Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Leahy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą David Leahy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 lutego 2025

The Scatter Archive’ notes: Wastell! Moore & Prevost! Arch Quartet! Džukljev & Thieke! Lash, Sinton & Ward! Lash & Thomas!


Najwyższy czas zajrzeć na bandcampową stronę szkockiego net-labelu Scatter Archive! W porównaniu do naszej poprzedniej wizyty (bodaj lipcowej) odnajdujemy tu mnóstwo nowych albumów, publikowanych na ogół w tempie jeden na tydzień. Edycja wyłącznie w formie digitalnej ma swoje niezaprzeczalne walory – niskie koszty produkcji i możliwość szybkiego udostępnienia nagrań.

Spośród miliona nowych płyt, jakie zostały upublicznione w drugiej połowie roku 2024 na scatterowej stronie, do poniższego omówienia wybieramy sześć.




Mark Wastell Cello-Intern XVIII

Hundred Years Gallery, Londyn, lipiec 2023: Mark Wastell – violoncello. Pięć improwizacji, 32 minuty.

Marka Wastella spotykamy ostatnio głównie za sterami drums & percussion, ale świetnie pamiętamy, iż jego prymarnym narzędziem pracy jest wiolonczela. Muzyk w latach 2022-2024 grywał raz w miesiącu solowe ekspozycje w londyńskiej Hundred Years Gallery. Nie były to koncerty, nie były to próby. Artysta przez godzinę improwizował niezależnie od tego, co akurat działo się w Galerii. W nagraniu słyszymy zatem rozmowy i inne odgłosy codziennego życia tego miejskiego przybytku kultury. Brzmienie instrumentu jest bardzo surowe, a dźwięki zbierane były zapewne jednym mikrofonem.

Szorstki, jednostrumieniowy flow instrumentu, punkowe brzmienie i rockowy niemalże temperament artysty powodują, iż trwająca niewiele ponad dwa kwadranse opowieść w pięciu częściach kipi od emocji, jest niezwykle intensywna, z rzadka sięga po bardziej stonowane, kameralne frazy. Wastell syci narrację dużą dawką post-barokowej melodyki, ale tarza się z nią po podłodze lub wznosi na palcach i spogląda na zamglone, londyńskie niebo. Bywa delikatny jak w odsłonie drugiej, bywa drapieżny jak wygłodniały kocur w czwartej. Lubi mrok, choć nie unika ulotnej taneczności, zdarza się też, że jego instrument trzeszczy w posadach, jak w części trzeciej. W końcowej odsłonie pokazuje pewną żylastość post-barokowej estetyki, znów zdaje się urokliwie gorączkować, piszczeć i skowyczeć. Niesamowite nagranie!



 

N O Moore & Eddie Prévost Scratched Earth

Hundred Years Gallery, Londyn, październik 2024: N O Moore – gitara elektryczna, Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 24 minuty.

Tych dwóch artystów, mimo dzielących ich niemal dwóch pokoleń, ma w dorobku sporo wspólnych improwizacji, na ogół czynionych w triach i kwartetach. Tym razem, w urokliwych w okolicznościach HYG, spotykają się w duecie i w trakcie krótkiej ekspozycji decydują się nie zagrać ani jednego typowego, czystego dźwięku gitary, czy perkusji. Moore tonie w euforii amplifikacji, Prevost szyje na swoim wielkim talerzu niekończące się strumienie rezonansu. Bywa też, że obaj toną w oparach całkiem soczystego post-industrialu.

Już pierwsze dźwięki koncertu stawiają nas do pionu poziomem hałasu i intensywności. Gitarowy amplifikator furczy i rzęzi, a blask rezonującego talerza łączy niebo i piekło. Cała narracja zdaje się śpiewać, niczym pijana diwa operowa. Po pewnym czasie gitarowe preparacje zaczynają znajdować ujście w post-rockowej estetyce, z kolei akcje perkusjonalne nabierać pewnej taneczności. Opowieść trzeszczy, skrzypi i syczy, by po kilku chwilach zamienić się w ocean onirycznego ambientu. Na scenę raz za razem powraca też estetyka industrialna, ale jej wyskoki mają teraz charakter incydentalny. Koncert wieńczy … gitarowa melodia, które niesie się na dronowej strudze rezonansu.



 

Arch Quartet (Anna Homler, Tasos Stamou, David Leahy, Adrian Northover) Chummage

Arch 1 studios, West Ham, London, wrzesień 2014: Anna Homler – głos, obiekty, zabawki i urządzenia, Tasos Stamou – preparowana cytra, looper, David Leahy – kontrabas oraz Adrian Northover – saksofon sopranowy. Sześć improwizacji, 34 minuty.

Nagranie kwartetu muzyków, którzy odbyli sesję nagraniową przy okazji muzykowania z London Improvisers Orchestra, przeleżało się na czyimś twardym dysku całą dekadę, ale warto było czekać. Z jednej strony kontrabas i saksofon pod jurysdykcją artystów, których znamy i cenimy, z drugiej głos, cytra i garść elektroakustycznych zabawek ze strony tych mniej rozpoznawalnych, ale z pewnością wartych zapisania w naszych kajetach. To, co najlepsze na Chummage zdaje się dziać w pierwszej odsłonie albumu. W dalszych bywa, że nadmierna kreatywność elektroakustyków tłamsi walory brzmieniowe kontrabasu i saksofonu. W kontekście wszakże całości Arch Quartet wychodzi z tego obronną ręką.

Pierwsza improwizacja żywi się nade wszystko brzmieniem akustycznym, delikatnym pulsem drgających strun, ciepłym smyczkiem i frazującym molekularnie saksofonem sopranowym. Wokalistka najpierw cedzi dźwięki, potem rozpościera ramiona śpiewu z dalekowschodnim akcentem. Nieinwazyjne, rozdrobnione plamy elektroakustyki dodają całości odpowiedniego blasku. Począwszy od drugiej części owa dystyngowana równowaga pomiędzy tym, co akustyczne, a tym, co akustycznym być już przestało, ulega zachwianiu. Muzycy nie stronią od hałaśliwych incydentów, ale potrafią też pochylać się nad pojedynczym dźwiękiem. W kolejnych opowieściach wokalistka w folkowym zaśpiewie i cytrysta, który szuka brudu i zniekształceń, zaczynają dominować, a o tym, że wciąż jest z nami saksofonista przypominamy sobie dopiero po wielu minutach. Finałowa ekspozycja nieco ów rozchwiany obraz narracji porządkuje. Nisko osadzona introdukcja, zwinne, wielokierunkowe preparacje i głos, który płynie tembrem smyczkowej narracji. Na ostatniej prostej kwartet osiąga zaskakującą dynamikę i syci się mnóstwem udanych interakcji.



 

Marina Džukljev & Michael Thieke Motionless Pool

Kulturni Centar Vojvodine Miloš Crnjanski, Nowy Sad, Serbia, grudzień 2021: Marina Džukljev – fortepian, Michael Thieke – klarnet. Siedem improwizacji, 38 minut.

Mimo zalewu brytyjskiej muzyki improwizowanej, na łamach SA nie brakuje miejsca na spektakle kontynentalne. Pośród albumów drugiego półrocza na szczególną uwagę zasługuje album Serbki i Niemca. To doprawdy wyśmienite nagranie – z natury swej minimalistyczne, skupione na drobnych frazach, brzmieniowych i dramaturgicznych niuansach. Artyści zdają się nie wychodzić tu poza okowy swobodnej, chwilami wystudzonej kameralistyki, ale w każdym dźwięku, w każdym ruchu scenicznym czuć, jak wielkie emocje w nich drzemią.

Magię improwizacji otwarcia buduje, wprawiony w rezonans, pojedynczy dźwięk fortepianowego klawisza i suche powietrze wydychane z zimnej tuby klarnetu. Dogasające życie wytrawionej z emocji kameralistyki. W drugiej części muzycy odbywają niedługą podróż od ekspozycji perkusjonalnej na strunach i dyszach do rozśpiewanego, rezonującego strumienia zlepionych w jednej byt dźwięków inside piano i klarnetu. W trzeciej opowieści pojawia się leniwy rytm, który wiedzie w nieskończoność kolejne porcje delikatnych uderzeń po strunach i klarnetowych wyziewów. Czwarta improwizacja zdaje się kontynuować wątek części poprzedniej, ale sadowi się o trzy poziomy niżej. Prawdziwy zamęt sieją tu pojedyncze dźwięki klawisza. Kolejna odsłona, to celebracja, elegijne wyniesienia drobnych fonii z samego dna pudła rezonansowego i głębin klarnetowej tuby. Wszystko nabiera rezonującej poświaty i formuje się w jednorodną strugę akustycznego piękna. Przedostatnia improwizacja, to stygnący w bezruchu strumień matowych, wychłodzonych klawiszy i melodyjnego szumu z tuby. Z czasem wszystko nabiera pewnej soczystości, ale broczy po kolana w mrocznej mazi. W finałowej opowieści w dogorywające trzewia artystów wkrada się zaskakująca nerwowość. Szybkie oddechy, drapanie strun, szczypta hałaśliwego anturażu na moment kreują klimat niemalże post-industrialny. Jeszcze piękniejsze jest jego studzenie, wprost w objęcia ciszy zdobionej pojedynczymi dźwiękami. 



 

Dominic Lash, Josh Sinton & Alex Ward Lash.Sinton.Ward

Hundred Years Gallery, Londyn, lipiec 2024: Dominic Lash – kontrabas, Josh Sinton – saksofon barytonowy, flet altowy, głos oraz Alex Ward – klarnet, gitara elektryczna. Jedna improwizacja, 41 minut.

Lash i Ward, to artyści, których cenimy od lat, starając się nie marnować jakiejkolwiek okazji do obcowania z ich muzyką. Tu spotykamy ich w trio z saksofonistą i flecistą Sintonem, muzykiem zza Wielkiej Wody, które lubi improwizować z obywatelami Zjednoczonego Królestwa. Nagranie koncertowe charakteryzuje się sub-doskonałym brzmieniem, ale dobrze to koreluje z ponadgatunkową improwizacją, jaką serwują nam muzycy. Z jednej strony open jazz, szczególnie od Sintona, z drugiej rozhuśtana kameralistyka (gdy Ward gra na klarnecie), czy post-psychodelia (gdy ten sięga po gitarę), wreszcie Lash, który najlepiej czuje się w formule ekstremalnie kreatywnego arco & pizzicato in one note.

Koncert rozpoczyna się porcją leniwych, preparowanych dźwięków – od barytonowej doliny po klarnetowe wzniesienia, w oparach kontrabasowej różnorodności i głosu saksofonisty. Z czasem narracja przybiera formę nerwowych podskoków i free jazzowych spiętrzeń, ale bywa, że przypomina rozciąganie zwiotczałych mięśni w potoku kameralnych eksperymentów. Muzycy dobrze czują się w obu sytuacjach, choć częściej odnajdujemy ich w tej pierwszej. Tuż przed upływem drugiej dziesiątki minut Ward przesiada się na gitarę skutecznie redefiniując gatunkową estetykę spektaklu. Narracja staje nieco mniej intensywna, choć nadal jest gęsta i upstrzona ciekawymi zdarzeniami. Artyści ćwierkają jak wróbelki, by po chwili generować rozlegle strumienie ambientu i post-psychodelii, a potem na dłużej zastygnąć z rzewnej kameralistyce. Powrót do gry na dwa dęciaki i kontrabas odbywa się tu dość niespodziewanie, poprzedzony tajemniczymi frazami ze strony Warda (jeszcze gitara, czy już preparowany klarnet?). W końcowych fragmentach koncertu Sinton sięga po flet, a Lash koncertuje się na smyczkowym frazowaniu. Finalizacja jest melodyjna, istotnie rozciągnięta w czasie.



 

Dominic Lash & Pat Thomas Elements and Properties

Café Oto, Londyn, marzec 2023 (utwory 1,4) oraz Curious Ear in St Margaret's Church, Manchester, luty 2024 (2,3): Dominic Lash – gitara elektryczna, Pat Thomas – fortepian. Cztery improwizacje, 43 minuty.

Dominic Lash pozostaje na scenie, przesiada się jednak na gitarę elektryczną, co czyni ostatnimi laty bardzo chętnie. Cztery improwizacje, zarejestrowane na dwóch koncertach, czyni tu w zacnym towarzystwie Pata Thomasa wyposażonego wyłącznie w akustyczne instrumentarium. Ich wspólna opowieść najchętniej kieruje się ku free jazzowi, ale incydentalnie nabiera zaskakująco … bluesowego posmaku, zarówno ze strony rytmicznie uwarunkowanego pianisty, jak i niekiedy dość melodyjnie frazującego gitarzysty.

Skupione otwarcie bazuje na frazach inside piano i stłumionych, post-bluesowych introdukcjach gitary. Pierwsza improwizacja dość szybko wpada we free jazzowy tumult, sycony adekwatną porcją emocji. Druga opowieść, która stanowi niemal połowę płyty, mieni się intrygującą różnorodnością. Początek tkany jest z gitarowych plam psychodelii i post-klasycznej repetycji piana. Muzycy leniwie snują się po scenie, sięgają po atrybuty ballady, chętnie pochylają nad brzmieniowymi detalami, jakby zbierali siły na bardziej temperamentne resume. Pozostała część albumu, to dwie krótsze odsłony, oparte zarówno na ponadgatunkowej refleksyjności, jak i tanecznym pulsie pianisty i post-bluesowym, niemal rockowym frazowaniu gitarzysty. Końcowa część koncertu lepi się na starcie z drobnych, szumiących fraz, potem przybiera postać free jazzowego marszu, wreszcie kona w ciepłej melodyce.

 



wtorek, 12 lipca 2016

John Russell – ‘MOdernism – POst MOdernism – SO what?’


Angielska muzyka improwizowana nie byłaby tak bogata w wyjątkowe osiągnięcia i niesamowite nagrania, nie wydałaby na świat tylu spektakularnych muzyków, gdyby nie skromny zwyczaj … cyklicznego muzykowania przy herbatce (wątek innych używek pozostawmy w sferze niedopowiedzeń).

Inicjatyw wspólnego, cyklicznego improwizowania w gronie przyjaciół i bliskich, ostatnie dekady dostarczyły całe mnóstwo. Pamiętamy o Dereku Baileyu i jego Company, nie zapominamy o London Improvisers Orchestra, która przez blisko dekadę jeden dzień w miesiącu miała regularne próby i szlifowała idiom improwizacji wielkogabarytowej. Choćby inicjatywa „kościelna” Evana Parkera i spotkania Free Zone w Appleby, które przez lata dostarczały nam niezapomnianych wrażeń. Z kolei wyjątkowy festiwal Freedom Of  The City do roku 2013 stanowił coroczny powód wycieczek wielu szaleńców z całego świata, na te kilka majowych dni do Londynu. Zamierzchłe lata 80. przyniosły serię spotkań pod nazwą Fete Quaqua, która potem przerodziła się w .. Quaqua. Za te ostatnie dwie idee odpowiadał John Russell. Przykłady możnaby mnożyć.




Modernizm, Post Modernizm i co dalej?

Podobny zamysł przyświecał temuż Johnowi Russellowi i Chrisowi Burnowi, gdy w roku 1991 powoływali do życia Mopomoso (skrót od zdania przywołanego w tytule dzisiejszej opowieści), czyli cykl regularnych, comiesięcznych spotkań improwizatorskich w The Red Rose Comedy Theatre w Londynie (przy okazji, to właśnie w tym miejscu regularnie występowała, wyżej wspomniana, London Improvisers Orchestra).  Przez siedemnaście lat spotkania w Red Rose odbywały się regularnie. Niestety w którymś momencie stali bywali tego miejsca zostali zeń wyproszeni (podobnie jak LIO), a tym samym zmuszeni do poszukiwania nowego miejsca na wspólne spotkania, koncerty i warsztaty. Raz grali w Vortexie, innymi razem w Cafe Oto, by w roku 2013 podjąć szaleńczy pomysł… zorganizowania festiwalu objazdowego. Przy wsparciu, przyjaznych kulturze wysokiej, organizacji rządowych i samorządowych (Art Council, m.in.), udało się tygodniowy tour po Anglii przeprowadzić. Kolejne lata przyniosły i nadal przynoszą nowe koncerty pod szyldem Mopomoso, co więcej znów odbywają się one w cyklach miesięcznych, w różnych miejscach przeznaczonych do konsumpcji muzyki. Po szczegóły odsyłam na mopomoso.com.




Puentą naszej opowieści o meandrach herbatowych meetingów będzie natomiast edytorska dokumentacja ze wspomnianej objazdówki w roku 2013, która całkiem niedawno ujrzała światło dziennie, dzięki nowemu wydawnictwu Johna Russella, Weekertoft Records. Pudełko z czterema dyskami zwie się Mopomoso Tour 2013: Making Rooms i zawiera … wspaniałą muzykę. Szczegóły poniżej.


Fakty bezsporne

Pierwszy Touring Mopomoso miał miejsce między 23 a 30 kwietnia 2013r. Objął siedem miast angielskich: Birmigham, Brighton, Oxford, Bristol, Sheffield, Newcastle i Manchester. We wszystkich koncertach uczestniczyło dziewięciu muzyków. Jeden – Keith Tippett, fortepian solo – dojechał jedynie na koncert do Bristolu. Zarejestrowano wszystkie koncerty, a na wydawnictwo Making Rooms trafił wybór z tychże, w łącznym wymiarze czasowym blisko 270 minut. Pomieszczono je na czterech płytach CD, z których każda otrzymała indywidualny tytuł, a następnie zapakowano do zgrabnego pudełka kartonowego. Od 30 stycznia br. można to cudo posiąść drogą kupna. Osobiście nabyłem od Alexa Warda po jego koncercie na festiwalu Art Of Improvisation we Wrocławiu.


Trio po raz pierwszy: Chasing The Peripanjandra

Na początek trzęsienie ziemi, a potem będzie już tylko lepiej. Evan Parker, saksofon tenorowy, John Edwards, kontrabas i John Russell, gitara akustyczna. Trudno o bardziej dosadną muzyczną genialność w wydaniu angielskim. Panowie grali razem setki razy, choć w tym trio mają w dorobku tylko jedną, acz wspaniałą płytę House Full Of Floors (Tzadik, 2007) i tym tytułem wykonawczym bywają określani na plakatach anonsujących ich koncerty.




Dysk dokumentujący ich popisy na objazdówce Mopomoso przynosi trzy ponad dwudziestominutowe, swobodne improwizacje. W dobrych słuchawkach słyszymy muzyków od lewej do prawej, w kolejności jakiej wymieniłem ich na wstępie tego akapitu. Od samego startu w nagraniu dominuje potężny, ale czysto brzmiący kontrabas Edwardsa. Russell brzdąka na gitarze, jakby trenował nowy motyw flamenco, a Parker lekko zawiesza głos, jakby jego tenorowi na krótki moment zabrakło języka w gębie. Wszystko już wiemy o tej muzyce, niczym nie jest nas w stanie zaskoczyć, nasz mózg z pewnością już przy tych dźwiękach nie rozwija się, ale… trudno doprawdy szukać we wszechświecie free improv piękniej brzmiącego zestawu trzyosobowego. Muzyka płynie, jakby ocean dźwięków nie miał dna, a mistrzem ceremonii musi zostać ogłoszony Edwards. Gra po prostu genialnie, ani na moment nie zdejmując nogi z pedału gazu. Gorąca lawa wylewa się z uszu każdego z trójki muzyków. W drugim fragmencie – czas na drobny odpoczynek (choć nie wiemy, czy jesteśmy na tym samym koncercie, czy może już jednak na innym – to wszak jest Tour!). Muzyka wypełnia głęboką przestrzeń Sali koncertowej zupełnie samoistnie, a ktoś z offu delikatnie charczy otworem gębowym (czyżby Edwards? ale chłop jest w formie!). Ten spokój jest jednak pozorny, bo wszystko kończy się niezłą galopadą. I fragment trzeci, ostatni – ciekawe, surowe brzmienie gitary Russella (jakby grał na … bałałajce). Po dynamicznym intro, muzyka się uspokaja, acz toczy w niepokojącym tempie i ma ochotę co chwila czymś nas zaskakiwać. Cała trójka brzmi wręcz barokowo i dowozi nas do finału w pozycji rozdziawionej gęby. Majstersztyk!


Solo raz jedyny: Naqsh

Piano solo stanowi dla mnie każdorazowo duże wyzwanie i samotną walkę z instrumentem, którego po prawdzie, po prostu nie lubię. Pat Thomas, muzyk średniego pokolenia brytyjskich improwizatorów, jest tu owym samotnym podmiotem wykonawczym. Na dysk drugi Mopomoso Touring 2013 trafiło aż dziewięć stosunkowo krótkich improwizacji. Thomas w każdym z nich stosuje trochę inną technikę gry, improwizuje w innym tempach i skalach, przeto nawet źle nastawiony do instrumentu recenzent musi przyznać, że fortepianowa opowieści nie nudzi i daje się swobodnie przetrawić.




Na objazdówce Pat używał także elektroniki, jak to ma w swoim zwyczaju, zatem w wyborze nagrań dokonanych dla potrzeb tego wydawnictwa, słyszymy i ją, jednak tylko w drobnym, trzyminutowym fragmencie. Pozostały czas wypełnia piano w wersji akustycznej. Nie brakuje ciekawych preparacji (akurat ten wątek w życiu instrumentu fortepianowego akceptuję bez zastrzeżeń), choć pozostają one w zdecydowanej mniejszości. Innymi słowy – dałem radę, jakkolwiek po latach, gdy sięgnę po ten czteropak, dysk Thomasa będzie z pewnością najmniej zużyty.


Trio po raz drugi: Knottings

Mimo oczywistych zachwytów nad muzyką zawartą na dysku pierwszym, to właśnie dysk trzeci, z kolejnym trio, zdaje się być w mym sercu fragmentem najwybitniejszym. Ale do rzeczy – Alison Blunt, skrzypce, Benedict Taylor, altówka i David Leahy, kontrabas. Całą trójkę śmiało możemy zaliczyć do grona młodego pokolenia brytyjskich improwizatorów. Zapewne na ich nazwiska natrafialiśmy do tej pory jedynie w wypadku odczytywania list obecności na kolejnych koncertach London Improvisers Orchestra.




Skrzypce i altówka na skrzydłach, kontrabas atakujący środkowym pasmem, zadziorny, niemal freejazzowy (co jednak zaskakujące w tym zestawieniu), drastycznie wyznaczający pole działania. Dynamiczne rozszarpywanie strun nie trwa jednak w nieskończoność, bowiem kontrabasista sięga po smyczek, rozpoczynając galopadę trzech dobrze naoliwionych strunowców. Ale to jednak nie filharmonia, tu dosadność i ekspresja wyznaczają ramy muzycznych eksploracji, wieńcząc 13-minutowe, kompulsywne wprowadzenie do strunowego misterium. Bo potem to już … tylko skowyt i bolesne rozszarpywanie ran. Violin i viola pięknie improwizują (altówka z dużym bagażem kameralistycznych pomysłów na zapanowanie nad koncentracją słuchacza), by po chwili głębokiego zanurzenia się w … estetyce muzyki dawnej, z werwą zedrzeć glazurę strun w trakcie improwizacji na pograniczu ciszy, w towarzystwie kontrabasu, który nie potrafi zapanować nad emocjami. Supły (knot) i zakręty (bend) wyznaczają trajektorię tej niezwykłej muzycznej przygody, która mogłaby się ciągnąć w nieskończoność, gdyby nie ograniczenia czasowe cyfrowego nośnika. Piękna muzyka!


Duet na finał: Seven Cities

Kay Grant, głos i Alex Ward, klarnet. Po jednym, drobnym fragmencie z każdego z miast goszczących Tour 2013. Amerykańska rezydentka Londynu i zdolny klarnecista, który był już podmiotem niejednej opowieści na Trybunie. To nie były, rzecz jasna, ich pierwsze spotkania w formule całkowicie uwolnionej improwizacji (co słychać!), albowiem mają w dorobku jeden krążek dla Emanem Records (Fast Talk, 2011).

Kay to kobieta temperamentna, która, choć nie dysponuje wyjątkowymi możliwościami wokalnymi i operuje raczej w węższym paśmie, to siłą wyobraźni i niepopadaniem w schematy, ani jakiekolwiek ograniczenia, czy umiejętnością kooperacji, potrafi wynieść swą improwizację na szczyty emocji, po każdej zresztą stronie sceny. Alex zdaje się być tu idealnym wręcz partnerem, który nie dość, że łapie w mig wszelkie Jej pomysły, to jeszcze gigantycznym kompetencjami w zakresie operowania skromnym klarnetem, dopowiada każde westchnienie wokalistki i zmyślnie je rozwija. Ten duet potrafi wpaść w jeden dźwięk, a my w ferworze zasłuchania, nie potrafimy odróżnić od siebie źródeł dźwięku. Raz klarnet się uczłowiecza, innym razem głos wchodzi w parametry klarnetu.





52-minutowy wyciąg z siedmiu koncertów mija jak nanosekunda w bezgranicznym wszechświecie, a ja zaczynam wierzyć w … notatki przedimprowizacyjne Alexa, z obserwacją tworzenia których, miałem do czynienia przed jego wrocławskim koncertem z Dominiciem Lashem. Niebywała integracja w procesie improwizacji z Kay Grant zapewne jest także skutkiem owych przygotowań. To jednak działa!!!