrofony kontaktowe, shruti box i przetworniki oraz Mark Wastell - 32" Paiste tam-tam, gongi and instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 36 minut.

Ze Sztokholmu przenosimy się na ziemie Zjednoczonego Królestwa. Najpierw londyńskie spotkanie dwóch znamienitych postaci brytyjskiego free impro w szerokim rozumieniu tego pokrętnego terminu. Opowieść definitywnie elektroakustyczna, choć słowo electro bierzemy tu w duży cudzysłów – instrumentarium Atkinsa jest bowiem zdecydowanie analogowe, w dużej części akustyczne. Z kolei Wastell pracuje na niezbyt rozbudowanym zestawie perkusjonalnym, którego głównym elementem zdaje się być duży tam-tam. Panowie budują set trwający ponad dwa kwadranse z wyjątkową pieczołowitością, zarówno w zakresie dramaturgii, jak i brzmienia.

Dźwiękowa aura otwarcia sugeruje nam dużą przestrzeń koncertową, w której pracuje zwinne echo. Szeroko rozstawione perkusjonalia, mające paramenty zarówno niskie (tam-tam), jak i wysokie (talerze), wokół których panoszą się plejady szumów, szmerów i szelestów nie do końca rozpoznanego pochodzenia, a także drobne plamy brzmiące na poły syntetycznie. Opowieść faluje, wznosi się i opada, płynie powoli, okazjonalnie nabiera jednak intensywności. Zdaje się być niekiedy rytualna, nieco ceremonialna, a jej nerw kreacji nie gaśnie choćby na moment. Pojawiają się dźwięki samplowane, zapewne podsyłane z kaset magnetofonowych, drobne akcenty rytmiczne i pętle – wszystko toczy się w niemal medytacyjnym tempie. Po wybiciu trzynastej minuty artyści podsyłają nam garść melodyjnych strumieni, także dźwięki ludzkich głosów. Głównym wątkiem środkowej fazy improwizacji są drżące perkusjonalia Wastella, oblepiane drobnymi frazami generowanymi przez Atkinsa z wielu źródeł. Po dwudziestej minucie nowym elementem narracji są basowe pasma brzmiące dość syntetycznie. Z kolei następująca tuż potem faza uspokojenia syci się melodyjnymi pętlami. Improwizacja w swej końcowej fazie zdaje się być niemal wyłącznie perkusjonalna. Zostaje jednak zreasumowana pulsującą, post-melodyjną retoryką akcesoriów elektroakustycznych. Precyzyjnie finalizowana, ginie w mroku ambientu.



 

Rhodri Davies & Andrew Leslie Hooker Deuawd

BBC Hall, University of Wales Trinity Saint David, Abertawe, Walia, czerwiec 2018: Rhodri Davies - harfa z przetwornikami, preparacje oraz Andrew Leslie Hooker - no-input mixing board, elektroniczne filtry i amplifikacje. Jedna improwizacja, 25 minut.

Kolejny w zestawie brytyjski duet bez cienia wątpliwości możemy zaliczyć do akcji elektroakustycznych. Walijski incydent łączy bowiem preparowaną harfę i cały arsenał syntetycznych źródeł dźwięku, które tworzą konglomerat zdarzeń i zjawisk godnych polecenia miłośnikom wszelkich estetyk, także tym z nas, którzy do elektroniki podchodzą jak pies do jeża. Jak zwykle bowiem diabeł tkwi w szczegółach – tu w kreatywności artystów i umiejętności wzajemnego słuchania.

Koncert trwa mniej niż dwa kwadranse, zatem tylko konkret! Początek jest więcej niż delikatny – syntetyka brzmi tu całkiem analogowo, harfa pracuje zarówno na subtelnym przesterze, jak i brzmi akustycznie, a traktowana smyczkiem nasyca opowieść nutą post-barokowej zadumy. Owa nieśpieszna narracja zdaje się mieć dalece bogatą fakturę. Dużo dzieje się w samym wnętrzu opowieści, tkanym z interakcji i dowodzącym tezy zawartej w poprzednim akapicie. Żaden dźwięk nie ujdzie tu uwadze partnera. Davies preparuje klasyczny instrument z dużą klasą, spod rąk i kabli Hookera rzadko dociera do nas coś zbyt inwazyjnego, tudzież fonicznie dotkliwego. W drugiej części ekspozycji można odnieść wrażenie, że muzycy nadają swym akcjom więcej intensywności. Pojawiają się frazy usterkowej elektroniki, ale i one podawane są z umiarem i dramaturgiczną precyzją. Śpiewy harfy chętnie łapią tu piasek w szprychy i kreują ciekawe sytuacje brzmieniowe. Obok plam ambientu słyszymy, że pomiędzy struny hafty dostają się przedmioty, powodując urokliwe ich rozdygotanie. Pod koniec opowieść zdaje się wpadać w delikatny rytm – zarówno po stronie akustyki, jak i syntetyki. Owa figuratywna taneczność doprowadza improwizację do szczęśliwego zakończenia.




Sue Lynch Water Drips Clear

Oxo Tower Studios, 2024 (utwory 2-4, 6-8), Christchurch, Blackfriars 2024 (1, 9), Sprinkler Room, Oxo Tower 2020 (5) – wszystkie lokalizacje w Londynie; nagrania terenowe zarejestrowane w centralnym Londynie – dzwony Garlickhythe, brzegi Tamizy i okolice, 2024 (9): Sue Lynch – saksofon tenorowy, nagrania terenowe. Dziewięć utworów, 29 minut.

Na koniec spektakl prawdziwie londyński! Solowa ekspozycja saksofonowa w wykonaniu Lynch zdaje się być konglomeratem miejskiego spleenu, kreatywności artystki i wyważonego stosunku do dźwięków instrumentu i otoczenia. Nagrania studyjne i koncertowe z dominującą krótką formą, a na koniec wielominutowy spacer po Londynie z dętymi komentarzami niejako z off-u. Klimatyczne i surowe, przewrotnie post-romantyczne, dobrze udramatyzowane, niekiedy zastanawiająco smutne.

W dwóch pierwszych improwizacjach Sue śle nam delikatne, tenorowe podmuchy napotykające na głuchą przestrzeń otoczenia. Najpierw serwuje nam trochę czystego powietrza, potem brudnego, intrygująco preparowanego. Spokój tej opowieści wydaje się być dość pozorny, wszystko podszyte jest bowiem wewnętrznymi emocjami. Z jednej strony dramaturgiczna zaduma, z drugiej prezentacja szerokiego wachlarza technik artykulacyjnych. Kolejne dwie piosenki sięgają po atrybuty jazzu, w czwartej czujemy wręcz swingujący timing. W następnych dwóch utworach artystka pracuje formą, szuka echa, wyczekuje rezonujących odgłosów. Pojawiają się melodie dżdżystego poranka zamglonego miasta. Siódma część zdaje się być zaskakująco dynamiczna, z kolei ósma szyta jest sporą dawką melodyki. Sue łapie podmuch rezonującego powietrza i zanurza się w mrok. Ostatnia opowieść trwa prawie osiem minut i jest dialogiem saksofonistki z odgłosami miasta. Najpierw frazy preparowane, potem więcej czystych wydechów i miasto, które żyje - dźwięki rzeki, szmer ulicznego zgiełku, odgłosy rozmów. W drugiej fazie utworu garść melodii – zarówno z tenorowej tuby, jak i tej, płynącej z zatłoczonych ulic. A na koniec bije dzwon – to zapewne westminsterski Big Ben.

 

 

piątek, 5 listopada 2021

The Remote Viewers in The Remote Code!


Egzystująca na obrzeżach muzyki improwizowanej, brytyjska formacja The Remote Viewers powołana została do życia prawie 25 lat temu, w formie tria saksofonowego *). Założycielami grupy byli David i Louise Petts (prawdopodobnie małżeństwo) oraz bardzo znany i ceniony na tych łamach Adrian Northover. Pod koniec następnej dekady miejsce Pani Petts zajął kolejny nasz świetny znajomy, kontrabasista John Edwards. Uformowane w takim składzie trio ma się doskonale do dziś i właśnie doczekaliśmy się jego dwudziestego wydawnictwa, do tego w porcji aż trzech srebrnych dysków kompaktowych w jednym digitalnym opakowaniu.

Redakcja przyznaje bez zbędnej zwłoki, iż z poprzednich nagrań The Remote Viewers zna ledwie jedną płytę (ale nagraną z nie byle jakim gościem - perkusistą, Markiem Sandersem). Zatem podchodzimy do nowego nagrania tria w bezczelną świeżością umysłu i chętnie zagłębiamy się w niuanse ich rozbudowanych improwizacji, w większości tworzonych w oparciu o kompozycje Davida Pettsa, któremu śmiało możemy dokleić etykietę lidera formacji.

Na trzypłytowym albumie, zawierającym muzykę powstałą w trakcie kilku jesiennych sesji roku ubiegłego (każdorazowo mających miejsce w londyńskim klub Iklectik), znajdujemy bardzo różnorodne nagrania. Pierwsza płyta, to elektroakustyczne improwizacje oparte na kompozycjach lidera, a także w dwóch przypadkach - wspólnych kompozycjach całej trójki. Na drugim krążku muzycy pracują wyłącznie na akustycznym instrumentach (dwa saksofony i kontrabas). Wreszcie na trzeciej nie dość, że dopraszają troje gości, to jeszcze definitywnie koncentrują się na aparaturze elektronicznej (pod chwilami dość swobodnymi improwizacjami podpisuje się tutaj całe trio). Zatem dla każdego coś miłego – 23 utwory, prawie trzy godziny muzyki.

 


Spotkania wrześniowe (58:58)

Muzycy rozpoczynają box tematem granym przez delikatnie rozśpiewane saksofony i kontrabas, który szuka zbliżonej melodyki za pomocą smyczka. W tle szeleści elektronika, niepozbawiona akcentów perkusjonalnych. Kolejne dwa tematy skomponowane zostały wspólnie, zatem nosić będą wiele znamion improwizowanej narracji. Każdy z muzyków doposażony jest tu w elektroniczne akcesoria, a także inne, poza instrumentem podstawowym, akcesoria akustyczne, zatem narracja szybko staje się tu bardzo bogata (w wielu momentach, z pewnością zbyt bogata). Zmyślnie preparuje dźwięki Edwards, podobnie czyni Northover (stosujący naprzemiennie alt i sopran), zaś za poważniejsze epizody elektroakustyczne zdaje się tu odpowiadać przed wszystkim Petts, który często odkłada saksofon tenorowy i kreuje dźwięki w wyżej wspominanej estetyce. Artyści prześcigają się w pomysłach, na czym niestety cierpi sama improwizacja, albowiem wiele ciekawie zapowiadających się wątków zostaje porzuconych w pół zdania. Opowieść korzysta z całego dobrodziejstwa muzyki kameralnej, post-jazzu, nie boi się także sięgać po bardziej agresywne frazy, ukierunkowane na freejazzowe eksplozje (choć bardzo incydentalnie). Trzeba jednak dodać, iż akcje bardziej minimalistyczne także pozostają w orbicie zainteresowań muzyków, czego dowodem czwarty i piąty utwór na pierwszym dysku.

Właśnie owa piąta kompozycja wydaje się być momentem, który wynosi całą ekspozycję na wyższy poziom. Muzycy zaczynają tę część w pełni akustycznymi dźwiękami. Piękny dialog prowadzą alt i tenor, a intrygująca, syntetyczna poświata buduje tu całkiem dynamiczną narrację, prowadząc artystów niemal na freejazzowy peak. Kolejna opowieść znów bazuje na temacie granym akustycznie, który nabiera ciekawej, niemal polirytmicznej dynamiki dzięki wytrwałej pracy akcesoriów nieakustycznych. Ta część sesji balansuje na granicy swobodnej kameralistyki i dobrze skropionego emocjami post-jazzu. Jeszcze lepiej zaczyna się ostatnia kompozycja. Głęboko zanurzony w podłodze smyczek, chybotliwy tenor, delikatny sopran i marimba w tle. Troje muzyków prowadzi kwartetową, niemal akustyczną improwizację. Oczywiście znów pomysł goni tu za pomysłem, ale muzycy trzymają całość w nerwowych, kompulsywnych ryzach. Na sam koniec serwują nam bodaj najciekawsze frazy tego wieczoru, grając ekspresyjną improwizację bez istotnego wsparcia dźwięków syntetycznych.

 

Spotkania grudniowe (57:41)

Drugie spotkanie RV, zrealizowane wyłącznie za pomocą akustycznych środków wyrazu, jest bez dwóch zdań najlepszym momentem boxu. Podobnie jak na dysku pierwszym, najbardziej ekscytujące rzeczy zaczynają się jednak tu dziać w drugiej części płyty. Pierwsze dwa tematy grane są bardzo swobodnie, ale trzymane w ryzach rytmu, a nawet marsza (ten drugi). Saksofony posadowione są na flankach, a środkiem jezdni połyka kilometry niezwykle kreatywny kontrabas. Gdy Edwards gra pizzicato, improwizacja szuka emocji free jazzu, gdy sięga po arco, opowieść momentalnie odnajduje piękne, kameralne klimaty. Muzycy lubią tu śpiewać pod nosem, ale i refleksyjnie wzdychać. Kochają Alberta Aylera, ale cenią sobie także precyzję narracyjną Steve’a Lacy. Na początku trzeciej części kameralny dryl wprowadza ich w rzewne, niemal molowe nastroje. Smyczek schodzi tu na sam dół, a potem na długo milknie, pozostawiając saksofonom przestrzeń na wysmakowany, dęty dialog. Powrót strunowca znaczy tu skok we freejazzowe emocje.

Temat czwartej części podaje agresywny, niemal przesterowany kontrabas i zwiewny sopran. W części szóstej sytuacja się powtarza – tym razem duet kontrabasu i tenoru. W każdym przypadku spóźnialski instrument wchodzi do gry już na etapie swobodnej improwizacji. Część piąta bazuje na pięknym, kameralnym suspensie, budowanym głównie barokowo brzmiącym smyczkiem. Alt ciągnie tu w kierunku free jazzu, kontrabas snuje kameralne pasaże, a tenor szuka inspiracji na kompozytorskiej pięciolinii. Szczególnie udana zdaje się być, wspomniana już wcześniej, część szósta - dynamika, emocje free jazzu, ale i precyzja budowania dramaturgii.

Ostatnie dwa utwory, to kolejny krok ku artystycznym wyżynom. Najpierw suche, saksofonowe preparacje obu instrumentów. Kontrabas wchodzi tu niemal na gotowe, ale stąpa na palcach, nie chcąc burzyć klimatu. Muzycy produkują zmysłowe impro cedząc dźwięki przez zęby. Potem wpadają w nerwowe konwulsje, czyniąc ów odcinek jeszcze bardziej frapującym. Finałowe expo tryska niemal rockową ekspresją kontrabasu! Saksofony, odrobinę spóźnione, zaczynają od aylerowskich przyśpiewek. Wszystko dzieje się tu na sporej dynamice. Na zakończenie pojawia się jednak smyczek i spora dawka wystudiowanej nostalgii.

 

Spotkania listopadowe (55:13)

Ostatni dysk boxu, to spore wyzwanie dla recenzenta, który szczególnie ceni sobie elektroakustyczny ład panujący w procesie improwizacji generowanej jednocześnie przez żywe i syntetyczne dźwięki. Oto, bowiem Panowie z Remote Viewers, wsparci trójką zaproszonych Pań, serwują na impro-kompozycję na kontrabas i cały ocean chwilami dość inwazyjnej elektroniki, niekiedy inkrustowanej filigranowymi plamami dźwięków wprost z klawiatury fortepianu i saksofonowych dysz. Jakby na deser tych rozważań należy podkreślić, iż trzech Viewersów znów cierpi tu na nadmiar pomysłów, który w sytuacji pracy głównie na akcesoriach elektronicznych bywa doprawdy trudno przyswajalny. Ale … co oczywiste, i ta płyta przynosi nam całe garście frapujących dźwięków.

Zaczynamy w elektroakustycznej mgle, przez którą przebijają się dźwięki saksofonów (tu w zwiększonej ilości!) i smukłe pasaże z fortepianowej klawiatury. Opowieść zdaje się być dość abstrakcyjna w formie, bliżej jej do kameralnej zadumy niż post-jazzowej ekspresji. Żywe dźwięki brzmią tu niczym sample, a frazy syntetyczne wydają się być dodatkowo amplifikowane kolejną porcją prądu. Nerwowa, poszatkowane jak kapusta narracja, którą from time to time zdobią frazy, sprawiające, iż nasze uszy wciąż zdolne są do słuchania. W drugiej odsłonie pojawiają się dźwięki marimby i kontrabasu, ale są one zdominowane przez elektroniczny melanż. W trzeciej powraca repetujące piano, płynące jakby wbrew dyktatowi rytmu, w kolejnej natomiast, mimo wysiłków kontrabasu, działalność elektroniki zaczyna haczyć o plądrofonię! Z kolei w czwartej, dość długiej opowieści, po upływie siódmej minuty zaskakuje nas … saksofonowe unisono. Wszakże każda próba zaistnienia na scenie żywego dźwięku związana jest tu z elektroniczną ripostą, czy to formie drastycznego komentarza wzmaganego mocą potencjometrów, czy też zmyślnej dekonstrukcji pierwotniej frazy.

Od czasu do czasu w rolę przewodnika pracy stara się wejść syntetyczny rytm. Te próby są jednak na ogół porzucane przez muzyków. Jedynym żywym człowiekiem pozostaje tu kontrabasista i trzeba przyznać, że naprawdę wychodzi ze skóry, by skutecznie utrzymywać naszą uwagę. W szóstej części, oczywiście pospołu z elektroniką, ciekawie preparuje dźwięki, w kolejnej dudni, szukając rezonansu z elektronicznymi przesterami, w ostatniej zaś, posadowiony na samym dole narracji, efektownie riffuje, nadając elektronicznej narracji zaskakujący posmak dobrego rocka.

 

The Remote Viewers The Remote Code (The Remote Viewers’ self-released, 3CD 2021). David Petts – saksofon tenorowy, syntezator, mbira oraz glokenspiel; Adrian Northover – saksofon sopranowy i altowy, syntezator, auto-harfa, stylophone, marimba, mbira, talerze; John Edwards – kontrabas, elektronika, mbira; Caroline Kraabel – saksofon altowy (dysk trzeci, utwór pierwszy), Sue Lynch – saksofon tenorowy (jak wyżej) oraz Rosa Theodora – fortepian (dysk trzeci, utwory - pierwszy, trzeci, piąty i szósty).

 

*) The Remote Viewers śmiało nazwać możemy spadkobiercą wcześniejszej formacji tworzonej przez tych samych muzyków, czyli B-Shops For The Poor. W jej szeregach spotykamy już na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia wspomnianego Johna Edwardsa oraz dobrze znanego ze współpracy z bydgoskim Mózgiem, saksofonistę i gitarzystę Jona Dobie’ego.



czwartek, 16 września 2021

Skerebotte Fatta! Kyaness! Crunch! DWBH! Duo Libertaire! I/O! Il Sogno! The September Summary as good, as always!


Dobrej muzyki improwizowanej nigdy za dużo! Tak przynajmniej zdają się myśleć artyści i ich szaleni wydawcy (czasami, to te same osoby!). Nowe dźwięki płyną do nas wyjątkowo szerokim korytem, zatem nie pozostaje nam nic innego, jak zaprezentować comiesięczną zbiorówkę świeżych recenzji jeszcze świeższych płyt!

Dziś słodka siódemeczka! Gatunkowy melting pot - garść free jazzu, dużo swobodnej improwizacji, szczypta zmyślnych reinterpretacji Monka, odrobina elektroniki, która dobrze wspiera akustyczne frazy, wreszcie duża porcja zmysłowej post-psychodelii. W gronie artystów zarówno nasi dobrzy znajomi, jak i czereda muzyków, którzy na łamach Trybuny debiutują.

Zaczynamy po polsku, bo definitywnie warto! Potem szwedzka Grecja, brytyjski konkret, dużo Francji, Portugalia, a na koniec międzynarodowe trio z Danii z ważnym akcentem polskim!

Zapraszamy na odczyt, potem odsłuch, a finalnie na zakupy! Kupujcie płyty z muzyką improwizowaną, traktujcie to, jak bardzo ważny obowiązek!

 


Skerebotte Fatta  Appaz (For Tune Records, CD 2021)

Zaczynamy od dobrze nam znanego duetu, który tworzą saksofonista Jan Małkowski oraz perkusista Dominik Mokrzewski. Muzycy swoją nową płytę nagrali pod koniec listopada 2020 w warszawskim studiu WerMik. Zamieścili na niej sześć swobodnych, free jazzowych ... kompozycji własnych, których tytuły to nazwiska ich ognistych idoli, pisane wspak. Całość trwa 39 minut z sekundami.

Duet warszawskich muzyków zdaje się być bardzo konsekwentny na swojej drodze artystycznej. Muzycy nie wywarzają bram, nie rozciągają … rozszerzonych technik wydobywania dźwięków ponad miarę zdrowego rozsądku. Grają swoją, duchową, niemal spirytualną odmianę free jazzu, która czerpie garściami z historii gatunku, ale też nadają jej własny, jakże indywidualny sznyt. Być może, to zasługa niebywałej cierpliwości w budowaniu ekspresyjnych narracji, dużej melodyjności i rytualnego, prostego, ale jakże uroczego bębnienia. Na tej swobodnej, niemal lekkiej, ale jakże ognistej płycie (fire music, to bardzo dobry trop!) muzyków stać chyba na wszystko. Także na to, by free jazzowa ekspresja nie była tu celem samym w sobie, a jedynie środkiem do osiągniecia bardziej złożonych zamierzeń dramaturgicznych.

Płytę otwiera bystra ballada, inspirowana Brötzmannem, początkowa dalece wystudzona, pod koniec kipiąca emocjami, masywnym rytmem i niebanalną melodyką. Druga historia, to pieśń dla RayD (Dickaty’ego), budowana wysoko zawieszonym saksofonem i niemal rytualnym drummingiem. Z kolei Ayler stawia na śpiewność i taneczność. Emocje buduje zmyślnie wybijany rytm i melodyjny brud rodzący się w tubie dęciaka. Kolejna inspiracja to … Zappa. Minimalistyczna, bardzo spirytualna narracja nabiera mocy nie bez udziału krótkiej, solowej ekspozycji perkusji. Muzycy skaczą tu w ogień po długich przygotowaniach i jakże uroczą płoną! Następny jest Braxton, który w wersji warszawiaków wydaje się być zaskakująco prostą narracją. Saksofon leni się przez cały utwór, perkusja dla kontrastu idzie w półgalop. Szósty Lloyd rodzi się w ciszy, a pełnego blasku nadają mu rozbrykane perkusjonalia. Saksofon po fazie kolejnego lenistwa rozpala tu ogień jakże krwistego zakończenia. Finał płyty, to popis perkusisty, który buduje filigranowy, jakże nerwowy flow godny tytułowego Benninka. Saksofon pozostający nieco w tle, na sam koniec wypuszcza całe połacie melodyjnych, tanecznych fraz wprost z sopranowej, małej tuby.

 


Oda Dyrnes & Zoe Efstathiou  Kyaness (Alkekung Records, LP 2021)

Po ognistych, męskich frazach czas na kobiece, jakże zmysłowe improwizacje, których dostarczają - grecka pianistka Zoe Efstathiou i norweska wiolonczelistka Oda Dyrnes. Nie znamy daty, ani dokładnego miejsca (prawdopodobnie Szwecja) rejestracji sześciu swobodnych improwizacji, pełnych pięknych, niemal wyłącznie preparowanych dźwięków. Wiemy natomiast, iż płyta Kyaness trwa niespełna 32 minuty.

Od początku spektaklu dłonie obu kobiet spoczywają na strunach, które drżą i produkują dźwięki, tworzące strumień gesty, kanciasty, odrobinę jednak leniwy, doposażony plejadą kobiecych, dalece niemęskich subtelności. Artystki szorują struny, układają na nich dziwne, nieznane przedmioty, lubią klimat dobrze wentylowanego zakładu szlifierskiego. Pięknie dbają o niuanse, ale wcale nie stronią od zachowań noszących znamiona dynamicznych. Ich konsekwencja i determinacja sprawiają, że permanentnie molestowane struny zaczynają śpiewać, jęczeć, głęboko oddychać i w bojaźni budować zmysłową improwizację. Choćby w trzeciej części, gdy mała zabawa w dobrze skorelowane ze sobą short-cuts przeistacza się w działania niemal mechaniczne - masywne szarpnięcia i subtelne uderzenia, testy rozciągliwości strun, a pośród nich nieco przypadkowy dźwięk fortepianowego klawisza.

Piąta improwizacja wydaje się w tym niedługim zestawie muzycznych historii kluczowa, trwa bowiem ponad dziesięć minut i składa się z trzech części, wydzielonych sekundowymi porcjami ciszy. Najpierw garść półdźwięków z piana, bardzo filigranowych, wzbogacona matowym brzmieniem szarpanych strun cello. Kolejny wątek budowany jest przez jakże kameralny suspens – cello stęka, a piano drży nie tylko preparowanymi dźwiękami. Wreszcie trzeci wątek - dwie bystre przebieżki po strunach piana i wiolonczeli, ale prowadzone w różnych tempach. Pierwszy z instrumentów pięknie tu śpiewa czystym rezonansem. Ostatnia improwizacja, niezbyt długa, rodzaj płytowego resume – skromne zabawy z echem i rezonującymi strunami, które aż gwiżdżą z zadowolenia. Zupełnie tak samo, jak recenzent!

 


Hutch Demouilpied/ Matt Hutchinson/ Sue Lynch Crunch (Empty Birdcage Records, DL 2021)

Teraz na 27 minut przeniesiemy się do londyńskiego Vortexu, by odczytać nagranie swobodnie improwizującego tria w składzie: Hutch Demouilpied – trąbka i flety, Matt Hutchinson – fortepian oraz Sue Lynch – saksofon tenorowy i klarnet. Trzy części zarejestrowane zostały w czerwcu 2019 roku, w ramach świetnie nam znanej imprezy Mopomoso (album dedykowany jest pamięci Johna Russella).

Muzycy wchodzą w swobodną improwizację z marszu, bez specjalnych przygotowań mentalnych – abstrakcyjne piano wprost z klawiatury, saksofonowe przedechy i trąbka, która brzmi niczym lamentujący głos kobiecy. Wszystko w tej improwizacji dobrze się zazębia - narracja bystrze skacze od zmysłowego chamber po ekspresję free jazzu. Dynamikę dostarcza tu na ogół pianista, ekspresję saksofonistka, a trębacz robi swoje, stojąc na stronie i zawadiacko zaczepiając przechodniów. W momentach, gdy opowieść staje się bardziej kameralna, dostajemy także drobną porcję preparowanych dźwięków. Finał pierwszej improwizacji jest dynamiczny, nie bez fajerwerków.

Na początku drugiej opowieści pojawia się flet i klarnet. Najpierw sekwencja drobnych preparacji, syczących fraz i gołe struny piana. Szczególnie dobrze dzieje się na osi flet-klarnet. Narracja pnie się na swój szczyt, po czym leniwie przygasa dając okazję dysponentom dętych instrumentów na powrót do saksofonu i trąbki. Tym razem droga nie wiedzie na szczyt, ale broczy w meandrach rzewnych pieśni post-żałobnych. Muzycy nabierają jednak mocy, czasami nawet wzajemnie na siebie pokrzykują. Mimo rosnącej ekspresji nie gubią jednak głęboko zaszytej w sercach melancholii i pewnego rodzaju dramaturgicznej zadumy. Wraz z upływem czasu improwizacja staje się coraz bardziej nerwowa, a dźwięki coraz krótsze, bardziej urywane. Pod koniec trąbka znów mówi ludzkim głosem i zabiera trio na ostatnie wzniesienie. Finał koncertu, to kilkuminutowe encore grane klawiszami piana, trąbką i saksofonem. Takie zmyślne post-jazzy-chamber, rodzaj artystycznego podsumowania, nie bez klasycyzujących fraz fortepianu. Narracja znów wybiera się na wzniesienie, ale droga doń wydaje się dość wyboista.

 


DWBH  Don’t Worry Be Happy (Intrication, CD 2021)

Pod wyżej wskazaną nazwą własną odnajdujemy świetnie nam znanego trębaczka austriackiego Franza Hautzingera, jego życiową partnerkę, francuską wokalistkę i klarnecistkę Isabelle Duthoit oraz dwóch francuskich muzyków, których spotykamy po raz pierwszy, ale … dziś nie ostatni - Pascala Brecheta na gitarze elektrycznej oraz Thierry’ego Waziniaka na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Dodajmy, iż dwaj ostatni są tu także wydawcami, w ramach nowego labelu z muzyką improwizowaną. Zamieszczona na albumie dalece swobodna improwizacja podzielona została na siedem części z tytułami i trwa łącznie 62 minuty (miejsce i czas akcji nieznane).

Płyta o jakże wesołym tytule zaczyna się z wysokiego C, wbija w fotel i naprawdę dużo obiecuje w zakresie tak zwanego ciągu dalszego! Od pierwszego dźwięku kolektywna, zwarta, gęsta narracja – trębackie preparacje, drobiazgi na gitarowych przetwornikach, bystry, lekko zawieszony drumming i głos, przypominający świergot upalonego wróbla, który po czasie zdaje się zlewać z klarnetowymi frazami, także dbającymi o poziom brzmieniowej dyfuzji. Muzycy kreują dynamikę ekspozycji, a także stymulują nasze emocje w stopniu ponadnormatywnym. Ekspresja sięga chwilami freejazzowego wzniesienia, a głos, który zdaje się mieć tu sto twarzy, w każdej chwili zdolny jest zaskoczyć i dodatkowo ubarwić tę krwistą improwizację.

Kwartet bystrych improwizatorów niestety nie jest w stanie utrzymać tak wysokiego poziomu intensywności do końca płyty. Każda z kolejnych sześciu improwizacji pełna jest intrygujących, chwilami naprawdę udanych dźwięków, ale też każda z nich wydaje się być delikatnie przegadana i po prostu zbyt długa. Dobrze nam znana teoria, iż swobodna improwizacja winna trwać nie więcej niż 40 minut, i tu znajduje swój jakże praktyczny wymiar. Niemniej warto podkreślić, iż bardzo nam się podoba to, co wyczynia Duthoit ze swym głosem (choćby część trzecia) i zadziornym klarnetem (część czwarta), walory Hautzingera są nam powszechnie znane, z kolei Waziniak dobrze dba o dramaturgię, często trzyma narrację w trybie suspended, nigdy nie proponuje nazbyt wielu dźwięków. Wreszcie Brechet, gitarzysta silnie siedzący w jazzie i fussion, być może w kilku momentach mógłby bardziej poskramiać swoją kreatywność. Reasumując – gdyby płyta zakończyła się tuż po czwartej, prawie 16-minutowej improwizacji, chwilami skrzącej się pikantnym, elektroakustycznym posmakiem, nikt by nam tym nie stracił.

 


Duo Libertaire  Hint Of Monk (Intrication, CD 2021)

Dwóch Francuzów z poprzednio omawianej płyty zostaje z nami. Thierry Waziniak (perkusja, instrumenty perkusyjne) oraz Pascal Brechet (gitara) zapraszają tym razem na bardzo swobodne … reinterpretacje utworów Theloniusa Monka. Jedenaście części, 45 minut z sekundami, miejsce i czas nagrania ponownie nieznane.

Frywolna, jazzowa gitara, która zna doskonale historię gatunku i równie swobodna perkusja, podobnie jak na poprzedniej płycie, dobrze dbająca o dramaturgię spektaklu, często bazująca na intrygującym suspensie. Muzycy płyną strumieniem monkowskich melodii, udanie je cytując lub sugerując dalece luźne z nimi skojarzenia. Bystrze łapią dynamikę i przewrotną melodykę tak charakterystyczną dla kompozycji amerykańskiego pianisty. Budują opowieść, która mogłaby być świetnym soundtrackiem do filmów noire lub starej, francuskiej Nowej Fali. Ich interpretacje Monka zdają się być pokrętnie abstrakcyjne, jak i definitywnie proste niemal w tej samej frazie. Kreują narrację, którą z całą pewnością zaliczyć winniśmy do jazzowego chill-outu, niepozbawioną jednak nerwu improwizacji, wszak to ona jest głównym narzędziem pracy obu Francuzów.

W trzecim utworze proponują swoją autorską impresję, która wydaje się być kolejnym monkowskim evergreenem. Ciekawie brzmią w piątej odsłonie, gdy talerze zaczynają rezonować, a gitara śpiewa swobodnymi flażoletami. W interpretacji jednej z najlepszych melodii Monka Trinkle Tinkle artyści stosują przewrotne metrum i świadomie uciekają od oryginalnej konstrukcji rytmicznej. W końcowych piosenkach gitarzysta koncentruje się na eksponowaniu tematu (czego na ogół nie czynił w pierwszej części płyty), perkusista zaś swawoli na całego. Ot, taki taniec wyzwolonych bikiniarzy!

 


I/O: Carlos Santos & Ulrich Mitzlaff  Studies on Colour Field Modulation (Creative Sources, CD 2021)

Czas na obiecaną Portugalię! Studio w podlizbońskim Algés - Orquestra de Câmara Portuguesa (OCP), wrzesień ubiegłego roku, a w nim dwóch muzyków: Carlos Santos – elektronika i obiekty oraz Ulrich Mitzlaff – violonczello (połączenie skrzypiec i wiolonczeli) i obiekty. Panowie improwizują w dwóch częściach, a całość trwa niewiele ponad 35 minut.

Swoją jakże błyskotliwą przygodę elektroakustyczną muzycy rozpoczynają w mgławicy szumów i szmerów. Opowieść z jednej strony pachnie niemal field recordingiem, z drugiej zaś jest zapewne efektem działań elektroniki i być może live processingu. Po niedługiej chwili domyślamy się, iż część dźwięków dociera do nas wprost z gryfu strunowca. Pojawiają się akcenty percussion i dźwięki smyczka, który ociera się o struny. Tworząca tło elektroniczna poświata zdaje się brzmieć w tym momencie nad wyraz akustycznie. Miztlaff raz za razem wrzuca do strumienia narracji nowe elementy, a praca Santosa sprawia, iż słyszymy dwa, a nawet trzy wątki narracji generowane przez instrument strunowy, pozostające na różnym etapie elektroakustycznego rozwoju. Z czasem rośnie też ilość drobnych, pure elektronicznych dźwięków. Artyści bardzo udanie zarządzają tu dramaturgią. Ich opowieść wspina się na drobne wzniesienia, czasami pogrąża się w melancholijnych dolinach, ale nigdy nie nudzi. Opowieść budują zarówno drobne, szarpane frazy pizzicato, jak i długie, barwne drony multiplikowanego arco, brzmiące niczym chłodny ambient. Na koniec mamy jeszcze samplowane ludzkie glosy i post-barokowe frazy strunowca, płynące w onirycznej aurze elektroniki.

Druga improwizacja w swej początkowej fazie wydaje się być nad wyraz filigranowa. Kreują ją smyczek, który delikatnie pociera o struny i być może także o pudło rezonansowe oraz niemal imitacyjne dźwięki elektroniki. Całość przypomina spacer po zamglonym lesie, tuż przed świtem. Po pewnym czasie frazom strunowca udaje się wydostać na powierzchnię elektronicznej narracji. Uroczo piłowane struny zaczynają swoją pieśń pożegnalną. Oto mroczna post-elektronika dobywana wprost z pajęczastego strunowca, który zdaje się mieć nieskończoną ilość macek. Na finał rzeczona elektronika lepi się w intrygujący dron, a violoncello kreśli smugi cienia.

 


Il Sogno  Graduation (Gotta Let It Out and Auand Records, CD/2LP 2021)

Na standardowej płycie kompaktowej, wedle osiągnięć współczesnej techniki, mieści się mniej więcej 79 minut i 57 sekund muzyki. Trio Il Sogno zdaje się, że pomieściło na swojej nowej płycie niemal dokładnie tyle dźwięków. W każdym razie mamy na niej piętnaście impro kompozycji utrzymanych w duchu łagodnej psychodelii i całkiem bystrego fussion jazzu. Poznajmy muzyków: Emanuele Maniscalco – wurlitzer, syntezator, Tomo Jacobson – kontrabas oraz Oliver Laumann – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie z października 2019 roku, zarejestrowane we włoskiej Brescii i jej Teatrze Wielkim.

Graduation jest po prawdzie nagraniem niebywale długim, ale wiele wskazuje na to, iż przyjęta przez muzyków koncepcja stylistyczna broni się tu od pierwszego dźwięku do owej osiemdziesiątej minuty. W każdym razie pomyślunku i kreatywności nikomu nie brakowało w trakcie tej żmudnej, chwilami wyczerpującej podróży. Już początek kreśli nam ramy wydarzenia – kontrabasowy smyczek, który po introdukcji zamienia się w żywe, srebrzyste pizzicato, cały arsenał środków pianisty, który niemal od startu rysuje tu linię melodyczną, często kreując dwa, a nawet trzy wątki narracyjne, wreszcie perkusja, która robi to, co do niej należy, czyli dba o właściwy kierunek podróży. Muzycy pośród tysiąca pomysłów i melodii, jakie przewijają się przez całe nagranie, raz za razem wrzucają do tygla narracji pałkę dynamitu, siejąc niepokój, szyjąc improwizacje dalece nerwowym ściegiem. Śmiało uciekają wtedy w psychodelię, tudzież frazy pełne tajemniczości, stawiające dramaturgiczne znaki zapytania. Tak dzieje się choćby w utworze drugim i zwłaszcza piątym, który jest długą, ponad dziesięciominutową, poszarpaną i jakże stylową, niemal stuprocentową improwizacją. Dużo kreatywnej nerwowości odnajdujemy także w utworze czternastym.

Il Sogno lubi też zaskakiwać niemal biesiadną melodyką, nie boi się struktur rytmicznych idealnie nadających się do tańca i śpiewania. W takiej estetyce pozostaje trzecia piosenka, a zwłaszcza niemal wodewilowe zakończenie, lekkie jak puch pod spódnicą korpulentnej baletnicy. Wszakże chlebem powszednim tej edycji tria jest fussion jazz. W tej stylistyce utrzymana jest większość kompozycji, w tych ramach świetnie pracują wszelkie klawiatury, jakich używa pianista, a sekcja kontrabasu i bystrej perkusji płynie strumieniem pełnym wyłącznie udanych fraz. Tu za przykłady mogą posłużyć kompozycje numer cztery, sześć, siedem, czy dziewięć. Podoba nam się także kompozycja dziesiąta, która smakuje dark ambientem. Z kolei jedenastka świetnie zmieściłaby się na soundtracku do serialu wszechczasów, czyli lynchowego Twin Peaks.

 


czwartek, 23 lipca 2020

Dead Neanderthals! Humanization 4tet! Nuno/ Lärmschutz! Discordian Wind Quartet! Pumkin! Atkins & Clarke! Dial! The Dinner Party! The July Morning Summary!


Nasza obecna new normal reality redefiniuje codzienność, niweczy sens wszelkich planów, niczego jednak nie redukuje w podkaście muzyki improwizowanej – dźwięków wciąż przybywa, a recenzenci nie nadążają z dostarczeniem nowych wskazówek jakościowych tym, którzy chcą ów wrzący tygiel emocji w jakikolwiek sposób ogarnąć.

Nie pozostaje nam zatem nic innego, jak niezwłocznie przystąpić do lipcowej zbiorówki recenzji płyt świeżych i najświeższych, które przewaliły się po odtwarzaczach redakcji, niektóre nawet z siłą wodospadu! Dziś bez stylistycznej myśli przewodniej, z gwarancją wszakże dużych emocji. Zaczniemy bardzo głośno, dobitnie, acz z niskim udziałem akcji improwizowanych, zakończymy zaś w błogim cieple open jazzu, który skutecznie releguje wszelkie ambiwalencje.

Piorunujące otwarcie zapewni nam nasz ulubiony duet z Holandii, potem przez dłuższy moment pozostaniemy na Półwyspie Iberyjskim, zrobimy krótki skok do Norwegii, by naszą podróż skończyć kilkoma bystrymi nagraniami ze Zjednoczonego Królestwa. A zatem – muzycy do instrumentów, pismaki do piór, a potencjalni nabywcy dźwięków – na zakupy!




Dead Neanderthals  Blood Rite (Utech Records, Kaseta/DL 2020)

Na estetyczne i foniczne oczyszczenie receptorów słuchu zapraszają nas Otto Kokke na syntezatorze i René Aquarius na perkusji oraz wokalu. Tym razem nasi ulubieni dźwiękowi terroryści i konceptualiści zapraszają na 27-minutową podróż w jednym akcie, powstałą jak zawsze w okolicznościach holenderskiego White Noise Studio.

Rytmiczne uderzenia w masywny zestaw perkusyjny i gigantyczny jęzor syntezatora, który brzmi swym najniższym z możliwych pasm fonii. Zdaje się, że stoimy u bram piekła, a potem robimy ogromny krok do przodu! Syntezator charczy, buduje dron z mułu, gliny i grobowych wnętrzności, perkusja pracuje zaś równo w repetytywnych konwulsjach. Dramaturgię chwili multiplikuje głos drummera (krzyk? pre-growl?). Doom & harsh in Apocalipse now! – wszystko żyje tu życiem prawdziwie pośmiertnym. Raz na kilka minut narracja skrzy się jakimś tajemniczym nowym elementem, ale po kilku meta pętlach wszystko wydaje się wracać do karkołomnej normy tego dźwiękowego spektaklu. W dziesiątej minucie na moment milknie perkusja, a dron syntetyki staje w miejscu i skowycze o kilka oktaw wyżej, ale też pyta o kierunek dalszej drogi. Ta pierwsza potrzebuje aż trzech minut, by na powrót wybić się ponad zgiełk syntezatora. Wraz z jej kardynalnym rytmem powraca też metafizyczny krzyk wprost z gardła drummera.

Po dwudziestej minucie tętno serca perkusji nabiera jeszcze bardziej czerstwej rytmiki. Dron syntetyki zaczyna sprawiać wrażenie, jakby miał ostatecznie zastygnąć. Analogowa zgrzebność chwili buduje nowy wymiar dramaturgiczny tej szalonej opowieści. Jak kruszący się beton, jak eksplozja elektrowni atomowej, która dokonuje się na zwolnionych obrotach. Muzyka nabiera charakteru definitywnie ostatecznego. Rządzi nami, niczym starotestamentowy bóg, który oferuje jedynie karę. Ta historia dokonuje swojego żywota mniej więcej na pięć kwadransów sekund przed napływem ostatecznej ciszy. Perkusja milknie, syntezator kona, wreszcie głucha syntetyka przybiera barwy bolesnej ciszy. Oto po raz kolejny Dead Neanderthals postawili nas pod ścianą i całkowicie zredefiniowali nasz ogląd rzeczywistości. Wydają się być wciąż groźniejsi niż osławiony Covid-19.




Humanization 4tet  Believe, believe (Clean Feed, CD 2020)

Trzymamy poziom emocji, choć zdecydowanie zmieniamy stylistykę. Rasowy free jazz, oparty o skomponowany materiał, proponuje nam portugalsko-amerykański Humanization 4tet, który istnieje już kilkanaście lat i właśnie dostarcza nam swoją czwartą płytę. Moc sprawcza przedsięwzięcia, to Luís Lopes – gitara elektryczna, któremu partnerują: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Aaron Gonzalez – kontrabas oraz Stefan Gonzalez – perkusja. Nagranie z lata 2018 roku, poczynione w okolicznościach studyjnych Nowego Orleanu. Sześć kompozycji, 35 minut i 10 sekund.

Płytę zaczyna kompozycja obca, który wybudzi ze letargu nawet umarłego. Dynamiczny, melodyjny temat i niemal funkowy groove. Opowieść inicjuje śpiewny saksofon, mocna, akustyczna sekcja stawia zasieki, a gitara z prądem pcha wszystkich w eksplozywne tango. Temat powraca raz za razem, ale solą tego momentu, jak i wielu w trakcie całej płyty, są improwizacje saksofonisty i gitarzysty. Ponieważ jednak prawie wszystko dzieje się tu na dużej dynamice, nie ma czasu na antrakty solowe. Improwizacje toczą się symultanicznie, a momenty, gdy którykolwiek z artystów milknie należą do rzadkości. Owa programowa kolektywność, to jeden z elementów, który konstytuuje jakość tej muzyki.

Drugi utwór pachnie post-rockiem. Sam temat podany jest bardzo swobodnie, skory na wszelkie interpretacje. Muzyka bucha ogniem, choć wieńczy ją post-bluesowe spowolnienie. Trzecia kompozycja zaczyna się wręcz dancingowo, ale szybko wpada w wir ekspresyjnych podmuchów tenoru, wspartych żelazną sekcją rytmu. Kluczem do tej części jest fantastyczna ekspozycja Lopesa, który razi psycho-rockowymi emocjami. Czwarty i piąty utwór otwierają amerykańscy bracia (synowie Denisa!). Najpierw koncentrujemy się na spokojnym, niemal balladowym saksofonie, który dość szybko łapie post-aylerowskiego bakcyla mistycyzmu, a w piątej części natrafiamy na dynamiczną i rytmiczną pracę sekcji, funkująca gitarę i tenże saksofon, który zdolny jest skruszyć każdy mur. Znów świetny moment Lopesa, który snuje abstrakcyjną, nieco separatywną opowieść, którą świetnie kontrapunktuje tenorzysta. Każdy z wątków ma tu swoją wartość, a dyspozycja dnia każdego z muzyków gwarantuje nam mistrzowskie wykonanie. Ostatni utwór zdaje się, że konsumuje wszelkie walory Believe, believe. Pokaz warsztatu, wyobraźni, no i przede wszystkim świetnej kooperacji wewnątrz kwartetu. Ogniste pętle narracji, bystre interakcje i na ostatniej prostej jurny, free jazzowy galop.




Jorge Nuno/ Lärmschutz  Faux Amis vol. 15 (Faux Amis, Kaseta/DL 2020)

Wątek portugalski kontynuujemy w okolicznościach na póły holenderskich. Tamtejszy label Faux Amis dostarcza nam dość regularnie splitowych kaset, na których łączy nagrania własnej formacji Lärmschutz z dokonaniami zaproszonego gościa (gości). Tym razem w tej roli gitarzysta z Lizbony Jorge Nuno, którego znamy z ekspresyjnych, psychodelicznych improwizacji zakrapianych rockową estetyką. Tu proponuje on nam improwizacje na gitarę akustyczną, powstałe w domowych, jakże pandemicznych okolicznościach minionej wiosny. Na drugiej stronie kasety rzeczony Lärmschutz, tym razem w akustycznym, równie swobodnie improwizującym duecie - Rutger van Driel na puzonie oraz Stef Brans gitarze lub mandolinie.  Obie strony kasety trwają po 29 minut i kilkadziesiąt sekund.

Portugalczyk stawia na rozwiązania minimalistyczne – drobne preparacje smyczkiem po strunach, kilka zjawisk mechaniki użytkowej, smukłe flażolety i chytre półakordy, zabawy w echo i rezonans, ale także garść zwykłych fraz czynionych kostką lub palcami. Improwizacje są dobrze skonstruowane, przemyślane, nie bez prób budowania tzw. narracji właściwej. Tak dzieje się choćby w trakcie trzeciej części, która ma posmak psycho-rockowej ballady. W kolejnej muzyk proponuje samoodychające, suche frazy, które przypominają porannego bluesa odartego z przyjemności wieczornego pijaństwa, po czym nabierają cech post-rockowej piosenki bez tekstu. Na koniec muzyk powraca do preparowania dźwięku i gry z rezonującymi strunami. Natrafiamy także na kilka ciekawych niuansów brzmieniowych, powstałych już za progiem gitarowym, które udanie reasumują bystrą, półgodzinną improwizację.

Strona holenderska także stawia na pełną akustykę – oddechy suchego puzonu i gitarowych preparacji. W tej koncepcji same dźwięki wydają się być ornamentami, które zdobią ciężką pracę fizyczną improwizatorów. W dwóch utworach w miejsce gitary pojawia się mandolina. Muzyka nabiera lekkości i zdaje się być bardziej śpiewna. Puzon, jakby w rekontrze, także zaczyna frazować z odrobinę większą dawką dźwięku i melodyki. W drugiej części Improwizacja nawet nabiera w usta spore porcje bluesowych emocji, w trzeciej zaś skrzy się niebanalną melancholią. Artyści pozwalają sobie także na momenty bardziej dynamiczne, dzięki czemu ich półgodzinna porcja muzyki liczyć może na wiele ciepłych słów recenzenta. Najłagodniejszy jest ostatni odcinek tej opowieści – puzon skacze do samego nieba, a gitara nostalgicznie łka i zawodzi.




Discordian Wind Quartet  Live At Magia Roja (Discordian Records, DL 2020)

Barcelona! Klub Magia Roja! Zapraszamy na kolejny odcinek niekończącego się serialu artystycznych aktywności El Pricto! Tym razem wenezuelski saksofonista wciela się w rolę kompozytora i dyrygenta formacji nazwanej Discordian Wind Quartet: Fernando Brox - flet, Jordi Santanach – klarnet basowy, Pol Padrós – trąbka oraz Aram Montagut – puzon. Koncert, który odbył się w czerwcu ubiegłego roku, składa się z ośmiu utworów, trwa około 48 minut.

Kwartet instrumentów dętych bez saksofonu?! Tylko w Barcelonie! Intrygujący, tajemniczy, nieoczywisty koncert, który być może uznać winniśmy za jedną najspokojniejszych płyt w całym katalogu Discordian Records. Choć zaczyna się nad wyraz … niespokojnie.  Flet, puzon, klarnet i trąbka śpiewają dętą piosenkę, z połamanym rytmem i technikami artykulacyjnymi, budowaną metodą ciągłych zmian i dramaturgicznych zaskoczeń – typical beauty of Pricto! Rodzaj chamber music z post-jazzowymi inkrustacjami, gotowymi w każdej sekundzie burzyć pozorny ład kameralnych fraz. Tu, na starcie koncertu, opowieść nabiera mroku (patrz: tytuły!), brudzi swoje brzmienie i sączy złowrogi jad. Kolejne epizody, to próby systematycznego wychodzenia z owego dark suspens. Krótkie, urywane, na poły taneczne frazy – szybkie wdechy i efektowne wydechy - to pomysł na drugą część. Trzecia zdaje się być nieco frywolna, a muzycy bawią się w skomponowane call & responce. Płyną wysokim wzgórzem, częściej stają na placach, niż szukają pozycji na kolanach. W czwartej opowieści prym wiedzie trąbka - reszta instrumentów drży lub podśpiewuje, a z całości sączy się molowy nastrój i dramaturgiczne zwątpienie.

W drugiej części koncertu dyrygent pozostawia muzykom odrobinę więcej swobody w zakresie improwizacji, tak indywidualnych, jak i kolektywnych. Nie zmienia to jednak faktu, iż frazy grane unisono pozostają zasadniczą treścią tej opowieści. Stabilne pasaże, rozsądek chwili - każda salwa muzycznego temperamentu bywa tu komentowana frazą wprost z batuty dyrygenta. Narracja toczy się na delikatnie zaciągniętym ręcznym, a gros emocji zdaje się być poupychanych po kieszeniach. Intrygująco robi się w części siódmej - szumy w tubie, oddychająca cisza w wentylach, garść drobnych preparacji. Kameralna sonorystyka z ciszą w roli piątego instrumentu. W ostatniej części muzycy wypuszczają więcej pary z ust – pijackie półśpiewy, zalotne frazy, podawane nawet z czymś na kształt rytmu. Wybudzenie z letargu nie trwa jednak długo. Kwiecista opowieść wydaje bowiem z siebie ostatnią frazę – ostry dźwięk pod sam sufit Magia Roja.




Pumkin  The Best of Pumkin (Dugnad Records, DL 2020)

Czas na nowe nazwiska europejskiej muzyki improwizowanej, przynajmniej na tych łamach! Trio zwie się Pumkin, a personalnie tworzą go: Joel Ring – wiolonczela, Karl Hjalmar Nyberg – saksofon oraz Ole Morten Vågan – kontrabas. Jesteśmy w Oslo, w miejscu zwanym Studio Paradiso, jest początek marca 2018 roku. Muzycy proponują nam pięć improwizacji (być może delikatnie predefiniowanych), które trwają niewiele ponad 30 minut. Tytuł płyty zdaje się być nieco przewrotny, albowiem wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż to debiutanckie nagranie tria.

Open jazzy chamber buduje kontrabasista, który równie dobrze kreuje zwinne pizzicato, jak i pracuje smyczkiem nie szczędząc post-barokowych emocji, wiolonczelista zdolny do wszystkiego, płynący często szerokim korytem, czasami uroczo post-ambientowym, wreszcie saksofonista, który zdaje się być zarówno bystrym kolorystą, jak i zaskakującym dzikim zwierzakiem, któremu niewiele brakuje do ognia free jazzu. Dramaturgiczną bazą dla Pumkin pozostaje kolektywna improwizacja, świetnie skomunikowana wewnętrznie, gdzie każda akcja liczyć może na adekwatną reakcję.

Od pierwszego dźwięku Skandynawowie kreują gęsty, zwinny flow, pozbawiony choćby źdźbła słodyczy. W pierwszej części znakiem jakości stemplujemy zadziorny dialog kontrabasu i cello. W drugiej na obu gryfach pojawiają się smyczki, opowieść nabiera kameralnego uroku i pełna jest drobnych, molekularnych fraz. W połowie opowieści muzycy zwalniają, a po kilku mrugnięciach okiem, ruszają w imponującą mantrę repetycji i wyłącznie błyskotliwych fraz. Trzeci odcinek znów łyka więcej jazzu, pojawiają się akcenty percussion (zapewne na pudle kontrabasu) i piękne, zadziorne frazy wiolonczeli. Z kolei czwarta część zaczyna się na samym dnie kontrabasu, z którego smyczek wydobywa moc niepokojących dźwięków. Czynione w pełnym skupieniu call & responce także domaga się stempla najwyższej jakości. Free chamber wybucha tu z pełną mocą, a w tubie saksofonu rodzą się emocje godne free jazzu! Kontrabas i cello piszczą jak małe kociaki! Wreszcie finał, stonowany, prawdziwy dark chamber z post-barokowymi akcentami. Na ostatniej prostej każdy imituje tu każdego. Pełna symbioza.




Matt Atkins/ Martin Clarke  Six Decisions (MRM Recordings, CD 2020)

Przenosimy się do Londynu. Nagranie powstałe w okolicznościach studyjnych, w miejscu zwanym The Music Room, na początku 2019 roku. Matt Atkins zagra na perkusji, instrumentach perkusyjnych, będzie także używał taśmy (magnetofonu, po prawdzie) i elektroakustycznych obiektów, zaś Martin Clarke - w trakcie sześciu bardzo swobodnych improwizacji - używał będzie saksofonu. Całość odsłuchu nie zajmie nam więcej niż 34 minuty.

Sześć Decyzji, to swobodna, grana na ogół na sporym luzie, niezobowiązująca improwizacja dwóch artystów, którym donikąd się nie spieszy. Muzyka, która ponawia pytanie o rolę i zakres aspiracji dźwięków syntetycznych w zetknięciu z żywymi instrumentami. I znów karkołomna teza redakcji, iż te pierwsze świetnie zdają egzamin, jako metoda poszerzenia artystycznych środków wyrazu, nie zaś główna treść improwizacji, zdaje się odnajdywać na tej płycie kolejny dowód rzeczowy w sprawie.

Niedługa płyta dwóch Panów wskazanych w preambule tego tekstu bez trudu odnajduje nasz skromny entuzjazm, gdy elektroakustyczna poświata zdaje się być świetnym tłem dla improwizacji żywych perkusjonalii i saksofonu. Tak dzieje się w utworze pierwszym, który stanowi bystre free improv z ciekawymi kontrastami i dysonansami estetycznymi, gdzie percussion intrygująco mąci, a saksofon konsekwentnie porządkuje narrację. Równie dobrze muzyka Atkinsa i Clarke’a prezentuje się w trzeciej części, gdy muzycy zdają się zagłębiać w estetyce kind of free jazz, a całość narracji niepozbawiona jest molowego posmaku melodyki godnej Krzysztofa Komedy. W czwartej części opowieść płynie niemal wyłącznie akustycznym korytem, a w ostatniej broczy po kolana w szumach i szmerach, bystrze szukając inspiracji dramaturgicznej w dźwiękowych preparacjach. Szczególnie podoba nam się wtedy minimalistyczny saksofon, pracujący niemal wyłącznie na wdechu. Jakby w opozycji do wyżej wspominanych momentów, w utworze drugim za sterami odnajdujemy elektroakustyczne obiekty, które nie wydają się łase na interakcje z żywym dźwiękiem saksofonu, w piątym zaś pojawiają się dźwięki z magnetofonu kasetowego, których rola w narracji nie zostaje zbyt precyzyjnie nakreślona. 




Sue Lynch/ Dawid Frydryk/ Dave Fowler/ John Edwards  Dial  (FMR Records, CD 2019)

Pozostajemy w Londynie, zmieniamy tylko miejsce – świetnie nam znany klub Iklectik. Na scenie kwartet Dial, który tworzą: Sue Lynch – saksofon tenorowy, klarnet i flet, Dawid Frydryk – trąbka i flugelhorn (muzyk pochodzący w Wrocławia!), John Edwards – kontrabas oraz Dave Fowler – perkusja. Na srebrnym krążku dostajemy po prawdzie nagrania z dwóch różnych koncertów – krótsza improwizacja z roku 2018 i dłuższa, być może cały koncert, z roku 2019. Całość trwa około 48 minut.

Dial, to przykład muzyki improwizowanej, silnie osadzonej w estetyce jazzowej, której naczelną konstytucją jest prawdziwie realny kolektywizm. Równość wobec praw improwizacji, wobec każdego dźwięku i rozwiązania dramaturgicznego. Słucha się tego doskonale, co unaocznia już pierwszy utwór. Muzycy produkują małe frazy, macają się wzajemnie, sprawdzają dyspozycję dnia. Rwany, bystry tenor, śpiewna trąbka, wreszcie sekcja serca i ognia, z masywnym, jedynym w swoim rodzaju kontrabasem Johna Edwardsa. Post free jazz z otwartą głową i dobrymi płucami, bez pustych przebiegów, pełen niuansów i dramaturgicznych perełek. Ozdobą tej części płyty zdaje się być nade wszystko solowe expo smyczka na gryfie kontrabasu - piękne, brudne, meta barokowe pasaże.

Druga część zaczyna się w ciszy oczekiwania. Swobodna spirala narracyjna, która nakręca się jakby samoistnie, w konsekwencji kolejnych akcji i interakcji muzyków. Opowieść budowana z puzzli, które niemal idealnie do siebie pasują. Bystre kipiele emocji, godne klasyki free jazzu, kontrapunktowane są tu post-kameralnymi spowolnieniami (niezastąpiony smyczek Edwardsa!), które skrzą się także indywidualnymi stemplami jakości. W połowie siódmej minuty czyni tak trębacz, parędziesiąt sekund później tenorzystka, która świetnie wykorzystuje smyczkowy podkład. Dużo dramaturgicznej kreacji bierze tu na siebie kontrabas, ale to dla nas żadne zaskoczenie. Dwa istotne momenty ma także Lynch, gdy ciągnie samotnie jarzmo narracji, raz proponując bystrą sekwencję dźwięków na tenorze, innym razem, już pod sam koniec koncertu, na klarnecie. Po upływie trzydziestej drugiej minuty kwartet przełącza się na tryb fire music, opowieść dostaje dodatkowego kopa rytmicznego, swoje trzy gorsze wrzuca wspomniany klarnet, po czym opowieść przechodzi w stadium gaszenia płomienia narracji. Znów wszystko dzieje się tu bardzo kolektywnie, choć nie sposób nie podkreślić paru pięknych fraz trąbki.




The Dinner Party  Wednesday Afternoon (FMR Records, CD 2020)

Na ostatniej dziś płycie barwy brytyjskie reprezentują wydawca i saksofonista (po części także pianista), ale samo nagranie powstało we Włoszech, w miejscowości Monopoli (Eticarte Waveahead Studio, sierpień ubiegłego roku). Trio The Dinner Party w składzie: Vladimir Miller – fortepian, Adrian Northover – saksofon altowy oraz Pierpaolo Martino – kontrabas. Muzycy proponują nam osiem kompozycji (dwie autorstwa pianisty, pozostałe, to dzieło wszystkich muzyków, zatem z improwizacją, jako główną metodą twórczą), które trwają około 48 minut.

Zgodnie z informacją zawartą w preambule całego tekstu, dzisiejszą opowieść kończymy w klimatach open jazzu. Środowe Popołudnie chwilami haczy nawet o jazzowy mainstream (choćby w kompozycjach pianisty, dobrych do tańca i śpiewania, niczym evergreeny Krzysztofa Komedy!), ale szczęśliwie daleko mu do idiomu ECM-owskiej nudy. Klasa muzyków czyni jednak wiele (tego Pana na saksofonie cenimy sobie szczególnie!), a wystarczy sięgnąć po ostatni, najdłuższy utwór, by przekonać się, że The Dinner Party, to zdecydowanie coś więcej niż jazz, nawet ten najbardziej otwarty.

Kompozycje na płycie, te tworzone kolektywnie, to bardziej scenariusze, luźne zapiski tego, jak przebiegać ma proces budowania narracji i kreowania improwizacji, zarówno tych solowych, jak i kolektywnych. Pianista wychowany być może na klasyce i warsztacie rosyjskich konserwatoriów, dba tu o każdy niuans dramaturgiczny, dużo oryginalności i pomyślunku prezentuje kontrabasista, a klasa saksofonisty nie wymaga rekomendacji, nawet wtedy, gdy jego altowy instrument po prostu śpiewa melodię. Dowodem na kreatywność kontrabasisty niech będzie utwór czwarty, w którym flow opowieści buduje wyjątkowo zwinne szarpanie za struny. Jeszcze wcześniej, w trzecim, cała rytmika zdaje się być ciekawie poszarpana, w czym jego udział wydaje się niepodważalny. Kolejnym stemplem jakości może być utwór numer pięć, niepozbawiony pianistycznych preparacji, znów z bystrym pizzicato i wyjątkowo dynamicznym saksofonem, niemal z posmakiem rockowej ekspresji. Muzycy równie dobrze radzą sobie z tajemniczą melancholią, jaka dopada ich w szóstej opowieści. Wreszcie, wspomniana już ostatnia, ponad 11-minutowa kompozycja. Zaczyna się wymianą krótkich fraz, z pogłosem - filigranowy flow, ale budowany z odpowiednią dynamiką. Po chwili wchodzi smyczek, emocje rosną, a do ognia dorzuca saksofon. Po fazie post-barokowego spowolnienia, trio rozlewa się w szeroki strumień open jazzu i z nostalgicznymi emocjami zwinnie dociera do ostatniego dźwięku.