Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marta Warelis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marta Warelis. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 maja 2026

The Relative Pitch’ fresh four: Warelis! Roberts & Brice! Quagmire & Bothen! Foster, Weber & Griener!


Cztery premiery w miesiącu to edytorski rytuał nowojorskiego The Relative Pitch Records. Na tych łamach, mimo usilnych starań całej jednoosobowej redakcji, nie dajemy rady opisać adekwatnymi słowami każdego wydawnictwa. Ale przynajmniej się staramy.

Dziś czas na trzy nowości majowe i jedną kwietniową. Przed nami duża porcja soczystego jazzu, zarówno komponowanego (Marta Warelis!), jak i swobodnie improwizowanego (uwaga szczególnie na Skandynawów!). Kilka znanych nazwisk, mnóstwo dobrego grania, a każdy album dostarczony w formie poręcznego dysku kompaktowego. Welcome bardzo gorąco!

  


Marta Warelis Still Life with Lemons

Bimhuis, Amsterdam, październik 2024: Marta Warelis – fortepian, syntezator, kompozycje, Ben LaMar Gay – trąbka, elektronika, Ab Baars – klarnet, saksofon tenorowy, Karen Ng – klarnet, saksofon altowy, Ingebrigt Håker Flaten – kontrabas oraz Frank Rosaly – perkusja, gongi. Sześć utworów, 49 minut.

Nasza ulubiona polska pianistka jest rezydentką amsterdamskiej sceny free jazz/ free impro od ponad dekady. Ale dopiero teraz zaprezentowała się jako band leaderka, kompozytorka, artystka, która wraz z piątką przyjaciół zagrała koncert firmowany jedynie swoim imieniem i nazwiskiem. Trzy instrumenty dęte incydentalnie inkrustowane elektroniką, kuta żelazem sekcja rytmu, wreszcie ona sama na fortepianie i syntezatorze. Opowieść w sześciu odcinkach warta każdej sekundy naszej wzmożonej uwagi.

Nagranie otwiera samotna, minimalistyczna ekspozycja Warelis na fortepianie, która zdaje się konsumować wszelkie walory jej twórczości w tym obszarze. Sekcja rytmu wchodzi do gry po trzech minutach, potem swoje dokładają radośnie i swobodnie usposobione dęciaki. Opowieść niesie basowy groove i wszechobecna melodia. Druga odsłona ma bardziej kameralny charakter, pojawia się smyczek i akcje inside piano. Trzecia silniej sytuuje się estetyce post-jazzu, a w momencie kulminacji godna jest miana fire music. W czwartym utworze otrzymujemy coś w rodzaju elektroakustycznej medytacji, w piątej zaś trzyminutowy dialog dwóch klarnetów. Album zamyka rozbudowana kompozycja inicjowana perkusjonaliami i inside piano, rozwijana smutną melodyką ballady, a finalizowana post-aylerowskim, free jazzowy tańcem, w wysokim, definitywnie bardziej optymistycznym locie.

  


Cath Roberts & Olie Brice Setpieces

s10c, SET Lewisham Retail Park, London, styczeń 2025: Cath Roberts – saksofon barytonowy i altowy oraz Olie Brice – kontrabas. Sześć, 37 minut.

Przed nami danie definitywnie pure jazzowe. Saksofon barytonowy do pary z kontrabasowym arco lub saksofon altowy z kontrabasowym pizzicato. Także drobna dawka wariantów mieszanych. Dwie świetnie nam znane postaci londyńskiej sceny jazzowej, tej szczególnie swobodnie improwizowanej. Bez specjalnych fajerwerków, z dbałością wszakże o odpowiednią dramaturgię i dobrą zabawę.

Jazzowy, zadziorny baryton w konfrontacji z kameralnie usposobionym, kontrabasowym smyczkiem otwiera album, a w części trzeciej zgrabnie go kontynuuje. Taki duet potrafi kąsać, a elementem dominującym bywa niespodziewanie drugi z instrumentów. Kolejna improwizacja baritone & arco wydaje się jeszcze ciekawsza, bardziej nasączona emocjami i zaskakująco melodyjna. W utworze drugim i piątym ma miejsce anonsowane spotkanie altu z jazzowym pizzicato. W tej konwencji angielski duet sprawie wrażenie mniej wyrazistego, bardziej przewidywalnego. W pozostałych dwóch odsłonach baryton zmaga się z szarpanym kontrabasem. Tu artyści generują jeszcze większą porcję melodii, szczególnie w tubie dużego dęciaka. Finałowa improwizacja jest balladą, w trakcie której barytonowe frazy na wdechu moszczą się na drgających strunach kontrabasu i kreują zaskakującą jakość.

 


Quagmire & Christer Bothén Rörane

Rörane Studio, Bottna, Szwecja, czas nieznany: Christer Bothén – klarnet basowy i kontrabasowy oraz Quagmire: Nina de Heney – kontrabas, Karin Johansson – fortepian, także preparowany, cytra oraz Henrik Wartel – perkusja. Pięć utworów, 38 minut.

Ten szwedzki impro meeting zdaje się przynosić największą w zestawie relatywnych nowości radość z odsłuchu. Preparowane piano i perkusjonalia, dużo dawka niskich, kontrabasowych częstotliwości, mroczne tło i zmysłowe westchnienia najcięższych odmian klarnetu. Śmiało wchodzimy do tej pieczary dźwięków i kompletnie nie mamy ochoty na drogę powrotną.

Pierwsza improwizacja trwa prawie dwadzieścia minut i definitywnie konstytuuje wartość artystyczną albumu. Pomruki klarnetu kontrabasowego, szorstkie plamy inside piano, matowy blask talerzy i dudniące struny kontrabasu lepią się w dron, nerwowo rozkołysany, incydentalnie unoszący się ku górze siłą narracji z fortepianowej klawiatury. W połowie nagrania improwizacja nabiera post-jazzowego, a potem kameralnego posmaku. I jeszcze wisienka na torcie – melodyjny dialog klarnetu i kontrabasowego smyczka w ramach wyrafinowanej puenty. O połowę krótsza druga improwizacja kontynuuje budowanie mrocznego, preparowanego post-ambientu. Całość drży, ale jest też doposażona w ulotną i zaskakującą dynamikę. Trzy kolejne odsłony albumu trwają po mniej więcej cztery minuty i stanowią kolejne dowody w sprawie. Dwa pierwsze utrzymane są w estetyce dronowej, ale wydają się jeszcze bardziej nerwowe – artyści dygoczą tu z zimna i trwogi (co udanie podkreśla brzmienie cytry). Ostatni utwór bardziej przypomina linearną, post-jazzową ekspozycję, z klarnetem basowym w roli wiodącej na etapie rozwinięcia i definitywnie samotnej (jakże minimalistycznej) na etapie finalizacji.

  


Michael Foster, Christian Weber, Michael Griener Selections from the Gutter

Alte Kita Schöneweide, Berlin, maj 2025: Michael Foster – saksofony, Christian Weber – kontrabas oraz Michael Griener – perkusja. Sześc utworów, 62 minuty.

Na zakończenie dzisiejszego przeglądu nowojorskich nowości czas na soczysty, swobodnie improwizowany jazz, któremu etykietę free przyszyć można bez ryzyka popełnienia błędu. Amerykański saksofonista w towarzystwie niemieckiego kontrabasisty i perkusisty (nazwiska świetne znane Czytelnikom tych łamów) snują sześć rozbudowanych opowieści, improwizując kolektywnie, stawiając dobro ogółu ponad partykularne interesy, niosąc dużą jakość niemal w każdej frazie. Wszystko tu świetnie trybi pod względem dramaturgicznym, może jedynie samo nagranie – biorąc pod uwagę jego intensywność – jest odrobinę zbyt długie.

Saksofonista najczęściej pokonuje tu drogę od szorstkiego, preparowanego otwarcia przez ekspozycję melodii, po niekiedy free jazzowy szczyt (jak choćby w czwartej, najbardziej intensywnej odsłonie). Kontrabasista z kolei sieje ferment niemal na każdym kroku. Frazuje jazzowym pizzicato, ale równie często sięga po smyczek czyniąc dużo dobrego zarówno w wymiarze kameralnym, jak i post-jazzowym. Jego styl gry znamionuje permanentna zmienność. Perkusista rzadziej wychodzi na front, ale zawsze jest na miejscu, świetnie trzyma flow, choć jego rola nie kończy się na budowaniu szkieletu drummingowego. Wyłączając trzecią, ledwie dwuminutową opowieść, wszystkie pozostałe to dramaty z intrygującą inauguracją, zwinnym rozwinięciem, post-kameralnym interludium i zmysłowym, niekiedy bardzo energetycznym zakończeniem. Na szczególną uwagę zasługuje piąta część, która początkowo szyta jest drobnym, niemal filigranowym ściegiem granym na wydechu, potem nabiera niezbędnego rozmachu, a spuentowana zostaje paradą selektywnych short-cuts.

 

 

 

wtorek, 24 marca 2026

Malfon, Kravanja & Warelis at MMI!


Powracamy na ubiegłoroczny, monachijski MMI Festival. Tym razem sięgamy po drugi set dnia drugiego, gdy scenę Einstein Kultur opanowali saksofonista Don Malfon, ponownie pianistka Marta Warelis oraz skrzypaczka Ana Kravanja. Koncert znów trwa trzy kwadranse i przynosi moc uroczych, jakże swobodnych improwizacji.

  


Początek nagrania jest mroczny, wystudzony, wypełniony rezonującymi podmuchami z tuby saksofonu, drobnymi uderzeniami po strunach piana i ulotnymi frazami skrzypiec. Całość zdaje się delikatnie pulsować - we wnętrzu improwizacji tli się jakaś pozorna nerwowość, ale czuć także oddech nostalgii, wyczulenia na pojedyncze dźwięki. Opowieść z czasem nabiera wigoru, tu niesiona bardziej linearną, uporządkowaną ekspozycją wprost z klawiatury fortepianu. Wokół panoszą się strzępy melodii i rezonującego śpiewu, które nadają całości sonicznej atrakcyjności. Preparowane frazy dęciaka i skrzypiec uciekają pod nieboskłon, szczęśliwie każdorazowy powrót na klawiaturę piana porządkuje opowieść i pozwala jej łapać kontakt z podłożem.

Nim upłynie kwadrans muzycy wpadają nie pierwszy, nie ostatni raz tego wieczoru, w rodzaj swobodnego rozhuśtania. Tańczą, kołyszą się na wietrze, nie czują presji, by ich improwizacja nabierała szczególnie intensywnego charakteru. Chwilami niemal lewitują w mroku zastygającej mgły. Tuba szemra, inside piano podryguje, a skrzypce ślą plejadę drobnych akcji w trybie pizzicato. Wraz z wybiciem trzeciej dziesiątki minut w artystów zdaje się wstępować duch walki. Zaczynają hałasować, a ich zaskakujący intensywnością post-industrial, noise chamber, jakkolwiek by tego nie nazywać, daje wszystkim, tym po obu stronach sceny i tym przed odtwarzaczami, mnóstwo radości i satysfakcji. Efekt całości wzmaga dysonans poznawczy – za nic w świecie nie jesteśmy w tym momencie w stanie wskazać źródła danego dźwięku. Jakbyśmy słyszeli paradę dziecięcych zabawek szytą niemal folkowych tańcem.

Po upływie drugiego kwadransa czas na drobne wystudzenie. Znów dźwięki wpadają w rodzaj rozhuśtania. Malfon wibruje, śpiewa falsetem i na moment obejmuje władanie sceną w parze z Kravanją, która zaczyna hałasować. Po niedługiej chwili powraca Warelis i przywraca na scenie ład i porządek – oczywiście znów przy pomocy klawiatury. Jeszcze tylko kilka samotnych fraz skrzypiec i można przystąpić do efektownej finalizacji. Gęsty, soczysty post-jazz osiąga imponującą intensywność, sprawiając, iż zakończenie koncertu, to jego najgorętsze chwile.

 

Don Malfon, Ana Kravanja & Marta Warelis Munich 2025 - Day 2 Set 2 (MMI Festival, DL 2026). Don Malfon – saksofon altowy, Ana Kravanja – skrzypce, głos oraz Marta Warelis – fortepian. Nagrane w trakcie MMI Festival, Einstein Kultur, Monachium, maj 2025. Jedna improwizacja, 45 minut.




piątek, 20 marca 2026

Butcher, Warelis & Sigil at MMI!


Festiwal MMI od dekady łączy katalońską muzykę improwizowaną i … niemiecką publiczność. Edycja ubiegłoroczna zebrała na monachijskiej scenie nie tylko muzyków z Barcelony, ale także rozbudowaną reprezentację innych części Europy, tworząc międzynarodowy tygiel, który śmiało pomieściłby się w estetyce … poznańskiego Spontaneous Music Festival.

Monachijska impreza od pewnego czasu posiada stronę bandcampową, na której prezentuje nagrania festiwalowe (kolejne powinowactwo z polską imprezą!). W poprzednich latach organizatorzy publikowali jedynie wybrane nagrania, a czasami tylko ich fragmenty. Edycja 2025 stanowi pod tym względem pewien przełom, albowiem mmifestival.bandcamp.com sukcesywnie udostępnia kolejne festiwalowe sety.

Jak do tej pory zaprezentowano siedem koncertów, czyniąc to w ujęciu chronologicznym – set po secie, dzień po dniu. Dziś pochylamy głowę i nadstawiamy uszy nad setem drugim dnia pierwszego, a na scenie witamy brytyjskiego saksofonistę Johna Butchera, polsko-holenderską pianistkę Martę Warelis i katalońskiego drummera Joni Sigila (przy okazji młodszego brata Dona Malfona). Jesteśmy zatem w gronie najbliższych przyjaciół i zapraszamy na trzy kwadranse definitywnie wytrawnej freely improvised music.

  


Łagodna introdukcja szyta jest ciepłym brzmieniem klawiatury piana, rozmarzonym oddechem saksofonu tenorowego i filigranowym drummingiem. Muzycy bez zbędnej zwłoki zawiązują post-jazzową intrygę. Frazują precyzyjnie, trzymają dobre tempo i w mgnieniu oka dostają się na pierwsze pełnokrwiste, free jazzowe wzniesienie. Równie szybko łapią kameralną trwogę, a nawet ocierają się o ciszę. Po fazie drobnych, preparowanych fonii wracają na drogę mięsistej eskalacji i wieńczą pierwsze kilkanaście minut koncertu dobrze kontrolowanym uniesieniem.

Drugi kwadrans koncertu upływa pod znakiem częstym zmian dramaturgii i metod frazowania. Narracja okazjonalnie przebiera też formę akcji w podgrupach. Najpierw lekki jak piórko duet piana i perkusji. Powrót saksofonu znamionuje tu kolejną, raczej krótkotrwałą eskalację. Po niej eksploduje cisza bogacona filigranowymi frazami inside piana, a także szumem z tuby i glazury werbla. Po kilku amorficznych cmoknięciach narracja staje się męskim duetem, który po dwudziestej trzeciej minucie zamienia improwizację w pokaźny plaster ciszy.

Nowe otwarcie jest delikatne, szyte nade wszystko śpiewnym brzmieniem saksofonu sopranowego. Muzycy spinają się na place i niemal sięgają nieba, czyniąc to dalece tanecznym krokiem. Po kilku minutach improwizacja wchodzi w swoją najpiękniejszą fazę. Najpierw scenę opanowują samotne odgłosy z dętej tuby. To pokaz szemrzącej akustyki z ciszą, jako pełnoprawnym uczestnikiem spektaklu. Pianistka i perkusista wracają filigranowymi, preparowanymi strzępami fonii, jak bali się naruszyć równowagę fonicznego ekosystemu. Teraz całe trio zdaje się rezonować tajemniczą melodią, kreowaną plejadą short-cuts, jakbyśmy słyszeli upalone owady w tańcu godowym. Tymczasem improwizacja przeistacza się w plejadę minimalistycznych akcji podawanych w formie call and response. Wszystko delikatnie śpiewa i z czasem łączy się w jednorodną strugę pożegnalnej melodii. Koniec jednak nie następuje. Pianistka wrzuca do tygla zdarzeń post-klasyczne frazy wprost z klawiatury. Odpowiedzią saksofonisty jest kolejna porcja zrównoważonej melodii. Rezonują perkusyjne talerze. Oczekiwanie na ostatni dźwięk ubarwione zostaje rubasznym głosem z publiczności, który zdaje się, że świetnie znamy z innego, równie spontanicznego festiwalu.

 

John Butcher, Marta Warelis & Joni Sigil Munich 2025 - Day 1 Set 2 (MMI Festival, DL 2025). John Butcher – saksofon tenorowy, sopranowy, Marta Warelis – fortepian oraz Joni Sigil – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w trakcie MMI Festival, Einstein Kultur, Monachium, maj 2025. Jedna improwizacja, 45 minut.

 

 

wtorek, 14 października 2025

Marta Warelis & Ada Rave! Peel/Mondo!


Polkę i Argentynkę spotykamy w przewspaniałych okolicznościach amsterdamskiego Splendoru. Artystki swobodnie improwizują, a nas cieszy fakt, iż dokumentacja tego wydarzenia z mocy nowojorskiego Relative Pitch Records szczęśliwie trafia do naszych odtwarzaczy.

Album Peel/Mondo przynosi sześć zwartych opowieści na fortepian i saksofon, podanych w dość stabilnych interwałach czasowych - od pięciu do ośmiu minut.

  


Początek nagrania wydaje się bardzo radosny. Frywolne podskoki, ciepłe melodie sopranino, matowe, analogowe brzmienie piana, jakby pozbawionego pudla rezonansowego. Po kilku pętlach artystki niepodziewanie stają u bram free jazzu. Druga opowieść przynosi smutek, rodzaj nostalgii niesiony szumem z tuby saksofonu tenorowego i dźwiękami minimalistycznej klawiatury. Czas znów gra tu na korzyść Marty i Ady. Rośnie tempo, pojawia się rozsądna porcja ekspresji. W kolejnej opowieści Warelis pracuje zarówno na klawiaturze, jak i strunach, a w rękach Rave ponownie sadowi się najlżejszy z saksofonów. Całość ma swoją meta taneczną dynamikę i ujmujące, spowolnione interludia, tu niemal z klasycznym posmakiem.

Czwarta improwizacja śmiało zasługuje na miano tej najpiękniejszej. Introdukcja Marty znów realizowana w środku i na zewnątrz, wystudzony tenor i obustronne akcje perkusjonalne. Brudne brzmienie, zadziorne frazy, zmyślnie rozkołysana dynamika. Emocje rosną tu z każdą sekundą, a puentą okazują się urokliwe akcje inside piano. Dla odmiany piąta opowieść, to spokój, czyste, niekiedy krystaliczne wręcz brzmienie. Piano płynie tu doliną, saksofon garbem niewielkiego wzniesienia. Końcowa improwizacja błyszczy niczym zachód słońca nad umiarkowanie spokojnym oceanem. Garść preparowanych fraz dętych i smakołyków wprost z fortepianowych strun komponuje filigranowy zmierzch podkreślający ulotność całego spotkania.

 

Marta Warelis & Ada Rave Peel/Mondo (Relative Pitch, CD 2025). Ada Rave – sopranino, saksofon tenorowy oraz Marta Warelis – fortepian. Nagrane w Splendor, Amsterdam, czerwiec 2024. Sześć improwizacji, 36 minut.



wtorek, 27 maja 2025

Marta Warelis w duecie Dust Bunny w ramach 74.edycji Spontaneous Live Serie


(informacja prasowa)

 

Trybuna Muzyki Spontanicznej i poznański Dragon Social Club zapraszają na kolejny koncert muzyki improwizowanej. Rzecz będzie miała miejsca w sobotę 31 maja.

 

Marta Warelis powraca na deski poznańskiego klubu! Wielka to dla nas radość i przyjemność, zwłaszcza, że niezapomniana uczestniczka siódmej edycji Spontaneous Music Festival 2023 wystąpi w roli, jakiej jeszcze nie mieliśmy okazji poznać. W towarzystwie perkusisty i elektronika Nasima Lopez-Palaciosa Navarro, mając pod swoimi niebywale zręcznymi palcami zestawy syntetycznych klawiatur, zaprasza nas na ekspresyjny koncert, który realizowany najwspanialszą z metod, czyli improwizacją, przeniesie nas do świata noise-rocka, free jazzu i tego wszystko, co kreatywne, a zrodzić się może w temperamentnych głowach artystów i nieskończonych odmętach wyobraźni słuchaczy.

Marta i Nasim nazwali się Dust Bunny! Jak sami o sobie piszą, ów dynamiczny duet tworzy poszukujący krajobraz umieszczony pomiędzy progresywnym rockiem/noise, a free jazzem - używa perkusji, elektroniki, analogowego syntezatora i organów, dzięki którym wznieca ogień. Podobnie jak ów ogień, ich muzyka zabiera nas do granicy przejścia, gdzie rzeczy przekształcają się w niespokojnym tańcu.

Dodajmy, iż Dust Bunny będzie koncertował także w Szczecinie, Warszawie, Łodzi, Lublinie, Wrocławiu i Berlinie. Trasa rozpoczyna się 27 maja.




Spontaneous Live Series, Vol. 74: Dust Bunny

Marta Warelis – syntezator, organy

Nasim Lopez-Palacios Navarro – perkusja, elektronika

31 maja 2025, Poznań, Dragon Social Club, Zamkowa 3, godz. 20.00.

Bilety przed koncertem: gotówka, blik.

 

Marta Warelis jest pełną życia artystką, która preferuje improwizację i eksperymenty we wszystkich gatunkach. Nieustannie dąży do natychmiastowego komponowania na podstawie nowych dźwięków i inspiracji. Jej twórczość czerpie z muzyki całego świata, w tym cumbii, muzyki tanecznej Angoli, a także jazzu, zachodniej muzyki klasycznej i różnych szkół swobodnej improwizacji. Nagrywała m.in. z Davem Douglasem, Andym Moorem, Tobiasem Kleinem, Frankiem Rosalym, Kenem Vandermarkiem czy Hubertem Kostkiewiczem. W renomowanej nowojorskiej wytwórni The Relative Pitch Records wydała już sześć albumów, w tym swoją wspaniałą płytę solową „A Grain of Earth”. W 2022 roku wystąpiła w ramach cyklu „Space Impro” w holenderskim De Ruimte wraz z hiszpańskim perkusistą Nasimem López-Palaciosem Navarro i choć wtedy ich projekt nie miał jeszcze nazwy, z czasem przeobraził się w wyjątkowe, oscylujące pomiędzy free jazzem, noise’em i progresywnym rockiem Dust Bunny. Duet właśnie rozpoczął regularną działalność koncertową, a publiczność w Poznaniu będzie jedną z pierwszych, która będzie mogła usłyszeć go na żywo.

https://www.martawarelis.com/

Nasim Lopez - Palacios Navarro – artysta i programator, perkusista, improwizator i kompozytor zagubiony w świecie dźwięków i komputerów.

 

Koncert odbędzie się w ramach ekologicznej trasy koncertowej zorganizowanej w ramach europejskiego projektu "Better Live", który realizowany jest w dziewięciu krajach Unii Europejskiej, w tym w Polsce, i ma na celu wdrażanie zrównoważonych rozwiązań w sektorze muzyki koncertowej, a także budowanie bardziej świadomych i ekologicznych tras koncertowych dla europejskich artystów.

Projekt „Better Live” dofinansowany jest ze środków Komisji Europejskiej w ramach Kreatywnej Europy oraz ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Funduszu Promocji Kultury.



piątek, 14 marca 2025

The Relative Pitch’ 2025: Temple of Muses! Nada Sagrada! Old Adam on Turtle Island! The Life and Behavior! Morpeth Contemporary! FATHM!


Nowojorski The Relative Pitch Records w permanentnym natarciu! Pierwsze dwa miesiące roku przynoszą dziewięć albumów, z których sześć za moment poddanych zostanie naszej recenzenckiej wiwisekcji. Dla tych, którym wciąż mało ważna wiadomość - cztery nowości marcowe weszły już w stadium pre-orderu.

Bez zbędnej zwłoki sięgamy po dwa europejskie kwartety, transatlantycki duet, amerykański septet i duet, wreszcie nagranie solowe, podpisane przez obywatelkę tamtej strony Atlantyku. So, welcome!



 

Stian Larsen, Colin Webster, Ruth Goller & Andrew Lisle Temple of Muses

Snorkel Studios, Londyn, kwiecień 2022: Stian Larsen – gitara elektryczna, Colin Webster – saksofon altowy, Ruth Goller – bas elektryczny oraz Andrew Lisle – perkusja. Sześć utworów, 48 minut.

Webster i Lisle tworzą wyśmienity duet od lat, w trio z Larsenem mają w dorobku przynajmniej dwa albumy, wszakże ekspozycja w kwartecie z bliżej nam nieznanym basistą, to bezapelacyjna nowość. Jeśli pierwsza trójka wnosi tu rockowy i freejazzowy temperament, który znamy z wielu ich poprzednich produkcji, to rzeczony basista targa raczej subtelności post-jazzowego fussion, definitywny posmak świeżości i intrygującej niepowtarzalności.

Niespełna trzyminutowa, free jazzowa rozbiegówka doskonale wprowadza nas w temat. W kolejnej opowieści, już bardziej rozbudowanej, kwartet sięga nie tylko po atrybuty jazzowe, ale także rockowe i psychodeliczne, za co odpowiedzialni są nade wszystko gitarzysta i basista. Kluczowy dla dramaturgii całego albumu jest trzeci, ponad 20-minutowy utwór, który pokazuje kwartet we wszystkich kolorach tęczy. Balladowe otwarcie, dynamiczne rozwinięcie z kolejną porcją rockowych eksplozji, faza zagęszczonej, jazz-rockowej magmy i błyskotliwa, transowa finalizacja. Czwarta i piąta odsłona, to pokaz swobodnej, ponadgatunkowej, świetnie skomunikowanej zabawy. Najpierw trochę ćwiczeń rozluźniających, potem zwinna, na poły dynamiczna galopada pod jurysdykcją drummera. Album zamyka prawie dziesięciominutowa improwizacja, który sieje ferment mnóstwem dźwięków preparowanych, rezonujących fraz i dronowych ekspozycji. Pod koniec efektownie pęcznieje i zostaje spuentowana mięsistym free jazzem.




Brandon Lopez Nada Sagrada

Roulette Intermedium, Vision Festival 2023: Brandon Lopez – kontrabas, Zeena Parkins – harfa elektryczna, Mat Maneri – altówka, Cecilia Lopez – elektronika, DoYeon Kim – gayageum, Gerald Cleaver – perkusja oraz Tom Rainey – perkusja. Jeden utwór, 39 minut.

Septet Brandona Lopeza to definitywnie rzecz godna naszej uwagi. Dobrze zaplanowana improwizacja uformowana w jedną strugę dźwięków, budowanych intrygującym zestawem instrumentalnym, bystrze udramatyzowanych, soczyście brzmiących. Być może w środkowej fazie opowieść jest nieco przeładowana pomysłami, nazbyt bogata w wydarzenia, ale przynajmniej w jej trakcie nie grozi nam choćby sekunda nudy.

Początek albumu, to drżąca, strunowa, efektownie rozhuśtana porcja kameralistyki. Muzycy szukają pretekstu do wybuchu, ale spowijający ich mrok skutecznie studzi buzujący temperament. Opowieść faluje – zdaje się przez moment, że nabiera rumieńców akcjami podwójnego zestawu perkusyjnego, ale po niedługiej chwili grzęźnie w strumieniu strunowych lamentów. Raz jesteśmy pod ścianą hałasu, innym razem … płaczu. W fazach pośrednich opowieść nabiera post-jazzowych barw fussion. W drugiej części utworu muzycy łapią wiatr w żagle mocą elektrycznej harfy i post-elektronicznego backgroundu, po czym gasną w onirycznej aurze wystudiowanych subtelności. Serwują nam jeszcze kilka dynamicznych akcji niesionych niskimi frazami kontrabasu i harfy, a następnie przechodzą do fazy schyłkowej spektaklu, która przypomina chorobę dwubiegunową. Retoryka chwili sprowadza się do dylematu, czy jeszcze pohałasować, czy jednak zamilknąć.



 

John Dikeman, Sun-Mi Hong, Aaron Lumley & Marta Warelis Old Adam on Turtle Island

Splendor, Amsterdam, listopad 2022: John Dikeman – saksofon tenorowy, Marta Warelis – fortepian, Aaron Lumley – kontrabas oraz Sun-Mi Hong – perkusja. Dwa utwory, 51 minut.

Po kwartecie kierowanym przez Johna Dikemana zwykliśmy oczekiwać temperamentnego free jazzu, pełnego ognistych improwizacji i emocji płynących z wielostronnej wymiany argumentów. Tu sytuacja jest nieco odmienna. Mamy warstwę ideologiczną sugerującą refleksję nad losem współczesności i całe mnóstwo jazzowej, wręcz swingującej melodyki. Jeśli nie słyszeliście jeszcze Dikemana w wersji lirycznej, macie ku temu niepowtarzalną okazję. Dodatkowo John dobrał sobie wspaniałych partnerów, którzy świetnie wczuwają się w jego niebanalny nastrój chwili.

Kameralne otwarcie zagrane jest kolektywnie, a wyposażone w ciepły tembr saksofonu tenorowego, kontrabasowy smyczek, stonowane piano wprost z klawiatury i stylową, pozostającą nieco w tle perkusję. Opowieść pachnie rasowym free jazzem, ale momenty, gdy emocje sięgają stanu wrzenia należą do rzadkości i stanowią raczej interludium, nie zaś treść główną nagrania. Dominuje melodia, niekiedy swingujący drive i stonowane ekspozycje solowe, realizowane w oparciu o żwawy akompaniament. Pierwsze nagranie szczególnie podobać może się w fazie środkowej, gdy po efektownym szczycie artyści zanurzają się w mrocznych preparacjach, a potem wychodzą na prostą w estetyce post-bluesowej ballady. Druga odsłona albumu jest zbudowana jeszcze skrupulatniej. Kilkuminutowe otwarcie basu i szeleszczących talerzy, wyważona ekspozycja piana i saksofon, który intonuje pierwszą melodię dopiero po ósmej minucie. Narracja swinguje, pachnie czarnym jazzem lat 30. ubiegłego stulecia i nie przestaje zaskakiwać. Ferment kreacji płynie tu nade wszystko od pianistki, która pracuje także w formule inside piano. W dalszej części nagrania tonizujący emocje tenorzysta wchodzi w bystre interakcje z kontrabasowym smyczkiem, a po chwili ciszy przechodzi do melodyjnej, smutnej, niemal elegijnej finalizacji, niepozbawionej post-barokowych zdobień.




Fred Frith & Shelley Burgon The Life and Behavior

Guerrilla Recording, Oakland, maj 2002 oraz marzec 2005: Shelley Burgon – harfa oraz Fred Frith – gitara akustyczna. Dwanaście utworów, 45 minut.

Jedno z dwóch spotkań akustycznej gitary i harfy w dzisiejszym zestawie relatywnych nowości. Tu legenda muzyki kreatywnej, Fred Frith i Shelley Burgon, amerykańska artystka, której dorobku nie wygooglaliśmy przed rozpoczęciem pisania tej recenzji. Album konsumuje dwie sesji nagraniowe sprzed dwóch dekad – całość nie ekscytuje w każdej sekundzie swego trwania, ale przynajmniej kilka z dwunastu improwizacji (szczególnie tych bardziej rozbudowanych i pochodzących z młodszej sesji) wartych jest naszej wzmożonej atencji.

Otwarcie albumu śmiało zasługuje na miano wystudzonej world music. Potem robi się znacznie ciekawiej, muzycy wchodzą bowiem w stadium bardziej zawansowanych improwizacji i wzajemnych interakcji. Ich opowieści bywają wyczulone na niuanse i efektownie minimalistyczne, nie stronią wszakże od rytmu i bogacenia narracji dźwiękami, które niekoniecznie są efektem pracy na strunach. To, co najlepsze na płycie dzieje się w utworach najdłuższych, szczególnie piątym, bardziej medytacyjnym oraz dziewiątym i jedenastym. W tych dwóch ostatnich akcje z obu stron zdają się być intrygująco nerwowe, dramaturgicznie poszarpane, do tego świetnie skomunikowane i nasączone mnóstwem brudnych, preparowanych fraz. W jedenastym epizodzie, bezwzględnie zasługującym na miano najciekawszego, gitara zaczyna bardzo nisko i pięknie kontrapunktuje wysoko osadzoną harfę. Opowieść skrzy się od zwarć i pyskówek, nabiera dynamiki, buzuje niemal rockowymi emocjami.



 

Jacqueline Kerrod & Joe Morris Morpeth Contemporary 2024

Morpeth Contemporary, Hopewell, Nowy Jork, maj 2024: Jacqueline Kerrod – harfa oraz Joe Morris – gitara akustyczna. Trzy utwory, 51 minut.

Kolejne strunowe spotkanie i znów podobna sytuacja – świetnie rozpoznawalny gitarzysta i amerykańska harfistka, z którą stykamy się po raz pierwszy. Tu opowieść składa się z trzech rozbudowanych improwizacji (z których pierwsza stanowi połowę albumu) i miewa momenty definitywnie przegadane, tudzież przesłodzone post-klasyczną ornamentyką. Te ciekawsze fragmenty, to sytuacje, w których Morris przejmuje inicjatywę, wyciąga Kerrod ze strefy melodyjnego komfortu i zaciąga w mroczne, niebezpieczne rewiry swobodnej improwizacji.

Od post-klasycznych subtelności, poprzez leniwe medytacje, po intrygujące zwarcia i dramaturgiczne spięcia, to schemat dramaturgiczny gemu otwarcia. Prawie trzydziestominutowa improwizacja szyje nam tu kilka scenariuszy i niektóre z ich śmiało uznać możemy za więcej niż udane, szczególne te, które dzieją się po upływie kwadransa. Co ciekawe, to harfistka wnosi tu odrobinę kreatywnego fermentu. Druga opowieść rozpoczyna się aurze szmerów i rezonujących fonii, także przechodzi przez fazę medytacji, w ramach zaś reasumpcji wzbogacona zostaje o warstwę rytmiczną i garść intrygujących interakcji. Ostatnia improwizacja świetnie ilustruje sytuację, o której pisaliśmy w poprzednim akapicie. Po kilkuminutowym stadium relaksacji gitarzysta przejmuje dowodzenie i sprawia, iż zakończenie albumu nie szczędzi nam ekspresji, brudnych, kanciastych fraz i adekwatnych wypieków na twarzy.


 

Laura Cocks FATHM

Czas i miejsce akcji nieznane: Laura Cocks – flet. Dziewięć utworów, 38 minut.

Na zakończenie relatywnych nowości specjalność zakładu, czyli album solowy. Kolejna bliżej nam nieznana amerykańska artystka i dziewięć bystrze sformatowanych improwizacji na flet solo. Od ciszy po hałas, od delikatności po agresję, od czystej frazy po wielokrotnie zdeformowane strzępy dźwięków.

Najpierw Laura oddycha całą masą fletowego korpusu, potem przyspiesza, ale jednocześnie ociepla tembr swojej wypowiedzi. Gdy jest taka potrzeba, fletowy strumień bogaci własnym głosem. Mruczy jak Beduin, by po chwili generować zniekształcone frazy, które w niczym nie przypominają brzmienia drobnego instrumentu dętego. Znęca się nad nim, topi w mulistej mazi, rozrywa i depcze. Nagle zaczyna medytować i pełnymi garściami łapie melodie. Śpiewa mroczne kołysanki dla niegrzecznych dzieci. Prycha i rzęzi jak gruźlik, by po niedługiej chwili zbudować multiopowieść, jakby miała w rękach i ustach co najmniej kilka instrumentów. W ósmym epizodzie skrupulatnie buduje flow z pisków i zgrzytów, a potem całą tę strugę brudu rozkłada na czynniki pierwsze. Przez ostatnie dziewięćdziesiąt sekund albumu snuje prostą, dynamiczną opowieść, świetnie kontrolując emocje.

 

 

 

piątek, 31 stycznia 2025

The Relative Pitch’ late autumn: Trance Map! STA! Carne Vale! Abdou, Gouband & Warelis! Agnel & Zerang! ES Trio! Parkins! Scree!


Nowojorski Relative Pitch Records i jego inwazja edytorska z listopada i grudnia ubiegłego roku: czternaście nowych albumów niosących moc wrażeń dla słuchaczy i godziny pracy dla niestrudzonego recenzenta. Poniżej sięgamy po osiem z nich, w bezmiarze milczenia pozostawiając pięć albumów solowych i jeden duet. Kto ciekaw tych ostatnich bez naszej rekomendacji, zapraszamy na relatywny bandcamp, jak zawsze chętny do udostępniania muzyki w streamingu.

W omawianym pakiecie dużo dobrych emocji, całkiem sporo znamienitych postaci światowej muzyki improwizowanej i jak zawsze kilka nowych, tudzież zaskakujących personalnie konfiguracji. Bez zbędnej zwłoki zapraszamy na odczyt i odsłuch brytyjskiego duetu, wielkiej orkiestry australijskiej oraz kilku międzynarodowych składów dwu-trzy-czteroosobowych, a także kwartetu złamanego w septet.

Definitely welcome! 



 

Trance Map Horizons Held Close

Czas i miejsce akcji nieznane: Evan Parker – saksofon sopranowy oraz Matthew Wright - turntable, live processing, sound design. Dwie improwizacje, 48 minut.

Współpraca Parkera i Wrighta, to niemal półtorej dekady elektroakustycznych przygód saksofonu sopranowego i inteligentnej elektroniki, zapoczątkowanej albumem Trance Map, który dał nazwę kolejnym ujawnieniom. Co ciekawe, w wymiarze fonograficznym wszystkie one stanowiły przedsięwzięcia w formule duo+, zatem najnowszy album, to dopiero drugie nagranie purée duetowe. Koncepcja tej jakże swobodnej improwizacji jest dość prosta – płynący szeroką strugą saksofon sopranowy poddawany jest live processingowi, a całość niekiedy bardzo rozbudowanej ekspozycji barwiona mnóstwem elektronicznych drobiazgów i subtelności, w których Wright jest definitywnie mistrzem świata. Nowa płyta nic w tej materii nie zmienia i jak zawsze jest porcją wyśmienitej muzyki.

Opowieść zrodzona w szeleszczącej ciszy dość szybko nabiera tu rumieńców – sopranista ucieka w oddech cyrkulacyjny, a jego flow zaczyna być dekonstruowany na kilka wątków, z których każdy zdaje się prezentować inne odium dętej narracji. Swoją opowieść konstruuje także elektronik – subtelne, rozkołysane electro, syntezatorowe pasma unikalnych meta melodii, wreszcie plejady skwierczeń i drgań. Po upływie kwadransa Parker zdaje się schodzić na drugi plan, wpadając w rozmarzoną pętlę upływającego czasu. Druga improwizacja konstruowana jest z drobnych, cedzonych przez zęby fraz, przypomina ptasie ćwierkania. Sopranowa ekspozycja łapie echo i urokliwe rozwarstwia się. Akcje elektroniczne rozbudowują się po szóstej minucie, przyjmują postać delikatnie pulsującego beatu. W drugiej połowie utworu sopran nabiera soczystości i daje się ponieść efektownej rytmicznie warstwie elektronicznej.




Sound the Alarm A Large Ensemble Instigation for Palestine

Annandale Creative Arts Centre, Australia, czerwiec 2024: Clayton Thomas – kompozycja, dyrygentura, kontrabas, Sam Gill – saksofon sopranowy, Jack Stoneham – saksofon altowy, Matthew Ottignon – saksofon barytonowy, klarnet, Peter Farrar – saksofon c-melody i altowy, Megan Alice Clune - klarnet, Simon Ferenci – trąbka, Phillipa-Haste Murphy – klarnet basowy, altówka, Freya Schack-Arnott – wiolonczela, Julia Magri – kontrabas, Novak Manojlovic – fortepian, Niki Johnson – talerze, instrumenty perkusyjne, Holly Conner - perkusja, instrumenty perkusyjne, Hayley Chan – perkusja, instrumenty perkusyjne, Lauren Tsamouras – organy elektryczne, Hilary Geddes – gitara elektryczna. Trzy utwory, 69 minut.

Sprawcą tego przedsięwzięcia jest świetnie nam znany australijski kontrabasista Clayton Thomas, który odpowiada tu niemal za wszystko. Na scenie szesnastu lokalnych muzyków w bystrze dobranym instrumentarium – siedem dęciaków, trzy strunowce, trzy zestawy perkusyjne, piano, organy i gitara elektryczna, a na pulpitach (?) trzy rozbudowane, jako rzecze sam Thomas, skomponowane improwizacje, które niosą moc wyśmienitej muzyki, przesłanie dla świata i wsparcie dla tych, którzy potrzebują go teraz najbardziej.

Pierwsza odsłona albumu trwa ponad dwa kwadranse, w trakcie których STA pokonuje wyboistą drogę od post-filharmonicznej, strunowej rozgrzewki, poprzez kameralne akcje w podgrupach, nie bez ekspozycji dronowych, po post-jazzową kulminację. Punktem zwrotnym zdaje się tu być centralnie umiejscowiona na osi czasu akcja perkusjonalistów. Kolejne dwie części albumy są nieco krótsze, bardziej skoncentrowane na niuansach dramaturgicznych wieloosobowej kameralistyki. W introdukcji drugiej opowieści nie brakuje pasm o niemal post-klasycznej estetyce. Z drugiej strony w każdym zakamarku narracji zdaje się czaić ekspresja free jazzu. Tu finał okupiony jest efektowną, dość hałaśliwą gitarą. Trzecia improwizacja ściele się rezonującymi frazami dętymi, smyczkami na gryfach kontrabasów i plejadami drobnych, nieco separatywnych mikro eksplozji. Samo zakończenie nasycone jest odrobiną rzewnej, post-kameralnej melodyki, jakże zgrabnie ułożonej do snu.




Foster/ Bennett/ Wick Carne Vale

Pioneer Works, Red Hook, Brooklyn, czas nieznany: Ben Bennett – instrumenty perkusyjne, Michael Foster – saksofony oraz Jacob Wick – trąbka. Pięć improwizacji, 40 minut.

Pięć nieprzegadanych, swobodnych improwizacji, skupionych na frazach preparowanych i dobrze unerwionych wzajemnymi interakcjami, to krew tego albumu. Muzycy mniej nam znani (może poza saksofonistą) proponują dalece wysmakowaną i pełną pozytywnych doznań podróż po obrzeżach dźwięków perkusjonalii, trąbki i saksofonu.

Początek albumu jest niezwykle skupiony, usłany rezonującym talerzem i drobnymi półmelodiami z trąbki. Szemrzący saksofon wchodzi do gry po kilku minutach i udanie lepi się do duetowej ekspozycji, która pod koniec nabiera intensywności. W drugiej odsłonie artyści jeszcze silniej skupiają się nad gramaturą dźwięku, formując wątłą strugę ambientu, rodzaj onirycznego, post-sonorystycznego spaceru. Trzecią część otwiera trąbka, a wspólna ekspozycja na etapie rozwinięcia śmiało zasługuje na miano mrocznej post-ballady, która czerpie jakość z rozśpiewanych, preparowanych odgłosów wciąż jeszcze żywych instrumentów. W czwartej opowieści muzycy przez moment mają ochotę na bardziej linearną narrację, ale broczą po kolana w szczegółach. W ostatecznym rozrachunku dają się ponieść na poły melodyjnej ekspresji. Końcowa improwizacja trwa ponad dwanaście minut i zgrabnie reasumuje ów urokliwy kęs free improvised music. Odrobina dynamiki na etapie preparacji, intrygujące zwarcia i medytacje czynione metodą call and response, post-balladowe interludium i dynamiczne, free jazzowe podsumowanie. 



 

Abdou/ Gouband/ Warelis Hammer, Roll and Leaf

Nagrania domowe, Francja (?), luty 2024: Sakina Abdou – saksofon altowy i tenorowy, Marta Warelis – fortepian oraz Toma Gouband – perkusja, kamienie i liście. Dziewięć utworów, 66 minut.

Francusko-polskie spotkanie rising stars europejskiej sceny improwizowanej w subtelnym, nieinwazyjnym towarzystwie bardziej doświadczonego perkusjonalisty, to być może jedno z bardziej ważkich wydarzeń drugiej połowy roku w rzeczonej stylistyce. Album, zbudowany cierpliwie podczas kilkudniowej sesji w domowych pieleszach saksofonistki, przynosi dużo materiału dźwiękowego, sporo intrygujących splotów dramaturgicznych, ale i cień niedosytu. Niekiedy można bowiem odnieść wrażenie, że muzycy pracują na delikatnie zaciągniętym ręcznym, kryjąc sporo emocji w bezmiarze niezdecydowania.

Otwarcie albumu, szczególnie trzy pierwsze opowieści, zdają się konstytuować ambiwalencje recenzenta. Post-klasyczny minimalizm pianistki, wytłumiona, post-jazzowa narracja saksofonistki ubrana w kameralny suspens, wreszcie repetycje szumiącego zestawu perkusjonalnego. Dopiero w czwartej odsłonie improwizacja nabiera rumieńców. Nerwowa, połamana rytmika szyta plejadą drobnych, niekiedy urywanych fraz kreuje tu dynamikę, który kusi los. W kolejnych ekspozycjach na powrót nie brakuje zadumy, klasycznego posmaku, wreszcie odrobiny post-jazzu, która wykuwa się z kameralnie uformowanej opowieści. Zakończenie szóstej części zwiastuje jednak nadejście czegoś intrygującego. Chwilę potem pianistka bierze sprawy w swoje ręce, osiada na gęstym rytmie i niesie trio ku nowym wyzwaniom. W części ósmej swoje dokłada saksofonistka, która nasyca dęte frazy zabrudzonym brzmieniem i doposaża głosem. Emocje rosną – pianistka skacze po klawiaturze jak gazela, perkusista przypomina zuchwałego kocura. Końcowa improwizacja najpierw sięga po frazy preparowane, potem efektownie rozkołysana wpada w polirytmię delikatnego transu, wiele nam w kontekście całego albumu rekompensując.



 

Sophie Agnel & Michael Zerang Draw Bridge

Experimental Sound Studio, Chicago, kwiecień 2024: Sophie Agnel – fortepian oraz Michael Zerang – instrumenty perkusyjne. Dziewięć improwizacji, 44 minuty.

W ostatnich latach za kojarzenie improwizujących muzyków francuskich i amerykańskich odpowiadała najczęściej inicjatywa The Bridge. Agnel i Zerang zebrali się chyba we własnym zakresie, ale ich spotkaniu także przypięto łatkę mostową. Klasa artystów nie podlega tu dyskusji, a ich album (chyba pierwszy raz w duecie) zasługuje wyłącznie na komplementy, zwłaszcza, że oboje postawili w nim nade wszystko na formułę inside piano i snare drum preparation. 

Otwarcie albumu, to niechybnie klasyka gatunku. Odgłosy z dna pudła rezonansowego piana i ugniatanej glazury perkusyjnego werbla formują się w paradę cierpiących dźwięków, która nabiera pokracznego rytmu. Agnel po raz pierwszy używa klawiatury bodaj w trzecim odcinku, ale wciąż czyni to raczej okazjonalnie. Także wtedy na bardziej konwencjonalne tory narracji sforuje się Zerang, który buduje perkusyjną dramaturgię. Ale i tu puentą jest pisk zarzynanych kurcząt. W kolejnych epizodach artyści pokazują, iż estetyka akustycznego hałasu, to obszar, w którym czują się naprawdę swojsko. W tak zwanym międzyczasie kreują też bardziej subtelny obraz swojej improwizacji. Słyszymy delikatne, metaliczne frazy, nie do końca wiedząc, skąd pochodzą. W trakcie epizodów od szóstego do ósmego Sophie i Michael jeszcze częściej sięgają po brzmieniowe i narracyjne detale, śmiało wyznaczając szczególnie udane momenty całego albumu. Pewnym zaskoczeniem jest ostatni epizod. To gęsty potok dźwięków wprost z rozgrzanej klawiatury i soczysty drumming z preparowanymi zdobieniami niesione ekspresją free jazzu aż po szczęśliwe zakończenie. 



 

ES Trio The Foreign In Us

Experimental Sound Studio, Chicago, marzec 2023: Edith Steyer – saksofon altowy, klarnet, Mabel Kwan – fortepian oraz Michael Zerang – perkusja, instrumenty perkusyjne. Dziesięć utworów, 40 minut.

Na naszej zbiorówkowej scenie (w tym samym studiu nagraniowym) pozostaje Zerang, któremu tym razem towarzyszą aż dwie artystki. Obie z niejednego pieca chleb jadły, także w ujęciu gatunkowym. Nagranie sprawia wrażenie w pełni improwizowanego, jakkolwiek nuta konceptualności zdaje się wić wokół dziesięciu zgrabnych utworów, z których połowa nagrana została w trio, reszta zaś w duetach, każdorazowo z udziałem Steyer, która jest tu zapewne, z racji inicjałów w nazwie formacji, osobą sprawczą.

Album otwierają i kończą ekspozycje sax & drums, pełne free jazzowej swobody, dobrze konstruowanego rytmu i post-aylerowskich melodii. Utwory czwarty i siódmy, to z kolei duety piano & sax, prowadzone zarówno wewnątrz fortepianu, jak i na klawiaturze, z melodyjnym saksofonem, jak i tubą syczącą niczym wąż, czynione w estetyce post-jazzowej, ale i kameralnej. Najbardziej wartościowe na albumie to wszakże ekspozycje trzyosobowe. Świetnie łączą zalety obu duetów, dodając sporo intrygujących koincydencji. Piąta odsłona, to wzajemna wymiana kąśliwych, preparowanych fraz kojona ciepłem saksofonowych post-melodii. Ósma wydaje się abstrakcyjnym post-jazzem, którego nerw szyją perkusjonalne obcierki i samookaleczenia. Najciekawiej jest w utworze dziewiątym, przy okazji najdłuższym. Pozatykana tuba dęciaka i szeleszczące perkusjonalia sieją tu permanentny ferment i rwą narrację na strzępy, z kolei dystyngowane, minimalistyczne piano stara się wszystko porządkować i kierować na bardziej wystudzone tory.



 

Zeena Parkins Dam Against the Spring Tide

Czas i miejsce akcji niewskazane precyzyjnie, prawdopodobnie Berlin: William Winant - wibrafon, krotale, harmonika, Brett Carson - fortepian, organy, Joan La Barbara – głos, Zeena Parkins – łokieć na fortepianie, field recordings (utwory 1-5) oraz Laurent Bruttin – klarnety, Tony Buck – perkusja, orkiestrowe instrumenty perkusyjne, obiekty, Christian Kesten – głos, Magda Mayas - fortepian, clavinet, obiekty, Matthew Ostrowski - elektronika, processing, Zeena Parkins – harfa akustyczna, Sebastian Roux – elektronika, processing (6-10). Łącznie dziesięć części, 68 minut.

Berlińskie dzieło amerykańskiej harfistki, to album niezwykły. Składa się z dwóch multi-kompozycji, z których pierwsza trwa dwadzieścia minut i wykonuje ją akustyczny kwartet doposażony szczyptą nagrań terenowych, z kolei ta druga trwa prawie 50 minut, a podmiotem wykonawczym jest septet (pięciu żywych instrumentalistów, dwóch elektronicznych procesorów). Każda z opowieści podzielona jest na pięć części. Album tyleż niezwykły, co po prawdzie nieodgadniony. Słucha się go z uchem przy głośniku, by nie uronić choćby sekundy, ale czy w pełni satysfakcjonuje, pozostaje pytaniem retorycznym.

Kompozycja kwartetowa bazuje na dialogu fortepianu (na ogół wprost z klawiatury) i wibrafonu. Wokół nich krążą plejady zdobień i dekonstrukcji, które wydają się ciekawsze od wątku głównego. Ten balansuje między stonowanym post-jazzem, a skorą do figli post-klasyką. W ramach dramaturgicznych ornamentów urokliwe, oniryczne pasaże organów, plamy ambientu, odgłosy miejskiej cywilizacji i piękna, dronowa (smyczek na strunie piana?) finalizacja.

Dużo więcej wrażeń dostarcza epopeja septetowa. Otwiera ją ponad trzynastominutowa ekspozycja harfy, która rozwarstwia się na tyle wątków, iż niewykluczone, że w dziele tworzenia uczestniczyło więcej instrumentów. Kolejny odcinek budowany jest pełnym instrumentarium – głosem narratora w języku niemieckim, rozbudowanym akcesorium akustycznym, na ogół preparowanym i dość tajemniczym (słyszymy choćby gitarę niewylistowaną w albumowym credits), wreszcie plamami nieinwazyjnej elektroniki, zapewne głównie processingowej. Trzecia i czwarta część mają bardziej zwartą strukturę narracyjną – ta pierwsza przyjmuje formę onirycznego drona nasączonego elektronicznymi zdobieniami, ta druga jest narracją perkusji, klarnetu i harfy, wokół których snują się drobne frazy pozostałych uczestników spektaklu. W finałowej części powraca narrator, a warstwa instrumentalna jest reaktywną plejadą short-cuts, czasami topionych w onirycznej flaucie nieznanego pochodzenia. Całość przypomina słuchowisko radiowe z pociętą na jego potrzeby warstwą instrumentalną.



 

Chris Brown/ Ben Davis/ Zeena Parkins/ William Winant Scree

Czas i miejsce akcji nieznane: Zeena Parkins – harfa, Chris Brown – fortepian, elektronika, William Winant – instrumenty perkusyjne oraz Ben Davis – wiolonczela. Osiem improwizacji, 41 minut.

Na zakończenie przeglądu relatywnych nowości kwartet, którego pobieżna analiza personalna mogłaby wskazywać, iż czeka nas spotkanie z dobrze rozumianym hałasem, wszak nazwiska Parkins czy Winant niosą w sobie pewien bagaż konsumenckich doświadczeń. Rzeczywistość, być może także wpływ pozostałych członków kwartetu, pokazuje, iż Scree jest albumem stonowanym, niekiedy kameralnym, często zaskakującym, choć nie zawsze trzymającym dramaturgię.

Pierwsza odsłona nieco zaciemnia obraz całości. Jest szorstka, rozdygotana, nasycona emocjami, które mogłoby sugerować free jazzowy kierunek narracji. Począwszy jednak od drugiego utworu kwartet zanurza się w strumieniu akustycznej, incydentalnie elektroakustycznej podróży po bezdrożach multigatunkowości. Strunowe instrumenty, które dominują w kwartecie frazują tu zarówno post-klasycznym ciepłem, jak i dezynwolturą preparacji. Perkusjonalia często dostarczają frazy rezonujące, a ich wkład w warstwę rytmiczną uznać należy za definitywnie śladowy. Opowieść przyobleka barwy kameralne, choć w wielu momentach nie brakuje intrygujących, nerwowych spięć. Szczególnie ciekawie jest w opowieści piątej, gdy nasze uszy wypełniają elektroakustyczne zgrzyty, a także w siódmej, nasyconej mnóstwem brudnych, zniekształcanych fraz strunowych. Ostatnia opowieść reasumuje album, zdaje się konsumować wszystkie jego wątki stylistyczne i estetyczne. Przyznać trzeba, że sporo się ich nazbierało w trakcie tego niedługiego albumu.

 

 

 

piątek, 4 października 2024

Nowe albumy Spontaneous Live Series dokumentujące spontaniczny festiwal roku 2023


(informacja prasowa)

 

Cykl płytowy „Spontaneous Live Series”, który dokumentuje koncerty kolejnych edycji poznańskiego Spontaneous Music Festival, dostarcza albumy w charakterystycznych szarych kopertach już szósty rok. Tradycyjnie przy okazji nowej edycji festiwalu, która rozpoczyna się 3 października, swoje światowe premiery mają kolejne woluminy serii na nośniku fizycznym, tu jak zawsze, na poręcznej płycie kompaktowej.

Albumy z numerami katalogowymi 014 i 015 przynoszą nagrania zarejestrowane rok wcześniej, w trakcie Silence/Noise 7.Spontaneous Music Festival. „Czternastka”, to specjalność zakładu, czyli formacja „ad hoc” - pierwsze spotkanie artystów w zadanej konfiguracji personalnej. W tym wypadku ślepy los (czytaj: intuitywna kreatywność organizatorów) połączył nas scenie Dragon Social Club polską pianistkę Martę Warelis, szwajcarskiego gitarzystę Floriana Stoffnera i austriackiego perkusistę Rudi Fischerlehnera. Z kolei „Piętnastka” przynosi nagranie formacji, która swe życie artystyczne rozpoczęła kilka lat wcześniej, a koncertowy album z Poznania jest jej drugim wydawnictwem. Berliński Der Dritte Stand, to puzon Matthiasa Müllera, kontrabas Matthiasa Bauera oraz perkusja przed momentem wspominanego Rudi Fischerlehnera.

Kompaktowa seria, która od teraz ma już piętnaście pozycji, sukcesywnie uzupełniana jest albumami podserii digitalnej – tu do dziś światło dziennie ujrzało sześć albumów. Wszystkie dwadzieścia jeden płyt można odsłuchać i wejść w posiadanie nagrań wykorzystując poniższy link:

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/



 

By przypomnieć sobie klimat koncertów ubiegłorocznego festiwalu, jakie pomieszczono na albumach Spontaneous Live Series 014 i 015, sięgnijmy po relację z imprezy, jaka – jak zwykle symultanicznie – ukazała się rok temu na łamach Jazzarium.pl i Trybuny Muzyki Spontanicznej.

(…) W pierwszej kolejności Marta Warelis na fortepianie, Florian Stoffner na gitarze elektrycznej oraz nowy gość festiwalowy, Rudi Fischerlehner na perkusji. Na szczególnie ten set wielu ostrzyło sobie apetyty i zdaje się, że wszystkie nasze oczekiwania zostały spełnione w dwójnasób. Najpierw minimalistyczny wstęp pianistki, w który doskonale wklejały się równie enigmatyczne frazy gitary i perkusjonalnych błyskotek. Potem wielowymiarowa zabawa w połamany rytm, który płynął z klawiatury i strun gitary, a osadzał się na dynamicznej ekspozycji austriackiego perkusisty. Taka podróż mogłaby trwać w nieskończoność, ale zakończyła się bodaj po 35 minutach, oczywiście burzą braw. Nie śmieliśmy jednak prosić artystów o bis, albowiem ich improwizacja była tak intensywna i ekspresyjna, że bezwzględnie zasłużyli na chwilę oddechu.

Spontaneous Live Series 014: Marta Warelis/ Florian Stoffner/ Rudi Fischerlehner „Live at 7th Spontaneous Music Festival” (Spontaneous Music Tribune, CD 2024). Marta Warelis – fortepian, Florian Stoffner – gitara, Rudi Fischerlehner – perkusja. Nagrane 7 października 2023, Dragon Social Club, Poznań. Trzy improwizacje, 35 minut.

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-014



 

Finał festiwalu zwykł przypadać w udziale artystom wyjątkowym, ale w kontekście siedmiu poprzednich setów tegorocznej edycji takie określenie byłoby z pewnością niesprawiedliwe. A jednak Der Dritte Stand, czyli Matthias Müller na puzonie, Matthias Bauer na kontrabasie i Rudi Fischerlehner na perkusji zdemolowali nas całkowicie. Płynna, prawie czterdziestominutowa ekspozycja, w której każdy dźwięk był zasadny dramaturgicznie, ale i żadna fraza nieprzegadana, skrzyła się mocą puzonowej dynamiki i brzmieniowych subtelności, pięknymi, ekspresyjnymi frazami arco kontrabasisty i jakże zadumanymi opowieściami pizzicato, a obrazu całości dopełniał ekspresyjny drumming. Ten ostatni płynął z rzadko spotykaną swobodą, niemal zwierzęcą naturalnością, ale także umiejętnością wyznaczenia przystanku, budowania przestrzeni dla chwili refleksji i inspiracji dla partnerów (…).

Spontaneous Live Series 015: Der Dritte Stand „Live at 7th Spontaneous Music Festival” (Spontaneous Music Tribune, CD 2024). Matthias Müller - puzon, Matthias Bauer - kontrabas, Rudi Fischerlehner – perkusja. Nagrane 7 października 2023, Dragon Social Club, Poznań. Jedna improwizacja, 40 minut.

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-015



 

piątek, 2 sierpnia 2024

Marta Warelis in two Relative’ shots!


Polska pianistka Marta Warelis nie wymaga na tych łamach jakichkolwiek introdukcji, zatem bez zbędnych wstępów z radością donosimy, iż zacny nowojorski The Relative Pitch Records wydał kolejne (po solo i trio Omawi) płyty artystki.

Marta, jak doskonale wiemy, na stale wrośnięta jest w pejzaż sceny amsterdamskiej, zatem zupełnie nie dziwi nas fakt, iż jej obie nowe produkcje powstały w klubach stolicy Holandii. Także jej partnerzy są stałymi uczestnikami improwizowanego życia tamtych ziem. Choć jeden z nich jest Niemcem, drugi Amerykaninem, a trzeci Szkotem. One World is enough for all of us!

Zapraszamy do odczytów i odsłuchów!



 

Klein/ Rosaly/ Warelis Tendresse

Splendor, Amsterdam, marzec 2022: Tobias Klein – klarnet basowy i kontrabasowy, Frank Rosaly – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Marta Warelis – fortepian. Cztery improwizacje, 63 minuty.

Spotkanie zwinnej, post-jazzowej perkusji Rosaly’ego, ciężkich odmian klarnetu Kleina i ulotnej, wielowymiarowej pianistyki Warelis zapowiadało się ekscytująco już po samej lekturze albumowego credits. Rzeczywistość foniczna przerosła jednak te oczekiwania. Płyta mieni się wszystkimi kolorami jakości, ma swoje chwile ognia, ma chwile cierpliwej medytacji. Brzmi wspaniale, toczy się wartko mimo wielu wystudzonych fragmentów, pokazuje kunszt każdego z artystów, szczególnie Marty, która po raz kolejny udowadnia, iż jest w stanie zagrać wszystko i dokonuje niemal bezbłędnych wyborów.

Pierwsza odsłona albumu trwa kilkanaście minut i udanie wprowadza nas w klimat nagrania. Skupiony, zawieszony w próżni kameralistyki początek, to perkusyjne talerze, minimalistyczne frazy z klawiatury i pociągłe westchnienia klarnetu. Marta dość szybko wchodzi w tryb inside piano, Frank syci coraz bardziej linearną opowieść granulatem post-jazzu, akcje Tobiasa nabierają matowej melodyki. Improwizacja ma tu swój epizod duetowy barwiony post-klasyką pianistki, a także intrygujący powrót perkusisty, który zaczyna szukać opcji nierytmicznych. Opowieść w dalszej fazie ciekawie narasta, by na etapie finalizacji pokazać prawdziwie lwi pazur.

Druga historia trwa niemal dwa kwadranse. Introdukcja przypada w udziale post-melodyjnemu klarnetowi i szeleszczącym talerzom. Piano wchodzi do gry dopiero w czwartej minucie. Narracja toczy się w strefie bezpośredniego oddziaływania ciszy, przybiera postać rozkołysanej medytacji. Po upływie 10 minuty w strumieniu improwizacji pojawiają się zalążki bardziej energicznego post-jazzu. Moc płynie szczególnie ze strony klarnecisty, który zdaje się, że teraz właśnie korzysta z kontrabasowej wersji swojego instrumentarium. Muzycy reagują na siebie nie bez udziału zacnej metody call and response. Po upływie 17 minuty akcja wystudza się w splot post-perkusyjnych akcji każdego z artystów. Po krótkim solo perkusji, mamy duet z klarnetem, który nabiera tajemniczej taneczności. Marta wraca na palcach, tłumiąc zapędy partnerów i generując definitywnie filigranowe frazy. Zakończenie tej epopei jest lekkie jak puch.

Kolejna opowieść nie trwa nawet dziesięciu minut, zatem w kontekście całości możemy ja nazwać niemal miniaturą. Muzycy skupiają się tu na pojedynczych dźwiękach, pięknie brną w preparacje, drżą, oddychają i płyną melodyką wystudzonego piana. Narracja znów jakby unosiła się w powietrzu, ale jest mroczna, niepokojąca. Dla podmiany początek czwartej improwizacji bucha życiową energią. Zalotny klarnet, nerwowy rytm perkusji i całkiem imitacyjna w stosunku do tej ostatniej aktywność inside piano. Opowieść gęstnieje w mgnieniu oka i staje się bodaj najbardziej dynamicznym fragmentem albumu. Na spowolnieniu improwizacja nabiera głębi – wszystkie frazy płyną nisko, niczym chmury burzowe, ale podskórny rytm wcale nie umiera. Na zakończenie nagranie przybiera postać niemal rytualnego wystudzenia. Głębokie, dęte oddechy, filigranowe post-percussions, rezonujące talerze i struny fortepianu.



 

Andy Moor & Marta Warelis Escape

ZAAL100, Amsterdam, czerwiec 2022: Andy Moor – gitara oraz Marta Warelis – fortepian. Siedem improwizacji, 43 minuty.

Druga z nowości Relative Pitch z udziałem Mary Warelis, to duet z rockowym gitarzystą Andy Moorem, który – jak doskonale wiemy – uwielbia także improwizować. Artyści chętnie bywają tu w bezkresnych obszarach nasączonych sporymi porcjami zdrowego hałasu, rzadziej tarzają się w odmętach ciszy, ale jeśli to czynią, efekt jest więcej niż smakowity.

Jakby na przekór opinii z poprzedniego akapitu album rozpoczyna się nad wyraz spokojnie – na strunach obu instrumentów biją bowiem … dzwony. Oniryczne, rytualne otwarcie dość szybko nabiera rumieńców. Tango post-rockowej gitary i fortepianu w formule zarówno inside, jak i outside wieńczy swój żywot w pozie wystudzonego rozhuśtania. Druga opowieść zdaje się kontynuować myśl przewodnią jedynki, ale poczynania artystów nasączone są jeszcze większą energią. Gitara brzmi basowo i szuka hałasu, piano ucieka w bezkres ekspresji. Trzecia część przypomina połamany taniec, który rodzi się pomiędzy rozedrganymi strunami gitary, a szmerami z pudła rezonansowego piana, kończy zaś na rozgrzanej klawiaturze i dygoczących z emocji strunach gitary.

Czwarta improwizacja śmiało pretenduje do miana tej najbardziej smakowitej. Początek spokojny, wystudzony, budowany gitarowymi flażoletami i tajemniczym szmerem inside piano. Po niedługim czasie na klawiaturze pojawia się nuta nostalgii, na gitarowym gryfie szczypta rezonansu. Moc drzemiąca w muzykach nie pozwala jednak na akcje balladowe. Opowieść rozbłyska niczym burzowe pioruny na mrocznym niebie. Gdy emocje stygną, wszystko tonie w bezkresnym mroku. Kolejna historia trwa ledwie dwie minuty i jest porcją kompulsywnego, dobrze udramatyzowanego hałasu.  Zgrzyty, sprzężenia, drobne eksplozje. Jeśli jakikolwiek fragment Escape zasługuje na miano odrobinę spokojniejszego, mniej dynamicznego, to jest nim szósta opowieść. Dużo tu wszakże dźwięków preparowanych i prób dewastowania strun obu instrumentów. Finałowy epizod trwa siedem minut i jest niebywale ekspresyjny. Nerwowa dynamika towarzyszy nam już od samego startu. Na klawiaturze piana nie brakuje melodii, gitara tonie w kłębach post-rockowych emocji. Koniec jest nagły, definitywnie śmiertelny.

 

 

 

piątek, 2 lutego 2024

The January/ February’ Round-up: The Laws of William Bonney! Webster! Still Dancing! Standards Combustion! Brûlez les meubles! Lucifora! Ohlmeier & Klein! Kołodziejczyk & Mac! An-hoer! Dead Neanderthals!


Styczeń przeleciał w tempie Komety Haleya z turbodoładowaniem, wobec powyższego nasza ulubiona forma słownej interakcji, czyli comiesięczna zbiorówka świeżych recenzji płytowych, ujawnia się światu dopiero na początku kolejnego miesiąca. Cóż, nikt nie jest doskonały! Zapraszamy zatem na wydanie styczniowo-lutowe, które wcale nie wyklucza pojawienia się dodatkowej paczki recenzji pod koniec bieżącego miejsca. Bądźcie czujni!

Grudniową zbiorówkę rozpoczynaliśmy dwoma albumami holenderskich freaków spod ciemnej gwiazdy zwanej Dead Neanderthals. Dziś dla odmiany masywni, i jak zwykle groźni, Kokke i Aquarius tradycyjną ep-ką sylwestrową zakończą naszą opowieść. Nim to jednak nastąpi czeka nas ogląd pozostałych dziewięciu piorunujących realizacji, tych nieco bardziej skoncentrowanych na procesie improwizacji.

Zaczniemy amerykańsko-niemieckim kwartetem saksofonowym, który przez lata nagrywał na kaseciaku swoje nielegalne sesje, a teraz postanowił je niespodziewanie upublicznić. Potem czekają nas dwie swobodne improwizacje ze Zjednoczonego Królestwa, personalnie w niezwykle imponującej komitywie. W dalszej części zbiorówki duża porcja jazzu: francuskie, ogniste eksploracje klasyków free (Dark Tree Records powraca!), kanadyjski kwartet zrównoważonego post-fussion, dwa nagrania kategorii open wydane w Holandii – międzynarodowy kwartet i niemiecki duet, wreszcie duet krajowy, który zaczyna bardzo eksperymentalnie, ale kończy w jazzie. A nim załomocą wspomniani na wstępie Dead Neanderthals, czeka nas jeszcze zaskakująca historia elektroniczna ze słowem mówionym wprost z Gdańska.

So, welcome to heaven and hell of free improvisation!



 

Joachim Zoepf/ Stefan Keune/ Martin Speicher/ Jeffrey Morgan The Laws of William Bonney Saxophone Quartet 1993-2007 (Acheulian Handaxe Records, CD 2023)

Lokalizacje nieznane, 1993-2007: Stefan Keune – sopranino, saksofon tenorowy, Jeffrey Morgan – saksofon altowy, Martin Speicher – sopranino, saksofon altowy oraz Joachim Zoepf – saksofon sopranowy, barytowy. Jedenaście improwizacji, 46 minut.

Czterech saksofonistów, trzech Niemców i Amerykanin, przez kilkanaście lat okazjonalnie improwizowało w warunkach domowych, a jeden z nich – ten najmłodszy, Stefan Keune - rejestrował owe dzikie sesje na magnetofonie kasetowym. Przyjęli nazwę, która jest prawdziwym nazwiskiem znanej postaci świata masowej rozrywki, czyli Billa The Kida. Po latach odkryli owe taśmy i postanowili je wydać. Nagrania mają chwilami sub-doskonałe, wręcz punkowe brzmienie, zwłaszcza te najstarsze, sycą się wszakże gigantycznymi emocjami i są na tyle wyśmienite, iż bez trudu trafiły na naszą listę 50 powodów, dla których warto było zapamiętać rok ubiegły.

W wielu utworach tego wspominkowego albumu, zwłaszcza tych najstarszych, dominują brzmienia najlżejszych saksofonów (sopranino i sopranowego), których szczebioty, krzyki i post-melodyjne zaśpiewy generują niebywałe porcje ekspresji. Kwartet startuje z pozycji free jazzu, ucieka w zakamarki swobodnej improwizacji, ale tez bez trudu łapie też kameralny oddech. Bywa, że każdy z saksofonistów pracuje tu w innym tempie, prezentuje odmienny temperament, stosuje inne techniki artykulacji, także te rozszerzone, ale ich ekspozycje zawsze znajdują wspólny mianownik. W secie nagrań z roku 1993 najciekawiej wypada trzeci utwór, w trakcie którego muzycy odbywają długą podróż od mrocznych preparacji po wrzask free jazzu, czasami przyjmując formę efektownego, ptasiego wielogłosu. Nagrania z lat 1998 i 2006, to raczej krótsze formy, czasami sprawiające wrażenie ekstraktów z większych ekspozycji. By nasycić ucho dłuższymi formami sięgać trzeba po dwie końcowe improwizacje z roku 2007, które zdają się stanowić crème de la crème całego albumu. Muzycy powściągają tu swoją ekspresję, koncertują się na budowaniu mrocznego klimatu post-egzystencjalnej zadumy.



 

Colin Webster Textural Studies (A New Wave Of Jazz, LP/DL 2023)

Oude Klooster, Brecht, Belgia, luty 2023: Colin Webster – saksofon altowy. Dwanaście improwizacji, 34 minuty.

Nasz ulubiony brytyjski saksofonista popełnił już wiele płyt solowych. Grywał na nich zarówno na barytonie, jak alcie, i wydaje się, że zeksplorował wszystkie dostępne światu techniki preparacji instrumentu dętego, drewnianego. W najnowszych studiach nad teksturą dźwięku – tu altowego – muzyk stawia na pewną dramaturgiczną prostotę. Webster nie tyle pracuje tu nad brzmieniem, ile bawi się formą. A efekt jest co najmniej doskonały.

Pierwsza i czwarta improwizacja, to zdaje się ta sama bajka – zwierzęcy ryk saksofonu na gęstym pogłosie, konsumujący mięsisty wydech i chwile strwożonej ciszy. W drugiej opowieści narracja dla odmiany sprawia wrażenie niezwykle lekkiej, niczym łabędzi śpiew o poranku, formując się w dron sycony oddechem cyrkulacyjnym. W trzeciej części tańczą gołe dysze, zaś w piątej znów wita nas oddychający, tu nieco melodyjny dron. W kolejnych odsłonach słyszymy świt zimnego powietrza dobywający się przez dziurkę od klucza i syrenę statku parowego - rodzaj leniwego drona w wysokim rejestrze, który łapie rezonans. W części ósmej muzyk zbliża do granicy hałasu, kreując niemal folkowo brzmiący skowyt. W kolejnych utworach dostajemy rezonującą porcję melodii, rodzaj ceremonialnej zabawy w dźwięk i ciszę, wreszcie dronową post-kołysankę, która przypomina borowanie zęba. Finałowa, dwunasta improwizacja także przyjmuje formę drona – tu definitywnie pożegnalnego, tęskliwego, rozkołysanego, ale nie sennego.



 

Kraabel/ Reed/ Thompson Still Dancing (Empty Birdcage Records, CD 2023)

Iklectik, Londyn, maj 2019: Caroline Kraabel – saksofon altowy, głos, szuranie po podłodze (surface sounds), Max Reed – taniec, głos, surface sounds oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Dwie improwizacje, 52 minuty.

Wciąż tańcząc, to performatywny spektakl na oszczędne dźwięki saksofonu i gitary, dźwięki przesuwania stóp pod podłodze, wreszcie okazjonalnie używane głosy ludzkie. Definitywnie nieprzeładowany ekspresją, budujący wątki narracyjne, które szybko tracą żywot, skupiony na nieco teatralnym kreowaniu sytuacji dramaturgicznej. Być może ów koncert (bez publiczności?) byłby ciekawszy, gdyby można go było zobaczyć. Dyktat minimalizmu zaprzysiężony przez artystów powoduje też, iż słuchacz preferujący instrumentalne, silniej interakcyjne improwizacje może się czuć w takim środowisku akustycznym nieco znużony.  

Pierwsza improwizacja trwa dwanaście minut, w trakcie których zjawisko wartkiej akcji zdaje się nie występować. Momenty, w których gitara inicjuje repetycją bardziej aktywne działania, a saksofon śle na raz więcej niż jeden wydech należą tu do rzadkości. Gdy takie sytuacje mają jednak miejsce poziom naszego zadowolenia z odsłuchu zdecydowanie rośnie. Rola tancerza, performera, który interferuje z podłożem stanowi tu tło i nie wydaje się kreować specjalnych interakcji z dźwiękami instrumentalnymi. W trakcie drugiej, prawie 40 minutowej opowieści schemat jest podobny. Dominują krótkie frazy, zdania urywane w pół słowa i dźwięki ginące w ciszy. Muzycy sprawiają wrażenie, jakby dobrze czuli się w swoim towarzystwie, ale to, co trafia do uszu słuchacza wydaje się być ledwie namiastką akcji dramaturgicznej. Narracja często osiąga tu poziom ciszy (choćby w 12 minucie), ale miewa też fazy bardziej intrygujących spiętrzeń. Choćby tych kilka chwil po 30 minucie, które śmiało możemy uznać za najciekawszy moment spektaklu. Samo zakończenie także dostarcza kilku instrumentalnych akcji w duecie gitara-saksofon. Z kolei ostatnia prosta usłana jest dźwiękami stóp przemieszczających się po podłodze otwartej przestrzeni Iklectik.



 

Daunik Lazro/ Benjamin Duboc/ Mathieu Bec Standards Combustion (Dark Tree Records, CD 2023)

Les Instants Chavirés, Montreuil, Francja, listopad 2022: Daunik Lazro – saksofon tenorowy, Benjamin Duboc kontrabas oraz Mathieu Bec – perkusja. Dziewięć kompozycji (Ayler, Lacy, Shorter, Coltrane, Lazro i dwie wspólne tria), 42 minuty.

Z radością odnotowujemy powrót do świata żywych naszego ulubionego francuskiego labelu, a nasze szczęście jest tym większe, iż na zgrabnym, kompaktowym dysku odnajdujemy mocarzy francuskiego free impro i post-jazzu, Lazro i Duboca, tu muzykujących z wyjątkowo bystrym drummerem Bec’iem. Okazja spotkania jest definitywnie koncertowa, a na warsztacie muzyków wspaniałe evergreeny amerykańskiego free jazzu (z drobnym uzupełnieniem w postaci twórczości własnej Francuzów)! Dodajmy jeszcze, iż Lazro gra tu na saksofonie tenorowym (zwykliśmy go słuchać na barytonowym), a czyni to z gracją młodzieńca, któremu jakże daleko do prawie osiemdziesięciu wiosen, jakie ma obecnie francuski saksofonista.

Album otwiera nieśmiertelne Ghosts Aylera. Saksofon zdaje się tu być wyjątkowo rozśpiewany, a wtóruje mu matowo brzmiąca sekcja rytmu, która ma także kilka chwil tylko dla siebie. Na drugi strzał nerwowa post-ballada Lacy’ego Deadline. Odnotujmy w niej akcję na smyczku oraz świetną robotę drummera. Kolejny Ayler, to Mothers, który płynie tu rozhuśtaną sekcją i nad wyraz nostalgicznym saksofonem. Świetnie improwizuje Lazro, choć zdaje się, że pracuje na wdechu. Nefertiti Shortera grane jest wyważonym, marszowym krokiem. Temat wraz z saksofonem śpiewa także smyczek. W wydaniu francuskim, to wyjątkowo cool-jazzowa jazda. W dalszej kolejności kompozycja Lazro, która dodaje albumowi niespodziewanie kameralny, by nie rzec post-barokowy sznyt. Płytę uzupełniają dwa dynamiczne, niemal polirytmiczne utwory podpisane przez trójkę Francuzów oraz dwa klasyki Coltrane’a. Vigil grany jest jedynie w duecie, bez kontrabasu, z kolei Love pięknie reasumuje ów smakowity album - melodyjny saksofon osadzony tu został na wyjątkowo gęstym brzmieniu kontrabasu.

 


Brûlez les meubles Crayonnage (Circum-Disc, CD 2024)

Miejsce nieznane, luty 2023: Louis Beaudoin-de la Sablonnière – gitara, Éric Normand – bas elektryczny, Jonathan Huard – wibrafon oraz Tom Jacques – perkusja. Dwanaście utworów, 62 minuty.

Z formacją z Quebecu spotykaliśmy się na ogół w formule gitara-bas-perkusja, teraz dostajemy dodatkowo wibrafon, który wnosi do stonowanego post-fussion Kanadyjczyków element twórczego fermentu i okazjonalnie zaskakująco mroczne brzmienia. Album zdecydowanie dedykujemy słuchaczom usytuowanym bliżej jazzu środka, ale z dużą przyjemnością wskażemy poniżej fragmenty, które warte są zainteresowania również bardziej wymagającej publiki.

Na płycie odnajdujemy dziesięć rozbudowanych kompozycji i dwie niespełna minutowe, bardzo melodyjne miniatury. Dramaturgia całości zdaje się opierać na intrygującym początku (trzy pierwsze części), rozkołysanej, wręcz balladowej części środkowej, która śmiało mogłaby być poddana działaniu edytorskiego skalpela i najbardziej wartościowej części końcowej (ostatnie cztery części z wyłączeniem awizowanej miniatury), która nie szczędzi nam psycho-rockowych akcji i niebanalnych zdarzeń dźwiękowych. We wspomnianych utworach otwarcia podobać się może swoboda budowania narracji, pewna programowa niespieszność, melodyka gitary, precyzja basowych pętli narracyjnych, oniryczne plamy wibrafonu i łamane metra perkusji. Z kolei w utworach zawartych w drugiej części albumu docenić należy pewną gatunkową różnorodność, której stymulantem jest nade wszystko gitarzysta. Słyszymy dalekie echa americany, posmak bluesa, rozpylane w każdym zakamarku narracji ślady psychodelii i rockowego anturażu. Udanym podsumowaniem albumu jest najdłuższa, ostatnia część - od posmaku lekkiej kwasowości, porcje pogłosu i wibrafonowej nostalgii po prawdziwie rockowe emocje w trakcie dynamicznej finalizacji.

 


Salvoandrea Lucifora Quartet Drifters (TryTone Records, CD 2023)

Wisselord Studio1, Amsterdam, grudzień 2022: Marta Warelis – fortepian, Omer Govern – kontrabas, Marcos Baggiani – perkusja oraz Salvoandrea Lucifora – puzon, kompozycje. Dwa utwory, 55 minut.

Przed nami definitywnie międzynarodowy, ale jakże amsterdamski kwartet z udziałem m.in. naszej ulubionej polskiej pianistki, a także włoskiego puzonisty, którego świetnie pamiętamy z kwartetu Light Machina, a który jest tu szefem przedsięwzięcia. Rządzi w obszarze podmiotu wykonawczego, jest też autorem długich, interesująco rozbudowanych, silnie jazzowych opowieści. Na albumie kwartetu dzieje się wiele, ale też sporo jest konserwacją kompozytorskiej notyfikacji.

Pierwszy utwór trwa dwa kwadranse, drugi jest ledwie o kilka minut krótszy. W rolę introduktorki pieśni otwarcia wciela się pianistka. Reszta muzyków dołącza po dwóch minutach i wspólnie kreują swobodny open jazz bez pretensji do błądzenia po zakamarkach notyfikacji. Narracja prowadzona jest bardzo precyzyjnie, skrzy się zwinną dramaturgią, na etapie rozwinięcia nie szczędzi nam akcji w podgrupach. Pośród duetów szczególnie podobać się może dynamiczna akcja puzonu i perkusji. Nie mniej ciekawe jest trio bez puzonu, które sugeruje free jazz, ale ostatecznie ucieka w umiarkowanie mroczną opowieść spuentowaną solową ekspozycją pianistki. Druga narracja startuje na gryfie kontrabasu i dość szybko osiąga stadium całkiem energetycznej opowieści. Pojawienie się smyczka nadaje jej nieco kameralnego, czy nawet post-klasycznego sznytu. Tu opowieść ma dwa punkty przystankowe. Po pierwszym z nich artyści szukają harmonii i melodii, nawet pewnej taneczności, po drugim uciekają w otchłań dźwięków preparowanych, długich, posuwistych, szemrzących fraz. Album wieńczy wątek post-balladowy, znów doposażony w adekwatną porcję melodyki.



 

Lothar Ohlmeier & Tobias Klein Left Side Right (TryTone Records, CD 2024)

Berlin, 2022: Lothar Ohlmeier – klarnet basowy, saksofon tenorowy oraz Tobias Klein – klarnet basowy, saksofon altowy. Pięć improwizacji, 52 minuty.

Dęty front kwartetu Dalgoo, który znamy z koncertu w poznańskim Dragonie, prezentuje się tu w rozbudowanej ekspozycji duetowej na dwa klarnety basowe i nieco rzadziej wykorzystywane saksofony. Swobodne improwizacje, nieśpieszne, bazujące na jazzowym timingu, skoncentrowane na klarownym brzmieniu instrumentów i artyści sięgający po tzw. techniki rozszerzone ledwie w kilku mniej kluczowych momentach spektaklu. Sporo zadumy, pewnej pokoleniowej refleksji i po prostu ładnych dźwięków.

Trzy pierwsze improwizacje trwają po kilkanaście minut, być może są odrobinę przegadane, ale dzięki temu ich klimat pozostaje z nami na dłużej. Z kolei dwie końcowe, to łącznie ledwie siedem minut z sekundami. Pierwsza, trzecia i czwarta improwizacja, to dialog dwóch klarnetów basowych. Garść półsłówek, ale i morze długich, niemal dronowych ekspozycji. Spokój, melodia, rodzaj egzystencjalnej refleksji. Czasami akcja przypomina dwa leniwe słonie opalające się w słońcu, innym razem artyści brną na nisko ugiętych kolach przez gęste zarośla. W drugiej z klarnetowych opowieści pojawia się więcej nerwowych ruchów, trochę preparowanych fraz, ale i urokliwa, zwiewna taneczność. Puenta tej historii jest jednak mroczna, na poły kameralna. W ostatniej z klarnetowych części narracja zdaje się być wyjątkowo spokojna, a muzycy zrelaksowani. W trakcie drugiego utworu na płycie muzycy korzystają z saksofonów. Poruszają się dość żwawo, nie szczędząc nam kąśliwych uśmiechów i interakcji godnych miana free jazzowych. Finałowa koda trwa niewiele ponad dwie minuty i dla odmiany stanowi rozmowę klarnetu basowego z saksofonem. Tu tempo wydaje się być dość dziarskie, a miny artystów dalece roześmiane.

 


Malwina Kołodziejczyk & Sebastian Mac Wanderlust (Scatter Archive, DL 2023)

Quality Studio, Warszawa, październik 2022: Malwina Kołodziejczyk – saksofon, elektronika oraz Sebastian Mac – gitara elektryczna. Siedem improwizacji, 33 minuty.

Improwizowane spotkanie artystów związanych m.in. z Cracow Improvisers Orchestra zaczyna się w sposób bardziej niż intrygujący. Preparowany saksofon wspierany przez elektronikę i gitara swobodnie tańcząca na pick-up’ach tworzą narrację bogatą w dźwiękowe niespodzianki, nie stroniącą od medytacji budowanej powtarzanymi frazami instrumentu strunowego. W kolejnej odsłonie po stronie gitarzysty pojawiają się akcenty percussion, z kolei saksofonistka pogłębia swoje preparacje, znajdując w przestrzeni ustnika miejsce na dźwięki gardłowe. Opowieść płynie tu wysokim wzgórzem, a gitara szuka oparcia w rytmie.

Trzecia historia rodzi się w chmurze szumów, szmerów, dźwięków równie hydraulicznych, jak mechanicznych. Pracują saksofonowe dysze, skwierczą gitarowe przetworniki. Nagle w połowie improwizacji dostajemy się w smugę czystych fraz obu instrumentalistów, a opowieść zdecydowanie obiera kierunek na jazz! W kolejnych utworach artyści serwują nam intrygujące otwarcia, po czym, głównie z woli gitarzysty, przenoszą nas w obszar szeroko pojętego, improwizowanego jazzu. Piąty utwór przypomina piosenkę z tekstem, choć bez śpiewu, a kolejny, niespełna minutowy, zdaje się być pełnokrwistą eksplozją fire music. Spory dysonans niesie pieśń zamknięcia. Tu gitarowe sekwencje zostają skonfrontowane z rytmiczną, ale dość inwazyjną elektroniką. Jedynym ratunkiem dla gitarzysty staje się tedy … podsycona synkopą repetycja.



 

An-hoer Sepr.online.works (Kolokpo Records, LP 2023)

Gdańsk, czas nieznany: An-hoer (Wojciech Unterschuetz, Piotr Bratoszewski – wszelkie dźwięki elektroniczne, zapewne także głosy) oraz goście: Paweł Szamburski – bęben (A1), Adam Wika - akordeon, slide bass (A2), Piotr Żakowiecki - wokal (A2), Maria Bagińska - wokal (B1). Osiem utworów, 43 minuty.

W ramach kontynuacji wątków krajowych zapraszamy na … słuchowisko radiowe. Bazą muzyczną jest tu elektronika w dalece przyswajalnym, równie mrocznym, jak melodyjnym wydaniu. W jej otoczeniu pojawia się słowo mówione, które zdaje się pełnić rolę istotnego elementu dramaturgicznego. Recytacja w języku ukraińskim (?) oraz cytaty z Ericha Marii Remarque’a i Leszka Szumana, to definitywnie intrygujące punkty zapalne na ośmiotrakowym albumie. Sama ścieżka dźwiękowa raczej na to miano nie zasługuje, przynajmniej z punktu widzenia medium skoncentrowanego na muzyce improwizowanej.

Sam początek obiecuje wiele. Dubowo brzmiący rytm wybijany na akustycznym bębnie udanie prowadzi szczątkowe frazy strunowe, jakby doprawione odrobiną prądu. W drugiej części mamy ów domniemany język ukraiński i dość rozbudowane instrumentarium w postaci basu, akordeonu i syntezatorów. Pierwszą stronę żółtego winyla uzupełnia piosenka z wokalem w łagodnej estetce post-electro oraz długa ekspozycja elektroniczna, której głównym zdaniem jest chyba dotarcie do dwudziestej minuty na stronie. Po przewróceniu krążka na drugą stronę dostajemy się w strefę oddziaływania tekstu Remarque’a, który podany jest kobiecym głosem, a zlustrowany wojennie brzmiącą elektroniką. Kolejna część jest instrumentalna, a jej głównym daniem frazy przypominające piano. Zaraz potem cytat z Życia po śmierci, doposażony niepokojącym, nerwowym backgroundem fonicznym. Album domyka krótka koda w formie szemranego ambientu.



 

Dead Neanderthals Ordo Dracul Demo (Bandcamp’ self-released, Kaseta/DL 2023)

White Noise Studio, Nijmegen, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator, Rene Aquarius – perkusja oraz Marlon Wolterink – bas. Dwa utwory, 21 minut.

Słowo się rzekło, zatem na koniec wielkie boom! Nasi konceptualni, meta jazzowi post-punkowcy od pewnego czasu gustują w muzykowaniu z udziałem gościa. Tym razem w tej roli ich … stały producent, który w rękach dzierży masywną basówkę. Dwie petardy w umiarkowanie szybkim tempie i o umiarkowanie brudnym brzmieniu trwają tu dokładnie po 10 minut i 39 sekund (w kraju Dead Neanderthals nic nie jest pozostawione przypadkowi) i wypełniają dwie strony kasety. Ep-ka w pliku jak zawsze udostępniona została w ostatni dzień roku za darmo, a za wspomnianą kasetę trzeba było zapłacić pół euro (czas przeszły dokonany, nakład wyczerpał się niemal natychmiastowo!).

Sytuacja dramaturgiczna jest tu następująca - rockowe metrum cztery na cztery, delikatnie siarczyste brzmienie basu, który też krwawi rockiem i syntezator wyposażony w pewną ulotną, jak zwykle dość czerstwą, falującą melodykę. W połowie utworu następuje krótkie interludium z samotnym syntezatorem. Po restarcie linia basu wydaje się być delikatnie zmodyfikowana, po czym wraca do stanu początkowego. Drugi utwór jest wolniejszy, przypomina melodyjny i nieco … przyspieszony doom metal. Prosta figura rytmiczna basu, równie nieskomplikowany step perkusji i kolejna porcja melodyki syntezowa, tym razem jakby odrobinę bardziej molowa. W dalszej części nasze zasłuchane w jednostajny rytm uszy zdają się słyszeć drobne spowolnienie, może także dramaturgiczne ugięcie kolan. Nagranie kończy się prawdziwą burzą z piorunami i rzęsistą ulewą. To wszystko dzieje się wszakże po całkowitym wygaszeniu strumienia dźwiękowego.