Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kris Vanderstraeten. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kris Vanderstraeten. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 stycznia 2023

A New Wave Of Jazz’ fresh outfit: Dandelion! The Art Of Crashing! Good To Be Back In Reality! Stochastic Regions!


Belgijski label A New Wave Of Jazz pracuje równo i wytrwale, każdego roku dostarczając miłośnikom wolnej improwizacji kilka łakomych kąsków. Dokonania stajni Dirka Serriesa śledzimy od początku jej istnienia, zatem nasi Czytelnicy znają każdą płytę wydaną z logo NWOJ.

Dzisiejsze spotkanie obejmie dwie jesienne premiery kompaktowe wydawnictwa, a także dwie kasetowe świeżynki, które światło dzienne ujrzały pod koniec lata zacnego roku ubiegłego. Na czterech albumach odnajdujemy jedno trio i aż cztery duety, albowiem druga z kaset ma charakter splitowy, zatem na każdej ze stron tego wyśmienicie nobliwego i jakże archaicznego, tudzież nieporęcznego nośnika pomieszczono różne nagrania. Szefa labelu znajdujemy na nagraniu trzyosobowym (tu definitywnie najciekawszym, które bez trudu trafiło na naszą coroczną listę rzeczy wartych zapamiętania) oraz na dwóch ostatnich duetach. Poza nim, na omawianych płytach zagrają dla nas sami dobrzy znajomi - z Wielkiej Brytanii, Belgii, Holandii i … Portugalii.



Dandelion by Jackson, Serries & Vanderstraeten

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, październik 2021: Tom Jackson – klarnet, Dirk Serries – gitara akustyczna oraz Kris Vanderstraeten – instrumenty perkusyjne, perkusja. Pięć improwizacji, 42 minuty.

Dość jeszcze młody Anglik i dwóch doświadczonych (nawet bardzo) Belgów proponuje nam nagranie niezwykłe. Na lewej flance bardzo kreatywny klarnecista, którego znamy z wielu ciekawych albumów, muzyk wszakże nie nastawiony na eskalowanie ekspresji, to raczej wyczulony na niuanse post-kameralista. Po prawej stronie gitarzysta, tu w wersji akustycznej, a zatem skory do intrygującego pętlenia narracji, nieustannie wystawiający partnerów na nowe i niełatwe zadania. Po środku zaś weteran swobodnego percussion & drums (dokładnie w tej kolejności), który zdaje się być głównym strategiem tej improwizacji, muzykiem, który permanentnie sieje zdrowy ferment i wtłacza narrację w coraz bardziej urokliwe sytuacje sceniczne. Dodajmy, iż album jest fantastycznie skonstruowany pod względem dramaturgicznym. Każda kolejna improwizacja zdaje się tu zagęszczać emocje i nieść nas coraz większym wzniesieniem.

Początek nagrania to gromada drobnych fraz – pisków, delikatnych obtarć, trzasków, szmerów i szelestów. Akustyczny mikro świat, który szybko gęstnieje i przyjmuje postać tzw. narracji właściwej, pełnej ciekawych zakamarków i zwinnie pokonywanych zakrętów. Wszystkie frazy, akcje i towarzyszące im bystre reakcje zdają się tu do siebie pasować niemal idealnie – od szczegółu do ogółu i z powrotem! Druga opowieść zaczyna się na stojąco – coś rezonuje, ktoś wzdycha. Po kilku głębszych oddechach narracja rusza jednak z kopyta i dość szybko zyskuje na dynamice. Zadziorne frazy gitary, wycofana melodyka klarnetu i wielopalczasty drummer, który z wyjątkową gracją pociąga za sznurki. Trzecia improwizacja faluje niczym wzburzony ocean. Najpierw budowana ze sprytnych short-cuts, potem oparta na zwinnych interakcjach. Pierwszym, który ciągnie narrację na wzniesienie jest dobrze już rozgrzany klarnet. Emocje rosną jak w dobrym filmie kryminalnym. Nie brakuje też fazy rezonująco-śpiewającej, szczególnie w parze klarnet-perkusja. Ten pierwszy ma tu nawet krótkie, w pełni samotne solo. Rozbudowana czasowo narracja wchodzi w fazę beauty falling down dopiero po dziesiątej minucie. Zdobi ją szczególnie garść tajemniczych, elektroakustycznych dźwięków, zapewne ze strony perkusjonalisty. Czwarta odsłona stawia na frazy permanentnie preparowane. Klarnetowe gwizdy, smyczkowe akcje na gryfie gitary i kacze gdakanie perkusjonalisty. Muzycy zaskakują nas tu na każdym korku – rozkołysane śpiewy, dynamiczne podskoki i stado koni w galopie – wszystko brzmi niczym soundtrack do filmu przygodowego. Na starcie ostatniej części albumu dostajemy dźwięki wprost z werbla, których pochodzenia możemy się jedynie domyślać. Rozrywane struny gitary i klarnecie popiskiwanie, to kolejne elementy tej układanki. Muzycy formują się w zwarty, na poły rytmiczny szyk. Emocje skaczą tu do samego nieba, tempo eskaluje, ekspresja eksploduje! Na moment zwalniają, by schylić się po drobne, niemal zjawiskowe dźwięki, po czym skaczą na powrót w piekło niekończących się, całkiem tanecznych podrygów. Po siódmej minucie zdejmują nogę z gazu i zaczynają preparować. Klarnecista śpiewa teraz na smutno, gitarzysta liczy struny, a perkusista przestawia przedmioty na werblu, obiera je ze skóry, zdaje się, że także … nakręca. Bardziej energetyczne frazy powracają tu na ostatniej prostej, genialnie reasumując całe spotkanie.



 

The Art Of Crashing by Costa & Ernsting

Studio SanteBoutique, Holandia (?), 2020: Hugo Costa – saksofon altowy oraz Philipp Ernsting – perkusja. Sześć improwizacji, 49 minut.

Portugalskiego saksofonistę i holenderskiego perkusistę znamy z dwóch formacji trzyosobowych – Albatre (z basem Gonçalo Almeidy) i Anticlan (z gitarą Josue Amadora). Tym razem postanowili pomuzykować jedynie w duecie, z góry zakładając, iż formuła free jazzu będzie dla nich najodpowiedniejsza. Świetnie sobie w zadanej estetyce poradzili, dodatkowo mając w zanadrzu sporo nie do końca jazzowych doświadczeń z obu wymienionych grup, wnieśli do tygla dość spodziewanych emocji fire music całe mnóstwo niuansów dramaturgicznych, brzmieniowych onomatopei, a nade wszystko dużo zwyczajnej, jakże bezcennej kreatywności.

Pierwsza odsłona albumu, to miniaturowa narracja budowana niemal wyłącznie frazami saksofonowymi. Costa oddycha, lekko rezonuje, śle kilka post-jazzowych pętli na tzw. dobry początek. Kolejne trzy improwizacje trwają po dziesięć i więcej minut, zdają się być prawdziwym mięsem tego ognistego splotu wydarzeń dźwiękowych. Narracja saksofonu budowana jest dość pieczołowicie, step by step ku niebu/ piekłu stylowej, jakże emocjonalnej opowieści. Z kolei perkusja od startu szyje gęstym, tłustym, niebywale ekspresyjnym ściegiem. W wielu momentach można odnieść wrażenie, jakby strugę rytmicznej, wielowarstwowej narracji prowadziły przynajmniej dwa zestawy perkusyjne. Muzycy idą tu w ogień free jazzu, jak w ramiona ulubionej kochanki, czują się komfortowo w gęstym strumieniu improwizacji. Aktywność drummera sprawia wszakże, iż to saksofonista ma tu więcej sposobności, by czasami zwolnić, zadąć w róg nieco bardziej zadumanym tembrem, czy wysłać w świat kilka rezonujących fonii. W tej akurat ekspozycji najciekawiej dzieje się chyba wtedy, gdy w dynamicznej narracji muzycy pozostawiają dźwiękom więcej przestrzeni, budują frazy na lekkim wydechu i mimo dynamicznej sytuacji, donikąd nie gnają. Improwizacja umiera tu pod ciężarem pustych, saksofonowych dysz i oddechu upoconej perkusji. Zresztą efektowna finalizacja, to silna strona także kolejnych improwizacji. Trzecią z nich otwiera perkusyjna introdukcja. Alt wkracza do gry soczystymi dronami po kilkudziesięciu sekundach. Tempo jest tym razem umiarkowane, a wiele saksofonowych fraz ma tu bardzo melodyjną bazę. Potem gęsty ścieg drummerski jeszcze się … zagęszcza i improwizacja zionie ogniem niczym wataha smoków. Czwarta opowieść trwa ponad kwadrans, jest zatem budowana bardzo nieśpiesznie i z dużą rozwagą dramaturgiczną. Saksofon zaczyna swingowym stepem, z kolei perkusista sprawia wrażenie konia, który ubija ziemię pod kopytami. Z tej nieoczywistej sytuacji scenicznej artyści kreują piękną opowieść. Znów to drummer jest tym, którego ciągnie do ognia, saksofonista skupia się raczej na leniwym czerpaniu radości z chwili obecnej. Narracja nabiera tu niemal rytualnego drive’u, cieszy ucho każdą frazą. Pod koniec najpierw zalewa nas ogniem ekspresji, potem doskonale tłumi się pod presją coraz wolniejszego stepu perkusji i dętego pisku opon. Dwie finałowe improwizacje trwają po kilka minut i pokazują duet w nieco innym świetle. Najpierw czeka nas meta ekspresyjna ballada z niemal coltrane’owskim sznytem. Drummer kręci tu pętle, saksofonista śpiewa z lekką zadumą, dronuje, nie stroni od drobnych preparacji. Narracja faluje, nadyma się i kurczy. Ostatnia improwizacja od pierwszego dźwięku stawia na dynamikę, dęte pokrzykiwania, ale i pewien perkusyjny suspens. Artyści tańczą wokół własnej osi i z gracją kończą swe dzieło.



Good To Be Back In Reality by Webster & Grigg

Peckham Road Studios, Londyn, styczeń 2022: Colin Webster – saksofon altowy oraz Matthew Grigg – gitara, amplifikator. Osiem improwizacji, 53 minuty.

Webster i Grigg znają się bardzo dobrze, ale nie nagrali jeszcze razem tysiąca płyt. Jednak ich nowa produkcja sprawia wrażenie, jakby całe życie grali tylko ze sobą. Upichcili nam bowiem bardzo zwarte, ciasne i gęste improwizacje, w trakcie których naczelnym celem stało się szukanie wzajemnych podobieństw, tudzież zachowań imitacyjnych, nie zaś eskalowanie brzmieniowych dysproporcji pomiędzy ognistym altem, a elektryczną gitarą zaplątaną w zwoje kabli i przetworników.

Otwarcie sesji nie trwa tu zbyt długo. Kilka drobnych westchnień z obu stron i od razu krok ku narracji usianej dźwiękami, realizowanej w tempie, nastawionej na szybkie interakcje. Strumienie fonii budowane są tu nie tyle ekspresyjnymi frazami, ile preparowanymi, które zdają się łatwiej odnajdować brzmieniowe podobieństwo. Z jednej strony trochę akustycznych trzasków i szmerów, z drugiej dużo hałaśliwych nutek wypełnionych prądem. Druga odsłona prowadzona jest początkowo w bardziej umiarkowanym tempie. Tu muzycy łapią kontakt na poziomie dramaturgicznych subtelności. Tkają samonakręcającą się narrację z drobinek rozbitego szkła. Potem chwytają więcej powietrza w płuca i gonią za ochłapami ekspresji, tu dość mrocznej i nieoczywistej, ale nasączonej pokrętną melodyką. W trzeciej części dyskutują w oparach ciszy za pomocą short-cuts – drobnych parsknięć tuby i zgrzytania strun. Z czasem nabierają jednak mocy, intensywności, lepią się w jedną strugę post-noise. Czwarta improwizacja wydaje się na tle poprzedniej niemal filigranowa. Dostajemy więcej czystych fraz, a niektóre figury narracyjne zdają się być niemal wirtuozerskie. W kolejnej części artyści stawiają na drony i szukają przeciwieństw - ciepły vs brudny, rezonujący vs sprzęgający. Dość sprawnie nabierają gęstości, ale w połowie utworu stają się tylko szumem w tubie i szelestem gitarowego amplifikatora. Potem serwują sobie bitwę na śnieżki – rwane, wychłodzone, ale ekspresyjne. Szósta część powraca do konwencji filigranowej. Trochę wytłumionych śpiewów, trochę polerowanych strun, jęki i zdrobnienia - wszystko przypomina tu upiorną kołysankę dla łobuzów. Siódma opowieść dowodzi, iż kontrast jest dobrą metodą budowania dramaturgii. To ostry skok w bezmiar ekspresji – charcząca tuba i silnie sfuzzowana gitara, a wszystko realizowane w imponującym tempie. Wreszcie końcowa improwizacja, dużo spokojniejsza, ale nasycona brudnymi, sprzęgającymi się dźwiękami obu instrumentów. Wielka, post-industrialna smuga cienia! Saksofon buduje drony, gitara szuka hałasu. W połowie ekspozycji delikatny stopping, oddech w chmurze rezonansu, a potem już tylko finałowe śpiewy altu i kilka zgrabnych, posuwistych ruchów na gryfie gitary.



Stochastic Regions by Serries, Mobin & Stokart

Border Lab, Orlean, Francja i domowe studio, Belgia, od marca do listopada 2021: Dirk Serries – gitara archtop oraz Anton Mobin – prepared chamber (strona pierwsza); Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, marzec 2022: Dirk Serries – amplifikowana gitara archtop oraz Quentin Stokart – gitara, amplifikator (strona druga). Łącznie piętnaście improwizacji, 52 minuty.

Angielskie określenie chamber ma bardzo wiele znaczeń. W muzyce zwykliśmy odnosić je do stylistyki kameralnej, jako wszakże rzeczownik może być rozumiane także jako pomieszczenie. Anton Mobin, to artysta, który swoje dźwiękowe spektakle zwie prepared chamber. Znamy już kilka jego ujawnień, po prawdzie do dziś jednak nie wiemy, jakimi metodami produkuje on dźwięki, z których konstruuje swoje improwizacje. Tu dostajemy jego dzieło, które jest efektem postprodukcyjnego zderzenia z akustycznymi improwizacjami gitary. Mobin znów czyni tu cuda, dodatkowo retorycznie pytając, gdzie kończy się dźwięk akustyczny, a gdzie zaczyna jego przetworzona, syntetyczna forma. Z kolei na drugiej stronie kasety … intelektualnie odpoczywamy. Tym razem gitara akustyczna zostaje delikatnie amplifikowana, a towarzyszy jej druga gitara, także korzystająca z drobnego wzmocnienia. Słuchajmy zatem obu opowieści nad wyraz uważnie!

Pierwsza strona kasety składa się dziewięciu na ogół krótkich epizodów. Każdy z nich jest gęsto naładowany dźwiękami zwanymi prepared chamber, pozornie akustycznymi, których pochodzenia możemy się jedynie domyślać oraz dźwiękami, które dość łatwo przypisać możemy gitarze akustycznej. Serries pracuje tu w typowy dla siebie sposób – rysuje fikuśne pętle, zgrzyta zębami, kreuje pół riffy, którym nie brak bluesowego posmaku. Cała reszta jest dziełem Mobilna, a ich opisanie zgrabnym, choć odrobinę zrozumiałym językiem graniczy niemal z cudem. Potok skojarzeń odbiorcy zdaje się nie mieć tu końca. Część dźwięków to rwane, wręcz szarpane fonie, inne płyną dłuższymi strumieniami, na poły kameralnymi (a jednak chamber!), jeszcze inne zakwalifikować możemy jako post-perkusyjne. Bardzo często mamy wrażenie, że przebywamy w zakładzie szlifierskim, w którym nie brakuje szumów, szelestów, zgrzytów i trzasków, przesuwających się suwnic, całych plejad rezonujących fraz, tudzież innych meta industrialnych fonii. Czasami słyszymy fale radiowe, innym razem ktoś przesuwa po podłodze ciężką donicę. Bywa, że rękach szaleńca znajduje się balon, który ugniatany z dużą siłą nie chce jednak pęknąć. Ów wielobarwny i nieskończony świat post-akustyki na ogół wchodzi w zdrowe interakcje z żywym instrumentem.  I to zdaje się być naczelną wartością pierwszej strony kasety.

Druga strona nie wymaga już od nas ciągłego nadstawiania uszu i zadawania pytań. To sześć zgrabnych improwizacji na dwie gitary. Początek tej historii jest dość filigranowy. Drobne frazy z gitar najpierw ledwie szumią mocą wzmacniacza, potem zdają się sycić nieco większą porcją prądu. Slajsy, mikro riffy i drobne zakręty, odrobina charczących preparacji i post-westernowe pasaże małych melodii. W kolejnej części dominują preparacje, w trzeciej zaś niemal rockowe riffowanie. W czwartej artyści wracają do wymiany dźwiękowych subtelności. Każdy z nich snuje tu dość linearną narrację, nie ma zatem potrzeby, by wchodzili w bardziej intensywne interakcje. Pod koniec tej części najpierw obie gitary nabierają siarczystości, potem zadumanego mroku. Piąta improwizacja wydaje się być szczególnie urokliwa. Serries szoruje tu struny, z kolei Stokart snuje akustyczne drony. W dalszej części nagrania pojawiają się smyczki, które generują dodatkowe porcje ekspresji. Finałowa improwizacja budowana jest z drobnych dźwięków, czasami zadziornych, czasami dość obłych, doposażonych w melodię i niekiedy sporą dawkę emocji. W połowie utworu muzycy odnajdują ciszę i na jej poziomie udanie finalizują opowieść.



wtorek, 1 grudnia 2020

Russell, Keune and Vanderstraeten! On Sunday … sometimes ago!


Brytyjski gitarzysta John Russell został na tych łamach odmieniony z pewnością przez wszystkie przypadki. Wybitny improwizator, ten najbardziej predestynowany artystycznie do tytułu wielkiego kontynuatora dokonań Dereka Baileya, ma w dorobku wiele wspaniałych nagrań. Także z udziałem niemieckiego saksofonisty Stefana Keune’a, który choć w portfolio posiada definitywnie mniej nagrań, ostatnimi czasy trafia pod pióro Pana Redaktora regularnie, na ogół podsumowywany całą kawalkadą nadzwyczaj szczerych zachwytów. Jeśli zatem w naszych odtwarzaczach ląduje nowe (niepublikowane) nagranie tych artystów, to rzucamy się w wir ich improwizacji bez zbędnej zwłoki, mając zagwarantowane emocje najwyższych lotów. I zupełnie nie przeszkadza nam fakt, iż nagranie koncertowe ze stolicy Belgii przeleżało się na czyimś dysku równo dekadę (poprzednio ujawnione wspólne nagranie tych Panów czekało na edycję … 26 lat, zatem tym razem to zaiste skromna zwłoka).

W ostatni dzień stycznia 2010 roku nasi bohaterowie koncertowali w miejscu zwanym Bar L'Archiduc (niezwykle ważnym na mapie wartościowych miejsc dla ambitnej sztuki), a na trzeciego do tria zaprosili albo zostali zaproszeni przez perkusistę Krisa Vanderstraetena (kolejna ważna postać tamtejszej sceny!). Muzycy zagrali dwa długie sety (łącznie ponad 70 minut). Dodajmy, iż Russell grał – jak niemal zawsze – na amplifikowanej gitarze akustycznej, Keune na saksofonie altowym, a Vanderstraeten, obok perkusji, miał do dyspozycji rozbudowany arsenał perkusjonalii, a także, co dowodzi uważny odsłuch, pewne dęte przedmioty. Wydawcą płyty CD jest A New Wave Of Jazz. Płyta miała swoją premierę w październiku 2020 roku.

 


On Sunday 1. Zgrzyty na werblu, mikro frazy z tuby altu, ściskanie strun na suchym gryfie gitary – otwarcie koncertu jest niezwykle delikatne, ale kąsa smakiem niczym wytrwane, czerwone wino. Nerwy, pierwsze emocje, choć bez specjalnej dynamiki, kreują narrację pełną drobiazgów, akustycznych szczegółów. Po kilki minutach moc jest już z nimi, a także niebywale piękny blask stevensowskiego Spontaneous Music Ensemble, owych cudnych, molekularnych wymian dźwiękowych, czynionych nawet w fazie sporego galopu. Świetną robotę wykonuje perkusista – nie eskaluje napięcia, nie dba o głośność, doskonale słucha, tworzy efektowne tło, które spaja wyczyny gitary i altu, podkreśla ważne momenty, przekłada na bardziej zrozumiały język ich wzniosłe, chwilami abstrakcyjne improwizacje. W 11 minucie czas na krótkie solo Russella, niemal relaksacyjne, a w tle słyszymy gaworzące dziecko, które będzie nam (niestety) towarzyszyć do końca pierwszego, niemal półgodzinnego seta. Gdy narracja powraca do formuły tria, muzycy znów ślą efektowne, jakże wyrafinowane short-cuts, bawią się w bystre, intuitywne call & responce, zagęszczają ścieg opowieści, a potem cudownie schodzą do poziomu pojedynczych dźwięków każdego z instrumentów. Gdy wchodzą w fazę preparacji perkusista włącza się do zabawy ptasimi piskami na bliżej niezidentyfikowanym instrumencie dętym. Finał seta stawia na demokratyczną wymianę jedynie słusznych poglądów – jest czas na szybkie expo gitary z perkusją, jest też czas na okrzyki i wspólne szorowanie powierzchni płaskich.

On Sunday 2. Otwarcie drugiego seta rozpoczyna się bardzo spokojnie. Bar ciągle jest z nami, szczęśliwie słodka latorośl już poszła spać. Muzycy wchodzą w improwizację ostrożnie, na placach. Keune pozostaje tu klasycznym introwertykiem, Russell, dla odmiany, równie klasycznym ekstrawertykiem, a Vanderstraeten zdaje się łączyć oba typy osobowości - bystry, jakże wszechstronny obojnak. Małe popiskiwania altu, brzęk gitarowych strun z półmelodią w tle, szelest perkusjonalnych obiektów – muzycy nabierają energii kinetycznej mając na twarzach wymalowane spontaniczne konotacje (tylko za sterami drums nie siedzi John Stevens). Pojawiają się kanty, małe zadziory, zwinne akcje i jeszcze lepsze reakcje. Przed 10 minutą krótka faza galopu, a zaraz potem bystre spowolnienie, dające nam kolejną okazję na odsłuch życia barowego. W 13 minucie szybkie solo saksofonu – Keune piszczy jak kot, w tle Russell liczy struny, a pałeczki drummerskie Vanderstraetena odpoczywają na werblu. Beauty silent time! W ramach podsumowania tej części koncertu konkurs szorowania z udziałem gitarzysty i perkusjonalisty! Po niedługiej chwili Keune wraca z wizerunkiem Trevora Wattsa wymalowanym na roześmianej twarzy! Trio rusza w kolejną, przeuroczą półgalopadę, ale realizowaną definitywnie z zachowaniem zasad dystansu społecznego, na dużym luzie i z rosnącą przestrzenią pomiędzy dźwiękami, także z interwałami ciszy i ukojenia. Bezwzględnie, trio to świetnie radzi sobie z dyktowaniem tempa, jego studzeniem, z dawkowaniem emocji. Mistrzowie kreatywnej dramaturgii! W 24 minucie znów krótki epizod w duecie gitara i perkusjonalia, zaraz potem trio, którego dźwięki rozlewają się wyjątkowo szerokim strumieniem, z mnóstwem akustycznych drobiazgów. W kolejne tango artyści wyruszają w okolicach 30 minuty, ale znów znajdują chwilę na pauzę, złapanie oddechu, kilka wymian ukradkowych spojrzeń. W końcu wszakże docierają do poziomu fire music. Ogień bucha na wszystkie strony, po niczym gaśnie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Muzycy wchodząc w fazę preparacji, muszą robić duże wrażenie na publiczności, bo bar zdaje się, że wreszcie zamilkł, a słuchacze wydają z siebie okrzyki radości w ślad na wyczynami muzyków (zwłaszcza Krisa!). Saksofon, który miał kolejny short break, powraca pięknymi, suchymi dronami. Wszystko dzieje się tu na pograniczu ciszy, choć finał seta już za moment. Wraz z wybiciem 40 minuty powraca dynamika, ale nie brakuje też autorefleksji. Saksofonista i gitarzysta biją się z myślami, zaś perkusista aktywnym circle drummingiem zdaje się przejmować los seta w swoje ręce. Opowieść gaśnie z elementami barowego field recordings. Gdy wybrzmiewają ostatnie frazy, ktoś efektownie otwiera i zamyka drzwi.

 

środa, 2 października 2019

A New Wave Of Jazz! A Very Long October’ Wave!



A New Wave Of Jazz, label prowadzony przez belgijskiego gitarzystę Dirka Serriesa, funkcjonuje już kilka lat i jest świetnie rozpoznawalny w świecie szeroko rozumianej muzyki improwizowanej, zaś samo określenie jazz w jego nazwie – to Czytelnicy Trybuny wiedzą doskonale – ma delikatnie przewrotny charakter.

Październik, to ważny moment dla NWOJ. Dwudniowy, specjalny Festiwal w trakcie trzeciego weekendu miesiąca (w belgijskim Rijkevorsel, w klubie de Singer), premiera kolejnych siedmiu tytułów w katalogu (dobijamy do numeru 27!), a już teraz, w Poznaniu, w ramach A New Wave Of Impromptu – 3.Spontaneous Music Festival, największa polska prezentacja muzyki wydawnictwa. W trakcie czterech dni imprezy, na scenach Dragona, Pawilonu i Studia Aktorskiego STA, pojawi się bowiem aż czterech stałych obywateli państwa Nowej Fali Jazzu – Dirk Serries, Colin Webster, Andrew Lisle i Benedict Taylor!

Dodatkowo Pan Redaktor był łaskaw uzyskać dostęp do wszystkich nowych płyt wydawnictwa, a zatem poczynić mógł stosowny odsłuch. Poniżej przeczytać możecie jego wynurzenia na ich temat. Wedle deklaracji Serriesa, wszystkie nowe tytuły będą dostępne przedpremierowo (!), w wymiarze handlowym, na poznańskiej imprezie. Zapraszamy zatem na nią podwójnie!




Boskage by Daniel Thomson & Colin Webster

Przegląd nowości wydawniczych NWOJ zaczynamy od soczystego duetu gitary akustycznej i saksofonu altowego, instrumentów pozostających w dłoniach naszych absolutnych brytyjskich faworytów – Thompsona i Webstera. Dźwięki zarejestrowane latem ubiegłego roku w londyńskim studiu Soundsavers, całość podzielona na trzy części, łącznie prawie 54 minuty.

Spotkanie zaprawionych w bojach lisów, do tego świetnie znających się z niejednego polowania, nie wymaga jakiejkolwiek gry wstępnej. Małe, introdukcyjne frazy dość szybko przechodzą w tzw. narrację właściwą, choć nie nosi ona znamion szczególnie dynamicznej. Raczej tłumienie emocji niż ich erupcja. Webster wydaje pierwsze, nieco bardziej dźwięczne fonie dopiero w 4 minucie. Rysuje uroczo pozakrzywiane do wewnątrz linie melodyczne, a gryf gitary Thompsona też zdaje się być usiany opiłkami czegoś śpiewnego. Opowieść toczy się bez pośpiechu, w skupieniu i należytym szacunku dla partnera. W drugiej części improwizacji otwarcia saksofon nie stroni od preparacji i śladowej sonorystyki, a wszystko czyni na bazie dość gęstego flow gitary. Ostatni kwadrans zaczyna się solową ekspozycją Daniela, który w typowy dla siebie sposób, zmysłowo piłuje struny nierozpoznanym przedmiotem. Szum z tuby wplata się w ten mistyczny kaganiec i muzycy w wyjątkowo pięknym stylu finiszują.

Druga improwizacja zaczyna się nieco bardziej dynamicznie. Struny zdają się niknąć w czerwonej poświacie pełnego rozgrzania, a saksofon otulony dronowymi pasmami czuwa tuż z obok. Oto całkowicie wyzwolone free improv, dalekie od free jazzu, nieco mniej oddalone od wolnej kameralistyki, jakby czyste samo w sobie. Najpiękniej dzieje się w tej części nagrania, gdy struny gitary wpadają w delikatny trans, a tuba saksofonu szumi niczym las wierzbowy. Na finał części drugiej muzycy przypominają nam, że potrafią nieźle hałasować. W trzecią improwizację wchodzą rwanymi frazami, nutka goni tu nutkę, po czym nabierają gęstości niczym Derek Bailey i Evan Parker w najlepszych swych duetach, być może ci tutaj, nawet lepiej się słuchają! Nim po 10 minucie wejdą w stan poszukiwania ciszy, zdążą jeszcze zaprezentować nam uroczy fragment, w którym dźwięki obu instrumentów zlewają się w jeden potok fonii. W nowy wątek Daniel i Colin wchodzą niemal półtanecznym krokiem, nabierają dynamiki, aż iskry lecą. Last minute koi wszystkie dotychczasowe emocje – gitara repetuje flażoletami, a saksofon śpiewa zalotną pieśń pożegnania.




Close/ Quarters by Benedict Taylor & Anton Mobin

Kolejna perła w najnowszym strumieniu Nowej Fali Jazzu, to spotkanie altówki (Benedict Taylor) i … prepared chamber (Anton Mobin). Opis płyty nie uszczegóławia, co kryje się za tym ostatnim określeniem, ale tzw. zawartość dość szybko pokazuje, iż … nie jest to aż takie ważne. Siedem swobodnych improwizacji, nagranych we wrześniu 2017 roku we Francji, łącznie prawie 42 minuty.

Altówka w środowisku elektroakustycznym – struny drżące w potoku dźwięków wydawanych przez post-perkusyjne obiekty nieznanej proweniencji. Skupienie, dbałość o detale typowa dla wysokogatunkowego free improv – preparacje i dewastacje, koniunkcje i alternatywy. Dekonstruowana kameralistyka i ognisty, choć chwilami także suchy strunowiec. Przebogate królestwo tajemniczych fonii. Czyż mogło nas spotkać coś bardziej urokliwego? Druga improwizacja wydaje się być jeszcze bardziej filigranowa, wręcz molekularna. Muzycy zwinnie brną w pytania i odpowiedzi, a preparacje sięgają stanu pre-industrialnego. Trzecia część jeszcze intensywniej zagłębia się w proces preparacji. Benedict zdaje się już sięgać nieba, Amon zaś mistrzowsko czyni swoją powinność - post-akustyczna finezja cienkich pasm basowych strumieni dźwiękowych. Po chwili, w czwórce, pojawia się garść dłuższych, bardziej siarczystych fonii. Na ich tle altówka, gotowa już na wszystko, tańczy i swawoli w najlepsze. Pod strunami ma opiłki metalicznego prądu.

Piąta improwizacja, to hydraulika i blacharstwo użytkowe – misy, kotły, naprzemiennie wilgotne i suche struny, której w szóstej części, rwane i poniewierane, w towarzystwie małych dzwonów rurowych, budują akustykę sytuacji zupełnie nierzeczywistych. Świat fake sounds staje się udziałem wszystkich, po obu stronach abstrakcyjnej sceny. Rośnie udział dźwięków, które winniśmy zaliczyć do elektroakustycznych, także garść basowych, harshowych pasaży. A na finał tej niezwykłej podróży… zmutowane pasma post-electro! Struny drżą i mechanistycznie zawodzą, preparowana post-kameralistyka bije na alarm. Moc dźwięków zaciska się na gardłach muzyków, a beat blue electro niewinnie repetuje. Ostatnia prosta, dla przywrócenia równowagi w przyrodzie, lśni już czystą, jakże ulotną akustyką.




Segment Tones by Tonus

Opuszczamy świat zupełnie swobodnej improwizacji, by na moment zanurzyć się muzyce kreowanej w oparciu o notacje graficzne Dirka Serriesa pod szyldem Tonus, gdzie pełnoprawnym aktorem spektaklu jest … cisza pomiędzy dźwiękami. Znamy już wiele inkarnacji tej idei, teraz czas na trio z udziałem Martiny Verhoeven na wiolonczeli i concertino oraz Colina Webstera na klarnecie i saksofonie altowym. Sam mistrz ceremonii nie sięga tym razem po gitarę, a zagra na akordeonie i soprano melodica. Trzy utwory, 46 i pół minuty. Nagranie studyjne ze świetnie nam znanego Sunny Side Inc. Studio w Brukseli, z listopada 2018 roku.

Pierwszą narrację tworzą wysoko zawieszone drony, generowane przez concertino, klarnet i soprano melodica (?). Dźwiękom żywych instrumentów towarzyszą oddechy muzyków, przełykanie śliny, szelest powietrza i wielowymiarowa cisza pod różnymi postaciami - prawdziwa konstytucja muzycznej idei Tonus. W trakcie ponad 17 minutowej, predefiniowanej improwizacji dźwięki są okazjonalnie modulowane, a struktura opowieści ulega mikroskopijnym zmianom. Po 10 minucie narracja sprawia wrażenie nieco bardziej intensywnej, a rola cisza zostaje zmarginalizowana.

Dalece bardziej intrygujące pod względem dramaturgicznym zdają się być dwa pozostałe utwory. Drugi budowany na podobnej zasadzie jak pierwszy, ale przy użyciu innych zasobów – wiolonczela traktowana smyczkiem, akordeon i saksofon altowy. Znów drony nakładają się na drony, ale intensywność opowieści jest dalece satysfakcjonująca. Po 7 minucie Webster może sobie nawet pozwolić na całkowicie swobodne przebieżki po dyszach. Zgodnie z tytułem - amplitudy, do środka i na zewnątrz. Trzeci odcinek także budowany jest przez gęstą wiolonczelę Martiny, która płynie jednak nieco wyżej. Dirk sięga po melodikę, Colin nadal dzierży w dłoniach alt. Opowieść buduje się bardzo małymi krokami. Niepokojąca cisza, dźwięk przypominający … maszynę do pisania, przyczajone instrumenty w żmudnym procesie zaniechania. Dźwięki szeleszczą i boleśnie zawodzą. Cello gra pełnymi frazami, melodica stawia stemple fonii i plastry ciszy, a saksofon śle drony, także zdobione momentami bezdźwiękowymi. Muzycy nieustannie szukają strategii minimalistycznej i na ogół są w tym skuteczni. Na ostatniej prostej Martina preparuje wiolonczelę, a Panowie dramaturgicznie milczą.




Air by Asmus Tietchens & Dirk Serries

Pozostajemy w obszarze improwizacji konceptualnej, realizowanej wg zadanych wcześniej scenariuszy. Poniższy duet, to jakby wariacja na temat idei Tonus. Żywe instrumenty, na których gra Dirk Serries (kolejno – klarnet, melodica, concertina, akordeon, harmonika i ponownie klarnet), poddawane są tzw. zabiegom (treatments), za które odpowiada Asmus Tietchens. Sześć części, ponad 55 minut.

Uruchamiamy wyobraźnię, bezwzględnie nam się przyda. Na wejściu słyszymy małą orkiestrę fletów, która w głębokiej jaskini snuję balladę powitalną, być może to jednak chór aniołów wiecznie potępionych, który płynie z grubą warstwą ciszy pomiędzy zębami. Oto świat dźwięków niemal post-akustycznych, generowanych przed nie do końca zdiagnozowane źródła. Wielkie organy natury, które w duchu głębokiego minimalizmu, bystrze repetują.

Nagranie zdaje się być kolejnym wyjściem Serriesa poza artystyczną strefę komfortu. Dźwięki żywych instrumentów zostają wpreparowane w ciepłe podmuchy powietrza (Air!), przemodelowane ideą post-ambientu, nasączone metafizyką. Całość wydaje się delikatnie nierówna, zdecydowanie atrakcyjniejsze są momenty ulotnych dźwięków, przefiltrowanych przez ciszę. Inne, te bardziej dosadne (np. z concertiną) wydają się zbyt cielesne, dosłowne, zbyt dopowiedziane. Najciekawsze są bez wątpienia dwa ostatnie fragmenty płyty. Najpierw dźwięki harmoniki – mroczny kosmos wyjątkowo zmysłowego ambientu, potem zaś klarnet, który śpiewnymi strumieniami przywołuje klimat elektronicznych czasów Serriesa spod znaku vidnaObmana. Finał płyty rekompensuje naprawdę wiele.




Impetus by Serries/ Vanderstraeten/ Verhoeven

Niezwykle ochoczo powracamy do muzyki swobodnie improwizowanej! Wieczny duch minimalizmu nie będzie jednak opuszczał muzyków, zwłaszcza w kilku kluczowych momentach Impetus, niewątpliwie ekscytującego spektaklu o takiej właśnie nazwie. Dirk Serries na gitarze akustycznej, Kris Vanderstraeten na instrumentach perkusyjnych oraz Martina Verhoeven na fortepianie. Ponownie Sunny Side Inc. Studio, grudzień 2018 roku. Pięć fragmentów, łącznie prawie 44 minuty.

Opowieść tria rozpoczynamy od powolnego głaskania instrumentów, pierwszych zwodniczych interakcji, zwinnych preparacji, małego drummingu, posuwistego piana i skromnej gitary, która choć akustyczna wedle opisu płyty, na początku pobrzmiewa drobinkami prądu. Oto przed nami full free improv, realizowane od startu niezwykle pieczołowicie. Początkowo szyte gęstym ściegiem, potem from time to time, nabierające znamion czystego minimalizmu. Niuanse, detale, szczegóły i drobiazgi, to elementy składowe tej historii. W pierwszej odsłonie dominują akcje i adekwatne reakcje, specyficzne i błyskotliwie call & responce. A na finał części nawet coś na kształt estetyki click piece, idei znów wprost z głowy Johna Stevensa. Druga opowieść zaczyna się kojącym spokojem narracyjnym. Dźwięk za dźwięk, ale wszystko bliskie detailed minimal - konsekwentne wzmagania z naturą dźwięku ultra akustycznego, surowego, pełnego czerstwej urody. Całość ładnie się zazębia, czemu pomagają perkusjonalne, dość aktywne błyskotki.

Część trzecia, najdłuższa, przywołuje w pamięci klimat akustycznych przygód Dereka Baileya, nie tylko na poziomie gitary, ale także perkusjonalii. Muzycy świetnie na siebie reagują, a nic co boskie, nie jest im w tym momencie obce. Narracja w fazie początkowej i środkowej szybko nabiera intensywności i gubi schowany za kołnierzem minimal. Z czasem akordy piana i powstrzymująca się od nadmiernych emocji gitara, starają się konstytuować minimalistyczny pragmatyzm tej improwizacji. Narracja osiąga stan wielowymiarowego szumu post-akustycznego, by w finale utonąć w półdronowej repetycji gitary. Czwarta improwizacja wyprowadza ideę minimalizmu zdecydowanie przed szereg. Jeden akord piana, coś zaskrzypi na małym werblu, przypadkowy owad usiądzie na gryfie gitary. Wszyscy dość skutecznie poszukują wiecznej ciszy. Po połowie utworu wykazują się jednak większą aktywnością, baa, w fazie finałowej zagęszczają opowieść do poziomu zbliżonego do początku spektaklu. Ostatnia improwizacja podtrzymuje intensywność końcówki poprzedniej. Preparacje perkusjonalne, szorowanie strun gitary, stukot fortepianowych młoteczków. Narracja żwawa, pod koniec osiąga nawet stan półgalopu, z okruchami acoustic noise. Piękny finał równie wyrazistej płyty.

*****

Imponującą listę październikowych premier A New Wave Of Jazz uzupełniają dwa krążki z muzyką skomponowaną, autorstwa Antoine’a Beugera. Pierwsza zwie się Traces Of Eternity, a podmiotem wykonawczym jest pianista Dante Boon (nagranie studyjne, maj 2019 roku). Druga, to Now Is The Moment To Learn Hope, a podmiot wykonawczy jest bardziej rozbudowany - The Extradition Ensemble w składzie: Loren Chasse na dzwonku, Brandon Conway na gitarze klasycznej, Sage Fisher na harfie, Matt Hannafin na bowed crotale, Branic Howard na gitarze traktowanej smyczkiem, wreszcie Evan Spacht na puzonie altowym.

Muzyka zawarta na obu albumach wpisuje się w model minimalistyczny, jaki zwykł proponować Tonus w każdym swoim wcieleniu. Oczywiście atencja muzyków przesunięta jest z procesu improwizacji ku modelowi performatywnej realizacji założeń artystycznych kompozytora. Polecam w kategorii bardzo udanego odsłuchu meta relaksacyjnego.