Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Colin Marston. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Colin Marston. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 września 2022

The Barcelona’ new outfit: Slight Deform! Tàlveg! Tholos Gateway! Les Capelles! Villavecchia Trio!


Tydzień z muzyką improwizowaną z Barcelony zapoczątkowaliśmy w ostatni wtorek, prezentując najnowsze dzieło Liquid Trio. Dziś kontynuujemy omawianie nowych albumów powstałych w Barcelonie, stworzonych przez muzyków szczególnie przez nas cenionych.

Na początek zaprezentujemy dwa nagrania z udziałem gitarzysty Ferrana Fagesa – z nowym duetem i triem, z którym współpracuje już od kilku lat. W dalszej kolejności pochylimy nasze recenzenckie zmysły nad trzema płytami z udziałem kontrabasisty Àlexa Reviriego i perkusisty Vasco Trilli. W pierwszej kolejności będzie to wyprawa do świata mrocznego ambientu (w towarzystwie kanadyjskiego basisty Colina Marstona), potem kwartet elektroakustyczny, w pełni już iberyjski i równie mroczny, a na końcu trio saksofonisty Liby Villavecchii, dla którego mocną, jazzową sekcję rytmu stworzyli dwaj wcześniej wspomniani artyści.

Dodajmy, iż Ferran Fages, Àlex Reviriego i Vasco Trilla będą gośćmi najbliższej edycji Spontaneous Music Festival. I to już za cztery tygodnie, w poznańskim Dragonie! Welcome!



 

Slight Deform  Inside (Bandcamp’ self-released, CD 2022)

14 i 15 listopada 2020, Studios Rosazul, Barcelona; Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Clara Lai – fortepian. Szesnaście części, ponad pięć kwadransów minut. 

Fages i Lai zapraszają nas do konceptualnej medytacji. Swoją długą opowieść podzielili na dwie części. Najpierw proponują nam siedem odcinków Inner (wewnętrznych), potem piętnastosekundową pauzę i osiem części Sided (jednostronnych). Jednocześnie w trakcie całego albumu stosują dwa typy instrumentacji – fortepian z klawiatury i gitara w jednej tonacji lub inside piano, tudzież dźwięki preparowane i gitara w tzw. zmiennej tonacji. Dostajemy zbiór kilkunastu improwizacji, od ledwie kilkudziesięciosekundowych do dziesięciominutowych, silnie ustrukturyzowanych, których naczelną konstytucją jest kreatywny minimalizm, ale którym choćby przez ułamek sekundy nie brakuje emocji. Ogromną wartością tego nagrania jest także brzmienie obu instrumentów, szczególnie gitary (typowe dla Fagesa!), choć w wielu momentach brudne i zniekształcone, w każdej sekundzie intrygujące.

Historia zwana Inner w swych pierwszych trzech odcinkach, to jakby kanon zachowań minimalistycznych ze strony obojga artystów. Najpierw oba instrumenty grają z echem, potem ich frazy nabierają większej dźwięczności, wilgotności, tudzież iluzorycznej gęstości. Programowe slow motion z czasem nabywa cechy ledwie dostrzegalnej dynamiki. W epizodzie czwartym i szóstym muzycy zmieniają tryb narracji – efektowne, gęste, dalece nieminimalistyczne frazy inside piano i rozkołysanej, kwaśnej gitary z namiastką sprzężeń. Pomiędzy tymi epizodami mamy jeszcze powrót do klawiatury i chłodnej, flażoletowej gitary. Z kolei część siódma zdaje się być wariantem pośrednim. Piano pracuje na granicy inside i outside, gitara zaś wpada w delikatny rytm, który przypominać może Different Trains Steve’a Reicha.

Historia zwana Sided trzyma się zadanej konwencji, ale z pespektywy całości zbudowana jest z większej ilości dźwięków i częściej udaje się jej wyrwać ze szpon minimalistycznej stylistyki. W dziewiątej opowieści fortepianowe klawisze napotykają gitarowy rezonans, który czerpie moc z mikro sprzężeń. W dwóch kolejnych częściach artyści dostarczają narracje wręcz dynamiczne, które płyną zarówno z klawiatury, jak i rozhuśtanej, niemal post-rockowej gitary. W opowieści dwunastej gitara nabiera kwasowości, a piano startujące na klawiaturze dość szybko schodzi do podziemi instrumentu. W kolejnym epizodzie gitara nabiera onirycznej powłoki, jakby muzyk liczył struny swojego instrumentu, a chwilę potem - dla odmiany - z gryfu płyną post-bluesowe slajsy. Dwie ostatnie opowieści zdecydowanie kwalifikujemy do trybu preparowanego. Ręce pianistki krążą po obudowie instrumentu, z kolei gitarzysta płynie strumieniem zmysłowej post-psychodelii, jego gitara sprzęga się, a nawet dudni.

 


Tàlveg  Live Series III (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

21 stycznia 2022, l'Auditori Sala 3, Barcelona; Marcel·lí Bayer – saksofon barytonowy, Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Oriol Roca – perkusja. Trzy wybrane fragmenty z koncertu, łącznie 23 minuty.

Tàlveg, to jedna z trzech trzyosobowych formacji, w których regularnie macza palce i struny Fages (obok Phicusa i Isysxae). Być może najbardziej z nich oryginalna, bazująca na swobodnych, chwilami minimalistycznych i nad wyraz refleksyjnych improwizacjach, upstrzona dźwiękami gitary o onirycznym i niezwykle tajemniczym brzmieniu. Od pewnego czasu trio podsyła nam krótkie fragmenty swoich koncertów, które upublicznia pod nazwą Live Series. Trzecia edycja tego minicyklu nie dość, że serwuje nam największą jak dotąd porcję dźwięków, to jeszcze prezentuje na niej, jak na standardy grupy, dość dynamiczne i ekspresyjne improwizacje.

Początek mini albumu nie zwiastuje jeszcze zapowiadanej dynamiki i ekspresyjnych wybuchów. Gitara drzemie na pick-upach, pulsuje głęboka glazura werbla, a saksofon wypuszcza obłoki suchego powietrza. Ów mglisty, spopielony post-rock nabiera delikatnej mocy gitarowymi flażoletami, dętymi półmelodiami i rezonującym talerzem. W kolejnym epizodzie muzycy brudzą brzmienie swoich instrumentów, zniekształcają frazy i po ponad dwóch minutach łapią drive wprost z perkusyjnych tomów. Narracja nabiera free jazzowego posmaku i post-psychodelicznej gracji. To, co definitywnie najlepsze zaczyna się w epizodzie trzecim. Start znów bardzo leniwy - z gitarą, która szkli się lazurowym ambientem i saksofonem, który pod rękę z perkusją snuje meta melodyjne przebiegi. Energia do życia ponownie płynie od strony perkusji. Saksofon sięga głębiej i cedzi coraz bardziej ekspresyjne frazy. Gitara też łapie emocje, choć na swoim, jak zwykle niebywale onirycznym poziomie. Dynamika nagrania osiąga tu drobny szczyt, po czym improwizacja gaśnie, generując dźwięki jedynie z zestawu drummerskiego. 



 

Tholos Gateway  II (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Czas powstania nieznany, dźwięki zarejestrowane w Barcelonie i Kanadzie (tamże dokonano także miksu); Àlex Reviriego – kontrabas, Vasco Trilla – tympani, gong i dzwonki, Colin Marston – elektroniczna perkusja, syntezator gitarowy, mellotron. W roli gości: Mick Barr – gitara w utworze czwartym i Yoshido Ohara – głos w utworze szóstym. Łącznie osiem części, prawie 47 minut.

Druga edycja formacji katalońsko-kanadyjskiej kontynuuje dzieło zapoczątkowane na albumie debiutanckim. To dwuelementowa, niemal dwubiegunowa narracja, która swobodne, gęste, akustyczne improwizacje kontrabasu i perkusjonalii wtłacza w chmurę równie gęstego ambientu, elektronicznej perkusji i syntetycznych plam gitarowego syntezatora. Całość zdaje się być wyjątkowo mroczna, chwilami demoniczna, przesiąknięta aurą godną macierzystej formacji Marstona, czyli deathmetalowego Gorguts.

Pierwsze cztery części są zgrabnie skrojone i wydają się być niedługą ścieżką, prowadzącą do utworów piątego i szóstego, które z pewnością uznać winniśmy za albumową kulminację. Początek, to głęboki, mroczny ambient, skowyt kontrabasu pod zwinnym smyczkiem i perkusjonalne zdobienia. W drugiej części dominują rezonujące dźwięki, a do gry wkracza circle electronic drumming, który stanowić tu będzie o wielu kwestiach i nie zawsze sycić dark ambientową narrację właściwą porcją kreatywności. Trzecia opowieść ma strukturę niemal epickiego marsza, którego dołem płynie gęsta struga kontrabasu, zaś mgliste niego wypełniają plamy syntezatora. W czwartym epizodzie odnotować należy udział żywej gitary, która ponadgatunkowym flow wzbudza całkiem interesujący dysonans brzmieniowy. W kolejnych dwóch częściach, najdłuższych na płycie, zdecydowanie najmroczniejszych, emocje pną się ku górze w każdej fazie nagrania. Szorstka, matowa narracja syci się tu zarówno bolesnymi, kontrabasowymi preparacjami, jak i gęstością syntetycznych strumieni. W szóstym utworze pojawia się wokalistka, a emocje zdają się sięgać zenitu. Śpiew i wokalizy, ale także dzikie wrzaski, które sieją niemal egzystencjalny niepokój. Tu kontrabas budzi się do życia dopiero po kilku minutach i rwie na strzępy dolne warstwy narracji. Ostatnie dwie części sprawiają wrażenie dramaturgicznego rozdroża. Dźwiękowe epizody, które zdają się być repryzą poprzednich części. Dominacja syntetycznych fonii każe tu zadać pytanie o brak (tudzież niesłyszalność) akustycznych fraz Trilli. Szczęśliwie smyczek Reviriego czyni tu swoje z należytą pieczołowitością.



García/ Navas/ Reviriego/ Trilla  Les Capelles (The Tripticks Tapes, CD 2022)

Czas powstania nieznany, nagranie koncertowe, Convent de Sant Agustí, Barcelona; Miguel A. García – elektronika, Garazi Navas – akordeon, Àlex Reviriego – kontrabas, Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Trzy improwizacje, 43 i pół minuty.

W preambule dzisiejszego zbioru katalońskich nowości kwartet ten obsłużyliśmy epitetem elektroakustycznym i po prawdzie tak dzieje się w rzeczy samej, jakkolwiek nagranie wcale nie leży w jakimś szczególnym oddaleniu od estetyki Tholos Gateway. Sporo długich, rozciągniętych w czasie strumieni dźwiękowych i znów bardzo mroczny nastrój całości, budowany akustyką kontrabasu i perkusjonalii, elektroniczną poświatą i strumieniami akordeonowych fraz, które intrygująco sytuują się na pograniczu brzmień akustycznych i syntetycznych. Cokolwiek by jednak o Les Capelles nie rzec, to trzy kwadranse dużych, niebanalnych emocji i plejada dźwięków, których urodzie naprawdę trudno się oprzeć!

Każda z trzech improwizacji trwa tu kilkanaście minut i sprawia wrażenie świetnie skonstruowanej budowli dźwiękowej. W pierwszej z nich definitywnie króluje akustyka. Trilla generuje rezonans z wielkiego talerza, niczym Eddie Prévost, kontrabas Reviriego burczy i lepi się do tłustej podłogi, z kolei delikatny akordeon Navasa lśni oniryczną syntetyką i szuka powinowactwa z elektroniką Garcii, która pracuje w dalekim tle i wypełnia resztki wolnej przestrzeni. Całość doposażona wydaje się być w post-industrialny smaczek, a akustyka obiektu sakralnego, w którym odbywa się koncert, zdaje się być piątym elementem improwizacyjnej układanki. Spokojnie budowana narracja efektownie narasta, głównie dzięki perkusjonalnej kreatywności Trilli. Druga część śmiało może pretendować do miana koncertowej kulminacji. Wyrasta z ciszy i początkowo przebiera ambientowy kształt. Chmurę rezonansu budują tu chyba wszystkie instrumenty, także nieco aktywniejsza elektronika. Opowieść gęstnieje i lepi się w jednorodny dron niesiony basowym dołem i perkusjonalnymi robaczkami, świetnie rozpoznawalnym brzmieniem z bogatego arsenału Trilli. Bez trudu narracja osiąga tu niemal epicka intensywność, przypomina wielką, filharmoniczną orkiestrę w efektownym crescendo. Trzecia narracja nie jest już tak jednorodna estetycznie jak dwie pierwsze. Tworzy ją wiele, czasami separatywnych akcji poszczególnych muzyków. Dużo do gry wnosi tu akordeon, a także delikatnie preparowany flow kontrabasowego smyczka. W połowie tej części muzyków spotyka małe, dramaturgiczne rozdroże wypełnione ciszą. Po niej budują nową ekspozycję, czerpiąc inspiracje z wielu indywidualnych pomysłów. Samo zakończenie spoczywa na barkach akordeonu i repetującego kontrabasu.



 

Liba Villavecchia Trio  Zaidín (Clean Feed Records, CD 2022)

22 i 23 sierpnia 2021, Underpool Studios, Barcelona; Liba Villavecchia – saksofon altowy, Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Àlex Reviriego – kontrabas. Siedem kompozycji, 44 i pół minuty.

Villavecchia kocha kreatywny jazz, czemu daje wyraz w albumowych liner notes, a na samym krążku serwuje nam siedem bystrych kompozycji, z których pięć przygotował osobiście, jedną pożyczył od Thomasa Chapina, a jedną wyimprowizował wspólnie z partnerami. Utwory melodyjne, zadziorne, taneczne, dobrze osadzone w tradycji … brytyjskiego free jazzu (kłania się Trevor Watts!), nade wszystko zaś dające dużo przestrzeni każdemu z muzyków na efektowne improwizacje, zarówno toczone kolektywnie, jak i w duetach, czy wreszcie samotnie. A że Liba wybrał sobie do tria muzyków doskonałych, niebywale kreatywnych, którzy dobrze czują się w każdej stylistyce, efekt całości musi dawać odbiorcy całe mnóstwo przyjemności z odsłuchu.

Pierwszy utwór mówi nam wiele o konwencji całego albumu. Melodyjny temat początkowo grany jest jedynie przez saksofon altowy i kontrabasowy smyczek. Wejście perkusji daje narracji free jazzowy drive. W strefie ekspozycji solowych każdych z muzyków śle nam garść improwizowanych smakołyków. Powrót do tematu – najpierw w trio, potem w duecie - wieńczy dzieło. Druga odsłona budowana jest wedle podobnego schematu, ma wszakże ciekawy, synkopowany flow o delikatnym posmaku latino. Wydaje się lekka, zmysłowa, do śpiewania i swobodnego tańca. Trzecia część, to kolektywna improwizacja, która ukazuje wszelkie walory każdego z muzyków, syci się także dźwiękami preparowanymi i perkusjonalnymi, brzęczącymi robaczkami. Początek czwartej części stawia na bystry, kolektywny, po części agresywny flow, a melodyjny temat pojawia się po pewnym czasie, niejako w efekcie udanego intro. W tej części warto pochylić ucho nad improwizacjami, które smakują tu wyjątkowo wybornie. Piąta odsłona bazuje na kontrabasowym riffowaniu, znów zdobi ją zmysłowa melodia i bardzo swobodne improwizacje. Szósta narracja, to kompozycja Chapina, w swej początkowej fazie bardzo łagodna, potem nabierająca wigoru, a koniec smakująca już, jakby była kompozycją Liby. Finałowa opowieść ma formę ballady, która otwarta zostaje zmysłowym intro kontrabasu i perkusyjnych talerzy. Zakończenie płyty w klimacie slow Ayler zdaje się być tu efektowną wisienką na torcie.

 

 

piątek, 28 maja 2021

The Barcelona’ Art Of Chaos: Hung Mung, Trilla & Villavecchia, Caicedo and Tholos Gateway! So finally, Saavedra!


Najnowsza płyta w katalogu barcelońskiego Discordian Records ma tak fantastyczny tytuł, iż mógłby on zdobić każdą naszą opowieść, a nawet być dodatkowym podtytułem Trybuny Muzyki Spontanicznej.

The Art Of Chaos! Tak nazywa się najnowsza płyta formacji Hung Mung, która debiutowała fonograficznie ledwie kilkanaście miesięcy temu, a już jej katalog zbliża się do końca pierwszej dziesiątki tytułów! Co ważne, od całkiem niedawna trio stało się kwartetem, a jego świeżynka powstała już w składzie czteroosobowym.

Jak to często bywa na płodnej scenie stolicy (zawsze wolnej) Katalonii, do nowej produkcji Hung Mung z miejsca podczepić możemy nowe płyty jej członków – album duetu Trilla i Villavecchia (to ten czwarty do brydża!), dwie solowe płyty Caicedo, a także całkiem nowe trio wspominanego Trilli (uwaga, z udziałem basisty legendarnej formacji death metalowej – Gorguts!). Na finał naszego barcelońskiego przeglądu nowości, drobna przyległość z Valencii – solowa płyta perkusisty Avelino Saavedry.

Sześć płyt, sześć mocnych ciosów prosto w szczękę! Zapraszamy!

 


Hung Mung  The Art Of Chaos (Discordian Records, DL 2021)

Miejsce zwane Heartwork, Barcelona, luty roku bieżącego: Liba Villavecchia – saksofon altowy, El Pricto – syntezator modularny oraz prictar (elektroakustyczny instrument w typie percussion, zbudowany specjalnie dla muzyka!), Diego Caicedo – gitara elektryczna oraz Vasco Trilla – perkusja i instrumenty perkusyjne. Odsłuch sześciu improwizacji zajmie nam mniej niż 32 minuty.

Trwające niewiele ponad dwa kwadranse improwizacje HM zdają się być bardzo precyzyjnie skonstruowane, a każda z opowieści ma swój własny, indywidualny kręgosłup dramaturgiczny. Pierwsza zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem – wiadomo – jest jeszcze lepiej! Gęsta, wolna narracja budowana masywnym brzmieniem syntezatora, freejazzowym saksofonem i gitarą, która płynie niejako w podwójnej roli (kreując także przestrzeń na ogół zarezerwowaną dla gitary basowej). Kolejna część, to duetowa miniaturka. Na scenie … dwie gitary - dopiero po chwili orientujemy się, iż ten drugi instrument, to jednak ów tajemniczy prictar. Urocze fake duo! Trzecią część otwiera lejące się jak ciekły ołów trio, które rysuje abstrakcyjne frazy impro rocka, z Frankiem Zappą w tle, który szczerzy zęby z zadowolenia. Saksofon wchodzi tu na wydłużony finał, pokrzykuje wolnym jazzem, współtworząc mulistą opowieść, która pachnie też czerstwym bluesem.

Czwarty utwór też rodzi się w łonie tylko trzech instrumentów - wysokie frazy percussion, saksofon i syntezator konsekwentnie mulący flow. Brudny sound, żwirowe wzgórze bez punktu przegięcia. Gitara, pełna post-rockowego ambientu wchodzi tu na gotowe i zagęszcza coś, co wydaje się już śmiertelnie gęste. W piątym utworze tym, który czeka na stand by jest tym razem perkusista. Gitara i syntezator znów brzmią jednym głosem, saksofon skrzeczy śpiewnym free jazzem. Taki eksplozywny trój-skowyt barwią incydenty perkusjonalne, słyszalne dopiero na samo zakończenie. Wreszcie ostatni słup zostaje wbity w ziemię. Rodzi się w chmurze syntetyki i saksofonu podłączonego pod nieskończony pogłos. Harsh-impro, które stymuluje armia wibratorów tańczących na werblu, wijących się w konwulsjach post-miłości. Gitara nie gra tu zwykłych fraz, jedynie charczy zepsutymi pick-upami. Znów narracja wydaje się gęstsza od poprzedniej, choć to niemal niemożliwe. Jeszcze tylko kilka finalnych metafor zagotowanego recenzenta - Wichry wojny! Wrzask ponowoczesności! Spazm post-awangardy! Total Art Of Chaos!

 


Vasco Trilla & Liba Villavecchia  Asebeia (FMR Records, CD 2021)

Po prawdziwym trzęsieniu ziemi, warto byśmy niezobowiązująco podryfowali po delikatnie niespokojnym oceanie free jazzu i jego post-psychodelicznych wyziewów. Połowa Hung Mung zostaje z nami: Liba Villavecchia – saksofon altowy oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Miejsce akcji to samo (Heartwork), nagranie z grudnia 2020. Osiem improwizacji, 45 minut z sekundami.

Płytę pod względem dynamiki i narracyjnej intensywności podzielić możemy na dwie części. Najpierw dostajemy się wir swobodnego, nienachalnego free jazzu, który lepi śpiewne, nieagresywne, ale zadziorne frazy saksofonu altowego, świetnie znającego historię gatunku i nie wahającego się czerpać nawet ze spuścizny Charlie Parkera oraz wytrwany drumming, który w tej fazie nagrania dba o dynamikę, adekwatne emocje, rytm i wielowarstwową, bardzo efektowną narrację (chwilami można odnieść wrażenie, że grają dwa zestawy drummerskie!). W tej części płyty wyjątkiem zdaje się być trzecia improwizacja, którą Trilla buduje na rezonujących talerzach, a Villavecchia snuje wysoko zawieszone, chwilami nieco uduchowione opowieści.

Od utworu numer pięć muzycy delikatnie odpływają nam w zaświaty post-jazzu, improwizowanej psychodelii, kreowanej bardzo różnymi metodami. Trilla zamienia się w mistrza no drumming percussion, zaczyna budować skomplikowane i błyskotliwe struktury dźwiękowe, które kwestię rytmu i dynamiki pozostawiają na dalszym planie. Uruchamia swoje elektryczne robaczki, które łaskoczą glazurę werbla, a jeśli już decyduje się na wybijanie pewnych powtarzalnych sekwencji dźwiękowych, czyni to na dużym pogłosie, bardzo matowym i wyciszonym tembrem. Jeszcze dalej zdaje się odpływać saksofonista. Patrzy daleko na wschód, szuka kosmicznego pogłosu, śpiewa smutne pieśni o zagubionych kochankach, przypomina zaklinacza węży na rozgrzanej pustyni. Muzycy snują gęste strumienie chill-outu, trochę nerwowe, a jednak kojące emocje. W niektórych momentach sięgają sacrum, w innych urokliwie taplają się w profanum. Doskonałym wszakże podsumowaniem ich dychotomicznej podróży jest ostatnia improwizacja. Trilla uruchamia narzędzia pracy, których nie znaliśmy dotąd. Zaczyna brzmieć niczym silnik elektryczny, który pracuje na wolnych obrotach. Saksofon początkowo zdaje się pytać o drogę, po czym łapie czystsze frazy i plecie swoją historię. W rezonans wpada jeden z talerzy i efektownie naśladuje dęte frazy. Improwizacja dobiega końca z kilkoma znakami zapytania, ale jako całość album definitywnie zapisujemy do stronie aktywów obu artystów.

 


Diego Caicedo  Processus Stabilis & Live at 23Robadors (Self-bandcamp, DL 2021)

Dwa nowe, solowe albumy Diego Caicedo (gitara elektryczna), to jakby yin i yang jego osobowości artystycznej. Studyjne nagranie pochodzi z roku 2019 (DCL studio), koncertowe z roku 2018 (klub 23Robadors). Pierwsze, trwające 37 i pół minuty, zaprasza nas do onirycznego świata swobodnej improwizacji, pełnej preparowanych dźwięków, w miejsca, w które czasami zaglądają nieśmiało promienie słoneczne. Drugie sięga 40 minut i zdaje się być prawdziwą emanacją mroku, metafizycznej trwogi i dźwięków godnych black and death true story. Oba nagrania łączy, poza osobą wykonawcy, fakt, iż każde składa się z pięciu części.

Processus Stabilis rozpoczyna się na poły rytmicznymi podrygami gitary, której brzmienie przypomina matowy sound gitary basowej pozbawionej odpowiedniego wzmocnienia. Narracja repetuje post-rockiem, podnosi się i opada, gęstnieje i rzednie, by na koniec kłębić się w oparach martwego funku. Kolejna opowieść, to jakby nerwowy post-ambient, którą tworzą mnożące się wątki gitarowe, będące efektem pracy przetworników, delayu i innych tajemniczych narzędzi pracy gitarzysty. Po pewnym czasie na gryfie gitary rodzi się nowy wątek, brudny od preparowanych dźwięków, ale nad wyraz żywy, dający się dotknąć gołą dłonią – chrobocze i metalicznie trzeszczy. Trzecia historia tkana jest z drobnych fraz, delikatnie parska melodią i wewnętrznym rytmem, przypomina frazy małego post-jazzu, zagubionego w niekończącej się przestrzeni. A na wybrzmieniu pozostają już tylko gołe, usterkujące struny. Kolejną część budują akordy, które zdają się nie stroić, fałszywe, matowe półdźwięki, zatopione w mrocznym pogłosie. Surowa krew narracji budowanej na wdechu, kryjącej swoje bogactwa za kotarą dark ambientu, który na zakończenie całkowicie spowija scenę. Ostatnia improwizacja na tyle dekonstruuje brzmienie gitarowych strun, iż początkowo słyszymy jedynie oddechy psujących się przetworników, a dźwięki docierają do nas jakby z samego wnętrza gitary. Znów pogłos, który budzi lęk i spora porcja mechanicznych dźwięków, niczym muzyka konkretna. Tę część, jak i całe nagranie, efektownie reasumuje finałowa porcja rockowego, choć oczywiście silnie zniekształconego brzmienia. Powstaje efektowny dysonans, który bierze w nawias całą zawartość albumu i zostawia nas z porcją pytań, na które nie znaleźliśmy odpowiedzi. Co tu jest prawdziwym dźwiękiem, co tylko jego efektownym złudzeniem?

 


Koncert ze słynnego klubu Robadors zadaje już zdecydowanie mniej pytań, wystawia słuchacza na globalną wojnę emocji, która dla pewnej grupy odbiorców może okazać się całkiem śmiertelna! Zaczyna ją wybuch z samego środka ziemi – wielkie gitarowe sprzężenie, które od startu miażdży nas meta hałasem. Po raz pierwszy, ale nie po raz ostatni wpadamy w strefę działania fali uderzeniowej, która po pewnym czasie milknie w poświacie białego szumu. Kolejna porcja gitarowego sprzężenia zostaje wzbogacona przez black metalowy motyw, pełen wewnętrznej drapieżności i wszelkich atrybutów rockowego frazowania (bystrych przejść i dramaturgicznych zakamarków). Wszystko wszakże dzieje się w dużej chmurze harsh-ambientu, która pozwala uciec od zbyt prostych skojarzeń gatunkowych. Czujemy za rogiem oddech speed-metalowej sekcji, która chce wejść do gry, ale kraty ambientu na to nie pozwalają. Kolejną opowieść muzyk buduje na bazie pętli siarczystej distorted guitar. Nowa fala uderzeniowa, to jakby powłoka dźwięków zagubionych na niekończącej się skali radiowej. Opowieść pęcznieje, mnożą się wątki pełne usterek, preparacji, wszelkich kosmicznych brudów i złych napięć. Czwarta improwizacja daje nam chwile wytchnienia, a raczej … egzystencjalnej trwogi. Giniemy w dark ambiencie i nikt już nie słyszy naszego wołania. Kolejna misterna plecionka wątków narracyjnych, które podprowadzają nas pod wyjątkowe zakończenie tej płyty. Oto bowiem czeka na nas prawie 10-minutowa epopeja doom metalu. Gitarowe sprzężenia, uderzenia mocy i pulsacje. Zdaje się, że słyszymy zagubioną ścieżkę z albumu Low Vertigo. Ale ten doom Caicedo żyje, skomle, ryje mroczne korytarze, przepoczwarza się i unosi ku niebu, by na koniec rozlać się, jak gorąca lawa i ostatecznie skonać w gitarowym sprzężeniu.

 


Tholos Gateway  Tholos Gateway (Self-bandcamp, DL 2021)

Kolejna płyta powstała dwuetapowo. Najpierw przygotowano warstwę akustyczną, za którą odpowiedzialni byli nasi barcelońscy ulubieńcy: Àlex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla – kocioł i gong. Przygotowane w Katalonii pliki dźwiękowe trafiły do studia nagraniowego Colina Marstona (być może w Kanadzie). Ten dodał dźwięki elektronicznej perkusji, instrumentów klawiszowych, basu elektrycznego i tzw. warr guitar. Wszystko przepuścił przez kilometry kabli, podrasował elektronicznie, a w ramach wisienki na torcie, w trzecim utworze dodał wokalizę Jarboe (tak, to ta Pani z formacji The Swans!). Powstał niesamowity miks elektroakustycznych dźwięków, które śmiało zakwalifikować możemy do awangardy post-ambientu, budowanego chwilami bardzo intrygującymi komponentami dźwiękowymi. Płyta składa się z siedmiu części i trwa mniej więcej trzy kwadranse.

Początek nagrania uwypukla jego akustyczne walory – masywny dron kontrabasu, rezonujące talerze, perkusjonalne błyskotki. Jesteśmy na razie obiema stopami w Barcelonie. Ale pracuje też tło, delikatna elektronika, która buduje syntetyczną powłokę i bierze w nawias piękne frazy Katalończyków. Ów intensywny flow z czasem słabnie i przekształca się w chmurę strings in ambient. Druga opowieść, to leniwa post-cisza, która dopiero po dłuższej chwili nabiera soczystej mięsistości. Pracuje gong, jakiś syntetyczny loop i nisko posadowiony kontrabas, którego smyczek żłobi tym razem nieco mniejsze bruzdy. Trzecia opowieść jest najdłuższa i zdaje się być małą kulminacją Tholos Gateway. Zaczyna się niewinną akustyką (bass in arco and pizzicato, matowy drumming) i syntetycznymi perkusjonaliami. Flow jest jednak nerwowy, jak się okaże, nie bez zasadnie. Oto nadciąga bowiem nawałnica ambientu, dynamicznego, wspieranego wybudzoną ze snu zimowego armią elektrycznych robaczków i wibratorów Trilli. A na to wszystko wielkim cieniem kładzie się rozpływająca się w bezmiarze łączy internetowych wokaliza Jarboe. Nie słyszymy jednak echa The Swans, nasze skojarzenia wiodą bardziej ku formacji Dead Can Dance w jej najlepszej, na poły demonicznej postaci z drugiej polowy lat 80. Akustyka schodzi do totalnej defensywy, ale nie umiera, czego dowodzi etap wybrzmiewania, gdy ambient gaśnie, a kontrabas i perkusjonalne akcesoria zdają się pozostawać w świetnej formie.

Koleje cztery utwory na płycie wydają się być pewną reminiscencją tego, co stało się w części trzeciej. Gojenie ran, kojenie emocji, czerstwy chill-out. Piąta historia budowana jest z drobnych, czasami filigranowych fraz kontrabasu, gitary basowej i deep drummingu, oddychających cudownym echem nieskończoności. Kolejną część mogłybyśmy nazwać roboczo – fake rhythms in motion! Każdy z muzyków pracuje tu rytmem, choć używa odmiennych narzędzi. Trzy wątki, z których każdy pracuje w innym tempie. Część szósta stawia kolejne znaki zapytania o źródła pochodzenia serwowanych nam dźwięków – elektroakustyczny melanż tajemniczych fraz. Wreszcie sam finał, który zdaje się być udaną repryzą pierwszego utworu. Dron kontrabasu, rezonujące przedmioty, elektroniczna poświata. Echo ambientu, groza mroku - opowieść, która stoi w miejscu i czeka na swój koniec.

 


Avelino Saavedra  DRM (Discordian Records, DL 2021)

Na zakończenie dzisiejszego spaceru po pustych ulicach pięknej Barcelony, mały skok do położonej trzysta kilometrów na południe Valencii. Zapraszamy na spektakl teatru jednego aktora - Avelino Saavedra improwizuje na kolejnych elementach prostego zestawu perkusyjnego, takich jak: hi-hat, werbel, talerze, kocioł i bęben basowy. Siedem odcinków powstało w znanym już nam miejscu Önilewaland, w marcu bieżącego roku, a trwa łącznie niespełna 30 minut.

Ten zestaw perkusyjnych i post-perkusyjnych miniatur Saavedra skomponował w dwa podzbiory nagrań i finałowe resume. W pierwszych trzech utworach jest nade wszystko drummerem, który bawi się w kolejnymi elementami perkusji, preparuje jej dźwięki i brzmienia. Zaczyna od interakcji rezonującego talerza i żywego drummingu na którejś z powierzchni płaskich zestawu. W drugiej improwizacji skupia się na bębnie basowym. Pojedyncze uderzenia, echo, rezonans – kinetyka materii ożywionej, mechanika muzyki konkretnej. W trzeciej z kolei części chwyta za perkusyjne szczoteczki i uprawia lekki drumming, połączony z delikatnym ugniataniem rzeczonych szczoteczek na glazurze werbla. Ta ostatnia aż piszczy z zadowolenia, a muzyk zdaje się mieć w dłoniach setki przedmiotów.

Na kolejne trzy improwizacje Saavedra przeistacza się w udaną reinkarnację Vasco Trilli i zaczyna uprawiać gatunek, który na potrzeby muzyka z Barcelony nazwaliśmy kiedyś no drumming percussion. Najpierw buduje akustyczny ambient rezonując kolejnym elementem zestawu perkusyjnego. Śpiewny efekt jego działań ciekawie komponuje się z szelestem perkusjonalnych błyskotek i mantrą dobrego powtórzenia. W kolejnej części muzyk opuszcza jakiś przedmiot na werbel lub kocioł, ten zaś odbija się i wybrzmiewa. Swoiste królestwo nadakustyki, powiew transcendencji, choć sama czynność wydaje się dość banalna. Zaraz potem muzyk umieszcza na płaskiej powierzchni wiele mikro przedmiotów, która zaczynają wchodzić w akustyczne interakcje z podłożem. Znów celem nadrzędnym zdaje się tu być wzbudzanie rezonansu. Wreszcie finał płyty, budowany bardzo skromnymi środkami (zresztą całą płytę możemy zaliczyć do gatunku minimal impro). Rytuał ugniatania, ballada wdechów i wydechów.