Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niklas Fite. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niklas Fite. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 marca 2025

The March’ Round-up: The Unreal Book! Ligand! Eyre! Wirksam! Into the Dark! Mutants In Siberia! Live in Bemma Bar! Transformations II!


Rzutem na taśmę zdążyliśmy z comiesięczną zbiorówką świeżych recenzji płytowych! Tym razem przed obliczem czytaczy i słuchaczy stawiamy osiem nowych albumów – siedem tegorocznych i jedną zgubę z końca roku poprzedniego. W ujęciu stylistycznym, jak zwykle lekkostrawny groch z kapustą, w wymiarze personalnym raczej bez specjalnych zaskoczeń – głównie dobrze nam znami i równie lubiani artyści i artystki z całego świata.

Podróż zaczniemy w ukochanej Barcelonie, potem czeka nas podwójna wizyta w Zjednoczonym Królestwie, takaż sama w Berlinie, a w dalszej kolejności – Praga, Wrocław i Toruń. W ujęciu gatunkowym na ogół będziemy swobodnie improwizować, choć zaczniemy od niekończącej się Nierealnej Księgi słynnego El Pricto. Będzie sporo elektroniki, trochę kameralistyki i szczypta spirytualnych post-perkusjonalii. What ever you want! Welcome to heaven and hell of improvised music!



 

El Pricto/ Discordian Community Ensemble The Unreal Book at LEM Festival (Discordian Records, DL 2025)

Nocturna Discordia #404, Soda Acústic, Barcelona, październik 2024: Ilona Schneider – głos, Pablo "Pope" Volt – trąbka, Edu Pons – saksofon sopranowy, Liba Villavecchia – saksofon altowy, Luis Erades – saksofon tenorowy, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – bas elektryczny, Vasco Trilla – perkusja oraz Prictopheles – dyrygentura, notacja graficzna. Dziesięć utworów, 46 minut.

Flagowy okręt barcelońskiej sceny muzyki kreatywnej na szerokich falach wzburzonego oceanu! Kolejny epizod neverending story spod pióra niesamowitego El Pricto. Kompozytor oczywiście w roli dyrygenta, a pod jego batutą soczysty oktet muzyków niemal trzech pokoleń barcelońskich improwizatorów – z głosem, silną frakcją dętych i bardzo elektryczną sekcją rytmu. Narracja, jak to często bywa w przypadku tej odnogi twórczości Wenezuelczyka, rozsypana na drobne kawałki, niczym pęknięta szyba, w klimatach bardzo zornowskich, takie Naked City z turbodoładowaniem. Dziesięć dobrze udramatyzowanych epizodów, tysiące akcji, mnóstwo zabawy i garść parateatralnych gagów z inwokacją do jedynej Eris! Nie sposób uronić tu choćby sekundy.

Radosne okrzyki i rockowe przełomy, dynamiczne zjazdy i efektowne podskoki, stempel na stemplu, ciało przy ciele – ognisty free jazz, która zna całą historię muzyki na pamięć, po prostu DCE! Klimat zmysłowej nadekspresji prezentuje tu większość utworów, które trwają na ogół od dwóch do czterech minut. W trakcie tych bardziej spokojnych epizodów (choćby drugi, czy siódmy) dominuje szemrana, preparowana rzeczywistość foniczna, dostojny krok i nad wyraz soczyste wydechy dętych i wokalistki o operowej skali głosu. Ale i tu zaskakująca porcja halsu nie jest zjawiskiem niemożliwym. Utwory czwarty i dziewiąty, to najdłuższe opowieści, ponad ośmiominutowe. Nie brakuje w nich zatem przestrzeni na ekspozycje saksofonistów, niekiedy jazzowe, a nawet swingujące, czy salwy heavy rockowej gitary i równie mięsistego basu. W siódmej opowieści po rozbudowanych akcjach instrumentalnych nagle odnajdujemy się na deskach teatralnych – muzycy rozmawiają, dyskutują, przekrzykują się, a perkusista wybucha charakterystycznym dla niego śmiechem. W dziewiątej odsłonie mamy werbalną inwokację do diskordiańskiej bogini w wykonaniu samego El Pricto. Warstwa muzyczna ma tu swoją repetytywną dramaturgię. Zwarte, soczyste ekspozycje saksofonistów, wokalistki i gitarzysty są efektownie kontrapunktowane podmuchem całej orkiestry. Końcowa opowieść, to rockowe resume – gęsta, radosna, zawadiacka opowieść cięta na drobne kawałki niewyczerpalną kreatywnością kompozytora i dyrygenta. Salve Eris!




Tom Ward & Adam Fairhall Ligand (Raw Tonk, Kaseta 2025)

Chestnut End, Anglia, czerwiec 2022: Tom Ward – saksofon altowy i tenorowy, klarnet basowy oraz Adam Fairhall - Hammond C3. Osiem improwizacji, 41 minut.

Pierwsza dziś brytyjska płyta, to opowieść z cyklu kreatywny jazz nie jedno ma imię. Saksofon i organy w jakże kompetentnych rękach artystów, których cenimy i o których lubimy pisać. Swobodne improwizacje tkane z różnym poziomem intensywności, dużo jakości i umiejętnie kreowanych splotów dramaturgicznych. Pierwsze cztery epizody trwają po 7-8 minut, cztery kolejne, to krótsze narracje.

W pierwszej fazie albumu w grze uczestniczy saksofon altowy. Samo otwarcie jest spokojne, wyważone, niemalże balladowe. Od drugiej opowieści zaczynają się prawdziwe emocje. Ciepły i wystudzony Hammond wchodzi teraz w intensywne zwarcia z dęciakiem, a muzycy zgrabnie dawkują nam kolejne stadia free jazzowego wtajemniczenia. Frazują na tym etapie zarówno krótkimi, zaczepnymi akcjami, jak i dronowymi, na poły ambientowym reasumpcjami. Te ostatnie dobitnie podkreślają urodę czwartej improwizacji, w trakcie której słyszymy brzmienie … klarnetu basowego (choć albumowe credits o tym nie wspomina). Cztery kolejne opowieści, te krótsze, to już królestwo saksofonu tenorowego. Najpierw półtorej minuty nerwowej, połamanej melodyki z obu stron, potem garść post-jazzowych zaczepek, lepionych zarówno z czystych, jak i delikatnie preparowanych fraz, podanych w dość leniwym tempie. Siódma improwizacja, to albumowy szczyt nasączony saksofonowymi skrzepami, siarczystym brzmieniem organów i adekwatnymi dla free jazzu emocjami. Końcowa opowieść, to oddech szumiącej ciszy. Łagodna, choć podszyta nerwowością, pożegnalna ballada.



 

light.box + Tom Challenger Eyre (Bead Records, CD 2025)

City University, luty 2024: Alex Bonney – trąbka, elektronika, Pierre Alexandre Tremblay – gitara basowa, elektronika oraz Tom Challenger – saksofon tenorowy. Sześć improwizacji, 48 minut.

Jazzowy, tudzież post-jazzowy saksofon skąpany w gęstym strumieniu elektroniki, z której incydentalnie wyłaniają się frazy trąbki i gitary basowej. Album na swoje otwarcie, niemal epickie zakończenie, a pomiędzy nimi treść główną, która podzielona na cztery podrozdziały stanowi przyczynek do dyskusji o walorach improwizacji zdominowanej przez brzmienia syntetyczne.

Słowo się rzekło, album otwiera strumień usterkowej elektroniki, budowany także basowymi sprzężeniami. W takich okolicznościach do życia budzi się saksofon, który płynie spokojnym, jazzowym tembrem. Z kolei otwarcie czteroczęściowej fazy zasadniczej, to być może najciekawsza odsłona albumu. Słyszymy czyste frazy trąbki, a po chwili saksofonu. Formuje się ciekawy dialog, który zostaje rozsiany po całym spektrum narracji bystrze redagowanym live processingiem i wspomagany frazami żywej basówki. Całość lepi się z czasem w gęsty, szorstki ambient, a emocje kreuje tu także bas, który topi się w narastającej fali elektroniki. Po trwającym niespełna sto sekund interludium, które przypomina tybetańską medytację, narracja osiąga fazę, którą definiuje zarówno posmak dekonstruowanego rocka, jak i post-jazzowe brzmienia syntetyczne, nieuchronnie kojarzące się z dokonaniami Nilsa Petera Molvaera. Wątek części głównej albumu uzupełniają czyste, melodyjne frazy saksofonu intrygująco skorelowane z basowym fuzzem. Albumowa puenta trwa dziesięć minut i przynosi sporo nowych elementów. Elektroakustyczne szmerowisko i mroczna poświata ambientu budują tło, na którym rozgrywa się akcja główna – dialog saksofonu i basu, który systematyczne nasączany jest elektroniką. Na ostatniej prostej nie brakuje melodii kontrapunktowanej elektronicznym zgrzytaniem zębami.



 

Niklas Fite & Axel Dörner Wirksam (Bandcamp’ self-released, CD 2025)

Studioboerne45, Berlin, luty 2019: Niklas Fite - gitara, banjo oraz Axel Dörner – trąbka, elektronika. Dwie improwizacje, 50 minut.

To nagranie przeleżało się na twardym dysku całe sześć lat, ale zdecydowanie warto było czekać. Młody Szwed i doświadczony Niemiec wchodzą tu w szranki intrygującego boju improwizacyjnego. W jego trakcie walka bywa niekiedy odrobinę nierówna, albowiem akustyczna gitara lub banjo w zetknięciu z trąbką podłączoną pod elektronikę dużej mocy nie ma wielu argumentów w bardziej zmasowanej akcji scenicznej. Gdy wszakże moc ustępuje miejsca kreatywności, wrażliwości na brzmienie i niuanse dramaturgii, improwizacja osiąga poziom godny naszej najwyższej uwagi.

Album składa się z dwóch ponad dwudziestominutowych opowieści. Spokojny początek, to banjo i czyste frazy trąbki uwikłane w elektroakustyczny rozgardiasz. Wyważone wymiany zdań i plamy … white noise. Drobne intensyfikacje i lubieżne rozkołysania. Nie brakuje brzmień preparowanych, zgrzytów, bolesnych obtarć i soczystych szorowanek – tu każdy dokłada adekwatne porcje emocji. Bywa, że muzycy patrzą sobie prosto w oczy, bywa, że giną na froncie dysonansu. Pierwszą historię wieńczy urokliwy passus solowy Szweda, pięknie spuentowany wystudzoną trąbką Niemca. Początek drugiej trzyma się owej zrównoważonej narracji. Tym razem słyszymy gitarę, a arsenał elektronicznych środków wyrazu zdaje się nieść sporo intrygujących niespodzianek. Opowieść ma swoją fazę rozdygotanego ambientu, a także momenty intensywnych zwarć i post-akustycznych pyskówek. Popada w dramaturgiczny umiar, ale i sięga po plastry hałasu, a nawet na poły taneczne electro. Znów podobać się może samo zakończenie, które bazuje na akustycznym konsensusie, pięknie obranym w repetującą narrację.



 

Evil Joe Into the Dark (Ma Records, CD 2024)

Kühlspot Social Club, Berlin, 2023: Edith Steyer – klarnet, Vojta Drnek – akordeon oraz Kellen Mills – gitara basowa. Sześć utworów, 33 minuty.

Owa niemiecko-czesko-amerykańska kooperacja definitywnie nosi znamiona oryginalnej. Niebanalny zestaw instrumentalny, kameralna estetyka, którą rozsadza ponadgatunkowa kreatywność, wreszcie intrygujące koincydencje brzmieniowe i dramaturgiczne. Bywa, że brakuje w niej nieco ekspresji, ale to zdaje się być zaplanowanym elementem tego muzycznego konceptu.

Pierwsza opowieść przypomina spacer po mrocznym lesie. Swobodne ruchy, głowy otwarte na nowe wyzwania, naturalna powolność w dobrze skomunikowanych akcjach zaczepnych. W drugiej odsłonie artyści dodają nieco melodii i dłuższych, bardziej rozkołysanych fraz, w trzeciej także samej radości ze wspólnego muzykowania i pewnej znów całkiem naturalnej taneczności. W kolejnych trzech opowieściach jest jeszcze ciekawiej. W czwartej mamy wrażenie obcowania z nagraniami terenowymi, które oplata smutna melodyka zastygłej chwili. Szmery, drżenia, powłóczyste dźwięki towarzyszą nam także w piątej opowieści, która przynosi garść bolesnych fraz, trochę nerwowych ruchów i zaskakująco melodyjną fazę rozwinięcia. Nie brakuje dźwięków preparowanych, szczególnie ze strony klarnecistki i ekspresji dynamicznego zakończenia. Ostatnia improwizacja zdaje się być jeszcze precyzyjniej … zaplanowana. Dużo brudnych dźwięków płynie tu z gitarowych pick-upów, sporo strwożonych śpiewności dostarcza klarnetu, wciąż dużo zaskakujących brzmień niesie semantyka akordeonu. Ostatnia prosta wynosi opowieść na efektowe wzgórze, stanowiąc zgrabną reasumpcję albumu.



 

Joke Lanz & Petr Vrba Mutants In Siberia (Circum-Disc, CD 2025)

Punctum, Praga, 2023: Joke Lanz - turntables, głos oraz Petr Vrba – trąbka, elektronika. Dwanaście utworów, 38 minut.

Gramofony, okazjonalny głos, trąbka i elektronika budują tu barwną, niekiedy power noise’ową ekspozycję, która śmiało pretenduje do miana eksperymentalnej, improwizowanej elektroniki, ale też zaskakująco często sięga po atrybuty … inteligentnej muzyki tanecznej, czyli estetyki wykutej na przełomie milenium i identyfikowanej świetnie rozpoznawalnym skrótem IDM.

Elektroakustyczny chaos, jaki towarzyszy muzykom na starcie dość szybko zostaje uformowany w ciąg zdarzeń, które mają odpowiednią ekspresję, swój rytm, nieco pokrętną linearność i dobrze ukonstytuowaną dramaturgię. Ekscesom fonicznym towarzyszy także głos, który czasami recytuje, innym razem krzyczy. Muzycy generują dużo fraz w jednostce czasu, pilnując by akcje zaziębiały się i wchodziły w dyskurs poznawczy. Raz po raz w grze pojawiają się akustyczne frazy trąbki, którym towarzyszy oniryczna, mglista narracja sfery syntetycznej, ciętej zazwyczaj ostrym skalpelem na wyjątkowo krótkie interwały, co przypomina kolejną estetykę kojarzoną z elektroniką millenialną, czyli słynne cięcia i klejenia. W połowie albumu muzycy wrzucają do tygla zdarzeń więcej akcentów rytmicznych, a zdefiniowane w preambule recenzji skojarzenie z IDM zaczyna nabierać rumieńców. Dodajmy, iż w ósmym epizodzie pojawia się wysamplowany głos, który recytuje polityczny tekst, jaki znamy z płyty … punkowego Dead Kennedys sprzed czterech dekad. Ostatnie trzy utwory wydają się nieco spokojniejsze, wciąż nerwowe i podszyte kreatywnością, ale bardziej swobodne, budowane ze świadomością, iż album dobiega końca. Dodajmy, iż poczucie pokrętnego rytmu i skłonność do repetycji nie opuszcza muzyków do ostatniej sekundy albumu.

 


Shepherds of Cats & Vj Pietrushka Live at Bemma Bar (Antenna Non Grata, CD 2025)

Bemma Bar, Wrocław, wrzesień 2023: Adam Webster – wiolonczela, głos, Aleksander Olszewski – etniczne instrumenty perkusyjne, Dariusz Błaszczak – syntezator modularny, sampler, Jan Fanfare – gitara, preparowane ukelele, looper oraz Vj Pietrushka - live cameras, video processing. Improwizacja w czterech częściach, 38 minut.

Brytyjsko-wrocławscy Pasterze Kotów, których dokonania śledzimy od zarania ich pomysłu na swobodną improwizację, czerpiącą inspirację z nieskończonej liczby gatunków, stylistyk i estetyk, dostarczają nam album koncertowy, ulepiony w jedną kompaktową ścieżkę, ale stworzoną z czterech opowieści połączonych prawdziwe punkowymi, nie do końca subtelnym metodami edytorskimi. Dodajmy, iż wrocławski koncert miał także, tradycyjnie dla Kotów, warstwę wizualna, ale tej na rzeczonym albumie możemy się jedynie domyślać.

Pierwsze osiemnaście minut koncertu, to linearna, uformowana w leniwą strugę reaktywnych improwizacji opowieść, osadzona na brzmieniu wiolonczeli i gitary, udanie uzupełniana poświatą nieinwazyjnego syntezatora modularnego i akcji perkusjonalnych, których raz po raz zmieniają szyk narracji. Nie brakuje brudnych i zakurzonych fraz, a tempo bywa zmienne. W trakcie drugiego epizodu muzycy dostarczają więcej ekspresji i tropów gatunkowych, które perfekcyjnie gubią, niczym zbieg uciekający przed obławą tłustych policjantów. Wokalno-instrumentalna, krocząca opowieść zdaje się wieść intrygująco taneczne życie wewnętrzne, okazjonalnie pachnie rockiem, niekiedy kameralną psychodelią, a po kolejnym stoppingu przepoczwarza się w bardziej mroczną, dość stonowaną pulsację. Po pewnym czasie narracja gęstnieje, a jej rockowa powłoka próbuje wyrwać się z uwięzi, ale grzęźnie w defensywnej motoryce upalonego post-bluesa. Pod finałową, oniryczną flautę podprowadza nas intrygujący fragment budowany skłębionymi perkusjonaliami i zaskakująco czysto frazami strunowymi, które łapią od dawna skrywaną melodykę. Pożegnalna opowieść gaśnie nagle, ucięta dość tępym skalpelem.



 

Rafał Iwański Transformations II (Antenna Non Grata, CD 2025)

Studio Eter, Toruń, lipiec - listopad 2024; Rafał Iwański – sanzas, kalimba, sanzula, grzechotki, patyki deszczowe, dzwonki, przedmioty metalowe, rurki sprężynowe, rura wah-wah, bęben obręczowy, okaryna, flety, piszczałki, automat perkusyjny, efekty, nagrania terenowe. Jedenaście utworów, 51 minut.

Rafał Iwański, multiinstrumentalista, którego słusznie kojarzymy z takimi formacjami, jak Innercity Orchestra, czy Alameda 5, dostarcza swoją kolejną solową płytę. Bazuje ona w równym stopniu na dźwiękach instrumentów perkusyjnych, jak i strunowych, udanie sięga także po brzmienia post-akustyczne i syntetyczne, budzące w głowie recenzenta, nie pierwsze w trakcie dzisiejszej zbiorówki, skojarzenia w dumną historią wartościowej elektroniki ostatnich trzech dekad.

Pierwszą opowieść buduje dysonans mrocznego tła i lżejszych od powietrza perkusjonalii i instrumentów strunowych. Pojawia się ledwie zasugerowana rytmika, która wszakże potęguje nastrój wyciszonej medytacji. W kolejnych utworach Iwański mnoży wątki, dodaje odrobinę dalekowschodniego posmaku i gamelanowej filigranowości, a w sferze kreowania warstwy rytmicznej sięga po atrybuty syntetyczne osiągając efekt, którym śmiało może wzbudzać skojarzenia z estetyką IDM. Nie stroni od onirycznych, wystudzonych interludiów, czy etnicznych naleciałości (niczym Samarpan Sławka Kulpowicza sprzed czterech dekad!), ale nie przestaje forsować estetyki tanecznej. Sięga po minimalistyczny deep beat charakterystyczny dla post-techno, który w utworze dziewiątym barwi dubową poświatą, dzięki czemu ów fragment definitywnie umieszczamy w roli albumowego crème de la crème. Przedostatni epizod nasączony zostaje mglistym, łagodnym ambientem, którego narodziny poprzedzone są dźwiękami żywej, czystej, medytującej przyrody. Album wieńczy dwuminutowa koda. Wieje zaskakująco mroźny wicher, szczęśliwie ciepły ambient zaczyna rozpościerać się na bezchmurnym niebie.

 

 

wtorek, 5 listopada 2024

Niklas Fite & Günter Christmann are Insisting!


Niemiecki wiolonczelista, onegdaj także puzonista, Günter Christmann dumnie wkracza w tym miesiącu w osiemdziesiątą trzecią wiosnę życia. Próżno szukać definitywnie współczesnych ujawnień muzyka, zatem cieszy nas każde nowe nagranie z jego udziałem, nawet te, powstałe ponad pięć lat temu.

Sprawcą zdarzenia w ujęciu edytorskim i współwykonawczym jest młody szwedzki gitarzysta Niklas Fite, którego dokonania śledzimy na tych łamach dość skrupulatnie. Muzyków w ujęciu metrykalnym dzieli nie jedno, ale przynajmniej dwa pokolenia – w sensie artystycznym to wszakże prawdziwie pokrewne dusze. Czterdzieści minut ich wspólnych, jakże swobodnych improwizacji potwierdza to każdą swą sekundą!



 

Szorowanie strun na cztery ręce, to dźwiękowy obraz otwarcia albumu – realizowane w różnym tempie, przy zróżnicowanej intensywności. Po niedługim czasie muzycy z gracją osiągają fazę szarpania za struny, tudzież budowania chmury flażoletów. Dbają o pojedyncze frazy, pochylają się na każdym źdźbłem fonii. Szeleszczą w poszukiwania pierwszych przejawów melodii, wzdychają, wprawiają w ruch struny swoich instrumentów, sprawiając, iż te piszczą, pojękują, reagują na siebie szmeraniem bliskim ciszy. Incydentalnie potrafią jednak sprawić, iż ich duetowa ekspozycja nabiera intensywności niedalekiej od hałasu.

W trzeciej odsłonie muzycy przekonają nas, że kreatywny minimalizm może budować dramaturgię niemal bez dotykania instrumentów. Ten moment spektaklu zdaje się śmiało zasługiwać na miano muzyki konkretnej. Pod koniec tego odcinka, dzięki akcjom smyczka, na strunach cello pojawiają się strzępy melodii. Czwarty epizod, to dla odmiany faza dość głębokich preparacji – wiolonczela brzmi, jakby dostała się w obszar działania amplifikacji, z kolei struny gitary ewidentnie cierpią pod naciskiem ciała muzyka. Prawdziwie molekularna ekspozycja nabiera tu także wymiaru perkusjonalnego. W odcinku piątym, szczególnie na etapie wstępnym, artyści zdają się frazować niemal czystym dźwiękiem. Dla kurażu pogwizdują, mruczą, ich struny zastygają w bezruchu lub nerwowo podrygują. Pojawiają się melodie i rozbudowane plejady flażoletów. A na koniec wszystko śpiewa rzewną melodię zapomnienia.

W części szóstej przenosimy się do zakładu szlifierskiego – muzycy liczą struny, uderzają w nie, szarpią i ugniatają. Coś brzmi teraz nadspodziewanie metalicznie – zapewne owe akustyczne dewastacje wzbudzają ochłapy tajemniczego rezonansu. Odcinek siódmy jest dość krótki – z jednej strony tworzy go śpiew cello, z drugiej umarłe spazmy gitary. Przyciskane struny tej ostatniej konają w bezdechu. Finałowa improwizacja jest najdłuższym fragmentem albumu. W fazie początkowej tworzą ją drobne frazy, które wchodzą w dość intensywne interakcje. Plamy ciszy, lukratywne post-melodie i drobne chwile refleksji. Nim to ekscytujące spotkanie ostatecznie dobiegnie końca, muzycy serwują nam jeszcze twarde pizzicato, garść utrudzonych riffów i stygnące flażolety.

 

Niklas Fite & Günter Christmann Insisting (Bandcamp’ self-released, DL 2024). Niklas Fite – gitara oraz Günter Christmann – wiolonczela. Nagrane w Langenhagen, Niemcy, maj 2019. Osiem improwizacji, 40 minut.



piątek, 5 lipca 2024

Scatter Archive’ fresh free kicks: Fite & Küchen! Atkins & Wastell! Davies & Hooker! Lynch!


Szkocki net-label Scatter Archive pracuje w tym roku wyjątkowo wytrwale i definitywnie wydajnie. Obok sukcesywnie uzupełnianych, brytyjskich archiwów (patrz: omawiany na tych łamach zestaw nagrań Alana Tomlinsona), w ofercie wydawnictwa z Glasgow pojawia się coraz więcej nagrań nowych, nad wyraz świeżych, pochodzących nie tylko z Great Britain (patrz: polskie trio z udziałem m.in. Pauliny Owczarek).

Czasu, ani pojemności serwera blogspot.com nie starczy, by wszystkie nowości SA omawiać na bieżąco, zatem teraz pochylamy się jedynie nad czterema wiosennymi nowościami. To zgrabne, niedługie, swobodnie improwizowane opowieści – wśród nich odnajdziemy zarówno ekspozycje elektroakustyczne, jak i minimalistyczne, do tego garść jakże londyńskich nagrań solowych z żywymi odgłosami samego The City. Trzy z nich, to akcje stuprocentowo brytyjskie, jedna w pełni skandynawska. I od tej ostatniej zaczniemy nasz mini przegląd. So, welcome to Scatter Life!




Niklas Fite & Martin Küchen Nödutgång får ej blockeras

Khimaira, Sztokholm, listopad 2022: Niklas Fite - banjo, gitara akustyczna oraz Martin Küchen - sopranino. Trzy improwizacje, 38 minut.

Międzypokoleniowe, skandynawskie spotkanie artystów, których na tych łamach znamy i cenimy. Bardzo swobodne, doposażone w zabawne rozmowy pomiędzy utworami, z pozoru nastawione na akcje minimalistyczne, na etapie rozwinięcia urokliwie przepoczwarzające się w mniejsze lub większe kipiele emocji. Od szczegółu do ogółu, od kompulsywnego minimalizmu do rozgrzanego free jazzu.

Od pierwszej sekundy nagrania słyszymy, że jesteśmy wraz z muzykami w pewnej zadanej przestrzeni, gdzie obiektem zainteresowania naszych uszu są nie tylko dźwięki czysto muzyczne. Muzycy coś do siebie szepczą, ich drobny arsenał instrumentalny żyje swoim życiem, nawet bez zetknięciami z palcami czy ustami artysty. Ów mały, kuchenny rozgardiasz szybko formuje się w zwartą, interaktywną opowieść. Saksofonista krzyczy, gdacze, skowycze niczym przydomowy zwierzyniec, gitarzysta (tu być może wyposażony w banjo) rozciąga zgrzytające struny i buduje niemelodyjne post-riffy. Całość przypomina poranny spacer, ale jeszcze przed tradycyjną kawą. Pojawiają się drobne, dęte śpiewy, na gryfie gitary pierwsze, preparowane frazy. W drugiej fazie kilkunastominutowej improwizacji muzycy chętnie wchodzą w zwarcia, zadają także drobne ciosy w półdystansie. Zaczynają na siebie pyskować, kreować raz za razem zadziorne, dobrze skonfigurowane akcje dźwiękowe. Pod koniec utworu poziom emocji nie wydaje się daleki od free jazzu. Kolejne dwie kilkunastominutowe narracje budowane są na podobnej zasadzie – kilka słów na wstępie, potem sekwencja minimalistycznych fraz, które dość szybko lepią się w dobrze uformowaną improwizację. Jeśli saksofon zaczyna piąć się ku górze, gitara efektownie wypełnia przestrzeń sypiąc riffami jak z rogu obfitości. Gdy trzeba, muzycy zdejmują nogę z gazu i śmiało wkraczają w bezmiar ciszy i dramaturgicznych subtelności. Część ostatnia zdaje się być nad wyraz dynamiczna, a kocie ruchy artystów i ich dialogi płyną niesione namiastką rytmu, klecone incydentalnie w estetyce call & responce.



 

Matt Atkins & Mark Wastell Live at ARCH 1

ARCH 1, Londyn, wrzesień 2023: Matt Atkins – odtwarzacze kasetowe, tape loops, obiekty, mikrofony kontaktowe, shruti box i przetworniki oraz Mark Wastell - 32" Paiste tam-tam, gongi and instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 36 minut.

Ze Sztokholmu przenosimy się na ziemie Zjednoczonego Królestwa. Najpierw londyńskie spotkanie dwóch znamienitych postaci brytyjskiego free impro w szerokim rozumieniu tego pokrętnego terminu. Opowieść definitywnie elektroakustyczna, choć słowo electro bierzemy tu w duży cudzysłów – instrumentarium Atkinsa jest bowiem zdecydowanie analogowe, w dużej części akustyczne. Z kolei Wastell pracuje na niezbyt rozbudowanym zestawie perkusjonalnym, którego głównym elementem zdaje się być duży tam-tam. Panowie budują set trwający ponad dwa kwadranse z wyjątkową pieczołowitością, zarówno w zakresie dramaturgii, jak i brzmienia.

Dźwiękowa aura otwarcia sugeruje nam dużą przestrzeń koncertową, w której pracuje zwinne echo. Szeroko rozstawione perkusjonalia, mające paramenty zarówno niskie (tam-tam), jak i wysokie (talerze), wokół których panoszą się plejady szumów, szmerów i szelestów nie do końca rozpoznanego pochodzenia, a także drobne plamy brzmiące na poły syntetycznie. Opowieść faluje, wznosi się i opada, płynie powoli, okazjonalnie nabiera jednak intensywności. Zdaje się być niekiedy rytualna, nieco ceremonialna, a jej nerw kreacji nie gaśnie choćby na moment. Pojawiają się dźwięki samplowane, zapewne podsyłane z kaset magnetofonowych, drobne akcenty rytmiczne i pętle – wszystko toczy się w niemal medytacyjnym tempie. Po wybiciu trzynastej minuty artyści podsyłają nam garść melodyjnych strumieni, także dźwięki ludzkich głosów. Głównym wątkiem środkowej fazy improwizacji są drżące perkusjonalia Wastella, oblepiane drobnymi frazami generowanymi przez Atkinsa z wielu źródeł. Po dwudziestej minucie nowym elementem narracji są basowe pasma brzmiące dość syntetycznie. Z kolei następująca tuż potem faza uspokojenia syci się melodyjnymi pętlami. Improwizacja w swej końcowej fazie zdaje się być niemal wyłącznie perkusjonalna. Zostaje jednak zreasumowana pulsującą, post-melodyjną retoryką akcesoriów elektroakustycznych. Precyzyjnie finalizowana, ginie w mroku ambientu.



 

Rhodri Davies & Andrew Leslie Hooker Deuawd

BBC Hall, University of Wales Trinity Saint David, Abertawe, Walia, czerwiec 2018: Rhodri Davies - harfa z przetwornikami, preparacje oraz Andrew Leslie Hooker - no-input mixing board, elektroniczne filtry i amplifikacje. Jedna improwizacja, 25 minut.

Kolejny w zestawie brytyjski duet bez cienia wątpliwości możemy zaliczyć do akcji elektroakustycznych. Walijski incydent łączy bowiem preparowaną harfę i cały arsenał syntetycznych źródeł dźwięku, które tworzą konglomerat zdarzeń i zjawisk godnych polecenia miłośnikom wszelkich estetyk, także tym z nas, którzy do elektroniki podchodzą jak pies do jeża. Jak zwykle bowiem diabeł tkwi w szczegółach – tu w kreatywności artystów i umiejętności wzajemnego słuchania.

Koncert trwa mniej niż dwa kwadranse, zatem tylko konkret! Początek jest więcej niż delikatny – syntetyka brzmi tu całkiem analogowo, harfa pracuje zarówno na subtelnym przesterze, jak i brzmi akustycznie, a traktowana smyczkiem nasyca opowieść nutą post-barokowej zadumy. Owa nieśpieszna narracja zdaje się mieć dalece bogatą fakturę. Dużo dzieje się w samym wnętrzu opowieści, tkanym z interakcji i dowodzącym tezy zawartej w poprzednim akapicie. Żaden dźwięk nie ujdzie tu uwadze partnera. Davies preparuje klasyczny instrument z dużą klasą, spod rąk i kabli Hookera rzadko dociera do nas coś zbyt inwazyjnego, tudzież fonicznie dotkliwego. W drugiej części ekspozycji można odnieść wrażenie, że muzycy nadają swym akcjom więcej intensywności. Pojawiają się frazy usterkowej elektroniki, ale i one podawane są z umiarem i dramaturgiczną precyzją. Śpiewy harfy chętnie łapią tu piasek w szprychy i kreują ciekawe sytuacje brzmieniowe. Obok plam ambientu słyszymy, że pomiędzy struny hafty dostają się przedmioty, powodując urokliwe ich rozdygotanie. Pod koniec opowieść zdaje się wpadać w delikatny rytm – zarówno po stronie akustyki, jak i syntetyki. Owa figuratywna taneczność doprowadza improwizację do szczęśliwego zakończenia.




Sue Lynch Water Drips Clear

Oxo Tower Studios, 2024 (utwory 2-4, 6-8), Christchurch, Blackfriars 2024 (1, 9), Sprinkler Room, Oxo Tower 2020 (5) – wszystkie lokalizacje w Londynie; nagrania terenowe zarejestrowane w centralnym Londynie – dzwony Garlickhythe, brzegi Tamizy i okolice, 2024 (9): Sue Lynch – saksofon tenorowy, nagrania terenowe. Dziewięć utworów, 29 minut.

Na koniec spektakl prawdziwie londyński! Solowa ekspozycja saksofonowa w wykonaniu Lynch zdaje się być konglomeratem miejskiego spleenu, kreatywności artystki i wyważonego stosunku do dźwięków instrumentu i otoczenia. Nagrania studyjne i koncertowe z dominującą krótką formą, a na koniec wielominutowy spacer po Londynie z dętymi komentarzami niejako z off-u. Klimatyczne i surowe, przewrotnie post-romantyczne, dobrze udramatyzowane, niekiedy zastanawiająco smutne.

W dwóch pierwszych improwizacjach Sue śle nam delikatne, tenorowe podmuchy napotykające na głuchą przestrzeń otoczenia. Najpierw serwuje nam trochę czystego powietrza, potem brudnego, intrygująco preparowanego. Spokój tej opowieści wydaje się być dość pozorny, wszystko podszyte jest bowiem wewnętrznymi emocjami. Z jednej strony dramaturgiczna zaduma, z drugiej prezentacja szerokiego wachlarza technik artykulacyjnych. Kolejne dwie piosenki sięgają po atrybuty jazzu, w czwartej czujemy wręcz swingujący timing. W następnych dwóch utworach artystka pracuje formą, szuka echa, wyczekuje rezonujących odgłosów. Pojawiają się melodie dżdżystego poranka zamglonego miasta. Siódma część zdaje się być zaskakująco dynamiczna, z kolei ósma szyta jest sporą dawką melodyki. Sue łapie podmuch rezonującego powietrza i zanurza się w mrok. Ostatnia opowieść trwa prawie osiem minut i jest dialogiem saksofonistki z odgłosami miasta. Najpierw frazy preparowane, potem więcej czystych wydechów i miasto, które żyje - dźwięki rzeki, szmer ulicznego zgiełku, odgłosy rozmów. W drugiej fazie utworu garść melodii – zarówno z tenorowej tuby, jak i tej, płynącej z zatłoczonych ulic. A na koniec bije dzwon – to zapewne westminsterski Big Ben.

 

 

piątek, 22 marca 2024

The Scandinavian’ Round-up: Strid! Gjerstad! Fite! Westgaard! Kjorstad & Reijseger! Emmeluth! Gunnarson & Johansson!


Wygląda na to, że muzyka ze Skandynawii całkowicie zdominowała marcową zbiorówkę świeżych recenzji równie świeższych wydawnictw. W rolach głównych wystąpią dziś muzycy z Norwegii i Szwecji, a w tej najbardziej eksponowanej szwedzki perkusista i perkusjonalista, jeden z prawdziwych magów swobodnej improwizacji, Raymond Strid. Odczytamy i odsłuchamy aż trzy wydawnictwa z jego udziałem!

W zestawieniu prawdziwy kalejdoskop stylów i estetyk - od free jazzu, przez ocean swobodnej improwizacji, nagrania inspirowane kulturą celtycką, skomponowane i brawurowo wykonane przez żeński septet, po nagrania terenowe uroczo zlepione z preparowanym fortepianem. A w tak zwanym międzyczasie garść improwizowanej kameralistyki na wyjątkowo pięknie brzmiących instrumentach strunowych. Innym słowy, dla każdego coś miłego!




Frode Gjerstad & Raymond Strid OUT! Live at Café Mir, 2023 (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

Blow Out Festival, Cafė Mir, Oslo, sierpień 2023: Frode Gjerstad – saksofon altowy, klarnet oraz Raymond Strid – perkusja. Dwie improwizacje, 31 minut.

Potrójną przygodę ze Stridem zaczynamy od spotkania z weteranem norweskiego free jazzu, Gjerstadem, który w ostatnich latach znacząco osłabił swoją aktywność artystyczną, zatem album cieszy nas w dwójnasób. Bez zaskoczeń i dramaturgicznych niespodzianek, spora dawka dobrze skonfigurowanego free, z wiodącą rolą drummera, który potrafi wzniecać ogień nie używając do tego zbyt wielu narzędzi.

Koncert inicjuje perkusista, który nie musi czynić wiele, by alcista poderwał się do krzykliwego lotu i dorównał mu poziomem ekspresji. Dynamika, bystre interakcje, swobodna kontemplacja scenicznego doświadczenia, to najważniejsze atrybuty pierwszej fazy koncertu. Alcista w trakcie kilkunastominutowej opowieści dwukrotne milknie, dając więcej przestrzeni na perkusyjne ekspozycje, stwarzając także okazje na leniwie rozciągnie zwiotczałych mięśni. Po krótkiej chwili wraca, zawsze z nowym pomysłem na rozwój narracji i własne frazowanie. Norweg nie eskaluje napięcia, chętnie sięga po szeroki arsenał kocich lamentów, udanie syci perkusyjny flow drobnymi dawkami ekspresji. Strid trzyma improwizację mocno w garści i udanie stymuluje akcje partnera. Druga opowieść niesie ze sobą większą porcję spokojnych, bardziej zadumanych fraz, szczególnie ze strony Gjerstada. Szwedzki drummer czyni swoje z precyzją sapera, zdobiąc niemal każdą pętlę perkusjonalnymi inkrustacjami. Dynamiczny, niemal taneczny w końcowej fazie koncert zostaje urokliwie spuentowany melodią klarnetu.



 

Niklas Fite & Raymond Strid How it is (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

Norlings Rör, Heby, Szwecja, styczeń 2024: Niklas Fite - banjo, gitara akustyczna oraz Raymond Strid – perkusja, instrumenty perkusyjne. Cztery improwizacje, 30 minut.

Drugi duet Strida, to niemal przeciwległy biegun swobodnej improwizacji. Cicha, skupiona, bazująca na pojedynczych dźwiękach opowieść do użytku słuchawkowego. Subtelny, po części minimalistyczny gitarzysta, który częściej tu sięga po banjo i Strid, mistrz tego typu sytuacji dramaturgicznych. Temu akurat spotkaniu do artystycznej doskonałości brakuje może tylko nieco wyższego poziomu ekspresji w kilku momentach tego niedługiego nagrania.

How It Is, to improwizacja prawdziwe molekularna, niebywale drobiazgowa, jakby wyszła spod pióra Johna Stevensa i Spontaneous Music Ensemble. Tworzą ją plejady dźwiękowych drobiazgów, strzępy fonii, pojedyncze uderzenia w najbardziej delikatne elementy instrumentów. To opowieść wyjątkowo cicha, choć nasączona wewnętrznymi emocjami, delikatna, choć nieustannie rwana i szarpana, płynąca po obrzeżach strun i gryfu, ledwie muskająca krawędzie werbla i tomów, szeleszcząca błyskiem talerzy. Tu liczy się każdy niuans, a czasami także fakt niezagrania jakiejkolwiek frazy. W pierwszej i trzeciej improwizacji Fite korzysta z banjo. Strid ma pod ręką wszystkie perkusyjne akcesoria, ale używa je z podwójną ostrożnością, z dbałością o brzmienie każdej frazy. Improwizacja tej dwójki nie jest wcale minimalistyczna – tu potrafi dziać się naprawdę wiele, a dramaturgiczne spiętrzenia nie są wcale rzadkim zjawiskiem. Mimo to opowieść balansuje często na granicy ciszy, jest szmerem, szelestem, półdźwiękiem martwego flażoletu. W drugiej i trzeciej odsłonie nie brakuje dźwięków preparowanych, ale i one zdają się istnieć w czasoprzestrzeni narracji ledwie przez ułamki sekund. Album kończy krótka improwizacja, w której pojawia się szczypta melodii, tu jakby rozkładanej na czynniki pierwsze i drobny, post-klasyczny sznyt gitary zatopionej w leniwym mikro drummingu.



 

Hein Westgaard/ Katt Hernandez/ Raymond Strid The Knapsack, The Hat, and The Horn (Gotta Let It Out, CD 2024)

Gävle, Szwecja, czerwiec 2022: Hein Westgaard – gitara, Katt Hernandez – skrzypce oraz Raymond Strid – perkusja. Dziewięć improwizacji, 42 minuty.

Trzecia dziś płyta z udziałem Raymonda Strida przenosi nas definitywnie do świata swobodnie improwizowanej kameralistyki. Dwa akustyczne instrumenty strunowe i zestaw perkusyjny, którego akcje i interakcje posadowione zdają się być, dość niespodziewanie, bliżej estetyki pierwszego z omawianych dziś albumów.

Artyści budują tu bardzo szerokie spektrum dźwiękowe – post-klasycznie brzmiąca gitara, rzewne, melodyjne skrzypce i wszechobecna perkusja, która oplata strunowe frazy niczym gęsta pajęczyna. Pierwsza piosenka, umiarkowanie dynamiczna na starcie, na etapie rozwinięcia koi nas ciszą, minimalizmem, mikro preparacjami skrzypiec i rezonansem perkusyjnych talerzy. W kolejnym odcinku muzycy preferują grę na małe pola – trochę leniwie, odrobinę na wdechu, z dbałością o brzmieniowe subtelności. Tu etap rozwinięcia oznacza półgalop pięknie zdobiony perkusjonalnymi błyskotkami Strida. Kolejne dwie improwizacje bazują na dźwiękach preparowanych. Pierwsza skupia się na mechanice strun i perkusyjnych naciągów, druga formuje się w jękliwą post-balladę. W piątej odsłonie powraca dynamika, ale jest gustownie dawkowana. Od zadziornych, kanciastych interakcji po rzewne melodie. Na etapie finalizacji narracja ulega pewnemu zagęszczeniu, głównie za sprawą skupionego drummingu. W kolejnej części dostajemy mnóstwo filigranowych fraz, doposażonych w drobne melodie i porcję perkusyjnych niespodzianek. W podobnym klimacie powstaje siódma piosenka. Każdy z artystów porusza się tu z kocią zwinnością, a wszystko dzieje w intrygującym tempie. Ósma improwizacja zaskakuje – najpierw budują ją dźwięki preparowane, ale osadzone w pewnej rytmice, potem pojawia się melodia, wyszukana dynamika i frazy gitary wyciągnięte na wprost z filmu country & western. Album wieńczy minutowa ekspozycja osadzona na dramaturgicznym suspensie - kojącym, wielkim wydechu gitary, skrzypiec i perkusji.



 

Hans Kjorstad & Ernst Reijseger Gap of Ginn (Motvind Records, CD 2024)

Høyjord Stave Church, Norwegia, luty 2022: Hans Kjorstad – skrzypce, hardingfele, Indian harmonium oraz Ernst Reijseger – wiolonczela, shruti boxes. Dziewięć utworów, 41 minut.

Kolejny album skandynawskiej zbiorówki także bazuje na improwizacjach (z jednym wyjątkiem), ściele się wszakże urodą godną niemal klasycznie brzmiących opowieści post-barokowych. Piękna akustyka obiektu sakralnego, ciepłe, niekiedy nad wyraz kojące frazy, ale też dużo wewnętrznego niepokoju, dramaturgicznego fermentu będącego skutkiem kreatywności obu artystów. Jeden z nich jest muzykiem na tzw. dorobku, drugi legendą europejskiej muzyki improwizowanej. Efekt ich wspólnych prac jest dalece intrygujący, może jedynie zbyt wystudzony emocjonalnie w fazie końcowej.

Rezonujące, długie pociągnięcia smyczkiem kreują aurę otwarcia, w której nie brak zarówno melodyki folkowej, jak i post-barokowej. Rodzaj śpiewu przez łzy, w obliczu egzystencjalnych boleści. Zaraz potem czeka na nas kilka dźwięków z głębokiej krypty i szczypta intrygującej nerwowości. W strumieniu czystych fraz strings, które pną się ku górze, rodzi się blask niżej osadzonego, indiańskiego harmonium. W trzeciej odsłonie muzycy dostarczają garść zabrudzonych, mglistych fonii udanie wzbogacających kolorystykę ekspozycji. W części czwartej płyną w strudze post-baroku, z kolei w piątej ochoczo śpiewają na folkową modłę w niemal durowej tonacji. Tu obecność harmonium zaskakująco podkreśla aurę piosenki. Szósta improwizacja zdaje się być tą najpiękniejszą. Harmonium i smutno frazujące cello schodzą bardzo nisko na kolanach, wprost w mroczne odmęty. Puentą jest śpiew wiolonczeli, sycony półgardłowymi westchnieniami muzyka. Siódma część zdaje się pogłębiać klimat poprzedniczki, ale czyni to bardziej melodyjnie, choć harmonium skutecznie trzyma się tu ciemniejszych barw. W ósmej opowieści pizzicato wiolonczeli buduje rytmiczną bazę, skrzypce smutno zawodzą, ale cała opowieść ma całkiem taneczny wymiar. Końcowa opowieść budowana jest z drobnych, molowych fraz, syci się też pewnym dramaturgicznym zaniechaniem. To chyba tu brakuje muzykom nieco energii do życia. 



 

Signe Emmeluth Banshee (Motvind Records, LP/DL 2024)

Studio Paradiso, Oslo, maj 2023: Jennifer Torrence – perkusja, wibrafon, głos, Guro Skumsnes Moe – bas elektryczny, kontrabas, głos, Maja S. K. Ratkje – głos, elektronika, skrzypce, Heiða Karine Jóhannesdóttir Mobeck – tuba, elektronika, głos, Guoste Tamulynaite – fortepian, syntezator, głos, Anne "Efternøler" Andersson – trąbka, głos, Signe Emmeluth – saksofon altowy, elektronika, głos, kompozycje. Trzynaście utworów, 41 minut.  

Irlandzkie, starożytne inspiracje, kreatywny umysł kompozytorki i septet bystrych wykonawczyń, które równie dobrze radzą sobie z instrumentarium akustycznym, jak i elektronicznym, nie skapią nam także swoich walorów głosowych, to elementy składowe podzielonej aż na trzynaście części opowieści. Niektóre z nich trwają ledwie minutę lub dwie, inne są 5-6 minutowe, ale wszystkie świetnie budują dramaturgię i sprawiają, iż archetypiczny Banshee jest dalece udaną podróżą dźwiękową.

Album otwiera dobrze zaplanowana ekspozycja, dynamiczna na etapie rozwinięcia, podana pełnym wachlarzem instrumentalnym. Na poły taneczna, bogato instrumentalizowana, nasycona starożytnymi emocjami i jakże współczesną ekspresją. Już na tym etapie podróży poznajemy moc wokalnych eksplozji. Po serii miniatur granych w podgrupach przechodzimy do szóstej, najdłuższej opowieści. Na starcie dominuje tu elektronika, w dalszej fazie władze przejmują instrumenty akustyczne, które snują opowieść, jaka wyłania się z kameralnego suspensu. Po śladowej dawce post-jazzu pojawiają się historie numer osiem i dziewięć, także rozbudowane w wymiarze czasowym. Pierwsza nich zdaje się być repryzą utworu otwarcia, ta druga przenosi nas do świata kameralistyki i oferuje błyskotliwą sekwencję swobodnych improwizacji budowanych metodą call & responce. Utwór jedenasty kontynuuje estetykę free chamber pełną preparacji, dobrze zadanych pytań i jakże zwinnych ripost. Dwunastą opowieść kreują dysonanse brzmienia i dynamiki. Garść brudnych dźwięków, smagnięcia smyczkiem i septetowe kontrapunkty generują tu spore podkłady emocji. Album domyka melodyjny wielogłos, który niesie się po niebie wsparty delikatnym dronem smyczkowym.



 

Rosanna Gunnarson/ Karin Johansson I grunda vikar är bottnarna mjuka (Outerdisk, CD 2024)

Elementstudion, Gothenburg/ Värmdö, Szwecja, 2021/22: Rosanna Gunnarson – kompozycja, notacje graficzne, field recordings oraz Karin Johansson – fortepian preparowany. Dziesięć utworów, 46 minut.

Fortepian preparowany oblewany strumieniami nagrań terenowych, pozostających często w onirycznych, tajemniczych klimatach. Dużo smakowitych dźwięków, dobra dramaturgia, także pewien potencjał relaksacyjny, oczywiście dla tych, których cenią sobie niekonwencjonalne metody spędzania czasu wolnego. To w telegraficznym skrócie zawartość albumu o jakże intrygującym tytule W płytkich zatokach dno jest miękkie. Dziesięć opowieści podanych tu jest w jednym strumieniu dźwiękowym.

Kolejna skandynawska opowieść formuje dźwięki improwizowane fortepianu i żywe frazy otoczenia w medytującą kompozycję czasu i przestrzeni. Ta implozywna drama na każdym etapie podróży zdaje się mieć motyw przewodni. W fazie początkowej wątkiem dominującym jest lejąca się zewsząd woda i towarzyszący jej szum wiatru, tudzież odgłosy lasu dominujące nad przejawami życia miejskiego. Środkowa część albumu wydaje się być bardziej mięsista, doposażona w gęstsze, niekiedy wręcz industrialnie brzmiące frazy. Jest nerwowa, stygmatyzowana mrokiem i niedopowiedzeniami. Z kolei w końcowych częściach tej historii, niezależnie od innych wydarzeń, snuje się strumyczek fortepianowej melodii, filigranowy, podawany wprost z wychłodzonej klawiatury. Jeśli pierwsza faza albumu jest zaproszeniem do wyruszenia w drogę, a środkowa wzmaganiem się z niedogodnościami wynikającymi z pokonywania kolejnych etapów, to końcowa stanowi piękną reasumpcję, nasyconą pokaźną porcją emocji. W trakcie całego albumu frazy grane z klawiatury pozostają we względnej równowadze dramaturgicznej z akcjami inside piano, choć tych drugich w wymiarze ilościowym jest na pewno więcej. Pośród przeróżnych dźwięków każdej fazy opowieści nasze uszy sycą się pięknymi, rezonującym odgłosami płynącymi zarówno z wnętrza piana, jak i bliżej nieokreślonej rzeczywistości nieopodal. A najciekawiej jest chyba wtedy, gdy w ogóle nie potrafimy wskazać źródła danego dźwięku. 

 

 

 

piątek, 17 listopada 2023

Ericson, Klapper & Fite ask How Could This Not Be Justice!


Pokłady jakości i kreatywności skandynawskiej muzyki improwizowanej zdają się być nieskończone. Szczególnie wtedy, gdy zetkniemy je z bezkresem elektroakustycznych igraszek dźwiękowych pewnego Czecha.

Zapraszamy na swobodnie improwizowane spotkanie doświadczonych w bojach artystów, saksofonisty Sture Ericsona i multiinstrumentalisty Martina Klappera, z aspirującym gitarzystą Niklasem Fite, bezczelnym młodziakiem, który z każdej z dotychczas nam znanych rywalizacji wychodził obronną ręką. Nie inaczej jest w wypadku pewnego kopenhaskiego nagrania sprzed czterech lat.



 

Muzycy od samego początku wiedzą, czym chcą nas uraczyć tego wieczoru. Brudny, ale rozśpiewany saksofon, mała gitara kreśląca pętle i posadowiona po środku nich wielodźwiękowa magma elektroakustycznych zdarzeń. Improwizacja dość szybko nabiera odpowiedniej gęstości, pełna jest chropowatych, syntetycznie brzmiących fonii, ale także akustycznych subtelności, szczególnie ze strony gitarzysty, który lubi operować drobiazgami. Warto zauważyć, iż w sytuacjach bardziej stonowanych opowieść wydaje się jeszcze ciekawsza. W połowie ponad piętnastominutowej narracji artyści zaczynają stawiać na dźwięki preparowane i opowieść robi się jeszcze bardziej pikantna, po części mroczna, niekiedy dość nerwowa. Na koniec tej odsłony muzycy podnoszą dynamikę, ale frazują bardziej filigranowo.

Druga improwizacja domyka pierwsza stronę winyla, trwa zatem niewiele ponad sześć minut. Pojawia się w niej saksofon sopranowy i plejady drobnych post-dźwięków. Elektroakustyka płynie tu szerokim korytem, ale pozostaje dość subtelna. Gitara zdaje się szukać inspiracji we frazach post-klasycznych, a cała improwizacja bywa ulotna, delikatna, nasycona wielobarwnymi, wyjątkowo urokliwymi preparacjami.

Rewers czarnego krążka także składa się z dwóch części, tym razem zbliżonych do siebie czasem trwania. Pierwsza z nich od startu jest gęsta, masywna, niekiedy wręcz post-industrialna. Mechanika narzędzi, półdronowe westchnienia i struny rozciągane na gryfie gitary, być może także banjo. Narracja nabiera emocji, bywa incydentalnie krzykliwa, ale zdaje się być precyzyjnie udramatyzowana. Na żylaste frazy saksofonu i stołu elektroakustycznych cudactw, gitara odpowiada dysonującą delikatnością. Chybotliwa opowieść na sam koniec nabiera niemal free jazzowej intensywności.

Finałowa improwizacja zaczyna się od drobiazgów, podobnie jak część druga albumu. Szumy i szmery, małe, rezonujące frazy, półdźwięki i bolesne westchnienia. Improwizacja po paru leniwych pętlach zmyślnie nabiera tu dynamiki. Pewna ulotna melodyka Ericsona, precyzja w każdym ruchu Fite’a i dużo zabawnych akcji ze strony Klappera, to jej elementy składowe. Artyści znów sięgają garściami po preparacje, pojawiają się akcenty percussion ze strony gitarzysty. Zmiana goni tu zmianę – dubowe echa, rezonujące struny, post-jazzowe, dęte zdobienia. Ostatnia prosta doskonale reasumuje cały album, jest nawet odrobinę hałaśliwa.


Ericson/ Klapper/ Fite How Could This Not Be Justice? (Bandcamp’ self-released, LP/DL 2023). Sture Ericson – saksofony, Niklas Fite - gitara, banjo oraz Martin Klapper – obiekty amplifikowane, zabawki. Nagrane w RMC, Kopenhaga, marzec 2019 roku. Cztery improwizacje, 42 minuty.



 

wtorek, 8 lutego 2022

Dead Neanderthals! Hung Mung! Cariocinesis! Carter! Sassoon! Ovchinnikov! Fite & Oswald! Serries & Trösta! The February Round-up!


Najwyższa pora na lutową zbiorówkę recenzji! Dziś osiem świeżutkich płyt, dwie datowane już na rok bieżący, kilka następnych upublicznionych pod sam koniec roku poprzedniego. Jak zwykle w przypadku trybunowego round-up’u tygiel gatunków, emocji i cała moc wrażeń ogólnorozwojowych.

Zaczynamy na ostro, sylwestrową ep-ką naszych ulubionych holenderskich freaków, mocno sytuującą ich w odmętach kreatywnego … black metalu. Zaraz potem dwa swobodnie improwizowane wątki iberyjskie, choć drugi z dalece południowoamerykańskim akcentem. W dalszej kolejności dwie bardzo jazzowe płyty, choć, jak twierdzą sami zainteresowani, mocno improwizowane – pierwsza z nich amerykańska z pomnikową postacią free jazzu na czele, druga angielska przy istotnie niemieckim wsparciu. Po nich rosyjski kwintet kameralnej, minimalistycznej improwizacji i pewien duński duet, ciekawie z nim konweniujący stylistyczne. Na sam finał oddech belgijskiego blue & dark ambientu w wykonaniu mistrza gatunku, w duecie z mniej nam znanym muzykiem, dodatkowo ukrytym pod pseudonimem. 

 


Dead Neanderthals & Aaron B. Turner  Corporeal Flux (Bandcamp’ self-released, DL 2021)

W życiu pewne są jedynie śmierć, podatki i … sylwestrowa płyta Dead Neanderthals! Otto Kokke (syntezator) i René Aquarius (perkusja) udostępniają nowe nagranie ostatniego dnia roku od wielu już lat, zawsze czyniąc to w formule name-your-price. Na nagranie upublicznione 31 grudnia 2021 roku Holendrzy doprosili gitarzystę i wokalistę Aarona B. Turnera, który nadal ich konceptualnym dronom prawdziwie rockowy, mroczny wymiar. Album zawiera jeden utwór, który trwa 25 i pół minuty.

Narracja od początku toczy się w dość wolnym, post-bluesowym tempie, które perkusista wybija z niekłamaną systematycznością. Syntezator pracuje, jak elektroniczny loop, lejąc się gorącym strumieniem sfuzzowanej, harshowej lawy dźwiękowej. W mroczną, mantryczną repetycję (znak rozpoznawalny DN!) po paru chwilach wkleja się gitara, która frazuje dość swobodnie, rockowo, na dużym pogłosie, dysponująca sporą przestrzenia do niemal improwizowanego frazowania. Na dalszym planie raz za razem pojawiają się nowe wątki, niektóre dark ambientowe, inne bardziej czerstwe. W okolicach 10 minuty z gęstego mroku wyłania się wokal, mocno osadzony w black metalowej estetyce, niemal growlowy, ale zdecydowanie wyposażony w wartości tekstowe. Narracja systematycznie gęstnieje, a jeszcze przed upływem kwadransa każdy z wątków zdaje się krzyczeć, równie emocjonalnie jak wokalista.

Tuż potem na moment milknie perkusja, pozostawiając więcej miejsca gitarze, która zaczyna rozwijać wątki godne bardzo wczesnych, rockowych nagrań Dead Can Dance! Powrót perkusji nadaje całości pewnego doom metalowego sznytu, co sprzyja kolejnym ekscesom hałasu i doklejaniu się nowych wątków. Opowieść nie traci wszakże pewnego zimnofalowego posmaku. Gdy wraca głos, gitara zaczyna się sprzęgać, a opowieść co chwila eksploduje niczym skupisko małych wulkanów. Swoje do dramaturgii całości dodaje też syntezator, który pluje harshem na prawo i lewo. Narracja osiąga swój szczyt i gaśnie dość nagle, wprost w mokrą od potu ciszę.

 


Hung Mung  Beyond A Wilderness Of Expectations (Discordian Records, DL 2022)

Barcelońska formacja Hung Mung dorobiła się w ciągu dwóch lat … dziesiątej płyty! Pracowitość godna podziwu, tym bardziej, iż ilość idzie tu zawsze w parze z jakością. Jak świetnie wiemy, od pewnego czasu Hung Mung to kwartet: Liba Villavecchia – saksofon altowy, El Pricto – syntezator modularny, Diego Caicedo – gitara elektryczna oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Najnowsze nagranie pochodzi ze studia The Golden Apple, Barcelona, a powstało na początku sierpnia ub.r. Pięć improwizacji trwa tu 34 minuty z sekundami.

Muzyka kwartetu od swego zarania permanentnie ewoluuje, czego dowodem każda kolejne wydawnictwo. El Pricto, od kilku już edycji skoncentrowany na elektronice, wprowadza do improwizacji dużo elektroakustycznego fermentu, ale nie pcha się przed szereg ze swoją analogową czerstwością. To wyjątkowo dobrze robi tu każdej z czterech narracji (ta piąta bowiem, to solowa miniaturka Trilli na rosyjskich dzwonach). Pierwsza część toczy się w żółwim tempie. Gitara, perkusjonalia i syntezator budują mroczne, gęste tło, na którym ściele się post-jazzowy, okazjonalnie free jazzowy saksofon. Każdy z instrumentów zdaje się ciągnąć wątki narracji w swoją stronę, ale całość definitywnie trybi i stanowi zwartą opowieść. Druga część wydaje się być nieco żwawsza, co jest efektem pracy każdego z muzyków, szczególnie perkusisty. Jak zwykle świetnie pracuje gitara Caicedo – buduje intrygujące tło, a gdy trzeba, rockowym stemplem kreuje dodatkową porcję emocji.

Po wspomnianej już wcześniej perkusjonalnej miniaturce, w czwartej improwizacji zaczyna dziać się wiele ekscytujących rzeczy. Na początek dopada nas bystra wymiana zdań na linii syntezator-saksofon, czyniona całą plejadą short-cuts. Dynamika rodzi się niejako samoczynnie i toczy opowieść w ramiona free jazzu, inkrustowanego elektroniką i rockiem, czyniąc ów fragment najlepszym momentem nagrania. Podobnie jak w poprzednich odsłonach, w drugiej części utworu narracja efektownie spowalnia i z dobrym skutkiem szuka onirycznego klimatu. Finałowa improwizacja budowana jest bardzo skrupulatnie, czy to wyważonymi dronami, czy też skwierczeniem analogowej elektroniki. Zawieszona w próżni opowieść przepoczwarza się w meta balladę, którą ciągnie ku górze saksofon, wparty minimalistycznym akompaniamentem gitary i perkusji.

 


Marcelo von Schultz/ Luis Conde/ Albert Cirera  Cariocinesis (404 Notlabel, DL 2021)

Przed nami bodaj już trzecia odsłona dźwiękowych wspomnień z wakacji, jakie Albert Cirera (saksofon tenorowy i sopranowy) odbył w listopadzie 2019 roku w Argentynie. Tym razem pora na trio z udziałem Marcelo von Schultza (perkusja) oraz Luisa Conde (klarnety). Osiem improwizacji powstało w Estudio Libres, Almagro, Buenos Aires, a trwa niespełna 37 minut.

Bystra, chwilami całkiem ognista improwizacja na dwa instrumenty dęte, którym wolno niemal wszystko i zdyscyplinowaną, czuwającą nad obrazem całości perkusją, podzielona została tu aż na osiem odcinków. Pokazują one bardzo szerokie spektrum możliwości klarnetów i saksofonów, które nieustannie pcha do przodu dość konwencjonalny drumming. Muzycy zdają się zapędzać w rozmaite zakamarki swobodnej gry, przy czym najciekawiej czynią to w dłuższych, intrygująco skonstruowanych improwizacjach. W tych krótszych zdają się jedynie sugerować rozwój wypadków, może szkoda, że nie mamy okazji obcować z rozwinięciami.

Pierwsza improwizacja skrzy się ciekawymi interakcjami, nie stroni od wytłumionych, rezonujących fraz, stawia na otwartość i dużą swobodę narracyjną. W drugiej części pojawia się saksofon sopranowy i mały klarnet, w trzeciej zaś muzycy dość konsekwentnie oddają się preparowaniu dźwięków, powracając przy okazji do większych formatowo dęciaków. W czwartej udają się na małą przebieżkę, by w piątej i szóstej części powrócić do preparowania, a także inicjować dyskusje w formule call & responce. Zdaje się, że najciekawiej prezentuje się siódma improwizacja (długa!). Muzycy zaczynają ją w ciszy, najpierw w duecie na klarnet basowy i perkusję, potem zaś z udziałem sopranu. Najpierw grają na małe pola, potem szukają wspólnej, jednorodnej dynamiki dla wszystkich (co nie była zasadą w poprzednich utworach). Z dużym polotem osiągają też free jazzowe wzniesienie. Zakończenie albumu, to kolejna miniatura, zdobiona rezonansem i rozmowami z ciszą, prowadzonymi przez lżejsze odmiany klarnetu i saksofonu.

 


Daniel Carter/ Ayumi Ishito/ Eric Plaks/ Zach Swanson/ Jon Panikkar  Open Question Vol. 1 (577 Records, CD 2022)

Na okoliczność jednego nagrania przenosimy się za ocean, do nowojorskiego studia Big Orange Scheel, mieszczącego się na Brooklynie. Ikona free jazzu plus grono bystrych aspirantów, to aktorzy widowiska: Daniel Carter – trąbka, flet, klarnet i saksofony sopranowy, altowy i tenorowy, Ayumi Ishito – saksofon tenorowy (plus fx), Eric Plaks – fortepian i wurlitzer, Zach Swanson – bas akustyczny oraz Jon Panikkar – perkusja. Nagranie powstało w listopadzie 2020 roku, składa się z czterech utworów, które trwają niespełna trzy kwadranse.

Nowojorski kwintet z udziałem Daniela Cartera, ale zdaje się, że pod przewodnictwem Ayumi Ishito, zaprasza nas na spotkanie z pełnokrwistym jazzem! Jak wszakże twierdzą sami zainteresowani, ich muzyka nie została w jakikolwiek sposób skomponowana, ale bazuje na czystej improwizacji. Choć nagrania zdają się w swych początkowych fazach wskazywać, iż muzycy wiodą swoje strumienie dźwiękowe wedle pewnych scenariuszy, to dalsze, już silnie improwizowane partie, budowane kolektywnie, potwierdzają prawdziwość formuły, jaką muzycy zaproponowali zdanie wcześniej.

Pierwszy utwór, zgodnie z tytułem, opiera się na stylistyce bluesowej. Kameralny jazz z prostą bazą rytmiczną, budowany przez klarnet, który snuje post-bopowe frazy lekko i przyjemnie. Struktura nagrania nie zakłada tu ekspozycji solowych, a jeśli już któryś z artystów wysuwa się przed szereg, to reszta nie przestaje snuć swoich równie improwizowanych wątków. Narracja otwarcia na koniec przyjmuje formułę eleganckiego free jazzu. Druga część kontynuuje post-bluesowe inklinacje. Rytm podaje bas, a leniwa początkowo ballada nabiera wigoru. Trzeci utwór, niemal dwudziestominutowy, to kluczowy moment tego albumu. Zaczyna się nerwowymi, intrygującym frazami dętych, wokół których budowana jest narracja bazująca na ciekawie połamanej rytmice. W połowie utworu następuje istotne przegrupowanie sił i środków. Pianista sięga po wurlitzera, a instrumenty dęte zaczynają pracować na pogłosie. Bystra psychodelia fussion jazzu z pewnością nie łamie tu gatunkowych kanonów, ale wprowadza ciekawy dysonans stylistyczny. Ostatni utwór powraca do brzmienia akustycznego, ale zdaje się mieć w sobie całe połacie zdrowych, niekiedy free jazzowych emocji, szczególnie ze strony saksofonistów.

 


Julie Sassoon Quartet  Voyages (Jazzwerkstatt, CD 2021)

Mocno trzymamy się jazzowej stylistyki i przenosimy do Niemiec, by posłuchać kwartetu … angielskiej pianistki i kompozytorki Julie Sassoon. Do składu dobrała sobie trzech całkiem niezłych niemieckich improwizatorów: Lothara Ohlmeiera (saksofon tenorowy i klarnet basowy), Meinrada Kneera (kontrabas) oraz Rudi’ego Fischerlehnera (perkusja). Płyta składa się z sześciu utworów, które trwają 51 i pół minuty.

Julie Sassoon proponuje nam otwarty, swobodny jazz, silnie wszakże ustrukturyzowany w zwarte tematy i kontrolowane fazy improwizacji, często prowadzone w sposób kolektywny. Pierwsza odsłona bazuje na dynamicznym, melodyjnym temacie, który ogrywany jest na tysiące sposobów, a zdobi go nade wszystko ekspozycja pianistki, delikatna, zwiewna, sięgająca po estetykę akustycznego ambientu. Drugą część otwiera post-barokowy smyczek na gryfie kontrabasu. Minimalistyczne piano, wystudzony saksofon i leniwa perkusja budują smutną, niemal semicko brzmiącą opowieść. Z kolei trzecia część powraca do dynamiki pierwszego utworu, a także niczym nieskrępowanej taneczności. Tu całość zdobi bystra, kolektywna plejada short-cuts, słana ze wszystkich ośrodków dźwiękowych.

Czwarta kompozycja w swej początkowej fazie zdaje się być punktem wyjątkowej urody na mapie albumu. Rezonujący smyczek i kilka zmysłowych fraz inside piano budują niepowtarzalny nastrój. Gdy narracja przechodzi do formuły kwartetowej, czar niestety pryska. Balladowy charakter ma też piąta część, która silnie dryfuje w kierunku dalece przesłodzonych fraz, szczęśliwie jednak sprawy bierze w swoje ręce klarnet basowy i nadaje całości nieco więcej emocji. Album pianistki kończy się wszakże zdecydowanie dobrze. Melodyjny temat ciągnięty przez saksofon, dynamiczne pizzicato kontrabasu i emocje, które pikują ku górze doprawdy efektownie. Gdy opowieść hamuje mocą smyczka, narracja przyjmuje znów postać ballady, ale jej wewnętrzny niepokój, półmrok niektórych fraz, pozwala szczęśliwie dobić do brzegu.

 


Vitaliy Ovchinnikov Quintet  Displacements (Extra Notes, CD 2021)

Po dwóch istotnie jazzowych płytach, czas na kameralistykę, dodatkowo w dalece minimalistycznym wydaniu. Rosyjski kwintet wprost ze studia Red Wave w Saint-Petersburgu: Ignat Khlobystin – flet, Ilia Belorukov – saksofon altowy, Viktor Arkharov – klarnet basowy, Vitaliy Ovchinnikov – gitara, kompozycje (tu w formie graficznych notyfikacji) oraz Vladimir Pecheritsa – fortepian. Siedem utworów zarejestrowano w czerwcu ubiegłego roku, a trwają one łącznie 38 minut z sekundami.

Minimalistyczna kameralistyka zadekretowana w formie notacji graficznej może sugerować nam odniesienia stylistyczne do formacji Tonus Dirka Serriesa. Dodatkowo podobna jest tu rola gitarzysty, kompozytora, który w wielu momentach tej opowieści zdaje się pozostawać w roli organizatora i głównego kontrolera narracji. W nagraniu rosyjskiego kwintetu swoje ma odegrania także cisza, jakkolwiek w porównaniu z Tonusem, jest jej zdecydowanie mniej.

Początek, to gitarowy akord, który komentowany jest przez instrumenty dęte, a wspierany delikatną repetycją fortepianu. Kameralny mrok nabiera tu pewnego wigoru, syci narrację dobrymi akcjami i równie bystrymi reakcjami. Formuła muzykowania bliska swobodnej improwizacji (call & responce?) także sprzyja tu budowaniu klimatu dla ciepłej recenzji. Muzycy stawiają na krótką formę, bardzo rzadko decydują się na bardziej rozbudowane frazy. Często wszakże wracają do formuły dalece minimalistycznej, a dzieje się tak na początku każdej z siedmiu opowieści. Dobrze swoją rolę rozgrywa tu piano, które w czwartej części zdaje się silniej eksponować brzmienie czarnych klawiszy, a w części szóstej sięga po preparacje i niemal w pojedynkę buduje intrygującą narrację. Z kolei piąta część wydaje się gasnąć w mroku ciszy i graficznych dyrektyw, ale w końcowej fazie, grana już całym, energicznym kwintetem, nabiera swobody i mocy, która definitywnie zdobi całą opowieść. Także ostatnia kompozycja niesie nieco więcej życia, a artyści, jakby wypuszczeni z sideł notyfikacji, frazują nad wyraz ciekawie.

 


Niklas Fite & Margaux Oswald  Silent Plums (Bandcamp’ self-released, DL 2021)

Cisza zawarta w tytule nie jest tu przypadkowa. Przed nami kolejna minimalistyczna improwizacja, w trakcie której programowo zaciągnięty hamulec ręczny artystów z jednej strony wzbudzać będzie ich kreatywność, z drugiej dalece ograniczać jednak poziom emocji, płynący z odsłuchu. Rok ubiegły, stołeczna Kopenhaga i dwójka muzyków: Niklas Fite – gitara akustyczna i banjo oraz Margaux Oswald – fortepian. Artystów tych gościliśmy już na naszym łamach, a tym albumem zdają się na dłużej sytuować na naszej liście młodych, zdolnych, którym warto poświęcać dużo uwagi. Ich swobodna improwizacja, doposażona w cały ocean preparowanych fraz, składa się z sześciu części i trwa w sumie około 34 minuty.

Dźwięki pojedynczych strun, echo pudła rezonansowego piana i rozlegle plamy ciszy, to aura pierwszej improwizacji, ale także wielu fragmentów kolejnych części. Narracja tkana tu jest na ogół z drobiazgów, płynie wprost z gołych strun, ale bywa też efektem silnych uderzeń w czarne klawisze. Budują ją suspens, głęboko skrywane emocje i incydentalne salwy ekspresji. Pianistka zdaje się nie ustawać w wystudzonych preparacjach, a gdy incydentalnie wskakuje na klawisze, emocje natychmiast pną się ku górze. Dobrym przykładem może być trzecia opowieść, która niesie ze sobą dość duży ładunek dynamiki, jak na kanony tego albumu, a kończą ją suche frazy gitary i wilgotne dźwięki białych klawiszy. Gitarzysta w trakcie całego nagrania częściej sięga po czyste frazy, ale i on skłonność do preparacji zdaje się mieć głęboko zaszytą w sercu. Na agresywne, bardziej zadziorne frazy stawia z kolei w części drugiej. Co do zasady, artyści wolą budować tu improwizację z drobnych, nerwowych fraz niż z dłuższych, bardziej ustrukturyzowanych wypowiedzi.

Czwarta improwizacja stanowi niemal trzecią część płyty. We wczesnej fazie budowana jest przez minimalistyczne piano, doposażone w echo czyniące obowiązki gospodarza. Gitara pojawia się po dłuższej chwili i stawia na drobne, preparowane frazy. Kilkunastominutowa improwizacja ma momenty przyspieszenia, ma też chwile udanych spowolnień. Wszystko tu ze sobą współgra, zwłaszcza w finale skleconym z drobiazgów, które lepią się w ostatecznym rozrachunku w efektowną salwę ekspresji. Piąta część skupia się na maltretowaniu strun, bystrze też łapie skromną dawkę energii, jaka płynie z klawiatury. Finał, to półtorej minuty samych subtelności. Każda ze strun zgłasza tu swoją obecność, po czym narracja spokojnie obumiera.

 


Dirk Serries & Trösta  Island On The Moon (Consouling Sounds, CD 2021)

W finale dzisiejszej zbiorówki ukoimy zapewne wszystkie emocje, i te minimalistyczne, i te istotnie ogniste, jakie przetoczyły się przez naszą opowieść. O wystudzone, błękitne chwile chill-outu, tudzież jego bardziej mroczne zakamarki, zadba mistrz gatunku dark ambient, nasz ulubiony belgijski gitarzysta Dirk Serries i towarzyszący mu saksofonista, ukrywający się pod pseudonimem Trösta. Muzycy stworzyli swoją opowieść separatywnie, pozostając w domach w trakcie lockdownu jesieni 2020 roku. Swoją płynną, nie mającą początku, ani końca opowieść, uformowali w cztery części, które trwają łącznie prawie 43 minuty.

Początek rodzi się w ciszy, jak na kanony gatunku przystało. Wita nas szemrzący blue ambient gitary elektrycznej, płynącej kilkom strumieniami – jedne snują się wysokim wzgórzem, inne tworzą bazę środka, a jeszcze inne gęstszą, basową strukturę dolnego pasma narracji. Na tym oceanie łagodnych, acz niepokojących dźwięków, rozkłada swe macki melodii saksofon, wyposażony w pogłos, płynący również długimi, niekończącymi się frazami. Opowieść bez trudu wplata nas w wiklinowy fotel chill-outu, tu, w pierwszej części częstując nas post-jazzowym posmakiem. Druga historia wydaje się być jeszcze delikatniejsza, swobodna, niemal folkowa. W ów nastrój łagodności bez trudu wplata się jednak nić niepokoju, pewnej dramaturgicznej trwogi. Saksofon znów frazuje dość ciepło, po raz kolejny budząc pewien estetyczny dysonans, sprawiając wszakże, iż typowy ambient nabiera w tym miejscu nowej perspektywy.

W trzeciej części ambient przypływa do nas z mrocznej krypty. Jest gęsty, płynie wyjątkowo szerokim strumieniem, budzi emocje, także te mniej przyjazne. Saksofon początkowo zdaje się stać w opozycji, ale i on po kilku pętlach zdolny jest pokazać prawdziwe pazury. Śpiewa wysoko i dość głośno. Na koniec wszystkie wątki łączą się w dalece nostalgiczny strumień artystycznego zjednoczenia. Z kolei finałowa opowieść zmienia nieco parametry brzmienia obu instrumentów. Ambient gitary wydaje się być nieco bardziej matowy, to samo dzieje się z tembrem saksofonu. Temu drugiemu nie przeszkadza to w budowaniu melodyjnej frazy i szukaniu jeszcze bardziej refleksyjnych punktów odniesienia. Na zakończenie wszystkie wątki giną w ambiencie, który nie umiera, choć całkowicie chowa się w ciszy zakończonego traku.