Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Terry Day. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Terry Day. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 września 2023

John Butcher in three bodies: Angles Of Enquiry! Fanthom! The Very Fabric!


John Butcher, to muzyk, który w mediach związanych z muzyką kreatywną, improwizowaną, czy free jazzową nie wymaga introdukcji, ani podkreślenia, jak ważnym jest artystą dla historii gatunku. To wspaniała sprawa, iż ciągle dostarcza nam nowych płyt. Raz jest ich więcej, innym razem mniej, ale zawsze jego nowy album jest powodem do eksplozji naszych endorfin.

Dziś trzy albumy, które ujrzały światło dzienne w trakcie minionego lata. Każde nagranie jest inne – najpierw post-jazzowe zabawy z dźwiękiem prowadzone w gronie prawdziwych weteranów brytyjskiego free impro (tu blisko 70-letni Butcher zdaje się być doprawdy młodziakiem), potem rasowy free jazz kwartetu gorących nazwisk sceny jak najbardziej współczesnej, wreszcie pierwsze od dekady nagranie solowe, poczynione w gigantycznej wieży ciśnień. Welcome!



 

Max Eastley/ Terry Day/ John Butcher  Angles of Enquiry (Confront Records, CD 2023)

Iklektic, Londyn, wrzesień 2022: Terry Day – perkusja, Max Eastley – elektroakustyczny monochord, instrumenty perkusyjne, bird call oraz John Butcher – saksofony. Sześć improwizacji, 48 minut.

Nagranie trzech improwizatorów, którzy w momencie rejestracji mieli łącznie ponad 200 lat na karku, skrzy się intrygującą narracją, budowaną niekiedy dość nieoczywistymi metodami i nade wszystko brzmieniem, generowanym przez monochord, instrument zbudowany z jednej struny, czasami brzmiący niczym kontrabas, czasami, podłączony pod niewielkie zasilanie przypominający uszkodzony syntezator modularny. Trochę ponad trzy kwadranse zaskakujących sytuacji dramaturgicznych, dużo jakości i kilka chwil delikatnie przegadanych w najdłuższej improwizacji. Sam koncert wydaje się być nieprzerwanym ciągiem zdarzeń fonicznych, choć co do tego, nie mamy stuprocentowej pewności.

Muzycy zaczynają smukłą, dystyngowaną narracją w klimatach post-jazzu. Małe perkusjonalia, saksofonowe przedechy i monochord, który pracuje nisko na nogach, sycąc opowieść elektroakustyką swojego arco. Drugi fragment koncentruje się na dramaturgicznych detalach, budowany drobnymi, ale urokliwymi interakcjami. Sporo preparowanych subtelności dętych, trochę zjazdów i podjazdów strunowca, perkusyjne dodatki. Narracja z czasem nabiera tu mroku, po czym zostaje spuentowana, z inicjatywy saksofonisty, całkiem emocjonalnym spiętrzeniem. W trzeciej odsłonie monochord brzmi jak syntetyzator modularny tuż przed wizytą serwisanta. Produkuje rozbudowane intro, które zostaje udanie skomentowane przez dęte drony i błyszczące perkusjonalia. I znów puentą jest opowieść nasycona jazzowymi atrybutami. Czwarta część zdaje się być nerwową, lekko zdeformowaną emocjami post-balladą. Preparacje, drobne wzniesienia i rozkołysane powroty. Udanie kontrapunktuje tu swobodnie frazujący perkusista. Piąta opowieść trwa ponad trzynaście minut, a jej pierwszą połowę wypełnia solowa ekspozycja monochordu. Day pracuje tu dużo na talerzach, Butcher budzi się dopiero o pięciu minutach, ale niekoniecznie ma pomysł na ciąg dalszy, skupia się na prostej melodyce. Dopiero po perkusyjnej solówce narracja nabiera życia, najpierw tworzona w duecie, potem już w dość energetycznym trio. Koncert wieńczy pożegnalna trzyminutówka, w początkowej fazie dość filigranowa, potem nasączona sporą intensywnością, niepozbawiona melodii i strunowego rozhuśtania.



 

John Butcher/ Pat Thomas/ Dominic Lash/ Steve Noble  Fathom (577 Records, CD/LP 2023)

Cafe Oto, Londyn, październik 2021: John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, Pat Thomas – fortepian, Dominic Lash – kontrabas oraz Steve Noble – perkusja. Trzy improwizacje, 37 minut.

Współczesny, brytyjski free jazz w modelowym wydaniu! Ciekawa dramaturgia albumu - każdy wydzielony fragment koncertu jest dłuższy od poprzedniego, każdy wnosi do obrazu całości nowe intrygujące elementy. Choć być może całość jest tu nieprzerwanym ciągiem dźwiękowym, przynajmniej połączenie drugiej i trzeciej części na to wskazuje. Artyści wchodzą w pierwszą narrację całkiem dynamicznym krokiem. Dbają o detale, są bardzo precyzyjni, a ogień free jazzu wypada im zza pazuchy już na pierwszym zakręcie. Roztańczony tenor, piano zarówno w formule inside, jak i outside, świetna, punktowa gra kontrabasu i bystrej perkusji. Muzycy doskonale panują nad dramaturgią, od czasu do czasu folgują sobie kameralnymi interludiami wspartymi na soczyście brzmiącym smyczku kontrabasu. Bywa, że pianista zdaje się być zaskakująco liryczny, bywa, że akcje tenoru nabierają zmysłowej filigranowosci.

W trakcie drugiej części koncertu można odnieść wrażenie, że noga mniej dociska gaz, przynajmniej w fazie początkowej. Na starcie mały festiwal preparowanych dźwięków, w wielu momentach z trudnym do umiejscowienia źródłem ich pochodzenia. Smyczek jęczy, a punktowe inside piano buduje nieoczywisty suspens. Jedni rezonują, drudzy wznoszą kocie lamenty. Dźwięki lepią się do siebie, a rosnący poziom ich intensywności sprawia, że improwizacja szybko staje się free jazzowa. Butcher pracuje teraz na sopranie i krzyczy wniebogłosy! Kwartet wspina się na efektowne wzniesienie, ale faza opadania spoczywa wyłącznie na kontrabasie i perkusji. W trzeciej części znajdujemy się dość płynnie. Ostre klawisze piana i sekcja, która stawia stemple mocy, rysują tu nerwowy i energetyczny ścieg. Tenorzysta powraca w porcją cmoknięć i westchnień. Świetne momenty serwuje nam kontrabasista – gra jednocześnie pizzicato i arco! Improwizacja nabiera free jazzowych rumieńców – wszyscy idą w tango z uśmiechem na ustach. Życiodajną mocą kipi Butcher, Lash generuje czarny groove wspierany ekspresją Thomasa, a Noble wpada w ogień piekielny. W połowie ponad 15-minutowej, trzeciej odsłony koncertu narracja stylowo wyhamowuje. Smyczek w krótkiej, ale dosadnej ekspozycji solowej, swobodny drumming, nieco balladowe śpiewy saksofonu. Opowieść przez moment zdaje się stawać w miejscu i pytać o kierunek dalszej drogi. Na szczęście jazz wyciąga tu pomocą rękę i pcha improwizację ku szczęśliwemu zakończeniu, bazując na wybitnych preparacjach saksofonisty. Z kolei sama finalizacja jest dziełem dogasającego smyczka.



John Butcher  The Very Fabric (hittori by Ftarri, CD 2023)

Brønshøj Water Tower, Kopenhaga, czerwiec 2022: John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy, feedback tenorowy w utworze czwartym. Jedenaście improwizacji, 46 minut.

Jeśli chce się poznać miejsce powstania tego nagrania, wystarczy zajrzeć na bandcampową stronę muzyka i obejrzeć zdjęcia, jakie ilustrują album. Masywny, owalny, betonowy budynek, którego naturalna akustyka jest pełnoprawnym uczestnikiem spektaklu, który zwie The Very Fabric. Dodajmy, iż w trakcie jedenastu improwizacji muzyk sześciokrotnie sięga po saksofon tenorowy, czterokrotnie po sopranowy, a raz mamy do czynienia we wspomnianym wcześniej, tenorowym feedbackiem.

W pierwszych trzech utworach Butcher improwizuje na tenorze. Charakterystyczne brzmienie, lekko zabrudzone, precyzja każdego oddechu, każdej porcji dźwięków. Te ostatnie tuż po opuszczeniu tuby dostają się w wir pogłosu – czystego, naturalnego, definitywnie nieskończonego. Muzyk dawkuje nam emocje, dba o adekwatną melodyjność. W drugiej części cedzi przez ustnik prawdziwie mikroskopijne dźwięki. Pogłos z każdego z nich robi małe arcydzieło akustyki. To jakby rozmowa z ciszą. Kolejna tenorowa zagrywka ma już charakter dalece medytacyjny. Mantra śpiewu, prostej melodyki. W części czwartej pojawia się oniryczny ambient tenorowego feedbacku. Aura jak z horroru. Tu każda, najdrobniejsza porcja fonii może być tą ostatnią. Nagranie skrzy się nierealną syntetycznością.

W kolejnej części muzyk po raz pierwszy sięga po sopran. Kreuje filigranowe frazy, które budzą pogłos, żyjący już teraz własnym życiem. Akcje nabierają z czasem pewnej taneczności, niczym płatki księżycowego puchu w locie wznoszącym. W dwóch kolejnych improwizacjach powraca tenor. Najpierw jest brudny, tłusty, ociekający potem. Wznosi lamenty ku niebu. Zaraz potem ten sam tenor frazuje wyjątkowo wysoko, zdaje się być lekki, niemal niematerialny. Zaraz po ekspozycjach tenorowych dwa epizody sopranowe, znów zderzone dysonansem ekspresji. Pierwszy szybuje bardzo wysoko, drugi tapla się w mroku i każdy jego dźwięk wydawany jest jakby półgębkiem. Na końcu przypomina szmer. W przedostatnim utworze powraca sopran i szyje nam melodyjną opowieść, która nabiera emocji dzięki oddechowi cyrkulacyjnemu. Finałowa opowieść, to rozmarzony tenor, który skrawkami melodii buduje dość gęstą, jak na kanony tego albumu opowieść.



 

wtorek, 24 maja 2022

The Shrike Records: two next steps! Stovelit Lines & Iklectik Recordings!


Brytyjski label Shrike Records powstał w roku ubiegłym i koncertuje się na prezentacji muzyki zarejestrowanej w ostatnich kilku latach w londyńskim Klubie Iktectik. Oczywiście, muzyki swobodniej improwizowanej, i to często w wymiarze całkiem szalonych, elektroakustycznych incydentów, muzyki jakże brytyjskiej, jakże utytułowanej w wymiarze personalnym.

Do tej pory ukazało się sześć dziarskich płyt CD (i wersji elektronicznych na dedykowanym bandcampie), a jak pokazują trybunowe statystyki, jedynie trzy z nich były do tej pory zrecenzowane. Dziś zatem sięgamy po dwie kolejne, a tę szóstą zostawiamy sobie na inną okazję.

Na rzeczonych dwóch krążkach cofamy się do roku 2017 i słuchamy najpierw bystrej, po części akustycznej improwizacji okraszonej gitarą elektryczną, a zaraz potem tria, które w sposób absolutnie niekontrolowany korzysta z akcesoriów elektronicznych, elektro-pochodnych i jakichś bliżej niezidentyfikowanych obiektów. W drugim z przypadków smaczku naszym słuchowym eksploracjom dodaje fakt, iż wydawca nie wyszczególnia instrumentarium muzyków, zatem nasza wyobraźnia zdaje się nie mieć tu granic! So, Welcome to world of unlimited sounds!

 


Steve Beresford/ John Butcher/ Terry Day/ John Edwards/ Thurston Moore  Stovelit Lines (CD 2022)

Na początek kwintet prawdziwych weteranów sceny free impro i rocka! Bo taki kontrabasista, dziś już po 60. urodzinach, jest w tym gronie najmłodszy! W każdym razie na osi czasu odnotowujemy 30 listopada 2017 roku, na scenie lądują zaś tacy oto muzycy: Steve Beresford – fortepian i obiekty, John Butcher – saksofony, Terry Day – instrumenty perkusyjne, John Edwards – kontrabas oraz Thurston Moore – gitara. Trzy swobodne improwizacje trwają tu trzy kwadranse bez kilku sekund.

Istnieje przypuszczenie, graniczące z pewnością, iż muzycy w takim składzie grają ze sobą po raz pierwszy, i pewnie ostatni, w swym najeżonym wieloma doświadczeniami życiu. Ale każdy dźwięk zdaje się przeczyć tej pokracznej tezie. Artyści od pierwszego westchnienia świetnie się ze sobą komunikują i demokratycznym szlakiem prowadzą swobodną improwizację na kilka efektownych szczytów. Sam początek, to elektroakustyczne szmery z obiektów pianisty, oniryczne frazy na gryfie gitary, a także garść krótszych i dłuższych fraz ze smyczka, perkusjonalii i ciężko oddychającego saksofonu. Moc narracji buduje się tu na gryfie posadowionego centralnie kontrabasu, kreatywny ferment płynie zaś z obu przeciwległych flanek, z woli pianisty preparatora i równie nerwowego gitarzysty. Improwizacja rozwija się wieloma kanałami, muzycy wchodzą w interakcje w podgrupach (choćby saksofon i gitara), kilka ostrych, free jazzowych uderzeń w klawisze proponuje pianista, ale ów elektroakustyczny melanż całkiem niespodziewanie odnajduje gęstą ciszę, głównie za sprawą dramaturgicznej stanowczości gitarzysty. Po kilku pętlach zadumy narracja dość szybko łapie free jazzowy drive i płynie niesiona emocjami roześmianego saksofonu. Kolejne wyhamowanie wydaje się być jeszcze bardziej efektowne, wprost w objęcia preparacji, bardzo kameralnych, ale z uwagi na rozbudowane instrumentarium, chwilami pachnących swądem upalonych kabli zasilających. Finał pierwszej, prawie 20-minutowej opowieści leje się dronami, przy okazji uroczo podkreślając dalece ponadgatunkowy wymiar owej brytyjsko-amerykańskiej przyjaźni muzycznej.

Druga improwizacja tylko nieznacznie przekracza dziesięć minut. Jej pierwsze frazy budzą się w mroku niemal egzystencjalnego lęku. Kontrabas trzeszczy, gitara skowycze, inside piano rozsiewa aurę niepewności, którą wspiera ambient gitary, a samodzielne echo dopełnia obrazu dramaturgicznego suspensu. Całość narasta niczym letnia burza, łyka powiewy gitarowego prądu, a swoje dodają tu lekki saksofon, obiekty i wybudzone ze snu perkusjonalia. Zakończenie jest gęste, bardzo efektownie polepione z dysonujących fraz, smakuje niczym udana randka free jazzu i free rocka.

Ostatnia improwizacja, sama w sobie świetnie skonstruowana jak na kanony free impro, budowana jest inicjatywą ustawodawczą obiektów i gitary, zaś wypełniona uroczymi parsknięciami dźwięków ze strony pozostałych uczestników spektaklu. Zaczyna duet, potem doskakuje rozochocony sopran, zaś bas i perkusjonalia zdają się tu już wchodzić niemal na gotowe. Kilka ostrzejszych fraz piano budzi dodatkowe porcje ekspresji, ale improwizacja, jako kolektywna całość świetnie panuje nad emocjami i dawkuje je nam dokładnie w taki sposób, jaki sobie zaplanowała. Tu, podobnie jak w części pierwszej, po szybko osiągniętym wzniesieniu, narracja wchodzi w odmęty ciszy, onirycznej tajemnicy i brutalnego mroku. Po chwili zawahania, z kontrabasowego pizzicato zdaje się płynąć nowe życie. Jest też ciepłe piano, wystudzony saksofon i lekko rozstrojona gitara. Jakby open jazz mieszał się tu z post-rockowym ambientem. Emocje rosną, a saksofon i gitara stają tu na czele pochodu. I znów zakończenie utworu zdaje się być jego najlepszą częścią. Repetycje, gitarowe slajsy, dęte przedechy, bystre piano lepią się tu w efektowne, finałowe crescendo. Po osiągnieciu punktu przegięcia improwizacja gaśnie duetem, który ją rozpoczynał, czyli gitary i obiektów, tu okraszonym zwinną porcją perkusjonalii.

 


Steve Beresford/ Steph Horak/ Gino Robair  Iklectik Recordings (CD 2022)

Na kolejnym albumie znów odnajdujemy Steve’a Beresforda (zapewne fortepian i obiekty). Towarzyszą mu: Gino Robair (zapewne instrumenty perkusyjne, elektronika, obiekty) oraz Steph Horak (zapewne głos, może elektronika i być może także cały arsenał tajemniczych przedmiotów, które wydają dźwięki, tudzież tworzą sferę wizualną koncertu). Jak już wspominaliśmy, edytor nie podaje nam danych instrumentalnych, zatem pozostają nam jedynie domysły, a także to, co słyszymy w trakcie odsłuchu bardzo długiej (prawie pięć kwadransów) płyty. Pięć pierwszych improwizacji (w tym trzy epizody solowe) zarejestrowano 5 lipca, ostatnią zaś 26 listopada 2017 roku.

Ów elektroakustyczny challange, rozpisany na troje głów i tysiące przedmiotów wydających dźwięki, zaczynamy od dwóch improwizacji w trio, które trwają ponad dwa kwadranse. Pierwsza z nich dość szybko łapie industrialny sznyt i zasypuje nam uszy szalonymi pomysłami i karkołomnymi dźwiękami, pośród których odnajdujemy kobiecy głos i perkusjonalia po stronie żywych fraz i cały ocean elektroakustycznych fake sounds, których źródła pochodzenia jedynie się domyślamy. Duża zmienność akcji i nadkreatywność artystów nie mogą tu ujść naszej uwadze. Początek drugiej części stawia na bardziej akustyczne preparacje, ale ów błogostan nie trwa zbyt długo. Zwoje syntetycznych fraz, sampli i elektronicznych dewastacji szybko opanowują scenę. Tempo narracji jest raczej wolne, nawet leniwe, a jego kolejne fazy wyznaczają incydentalne mikro hałasy i plastry nieco przyjemniejszych fonii. Pod koniec całość zdaje się nabierać nieco slapstickowego charakteru.

Dużo bardziej atrakcyjne wydają się trzy ekspozycje solowe. Ta w wykonaniu pianisty czerpie emocje głównie z akustycznych fraz. Najpierw to bardzo efektowne preparacje, potem free jazzowa rejterada po gorących klawiszach. Jeszcze milsza dla ucha zdaje się być propozycja wokalna. Mroczny głos kobiecy zatopiony w mglistym ambiencie, z czasem nabiera nieco bardziej industrialnego posmaku. Wreszcie solo perkusjonalisty – zaczyna się od dialogu z publicznością i śmiechu. Potem następuje faza akustycznych preparacji, które z każdą pętlą narracyjną nabierają silnego odczynu syntetycznego. Szczęśliwie maszyneria przemysłu ciężkiego raz po raz nabiera tu intrygującej lekkości.

Trzeci set w trio trwa tym razem niespełna dwa kwadranse. Od początku bez zmiłowania dla naszych uszu – elektroakustyczna parada fake sounds! Masywna post-elektronika kontrastowana jest głosem, który zdaje się być lekki, ale i dalece tajemniczy. Część brzmień pachnie tu elektroniką analogową, część lepi się z miliona sampli. Odnosimy wrażenie, że jesteśmy w zakładzie hydraulicznym, tudzież mechaniki pojazdowej, pośród tysiąca elektronarzędzi, na przednówku instytutu doświadczalnego, który pyta o granicę percepcji ludzkiego słuchu. Dużo lepiej dzieje się w drugiej części tej długiej improwizacji. Muzycy hamują temperamenty, zdejmują nogę z gazu, tłumią ekspresje, potrafią nam zaserwować nawet minimalistyczne, akustyczne frazy. Wchodzą w dużo ciekawsze interakcje, a ich improwizacja nabiera pewnego ładu dramaturgicznego. Z czasem znów łapią industrialnego bakcyla, przypominają wtedy wczesne nagrania AMM. Tak, bez wątpienia trio z Iklectic lat temu pięćdziesiąt zrobiłoby na londyńskiej publiczności niesamowite wrażenie.

 

 

wtorek, 26 stycznia 2021

John Butcher’ new thing from the last year! Three pearls in the ocean of sounds!


Pandemiczna rzeczywistość multiplikuje aktywności muzyczne wielu improwizatorów. Brak możliwości grania koncertów (czytaj: także zarabiania pieniędzy) sprawia, iż w tempie geometrycznym rośnie ilość publikowanej przez artystów muzyki. Jakkolwiek działania te nie psułyby rynku edytorskiego w dłuższej perspektywie, fakt ten należy zaakceptować, albowiem wpływy ze sprzedaży płyt stanowią obecnie dla wielu muzyków jedyne źródło zarobkowania. A przy okazji dostarczają słuchaczom całe oceany pięknej muzyki, która być może - w normalnych warunkach - w ogóle by do nas nie trafiła.

Nie inaczej jest w przypadku jednego z naszych ulubionych saksofonistów ze Zjednoczonego Królestwa – Johna Butchera. Nowych płyt z jego udziałem opublikowano w ostatnich miesiącach całe mnóstwo. Istnieje spore ryzyko, że nie zdołamy pochylić się nad wszystkimi. Staramy się wszakże wskazywać te najbardziej wartościowe, co dziś niniejszym czynimy.

John na swoim bandcampie m.in. prezentuje serię nagrań koncertowych The Memory of Live Music, którą udostępnia jedynie w plikach elektronicznych. Zapraszamy do zapoznania się z częścią piątą i szóstą serii (a dostępna jest już siódma!). Do tej pary wspaniałości dodajemy także jedno nagranie, te akurat wydane także w formie CD.

 


Kaja Draksler/ John Butcher/ Ståle Liavik Solberg  At Kafé Hærverk - #6 (John Butcher’ Bandcamp, DL 2020)

Zaczynamy naszą muzyczną podróż stosunkowo świeżym koncertem z Oslo (Blow Out, Kafé Hærverk), zarejestrowanym w październiku 2019 roku. Na scenie ekscytujące trio: Kaja Draksler – fortepian, John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Ståle Liavik Solberg – perkusja. Muzycy improwizować będą - nad wyraz swobodnie - w trzech częściach, trwających łącznie 35 minut z sekundami.

Koncert rozpoczynają skromne podmuchy z tuby saksofonu tenorowego. Obok drżą talerze, a piano pichci mały rytm na samym dnie pudła rezonansowego. Marsz leniwych, ale i wyposzczonych improwizatorów toczy się bardzo swobodnie, wspierany maszynerią Kaji i Stålego, która zdaje się lepić w jedno, post-perkusjonalne ciało. Oto znani z innej płyty, zmodyfikowani personalnie Czajka i Puchacz płyną wartkim strumieniem u stóp wielkiego, dętego ptaszyska. W połowie 4 minuty pianistka zaczyna budować coś na kształt linii melodycznej. Jej flow zdaje się być jednocześnie strojny i bystry, jak i teatralnie kościsty. Wszystko wszakże w tej improwizacji, każdy dźwięk, każdy gest muzyka doskonale się ze sobą zazębiają, świetnie do siebie pasują pod względem brzmieniowym i dramaturgicznym. Chwilami Draksler stawia na preparacje, a Butcher, pełen rezonu, ale i podziwu, pozostawia jej dużo miejsca na scenie. Solberg idzie swoim torem, ale nieustannie zdobi perkusjonalnymi grepsami dźwięki każdego z partnerów. Trio raz za razem przepoczwarza się w okazjonalne duety. Najpierw jest to, niesiony kobiecą wrażliwością, duet piana i perkusji, potem zaś męski, prawdziwie ognisty duet saksofonu i perkusji. Jest też chwila na preparowane, samotne podrygi piana i niemal błyskawiczny powrót do formuły duetu – tym razem piana i saksofonu. Na finał tej niemal 17-minutowej improwizacji dostajemy zwinny, free jazzowy reunion całego tria.

Druga improwizacja na wejściu stawia na metafizykę obcowania z ciszą. Podmuchy z suchej tuby, perkusyjne szczoteczki, ambientalny pogłos z piana. Zaczyn narracji właściwej rodzi się z preparacji dźwięków tego ostatniego instrumentu. Znów same cuda wnosi do opowieści Solberg. Narracja brnie w duecie i czeka na saksofon, który powraca wysokim, ptasim krzykiem. Kilka zwinnych pytań i odpowiedzi, po czym muzycy czynią kolejny krok w kierunku ciszy. W dalszej kolejności dostajemy solową ekspozycję drummerską, budowaną wyjątkowo drobiazgowo (brawo!). Tuż potem Butcher płynie delikatnym, acz szorstkim sopranem, Draksler wspiera go zaś drobnym pasażami po gołych klawiszach. Ta ostatnia znów szuka pokrętnych rozwiązań rytmicznych, nieśmiało nawiązując do początkowych fraz koncertu. Czas na ostatnią jego część, najkrótszą, skoncentrowaną wokół pianistyki Kaji. Słowenka na początku zdaje się przywoływać swoje liczne doświadczenia z muzyki współczesnej. Perkusista dzielnie ją wspiera serwując kolejną porcję zaskakujących rozwiązań perkusjonalnych i wgryzając się we flow piana najlepiej, jak potrafi. Saksofon wchodzi do gry dopiero w piątej minucie, jakby na gotowe – serwuje nam piękny deser spod wytłumionych dysz saksofonu tenorowego. Tym, który ciągnie opowieść na ostatniej prostej zdaje się być Solberg. Fortepian bije jak mały dzwon, a saksofon stawia kończącą ten wyjątkowy koncert kropkę. Brawo!

 


Thurston Moore/ John Edwards/ Terry Day/ John Butcher/ Steve Beresford  Stovelit Lines - #5 (John Butcher’ Bandcamp, DL 2020)

W słynnym londyńskim klubie Iklectic lądujemy w listopadzie 2017 roku, a na scenie spotykamy pięciu gigantów współczesnej muzyki - Thurstona Moore’a na gitarze elektrycznej, Johna Edwardsa na kontrabasie, Terry’ego Daya na perkusji, Johna Butchera na saksofonach i Steve’a Beresforda na fortepianie (także elektronice). Znów trzy swobodnie improwizowane części, niemal 45 minut muzyki.

Wyważone, nieco kameralne intro przypada w udziale smyczkowi na gryfie kontrabasu. Reszta muzyków podłącza się powoli, ważąc każdy krok, wszak improwizacja stworzonego ad hoc kwintetu free jazzowych weteranów i rockowego gitarzysty nie zrodzi się z niczego. Moore od początku wydaje się być nad wyraz aktywny – preparuje, jątrzy zdrowym ambientem z dobrym prądem, stawia zasieki i dba o dynamikę. Być może nie w każdym momencie przykłada on należytą uwagę do słuchania partnerów, ale ci wiedzą, o co chodzi w tej zabawie, trzymają narrację w ryzach, a jak trzeba, potrafią też nieźle pohałasować. Narracja wciąż ocieka elektroakustyczną poświatą, która wynika nie tylko z paramentów brzmieniowych gitary elektrycznej, ale także jest efektem aktywnych działań Beresforda na kablach. Ta gra w dwa ognie doprowadza muzyków do całkiem eksplozywnej, freejazzowej kipieli, kąsanej pazurem dobrego, chwilami na poły noise’owego rocka. Ciekawie jest też pod koniec tej improwizacji, gdy gitarowy zgiełk wyjątkowo skutecznie temperuje Beresford, tym razem racząc nas akustycznym, ale stanowczym pasażem fortepianowym.

Druga improwizacja, jak to po ekspresyjnej części pierwszej bywa, stawia na zaniechanie, zabawy z ciszą i oniryczny posmak zmysłowych interakcji. Drony, plamy ambientu, ciekawy śpiew saksofonu na tle elektroniki. Narracja zwinnie nabiera mocy, choć działania angielskich weteranów nie zawsze skutecznie wgryzają się w pętle gitarowych pasaży. Muzyków zdaje się jednak łączyć porównywalny poziom emocji, dzięki czemu recenzent nie znajduje powodów do jakichkolwiek ambiwalentnych uwag i spostrzeżeń. Jakby na dowód, muzycy pięknie kończą tę część koncertu w wielkiej, demokratycznej plamie ambientu.

Trzecia improwizacja rodzi się z rockowych zgrzytów gitary, obleczonych w elektronikę. Skazany w tych okolicznościach na porażkę sopran nie daje za wygraną i zdaje się stymulować cały kwintet do wzmożonych aktywności. Każdy dokłada tu do ognia, aż do osiągniecia stanu kipieli. W połowie utworu muzycy stopują i przez moment stają na dramaturgicznym rozdrożu. Tu sprawy w swoje ręce przejmuje kontrabas, a chwilowo zastygłe emocje odżywają.  Każdy z artystów ciągnie w swoją stronę, ale nie szkodzi to narracji. Gdy opowieść zwalnia, całość zdecydowanie zyskuje na jakości, a okazji do dobrego, wzajemnego słuchania się, w naturalny sposób przybywa. Finał koncertu zdecydowanie zapisujemy po stronie jego największych atutów – elektronika Beresforda pięknie skrzy się w blasku szklistej gitary, a lekki, zwiewny drumming świetnie podkreśla atuty pozostałych dźwięków, które snują się w plamach narastającego ambientu. Koniec jest nagły, ale zasadny.

 


Eddie Prévost/ John Butcher/ Guillaume Viltard  Iklectik Live One (Matchless Recordings, CD 2020)

Na finał naszej dzisiejszej krótkiej podróży znów klub Iklectik, tym razem w listopadzie 2016 roku. Trio w składzie: Eddie Prévost – perkusja i instrumenty perkusyjne, John Butcher – saksofony oraz Guillaume Viltard – kontrabas zagra dla nas cztery improwizacje, które potrwają łącznie około 67 minut.

Muzycy postanawiają rozpocząć koncert spokojnym, open jazzowym frazowaniem. Jest w nim czas na drummerskie solo, małe zabawy z kąśliwym smyczkiem kontrabasu i saksofonowe drobiazgi. Narracja wisząca na owym smyczku bystrze skacze jednak w swobodę improwizacji, a uroda chwili zdaje się być już na tym etapie koncertu dalece wyjątkowa. Druga improwizacja kontynuuje skupienie, ale kultywuje też przestrzeń, jaką dają sobie wzajemnie muzycy na budowanie narracji, chwile zastanowienia, tudzież odpowiedni czas na podejmowanie jedynie słusznych decyzji dramaturgicznych. Świetną robię wykonuje kontrabasista, który raz za razem kąsa pomysłami, świetnie kreuje narrację smyczkiem, równie też dobrze kreśli flow zwinnym pizzicato. Bardzo aktywny, chwilami wręcz nadpobudliwy zdaje się być najstarszy z tego grona - Prevost. Tryska pomysłami i wciąż doładowuje baterie całego tria. Dużo rozsądku i precyzji jest zaś udziałem samego Butchera. Muzycy podkręcają tempo równie efektownie, jak je tłumią. Potrafią pięknie frazować ekspresyjnym free jazzem na tle post-barokowego smyczka. Uroda koncertu zdaje się rozkwitać z każdą jego minutą.

Najpiękniejsze rzeczy na tym koncercie zaczynają się dziać wraz z otwarciem trzeciej części. Głęboko zanurzony w podłożu smyczek kreuje zmysłowy rytm, a saksofon i perkusja brną do przodu czyniąc niemal same wspaniałości. Każdy z muzyków znajduje tu czas na preparowanie dźwięków, na kilka bardziej samotnych eskapad, jakkolwiek duch kolektywizmu góruje nad wszystkim i definitywnie buduje jakość improwizacji. Ta część koncertu podkreśla także, iż muzycy równie świetnie czują się w dynamicznych pasażach, jak i w dreptaniu w okolicach ciszy, a jakość pracy najmłodszego z jego uczestników, po prawdzie najmniej znanego muzyka w gronie samych wybitnych osobowości gatunku, zdaje się być wartością samą w sobie. Viltard naprawdę o wielu sprawach tu decyduje, a liczba pomyłek po jego stronie jest zbiorem całkowicie pustym. Kameralistyka miesza się u niego ze swobodną improwizacją, a ognisty free jazz z wytrawnością nieśpiesznego open jazzu. Dobrą reasumpcją tego doskonałego koncertu może być jego finał – małe frazy z tuby saksofonu na granicy szelestu, szczoteczki drummerskie budujące tempo i smyczek, który namiętnie piłuje struny. Znów coś na kształt rytmu, ale na dużej swobodzie i bez eskalowania tempa. Na ostatniej prostej kilka bardziej melodyjnych, ale szorstkich fraz Butchera podprowadza nas pod wieńczące spektakl oklaski.

 

środa, 27 marca 2019

Alex Ward & Dominic Lash! Brothers in Arms!


Uważni Czytelnicy Trybuny być może pamiętają tę historię. Niedzielne, czerwcowe popołudnie dwa lata temu, naród szykuje się do oglądania kolejnego meczu naszych lokalnych kopaczy na ważnej imprezie mistrzowskiej, a redakcja, wbrew owczemu pędowi, dociera do Wrocławia na koncert. Przed nim, przy dobrze schłodzonym piwie, dwóch angielskich dżentelmenów ożywczo dyskutuje, kreśląc bliżej nieokreślone bohomazy na dużej karcie papieru z pięciolinią. Trzy godziny później, zapewne także dzięki tejże wymianie poglądów, grają genialną improwizację w duecie dla kilku widzów, którzy bez trudu pomieścili się w pierwszym rzędzie sali koncertowej.

Alex Ward i Dominic Lash - bohaterowie tej historii - dziś przed nami w dwóch odsłonach. Najpierw bardzo świeże spotkanie z weteranem brytyjskiego free impro/ free jazz, potem zaś nieco starsze nagranie w kwartecie, poczynione z dwoma muzykami z Francji, mało znane, dostępne tylko elektronicznie. Oba wszakże tytuły, poza faktem, iż są wspólnym przedsięwzięciem artystycznym Alexa i Dominica, mają jeszcze jedną wspólną cechę - są doprawdy wyśmienite!




Terry Day/ Dominic Lash/ Alex Ward  Midnight And Below (Iluso Records, CD 2019)

London School Of Sound, koniec listopada 2015 roku: Alex Ward (gitara elektryczna, klarnet), Dominic Lash (kontrabas) i wymieniony, jako pierwszy na okładce płyty, Terry Day (instrumenty perkusyjne). Pięć dalece swobodnych improwizacji z tytułami – 46 minut i 36 sekund.

Początek płyty wyznaczają dźwięki dobywane ze wszystkich instrumentów jednocześnie. Oniryczna gitara z prądem, smyczek muskający struny kontrabasu, bogate perkusjonalia. Muzycy grają krótkie frazy, dobrze na siebie reagują, wchodzą w drobne spięcia dramaturgiczne. Gitara wpada w pierwszą kipiel już po stu sekundach. Odcinek pierwszy, który nie trwa dłużej niż cztery minuty, jest gęsty od dźwięków. Epizod drugi (dla odmiany najdłuższy na płycie) rozpoczyna spokojny klarnet i drżący kontrabas. Płynną w duecie i patrzą sobie głęboko w oczy, a smyk zdaje się jeść klarnetowi prosto z tuby. Po chwili podłącza się zwinny, precyzyjny drumming.  Day zawsze trafia w punkt, nie stroni też od skromnych preparacji. Lash gra arco i pizzicato niemal jednocześnie. Klarnet Warda kontrapunktuje po sapersku. Akcja goni akcję, mała eskalacja tuż za inną małą eskalacją – kiść soczystych pomarańczy. Po 8 minucie muzycy schodzą piętro niżej i oddają się preparacjom dźwięków z uwagą godną lepszej sprawy – mistrzowskie uspokojenie! Powrót do dynamicznej ekspozycji równie błyskotliwy – doskonały klarnet płynie wraz ze smyczkiem po gorących już strunach kontrabasu. Potem krótki epizod solo Lasha, przy wsparciu Daya, wreszcie piękne, zmysłowe wybrzmiewanie samego klarnetu. Brawo!

Przed nami utwór nieparzysty, zatem powraca gitara. Nim jednak wyda pierwszy dźwięk, duo partnerów - struny kontrabasu rezonują, small drumming akcentuje rosnące napięcie. Wejście do gry gitary, czynione ewidentnie z zamiarem imitowania dźwięku kontrabasu. Narracja skrzy się galerią tajemniczych fonii – pięknie narastają i gęstnieją, aż po stan stały. Gitara lśni, kontrabas drży, perkusja piętrzy się i eskaluje. Improwizacja toczy się od ciszy do hałasu i z powrotem – emocjonalny rollercaster! Szczypta chropowatych powierzchni, znów doskonała komunikacja. Świetna dyspozycja dnia Terry Daya, jedna z najbardziej intensywnych płyt w jego wykonaniu, jakie zna recenzent. Na finał odcinka, free jazzowy pokaz mocy i równie stylowe stopowanie. Czwarta improwizacja zaczyna się na strunach kontrabasu, szarpanych i wyginanych. Klarnet cicho skowycze, werbel głaskany jest krawędzią dłoni. Talerze, ludzki głos, szmer ciszy. Po chwili klarnet i kontrabas znów gadają jak starzy kumple, a perkusja scala ich wywody w jeden potok świadomości. Lash czyni prawdziwe cuda na gryfie, trudno powiedzieć, czym dokładnie wydaje te niebywałe dźwięki. Recenzent staje na baczność i pilnie zgłasza całe nagranie na listę najlepszych (jak dotąd) płyt w bieżącym roku. Wreszcie closing track – szmer na strunach gitary, drżenie talerzy, kontrabas w blokach startowych. Dźwięki wydawane półgębkiem, kind of search & reflect z odrobiną przeciągania liny. Traktowany smykiem kontrabas i nabierająca prądu gitara znów tworzą na poły genialną ekspozycję. Imitacje i frazy grane w punkt. Lash naprzemiennie arco i pizzicato. Techniczne fajerwerki, wodotryski kreacji. A dzisiejszy mistrz drugiego planu, Day, nie traci choćby sekundy. Jest tuż obok, komentuje i stymuluje. Na sam już finał prawdziwie free rockowa pogoń za szczęściem. Gaszenie płomienia na stygnącym smyczku jeszcze piękniejsze!




Alex Ward/ Dominic Lash/ Emmanuel Cremer/ Lionel Garcin  AJMiLIVE #15 (AJMiLIVE, DL 2016)

Francuska seria koncertowa, jaka odbywa się zapewne cyklicznie w miejscu zwanym AJMi - La Manutention (Marsylia), odcinek piętnasty. Obok naszych bohaterów (Alex, tylko klarnet), dwójka lokalnych muzyków - Emmanuel Cremer na wiolonczeli (a raczej jej mutacji zwanej violoncelle) oraz Lionel Garcin na saksofonach (głównie sopranowym, czasami także altowym, o ile ucho recenzenta nie jest zawodne). Dwie improwizacje, łącznie niespełna 35 minut, które miały miejsce pod koniec maja 2015 roku.

Śmiało wkraczamy w świat improwizowanej kameralistyki i poza skończoną liczbą ulotnych chwil, pozostaniemy w nim przez cały koncert. Ów dygotliwy chamber music bywa zwinny, także zaczepny, lubi wchodzić w interakcje, dyskutować, nawet pyskować. Ciekawy układ przestrzenno-dźwiękowy - dwa dęciaki vs. dwa strunowce.  Dramaturgicznie sytuacja sceniczna zdaje się być niezwykle frapująca. I tak jest zaiste od pierwszej do ostatniej minuty. Klarnet śpiewny, dynamiczny, często wchodzi w obszar niemal free jazzowej erupcji. Pod tym względem w niczym nie ustępuje mu saksofon. Kontrabas i wiolonczela niemal bez przerwy ze smykiem na strunach lub pomiędzy nimi. Narracja toczy się jakby od ściany do ściany. Dłuższe chwile wyciszenia w opozycji do nieco krótszych eskalacji emocji i hałasu. Niektóre pasaże grane są jakby unisono, ale mają tak powykręcane skale i tonacje (raczej nietonacje), iż nie podejrzewamy muzyków o korzystanie z jakichkolwiek notacji graficznych. Rodzaj filharmonii po wyjątkowej ciężkiej i mocno zakrapianej nocy.

W 9 minucie napotykamy na szczyptę barokowej estetyki ze strony mniejszego strunowca. W tle podmuchy chłodnego powietrza z tuby klarnetu, drżenie kontrabasu, szelest saksofonu – piękny moment impro zadumy! Po chwili walking kontrabasu, a w tle trzy pasaże zmysłowego chamber. Kolejnym krokiem muzyków – wejście w obszar otwartego jazzu. Dęciaki umieszczone na flankach wchodzą w intrygujące interakcje, gdaczą niczym kury na grzędzie.13 minuta przynosi skrawek ciszy, a po niej start jakby nowej narracji. Na początek dwa separatywne strumienie dętych dźwięków. Wprost na nie wpada wysoko zestrojona wiolonczela. Narracja dyszy i prycha, choć sprawia przez moment wrażenie, jakby toczyła się wg z góry ustalonych wytycznych.  Dyscyplina, rozwaga, improwizacja bez nadmiernych szarż. Z minuty na minutę flow opowieści misternie narasta. Spacer wysokim wzgórzem, aż po nieboskłon. Opowieść po chwili pięknie wybrzmiewa i schodzi na sam dół na dwóch spoconych smykach. Garść molowych pomruków, a zaraz potem start małej orkiestry dronowej! Raz za razem kajet recenzenta wypełnia się onomatopejami zachwytu. Po 21 minucie narracja jakby rodziła się na nowo – klarnet w roli głównej, pobudza innych do życia, parska urodą i tańczy wokół własnej osi. Po chwili proces narastania jest już udziałem wszystkich muzyków. Kontrabas w roli maszyny pociągowej! Stacja docelowa – free jazz! Klarnet i saksofon wchodzą wręcz w zawody, kto mocniej i dosadniej. O krok od hałasu, kwartet hamuje z niebywałą precyzją. Oba strunowce zmysłowo gaszą płomień.

Drugi set (raczej rodzaj encore) rodzi się w ciszy sonorystyki i pogorzelisku preparacji. Kind of call & responce. Narracja buduje się powoli, stawiając coraz głośniejsze stemple dźwięków, jakkolwiek z rozwagą i bez brawury. Znów kontrabas Lasha ciągnie wagon tłumionej ekspresji, pozornie tylko trzymanej w ryzach. Na bokach sygnały świadczące o free jazzowych zamiarach. Struktura opowieści robi się zdecydowanie niekameralna. Strunowce ciągną pod las, dęciaki prychają na zaciągniętym ręcznym. Zejście w dół, do komnaty doom chamber, w niepokojącej ciszy – perfekcyjnie! Smyki niczym pędzle abstrakcjonisty, wypełniają przestrzeń płótna. Saksofon i klarnet ślą drony, które lepią się w napisy końcowe.



piątek, 1 lutego 2019

London Improvisers Orchestra! Twenty Years On!


Przed nami płyta, która być może … była najważniejszym wydarzeniem ubiegłego roku na europejskiej scenie muzyki improwizowanej. Co niezwykle zaskakujące, przemknęła ona przez roczne podsumowania i adresy odpowiedzialne za promowanie gatunku (sic!) niemal niezauważona. Być może te łamy są jedynymi, które fakt jej wydania w ogóle zauważyły.

Drodzy Państwo - niemal po dekadzie fonograficznego milczenia – najnowsza płyta London Improvisers Orchestra!!! Żeby nie było mało – z okazji XX lecia jej wspaniałego istnienia!




W rozbudowanym liner notes Evana Parkera czytamy zabawną ciekawostkę, iż LIO powstała trochę na znak protestu przeciwko metodom dyrygenckim samego Butcha Morrisa. Przez pierwszą dekadę istnienia formacji, jej koncerty były dość skrupulatnie dokumentowane przez EMANEM Records Martina Davidsona i jego sublabel Psi Records, kierowany artystycznie przez Evana Parkera. Muzycy grali raz w miesiącu w słynnym Red Rose, a płyty zachwycały nasze uszy raz za razem (łącznie było ich dziewięć*), przy czym ta ostatnia HMS Concert, wydana jako cd-r w roku 2012, jest zupełnie niedostępna, osobiście nigdy jej nie słyszałem – kto ma, niech się tym szczęściem podzieli!). Słynny kolorowy budynek został zamknięty bodaj w roku 2007. Orkiestra błąkała się po przeróżnych miejscówkach, a po roku 2010 nawet (chyba?) na pewien czas zamilkła. 

Mniej więcej w połowie obecnej dekady LIO zadomowiła się w londyńskim IKLECTIK i zwyczaj comiesięcznego muzykowania powrócił w całej rozciągłości. Po prawdzie nie wiem, kto stał się w tym czasie głównym organizatorem przedsięwzięcia (w poprzedniej dekadzie był nim, jakby na to nie patrzeć, sam Evan Parker). Muzykowanie szło w najlepsze, jednakże efektów fonograficznych nie mogliśmy dojrzeć na półkach dobrych, nieistniejących sklepów muzycznych.

Szczęśliwie, w obliczu dwudziestolecia istnienia Orkiestry, muzycy zwarli szeregi i wydali własnym sumptem (!) podwójne wydawnictwo, które dziś – uprzedźmy przebieg wypadków – zachwyca nas od pierwszego do ostatniego dźwięku! Przy okazji, tymże faktem edytorskiej determinacji, Londyńczycy zawstydzili wszystkich bez wyjątku wydawców muzyki improwizowanej po obu stronach Wielkiej Wody!

Na płycie 20 Years On znajdujemy – w przeciwieństwie do poprzednich płyt LIO – wybór nagrań z wielu koncertów. Dokładnie 14 fragmentów z 11 koncertów, które miały miejsce w IKLECTIK, między grudniem 2015, a czerwcem 2018. Dwa srebrne krążki, łącznie 67 muzyków, niemal 150 minut wspaniałej muzyki. Zatem wszyscy wielbiciele, tudzież istotnie zainteresowani, niemal natychmiast osiągają stan orgazmu permanentnego (cytując klasyka). Poniżej skomentujemy każdy z utworów zawartych na wydawnictwie, wskazując jego tytuł, czas powstania i personalia dyrygenta, a po pełną listę uczestników wszystkich koncertów odsyłamy pod niżej wskazany adres:


Improvisation, Czerwiec 2018: Spokojna rozmowa muzykantów, dobrych znajomych z podwórka, trochę urwisów, ale artystycznie bardzo odpowiedzialnych. Klimat dość swobodnie traktowanego call & response. Seria małych dźwięków wchodzących w zwinne interakcje. Partia perkusjonalii, narastające bogactwo filigranowych narracji, swobodnych, luźnych wypowiedzi. Kilka ekspozycji, które moglibyśmy określić, znów posiłkując się nomenklaturą Johna Stevensa, mianem more sustained pieces, a po nich spokojne wyciszenie. London Improvisers Orchestra w stanie czystej, wolnej improwizacji, czyli bez dyrygenta!

Sweet Freedom, Terry Day, Grudzień 2015. Zawodzące pasaże strunowców i klasyczne już dziś melorecytacje weterana sceny brytyjskiej, perkusjonalisty Terry Daya – tu, niemal zgodnie z tytułem, dedykowane Sunny’emu Murrayowi i Albertowi Aylerowi. Zdaje się, że cała Orkiestra akompaniuje temperamentnemu liderowi. Łagodne flety, pogodne piano, także moc pięknych, krótkotrwałych eksplozji kolektywnych emocji. Symfoniczne niemalże kontrapunkty, wszystko, by podkreślić słodki wymiar przekazu werbalnego.

Veryan Weston/ Improvisation, Lipiec 2016. Preparacje piano, wspierane przez perkusjonalia i moc elektroakustycznych obiektów. Bijące serce ogniska strunowców, a zaraz potem spokojna narracja dętych, w delikatnej opozycji do tych pierwszych. Przykład lekko rozwichrzonej krainy … łagodności. Także garść upalonych skrzypiec i swingujący saksofon. Bystra, wszakże silnie sterowana improwizacja. W drugiej części fortepian, który wchodzi w stan konfrontacji z rozbudowaną watahą dęciaków. Są i bardzo aktywne gitary. Tuż po tym, jak Weston zdejmuje ręce z pulpitu sterowniczego i puszcza ansambl w słodki żywioł, piękny obraz chaosu swobodnej improwizacji dużego zestawu instrumentalnego. A na sam finał dronowy wielogłos.

Rinse, Rondo for Orchestra, Ashley Wales, Maj 2016. Rozbudowana, strunowa ekspozycja grana różnymi technikami – naprawdę błyskotliwa! Taniec na szkle! Obok piano wprost z klawiatury, na bogato! Cała narracja w bystrym galopie. W tle jakże spokojne pasaże dęciaków, grane jakby z pięciolinii. Strunowce w kompulsywnych repetycjach, godnych Steve'a Reicha i jego Pociągów. Po uspokojeniu - gęsta, posuwista meta filharmonia. Zdaje się, że fragment precyzyjnie dyrygowany przez mistrza drum’n’bass ze Spring Heel Jack, Ashleya Walesa, to najlepszy jak dotąd odcinek tej płyty! Na finał powrót reichowych repetycji, w tle krwiste, dęte wybrzmiewanie, z którego lepi się finałowych dron.

Improvisation, Marzec 2016. Kolejna, swobodna wycieczka do lasu! Struktura tej pieśni jawi się mniej więcej w ten sposób: wysokie pasmo instrumentów dętych, sucha warstwa strunowej sonorystyki i niskie pasmo dętych. Pełna swobodna wyboru, ale i permanentne skupienie oraz odpowiedzialność za każdy dźwięk. Prawdziwie kolektywna radość tworzenia i konsekwencja w działaniu. Gra cały ansambl, także plamy analogowej elektroniki w gęstej pajęczynie interakcji z żywymi.

Concerto For Charlotte Hug, Alison Blunt, Październik 2016. Panie definitywnie biorą sprawy w swoje ręce. Zjednoczone Królestwo strun i pięknych dźwięków. Narracja rodzi się z samego dna ciszy i błyskotliwie rozbrzmiewa, przy silnym wsparciu klarnetu basowego. Opowieść tkana kobiecą wrażliwością i odrobiną męskiego szaleństwa. Oczywiście przywołana w roli tytułowej Hug jest tu Panią na włościach. Sonorystyka zwinnego gardła, posuwiste półdrony na gorącym gryfie altówki, zapewne także szczypta teatralnej ekspresji. Wataha strunowców idzie po złote runo, mając sprzymierzeńca w preparowanym fortepianie. Zapasy i fajerwerki, eskalacja goni eskalację. Śpiew małych strun i kontrapunkty basu. Na finałowej prostej kolejne pogawędki, także głosowe, z glazurą niskich dźwięków. Brawo!

Drone Study, Tasos Stamou, Grudzień 2015. Tytuł, który obiecuje wiele i spełnia wszystko bez mrugnięcia okiem. Niskie pomruki dwóch kontrabasów i trzech wiolonczeli na dobry początek. Pięknie narastają. Obok szwadron dętych śle równie wyraziste pozdrowienia. Po czym wszystko zwinnie rozwarstwia się, tak do poziomu małych grup, jak i nawet pojedynczego instrumentu. Powrót do wielogłosowej narracji przeprowadzony z saperską precyzją. Dyrygentura naprawdę wysokiego lotu! Po kolejnym rozbiciu szyku, jęki strun, pląsy drewnianych i blaszanych. W 9 minucie mała sekcja sonorystyki z wyciszonych tub. W odpowiedzi strunowce płynące smutnym, niskim barokiem – ale cuda! Finał koncertu muzycy odnajdują w gęstej fakturze kolejnego drona. What a game!




Outside and Inside, Adrian Northover, Lipiec 2017. Drewniane i blaszane w ekstatycznej introdukcji, idą szeroką ławą. Jest i szczypta filharmonicznego zadęcia, i piano, które wraz z kontrabasem knuje skromną, jazzową intrygę. W odpowiedzi trąbki i saksofony punktują bardzo boleśnie. Ciekawe akcenty wiolonczeli w dialogu z saksofonem Northovera (?). Narracja skrzy się bogatymi interakcjami, stylowym call & response, tu i ówdzie także porcją indywidualnych ekspozycji lub duetów. Także kolektywne unisono, na dowód tego, iż zmienność akcji jest cechą dominującą tej dyrygentury. Outside and inside, so go again!

Une Note... Caroline Kraabel, Marzec 2018. Małe akcyjki, zwinne podpowiedzi, dylemat wyższości call & response nad search & reflect. Na początek ledwie kilka instrumentów – flet, viola, piano, gitara… Gdy dochodzą kolejne, narracja buduje się na wielu poziomach, jakby rosła ilość stanowisk dowodzenia. Puzon pięknie eksponuje swoje brzmienie na tle orkiestrowego unisono. Kilka perełek z gryfów małych strunowców. 8 minuta, to zwarty szyk, marsz po rozchełstane szczęście improwizatorów. Swingujące piano, kwilenia sopranowego i pomruki tuby. What ever you want! Skrupulatne, precyzyjne, co do milimetra, zwieńczenie tej historii.

Noel Taylor, Luty 2017. Perkusjonalna introdukcja na trzy ludzkie byty. Małe gierki drewnianych z blaszanymi, zmysłowe, strunowe drony. Piano rozbłyskuje na tle tych ostatnich. Także szczypta melodii, tkanej jakby pod dyktat z kartki. Urokliwie piękne! Dęciaki wchodzą w to, jak w masło! Obok ponownie aktywne perkusjonalia, a zaraz potem fantastyczna ekspozycja z sopranowym w roli głównej. 10 minuta, to moment prawdziwego szaleństwa na gryfach małych strunowców, które brzmią jakby zostały wzmocnione prądem. Także trąbka i kontrabas, i jeszcze tysiąc innych, niemniej udanych pomysłów na rozwój improwizacji. 

Guilherme Peluci, Luty 2017. Krótka, ale dość szczególna pozycja w zestawie. Wejście piana w towarzystwie chóru szaleńców! Small talks, jazgot preparacji, także głosowych! Suche struny w powolnym marszu. Obok głosy ludzkie, niczym jadowite węże na polowaniu. Konwulsja percussion oraz piękny chaos ludzkiej natury, determinowany krzykiem.

Philipp Waschmann, Maj 2017. Start z poziomu płaskich strun w sonorystycznym dygocie, perkusjonalia i obiekty elektroakustyczne. Małe dźwięki, dzwonki, bardzo aktywne tło – szmery, szuranie, stukanie. Reeds & Brass zdają się wyruszać w podróż ku akustycznej plądrofonii – jakże zmysłowe! Wysoki tembr kontrabasów, symfoniczny rozmach dęciaków. A potem wszystko idzie ku gęstemu, przy wtórze rozgrzanego fortepianu. 9 minuta, znów odzywa się kontrabas, który czyści pole zwinnym pizzicato. Komentarze z innych strun, powolne gubienie tropu w oparach narastającej ciszy.

Collective/Co-operate, Dave Tucker, Grudzień 2017. Puzonowe pomruki z trzech dużych otworów. Obok percussion i suche sonore z tuby. Delikatne piano, dzwonki, rodzaj chamber before the storm. Jakże oryginalna narracja! Nieśmiały saksofon, kolektywne unisono na małych strunach, piano w roli akompaniamentu. Świetny dialog tego ostatniego z altowym. Wreszcie triumfalny powrót puzonów, pasus klarnetów, miliony drobnych fonii, zmiana goniąca zmianę. Smutne, nostalgiczne tony i salwy konwulsyjnego śmiechu.

Steve Beresford, December 2017. Groźne pomruki kontrabasu i jeszcze niżej posadowionej tuby. Po kilkudziesięciu sekundach wchodzą kolejne strunowce, orszak puzonów, klarnet, a także elektroakustyczne preparacje. Z gitar elektrycznych rodzi się gęsta narracja, podpierana salwą perkusjonalii. Pulsacja prądu, a w opozycji oniryczne pasaże strings. Tajemnicza, złowieszczo brzmiąca sytuacja sceniczna. Wysoka ekspozycja altowego, tuż obok komentarz innego drewniaka, a w tle skwierczenie na kablach. Opowieść rośnie w kierunku eskalacji. Szczypta hałasu i dark ambientowe wybrzmiewanie. Efektowny finał jest udziałem Klausa Bru na c melody sax and electronics, o czym dowiadujemy się już po wybrzmieniu, z komentarza scenicznego.


*) więcej szczegółów dyskograficznych odnajdziecie w jednym z rozdziałów monografii Evana Parkera, dokładnie w tym miejscu