Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borja Diaz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borja Diaz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 stycznia 2025

Isabelle Duthoit & Ocnos Arkestra! Chillar todo el d​í​a!


Opowieść o tym, który krzyczał cały dzień powstała w andaluzyjskiej Sewilli. To rodzaj eksperymentalnej opery, której libretto sprowadza się ledwie do kilku słów, a którą nade wszystko wypełnia krzyk wokalistki. To wokół niego toczy się dramat improwizującej orkiestry, wiedzionej notacją graficzną, a złożonej ze skrzypaczki, pianisty, kontrabasisty, perkusisty, gitarzysty i klarnecisty.

Chillar todo el día, to jeden nieskończony strumień dźwięków, zgodnie ze swym tytułem konsumujący kompulsywną ekspresję wokalistki i post-jazzową kameralistykę zespołu instrumentalnego. To mroczne emocje, dla których nie znaleziono ujścia. Definitywnie wspaniałe nagranie!



 

Tygrysi wrzask wzbudza atak post-jazzowej orkiestry, która nabiera masy bogatym spektrum kolektywnej improwizacji. Dynamika, ekspresja niezbyt odległa od free jazzu i dzikie zwierze skrywane za parawanem dźwięków instrumentalnych. Opowieść po kilku minutach wpada w swoiste rozkołysanie – raz syci się mrocznymi dronami, nabiera ulotnej filigranowości, rezonuje i drży, by po chwili eksplodować złymi emocjami niesionymi głosem i grubymi strunami kontrabasu, skrzypiec, gitary i inside piano. Spektrum akcji wokalistki nie ma tu granic. Od szeptu, nieregularnego oddechu, zalotnego cmokania, po rozdzierający trzewia krzyk kipiący złością i diabelską przebiegłością.

Czwarty i piąty epizod opery, to dwie różne drogi na równie ekspresyjny szczyt. Z samego dna ciszy po gorejący wulkan emocji, przez zasieki preparowanych fraz strunowych, zdzieranego gardła i … klarnetowych melodii. Pierwszy peak lepi się z drobnych, rwanych dźwięków, które szybko osiągają stan wrzenia, moment, który wyznacza krzyk wszystkich siedmiu aktorów tego spektaklu. Za drugim razem orkiestra potrzebuje tylko kilku fraz z klawiatury piana i ciepłego wydechu klarnetu, by popaść w spazm black metalowego growlu i instrumentacji noise’ rocka. Ale i ten horror zostaje zmysłowo ugaszony do poziomu gęstej ciszy.

Na początku szóstej odsłony powraca post-jazzowy flow znany z pierwszej części. Towarzyszy mu definitywnie kameralna głębia, która studzi ledwo co wybrzmiałe emocje klarnetowymi wydechami i garścią strunowych preparacji. Orkiestra jest teraz zdolna szyć strugi fonii niezwykle delikatnych, podanych wysokim tembrem, niepokojących, ale jednak studzących emocje. W tej magmie zaskakujących subtelności doskonale czuje się ta mała diablica, prawdziwa królewna pośród plagi krasnoludków. Tymczasem pojawiają się frazy ciepłego fortepianu, a z gardła wokalistki dobywa się kilka słów powtarzanych w nieskończoność. Nie niosą one pociechy, emanują lovecraftowską grozą, syczą jak czarne kocury na wydeptanej ziemi, przy okazji nakręcając spirale instrumentalną i prowadząc orkiestrę na kolejne wzniesienie. Ta akurat droga zdaje się być usłana mnóstwem przeszkód. Melodyjny klarnet szczęśliwie porządkuje ów pochód straceńców i nadaje zakończeniu siódmego epizodu zaskakujący posmak relaksacji.

Kolejna część początkowo zdaje się być mrocznym pomrukiwaniem – tak z gardła, jak ze strun, czy glazury werbla. Definitywnie słyszymy język hiszpański, który niesiony strumieniem klawiatury i strun, doprowadza nas na kolejny black metalowy summit. Tu hałasują już wszyscy, choć każdy na swój sposób fakt ów artykułuje. W gorejącym tyglu zła najszybciej odnajduje się post-jazzowa sekcja rytmu, która wyprowadza flow do bardziej oświetlonego obszaru. Faza pozornego kojenia zszarganych nerwów usłana jest teraz imitacyjnym dialogiem wokalistki i klarnecisty. Pojawia się melodyjna gitara, rezonujące struny fortepianu i kilka dramaturgicznych powtórzeń, które na moment formują opowieść w strugę mglistego ambientu. Tym razem flow wydostaje się na suchy ląd dzięki post-rytmicznej inicjatywie kontrabasisty, wspieranego adekwatną porcją krzyku wokalistki. A na zakończenie epizodu - orkiestra tutti!

Dziesiąty fragment tej szalonej podróży wydaje się nad wyraz śpiewny, choć od wokalistki dobiegają jedynie piski i nerwowe oddechy. Oniryczna huśtawka zdobiona jest ambientem gitary i kolejną porcja głosowych wspaniałości, której raz brzmią niczym puzon, innym razem jak harfa, a w ostatecznym rozrachunku okazują się bluzgami pijanej diwy operowej. Każdy uczestnik spektaklu staje się teraz rozdygotaną struną. Pojawia się rytm wiedzionym kontrabasowym dronem. Emocje rosną, instrumentacja pęcznieje, skrzypce tańczą. Ale ta droga, to nie wejście na szczyt, raczej rozległa, górska kotlina. Finałowa ekspozycja pełna jest bólu, trwogi, perkusjonalnego rozwibrowania. Mroczne uspokojenie, skowyt wyczekiwania, mozolne zbieranie sił na wydanie ostatniego tchnienia. Strunowe preparacje i rytmiczny oddech wokalistki kierują jednak ansambl na niespodziewane wzniesienie. Opowieść formuje się w efektowne crescendo, które ostatecznie kona na barkach nasączonej prądem gitary.

 

Isabelle Duthoit & Ocnos Arkestra Chillar todo el día (Sentencia Records, CD 2024). Isabelle Duthoit – głos, Alejandro Rojas Marcos – fortepian, Luz Prado – skrzypce, Marco Serrato – kontrabas, Borja Díaz – perkusja, Pedro Rojas Ogáyar – gitara elektryczna, Gustavo A. Domínguez Ojalvo – klarnety i koncepcja muzyczna (notacja graficzna dla improwizacji) oraz Ana Sánchez Acevedo – tekst i scenografia. Nagrane w Espacio Turina, Sevilla, listopad 2021. Jeden utwór podzielony na jedenaście części, łącznie 70 minut.



piątek, 16 czerwca 2023

The June’ Round-up: Küchen & Agnel! Dikeman! Erades & Saavedra! Hidden Forces! Hocus! Carvalho & Sanchez! Sierra Madre! Skull Mask! Salis & Sanna!


Czerwcowa zbiorówka świeżych płyt z muzyką improwizowaną (jakże szeroko tu rozumianą) przed nami! Ponownie jedziemy po bandzie! Prawdziwy koktajl Mołotowa – gatunki, style, skrajne emocje, języki całego świata i jeden wspólny mianownik – świetna muzyka!   

Zaczynamy kameralnie po szwedzku i francusku! Potem brytyjska torpeda free jazzu! W dalszej kolejności duży blok albumów iberyjskich i latynoamerykańskich – free jazz, rock, noise, free chamber i post-electro! A na finał psychodeliczna lira korbowa i dzwony sardyńskie! Kilka nazwisk z topu, cała rzesza naszych dobrych znajomych i tradycyjnie garść nowych person do zapamiętania!

So welcome to hell & heaven of improvisation!



 

Martin Küchen & Sophie Agnel  Detour Tunnels of Light (Thanatosis, CD 2023)

Borlunda Church, Eslöv, luty 2022: Martin Küchen: sopranino, instrumenty perkusyjne, elektronika oraz Sophie Agnel – fortepian, obiekty. Cztery improwizacje, 35 minut.

Jak przystało na dobrą zbiorówkę, zaczynamy z wysokiego C! Szwedzki mistrz saksofonu w najlepszej z jego artystycznych edycji (preparowane werblem sopranino) i jedna z bardziej niedocenianych swobodnie improwizujących pianistek naszej części świata zapraszają na spektakl wyjątkowo subtelnych, minimalistycznych, osadzonych blisko ciszy, swobodnych improwizacji, które kochają tzw. techniki rozszerzone, ale nie stronią od zwyczajnej, jakże niepowtarzalnej urody pojedynczego dźwięku.

Ledwie słyszalne ćwierćfrazy z głębokiej klawiatury fortepianu i nanodźwięki z tuby sopranino, w tle szmer perkusjonalii – auta otwarcia mówi nam wiele o tym, co przyniesie album. Strwożony śpiew umierających ptaków. Drobne preparacje, wymiany zdań podrzędnie złożonych – misterna plecionka urokliwych dźwięków w otoczeniu szumiącej ciszy. Druga opowieść zdaje się być jeszcze delikatniejsza. Subtelności inside piano, perkusjonalne zdobienia i saksofon, który odzywa się po długim milczeniu, jak kot, który zdołał przespać cały dzień. Narracja pachnie melodią, przypomina post-klasyczną balladę udręczonych wędrowców. W trzeciej części każdy dźwięk czeka na reakcje interlokutora. Piano rezonuje, saksofon ocieka brudnym, ale ciepłym brzmieniem. Wewnętrzny spokój, narracyjne lenistwo w otoczeniu dźwiękowych perełek z samego dna piana i tuby. Czwarta improwizacja zaskakuje. Pełna jest nerwowego życia, ukradkowych spojrzeń – preparowane frazy, drony, metalowe przedmioty na werblu i zapewne ślad elektroniki. Całość nabiera pewnego cierpiętniczego rytmu, ale niespodziewanie stygnie. Sam finał tej pięknej płyty zdaje się być wyjątkowo smutną piosenką.



 

John Dikeman, Pat Thomas, John Edwards, Steve Noble  Volume 2 (577 Records, CD 2023)

Cafe Oto, Londyn, luty 2019: John Dikeman – saksofon tenorowy, Pat Thomas – fortepian, John Edwards – kontrabas oraz Steve Noble – perkusja. Dwie improwizacje, 43 minuty.

Holenderski Amerykanin i trójka dumnych Synów free jazzowego Albionu w drugiej odsłonie koncertowej petardy, której część pierwsza została na tych łamach skrzętnie odnotowana. Chciałoby się rzec, wzorcowy free jazz w równie wzorcowym kwartecie, ale to nie do końca dobry trop. Pierwszy set przynosi bowiem sporo intrygującego, niemal tanecznego rytmu, drugi zaś (dużo krótszy) całe mnóstwo ponadgatunkowych wycieczek stylistycznych. Czterech mistrzów na scenie Cafe Oto – winniśmy być zatem gotowi na każdą niespodziankę!

Sygnał do free jazzowego ataku daje tu masywne piano, stemplujące szyk otwarcia niemal wyłącznie czarnymi klawiszami. Pozostali wchodzą do gry z pewną nieśmiałością, tańczą wokół własnej osi, ale już po chwili free jazzowy ekspres rusza z kopyta. Pierwsze spowolnienie osadzone jest oczywiście na kontrabasowym smyczku, ale doposażone niemal post-ragtime’owym pasażem piana. Narracja wydaje się tu bardzo figlarna, na pewno niebywale melodyjna i odrobinę swingująca. Dzieli się na podgrupy, daje nam także efektowne solo perkusji. Powrót do formuły kwartowej zdobią cuda na gryfie kontrabsu. Opowieść zyskuje także efektowną rytmikę dzięki niemal rockowemu drive’owi perkusji. Brawurowa narracja jeszcze raz tu hamuje i na moment staje się jazzowym triem bez saksofonu. W drugiej części koncertu, która zdaje się być rozbudowanym encore, muzycy stawiają na skupione preparacje. Dużo tu smyczka, piana w wersji inside, krótkich fraz i posuwistych dronów. Szczególnie urokliwy jest sam finał – mroczny, powolny, budowany z dużym udziałem czarnych klawiszy. Zmysłowe, post-jazzowe chamber. 



 

Luis Erades & Avelino Saavedra  La inmunda vida de San Gulik (Discordian Records, DL 2023)

Önilewaland, Valencia, maj 2022: Luis Erades – saksofon altowy oraz Avelino Saavedra - perkusja, obiekty, megafon. Sześć improwizacji, 28 minut.

Kolejna porcja free jazzowego mięsa płynie do nas z iberyjskiej Walencji. Duet saksofon-perkusja, to wariant, który w gatunku bywa kwintesencją jakości. Tu dodatkowo podszyty kreatywnością obu artystów w zakresie niebanalnych technik rozszerzonych, użycia tzw. obiektów na rozgrzanym werblu oraz … megafonu. Jak to zwykle w Discordian bywa - krótko i bardzo na temat!

Na początek trzęsienie ziemi – pisk altu i punkowa synkopa perkusyjnej nawałnicy. Jak kochać, to królewny, jak kraść to miliony! W drugiej części pojawiają się preparowane dźwięki i foniczne onomatopeje z tajemniczych przedmiotów krążących wokół werbla. Rwane, ale dość ekspresyjne tempo. W kolejnej odsłonie muzycy szukają dna, pięknie rezonują, po czym budują zwarty, masywny, dalece post-industrialny klimat. W czwartej improwizacji powiew luzu i swobody we free jazzowym tańcu. Progresywna perkusja, rozśpiewany alt. Artyści szybują tu wyjątkowo efektownie. W piątej części wracamy do grobu – instrumenty cierpią katusze, muzycy wiercą się na swoich miejscach i rozdrapują stygmaty na ciele. Mrocznie, chwilami intrygująco blisko ciszy, z dziwnym, elektroakustycznym posmakiem. No i finałowa eksplozja! Free noise jazz w tempie karabinu maszynowego. A może tej scenie bliżej do pojedynku rewolwerowców w gorącym słońcu pustyni? Ale emocje! Szybkość, strach i satysfakcja.



 

Raúl Cantizano & Hidden Forces Trio  Raúl Cantizano & Hidden Forces Trio (Sentencia Records, LP/DL 2023).

La Mina, Happy Place i studio domowe, Andaluzja, 2021-22: Raúl Cantizano – gitary, Tavo Domínguez – klarnet basowy, Marco Serrato – bas, Borja Díaz – perkusja oraz goście: Mike Watt, Howie Reeve, Xavier Castroviejo – wokale w pojedynczych utworach, Ricardo Jiménez – gitara w dwóch utworach, Colin Webster – saksofon tenorowy w jednym utworze. Piętnaście części, 39 minut.

Po sporej dawce mięsistego free jazzu czas na równie emocjonalną dawkę free … rocka! Tu w wykonaniu andaluzyjskim, do tego z udziałem intrygujących gości. Z jednej strony inspiracja Captainem Beefheartem, z drugiej amerykańskim hc punk w najlepszym, połamanym rytmicznie wydaniu spod znaku Minutemen/ Firehose. I tu największa sensacja albumu – w drugim utworze śpiewa basista i wokalista Mike Watt, filar obu wskazanych przed momentem bandów. Piętnaście opowieści na temat, dużo rockowej ekspresji, sporo improwizacji na instrumentach dętych i zagadkowa gitara lidera całego przedsięwzięcia, silnie osadzona w rockowej tradycji, ale tajemnicza i zaskakująca swą ponadgatunkowością.

Intro basówki, rockowy, niemal noise’owy drive sekcji, rozkrzyczany klarnet i gitara frazująca z dużą swobodą, z dalece funkowym zacięciem – ta płyta nie mogła zacząć się lepiej! W drugiej opowieści głos Watta nadaje całości sznytu historycznego, na trwale wpisując w narrację tradycję Minutemena. W części czwartej znów podoba nam się klarnet basowy, dzięki czemu flow nabiera post-jazzowego charakteru. Na albumie nie brakuje także spokojniejszych momentów, niemal balladowych, okraszonych ciepłym klarnetem, głosami kolejnych wokalistów, a także na poły zrelaksowaną gitarą. Na albumie dominują jednak wyraziste stemple hc punk, grane na dużej swobodzie, jednakże z dyscypliną godną gatunku bazowego. W trzynastym utworze spore zaskoczenie – pojawia się tenor Colina Webstera, któremu towarzyszy kontrabas i gitara, która szuka akcji w estetyce post-flamenco. Z kolei w ostatniej części do klarnetu i kontrabasu podłącza się piano. Gdy do gry wejdzie perkusja, całość nabiera dynamiki i zdecydowanie free jazzowych rumieńców.



 

Hocus  Noise Complaint (Bandcamp’ self-released, DL 2023)

Czas i miejsce nieznane: João Almeida – trąbka, elektronika. Pięć utworów, 18 minut.

Portugalski trębacz jakże młodego pokolenia gości na naszych łamach często. Dał się już poznać jako wytrwany improwizator, tudzież kreatywny element kilku free jazzowych układanek, wreszcie udanie zagościł na jednej płycie pewnej krajowej, iberyjskiej serii. Muzyk z Lizbony ma także ogromne zacięcie do eksperymentowania z brzmieniem, sięgania po elektroniczne narzędzia tortur. Innym słowy, lubi hałas, czego daje dobitny przykład na najnowszym solowym mini-albumie.

Nagranie trwa niespełna 20 minut, ale dla wielu może być przeżyciem definitywnie śmiertelnym. Almeida prezentuje tu pięć miniatur, z których każda jest elektroniczną pętlą zbudowaną z przetworzonego syntetycznie krzyku blaszaka. Pierwszy loop przypomina uderzenia biczem wodnym, drugi zdaje się być odgłosem wilgotnego powietrza, które z kosmiczną prędkością opada na parapet. Trzeci, to pracujący na wysokich obrotach świder, który bezskutecznie wierci dziurę w grubym kawałku metalu. Czwarta odsłona przypomina zmutowane, post-atomowe bębnienie, z kolei lapsus finałowy daje namiastkę życia – rozśpiewana syrena alarmowa, która wpada w śmiertelny taniec. Hałaśliwa Skarga, to wyzwanie dla naprawdę zaprawionych noise’ pogromców!



 

Mariana Carvalho & Paula Sanchez  Rasgo (Neue Numeral, DL 2023)

Bazylea, Szwajcaria, wrzesień 2019: Paula Sanchez – wiolonczela oraz Mariana Carvalho – fortepian. Osiem improwizacji, 28 minut.

Skupiona, czuła na niuanse brzmieniowe, swobodnie improwizowana podróż pełna preparowanych, niekiedy bolesnych dźwięków wiolonczeli i fortepianu, który dostarcza równie urokliwe frazy z dna pudła rezonansowego, jak i delikatnej, ale często czarnej klawiatury. Panie prowadzą narracje w skończonej liczbie przypadków dalece minimalistycznymi metodami, by w szóstej odsłonie dać upust emocjom i stworzyć albumowy crème de la crème.

Pierwsze dźwięki wydają się być skutkiem dociskania strun na gryfie wiolonczeli i pojedynczych uderzeń w fortepianowe struny. W drugiej części artystki celebrują otwieranie głębokiej krypty. Budują opowieść niemal separatywnymi dźwiękami, zadając sobie pytania i uzyskując odpowiedzi. W dwóch kolejnych improwizacjach słyszymy ruch, przesuwanie przedmiotów i poszukiwanie dźwiękowych drobin wystudzonym smyczkiem. Prace ręczne wewnątrz piana i delikatne półśpiewy strunowca. Mechanika tarcia, cierpienie materii. Raz kameralny suspens, innym razem brud i znój procesu twórczego. W piątej części usłyszeć można znamiona działań bardziej dynamicznych, ale metody pracy artystek nie ulegają zasadniczym zmianom. W nerwowej aurze spokoju docieramy do szóstej improwizacji. Smyczek porusza się w martwym trybie, ale odnajduje strzępy dźwięków, piano podrzuca matowe frazy z mroczniejszej części klawiatury. Emocje wszakże rosną, Panie zagęszczają ścieg i sycą improwizację wyjątkowo urokliwymi spiętrzeniami. W końcowych dwóch improwizacjach duch kreatywnego minimalizmu powraca. Znów mikro frazy inside piano i post-melodyjne zgrzyty na gryfie cello. W części finałowej pojawia się rytm wybijany przez klawisze i bogacony skrzeczącymi post-dźwiękami ugniatanych strun wiolonczeli. Coś przypomina tu także ludzki głos. Narracja szyta wedle metody call & responce osiąga piękny finał w boleści i utrudzeniu.



 

Sierra Madre  Sierra Madre (Neue Numeral, DL 2023)

Studia domowe muzyków, Montevideo, Urugwaj, 2021: Guzmán Calzada oraz Sofía Scheps – wszystkie dźwięki. Dziewięć utworów, 38 minut.

Pozostajemy pośród artystów z Ameryki Południowej i sięgamy po album kreatywnego … post-electro. Frazy improwizowane w stadium szczątkowym, ale za to wiele pasji, dramaturgicznej maestrii i naprawdę udanych dźwięków. Początek albumu zdaje się mylić tropy, sięga po formę piosenki, bystrze łączy melodyjne, akustyczne frazy z odrobiną elektronicznego fermentu. W drugiej części nagrania robi się wszakże coraz ciekawej, a konotacje z post-rytmiczną, niemiecką elektroniką końca ubiegłego wieku, a nawet minimalistycznym krautrockiem wydają się być coraz bardziej zasadne.

Do niemałego pakietu atrybutów jakości albumu z Urugwaju dodać winniśmy jeszcze umiejętność budowania delikatnych, niemal filigranowych opowieści, pełnych narracyjnych subtelności i dźwięków lekkich, jak puch. Pierwsze trzy utwory dostarczają piosenkowych, bogaconych kobiecym głosem narracji, które zgrabnie łączą wątki akustyczne i elektroniczne, na ogół perkusjonalne zdobienia. Począwszy od części czwartej narracja z minuty na minutę staje się najpierw post-piosenkowa, potem już definitywnie buja w obłokach subtelnego post-electro. Otwarcie części piątej budują rytmicznie uformowane szumy i analogowe szmery, które przenoszą nasze skojarzenia ku muzyce wskazanej w poprzednim akapicie. Narracja skrzy się urokliwą analogowością, zaczyna ukrywać dotychczasową melodykę w wielowarstwowej, post-rytmicznej strukturze. Finałowa meta ballada snuje się owiniętą wokół leniwego beatu i blasku zachodzącej za horyzont, delikatnie frazującej gitary.




Skull Mask  Iká (Skull Mask, kaseta/DL 2023)

Café Oto, Londyn (pierwsza część), Supernormal Festival (druga część), sierpień 2022: Miguel Pérez – gitara oraz Gosha Hniu – lira korbowa. Dwie improwizacje, 41 minut.

Kolejna ponadgatunkowa opowieść, tu w pełni improwizowana, powstała w Londynie i okolicach, ale stworzona została przez artystów świata (związanych choćby z formacją Staraya Derevnya). Łączy gitarę elektryczną z lirą korbową, a od pierwszej do ostatniej sekundy przesiąknięta jest post-psychodelicznymi emocjami i dostarcza mnóstwo przyjemności z odsłuchu, będących między innymi skutkiem fantastycznego budowania dramaturgii. Dwa oddzielne sety, dwie okoliczności koncertowe, dwie strony kasety. Nic, tylko się zasłuchać!

Pierwszy koncert zaczyna się w mgle delikatnego pogłosu. Gitara frazuje leniwie, lira wydaje się rozmarzona, trochę śpiewa, trochę buduje ambientowy background. Narracja dość szybko nabiera tu gęstości i intensywności, ale nie toczy się wedle linearnego scenariusza. Muzycy dozują nam poziom obu charakterystyk. Improwizacja nasiąka też od pewnego momentu dalekowschodnim, zdrowym, jakże kwaśnym zapachem. Każdy z muzyków często zmienia tu sposoby artykulacji, skala pomysłów zdaje się nie mieć granic. Zakończenie jest wyjątkowo delikatne, rozpływa się w psychodelicznym ambiencie. Brzmienie drugiego koncertu jest bardziej zwarte, mniej selektywne, pachnie za to upalonym rockiem. Lira dość szybko zaczyna tu krzyczeć niesiona siłą pogłosu, gitara z miejsca smaży post-bluesowe pętle. Gęsta, oleista ciecz znów nie leje się w pełni linearnym strumieniem, a dramaturgiczne skoki w bok tylko bogacą przekaz całości. Z czasem improwizacja brzmi niczym hinduska raga odpalona na londyńskim bruku. Transowy finał nie stroni od odrobiny hałasu, jakby lira dostała się w pole działania amplifikatora.




Giacomo Salis & Paolo Sanna  Acoustic Studies For Sardinian Bells (Falt Records, Kaseta/DL 2023)

Czas i miejsce (Sardynia?) nieznane: Giacomo Salis oraz Paolo Sanna – sardyńskie dzwony. Cztery improwizacje, 25 minut.

Dokonania włoskiego duetu perkusjonalistów śledzimy w zasadzie na bieżąco. Muzycy specjalizują się w preparowaniu dźwięków przeróżnych akcesoriów perkusyjnych, często korzystają też ze wsparcia minimalistycznie traktowanej elektroniki. Na nowym albumie definitywnie nas jednak zaskoczyli użytym w improwizacji instrumentarium. Tym razem są to bowiem sardyńskie dzwony. Ich brzmienie jest delikatne i niezbyt głośne, taka też jest czteroczęściowa opowieść Włochów.

W pierwszej improwizacji sardyńskie dzwony zostały chyba wystawione na silny, śródziemnomorski wiatr. Każdy dźwięk jest tu rozkołysany, co jest efektem wprawiania w ruch dzwonów, być może także umieszczania w nich samych dodatkowych przedmiotów. W drugiej części artyści zdają się pracować bliżej obiektów ich zainteresowania. Jakby wchodzili w pierwszą fazę preparowania dźwięków. Ich narracja zdaje się mieć rytm, który przypomina wahadło, frazy są systematycznie powtarzane, a wokół nich tli się filigranowa chmura rezonansu. W trzeciej, najkrótszej części muzycy pracują już w oparach ciszy. Drobne uderzenia, delikatne dotknięcia. W finałowej, najdłuższej improwizacji dramaturgia jest zdecydowanie bardziej rozbudowana. Najpierw mamy rezonans na dwa głosy, potem skupioną symfonię chrobotania i tarcia. Owa misterna mantra na koniec podkreślona zostaje podwójnym, prawdziwie perkusyjnym beatem.



 

wtorek, 15 marca 2022

Peachfuzz! Volume1! Hypersurface! Gilgamanians! Sentencia Quartet & Trio! Wiśniewski! Dubois! The March Round-up!


Marcowa zbiorówka recenzji najświeższych na świecie płyt z muzyką improwizowaną gotowa! Tym razem osiem pocisków dalekiego zasięgu, wystrzelonych z kilku punktów szalonej war & covid reality!

Naszą podróż zaczynamy w Portugalii, od pewnego brzoskwiniowego tria, które zmyślnie miesza gatunki, ale nade wszystko ceni sobie jazzowy drive. Zaraz potem cykl opowieści około amerykańskich – freejazzowy meeting z Londynu, swobodnie improwizujące, nowalijkowe trio z Brooklynu i … radiowo-perkusyjny duet z Chicago. Szybki powrót do Europy zapewnią nam dwie nowe płyty z Andaluzji, jakkolwiek z nieodzownym wątkiem brytyjskim, kilka duetów całkowicie polskich z wiodącą rolą pewnego pianisty oraz krótka wizyta we Francji na okoliczność dalece jazzowego epizodu w kwartecie.

 


Peachfuzz  Peachinguinha (Silent Water, CD 2022)

Na dobry początek portugalskie Fonte Santa, Alandroal w marcu roku 2021 i trio o nazwie własnej w składzie: João Almeida – trąbka, Norberto Lobo – gitara elektryczna oraz João Lopes Pereira – perkusja. Cztery improwizacje trwają 33 minuty i kilkanaście sekund.

Rytuał otwarcia albumu spoczywa tu na barkach perkusisty, który kreśli dynamiczny, synkopowany rytm. Po kilku chwilach, pod tenże rytm podłącza się szorstko brzmiąca, jazzowa trąbka i meta rockowa gitara, początkowo przypominająca masywny bas, a po niedługiej chwili zdobiąca opowieść akcentami post-psychodelicznymi. Narracja budowana jest kolektywnie, a warstwę improwizowaną budują posadowione na skrzydłach gitara i blaszak. Posmak post-fussion leje się z gitary, ale nie wydaje się szczególnie natarczywy. Długa, kilkunastominutowa historia ma fazy spowolnienia i incydenty solowe, zawsze wszakże utrzymywane przy życiu dynamiczną perkusją. Gitara i trąbka nie skapią nam drobnych preparacji, a na finałowej prostej intrygująco lenią się, mimo, iż tryb pracy perkusji pozostaje niezmienny.

Żadna z trzech kolejnych opowieści nie przekracza już 10 minut. Tę drugą znów otwiera drummer, początkowo bijąc rytm jedynie na talerzach. Dużo dobrego płynie ze strony gitarzysty – pick-upowe modulacje, krautrockowa dynamika i dużo chęci, by poswawolić. Trąbka pojawia się tu dopiero po czterech minutach i zdaje się zmyślnie ogrywać nieistniejący temat utworu. Dodajmy, iż na każdym zakręcie tego epizodu czuć zdrową psychodelią. Trzecia część, to skromna ballada, budowana kolektywnie szumami i ochłapami melodii. Perkusja pracuje wyłącznie na szczoteczkach, a wystudzona narracja syci improwizację sporą dawką słodyczy wprost z tuby trąbki. Ostatnia improwizacja wiele obiecuje na starcie - trębackie preparacje, post-ambientowe jęki gitary i zmysłowe perkusjonalia. Narracja zdaje się rozkwitać, ale nie zostaje zasilona drive’em, którego moglibyśmy oczekiwać, pomni bardziej dynamicznych akcji w dwóch pierwszych improwizacjach. Po ostatnim dźwięku pozostajemy zatem z pewną dozą niedosytu.

 


John Dikeman/ Pat Thomas/ John Edwards/ Steve Noble  Volume 1 (577 Records, CD 2022)

W pełni zeuropeizowany Amerykanin i trójka pomnikowych postaci brytyjskiej sceny free jazzowej, to kolejna propozycja w dzisiejszej zbiorówce. Londyńskie Cafe Oto, luty 2019 roku i następujący muzycy: John Dikeman – saksofon tenorowy, Pat Thomas – fortepian, John Edwards – kontrabas oraz Steve Noble – perkusja. Dwie improwizacje, pierwsza krótka, druga dalece rozbudowana, trwają łącznie 40 i pół minuty.

Koncert w wersji płytowej zdaje się być dość nietypowo sformatowany. Najpierw bowiem dostajemy bardzo energetyczną część, trwającą ledwie 8 i pół minuty, która pokazuje kwartet w pełnym ogniu, zapewne także w najlepszej formie, jakby grana był nas bis, a nie na początku spektaklu. Część druga trwa zaś ponad pół godziny i sprawia wrażenie seta zasadniczego, dobrze skonstruowanego, mającego swoje wzniesienia i udanie usytuowane w ciągu dramaturgicznym incydenty solowe, a także efektowne zakończenie.

Słowo się rzekło, improwizacja od pierwszego dźwięku gotuje się od emocji i doskonałych ekspozycji każdego z muzyków. Modelowa dla swobodnie kreowanego free jazzu narracja szyta jest gęstym ściegiem, a każda fraza liczyć może tu na ciętą ripostę. Saksofon Dikemana pięknie spogląda w kierunku Evan Parkera, a brytyjska sekcja rytmu i dynamiki dopowiada swoje na pełnym wydechu. Początek drugiej części studzi emocje wyrafinowanymi preparacjami. Owa post-kameralna przystawka kończy się w momencie, gdy do gry włącza się melodyjny, ciepło frazujący tenor. Dynamika rodzi się tu na perkusyjnych talerzach, i zdaje się, że każdemu uczestnikowi tego spektaklu jest z nią po drodze. Muzycy brną przed siebie w bystrym półgalopie, dość regularnie biorąc oddech dla wyeksponowania ciekawszych fraz. Pierwsza solowa ekspozycja, to dzieło pianisty, po której kwartetowy szlak nasączony zostaje odrobiną swingu! Kolejna część solowa należy do kontrabasisty i jest (oczywiście!) popisem Edwardsa. Pizzi and arco in big motion! Tu powrót do pełnego składu okraszony zostaje zwinną grą na małe pola, realizowaną w umiarkowanym tempie. Dynamika ponownie rośnie, głównie dzięki furii perkusisty i mocy kontrabasisty, który zdaje się stanowić tu podstawowe prawa. Pozostali muzycy także kreślą piękne figury geometryczne, a moment ów (20-25 minuta) śmiało uznać możemy za jakościowy szczyt całego koncertu! Tuż po nim dostajemy krótkie, bardzo melodyjne solo saksofonu i prawdziwie aylerowską eksplozję całego kwartetu, która sprawia, iż zakończenie koncertu płonie ogniem rasowego free jazzu. Podkreślmy także wyjątkowo zwinne ugaszenie tego pożaru - z jednej strony repetycją piana, z drugiej studzącym emocje smyczkiem.

 


Hypersurface  Hypersurface (Self-released, CD 2022)

Bez zbędnej zwłoki lądujemy w południowym Brooklynie (Surplus Warehouse), by posłuchać efektów improwizacji trzech muzyków, którzy debiutują na łamach Trybuny. Są to: Drew Wesely – gitara i obiekty, Lester St. Louis – wiolonczela oraz Carlo Costa – perkusjonalia. Debiutanckie dzieło tria o nazwie własnej powstało latem 2019 roku, składa się z pięciu części i trwa 43 minuty z sekundami.

Pierwsze trzy improwizacje trwają po kilka minut i zdają się być udanym wprowadzeniem do części głównej albumu, czwartej, prawie 20-minutowej opowieści. Muzycy budują swoje narracje z dużą pieczołowitością, dbając o niuanse brzmieniowe i wchodząc w sprytne interakcje. Improwizacje gitary mają tu wiele twarzy, często kreują ją pick-upowe preparacje, a także duża skłonność do niebanalnych pomysłów dramaturgicznych. Ciekawie pracuje też wiolonczela, która w wielu momentach buduje delikatne, ale zabrudzone drony, tworzące intrygujący suspens. Z kolei perkusista stawia na zdobienia i frazy preparowane, jedynie od czasu do czasu sięgając po zagrywki bardziej drummingowe. Pierwszą opowieść tworzą też źdźbła hałasu, plamy rezonansu i pokrętna, incydentalna dynamika. W drugiej części intensywność przekazu rośnie, a wiele fraz nabiera post-industrialnego posmaku. Muzycy dobrze też na siebie reagują, zadając pytania i otrzymując bystre odpowiedzi. Z kolei w następnym epizodzie improwizacja przybiera chwilami postać elektroakustycznego ambientu, który nawarstwia się do poziomu zgrzytliwego hałasu, a potem rozpływa szerokim korytem post-psychodelii.

Kluczowa, czwarta opowieść zaczyna się delikatnie frazującą gitarą, smolistym brzmieniem cello i perkusyjnymi zaczepkami. Narracja dość długo szuka ścieżki rozwoju, bywa, że po rockowemu zagęszcza się, tudzież rozwidla post-jazzowymi grepsami. W połowie improwizacji opowieść topi się w rezonansie, a potem przechodzi do fazy coraz intensywniejszych, mechanicznych wręcz preparacji. Jakość narracji rośnie w imponującym tempie - kanciaste frazy, zadziorne reakcje i rosnąca chmura rezonansu. Najlepszy moment nagrania, to owa żmudna, ale konsekwentna wspinaczka na dramaturgiczny szczyt. Album kończy niespełna trzyminutowa dogrywka. Wiolonczela rysuje tu smukłą bazę rytmiczną, perkusjonalia udanie ją wspierają, a post-jazzowe pętle gitary sprytnie wiodą improwizację do szczęśliwego zakończenia.

 


The Gilgamanians  Escape from Dark Matter (Pink Palace, CD 2022)

Czas na duet dość niezwykły: z jednej strony świetnie nam znany chicagowski perkusista o korzeniach asyryjskich, Michael Zerang (preparowane instrumenty perkusyjne), z drugiej - Don Meckley, który obsługuje urządzenie zwane Grundig Satellit International 650 Radio, innymi słowy – w czasie rzeczywistym nagrania ściąga fale radiowe nie tyle z całej Ziemi, co z całego kosmosu! Wszystkie dźwięki zarejestrowano w Experimental Sound Studio, w Chicago (czas akcji nieznany). Całość tego zaskakującego albumu ułożono w pięć części (za każdą z nich kryje się jakaś tajemnicza opowieść; opisy dostępne na bandcampie), które trwają około 36 minut.

Opowieść Michaela i Dona, mimo, iż pozornie składa się z dość prostych elementów, brzmi niczym konglomerat elektroakustycznych, post-elektronicznych i permanentnie preparowanych dźwięków. Bywa ona momentami mało przyswajalna fonicznie, hałaśliwa i czerstwa niczym ubiegłoroczny chleb, z drugiej jednak strony, intrygująca, tajemnicza i przykuwająca uwagę niemal od pierwszej do ostatniej minuty. To rodzaj post-akustycznego challange’u dla wprawionych w walce z utarczywą fonią!

Od początku nagrania towarzyszy nam echo głuchej przestrzeni, którą w uproszczeniu moglibyśmy nazwać kosmosem. Szumią radiowe fale (tego akurat jesteśmy pewni), a na werblu rodzą się mocno zniekształcone fonie, które początkowo brzmią wręcz syntetycznie, po czasie wszakże da się je śmiało zakwalifikować jako dźwięki akustyczne. W drugiej odsłonie ów melanż kosmicznych fonii zdaje się nabierać bardziej rytmicznych kształtów, a towarzyszą mu całe plejady tartych, obcieranych i bezlitośnie szarpanych dźwięków. Potencjometr hałasu w efekcie tej sekwencji zdarzeń przyjmuje rosnące wartości. W kolejnej części rośnie natomiast udział żywych, w pełni perkusjonalnych fraz, a radio sound zaczyna jednostajnie pulsować, niczym zmutowany metronom. Czwarta część przynosi kolejne foniczne zaskoczenia. Mamy wrażenie, że słyszymy syntezator modularny, a dźwięki radia i perkusjonalii zaczynają brzmieć niemal identycznie, równie tajemniczo i złowieszczo. Całość na zakończenie uroczo tapla się w ambiencie o nieznanym składzie. Piąta część kontynuuje grę w niespodzianki - znów sporo tu syntetycznych fraz, no i kolejna śmiertelna porcja preparacji na werblu. Jego rozgrzana do czerwoności glazura piszczy niczym zarzynane kocięta. Ostatnia prosta tego fonicznego capstrzyku kąsa zaskakującą dynamiką.

 


Ricardo Tejero/ Colin Webster/ Marco Serrato/ Borja Díaz  Matadero (Sentencia Records, DL 2021)

Zapowiadany na wstępie set nowości z andaluzyjskiego labelu zaczynamy od koncertu, jaki miał miejsce późną wiosną roku 2016 na … północy Półwyspu Iberyjskiego, w Kraju Basków (Matadero de Azkoitia, Guipuzkoa). Na scenie nasi świetni znajomi: Ricardo Tejero i Colin Webster – saksofony altowe, Marco Serrato – gitara basowa (credits wspomina o bajo, to po hiszpańsku dół) oraz Borja Diaz – perkusja. Muzycy grają ponad 36-minutową improwizację, która na potrzeby albumu została podzielona na dwie części.

Od pierwszego dźwięku mamy wrażenie, że znaleźliśmy się w samych sercu garażowego, punkowego koncertu grupy, która świetnie panuje nad swoim warsztatem, doskonale improwizuje, ale też wiele z ich efektownych pasaży możemy się jedynie domyślać. Brzmienie całości w formie monofonicznego strumienia hałasu nie pozwala bowiem na pełną percepcję nagrania, zwłaszcza w momentach, gdy kwartet mocą free jazzowej konwulsji wręcz unosi się nad ziemią. Najpierw dostajemy gęste wprowadzenie drum’n’bass, podczas którego basówka od razu zawłaszcza sobie przestrzeń i zaczyna rządzić po swojemu! Dwa bystre saksofony altowe nie oddają jednak pola bez walki. Ruszają do boju ze śpiewem na ustach i krzykiem w rozgrzanych serduchach! Swąd trupiego odoru zdaje się unosić nad klubową podłogą, rockowe przełomy basu budują dodatkowe napięcie, a krwiste saksofony idą w tango bez cienia zawahania.

Po pierwszej dziesiątce minut muzycy nieznacznie zdejmują nogę z gazu i otwierają fazę koncertu, która stawia na drobiazgi, a nawet brzmieniowe niuanse, mimo ograniczeń wynikających z fatalnej akustyki. Post-colemanowskie alty pozostają w fazie roztańczenia, bas buduje zaś indywidualną ekspozycję – pracuje przesterami, plamami dźwięków, efektownymi figurami stylistycznymi. Narracja dzieli się na duety, tria, snuje ambientowe plamy, posuwiste drony, strugi zmysłowych preparacji (z każdej strony!) i czyni wszystko to, co może podpowiedzieć wyobraźnia artystów, którzy szykują się do kolejnego skoku w ognistą czeluść improwizacji hard-free-punk-jazzy! Koncert zdaje się mieć swoją najlepszą fazę, prowadzoną w stabilnym tempie, szczególnie eksponującą popisy obu saksofonistów. W drugiej części albumu, będącej dramaturgicznym ciągiem dalszym, muzycy wciąż dzielą się na podgrupy (oba alty mają tu kilka sekund tylko dla siebie), ale narracja stoi na rozdrożu. Improwizacja jest gęsta, poszatkowana, nerwowa. Owo kłębowisko myśli i emocji pcha muzyków w niemal dubowe przestrzenie, co jest bez wątpienia zasługą świetnie frazującego basisty. Alciści pieją do księżyca, a nam pozostaje jedynie pytać, który z nich robi to piękniej. Ostatnia prosta tego ognistego spektaklu wiedzie pod górę, ale pełna jest fajerwerków.

 


Sputnik Trio  Time Hunt (Sentencia Records, CD 2022)

Druga andaluzyjska nowość powstała już zdecydowanie w rodzimych landach, w Sevilli (La Mina Estudios, luty 2020r.), a dźwiękami wypełniają ją niemal ci sami muzycy: Ricardo Tejero – saksofon altowy, Marco Serrato – tym razem kontrabas oraz Borja Díaz – perkusja. Na bodaj już piątym albumie tria o nazwie własnej znajdujemy pięć … kompozycji (!), których odsłuch zajmuje 35 minut i kilkanaście sekund.

O muzykach, którzy tworzą sputnikowe trio pisaliśmy na tych łamach niejednokrotnie. Każdy z nich ma dalece awangardowe, freejazzowe portfolio, ale w kontekście najnowszej płyty podjęta została kolektywna decyzja, iż grany będzie jazz! Muzyka, która swinguje, syci się zgrabnymi, melodyjnymi tematami i tylko incydentalnie zahacza o ekspresję godną free and fire music. Efekt owej decyzji zdaje się być całkiem interesujący, jakkolwiek fani bardziej gorących i skrzących się emocjami improwizacji mogą poczuć się delikatnie zawiedzeni. Ale dla tych ostatnich mamy album omówiony powyżej.

Pierwsza kompozycja ma zgrabną formułę dramaturgiczną, albowiem zaczyna ją i kończy dynamiczny drumming niemal na samych talerzach. To melodyjny, odrobinę post-aylerowski temat wzniecający kolektywną opowieść pozbawioną akcentów solowych, z altem, który kroczy drogą miewającą ciekawie wzniesienia. W drugim utworze odnotowujemy piękne intro zabrudzonym, kontrabasowym smyczkiem i narrację, która bystrze tupie nogą i podśpiewuje pod nosem, incydentalnie przybierając nieco smutniejsze oblicze. W trzeciej opowieści sekcja rytmu swinguje aż miło, a całość tonie w mrocznych, zadymionych katakumbach czarnego, nowojorskiego jazzu. Na jej zakończenie muzycy efektownie gubią trop zdobiąc narrację większą dawką swobodnych improwizacji i brzmieniowego brudu. Czwarta część kontynuuje zbiór melodyjnych, żwawych tematów, ale sam flow zdaje się być nerwowy, poszarpany, skory do niekonwencjonalnych rozwiązań. Ciągnie go masywny kontrabas, a w roli gawędziarza znów dobrze sprawdza się rozśpiewany saksofon. Płytę kończy spokojna, prowadzona w umiarkowanym tempie, niekiedy wręcz cool-jazzowa narracja, która udanie eksponuje walory saksofonisty. Ten parska, szczeka jak pies, ale nie traci przy tym intrygującej melodyki.

 


Ignacy Wiśniewski/ Mikołaj Trzaska/ Olo Walicki/ Michał Bryndal/ Marcin Januszkiewicz  Duos (Hevhetia, CD 2021)

Sięgamy po nagranie z krajowego podwórka. Jazzowy pianista i kompozytor Ignacy Jan Wiśniewski zaprosił na swoją pierwszą w pełni improwizowaną płytę kilku kolegów i stworzył z nimi bystry zestaw duetów, które chwilami stawały się … składami trzyosobowymi.  A goście są następujący: Mikołaj Trzaska – saksofon, Marcin Januszkiewicz – głos, Olo Walicki – kontrabas oraz Michał Bryndal - perkusja. Nagrania powstały w roku 2020, w studiu gdańskiej Akademii Muzycznej. Dziesięć improwizacji trwa tu 58 i pół minuty.

Zaczynamy balladowym, post-jazzowym duetem piana i kontrabasu, do których dość szybko podłącza się mruczący głos, snujący zmysłowe wokalizy w estetyce Uli Dudziak. Pod koniec trzeciej minuty płynnie wchodzimy w duet piana i perkusji. Czupurna, minimalistyczna opowieść z czasem nabiera taneczności. Druga część w całości należy do saksofonu i piana. Rzewny, post-semicki flow Trzaski napotyka na różne reakcje pianisty. Ten drugi raz kąsa post-klasycyzmem, innym razem sięga po filigranowe frazy inside piano. Z kolei część trzecia, budowana przez wokal i piano syci cały album niebanalną porcją emocji. Znów post-dudziakowe wokalizy i cała armia czarnych klawiszy, kreująca ciekawy suspens. Czwarta opowieść składa się aż z trzech podczęści. Najpierw to duet piana z saksofonem, do którego doklejony zostaje duet piana z perkusją, a na koniec pojawia się trzeci duet i …. znów kilka ciepłych słów należy się wokaliście, który jednocześnie śmieje się i płacze.

Piąta improwizacja, to miniatura piana i kontrabasu. Kolejna, to ten sam duet, ale wiedziony dalece bardziej stromym zboczem. Po kilku pętlach udanie przepoczwarza się on w trio z dodatkowym saksofonem, a potem w duet z wokalistą. Siódemka, to znów miniatura basu i piana, tu wystudzona do formuły ballady. Z kolei część ósma, to sytuacja na tym albumie wyjątkowa – zaczyna saksofon i perkusja! Piano dobiega z komentarzem w połowie drugiej minuty, ale narracja gaśnie dość niespodziewanie. W przedostatniej improwizacji wracamy do piana i głosu – garść ciekawych preparacji i fraz inside piano. O tak, ten duet zdecydowanie stawiamy na czele całego zestawu! Na zakończenie czeka nas rozbudowane intro pianisty, pod które podłącza się perkusista. Ten drugi szklistym rezonansem z talerza kończy prawie godziną, improwizowaną opowieść. Zachęcamy do ciągu dalszego!

 


Eric Dubois Quartet Self-titled (Circum-Disc, CD 2022)

Na finał dzisiejszego zbioru opowieści, często osadzonych w jazzowych i post-jazzowych sytuacjach, dodatkowa porcja tegoż jazzu, tu w wydaniu main-streamowym, a nawet chill-outowym! Francuska muzyka jazzu środka zrealizowana została przez kwartet pod wodzą gitarzysty i kompozytora Érica Duboisa. Towarzyszą mu: Benoit Baud na saksofonach, Mathieu Millet na kontrabasie oraz Éric Navet na perkusji i wibrafonie. Nagrania zarejestrowano w okolicznościach studyjnych w marcu 2021 roku, zapewne we Francji. Odsłuch dziewięciu kompozycji lidera zajmie nam trzy kwadranse i parędziesiąt sekund.

Skoro jazz środka, to i jego konstrukcja dramaturgiczna w każdym przypadku zdaje się być wyjątkowo typowa. Zgrabnie podany temat, na ogół przez gitarę i saksofon, którego w kilku nieco przesłodzonych momentach zastępuje wibrafon, potem maksymalnie dwie ekspozycje solowe (najczęściej z udziałem gitary i saksofonu), wreszcie zwarta, na ogół nieprzegadana koda, która reasumuje nagranie. Recenzentowi przywykłemu do okoliczności bardziej ognistych i mniej przewidywalnych zachowań narracyjnych, trudno silić się tu na komplementy, ale na kilka fragmentów płyty warto zwrócić uwagę.

Drugi utwór otwiera kontrabas i wibrafon, ale temat podany jest przez saksofon i gitarę. Fazę improwizacji zdobi niemal rockowa ekspozycja gitary i bystre solo kontrabasu, a narracja w sytuacji bardziej dynamicznej ciekawie nawiązuje do jazzu nowojorskiego downtown z lat 90. ubiegłego stulecia, choćby formacji Lost Tribe. Podobne skojarzenia rodzą się w trakcie piątej części. Gitara otwiera tu w estetyce fussion jazzowej, temat podany jest kolektywnie, a utwór wieńczy solowa, nieco wystudzona ekspozycja lidera. Z kolej utwór siódmy, która stawia na dynamikę, rozpoczyna perkusja i kontrabas. Rockowa gitara daje tu sygnał do bardziej ekspresyjnych kreacji, a saksofonista serwuje najlepsze solo na całym albumie, które incydentalnie kipi freejazzowymi emocjami. Tenże saksofon udanie prezentuje się także na zakończenie części ósmej.

 

 

piątek, 11 lutego 2022

Raw Tonk’s New Year is started! The three fresh fruits!


Prowadzony przez Colina Webstera, brytyjski label Raw Tonk Records kończy w tym roku 10 lat! Obchody zapowiadają się naprawdę efektownie! Jeśli pandemia pozwoli, oczekiwać możemy zapewne całej plejady doskonałych koncertów, a także – jak anonsuje Colin – rozbudowanej serii nowych wydawnictw na wszelkich możliwych nośnikach (tu Raw Tonk zdaje się nie mieć specjalnych ograniczeń, te ostatnie jedynie w zakresie bardzo limitowanych nakładów).

Pierwszy krok w kierunku celebrowania zacnej rocznicy został popełniony w styczniu, gdy ukazały się trzy kolejne nagrania w katalogu RT, odpowiednio z numerami 54, 55 i 56. Dwie pierwsze pozycje na poręcznych płytach kompaktowych, ta ostatnia zaś na oldschoolowej kasecie. Towarzystwo na albumach odnajdujemy dalece międzynarodowe – oczywiście silny zaciąg brytyjski, z szefem labelu na czele, ale także trio z Andaluzji i solowa ekspozycja wprost z rosyjskiego lasu. Zapraszamy do czytania, słuchania i zakupów!

 


Colin Webster/ Andrew Lisle/ Otto Willberg  Scaffolding

Colin Webster (saksofon altowy) i Andrew Lisle (perkusja) tworzą jeden z najbardziej ekscytujących duetów młodego, europejskiego free jazzu od dawien dawna. Dobrze wiedzą o tym także bywalcy koncertów w Polsce! W trio z kontrabasistą Otto Willbergiem także mają pewne dokonania, a płyta Scaffolding dalece udanie wpisuje się w ten wątek ich kariery. Nagranie to wydaje się być jednak wyjątkowym na tle poprzednich, albowiem Willberg na sesję nagraniową w Snorkel Studios (Londyn, wrzesień 2020) zabrał gitarę basową i sporą ilość gitarowych przetworników. Efekt jego pracy dość radykalnie zmienił oblicze tria. By się o tym przekonać, trzeba odsłuchać trzy swobodne improwizacje, które na CD trwają 39 minut.

Już na samym starcie basówka Willberga zdaje się wyznaczać ramy improwizowanej podróży i stanowić, komu i jaka przypadnie w niej rola. Sfuzzowany, rzeżący w stadium stand by instrument zawłaszcza sporą część przestrzeni akustycznej nagrania. Saksofon i perkusja płyną tuż obok, starając się oplatać gęstą strugę basowej fonii post-jazzowym sekwencjami zdarzeń. Rozgadana socjeta czuje się dobrze w swoim towarzystwie, szyje narrację gęstym ściegiem, stawia stemple i pieczęcie, kreśli pętle, ale nie eskaluje tempa. Bas fermentuje na każdym kroku, przypomina multigatunkowego stwora, który budzi uzasadniony respekt. Ale ponieważ pozostajemy w obrębie muzyków wyjątkowej klasy, improwizacja - mimo takich parametrów na wejściu - potrafi być spokojna, a nawet okazjonalnie romantyczna, dzieląc się from time to time na niedługie ekspozycje solowe, tudzież duetowe podgrupy. Na gitarowych przetwornikach też toczy się całkiem aktywne życie – niespodzianka sunie tu za niespodzianką, a seria elektroakustycznych wydarzeń zdaje się nie mieć końca. Posmak analogowej syntetyki, post-rockowe gresy, ale i cały ocean brzmieniowych subtelności. Długi, ponad 20-minutowy set zdominowany jest przez basowe zagrywki i nie zostawia zbyt dużej przestrzeni dla saksofonu altowego i perkusji. Ta druga pozostaje w stanie ciągłej aktywności, ale nie przestaje być jedynie akompaniamentem dla basu.

Kolejna improwizacja, kilkunastominutowa, od startu jest zdecydowanie żwawsza, upstrzona dynamicznymi akcjami z każdej strony. Bas nie szuka eksperymentów brzmieniowych, stawia na budowanie mięsistej narracji. Pachnie tu dobrym funkiem i gołymi torsami rozgrzanych mężczyzn! Duch kreatywnej taneczności udziela się także saksofonowi, który śpiewa i dobrze się bawi. Perkusja idzie z basem pod rękę, a emocje rosną, nabierając free jazzowego rynsztunku. W połowie opowieści muzycy zdecydowanie zwalniają tempo. Bas ciekawie repetuje, a saksofon, mając wreszcie dla siebie miejsce, śle nam sporo ciekawych, na poły preparowanych fraz. Narracja przez kilka chwil przybiera postać duetu basu i saksofonu. Leje się szerokim, ale dość leniwym strumieniem, hacząc nawet o ambientową estetykę. Po dłuższej chwili nieobecności na scenie pojawia się drummer wyposażony w tamburyn, którym zdaje się inicjować finałowe rozdanie tego seta. Ostatnia prosta skrzy się sporymi emocjami i udanie zapowiada kilkuminutowy encore. W jego trakcie muzycy idą już na całość i atakują nas soczystą, gęstą masą free jazzu. Szczególnie efektownie ów szczyt narracyjny osiąga saksofon. Perkusja z basem płoną rockowym ogniem, sprawiając, iż finałowa improwizacja bardzo udanie podsumowuje nagranie, które w pierwszej części budziło nieco ambiwalencji pod piórem recenzenta.

 


Hidden Forces Trio  The Set-Up

O pochodzącym z andaluzyjskiej Sevilli Hidden Forces Trio pisaliśmy całkiem niedawno przy okazji ich płyty dla macierzystej stajni Silencia. Z kolei basista i perkusista tej formacji gościli niejednokrotnie w katalogu Raw Tonk, czy to jako Sputnik Trio, czy w kwartecie z Colinem Websterem. Nowa płyta HFT (w formacie CD) przynosi sześć improwizacji i trwa 43 minuty. Na klarnecie basowym gra tu Gustavo Domínguez, na kontrabasie Marco Serrato, a na perkusji Borja Díaz. Muzyka powstała w La Mina Estudios, Sevilla, w styczniu 2020 roku.

Andaluzyjskie trio zaprasza nas na zwinną, dobrze skonstruowaną, improwizowaną podróż po obrzeżach jazzu, która przy pierwszym kontakcie zdaje się być dość typowa, ale im bardziej się w nią zagłębiamy, tym bardziej nas zaskakuje, niemal na każdym zakręcie szykując dla nas garść brzmieniowych, czy dramaturgicznych niespodzianek. Początek wydaje się dość leniwy. Klarnet basowy wdycha i przeciąga zwiotczałe mięśnie, ale bystra, szybka sekcja rytmu nie daje mu spokoju. Kierunek pierwszego epizodu jest zdecydowanie free jazzowy, a zdobi ją bardzo efektowna ekspozycja solowa klarnetu, klecona na niezłej dynamice. W drugiej improwizacji dominuje ciekawe, połamane metrum, kreowane przez kontrabas, doposażone w preparowane dźwięki dęciaka. W kolejnej opowieści pojawia się smyczek, z brudnym, mięsistym brzmieniem. Z jego dronami zmysłowo lepi się nisko osadzony klarnet oraz perkusyjne preparacje. Po przejściu w tryb pizzicato narracja nabiera rumieńców, skrzy się świetnymi interakcjami, nadal pełna jest jednak brzmieniowych subtelności.

Czwarta improwizacja koncertuje się wokół basowej repetycji, która buduje warstwę meta rytmiczną narracji. Klarnet operuje rwanymi frazami, po czym szuka melodii, a perkusja i rozgrzany kontrabas oplatają go niczym ramiona ośmiornicy. Dynamika przychodzi tu jako ostatnia, ale po raz kolejny podnosi jakość ekspozycji całego tria. Początek piątej części, to mała huśtawka nastrojów. Klarnet znów szuka melodii, a reszta parterów czeka, co przysienie kolejny dżdżysty poranek. Kontrabas śle riffy, talerze rezonują, a klarnet zaczyna wspinać się na efektowne wzniesienie. Perkusja podaje rytm, kontrabas uprawia solowe didaskalia. Zakończenie znów toczy się w niezłym tempie. Początek szóstej, ostatniej improwizacji stoi w blokach startowych i czerpie radość z dramaturgicznego suspensu. Smukła, molowa ekspozycja efektownie tu pęcznieje, ale nie szuka dynamiki. Ta rodzi się po pewnym czasie z perkusji, która łapie swingującego bakcyla. Tymczasem roztańczony klarnet prowadzi nas na skraj tej wyjątkowo udanej podroży.

 


Ilia Belorukov A Fluteophone In The Forest

Trzecia z rawtonkowych nowości nagrana została w lesie, w regionie Vologodskaya Oblast, w trakcie kilku sierpniowych dni roku 2019. Nasz dobry znajomy z Petersburga, Ilia Belorukov na spacery zabierał wtedy ze sobą altowy fluteophone (brzmiący dość podobnie do saksofonu sopranowego) oraz sprzęt do terenowej rejestracji dźwięku. Potem wszystko zmiksował, lepiąc w siedem improwizacji, których łączny czas trwania, to około 35 minut. Wydawca całość zamieścił na kasecie magnetofonowej.

Każda z improwizacji ma tu swój tytuł, który opisuje sytuację zastaną przez muzyka w lesie oraz po części to, jakimi dźwiękami przyroda włącza się w strumień fonii generowany przez muzyka. W pierwszych czterech improwizacjach owa fauna i flora zdaje się być jedynie spokojnym tłem dla dętej improwizacji. Z kolei w dwóch następnych częściach na tyle silnie ingeruje w strumień fonii, iż uznać ją możemy za główny składnik improwizacji. Część ostatnia albumu udanie zaś łączy oba wątki tej leśnej przygody.

Improwizacja otwarcia jest stosunkowo dynamiczna. Dęciak podskakuje, śpiewa, piskliwie zawodzi, generuje płynny strumień dość gęstej narracji. Muzyk korzysta niekiedy z oddechu cyrkulacyjnego, tworząc bardzo efektowne przebiegi, pełne niuansów brzmieniowych, a także subtelnych westchnień. Drugi spacer toczony jest wolnym krokiem, frazy zdają się być nieco zadumane, bardziej melodyjne. Z dźwiękami wydawanymi przez instrument ciekawie konweniuje leśne echo. Trzecia opowieść zbudowana jest drobnych, rwanych komponentów. Prychania, stukające dysze, zapętlone mikro frazy. Instrument gdacze jak kura, tymczasem muzyk wije się jak wąż. Piękny moment! Wydaje się, iż artysta z każdym kolejnym utworem uspokaja swoją narrację i coraz intensywniej zasłuchuje się w brzmienie lasu. Czwarta improwizacja, prowadzona dalece skromnymi środkami, potwierdza tę obserwację (słyszymy przelatujące owady), a kolejne dwie części oddają już w pełni głos dzikiej naturze. W obu częściach wieje dość silny wiatr, a dęciak snuje pomiędzy jego podmuchami drobne strużki fonii, które stoją niemal u progu akustycznej ciszy. Gdy wiatr nasila się, muzyk schodzi nisko na kolanach, a jego instrument tajemniczo pomrukuje. A las wokół żyje i ma się naprawdę dobrze! Finałowa improwizacja konsumuje wszelkie wartości tego terenowego nagrania. Słyszymy owady i inne odgłosy natury, a preparowane dźwięki dęciaka prowadzą z nimi intrygujący dialog. Muzyk uderza w coraz wyższe rejestry i płynie efektowną strugą fonii z nieco zabrudzonym tembrem, przywołującym w pamięci epokowe nagrania solowe Evana Parkera na saksofon sopranowy, te wczesne, z połowy lat 70. ubiegłego stulecia. Docierają do nas zarówno bystre short-cuts, jak i długoterminowe przebiegi dźwiękowe. Las wokół oddycha mocą sierpniowego upału, cudownie reasumując to doskonale nagranie.

 

 

piątek, 26 listopada 2021

The Antistandard! Tàlveg! Navarro & Bagnasco! Hidden Forces Trio +! Jiménez & Ramírez! The November Round-up directly from Spain!


Nie samą Katalonią Trybuna Muzyki Spontanicznej żyje! Dziś szybki overlook po kilku nowościach powstałych w surrealistycznych granicach Hiszpanii, które tezę zawartą w zdaniu poprzednim śmiało udokumentują. Zawitamy bowiem m.in. do słonecznej, nawet burą jesienią, Andaluzji, by poznać nagrania labelu, który na tych łamach jeszcze nie gościł. Na krótko pojawimy się także w zachodnio-hiszpańskim Badajoz. Naszą spanistyczną pielgrzymkę rozpoczniemy oczywiście w Barcelonie, oczywiście od spotkania z geniuszem tamtych ziem, wenezuelskim erudytą muzycznym El Pricto.

Głównym obiektem naszych zainteresowań będzie rzecz jasna improwizacja, ale skoro El Pricto, to na wstępie naszej opowieści nie obędzie się bez muzyki skomponowanej. Obiecujemy wszakże, iż potem, niezależnie od miejsca pobytu i danych personalnych muzyków, oddamy się całkowicie we władanie muzyki swobodnie improwizowanej. Uwaga, znów czeka na nas dużo brzmień gitar elektrycznych, znów niektóre z nich będą bardzo mroczne. To chyba jedna z cech rozpoznawczych muzyki tamtej części świata, czyż nie?

 


The Antistandard  Aint Got Rhythm (Discordian Records, DL 2021)

Słowo się rzekło, muzyczny przegląd hiszpańskich nowości zaczynamy w Barcelonie! Zaglądamy do znanego nam już przepastnego tomiska kompozycji własnych El Pricto (The Unreal Book) i bierzemy na recenzencki warsztat drugą płytę formacji The Antistandard, która te właśnie kompozycje wykonuje. W trakcie kolejnej edycji cyklu koncertowego Nocturia Discordia (listopad 2019), na scenie klubu Soda Acùstic zastajemy kwintet w składzie: El Pricto – saksofon altowy, Víctor Colomer – puzon, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Javi Garrabella – bas elektryczny oraz Enric Ponsa – perkusja. Trwająca mniej więcej 43 minuty przygoda składa się tu z siedmiu części.

Antystandardowy kwintet El Pricto, to zabawa w muzyczne konwencje, kreowane przez erudytę, który kocha wiele estetyk i stylistyk, ale do końca nie wie, które z nich w stopniu największym. I na tym dramaturgicznym suspensie buduje wytrawne, chwilami masywne (sekcja rytmu pełna prądu!), efektownie i jakże precyzyjnie zaprojektowane improwizacje zbiorowe. Jak często bywa w przypadku wenezuelskiego muzyka, nad tym ponadgatunkowym szaleństwem czuwa niepokorny i bezczelny duch Johna Zorna!

Pierwszy utwór sprawia wrażenie, jakby metalowy band został zaciągnięty do filharmonii i w tych okolicznościach czuje się zaskakująco dobrze! Rockowe spiętrzenia i kameralne zaśpiewy instrumentów dętych rysują tu temat, który grany jest niemal bez przerwy, a fabuła improwizacji koncertuje się na nieustannych zmianach gatunkowych. Na końcu zdaje się, że słyszymy kolejną reinkarnację Black Sabbath grającą zmysłowego doom-bluesa! Druga opowieść stawia na niemal baletową lekkość, dramaturgiczną umowność, nie stroni wszakże od post-jazzowych grepsów, zwłaszcza ze strony gitarzysty. Trzeci antystandard przypomina Footprints Shortera, pomieszany z So What Davisa, ale nade wszystko zdegenerowany erudycją El Pricto! Leniwa, skupiona narracja bazuje na pokrętnym rytmie, któremu po czasie całkiem blisko do bluesa-rocka. Kolejna ekspozycja znów zasługuje na miano degenerated by Pricto – tym razem, to skoczna polka wywołująca zarówno salwy radości, jak i wodospady smutku (piękny puzon!). Emocje budzą tu nade wszystko bardzo spowolnione, chwilami rubaszne interludia. W piątej piosence Pricto łączy herezje jazzowe, rockowe i dalece kameralistyczne. Rzewna, wystudiowana melodyka kąsa jednak niesamowitą oryginalnością. Szósta, najdłuższa, 9-minutowa kompozycja dostarcza ogromu wrażeń, zwłaszcza ciekawych akcji w podgrupach (gitara i puzon!). Być może karzące ramię kompozytorskiej sprawiedliwości dało tu muzykom nieco więcej swobody. Nerwowe podskoki, efektowne zjazdy do samego dołu, rockowe spiętrzenia godne Naked City, bluesowe meta harmonie i całe plejady dramaturgicznych subtelności. Finał antystandardowej podróży zdaje się być zmyślnym resume całej płyty. Dramaturgiczne skoki napięcia, mikro eksplozje i filigranowe napady nastroju dalece refleksyjnego. Upside down by our beloved Pricto!

 


Tàlveg  Live Series I (Bandcamp’ self-released, DL 2021)

Pozostajemy w Barcelonie! Działające od kilku lat trio Tàlveg dostarcza nam nagrań dość regularnie, ale na ogół w małych porcjach. Nie inaczej jest w przypadku pierwszej odsłony ich Live Series. Dwie improwizacje zaczerpnięte z koncertu, jaki miał miejsce w grudniu ub. roku, w trakcie imprezy 9è Festival de Jazz de La Garriga, powstały w wyniki działań artystycznych takiej oto trójki muzyków: Marcel·lí Bayer – saksofon barytonowy, Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Oriol Roca – perkusja. Odsłuch koncertowego ekstraktu zajmie nam niespełna 16 minut.

Tàlveg, to wyjątkowo oryginalna formacja. Łączy dźwięki gitary jedynej w swoim rodzaju, która pobrzmiewa echami post-rocka, ale po prawdzie nie daje się precyzyjnie zakontraktować do jakiegokolwiek gatunku, swobodny, dalece lekki saksofon barytonowy i stonowaną, wyrafinowaną jazzową perkusję. Dodatkowo artyści w toku improwizacji na ogół preferują zachowania minimalistyczne, lubią cedzić dźwięki przez zęby i definitywnie donikąd się nie spieszą. Jakby na przekór temu wizerunkowi tria, ich koncertowe nagrania zdają się być porcją bardziej ekspresyjnych zachowań, a idea zdejmowania nogi z gazu, bywa tu od czasu do czasu efektownie porzucana.

Pierwszy epizod koncertowy rozpoczynają saksofon i gitara, splątane niewidzialną pajęczyną interakcji. Tajemnicze dźwięki, oniryczne westchnienia, ale też post-rockowa czerstwość scenicznej rzeczywistości. Duet ciągnie opowieść mniej więcej do połowy czwartej minuty, która wyznacza kardynalny stopping narracyjny. Fages i Bayer milkną, a do gry wchodzi Roca, który buduje wyważoną emocjonalnie, solową ekspozycję perkusyjną, która po prawdzie bardziej przypomina typową narrację niż jakikolwiek ekspresyjny incydent solowy. W momencie, gdy owe solo kończy się, na scenę powracają gitara i saksofon, przy okazji przenosząc nas do drugiej części koncertu. Znów dość leniwie, ale jednak dosadnie w brzmieniu – saksofon dmie od dołu do samej góry, a gitara buduje typowy dla Fagesa szklisty, delikatny, ale jakże nerwowy flow wprost z niemal gołych strun, zasilanych przecież prądem stałym. Dęciak stawia tu na bardziej śpiewne frazy, gitara skupia się na szczegółach, zdaje się dzielić włos na czworo, ale i tak dostarcza nam całe mnóstwo improwizowanych emocji i meta rockowych komplikacji. W tle swoją dobrą robotę na powrót realizuje drummer, który dba o dynamikę i sprawia wrażenie, iż w roli cerbera ładu i dramaturgicznego porządku czuje się wyjątkowo dobrze. Na finał gitarowa kostka ucieka do strefy zaprogowej i snuje uroczą chmurę metafizyki. Partnerzy biorą głęboki oddech i oddają pole gitarzyście.

 


Gonzalo Navarro & Luciano Bagnasco  Cinco Improvisaciones (Bandcamp’ self-released, DL 2021)

Z Katalonii przenosimy się do zachodniej Hiszpanii, do prowincji Badajoz. Tam właśnie powstało nagranie duetu Gonzalo Navarro – elektronika i obiekty oraz Luciano Bagnasco – gitara. Działo się to zapewne w okolicznościach studyjnych, we wrześniu br. Dodajmy, iż drugi z muzyków pochodzi z Argentyny, ale rezyduje w Hiszpanii (jego świetną płytę solową omawialiśmy na tych łamach całkiem niedawno). Cztery (wbrew tytułowi) improwizacje trwają 32 minuty.

Nagranie z Badajoz tworzy zanurzona w post-ambiencie (czasami bardzo czerstwym) gitara elektryczna, która zdaje się mieć tysiące twarzy i pozostawać w stanie permanentnej zmiany oraz otaczające ją chmury elektroniki, której aktywność dobrze licuje z tym, co dzieje się na gryfie żywego instrumentu. Tygiel wyłącznie ciekawych lub bardzo ciekawych zdarzeń fonicznych, to efekt pracy gitarowych przetworników, tajemniczych urządzeń elektronicznych i całej masy dobrych pomysłów obu improwizatorów. Dźwiękowe preparacje, incydenty wręcz plądrownicze, garść post-perkusjonalnego hałasu, gitara bez stylistycznych zahamowań  - to wszystko tropy, które mogą przywoływać w pamięci nowojorskiego, gitarowego freaka Bucketheada, który dwie i pół dekady temu dzielnie asystował choćby Billowi Laswellowi w szalonym projekcie Praxis. Szczególnie ciekawie rozpoczyna się druga improwizacja, która rozsiewa mrok i dramaturgiczne wątpliwości. Muzycy tym razem pracują krótkimi frazami, pozostając w chmurze rezonującego ambientu z nieznanego źródła pochodzenia.

W kolejnej opowieści, najdłuższej, prawie 11–minutowej, artyści początkowo stawiają na czyste, niemal balsamiczne plejady niekończących się dźwięków. Z czasem ich narracja zaczyna brudzić jednak swoje brzmienie, po czym wpada w objęcia elektronicznego rezonansu i chyłkiem spogląda ponownie w stronę bucketheadowych skojarzeń. Ów dramaturgiczny loop skomentowany zostaje obłą chmurą zdrowego ambientu. Ostatnią improwizację otwiera samotna gitara, która delikatnie pulsuje na dużym pogłosie. Po niedługiej chwili jej dźwięki zdają się być dekonstruowane przez elektronikę. Całość zmyślnie lepi się w niemal dubowy flow, który złowieszczo kołysze naszymi receptorami słuchu. Gitara multiplikuje swój dźwiękowy wizerunek, pojawiają nawet akcenty post-rockowe. Ta urokliwa karuzela zdarzeń na ostatniej prostej lepi się w gęsty, zmysłowy dron.

 


Hidden Forces Trio & Alejandro Rojas-Marcos  Velá (Sentencia Records, DL 2021)

Ze wspomnianego wyżej Badajoz już tylko krok do słonecznej Andaluzji i jej serca, czyli Sevilli. Tam mieści się label Sentencia Records, prowadzony przez muzyków, których znamy chociażby z nagrań dla brytyjskiego Raw Tonk Records (pamiętacie Sputnik Trio?). Dziś dwie propozycje z tegoż katalogu. Najpierw trio w składzie: Gustavo Domínguez – klarnety, Marco Serrato – kontrabas oraz Borja Díaz – instrumenty perkusyjne, które na okoliczność tego nagrania łączy swoją kreatywność z Alejandro Rojas-Marcosem – klawikord. Nagranie z maja br., miejsce zwane La Carbonería, Sevilla. Długa, koncertowa improwizacja na potrzeby nagrania podzielona została na dwie części. Całość odsłuchu zajmuje ponad 49 minut.

W Sevilli trafiamy wprost do rozgadanego baru, który nie będzie milkł przez cały koncert. Gdy muzycy będą realizować bardziej ekspresyjne działania, ów gwar piwny nie będzie stanowił problemu, gdy jednak snuć będą bardziej kameralne frazy, tudzież zmyślnie preparować dźwięki swych akustycznych instrumentów, zjawisko nadprogramowych fonii będzie stymulowało naszą irytację. A muzyka tria, które tego dnia stało się kwartetem, zdaje się charakteryzować właśnie dużą amplitudą natężenia dźwięku i poziomu emocji, będącą zresztą skutkiem pewnego rodzaju dramaturgicznego rozchełstania, chwilami subdoskonałej dyscypliny w zakresie budowania narracji.

Początek koncertu obiecuje naprawdę wiele. Akustyczne frazy, sporo preparacji, wiele dźwięków, dla których trudno zdiagnozować miejsce pochodzenia. Kreatywna dyfuzja, intrygujące znaki zapytania – brudna, pokaleczona kameralistyka, która raz za razem korzysta z bardziej intensywnych interludiów, ciągnących moc wprost z post-jazzowych naleciałości. Zmiana goni tu zmianę – kontrabas gra pizzicato i arco naprzemiennie, klarnet bywa basowy, by za moment stać się lekkim, zwyczajnym klarnetem, w końcu instrumenty perkusyjne, które zdają się tu mieć najwięcej twarzy. I to właśnie perkusiście należy oddać palmę pierwszeństwa w zakresie poziomu kreacji i nade wszystko dbałości o odpowiednią dramaturgię. Słychać to zwłaszcza w drugiej części płyty, która miewa narracyjne mielizny. Zdecydowanie ciekawiej dzieje się za to w części pierwszej, gdy sporo do emocji koncertu wnosi klawikord, który czasami brzmi niczym gitara akustyczna, dodatkowo dobrze sobie radzi z kreowaniem warstwy meta rytmicznej. Także tutaj improwizacja intrygująco nabiera post-industrialnego posmaku, głównie dzięki preparacjom perkusisty i kontrabasisty. Ale jakby na przekór recenzenckim dywagacjom, zakończenia obu setów dzieją się pod dyktando klarnetu. Finał zaś drugiej części poprzedzony jest bodaj najbardziej dynamicznym passusem kwartetu, gdy na dłuższą chwilę gwar baru ginie w emocjach płynących z rozimprowizowanych głów muzyków.

 


Ricardo Jiménez & Antonio Ramírez  Génesis Negro (Sentencia Records, CD 2021)

Kolejna płyta z Andaluzji, to już czyste szaleństwo! Post-metalowa, mroczna gitara, która improwizuje do … surrealistycznego malarstwa! W roli malarza Antonio Ramírez Collado, w roli gitarzysty Ricardo Jiménez Gómez. Dziewięć improwizacji, powstałych wiosną tego roku, trwa tu około 43 minuty.

Początek nagrania tonie w mrocznych, szorstkich, ale jednak ambientowych wyziewach. Ciężka gitara snuje jakże niecnotliwą melodię, która broczy po kolana w zgiełku siarczystego brzmienia. Zaraz potem zadziorny riff like heavy & dirty rock! Kilka pętli i skok w black metalowy dron! Akcja goni tu akcję! Po chwili atakuje nas szerokie pasmo gęstego ambientu, które nie trwa nawet półtorej minuty. Tuż potem, to już czwarta improwizacja, odgłosy otoczenia i … dźwięk gitary akustycznej na pogłosie. Spokój narracji jest tu bardzo pozorny. Piąta część, to jedna z dwóch zasadniczych części albumu. Zaczyna się typowym metalowym riffem, wznieconym na gotującym się fuzzie. Całość szkli się doom stepem, ale po chwili przepoczwarza się w łagodne, niemal soft-rockowe frazowanie. Gitara z czasem mnoży wątki, zaczyna slajsować i nadawać narracji zdecydowanie kwasowy charakter. Na finał szczypta ambientu dla smaku.

Trzy kolejne improwizacje znów stawiają na pewną enigmatyczność i zdają się być udanymi podprowadzeniami pod finałowy, główny utwór nagrania. Szóstka, to siarka, fuzz i głęboki doom! Salwy fajerwerków na wyjątkowo mrocznym niebie. Wieczna repryza, która łapie złe pulsacje! Siódemka – oddech świeżego powietrza, drugie akustyczne interludium. Ósemka, to kolejny sfuzzowany wyziew z groźnej gitary i kilka pulsacji, nabierających syntetycznego posmaku. No i finał! Prawie 11 minut! Rockowy rynsztunek, ale jakże siarczysty riff, znów w tempie doom! Po niedługim czasie na scenie ląduje brat bliźniak. Dwa doomowe riffy, what a game! Każdy z nich pracuje samodzielnie, modyfikuje się, ulega degradacji, ale odradza też na nowo. Wszystko trwa tu do momentu, gdy dźwięk dotrze pod ścianę. Potem już tylko skowyt przesterowanego fuzza i można iść spać.